SUPLEMENT DO POPRZEDNIEGO ODCINKA
Gdy Kaśka wróciła do stolika oznajmiła:
- Reguły boksu tajskiego, czy innego rodzaju kick boxingu niczym się nie różnią od reguł klasycznego boksu, tyle tylko, że wolno nieco więcej. Coś jeszcze?
Zapadła cisza, którą w końcu przerwała Roxy:
- No, to teraz już wszystko wiemy.
Zaś Malina zarechotała tak, że aż filiżanki podskoczyły na stoliku.
Bójka, Bitka i Bęcka. Oraz rzecz jasna Bombka, czyli Zosia Yakuza, liderka dziewczyńskiego gangu Neonówek. Choć nikt nie wie, kto nadał całej czwórce takie właśnie zbiorcze miano, to jednak te indywidualne ksywki były na pewno autorstwa Stryja, który pewnego dnia podczas gospodarskiego obchodu klubu zajrzał na salę, gdzie projekt marketingowy Kaśki odbywał swój trening. Nowe imiona szybko się przyjęły, zaś team zrobił się znany, nie tylko zresztą w samym klubie, nie znane były jeszcze tylko plany odnośnie przyszłych karier omawianych dziewczyn. Te były dopiero na poziomie mniej lub bardziej wyraźnych szkiców. Wiadomo było tylko, że Kaśka, znana jako bardzo zajęta osoba, stała się jeszcze bardziej zajęta od czasu, gdy do innych swoich, wcześniejszych obowiązków dorzuciła sobie prowadzenie owej grupy. Na tyle zajęta, że zaczęła szukać osoby menadżerującej, kogoś, kto na poziomie wykonawczym zajmie się kwestią występów dziewczyn na matach różnych ringów, czy klatek.
- Najlepszy byłby Mirek Orski.
Takie miała zdanie Mala, której Kaśka zwierzyła się ze swojego kłopotu. Niestety były facet Turbinki miał niezłą pracę w federacji freak fightów, za niezłe pieniądze zresztą, zaś projekt Kaśki na razie nie zapowiadał nadmiaru takowych. Więc ewentualna nowa posada nie jawiłaby mu się jako zbyt atrakcyjna. Tak więc chwilowo Kaśka musiała wszystko robić sama. Była sponsorką jako współwłaścicielka Oktagonu, trenerką - instruktorką, oraz właśnie menadżerką. Sama więc ogarnęła swoim Neonówkom walki, które właśnie mają się odbyć.
Tego dnia na ringu miały wystąpić trzy. Czwarta, Bombka Yakuza miała nakazane siedzieć w domu i się relaksować. Kaśka, znając charakterek swojej pupilki, na wszelki wypadek użyła nieco magii, zaaplikowała jej sugestrix, żeby dziewczyna, która rwała się do kibicowania koleżankom odpuściła sobie ten pomysł i skupiła się na sobie. Co prawda Zośka nie była gapa, bo wcześniej umówiła sobie kogoś, kto siedząc na widowni będzie przysyłać jej nagrywki kluczowych walk. Ale pod wpływem czarów zapomniała tego dnia, że ma w ogóle telefon.
I teraz tak:
Piątkowe wydarzenie nie polegało bynajmniej tylko na tym, że trzy zakapiorzyce po wodzą Pięknej pojechały sobie, na przykład tramwajem na drugi koniec miasta spuścić jakimś tam innym panienkom regulaminowo określony łomot. To by było za proste. Spod gmachu klubu Oktagon wyruszyła cała ekipa. Klubowy, zielony van wypełniała Kaśka oraz jej dupeczki plus cutman, bardzo ważna zresztą postać, plus drugi trener do asysty, figurujący na liście płac klubu, który wie co robić, jakby co. Bardzo zresztą kompetentny, bo innych Stryjo nie zatrudnia. Nie wnikajmy zresztą, to nie jest istotne. Zaś drugi pojazd, wynajęty przez Malę na okres jednych i drugich zawodów prowadził Jacuś, szef przyklubowego sklepu z suplami. Wraz z jedną z sióstr Cycatek miał na głowie stoisko promocyjne klubu. My jednak skupmy się na stronie sportowej całej tej wyprawy. Ale zanim przejdziemy do dalszej relacji, to należy nadmienić, iż zaplecze socjalne turnieju było dosyć marne. Na szczęście jednak obok hali mieszkała jedna z pracownic Oktagonu, która chętnie udzieliła gościny. Dziewczyny między walkami miały gdzie spędzić czas, odpocząć, ogarnąć się jakoś. To była naprawdę cenna sprawa.
