Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ględzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ględzenie. Pokaż wszystkie posty

06 kwietnia 2025

Bumerangowe brednie

Owe brednie to taki szczególny rodzaj fałszów, które to już dawno zostały wyjaśnione, że nimi są, odkłamane, ktoś się dowiedział jak jest, więc już wie, ale tu się nagle okazuje, że znowu nie wie. Więc wraca taka rewelacja do obiegu niczym kometa jakowaś ze skrajów układu planetarnego do centrum siejąc kolejną plagę ogłupienia ludzi. Do nich na przykład należą wszelkie marychofobiczne poglądy, które są tylko poglądami, czy wręcz mitami, nie żadną wiedzą przecież, ale nimi akurat zajmować się nie będziemy. Za to powrócił ostatnio inny kompletny hogwash dezinformujący, jakoby branża filmów dla dorosłych miała uprzedmiotawiać kobiety. Tą odmianę twórczości filmowej czasem nazywa się porno, ale to nie jest zbyt dobre słowo, bo często bywa nadużywane do nazywania rzeczy, które żadnym porno nie są. Jednak jest krótkie, wygodne, więc niech sobie już będzie, ważne tylko, aby mieć doń pewien dystans. Otóż ów hogwash nie jest do końca taki hogwash jeśli dotyczy on aktorek, czy też aktorów pracujących na niewolniczych zasadach, ale to dotyczy akurat każdej pracy, każdej branży, oraz każdej płci, więc po co robić zbędny zgiełk? Samo zaś porno to bardzo rozmaita, różnorodna dziedzina, czasem trafiają się prace dość niezłe edukacyjnie, ale czasem wprost przeciwnie, wtedy są jak westerny, które historii Dzikiego Zachodu raczej nie uczą. Dorosły to wyłapie, ale małolat nie odróżni jednego od drugiego, więc taka edukacja może mieć dość randomowe efekty. Ale wróćmy do tego rzekomego uprzedmiotowienia. Na pewno tak nie jest, gdy na tapecie jest dział gejowski, bo tam raczej kobiety są mało obecne na planie, ale on stanowi pewną mniejszość, za to przeważająca większość to filmy straight, gdzie obie płcie biorą przeważnie udział, choć czasem też tylko same panie. Tu akurat nie płeć ma znaczenie, tylko pewne czynności, których panowie wobec siebie nie podejmują. Za to na temat samego uprzedmiotowienia zwykle plecie albo jakiś tam katolicyzm, albo pewna zdrowa inaczej odmiana feminizmu, zwana oziębłym lub aseksualnym. To drugie to takie paniusie, które wszędzie widzą molestowanie, nie wiedzą też, co to jest seksizm, więc używają tego słowa bez pojęcia. Obie grupy mają wspólną cechę, mianowicie boją się spraw zasadniczych, czyli innymi słowy przekazywania sobie dobrych wibracji bezpośrednio. Jako, że jest to lęk, czyli strach przed urojonymi zagrożeniami, więc jedne urojenia chętnie tworzą kolejne. Tymczasem jest zupełnie inaczej, nieraz bywa, że wręcz przeciwnie. Panie mają możliwość aktorskiego wyrażania siebie całościowo, za to od panów zwykle brany jest tylko ich fragment, reszty kamera nie obejmuje, więc jeśli ktoś tu jest przedmiotem, to właśnie taki pan, dysponent owego fragmentu. Tak właśnie jakoś jest, tak to działa, że nie chce być inaczej. Do tego dochodzi jeszcze aspekt finansowy. Gdy się porówna gaże pań oraz panów, to te pierwsze otrzymują sumy wielokroć większe, niż ci drudzy, co więcej, czasem nawet nie dostają oni ani grosza, do tego robotę stracić łatwo, zaś na ich miejsce pojawia się stu następnych chętnych. Lista gwiazd płci żeńskiej jest bardzo długa, za to gwiazdorów zarabiających konkretniejsze pieniądze zadziwiająco skromna. Czy przy takich warunkach owi panowie mają prawo czuć się jak rzeczy, przedmioty, skoro jak rzeczy są traktowani? Naszym zdaniem mają solidne podstawy do tego.
To by było tyle na temat. Aha, jest tylko jeden drobiazg. Tematem tej pracy nie jest, kto konsumuje takie produkcje, nikogo to tutaj nie interesuje, nie obchodzi wcale. Więc jeśli ktoś czuje kompulsywną potrzebę wypowiedzi nie na temat, czyli poinformowania publicznie, czy lubi lub nie lubi tak się bawić, czy nawet edukować, to może doznać zignorowania na forum. Czyli możemy uznać sprawę za klarowną, tak? Żeby nie było, że nie było uprzedzane.

22 października 2024

Narkopodwyżka - nieco refleksji

Było trochę zabawnie, gdy kilku polityków, także dwóch dość istotnych dostało histerii co do tematu alkotubek. Sprawa ponoć jeszcze się nie skończyła, bo teraz reżim chce brać się za lody, czekoladki, czy inne jakieś tam cukierki, produkty kompletnie bez znaczenia, jeśli chodzi o podaż najbardziej popularnego narkotyku, czyli alkoholu. Tak naprawdę, to jest to czysta fanfaronada, pokazanie jak bardzo reżim chroni dzieciaki, bazująca na ludzkim lęku, czyli strachu przed fikcyjnym zagrożeniem.
Ale oprócz tego dzieją się też ruchy poważniejsze, czyli zapowiedź podwyżki cen tegoż. Tak to jest odbierane. Bo to, jaką drogą do niej dojdzie, czy ustaleniem ceny minimalnej za gram substancji czynnej, czy podwyżki akcyzy to jest już kwestia czysto techniczna, dla ewentualnego nabywcy kompletnie nieistotna. Puenta jest prosta: ma być drożej.
Tu reżim jest akurat porażająco szczery. Nie plecie bzdur na temat redukcji szkód wywołanych nadużyciem alkoholu, czy innych narkotyków, bo samej idei redukcji szkód kompletnie nie pojmuje, tylko przyznaje, że celem jest urealnienie cen, które jak wiadomo nie są do końca wolnorynkowe. Gdyby chciano tak realnie, na poważnie ograniczyć zjawisko owego nadużywania, to zalegalizowano by marihuanę, ale to jest za trudne dla decydentów, których większość to marychofobi, realni lub na takich pozujący. Za to zwykli ludzie, jak widać za mało doznają przykrości na skutek tego zjawiska, aby połączyć przysłowiowe kropki i wymóc taką zmianę. Jednak kwestia owych marychofobów, użytecznych idiotów działających dla alkolobby to jest już temat na inną, osobną dyskusję. Można z nimi pogadać jeśli są otwarci na wiedzę, ale zwykle to są zakute łby, na nich nie warto tracić czasu. Skupmy się więc raczej na spodziewanych skutkach zapowiedzianej podwyżki. Jakież one mogą być jeśli do niej dojdzie?
Trudno cokolwiek odpowiedzieć nie znając konkretniejszych liczb, ale skoro ma być "urealnienie", to stopa  procentowa owej podwyżki powinna być mniej więcej zbliżona do stopy inflacji. Tak więc od strony takiej czysto ekonomicznej nic wielkiego nie powinno się dziać. Państwo, które jak wiemy, ma gdzieś tak zwaną "trzeźwość narodu", tylko bardziej dba o interesy dilerów alkoholu nie może zbyt ostro podnieść akcyzy, gdyż tym samym zadziała wbrew nim, więc także sobie.
Ale na kim zarabiają owe połączone siły? Podzielmy sobie ludzi pod kątem sposobu, tudzież ilości spożycia na pewne grupy. Zaznaczmy jednak na wstępie, że ów podział jest przybliżony, granice między tymi zbiorami nie do końca ostre, zaś ich nazwy umowne, na potrzeby tego tekstu:
"Alkoholicy". Czyli ludzie cierpiący na chorobę alkoholową, uzależnieni od omawianego narkotyku. Kupują go regularnie, chyba że czasem zdobywają inaczej, przerywają używanie jedynie przy krytycznych okazjach, albo gdy podejmą mniej lub bardziej udane próby leczenia.
"Pijacy". Osoby pijące dużo, jak to się naukowo określa: ryzykownie lub problemowo. Co do regularności, to bywa rozmaicie. Nie są uzależnione, choć wiele jest na dobrej drodze do tego. Ich ilość jest szacowana na nieco większą, niż pierwszej grupy, zaś łączną sumę wydawaną przez nich na alkohol można uznać za podobną lub nawet nieco większą.
"Umiarkowani". Grupa największa, najliczniejsza, choćby ze względu na bardzo szeroki stopień owego umiarkowania, na bardzo duży rozrzut częstotliwości używania. Jak prawie każdy użytkownik piją dla tripu, jednak nie przekraczają granic owego tripu na tyle, aby móc to nazwać nadużyciem. Do tej grupy można też zaliczyć pijących "tylko dla smaku", ale trzeba pamiętać, że przeważająca ich część nie deklaruje prawdy na swój temat. Nie ma więc sensu ich jakoś detalicznie oddzielać. Ludzie trzeciej grupy nie kupują zbyt dużo towaru, jak na jednostkę, choć być może swoją licznością nadrabiają to, jednak Intuicja podpowiada, że łączna suma wydawana przez nią na alkohol jest mniejsza, niż przez pierwszą lub drugą.
"Abstynenci". Tacy, którzy nie piją wcale lub tak mało i tak sporadycznie, że jest to całkowicie pomijalne. To zaś oznacza, że suma, którą ta grupa wydaje na alkohol jest zerowa lub bardzo bliska tego zera. Co więcej, nieraz dostaje ona po dupie. Dokładnie tak, bo ludzie tej pierwszej lub drugiej grupy niekoniecznie piją za swoje.
To wszystko teraz trzeba policzyć, nie ma za bardzo do tego chętnych, ale wychodzi, tak na czuja, na to, że alkodil najwięcej trafia na dwóch pierwszych grupach. Na czwartej wcale nie trafia, zaś ta trzecia jest do dyskusji.
Ale...
Nie jest koniecznym zbyt strasznie rozumować, żeby dojść do wniosku, iż na krótki dystans alkodilerom, tudzież państwu zależy na ludziach pierwszej oraz drugiej grupy. Zrozumienie tych pierwszych jest banalne, kłopot zaczyna się przy tych drugich. Jest bowiem tak, że spożycie omawianego narkotyku przez ludzi pierwszej, tudzież drugiej grupy przeważnie generuje jakieś szkody. To zaś powoduje pewne koszty. Część tych kosztów pokrywają rodziny, czy też jacyś inni bliscy userów alkoholu. Być może jakiś drobny promil biorą na klaty nawet sami userzy. Ale drugą część pokrywa państwo, zarządca kraju. Jakie szkody można wykonać skutkiem nadużycia tak ukochanego przez społeczeństwo narkotyku? Nagie małpy potrafią sporo nawet na trzeźwo, niektóre nawet po Zielu, po którym żadnych szkód raczej nie ma, którego zresztą nikt przytomny, nie będący marychofobem nie zaliczy do narkotyków sensu stricto. Ale za to pojawia się dość ciekawe pytanie. To, że dilerzy (producenci, sprzedawcy) alkoholu mają gdzieś szkody wywołane nadużyciem tego narkotyku jest sprawą jasną, klarowną. Za to nie jest do końca jasne, czy wpływy będące skutkiem podatku akcyzowego na pewno pokrywają koszty naprawiania owych szkód? Innymi słowy, czy ludzie mniej pijący, konsumujący mniejszą ilość narkotyku finansują, tak po części zabawę tych więcej pijących? 
Pytanie do przemyślenia, zaś jako tło muzyczne proponujemy znowu piątkę Laleczek, od których jakoś nie potrafimy, czy też nie chcemy się odkochać. Akurat kawałek zagrają godny, znany, wręcz kultowy, jak świetnie to wiedzą maniacy prawdziwej, dużej muzyki.
Jeszcze bonus dla maniaków samych Laleczek:

24 sierpnia 2024

Jak wziąłem i znalazłem byłem tabloid

Jest jeszcze Lato, chwilowo nie chce mi się tworzyć literatury, więc nasze "Czarownice" mogą sobie poczekać, zaś Kawiarnia też mnie raczej nie zahejtuje za tą przerwę. Dziś pobloguję sobie klasycznie, zwłaszcza że jest okazja, gdyż za jakiś ponad tydzień temu blogu stuknie pełnoletność. Nie planuję jednak na tą okoliczność specjalnego posta, uznajmy, że jest nim właśnie ten, co teraz. Duża część klasycznych blogów to opisy, gdzie ktoś był oraz co sobie kupił. Bo kupowanie jest przecież takie ważne. Pojechałem, więc kupiłem. Kupiłem, więc mam. Mam, więc jestem. Posiadanie jest osią, czy też treścią życia większości ludzi, tak?
No, to ja akurat pojechałem sobie do pobliskiego miasteczka. Nie ukrywam, że właśnie po zakupy. Nie, wróć! Głównie po zakupy, bo zajrzałem jeszcze do biblioteki dokonać wymiany stuffu do lektury. Zaś co kupiłem? To było kilka dni temu, nie starałem się za bardzo pamiętać listy tych rzeczy, ale na pewno była sobie wśród tych sprawunków główka sałaty lodowej. Tak! Zostałem szczęśliwym posiadaczem tejże sałaty.
Teraz według reguł klasycznego blogowania powinna być fotka. Ale nie będzie. Nie mam odruchu, czy też nawyku fotkowania wszystkiego, co się napatoczy. Zaś teraz już jest za późno, bo sałata jest niekompletna. Nie kolekcjonuję sałat, tylko je sukcesywnie zjadam. Można rzecz jasna wkleić jakąś inną sałatę. Net jest przecież pełen fotek takich sałat. Ale to by było oszukaństwo, więc tak się chyba nie robi?
No, ale oprócz odwiedzenia kilku sklepów do programu odwiedzin masteczka zmieściła się też przerwa. Przerwa spędzona na ławeczce na cetralnym skwerze. Już sięgałem po telefon, aby nim rytualnie pogadżetować, ale coś mi nie dawało spokoju. Bo nie byłem sam na tej ławeczce. Obok bowiem leżała gazeta, czysta, świeża, niezgęgana, aż sama się prosiła, żeby się nią zająć. Dość rzadko przeglądam takie, tego typu papierowe nośniki danych, więc czemu nie zajrzeć?
Gazeta okazała się być tabloidem, do tego nie takim poważnym, politycznym, jak niektóre tygodniki suportujące poprzedni reżim neokomunistów. To była taka zwykła szmata, tabloid codzienny, najniższa półka. Rzecz jasna wiem świetnie, co taki może zawierać, bo nieraz net nam funduje na chama linki do różnych wersji cyfrowych. Ale taki głupi małpi odruch przerzucania wziął spowodował, że doń zajrzałem. Jak zwykle było to samo, ale opiszę szkicowo kilka kwiatków. Kolejność randomowa, bez żadnych priorytetów.
Jako pierwsze niech będzie coś, co większość mediów by zamieściło, choć rzecz jasna nie wszystkie. Była to krótka relacja, jak dzielna policja przypaliła ekipę działającą na rynku narkotykowym. Normalny człowiek w normalnym kraju słysząc słowo "narkotyki" wizualizuje sobie jakieś butelki z wiadomym płynem, potem torebki z różnymi, przeważnie białawymi proszkami, tudzież może jeszcze jakieś tabletki. Ale to nie jest normalny kraj, tylko kraj, gdzie większość jest współuzależniona od alkoholu, do tego pełen marychofobów. Tu nie wolno nazywać alkoholu narkotykiem, bo choć co prawda za to nie ukamieniują, to potraktują jak idiotę. Tu bowiem, wbrew faktom naukowym, narkotykiem, do tego tym najgorszym, nazywa się Zioło. Tu nie wolno na temat Zioła mówić dobrze, bo gdy się zacznie mówić dobrze, to dojdzie wreszcie do jego legalizacji, zaś ta doprowadzi po latach do zahamowania narkomanii. Szczególnie alkoholowej. Tego zaś prawie nikt, szczególnie każdy kolejny reżim nie chce. Więc na fotce łupów zdobytych przez policję nie było żadnych butelek z trunkami, za to na pierwszym miejscu leżały torebki domyślnie zawierające Ziele narzucając ludziom fałszywe dane jako prawdę. I niestety cała masa niedouków to łyka.
Tak poważniej, to nie jest aż tak tragicznie. Ludzie jednak się uczą, zaczynają łączyć kropki, jakaś tam edukacja konopna funkcjonuje, więc kiedyś będzie normalnie. Ale to idzie tak powoli, że ja na pewno tego nie dożyję.
Klimat tej niezbyt wesołej refleksji rozwiał drugi artykuł. Tym razem już kompletnie tabloidalny. Najpierw zacytuję tytuł: "Oburzające zachowanie celebrytki". Do tego jest podtytuł drobniejszym drukiem: "Pani Iksińska fotografuje się nago na bulwarze". No, i właśnie...
Czym się różni uczciwe, obiektywne dziennikarstwo od tabloidalnego? To pierwsze nic nie ocenia, tylko zapodaje fakty. Za to tabloid narzuca odbiorcy, co ma sobie na temat tych faktów myśleć. Tu akurat on ma się oburzyć, zapewne też potępić działania pani Iksińskiej. Dalej jest kilka zdań na temat miejsca oraz czasu akcji, na tym zasadniczo ta krótka notka się kończy. Puentuje ją wzmianka na temat interwencji straży miejskiej. Ale wisienką na torcie jest fotka demaskująca kłamstwo dziennikarza, gdyż na tej fotce pani Iksińska wcale nie jest nago! 😵
Za to trzeci, ostatni z omawiany artykułów to istny popis znajomości języka polskiego. Jego tytuł brzmi: "Zazdrosny mąż zastrzelił żonę i kochanka". Bardzo to jest dwuznaczne, bo nie wiadomo czyjego kochanka, żony, czy swojego. Być może korektor przeoczył brak słowa "jej" w tytule, ale dalszy tekst już wyjaśnia tą kwestię. Jednak to jeszcze nic. 
Dalszy tekst relacjonuje przebieg wydarzeń. Otóż, gdy mąż wrócił do domu, zastał żonę baraszkujacą z owym kochankiem. Wtedy ich oboje zastrzelił. Notka nie precyzuje kwestii posiadania przez niego broni, ale autor widać uznał, że odbiorcy może to wcale nie interesować. Potem dowiadujemy się, że mąż sam zawiadomił policję, co czasem się faktycznie zdarza w takich sytuacjach. Natomiast najlepsze zaczyna się dopiero teraz. Autor miał wgląd we wstępne przesłuchanie zatrzymanego, co też czasem się zdarza, i nie omieszkał przytoczyć niektórych fragmentów. Mianowicie takiego, że ów mąż oświadczył, iż byli ze swoją żoną zgodnym małżeństwem i nigdy mu do głowy nie przyszło, że jego połowica może go zdradzić.
Ponieważ czytałem dość uważnie, ze zrozumieniem, to w tym momencie musiałem przerwać lekturę, aby spojrzeć jeszcze raz na tytuł, gdzie stoi jak byk, że gość był zazdrosny. Zaś teraz, kilka zdań niżej dowiadujemy się, że wcale nie był zazdrosny.
Przypomnijmy czym jest zazdrość? To taki rodzaj choroby psychicznej, zaburzenia urojeniowego, bazującego na lęku, że partner(ka) zdradza lub ma taki właśnie oto zamiar.
Tu jakby nie chce mi się powstrzymać od dygresji, jakże bawi mnie czytanie w necie opinii różnych takich domorosłych psychologów, jakoby odrobina zazdrości ma być zdrowa, bo jest to wyraz troski o partnera/kę. Primo, to nie wyraz troski, tylko braku zaufania, pogratulować tak udanych związków. Zaś secundo to tak, jakby stomatolog gadał o walorach zdrowotnych małego, takiego odrobinowego ubytku zęba 😁
Tymczasem mąż zeznał, że nic takiego nie miało miejsca. Jak więc można wyjaśnić sprzeczność, że tytuł mówi jedno, zaś dalsza treść coś innego? Najwyraźniej autor nie zna za dobrze języka polskiego. To już do tego doszło, że tabloidy zatrudniają aż tak źle wykształcony personel?
Tym retorycznym pytaniem zakończyłem wtedy lekturę. Zaś samą gazetę zabrałem ze sobą. Bynajmniej nie tylko po to, aby innych chronić przed zgłupieniem do reszty. Planuję wykonać remont domku dla pewnego kota, który do nas zagląda, ale nie jest stałym domownikiem, zaś papier to świetna izolacja cieplna. Nie mam zbyt dużo tego gruzu na stanie, więc tabloid akurat się przyda. Ku chwale Bastet Mądrej i Nadobnej.