Piątkowe zawodniczki, jak też sobotni zawodnicy walczyli w kilku kategoriach wagowych. Akurat Neonówki na tyle się różniły między sobą, że nie miały miejsca siostrobójcze spotkania, każda miała szansę na wygraną. Opiszemy wydarzenia bynajmniej nie chronologicznie, tylko właśnie wagowo. Otóż w każdej wadze startowało po osiem pań, czyli aby wygrać trzeba było stoczyć trzy zwycięskie walki. Każda liczyła trzy rundy po trzy minuty. Najlżejsza Bójka nie walczyła jednak dłużej, niż razem dwie, czy trzy minuty. Wszystkie mecze były do jednej bramki, gdyż od razu po komendzie rzucała się na przeciwniczkę niczym wściekła suka rasy chihuahua zasypując ją gradem ciosów oraz celnych kopnięć. Już po kilkunastu sekundach było pozamiatane. Sędzia wyliczał leżącą na macie klientkę, zaś w ostatniej walce sekundant rzucił ręcznikiem poddając swoją panienkę, gdyż widok egzekucji był dla niego nie do przyjęcia niczym świat bez wódki dla alkoćpuna. Gdy Stryjo oglądał potem powtórki tych walk, to skomentował tak:
- Pomyliłem się. Nie Bójka, tylko Burza.
Bitka nieco dłużej znęcała się nad swoimi adwersarkami. Jej główną bronią były low kicki, czyli niskie kopnięcia oprawiające nogi. Kilka razy wręcz kosiła nimi swoje ofiary, które waliły się na matę niczym sosny podczas wyrębu. Wszystkie walki Bitka wygrała przez poddanie, gdyż żadna z tych ofiar nie była władna ustać na skatowanych nogach wychodząc do trzeciej rundy.
Za to najtrudniej miała Bęcka. Zaczęło się od tego, że już po pierwszej minucie jej kształtna pupcia poznała twardość maty. Potem obie panie toczyły już dość wyrównany pojedynek, zaś przerwę wypełniał jeden wielki opierdol ze strony Kaśki:
- Do kogo ja mówię, kurwa! Garda! Łapy wyżej! Nie jesteś jeszcze mistrzynią olimpijską. Jak wygrasz tyle, co ona, to trzymaj je sobie nawet w dupie. Ale na razie masz mieć łokcie wyżej cycków. Nie wygrywasz na razie. To nie siusiak twojego chłopa, ty jej nie liż, ty ją masz tłuc! Chcę widzieć, jak wióry z niej lecą.
Trenerka dorzuciła jeszcze kilka trochę bardziej szczegółowych instrukcji, zaś po gongu wlepiła jej klapsa na drogę. Zjeba okazała się skuteczna. Bęcka ogarnęła się jak należy, po czym zaczęła odrabiać straty. Łatwo nie było, gdyż przeciwniczka dzielnie się odgryzała, ale trzecia runda była już całkiem jej. Walkę wygrała jednogłośną decyzją, mimo zaliczenia wstępnego knock downu. Druga walka się nie odbyła, Bęcka zwyciężyła walkowerem. Co prawda jej przeciwniczka wygrała swoje poprzednie spotkanie, ale była to pyrrusowa wiktoria, gdyż wyłapała kontuzję. Lekarz nie wpuścił jej na ring, więc nasza Neonówka mogła sobie dłużej odpocząć. Za to trzecia jej walka była po prostu brzydka. Reguły tajskiego boksu dopuszczają długie klincze, ale większość widzów nie przepada zbytnio za takim przebiegiem zdarzeń. Takim to sposobem obie panie przemęczyły dwie rundy. Za to Kaśce głos zaczął już chrypieć od powtarzanych instrukcji.
- Dzidzia, nie szarp się z nią! Odskok z lewym prostym, prawy low kick i lewy round na banię. Nie bij się kurwa, tylko boksuj jak człowiek! Trafiaj, punktuj!
Dzidzia faktycznie karnie wykonała polecenie już na początku rundy. Próbowała dokończyć latającym kolanem, niestety niecelnie, po czym znowu doszło do klinczu. I wtedy stało się coś niedobrego. Przeciwniczka Bęcki nagle uderzyła głową.
- Faul! No co jest, kurwa?!