13 sierpnia 2024

Olimpiada - dokończenie

Przyjęło się, że medal w sporcie zespołowym liczy się jako jeden medal i przy takim podejściu do sprawy polski bilans Olimpiady 2024 wygląda tak:
Panie - 8 sztuk
Panowie - 2 sztuki
Jak to wygląda procentowo?
Trzeba rzecz jasna przyjąć, że w konkurencjach tych indywidualnych osobę startującą traktujemy jako zespół, drużynę. No, i wychodzi wtedy tak:
Panie - 8/105 = 7,6 procent
Panowie - 2/74 = 2,7 procent
Mixty - 0/2 = 0 procent
Co z tego niby ma wynikać? Nie wiem, nie mam pojęcia. Zestawienie zostało zrobione dla beki, nie na poważnie, tak bardziej dla zaspokojenia ciekawości, choć niekoniecznie naukowej.
===
Ale teraz wróćmy do kluczowej walki Julki Szeremety.
Tu już się robi trochę poważniej...
Od razu zastrzeżmy, że tu mówimy tylko o stronie czysto technicznej. Bez wnikania w płeć przeciwniczki i całą tą jebaną politykę, w której Konfa robi se skądinąd fajnej dziewczyny użyteczne mięcho.
A więc:
Ta jej walka była do wygrania. Pierwszą rundę Julka rozegrała po swojemu. Wbrew kanonom klasycznego boksu. Taniec na ringu z opuszczoną gardą, luz, zabawa, lanie w dziób z kontry przy każdej okazji. Niezłe. Tylko że tym razem nie zadziałało. Pierwsza runda poszła w zaropiałą pizdę pawłowicza.
Trener to przespał.
Druga runda to samo, Jula jest w plecy.
Aha...
To teraz ma być garda wysoko i tłuc w półdystansie?
Za późno idioto! 
To już trzecia runda po dwóch przegranych.
Nie dotarło?
Się wujek przebudził dopiero, kurwa!
Nie chcem mi siem dalej o tym pisać.

13 marca 2024

Trochę o związkach, trochę o idiotyczności

Ludzie się dzielą na takich, z którymi da się rozmawiać i z którymi się nie da. Ostatnio zaistniała konieczność odpuścić sobie pewną Panią, bo po pewnym czasie blogowej znajomości okazało się jednak, że Ona rozmawiać nie umie. Jakiś defekt mentalny posiada, czy cóś. Zostawmy to jednak, zajmijmy się przypadkami pozytywnymi. Za taki postrzegamy blogerkę B.K./=TU=/, która nie wali brudnymi chwytami ad personam, nie wykręca naszych słów na odwyrtkę, nie wmawia nam, nie wciska, że powiedzieliśmy coś, czego nie powiedzieliśmy, zaś rozmowa z Nią potrafi sprawić przyjemność, mimo że niekoniecznie kaszlemy tak samo. Ostatnio naszło nas, tak trochę bocznie od głównego wątku Jej posta, na temat związków na odległość. Teza, którą uznaliśmy za stosowne nieco podważyć jest taka, iż takie związki są idiotyczne. Jakoś trudno nam to zaaprobować, jako że istnieje sporo takich związków, które są bardzo sensowne. Za to równie sporo związków, czy raczej układów razem mieszkających bywa kompletnymi idiotyzmami. Nie wspólna chata tworzy związek. Mieszkać razem i być ze sobą niekoniecznie oznacza to samo, te rzeczy potrafią się nieraz mocno różnić.
Zacznijmy od definicji związku na odległość. To jest wtedy, gdy taka para nie mieszka ze sobą, nie dzieli wspólnego lokum na stałe, a jedynie okresowo, na czas, kiedy ze sobą przebywają. To tyle, nic poza tym. Za to otwarta jest kwestia tej odległości. Tu bywa naprawdę różnie. Od sąsiednich domów do niesąsiednich miast, czy nawet kontynentów. Przy czym czasy obecne są takie, że tej odległości wcale nie mierzymy metrami, tylko upierdliwością doprowadzenia do takiej sytuacji, aby do poprzebywania ze sobą doszło. Im bardziej jest to upierdliwe, tym szybciej taki związek się rozwala. Sytuacja jest na ogół wtedy jasna.
Za to bardzo niejasna bywa nieraz przy wspólnym mieszkaniu. Taka para, gdy przestaje być ze sobą często nadal jeszcze ze sobą mieszka, bardzo często udając, że ich związek istnieje, mimo, że już go wcale nie ma. To są nieraz bardzo zawikłane sprawy, gdyż jako że komunikację, bazę związku, dawno już szlag trafił, to ci ludzie mają niedogadane, jak to w ogóle z nimi jest. Aczkolwiek nie zawsze tak jest, bo czasem obie strony dobrze wiedzą, co jest grane, czy raczej co jest nie grane.
Przejdźmy teraz do kwestii tej idiotyczności jednego, czy drugiego rodzaju związku. Otóż idiotyczność nie jest cechą naukową, zaś kompetencje do określenia, czy dany związek jest idiotyczny, czy nie, mają tylko te dwie osoby, które dany układ tworzą. Obserwator zewnętrzny ma tu guzik do gadania, jego zdanie, jakie by nie było, po prostu się nie liczy. Więc dyskusja na temat, czy jakiś związek, jego rodzaj, czy też konkretny przypadek jest idiotyczny, czy nie, nie ma żadnego sensu. Wynika z niej tylko tyle, co ze wzajemnego opowiadania sobie kawałów.
Natomiast co można naukowego wycisnąć z tego tematu? Na przykład to, że związek na odległość nie jest dobrą opcją dla ludzi lękowych, którzy mają ambicję posiadania maksymalnej kontroli nad tą drugą osobą. Okresy, gdy nie przebywają razem będą im ubarwiać ataki paranoi, że partnerka, czy partner spędza czas nie tak, jak według nich powinna. Czyli na przykład mizia się z kimś trzecim na boku. Za to taki związek może być niezły dla indywidualistów, którzy chcą mieć trochę czasu dla siebie, żeby nikt im się nie wpieprzał, nawet ta druga, najbliższa osoba. To oczywiście można nieźle zorganizować mieszkając razem, ale wydaje się być jednak nieco trudniejsze. Związek na odległość nie jest też zbyt dobrym pomysłem dla par ludzi mających skrajnie wysokie libido, którzy nie potrafią kroczy od siebie odkleić. Ale jest druga strona tego medalu. Otóż według jakichś badań, gdy się mieszka razem, ten piękny sport po pewnym czasie zaczyna być nudny. Zaś jako, że jest kluczowym filarem związku, to gdy ten filar słabnie, to cała konstrukcja zaczyna się mniej lub bardziej chwiać. Taka sytuacja mniej grozi przy związku na odległość. Przy każdej okazji bycia razem mizianko jest głównym punktem programu. Mniejszą ilość kompensuje większa jakość. To zaś wzmacnia, cementuje wzajemną więź, co powoduje, że obie strony nadal chcą się tak bawić. Co prawda celem związków nie jest bynajmniej trwałość, ale to, żeby było fajnie, niemniej jednak ta trwałość jest pewnym miernikiem tego, czy jest fajnie, czy nie. Mowa jest rzecz jasna o trwałości bycia ze sobą, a nie mieszkania razem.
To może na razie tyle w temacie, choć pewnie można by więcej. Ale oddamy teraz piłkę Kawiarni, która zapewne również coś ciekawego opowie.
Aha, tekst posta zawiera lokowanie innego, też fajnego bloga.

03 grudnia 2023

Czy koty na pewno jedzą myszy?

"Mysz zjada jedzenie kota, ale kocia miska jest rozbita.
Co to znaczy? O co tu chodzi?"
Powyższy koan mogą znać niektórzy praktykujący zen, ale większość ludzi go nigdy nie słyszała, nie wiedzą oni nawet, co to jest koan. Nie będziemy się tym zajmować, nie będziemy też zajmować się samym zen. Wyjaśnimy tylko, że koan to rodzaj takiej zagadki zen służącej do ćwiczenia umysłu. Koany są jak kawały: nie powinno się ich brać na samo myślenie, tylko bardziej na czucie. Tu pierwsza część zdania jest oparta na pewnej jakby grze słów, bo przecież to mysz jest jedzeniem kota, nieprawdaż?
Ale czy na pewno? Zapomnijmy teraz na razie o koanach, zenach, czy takich tam innych jazdach, skupmy się na samym meritum, na kocie i myszach. To, że koty zjadają myszy wydaje się dla wielu oczywiste, ale gdy ktoś zna się na kotach, obserwuje je uważnie wie, że nie zawsze tak jest. Nieraz zdarza się, że kot upoluje mysz, potem zaś po pewnym czasie irytującej wielu ludzi zabawy zdobyczą zostawia ją nietkniętą. Dlaczego tak jest? Najpłytsza odpowiedź jest taka, że dobrze utrzymany, zadbany kot, regularnie karmiony przez opiekuna nie ma takiej potrzeby, aby uzupełniać swoje menu myszą. Jest to prawda, ale tylko częściowa, która nie wszystko wyjaśnia.
Aby dokładniej rozpracować zagadnienie musimy się przyjrzeć ewolucji gatunku Felis catus silvestris, czyli mówiąc po ludzku kot domowy. Otóż za sprawą jakiejś fluktuacji kwantowej kot jako jedyny przedstawiciel rodziny kotowatych wpadł na taki pomysł, aby zakolegować się z innym gatunkiem, Homo sapiens, czyli człowiekiem rozumnym, znanym też jako naga małpa. Bardzo wrednym gatunkiem zresztą, ale kot wtedy nie wiedział, że sprawy tak się potoczą. Eksperyment się udał. Ludzie wręcz zakochali się w kotach, oddawali im nawet nabożną cześć, choć były też okresy dość mroczne, kiedy to w niektórych rejonach Ziemi traktowali je jako wrogów publicznych. Do tej pory też istnieją lokalne enklawy, gdzie ludzie po prostu jedzą koty. Nie należą oni bynajmniej do jakichś mitycznych, nigdy nie istniejących sekt, tylko realne, zwykle małpiszony. Ale to jest pewien margines, stopniowo zanikający, zaś generalnie sytuacja jest mianowicie taka, że Nauka relację między tymi dwoma gatunkami nazwała sobie (miękką) symbiozą, albo żeby było mądrzej protokooperacją. Realizowane jest to na kilka sposobów.
Najdalej od ludzi żyją wolne koty miejskie, zwane nieraz też dzikimi lub bezdomnymi. One niewiele biorą od człowieka. Wystarcza im schronienie piwnic lub innych zakamarków ludzkich budowli, oraz resztki jedzenia znajdywane na śmietnikach. Bo tak się składa, nagie małpy żyjąc iluzją, że jest im dobrze, że tak będzie zawsze, mnóstwo jedzenia wyrzucają. Za to koty samą swoją obecnością powodują, że hamowany jest rozwój populacji szczurów, które chętnie pasożytują na efektach cywilizacji. Większość ludzi nie czuje obecności tych kotów, nawet nie wiedzą, że żyją obok nich. Aczkolwiek zdarzają się wyjątki, które je dokarmiają lub zajmują się stanem ich zdrowia. Czasem, gdy władze danego miasta są przytomne, rozumieją potrzebę istnienia tych kotów, wtedy ta pomoc bywa bardziej zorganizowana i umocowana prawnie. Koty miejskie zwykle żyją samodzielnie, nie tworzą żadnych społeczności, choć czasem zdarzają się wyjątki. Te wyjątki nazywają się koloniami, które czasem osiągają takie rozmiary, że stają się atrakcjami turystycznymi podlegającymi szczególnej ochronie. Jednak tak, czy owak życie kota miejskiego łatwe nie jest, co przekłada się na bardzo niską średnią długości ich życia. No, ale wróćmy do meritum sprawy, czy takie koty żywią się także myszami? Temat jest szalenie słabo zbadany, ale można by sądzić, że w takim środowisku raczej nic one nie marnują zdatnego do jedzenia. Dochodzi jeszcze dodatkowa trudność: szalenie rzadko widuje się myszy wolno żyjące w mieście, zwłaszcza wielkim. Być może tak jest za sprawą samych kotów, ale być może te myszy nie za bardzo mają czego tam szukać?
Jednak większość kotów wydaje się zdecydowanie lepiej wychodzić na symbiozie z człowiekiem. Mają schronienie, jedzenie, opiekę lekarską i choć nieraz opiekun nie ma kompetencji do zajmowania się nimi, to średnia ich wieku wychodzi wybitnie wyżej, niż ich bezdomnych kolegów. Przyjęło się je dzielić na wychodzące oraz niewychodzące, choć dla ścisłości trzeba by dodać wiejskie koty bezdomne, albo może raczej wielodomne. To jest dość ciekawa grupa. Nie są przypisane do konkretnych opiekunów, tudzież domów, żyją sobie pełnią wolności niczym koty miejskie, można by rzec, że są niczyje, jednak żywią się, czy też nocują raz tu, raz tu, dzięki życzliwości gospodarzy danego obejścia. Obserwacje ich wykazują, iż zwykle są to znakomicie utrzymane koty, czasem wręcz puszyste. Dość podobną sytuację miewają też koty żyjące sobie na podmiejskich działkach. Formalnie bez opiekunów, realnie zaś mają ich wielu.
Koty niewychodzące, całe życie spędzające w mieszkaniu raczej myszy nie jadają, choćby dlatego, że nie mają nigdy żadnej okazji ich sobie upolować. Aczkolwiek zdarzają się czasem marginalne, sporadyczne wyjątki. Pewna mysz zawędrowała kiedyś do mieszkania na szóstym piętrze bloku, po czym została schwytana, tudzież schrupana całkowicie. Są świadkowie.
Za to koty wychodzące mają pełne pole do popisu do rozwijania swoich genetycznie uwarunkowanych zdolności łowieckich. Dużo tutaj zależy od struktury danego terenu, jego zabudowy, czy to jest wieś, miejskie osiedle jednorodzinne, czy też zazielenione blokowisko, zawsze jednak jakaś zdobycz się trafi, kwestia tylko, jak często. Co prawda skupiamy się tu na myszach, ale należy również wiedzieć, że koty polują także na ptaki, ssaki owadożerne, czasem też na gady lub płazy. Co się dzieje dalej, już po udanym polowaniu? Niektóre zdobycze kot zanosi do domu, do swojej grupy rodzinnej, do której mogą się zaliczać ludzie, inne koty, psy, czy też pozostali mieszkańcy. Tu znowu są świadkowie przypadku, gdy kot przyniósł mysz oswojonemu ptakowi drapieżnemu, który zamieszkiwał jego teren. Przy okazji też pada mit, jakoby kot był zwierzakiem asocjalnym, żyjącym samemu tylko dla siebie. Takie koty są, jednak obserwacje większych grupek kocich szacują ich procent na jakieś dwadzieścia do trzydziestu. Jednak pozostała większość to są stworzenia jak najbardziej towarzyskie, rodzinne, choć bynajmniej nie stadne, jak wiele osobników wrednego gatunku naga małpa, więc wciąż zachowujące swój indywidualizm.
Ale wróćmy do sytuacji, gdy kot złapał mysz, lub jakąś inną ofiarę swojego instynktu, po czym nie zaniósł jej do domu, tylko zachował ją dla siebie. Otóż tedy często ma miejsce sytuacja, gdy kot mówiąc kolokwialnie głupieje. Co prawda powodowany uwarunkowaniem genetycznym przez jakiś czas jeszcze maltretuje swoją zdobycz, co akurat jest przygotowaniem jej do konsumpcji, ale po tej fazie jego program się zawiesza. Kot wtedy porzuca łup, gdyż mimo swojej inteligencji po prostu nie wie, że to służy do jedzenia.
Dlaczego tak właśnie się dzieje? Wyjaśnieniem jest sposób postępowania opiekunów, gdy nastąpi taka sytuacja, że ich kotka się okoci. Wielu ludzi rzecz jasna nie dopuszcza do takiej sytuacji, zwykle poprzez sterylizację, niemniej jednak wciąż nie jest ona takim rzadkim wydarzeniem, kiedyś zaś bywała jeszcze częstszym. Mimo wszystko jednak się to zdarza, mamuśka zajmuje sie maluchami ku uciesze domowników, jednak szalenie rzadko jest tak, że dorastające kociaki dalej ten dom zamieszkują. Zwykle więc są odstawiane od matki, po czym rozprowadzane wśród znajomych lub jakimś innym sposobem do innych domów. Popularny pogląd jest taki, że kociaki można zabierać matce już od dwóch do trzech miesięcy po urodzeniu, kiedy już nie są karmione jej mlekiem. Taka też jest przeważnie praktyka, tylko szkopuł polega na tym, że to jest jeszcze za krótko, aby matka mogła swoje dzieci choć trochę posocjalizować, czyli wychować, zaś najprościej mówiąc nauczyć wielu rzeczy, które im mogą się przydać. Tą rolę przejmuje opiekun plus wszelkie okoliczności, uwarunkowania nowego domu, do którego trafi mały kotek. Tym samym jednak nie zdąży on już się nauczyć tego, jak się je mysz, gdyż matka jeszcze mu tego nie pokazała. To rzecz jasna nie oznacza, że pozna on smak myszy, jeśli się go odstawi od matki później, ponieważ bardzo często jest tak, że matka sama tego nie wie, być może nawet nigdy nie widziała myszy, zwłaszcza, gdy była kotem nigdy niewychodzącym. Nigdy też nie dostała takiej lekcji, gdyż pokolenie wcześniej działo się podobnie. Co więcej, linia takiej ignorancji mogła istnieć już od dawna. Dlatego też właśnie, gdy kot niewychodzący nagle zmieni otoczenie, zacznie wychodzić, co zaś za tym idzie, polować, to schwytawszy jakąś zdobycz bardzo często nie będzie kojarzyć związku, że to się w ogóle je.
Aczkolwiek, aby już dokonać kompletacji tej kwestii, nieraz zdarzają się koty samouki, które nagle odkrywają, że ich łup może się nadawać do jedzenia. Jakby nie było, od tego mają przecież zmysły smaku oraz zapachu, żeby to rozpoznać. Nie zawsze jednak jest im dane tego doświadczyć, bo nie zawsze tryska krew podczas tego polowania, szczególnie, gdy są to ptaki. Wracając jednak do myszy, to nawet gdy taki kot ją napocznie, nadal nie staje się ona jego posiłkiem ze względu na przyczyny, które podane zostały na początku.
Reasumując odpowiedź na pytanie tytułowe brzmi "na pewno nie na pewno". Jest to konsekwencja procesu ewolucji kota, jak już wspomniano gatunku wyjątkowego ze wszystkich kotowatych. Kto wie, zakładając optymistycznie, że życie na Ziemi nie ulegnie zagładzie na własne życzenie ludzi, czy kiedyś tam w dalszej przyszłości koty wcale nie będą jeść myszy?
 