Wrzasnęła Kaśka, sędzia jednak nie przerwał walki. Zrobił to dopiero po kilkunastu sekundach odsyłając Bęckę do narożnika. Rozcięcie łuku brwiowego było ewidentne. Na ring wskoczyła Kaśka, za nią zaś cutman, który zabrał się do pracy, żeby opanować sytuację. Nie wyglądało to jednak dobrze. Pojawił się główny lekarz, zaś trenerka wsiadła krzykiem na sędziego.
- Faul był, głową strzeliła! Ty ślepy jesteś, czy co?!
Ten jednak ignorował ją, patrzył jedynie na lekarza, ten zaś na zakrwawioną dziewczynę. Logo Oktagonu na piersi jej zielonego tiszerta zakryła wielka plama. Kaśka zmrużyła oczy, szybko utkała zaklęcie tamujące krew, lecz było już za późno. Lekarz spojrzał na sędziego, ten zaś wykonał rękoma gest zamykający walkę.
- Szlus. Koniec. Techniczny nokaut.
Gdy podszedł do narożnika, w którym stała druga dziewczyna, po czym podniósł jej ramię do góry Kaśka wrzasnęła głośno:
- Ni chuja! Zero zgody! Protest!
Sędzia pokręcił głową.
- Menadżer tylko może składać protest.
- Jestem menadżerką idioto! Naprawdę ślepy!
Pokazała mu plakietkę na piersi. Po czym podskoczyła do krawędzi bocznej ringu i spojrzawszy na sędziów punktowych siedzących przy stoliku powtórzyła w ich kierunku:
- Protest! Mam tam do was zejść?!
Po czym faktycznie zeszła, już była przy nich.
Całą tą scenę obserwowała siedząca blisko gromadka znanych nam przyjaciół. Była więc też Malina, która skomentowała ją szybko dwoma zdaniami:
- Będzie gorąco. Kasi puszczają nerwy.
Na szczęście nie puściły jej one aż tak, żeby stało się coś niepotrzebnego. Jeden z sędziów punktowych odnotował coś na kartce protokołu, po czym wstał ze słowami:
- Pani Katarzyno. Na razie wynik walki jest taki, jaki jest. Po turnieju, po ostatnim spotkaniu zapraszam na zebranie jury d'appeal. Wrócimy do sprawy, pogadamy na spokojnie.
Jakby nie było, Kaśka nie była już dzieckiem. Wiedziała, że na huki tego nie wygra. Skinęła więc tylko głową mówiąc:
- Dobrze. Ma pan rację. Tylko spokój nas może uratować.
Sama była już całkiem opanowana. Podeszła do Bęcki, która już zeszła z ringu, objęła ją ramieniem i oznajmiła łagodnym głosem:
- Chodźmy do szatni. Oszukali nas, ale ja to odkręcę.
Odkręciła. Zaś już później, po zakończeniu turnieju opowiadała przebieg wypadków na dwa sposoby, zależnie od tego, kto akurat słuchał. Pierwsza wersja była dość prosta:
- Przekonałam ich. Najpierw chcieli wydać werdykt no contest, czyli uznać walkę za nie odbytą. Ale obejrzeliśmy nagrywkę, faul był ewidentny, tylko sędzia centralnie dał dupy. Więc skończyło się dyskwalifikacją, a nasza harpia wygrała tym sposobem. Trzy zero dla nas. Pytań brak.
Druga wersja była bardzo podobna, właściwie taka sama, tylko uzupełniona opisem, jak wyglądał proces przekonywania:
- Nie docierało, nie docierało, wreszcie dotarło, gdy utkałam urok. Znacie mnie przecież. Sport to nie jest przemoc, to nie jest realna walka, więc zawsze gram fair. Ale jeśli ktoś oszukuje, to przestaję się czuć zobowiązana do takiej gry.
Zaś Bójce vel Burzy, Bitce i Bęcce, gdy były same, tylko we czwórkę, powiedziała z grubsza to samo, co zawsze mówiła na koniec każdego treningu:
- Jesteście zajebiste. Frajdą dla mnie było spędzić z wami czas.
Potem jeszcze dodała:
- Jutro kibicujemy Zosi. A potem ja zabieram się za wykłócanie, wyszarpywanie waszych nagród. Wiecie, jak to jest. Nie sztuka wygrać, sztuką jest zainkasować.
Po czym sięgnęła po telefon, aby do tejże Zosi zadzwonić.