18 listopada 2023

Jak to z głupotą czasem bywa

Ile ktoś musi wykonać głupot i jakiego kalibru, żeby go uznać za głupola? Jedna to chyba za mało, w sumie każdemu może się jakaś zdarzyć. To może dwie? Dwie to już coś, ale skoro ta pierwsza się nie liczy, to znowu mamy tylko jedną. Takim oto sposobem można by dojść do wniosku, że na świecie nie ma głupoli, ale przecież nawet głupol wie, że to kompletna nieprawda. Do tego waląca po oczach, ewidentnie.
To było na rozkrętkę, do sprawy zresztą jeszcze wrócimy na koniec, a teraz do meritum może się udajmy:
Od czasu do czasu na rynku kultury, czy też rozrywki pojawia się taki film lub książka, że robi się ogólny wrzask. Najgłośniej zwykle wrzeszczą ci, którzy tego produktu nie znają, co jakby samo w sobie nie tworzy żadnej sprawy. Wrzeszczeć każdy sobie może, czasem lepiej lub gorzej. Dziwnie, wesoło lub smutno, robi się dopiero wtedy, gdy ktoś taki zaczyna ów wyrób oceniać, mądrzej zaś mówiąc: recenzjonować, czy jakoś tak. Od razu wtedy, jak na zawołanie, pojawia się znany kawał:
- Nie jadam flaków, bo nie lubię.
- Próbowałeś kiedyś?
- Ależ skąd? Przecież mówię, że nie lubię.
No, ale nie komplikujmy sprawy żarciem, ograniczmy się do strawy czysto duchowej, bo zaraz temat tej pracy zejdzie na dupy. Otóż któregoś dnia pewna osoba postanowiła nie obejrzeć pewnego produktu kinematografii. Uzasadniła to jakoś tam, ale ważne akurat jest to, że nie oceniła tego filmu. Poniekąd logiczne, bo jak można ocenić coś, czego nie poznaliśmy? Ona jedynie oszacowała według znanych jej danych, że film może jej się nie podobać, gdy ewentualnie pójdzie. To wszystko jest jasne, klarowne, ale nie dla wszystkich jak się okazuje.
Otóż gdy druga osoba się o tym dowiedziała, wyraziła swą dezaprobatę, jak można wystawiać recenzję filmowi, którego się nie widziało. Nie można, tylko myk polega na tym, że żadnej recenzji, czyli oceny wcale nie było.
Wyobraźmy sobie taką sytuację, że idziemy do biblioteki lub do księgarni. Szperamy po półkach, czasem coś wyjmiemy, spojrzymy na okładkę, na tytuł, na info kto napisał, na jakiś tam opis na tejże okładce, jeśli jest, czasem zajrzymy do środka, przeczytamy ze dwa, trzy zdania. Rzucamy też okiem na cenę, jeśli to księgarnia, jednym słowem robimy to, co robi każdy zwykły gość takiej placówki gdy do niej zajrzy. Ale prędzej, czy później do jakiejś decyzji dochodzi. Wybieramy jedną, dwie, trzy pozycje, czasem też nie wybieramy żadnej wcale. Analiza detaliczna tego całego procesu jest dość skomplikowana, bo może bardzo różnie przebiegać, ale bardzo łatwo jest podsumować i nazwać nasze motywacje wspomnianej decyzji. My po prostu oszacowaliśmy, że te książki, które wybraliśmy mogą być niezłe. Podkreślmy to: oszacowaliśmy, ale na pewno ich nie oceniliśmy. Czy to oznacza, że resztę książek, tych nie wypożyczonych, czy nie kupionych oceniliśmy jako kiepską? Oczywiście, że nie.
Na pewno oczywiście? Okazuje się, że nie bardzo, bo nie każdy to pojmuje. Gdy wyjaśniłem to wszystko tej drugiej wcześniej wspomnianej osobie, ta mi odpowiada, że ta pierwsza osoba ocenia książki po okładkach. Masakra!!! Idzie się pochlastać w ramach reakcji na głupolstwo tej odpowiedzi.
To są właśnie te chwile, gdy chwieje się nasza pobłażliwość dla głupoty. Bo zdarzają się takie bowiem, że już po pierwszej aż samo się prosi, aby uznać ich wykonawcę za głupola. Wspomnianego na początku zresztą.
_______
Tekst posta dedykuję trzeciej osobie, która obiecała go nie przeczytać, gdy już on zaistnieje i zostanie opublikowany.

11 października 2023

Na kogo głosuje leniuch wyborczy?

To może trochę wyglądać na agitkę, żeby iść na wybory, choć wcale taką nie jest, ale zawsze lepiej brzmiącą, niż jakieś tam frajerskie pieprzenie na temat obywatelskiego obowiązku.
Okazuje się, że nie iść na wybory można na dwa sposoby. Można nie iść, czy nie jechać fizycznie, dosłownie, tylko zamiast tego iść na przysłowiowe piwo, czy na grzyby. Można też iść, ale oddać nieważny głos. Mimo to w każdym przypadku zawsze kogoś się popiera. Idący na wybory i oddający ważny głos popiera stuprocentowo tego, osobę lub ugrupowanie, na kogo odda ten głos. Kogo popierają pozostali?
Oddający nieważny głos popiera po równo wszystkie kandydatury. Czyli jeśli startują cztery opcje na ten przykład, to każda otrzymuje po ćwiartce głosu, czyli po  dwadzieścia pięć procent. Tak?
Czy tak samo jest, gdy ktoś nie pofatyguje się do lokalu? Otóż nie jest tak samo. Tylko jak został podzielony taki nie oddany głos to wiadomo dopiero po wyborach. Użyjmy tego samego przykładu. Przypuśćmy, że wynikowy rozrzut głosów był taki: opcja A - 45%, B - 30%, C - 20%, zaś D - 5%. Tak samo jest rozłożona waga niegłosu oddanego przez leniucha. Tak więc jeśli taki gada, że nie idzie, bo jest mu wszystko jedno, to pieprzy regularne bzdury. Bo w rzeczywistości poparł najbardziej opcję A, potem B, potem C i tak dalej. Z praktycznego punktu widzenia to porównanie nie ma zbytniego znaczenia, bo waga każdego takiego niegłosu wynosi zero, niemniej jednak moralnie wygląda to nieco inaczej.
Jest tylko jeden wyjątek od tego przekazu. To jest wtedy, gdy jesteśmy absolutnie przekonani, że wybory będą robione, innymi słowy sfałszowane. Tak jak było za poprzedniej komuny. Pomijamy rzecz jasna jakieś drobne przekręty, które przy każdych wyborach mogą zaistnieć. Wtedy akt lenistwa wyborczego nie jest już zgodą na ich wynik, lecz wyrażeniem protestu na cały fałsz. Ta sytuacja przy obecnych, najbliższych wyborach jeszcze nie grozi, ale jeśli neokomuna utrzyma się przy korycie, to może już zagrozić przy następnych. Nieźle jest więc sobie zadać pytanie, czy chcemy tego, czy nie. Te zdania można już traktować jako agitkę prowyborczą. Nie tylko żeby iść, ale także na kogo wtedy nie głosować.

30 września 2023

Gdzie jest drugi film?

Pytanie tytułowe zadałem sobie zaraz po wyjściu z sali kinowej. Bo podczas projekcji nie myślałem prawie wcale, tylko tyle, ile trzeba. Nadmiar myślenia podczas obcowania z produktem artystycznym jest po prostu szkodliwy, bo nie percepujemy go prawidłowo. Myśląc bowiem za dużo zasłaniamy sobie ów produkt tymi właśnie myślami. Dochodzi wtedy do idiotycznej sytuacji, bo okazuje się, że zamiast za możliwość bycia z dziełem sztuki, postrzegania go, taki myślacz zapłacił za coś, co może robić za darmo.
Okay, ale już było po filmie i pytanie teraz, skąd się pojawiło to wspomniane pytanie? Stąd, że jeszcze przed filmem trafiło mi się przeczytać co nieco wypowiedzi na jego temat. Wartościujących, więc bez żadnego znaczenia, ale trochę ukrytego spojlerowania akcji również w nich było. To właśnie był ten szkopuł. Tymczasem jednak to były takie fejkowe spojlery, bo nic takiego, co niby miało mieć miejsce nie miało tam wcale tego miejsca. To zaś mogło sugerować, że jest jakiś drugi film pod tym samym tytułem. Opieram tą hipotezę nie na opiniach potworów, którzy stwierdzili otwarcie, że filmu nie widzieli, przyznając tym samym, że są idiotami, tylko na słowach tych, którzy oświadczyli, że widzieli fragmenty. 
Tylko, że tu pojawia się kolejny szkopuł. Jak doskonale wiadomo, potwory rządzące ostatnio tym krajem, tudzież ich elektorat, nie widzą tego, co jest, tylko jakiś tam swój urojony świat równoległy. Co prowadzi do jednoznacznej konkluzji, że drugiego filmu nie ma lub jest, ale inaczej. Jako, że nie mam zasranego umysłu niczym te wspomniane potwory, to zobaczenie tego hipotetycznego, urojonego filmu jest dla mnie niedostępne.
Takim oto sposobem pytanie oń szybko straciło sens i zniknęło. Został tylko pomysł na wykonanie tego posta. Tedy więc voila...

21 czerwca 2023

Tylko obecność

Gdy przestajesz się zastanawiać nad życiem
Okazuje się być ono szalenie zabawne 
Kupałowy czas
Jeśli chcesz tego, co jest
Jest to, czego chcesz
Pełno tu odpowiedzi
Na które nie ma pytań
Jeżeli jedynym powodem rozrywki jest chęć przykrycia własnych deficytów psychicznych lub to, że potem będziesz lepiej pracować, to tak naprawdę nie bawisz się. Robisz to jedynie dla korzyści, a nie dla zabawy samej w sobie.

18 maja 2023

Nocna prohibicja

Czytam sobie /na ten przykład ==TU==/ na temat zakazu nocnego dilu i tak na mój, więcej czujący, niż myślący (ale za to, jeśli już, to prawidłowo) rozumek, to sobie myślę tak:
Przede wszystkim bazowe jest pytanie, co ma być celem zakazu nocnej sprzedaży, po co on ma być? Jeśli ktoś tego nie wie, to niech nie zawraca tyłka, tylko idzie sobie do domu. Czy celem ma być ograniczenie spożycia, czyli żeby ludzie mniej pili? To można już od razu sobie darować. Na to PRAWNEGO sposobu nie ma. To znaczy jest, mianowicie legalizacja Zioła, ale teraz mamy na myśli prawo dotyczące tylko samego alkoholu. Ta legalizacja zresztą da efekty dopiero po iluś tam latach, ale ten temat jednak sobie teraz odpuśćmy. Dla licznych (jeszcze jakiś czas) marychofobów jest wciąż za trudny, poza horyzontem pojmowania.
To może tak ograniczenie przemocy domowej? Też mrzonka. Ta sprawa ma się nijak do tego, czy taki damski bokser może sobie kupić towar po nocy, czy nie. Można sobie pogadać na temat samej przemocy, ale zakazem tej nocnej sprzedaży na pewno jej nie zahamujemy. To ma związek z nadużywaniem jako takim, co już omówiliśmy szkicowo wcześniej.
Pora wymyślić jakiś inny cel. Jest taki, owszem, do tego jedyny, jaki można osiągnąć taką nocną prohibicją. Ale może po kolei. Otóż jest sobie takie powiedzenie "kupić o jedną flaszkę za mało". Dotyczy to tych sytuacji, gdy ktoś zwykł pijać ryzykownie lub niektórych imprez, tych rzecz jasna, na których nie używa się Zioła. Po prostu nagle okazuje się "kurwa, zabrakło". Jak zabrakło, to trzeba iść dokupić, tak? Więc idzie taki niedopity lub cała ekipa do punktu nocnego. Kupują, wracają, ćpają dalej. Ale chwilunia, to nie zawsze tak wygląda, bo coś przegapiliśmy. Bo to nieraz nie jest tylko taki sobie zwykły spacerek do sklepu. Przy okazji potrafi się zadziać sporo różnych nie zawsze ciekawych rzeczy. Żeby nie rozwijać detali zwykło się to popularnie nazywać "rozrabianiem", które przeważnie, statystycznie rzecz biorąc, po prostu szkodzi. Pół biedy, gdy tylko samym rozrabiaczom, ale często też ludziom postronnym, którzy problemów nie szukają, dorzućmy też do kompletu jakieś tam mienie, całkiem już niewinne.
Na tym się zatrzymajmy i zróbmy eksperyment myślowy, symulację taką, że nocna sprzedaż nie działa. Co się wtedy dzieje? Nic. No, prawie nic, ale na pewno mniej. Ucinają się te pielgrzymki do placówek dilerskich, redukuje się więc ilość sytuacji, okoliczności sprzyjających wspomnianemu rozrabianiu. Mówiąc metaforycznie: nie ma pożarów, bo nie ma gdzie iskrzyć. Proste. Czy jest to cel wart omawianego zakazu? Na to Kawiarnia niech odpowie sobie sama. Ale jak podaje (przykładowo) katowicka policja oraz straż miejska, to działa, vide artykuł.
Czy stracą na tym dilerzy? Czy spadną im przychody, obroty? Nie. Jak już wspomniano nieco wcześniej, ten konkretny przepis ilości spożycia nie zmieni, czyli nie zmieni się sprzedaż. Co najwyżej jej dzienny rytm, co nie ma żadnego znaczenia. Zainteresowani większą wypitką nauczą się kupować na planowaną sesję więcej.
Albo... No, właśnie.
Tu może pojawić się kłopot: wyprawy do miejsc, miast lub gmin, gdzie zakaz nie obowiązuje. To może się przełożyć na zwiększenie obrotów taksówek, ale obarczonych też ryzykiem, bo taki taryfiarz zamiast zarobić może dopłacić do czyszczenia auta lub nawet dostać po ryju. Tak więc tym nie ma co się przejmować, ale kłopot może pojawić się gdzieś indziej pod postacią wypraw własnym autem. Jako, że wtedy zwykle po spożyciu lub pod wpływem, to dalej chyba tej myśli kończyć nie trzeba. Czyli wychodzi na to, że ta cała nocna prohibicja ma sens tylko wtedy, gdy obowiązuje wszędzie, wprowadzona prawem państwowym, nie tylko lokalnym, samorządowym. Kwestia godzin, od której do której, to już jest detal. Ważne, żeby wszędzie było tak samo.
No, i może na razie tyle. Uwagi? Wolne wnioski?

18 marca 2023

Ostatnie słowo /przed Świętem Wiosny/

Na wiele, może nawet na większość wydarzeń nie masz żadnego wpływu. Trochę większy masz już na to, czy one Ciebie dotyczą, czy nie. Przy czym uznanie, że coś Ciebie nie dotyczy nie oznacza rzecz jasna, że to ignorujesz. Masz też pewien wpływ na to, czy będziesz się z tym czymś czuć dobrze, czy też niekoniecznie. Tylko pewien, więc nie daj sobie wmówić, że całkowicie panujesz nad sytuacją. Ale na jedno masz już wpływ absolutny, tylko Ty o tym decydujesz. Otóż jedynie od Ciebie zależy, czy zrobisz z jakiegoś wydarzenia problem. Ostatnie słowo na ten temat należy wyłącznie do Ciebie, do nikogo innego.

21 grudnia 2022

No, to zaczynamy Święta

Jak już kiedyś to zostało wyjaśnione, konserwatyzm jako ideologia oraz konserwatywność jako osobniczy styl życia to są dwie różne sprawy. Nawet bywają przeciwne sobie niekiedy. Na przykład konserwatysta jest wrogiem kobiet, zaś osoba konserwatywna te kobiety szanuje, tedy nie odmawia im praw człowieka. Tak więc wszyscy ludzie high class minded totalitarnej ideologii zwanej "konserwatyzm" nawet kijem nie tkną, jednak chyba wszyscy są jakoś tam wybiórczo konserwatywni co do różnych tematów.
My jesteśmy na ten przykład konserwatywni w kwestii Świąt. Ich początek obchodzimy dziś, jest to naturalny termin, tak robili dawni Celtowie, Germanie, a przede wszystkim zaś Słowianie. Wszyscy oni wyznawali religie naturalne, rodzime, nie jakieś obce, napływowe, do tego sztuczne, wymyślone. Ale nie trzeba też wyznawać żadnej religii, aby czuć, iż ten dzień jest jakiś inny, dość ważny, czyli "święty". Na tą więc okoliczność życzymy Kawiarni dobrego zdrowia psychosomatycznego, fajnej zabawy według dowolnych pomysłów, przede wszystkim zaś LUZU. Luzu, czyli dystansu do świata, do siebie, tudzież do życia w tym świecie, bo bez luzu to życie zwykle jest nie do przyjęcia.
Na koniec drobne wyjaśnienie. Miało być trochę inaczej. Była koncepcja ukazania się na blogu posta literackiego, opowiadania, jeszcze przed Świętami, ale real zarządził inaczej. Niewykluczone jednak, że coś się zdąży zadziać jeszcze tego roku, ale nie jest to nic pewnego. Tymczasem zaś:
ROŚNIJCIE W SIŁĘ i BAWCIE SIĘ DOBRZE!
Jeszcze bonusowe haiku, tak żeby coś literacko było:
Beka i baka
Śmiech i radość na twarzach
Słoneczko wraca

13 listopada 2022

Alkoholowa zagadka fałszywego wstydu

Stary Vincent miał opinię poczciwego wujka i nader wspaniałego gawędziarza, pod warunkiem, że nie przekroczył swojego limitu wypitego wina, bo wtedy jego gawędy stawały się mało czytelne. Tego dnia jednak jeszcze nie osiągnął tej fazy, referował swoje przygody nader składnie, zaś w pewnym to momencie, tytułem dygresji dokonał krótkiej autoprezentacji:
- Je ne suis pas alcoolique. Je suis un degustateur.
Słuchacze, ci którzy go znali lepiej, sypnęli gromkim śmiechem. Stary Vincent śmiał się także. On już etap zaprzeczania własnej chorobie miał za sobą. Nie każdy dringol ma taki wgląd. Niektórzy do końca życia potrafią nie przyjmować tego do wiadomości, więc taką dygresję wypowiadaliby jak najbardziej na poważnie.

Zostawmy ten temat, skupmy się na świecie ludzi przynajmniej teoretycznie zdrowszych. Jakby nie było, narkotyki przyjmują nie tylko ogólnie rozumiani narkomani, czyli ludzie uzależnieni lub też rokujący, aby być może nimi zostać. Dotyczy to też alkoholu, być może nawet szczególnie, środka powszechnie dostępnego, tudzież bardzo popularnego. Takich zwykłych używaczy jest przeważająca większość, nie ma żadnych podstaw, aby ich zaliczać nawet do grupy pijących ryzykownie. Ale wśród nich również można spotkać przypadki syndromu zaprzeczania, który wtedy wygląda tak:
- Alkohol piję TYYYLKO dla smaku.
Często też towarzyszy temu nadęcie, swoisty ton wyższości wobec tych ludzi, co to "nie tylko dla smaku".
Rzecz jasna jest to pewien skrót myślowy, bo raczej nikła jest ilość ludzi, którym by smakowała sama substancja czynna, tu raczej tematem są trunki, produkty wszelakie tą substancję zawierające. Ale to akurat jest detal, bez wielkiego znaczenia, kwestia sformułowania. Niektóre takie ptysie faktycznie mówią prawdę. Dość łatwo ich poznać po samej ilości trunku wypijanego podczas jednej sesji. Jest to ilość niewielka, większa zresztą nie ma sensu, bo nawet taka ilość na tyle znieczula receptory smakowe, że druga porcja smakuje już inaczej. Wiedzą to dobrze kiperzy, zawodowi degustatorzy, którzy stosują różne zabiegi, aby po jednej spróbowanej mini porcji przygotować te receptory do następnej. Większość smakoszy, tych realnych, nie mając tej wiedzy kieruje się raczej intuicją.
Ale reszta, przeważająca zresztą, mija się z prawdą, choć trudno orzec, kiedy to robi nieświadomie, kiedy po prostu kłamie. Granica między iluzją i świadomie tworzoną wizją bywa nieraz dość nieostra, rozmyta. Tedy więc nie jest tak łatwo znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego to robią? Dlaczego to takie trudne przyznać, czasem nawet przed samą/ym sobą, że oprócz smaku powodem są narkotyczne własności alkoholu? Całe mnóstwo ludzi lubi przecież, jeśli coś ich zakręci, coś im zmieni stan umysłu. Do tego wcale nie chcą się upić, stracić kontroli nad sobą. Mimo to jednak boją się, że tak oto właśnie zostaną odebrani, jako co najmniej pijacy, kompletnie nieodpowiedzialni oraz destrukcyjni. Zaprawdę biedny musi być ktoś, kto przejmuje się opinią otoczenia jak leci, bez selekcji tych, których zdanie na swój temat warto brać pod uwagę. Ale to już jest kwestia wykraczająca poza temat narkotyków.
Wracając zaś do alkoholu, na bazie wspomnianej obawy, czy nawet lęku rośnie bańka obłudy wokół tego dragu. Sytuacja jest zaiste paradoksalnie schizofreniczna, bo jak wspomniano już na wstępie, jest to narkotyk najbardziej znany, najpopularniejszy, najbardziej oswojony, najwięcej zbadany naukowo, tudzież potraktowany artystycznie. Więc wszystko powinno być jasne. Jednak nie jest. Mimo tego całego przepracowania tematu większość ludzi nie potrafi spojrzeć na alkohol w sposób zdystansowany, tudzież wypośrodkowany. Co prawda niewiele jest optyk skrajnych: "albo abstynencja, albo alkoholizm, tertium non datur", niemniej jednak funkcjonuje schemat zero-jedynkowy: albo bagatelizacja używania, albo dopatrywanie się używania co najmniej ryzykownego. Być może jest tak, że "smakosze", czyli ta wyżej opisana grupa nie umie się uplasować w tym schemacie właśnie dlatego, że nie widzi centrum? Zaprzeczyć używaniu nie może, nie ma też podstaw aby się uznać za pijących (co najmniej) ryzykownie, więc aby jakoś to ogarnąć mentalnie zaczyna fałszować rzeczywistość tezą, że "TYYYLKO dla smaku". Z wielkim przekonaniem nieraz.
Temat można uznać za niewyjaśniony do końca, więc na koniec pytanie do Kawiarni, czy może ktoś ma inny pomysł na tą "zagadkę fałszywego wstydu"? Tak sobie to roboczo, kontrolnie nazwijmy.