C.D.N.
Gdy Kaśka wróciła do stolika oznajmiła:
- Reguły boksu tajskiego, czy innego rodzaju kick boxingu niczym się nie różnią od reguł klasycznego boksu, tyle tylko, że wolno nieco więcej. Coś jeszcze?
Zapadła cisza, którą w końcu przerwała Roxy:
- No, to teraz już wszystko wiemy.
Zaś Malina zarechotała tak, że aż filiżanki podskoczyły na stoliku.
Bójka, Bitka i Bęcka. Oraz rzecz jasna Bombka, czyli Zosia Yakuza, liderka dziewczyńskiego gangu Neonówek. Choć nikt nie wie, kto nadał całej czwórce takie właśnie zbiorcze miano, to jednak te indywidualne ksywki były na pewno autorstwa Stryja, który pewnego dnia podczas gospodarskiego obchodu klubu zajrzał na salę, gdzie projekt marketingowy Kaśki odbywał swój trening. Nowe imiona szybko się przyjęły, zaś team zrobił się znany, nie tylko zresztą w samym klubie, nie znane były jeszcze tylko plany odnośnie przyszłych karier omawianych dziewczyn. Te były dopiero na poziomie mniej lub bardziej wyraźnych szkiców. Wiadomo było tylko, że Kaśka, znana jako bardzo zajęta osoba, stała się jeszcze bardziej zajęta od czasu, gdy do innych swoich, wcześniejszych obowiązków dorzuciła sobie prowadzenie owej grupy. Na tyle zajęta, że zaczęła szukać osoby menadżerującej, kogoś, kto na poziomie wykonawczym zajmie się kwestią występów dziewczyn na matach różnych ringów, czy klatek.
- Najlepszy byłby Mirek Orski.
Takie miała zdanie Mala, której Kaśka zwierzyła się ze swojego kłopotu. Niestety były facet Turbinki miał niezłą pracę w federacji freak fightów, za niezłe pieniądze zresztą, zaś projekt Kaśki na razie nie zapowiadał nadmiaru takowych. Więc ewentualna nowa posada nie jawiłaby mu się jako zbyt atrakcyjna. Tak więc chwilowo Kaśka musiała wszystko robić sama. Była sponsorką jako współwłaścicielka Oktagonu, trenerką - instruktorką, oraz właśnie menadżerką. Sama więc ogarnęła swoim Neonówkom walki, które właśnie mają się odbyć.
Tego dnia na ringu miały wystąpić trzy. Czwarta, Bombka Yakuza miała nakazane siedzieć w domu i się relaksować. Kaśka, znając charakterek swojej pupilki, na wszelki wypadek użyła nieco magii, zaaplikowała jej sugestrix, żeby dziewczyna, która rwała się do kibicowania koleżankom odpuściła sobie ten pomysł i skupiła się na sobie. Co prawda Zośka nie była gapa, bo wcześniej umówiła sobie kogoś, kto siedząc na widowni będzie przysyłać jej nagrywki kluczowych walk. Ale pod wpływem czarów zapomniała tego dnia, że ma w ogóle telefon.
I teraz tak:
Piątkowe wydarzenie nie polegało bynajmniej tylko na tym, że trzy zakapiorzyce po wodzą Pięknej pojechały sobie, na przykład tramwajem na drugi koniec miasta spuścić jakimś tam innym panienkom regulaminowo określony łomot. To by było za proste. Spod gmachu klubu Oktagon wyruszyła cała ekipa. Klubowy, zielony van wypełniała Kaśka oraz jej dupeczki plus cutman, bardzo ważna zresztą postać, plus drugi trener do asysty, figurujący na liście płac klubu, który wie co robić, jakby co. Bardzo zresztą kompetentny, bo innych Stryjo nie zatrudnia. Nie wnikajmy zresztą, to nie jest istotne. Zaś drugi pojazd, wynajęty przez Malę na okres jednych i drugich zawodów prowadził Jacuś, szef przyklubowego sklepu z suplami. Wraz z jedną z sióstr Cycatek miał na głowie stoisko promocyjne klubu. My jednak skupmy się na stronie sportowej całej tej wyprawy. Ale zanim przejdziemy do dalszej relacji, to należy nadmienić, iż zaplecze socjalne turnieju było dosyć marne. Na szczęście jednak obok hali mieszkała jedna z pracownic Oktagonu, która chętnie udzieliła gościny. Dziewczyny między walkami miały gdzie spędzić czas, odpocząć, ogarnąć się jakoś. To była naprawdę cenna sprawa.