26 września 2022

Podpindalanie (na przykład) frytki i nie tylko

To miło, że wszyscy się zgodzili, nikt nie zaoponował na forum pod poprzednim postem, iż swego czasu artysta znany jako Nergal nie podarł żadnej Biblii, tylko jakąś nie znaną, nie określoną do końca książkę, która posłużyła jako rekwizyt w spektaklu. Nikt też za bardzo nie kwapił się podziękować za info, jak to było naprawdę, co jest zrozumiałe, bo raczej nikt tak łatwo nie przyzna publicznie, że dawał się robić w wała. Ale dość na ten temat, przejdźmy do spraw jeszcze inszego kalibru, niż jakiś tam koncert.
Znane powszechnie są publikacje, tak papierowe, jak netowe pod wspólnym hasłem "dziesięć (lub ileś tam) cosiów, które /zdaniem autora/ odbiorca powinien wiedzieć". Rzecz jasna po przeczytaniu tego nadal nie wie, bo już po kilku minutach zapomina wszystko, co było napisane. Imponujący zbiór takich ciekawostek znalazłem kiedyś w bardaszce pewnej bibliokawiarni, miał on zbiorczy tytuł "Książka do czytania siedząc na sedesie", co ja skróciłem wtedy na "Czytanie na dzbanie". Rzecz jasna niczego nie pamiętam z tej lektury, może tylko jedną ciekawostkę na temat ilości słoni, które trzeba postawić jednego na drugim, aby ten na samej górze dosięgnął trąbą Księżyca, ale ile ich miało by być centralnie, to już zapomniałem jeszcze przed opuszczeniem rzeczonego pokoiku.
Ale jakoś tak niedawno, surfując chaotycznie po necie trafiło mi się "Dziesięć zachowań, które faceci nie lubią u kobiet". Artykuł nie wyjaśniał za bardzo, o które kobiety chodzi, czy jakieś bliższe, osobistsze, czy też tak ogólnie randomowe różne takie, to już było pozostawione czytającym do rozstrzygnięcia samej/mu. Całości nie doczytałem do końca, nie pamiętam nawet tego, co przeczytałem, poza jednym punktem, który jakoś tak dziwnym trafem wziąłem osobiście, mimo że chory na ksobność nie jestem. Mówił on tak mniej więcej tyle, że faceci bardzo nie lubią, wręcz do szału ich to doprowadza, gdy laska przy stole podkrada im cosik z talerza podczas wspólnej konsumpcji czegoś tam. Trzeba przyznać, że chyba raczej nikt nie lubi, gdy jest pozbawiany posiłku, ale tu nie rozmawiamy na temat buchnięcia całości, czy też większej połowy porcji, tylko jakiejś frytki, fasolki, czy jakiego innego fragmentu czegoś. Moja Lady plus ja stosujemy ten sport nagminnie, zawsze jest tak, że ktoś komuś podlizuje jej/go loda, podpija jakiś napój, czy też przywłaszcza sobie nieswojego pieroga. Jako, że mamy różne gusta zamawiamy nieraz różne rzeczy, ale czasem nawet właśnie po to, aby mieć urozmaicenie oraz rzeczowy powód do wspomnianego skubnięcia. Dla nas to jest po prostu fajny gest, do tego jakby rutynowy, coś tak jakby spontaniczne przytulenie się na ulicy, plus buziak lub bez, czy po prostu wzajemny uśmiech. Można to też uznać naukowo za czynność zastępczą, gdy uprawianie czynności bazowej może być jakby trochę nieporęczne. Co prawda są pary, które nawet tego uśmiechu nie praktykują, ale tego już może nie rozwijajmy. Zapytam teraz wprost, tych sparowanych, czy Wy macie tak samo, czy tylko my jesteśmy taką osobliwością?
Okay, ale czy tacy ludzie od razu muszą być parą? Powiedzmy, że to jest pierwsza randka, która dość często, choć nie zawsze, ma miejsce w jakimś lokalu z konsumpcją. Pierwsze randki bywają różne, czasem już wiadomo, czego obie strony od siebie chcą, po czym to realizują, czasem zaś jeszcze nie wiedzą, co będzie za pięć minut. Ale zostawmy takie detale. Na razie siedzą i coś tam wciągają. Nagle któreś sięga widelcem lub rąsią na teren tej drugiej osoby, po czym kasuje (przykładowo) wspomnianą już frytkę. Dla mnie, gdyby babencja buchnęła mi tą frytkę, to jest jasny sygnał, że dziewucha jest na luzie, co może, choć wcale jeszcze nie musi oznaczać, że jest dobrze. Co więcej, im bardziej wypasiony lokal, taki "Ą - Ę", taki ze sztywniejszą konwencją, tym lepiej, bo to znaczy że laska ma wyrąbane na konwencje. Takie zaś lubię, a nie jakieś tam sztywne, wystrachane damulki.
To na sam koniec jeszcze pytanie do tych niesparowanych, tudzież sparowanych, którzy mimo tego jednak na jakieś pierwsze randki uczęszczają, albo chociaż pamiętają, jak wtedy było. Co Wy na taką oto sytuację, gdy nagle ta druga osoba podpiżdża Wam tą (przykładową) frytkę, czy coś tam innego? Albo nagle mówi "daj spróbować", po czym bez względu na reakcję próbuje uszczknąć coś z Waszej szklanki. Jak to u was jest z tym temacie?

20 lipca 2022

Lekcja logiki elementarnej

Woda w pewnych warunkach /temperatura, ciśnienie/ jest płynem.
Czy to oznacza, że każdy płyn /w podobnych warunkach/ jest wodą?
Olga Tokarczuk powiedziała:
"Literatura nie jest dla idiotów"
Podobno miało chodzić o literaturę tworzoną przez nią, ale nie na pewno. To są już tylko domysły bez pokrycia w faktach.
Zostawmy to jednak, wróćmy do meritum.
Co tak naprawdę powiedziała pisarka?
Ano tyle, że idiota książki (literatury) nie pojmie. To jednak wcale nie znaczy, że tylko idioci nie czytają książek. Do tego jeszcze jej książek, jeśli mamy się trzymać wspomnianego domysłu. Tego nie powiedziała na pewno.
Jednak co poniektórzy wykonali byli focha. Co z tym można zrobić? Realnie, skutecznie nic. Ale tak artystycznie, literacko, można rzec im to:
Do szkoły gamonie!!! Uczyć się bazowej logiki.
/Byle nie do czarnekowej 😸/.
A w przerwach do psychoterapeuty! Leczyć się z ksobności.
...
Jak zwykle i zazwyczaj bywa, ten post wcale nie zamyka dyskusyj toczących się pod poprzednim. To tak dla przypomnienia.

25 czerwca 2022

Poprzeczna do urojonej

Czasem jest tak, że komentując na jakimś forum blogowym pojawia mi się pomysł na posta, na jakąś dłuższą wypowiedź na dany temat, na szersze rozwinięcie tegoż komentarza. Temat akurat jest na czasie, jako że ostatnio najnowszy projekt prawnej normalizacji traktowania kobiet przez państwo, chwilowo neokomunistyczne, znowu poszedł się huśtać. Mimo to warto było próbować, mimo zerowych szans na sukces, nie tym jednak chcę się akurat teraz zająć. Pojawiła mi się bowiem inna kwestia, taka jakby przy okazji. Już tłumaczę, tudzież objaśniam:
Wiele kobiet, choć jak wiele, nie wiem, twierdzi, że temat przerywania ciąży to babska sprawa, zaś chłopom guzik do tego. Nie jest to prawda, bo choć to nie mężczyzna ma fizjologiczny problem ciąży, to jednak fakt jej zaistnienia jakoś tam jego dotyczy, jako współsprawcy. Może on rzecz jasna czmychnąć, co być może jest najprostsze, co poniektórzy nawet tak robią, nie zmienia to jednak faktu, że problem wcale nie znika. Więc chyba lepiej jest nie musieć czmychać, tylko jakoś to bardziej elegancko ogarnąć? 
Mężczyźni różnie reagują na wiadomość o ciąży kobiety, z którą akurat mieli byli cielesną okoliczność, bez wielkiego znaczenia jest przy tym, czy ta okoliczność była chwilowa, czy związkowa. Zdarza im się radość, zdarza się się też jakieś jej przeciwieństwo. Tych reakcji bywa całe spektrum, ale tego nie ma sensu wyliczać. Skupimy się teraz na tym, co taki koleś, jeden, czy drugi, sobie uważa, jakie ma zdanie na temat decyzji, czy kobieta ma tą ciążę donosić, aby finałowo zakończyła się dzieckiem, czy też pozbyć się kłopotu. Konkretnie zaś, kto ma decydować? Okazuje się, że na ten temat również panuje pewien rozrzut poglądów wśród panów, bowiem nie tworzą oni wcale tak homogenicznej grupy, jak twierdzą niektóre stereotypy. To zaś przenosi się na różne zdania, co do tego, jakie ma być prawo zwane "aborcyjnym".
Nie jest też prawdą, jakoby spór na temat tego prawa toczyły strony "panie" versus "panowie". Takiej linii podziału wcale nie ma, jest za to, istnieje linia poprzeczna do tej fikcyjnej. Jej strony zaś krótko, choć opisowo można określić jako "panie i panowie przyjaźni kobietom" oraz "panie i panowie wrodzy kobietom". Być może najciekawsza, bo absurdalna jest część "panie wrogie kobietom", skupmy się jednak na panach. Skąd ta linia podziału, jakie właściwości ma jedna ich grupa, jakie ma druga? Jak to jest, że jedni panowie lubią i szanują panie, drudzy wprost przeciwnie, skąd to się bierze?
Odpowiedź jest bardzo prosta, zaś realia blogowe każą ją jeszcze bardziej uprościć. Otóż panowie "za (aborcją)", czyli przyjaźni paniom, nie mają zbytnich problemów na ich punkcie, przynajmniej takich poważniejszych. Za to panowie "przeciw (aborcji)", czyli wrodzy owym paniom, to istna czeluść pełna po brzegi rozmaitych porąbań, przypadków zaiste psychiatrycznych dotyczących relacji damsko - męskich, nie tylko tych cielesnych bynajmniej, ale całej fury innych, na rozmaitym tle. Dlatego też panowie "za" traktują kobiety jak ludzi, jak partnerki na każdym poziomie, czy aspekcie, zaś dla panów "przeciw" płeć żeńska to rzeczy, androidy, czasem nawet po prostu szmaty. Inaczej nie chcą lub też nie umieją ich postrzegać. Nie zawsze jest to takie jasne, gdyż wielu znakomicie potrafi to maskować tworząc pozory kurtuazji, udawanego szacunku. W istocie zaś jest to taki sam szacunek, jaki się żywi do własnego auta, czy telefonu.
To właściwie koniec wywodu, uprasza się jedynie Kawiarnię, aby darowała sobie uwagi na temat zbytniego uproszczenia, czy też uogólnienia sprawy. Tak po prostu miało być, it's only blog, nie żadna tam dysertacja naukowa. Tytułem zaś gagu finałowego przypomnę dyskusję na temat terminu "dupa", dość często używanego przez panów, ale przez panie również, bynajmniej niepejoratywnego, na określenie jakiejś kobiety. Nie jest tu moją intencją reaktywacja tej debaty, chcę tylko coś napomknąć. Otóż owo słowo, tak użyte, nieraz budzi czyjeś oburzenie. Pytanie zaś brzmi, kto to oburzenie najczęściej artykułuje? Nie, bynajmniej nie panie. Otóż najczęściej zgiełk podnoszą owi panowie "przeciw", którzy najmniej do pań mają szacunku. Książkowy, kliniczny przykład hipokryzji, o której wspomniałem wcześniej.
I jeszcze coś, taki dodatek niekonieczny. Zdrowe, czyli wolnościowe poglądy społeczne na różne kwestie nie muszą oznaczać zdrowej psychiki w temacie kobiecym. Nie każdy człowiek, który jest "za Ziołem" jest "za aborcją". Bywa też odwrotnie, że ktoś przyjazny paniom jest marychofobem. Ale to już jest zupełnie osobny temat...

12 czerwca 2022

"Odkłamywanie marihuany" - krótka recenzja nieprofesjonalna

- Po kiego ci ta książka? Ty już wszystko wiesz w temacie.
Moja Lady jeśli ma rację, to faktycznie ma rację, ale z tym "wszystko" chyba jednak trochę przesadziła. Wystarczająco jednak wiem, aby mieć prokonopne nastawienie. Bo to jest tak: prokonopni mają poglądy oparte na wiedzy, zaś marychofobi mają tylko poglądy. Dlatego też dyskurs między nimi jest raczej niemożliwy. Zwykle przebiega on na zasadzie "chłopu mówić mądre słowa, on zaś na to: moja krowa". Wreszcie komuś tam puszczają emocje, po czym debata staje się draką. Tak sam miałem niedawno. Nie rozpoznałem od razu marychofobicznego fanatyka, więc straciłem nań trochę cennego czasu. Czy na pewno jednak go straciłem? Paradoks polega na tym, że trochę tego czasu trzeba jednak poświęcić na takie rozpoznanie. Jako rzecze starożytna enochiańska maksyma: nie spróbujesz - nie wiesz.
Ale wróćmy do książki. Autor nie ukrywa, że sam jest prokonopny, jednak tego się zbytnio nie czuje podczas lektury. Narracja jest mocno naukowa, rzeczowa, jak na wysokiej klasy pracę przystało, do tego oparta na solidnym materiale bibliograficznym. Trzeba było sporo roboty, aby się przez ten cały materiał przekopać. Za to każdy mit, każde przekłamanie na temat Zioła są rozpracowane punkt po punkcie. Podane jest też sporo twardych danych, ale wytykane są też błędy badawcze, które do wielu mylnych wniosków mogą prowadzić. Ciekawym przykładem jest rozpracowanie znanej, do tej pory zresztą lansowanej w Polsce "teorii bramy", według której używanie Zioła prowadzi jakoby do narkomanii. To jest tu akurat warte podkreślenia, gdyż mimo, że świat naukowy dawno już uznał ją za bzdurę opartą na bazowym błędzie logicznym, to nasz kraj nadal robi za zaścianek tej bzdury.
Książka opisuje również wiele okoliczności natury politycznej, które stały się podstawą do zaistnienia wielu mitów na temat Zioła. Mamy podany wręcz na tacy cały kontekst historyczny, odpowiedzi na pytania skąd się wzięło to lub owo. Bardzo interesujący jest rozdział poświęcony Holandii, popularnym bowiem wśród marychofobów jest mit, jakoby tej kraj poniósł porażkę swojej liberalnej polityki. Prawda jest zgoła inna, ale jako że nie jest to streszczenie książki, to aby ją poznać trzeba po nią sięgnąć.
Po tych kilku lapidarnych pochwałach pojawia się pytanie: kto jest targetem recenzowanej pracy? Na pewno nie tytanowy rdzeń grupy marychofobów. Do nich nie dociera nic. Oni jak ta zdarta płyta będą powtarzać wdrukowane do głów bajdy, demonizujące Zioło na każdym kroku. Ale prokonopni też tym targetem nie są, gdyż oni już "wszystko" wiedzą, aczkolwiek wielu zapewne po książkę sięgnie, aby tą wiedzę sobie poszerzyć. Jednak pozostał jeszcze środek, czytelniczy mainstream, taki nie do końca zdecydowany poglądowo. Choćby ze względu na samą przytomność podejścia do sprawy można im śmiało tą pracę polecić. Jej język jest bardzo przystępny, mimo naukowości wcześniej wspomnianej, więc nie powinna to być za trudna lektura. 

21 października 2021

Nieco mądrości na temat asertywności

Asertywność to nie jest takie sobie zwykłe "nie". Trzeba wiedzieć, że każde "nie" generuje złe wibracje i może być pierwszym słowem do wojny. Jeśli ktoś lubi wojny, to okay, dorosły człowiek wie, co lubi i co robi. Ale zwykle wojen się nie lubi, bo są upierdliwe, męczące, tudzież nudne. Chyba, że jako gap lub kibic, ale to oddzielny temat. Tedy więc asertywność to sztuka tak wykonać "nie", aby do wojny nie doszło, aby ktoś usłyszał "tak". To nie każdy umi, tego trzeba się nauczyć. Obecnie są różne kursy tegoż, zwykle płatne, ale najlepiej trenować za darmo na poligonie życia.
To działa.
Niestety nie zawsze i niekoniecznie. Nie z każdym daje radę rozumować. Pozostaje nam więc w odwodzie Atomowa Eschatologiczna Riposta Wujka Stacha. Zaś gdy ona nie zahula, to zamykamy oczy i walimy w ryj.
Stop! Wróć! Pomyłka, errata. Nic nie zamykamy. Trza widzieć, gdzie się wali. Bo to nie chodzi o rozładowanie naszego napięcia spowodowanego frustracją, że ktoś tam jest złamasem. Tu chodzi o to, aby takiego ptysia zabolało. Taka pedagogika specjalna to jest, żeby się odpieprzył, poszedł sobie gdzieś i nie zawracał już tyłka.
Czasem się z tego robi wojna, trudno, co robić 😟
Ale to już jest osobna bajka...

23 sierpnia 2021

Już przed, czy dopiero po?

Nie jest to mój problem, jednakże problem seksu przed rejestracją związku, zwaną "ślubem" tworzy z niczego sporo ludzi, więc sprawa wydaje mi się godna blogowej uwagi. Nie jest to mój problem choćby dlatego, że owa rejestracja nie jest niczym koniecznym. To tylko taki dodatek do związku, czasem nawet praktyczny, zyskowny, niemniej jednak tylko dodatek. Poza tym trudno mówić o związku, jeśli nie ma w nim seksu. Toć to od seksu właśnie sprawa się zaczyna, to ten moment decyduje, czy dana para chce być ze sobą, czy nie. Inna sprawa, że nawet bardzo fajny seks nie oznacza wcale, że do tego związku musi dojść, ale to już nie jest temat tego posta. Tak więc cały omawiany problem jawi się jako jakiś surrealizm, stawianie sprawy do góry kołami.
Niemniej jednak moja prawda nie jest jedyną prawdą. Są pary, które uważają się za związek, mimo że zbyt bliskiej bliskości jeszcze nie było. Są też pary, dla których wspomniana rejestracja jest czymś nader ważnym. To one właśnie nieraz mają problem, który jest skutkiem takiego podejścia. Można rzecz jasna zmienić to podejście, ale to tak nie działa, z dnia na dzień raczej nie da się tego zrobić. Cóż więc takim ludziom można by rzec? Właściwie niewiele, to jest ich relacja, ich związek, ich sprawa. Jedyne co można stwierdzić, to na pewno więcej ryzykują ci ludzie, którzy odwlekają ów seks do chwili rejestracji, niż ci, którzy nie czekają, którzy działają harmonijnie ze sobą. Warunkiem udanego związku jest kompatybilność seksualna, nie można jej sprawdzić dokładnie samym tylko gadaniem na ten temat. Jeżeli jej nie ma, to taki związek nie ma zbytniego sensu, zaś po rejestracji trudniej jest się rozstać, niż bez niej. Nie każdy wtedy potrafi wykonać rozwód, więc woli się męczyć w martwym związku mając płonną nadzieję, że ta sprawa się jakoś tam dotrze. To rzecz jasna jest spore uproszczenie, laboratoryjny, statystyczny obraz, bo nieraz też tak jest, że ludzie czekają na ten moment, po czym nagle okazuje się, że jest super. Inna sprawa, że ci, którzy nie czekają też ryzykują. Nieraz jest tak, że po ślubie ludzki behawior się zmienia. Ilość różnych żartów, memów na ten temat świadczyć może, iż nie jest to takie unikatowe zjawisko. Ale tak rozumując można dojść do wniosku, żeby w ogóle nie wchodzić w związki, bo wtedy ryzyko jest zerowe. Tacy akurat ludzie są, single, które swój seks, jeśli go uprawiają, ograniczają tylko do jednorazowych ewentów. Ale ich omawiana sprawa nie dotyczy, więc tym zajmować się tu nie będziemy. Nie dotyczy też par, które mają niskie libido i seks jest dla nich niezbyt ważny, w skrajnych przypadkach wręcz zbędny. Przy okazji zauważmy też, że jeśli oboje tak mają, to są właśnie kompatybilni seksualnie, więc taki związek może być nader udany.
Na koniec jeszcze jedno spostrzeżenie. Otóż nieraz jest tak, że sprawa kręci się wokół jednej konkretnej techniki seksu. Dla niektórych nawet seks to tylko ta właśnie technika. Tabu przedślubne dotyczy więc głównie jej, ma to zresztą pewne swoje racjonalne wytłumaczenie. Ów patent, bez względu na zabezpieczenia jest najbardziej ryzykowny, jeśli chodzi o ciążowego pecha. Gdy tak się stanie, to obrywa głównie kobieta, zaś rejestracja związku daje jej złudzenie większego bezpieczeństwa. Tedy to więc wiele par stosuje prosty trick, że do ślubu owej techniki nie stosują kochając się na wszystkie inne znane im sposoby. Jedyny kłopot może być wtedy, gdy któraś ze stron nie akceptuje takiego układu, zwykle jest to mężczyzna. Ale tak naprawdę, to nie jest to żaden kłopot, bo taka sytuacja oznacza brak wspomnianej kompatybilności, czyli sam związek może się rozlecieć bez zbytniej szkody.