Piątkowe zawodniczki, jak też sobotni zawodnicy walczyli w kilku kategoriach wagowych. Akurat Neonówki na tyle się różniły między sobą, że nie miały miejsca siostrobójcze spotkania, każda miała szansę na wygraną. Opiszemy wydarzenia bynajmniej nie chronologicznie, tylko właśnie wagowo. Otóż w każdej wadze startowało po osiem pań, czyli aby wygrać trzeba było stoczyć trzy zwycięskie walki. Każda liczyła trzy rundy po trzy minuty. Najlżejsza Bójka nie walczyła jednak dłużej, niż razem dwie, czy trzy minuty. Wszystkie mecze były do jednej bramki, gdyż od razu po komendzie rzucała się na przeciwniczkę niczym wściekła suka rasy chihuahua zasypując ją gradem ciosów oraz celnych kopnięć. Już po kilkunastu sekundach było pozamiatane. Sędzia wyliczał leżącą na macie klientkę, zaś w ostatniej walce sekundant rzucił ręcznikiem poddając swoją panienkę, gdyż widok egzekucji był dla niego nie do przyjęcia niczym świat bez wódki dla alkoćpuna. Gdy Stryjo oglądał potem powtórki tych walk, to skomentował tak:
- Pomyliłem się. Nie Bójka, tylko Burza.
Bitka nieco dłużej znęcała się nad swoimi adwersarkami. Jej główną bronią były low kicki, czyli niskie kopnięcia oprawiające nogi. Kilka razy wręcz kosiła nimi swoje ofiary, które waliły się na matę niczym sosny podczas wyrębu. Wszystkie walki Bitka wygrała przez poddanie, gdyż żadna z tych ofiar nie była władna ustać na skatowanych nogach wychodząc do trzeciej rundy.
Za to najtrudniej miała Bęcka. Zaczęło się od tego, że już po pierwszej minucie jej kształtna pupcia poznała twardość maty. Potem obie panie toczyły już dość wyrównany pojedynek, zaś przerwę wypełniał jeden wielki opierdol ze strony Kaśki:
- Do kogo ja mówię, kurwa! Garda! Łapy wyżej! Nie jesteś jeszcze mistrzynią olimpijską. Jak wygrasz tyle, co ona, to trzymaj je sobie nawet w dupie. Ale na razie masz mieć łokcie wyżej cycków. Nie wygrywasz na razie. To nie siusiak twojego chłopa, ty jej nie liż, ty ją masz tłuc! Chcę widzieć, jak wióry z niej lecą.
Trenerka dorzuciła jeszcze kilka trochę bardziej szczegółowych instrukcji, zaś po gongu wlepiła jej klapsa na drogę. Zjeba okazała się skuteczna. Bęcka ogarnęła się jak należy, po czym zaczęła odrabiać straty. Łatwo nie było, gdyż przeciwniczka dzielnie się odgryzała, ale trzecia runda była już całkiem jej. Walkę wygrała jednogłośną decyzją, mimo zaliczenia wstępnego knock downu. Druga walka się nie odbyła, Bęcka zwyciężyła walkowerem. Co prawda jej przeciwniczka wygrała swoje poprzednie spotkanie, ale była to pyrrusowa wiktoria, gdyż wyłapała kontuzję. Lekarz nie wpuścił jej na ring, więc nasza Neonówka mogła sobie dłużej odpocząć. Za to trzecia jej walka była po prostu brzydka. Reguły tajskiego boksu dopuszczają długie klincze, ale większość widzów nie przepada zbytnio za takim przebiegiem zdarzeń. Takim to sposobem obie panie przemęczyły dwie rundy. Za to Kaśce głos zaczął już chrypieć od powtarzanych instrukcji.
- Dzidzia, nie szarp się z nią! Odskok z lewym prostym, prawy low kick i lewy round na banię. Nie bij się kurwa, tylko boksuj jak człowiek! Trafiaj, punktuj!
Dzidzia faktycznie karnie wykonała polecenie już na początku rundy. Próbowała dokończyć latającym kolanem, niestety niecelnie, po czym znowu doszło do klinczu. I wtedy stało się coś niedobrego. Przeciwniczka Bęcki nagle uderzyła głową.
- Faul! No co jest, kurwa?!
Wrzasnęła Kaśka, sędzia jednak nie przerwał walki. Zrobił to dopiero po kilkunastu sekundach odsyłając Bęckę do narożnika. Rozcięcie łuku brwiowego było ewidentne. Na ring wskoczyła Kaśka, za nią zaś cutman, który zabrał się do pracy, żeby opanować sytuację. Nie wyglądało to jednak dobrze. Pojawił się główny lekarz, zaś trenerka wsiadła krzykiem na sędziego.
- Faul był, głową strzeliła! Ty ślepy jesteś, czy co?!
Ten jednak ignorował ją, patrzył jedynie na lekarza, ten zaś na zakrwawioną dziewczynę. Logo Oktagonu na piersi jej zielonego tiszerta zakryła wielka plama. Kaśka zmrużyła oczy, szybko utkała zaklęcie tamujące krew, lecz było już za późno. Lekarz spojrzał na sędziego, ten zaś wykonał rękoma gest zamykający walkę.
- Szlus. Koniec. Techniczny nokaut.
Gdy podszedł do narożnika, w którym stała druga dziewczyna, po czym podniósł jej ramię do góry Kaśka wrzasnęła głośno:
- Ni chuja! Zero zgody! Protest!
Sędzia pokręcił głową.
- Menadżer tylko może składać protest.
- Jestem menadżerką idioto! Naprawdę ślepy!
Pokazała mu plakietkę na piersi. Po czym podskoczyła do krawędzi bocznej ringu i spojrzawszy na sędziów punktowych siedzących przy stoliku powtórzyła w ich kierunku:
- Protest! Mam tam do was zejść?!
Po czym faktycznie zeszła, już była przy nich.
Całą tą scenę obserwowała siedząca blisko gromadka znanych nam przyjaciół. Była więc też Malina, która skomentowała ją szybko dwoma zdaniami:
- Będzie gorąco. Kasi puszczają nerwy.
Na szczęście nie puściły jej one aż tak, żeby stało się coś niepotrzebnego. Jeden z sędziów punktowych odnotował coś na kartce protokołu, po czym wstał ze słowami:
- Pani Katarzyno. Na razie wynik walki jest taki, jaki jest. Po turnieju, po ostatnim spotkaniu zapraszam na zebranie jury d'appeal. Wrócimy do sprawy, pogadamy na spokojnie.
Jakby nie było, Kaśka nie była już dzieckiem. Wiedziała, że na huki tego nie wygra. Skinęła więc tylko głową mówiąc:
- Dobrze. Ma pan rację. Tylko spokój nas może uratować.
Sama była już całkiem opanowana. Podeszła do Bęcki, która już zeszła z ringu, objęła ją ramieniem i oznajmiła łagodnym głosem:
- Chodźmy do szatni. Oszukali nas, ale ja to odkręcę.
Odkręciła. Zaś już później, po zakończeniu turnieju opowiadała przebieg wypadków na dwa sposoby, zależnie od tego, kto akurat słuchał. Pierwsza wersja była dość prosta:
- Przekonałam ich. Najpierw chcieli wydać werdykt no contest, czyli uznać walkę za nie odbytą. Ale obejrzeliśmy nagrywkę, faul był ewidentny, tylko sędzia centralnie dał dupy. Więc skończyło się dyskwalifikacją, a nasza harpia wygrała tym sposobem. Trzy zero dla nas. Pytań brak.
Druga wersja była bardzo podobna, właściwie taka sama, tylko uzupełniona opisem, jak wyglądał proces przekonywania:
- Nie docierało, nie docierało, wreszcie dotarło, gdy utkałam urok. Znacie mnie przecież. Sport to nie jest przemoc, to nie jest realna walka, więc zawsze gram fair. Ale jeśli ktoś oszukuje, to przestaję się czuć zobowiązana do takiej gry.
Zaś Bójce vel Burzy, Bitce i Bęcce, gdy były same, tylko we czwórkę, powiedziała z grubsza to samo, co zawsze mówiła na koniec każdego treningu:
- Jesteście zajebiste. Frajdą dla mnie było spędzić z wami czas.
Potem jeszcze dodała:
- Jutro kibicujemy Zosi. A potem ja zabieram się za wykłócanie, wyszarpywanie waszych nagród. Wiecie, jak to jest. Nie sztuka wygrać, sztuką jest zainkasować.
Po czym sięgnęła po telefon, aby do tejże Zosi zadzwonić.
C.D.N.
