19 marca 2026

PORANEK DNIA GAMONI I DZIEŃ RÓWNOCY - PARADOKSALNIE

Dzień Kobiet odbył się bez większych historii w światku naszych wiedźm. No, może pewną ciekawostką było to, że Roxy zbiegiem okoliczności miała tego dnia taki antyból głowy, że Misiek poprosił o litość. Gdy potem w pleciugowy czwartek opowiedziała o tym Anicie, to ta tylko pokręciła głową.
- Gryzoń, ty mu kiedyś zrobisz krzywdę.
- Ale on tak lubi.
- Pewnie, że lubi. Normalny chłop powinien to lubić. Ale musisz znać granicę między gospodarką intensywną i rabunkową. Jak go wykończysz, to bardzo długo takiego drugiego nie znajdziesz. Tyle lat szukałaś, przerzuciłaś tony mięcha, wreszcie masz, należało ci się. Nie spierdolisz tego?
- No, ale w sumie nie było aż tak tragicznie. Bo tak poza tym, to Misiek mi urządził naprawdę zajebisty dzień kobiet. I nie o tych sprawach mówię tym razem. Ale potem był wtorek, dzień chłopa. Myślę sobie, że w ramach rewanżu dam mu totalny luz. Niech działa po swojemu, ja niczego nie roszczę. Do tego jeszcze na dodatek to ja zrobiłam poranną kawę, po czym przyniosłam mu do łóżka. Tak jak on zawsze mi.
Anita aż się wzdrygnęła.
- Ja chędożę! A za co taka kara? Przecież twoja kawa nawet na lewatywę się nie nadaje. To on robi najlepszą na świecie, lepszą od pleciugowej. Wiem, bo piłam nieraz u ciebie. Ale tobie trzeba tego ustawowo zakazać. Coś mi się ten plan nie za specjalnie podoba. No, ale opowiadaj dalej.
- No, to ja mu tą kawę, buziaczek na dzień dobry, ale potem chcę się wycofać. Nic nie forsuję, nawet nic nie sugeruję. To on bierze tą kawę, powaniał, pociumkał, fruknął, tak po wieśniacku...
- Powinnam teraz rozmawiać z nieboszczką.
- Jakoś przeżyłam, ale posłuchaj, co zrobił. Chwycił mnie za rękę, wciągnął do wyra, po czym... Wiesz, ja od czasu do czasu tak lubię, byle delikatnie. Ale to było lata świetlne od delikatnie.
- I co zrobiłaś?
- Nic, myślałam o Anglii. Niech ma mój Misiaczek ten swój dzień chłopa. Jest taki kochany. Inna sprawa, że oboje spóźniliśmy się do pracy, każde do swojej, bo to wcale nie był szybciorny numerek. Tylko bez zaklęcia analgetycznego na razie na krześle nie usiedzę.
- Tak, analgetycznego. Masakra.
To Anita powiedziała bardzo ironicznym tonem z dobrotliwą miną Snoop Doga in normalis conditio, czyli po kolejnym joincie. Dalsze intymne zwierzenia Rudej, jak wiemy przenaczone tylko dla uszu tej jednej psiapsi przerwało nadejście pozostałych...
Teraz przeskoczmy o tydzień na osi czasu pozostawiając to samo miejsce akcji. Jest czwartek tuż przed wiosennym kwartalnym sabatem. Gdy na stoliku pojawiło się to, co zawsze Malina zagaiła:
- Bratowa, co masz taką niewyraźną minę? 
Już miała coś dopowiedzieć żartobliwego, ale Roxy powstrzymała ją gestem dłoni. Po czym odpowiedziała za Anitę:
- Temat jest poważny. Dredek ma się marnie.
Dredek, jak pamiętamy lub nie, to kot rasy miałkun będący pod opieką Anity oraz jej siostry Pati. Jak wiemy obie dzielą ten sam budynek bliźniak. Tak więc nie jest do końca jasne, czyj to jest kot, ale nikomu, także samemu kotu nie zależy, aby zbyt dokładnie to ustalać. Sprawa jest tylko taka, że nie jest to zbyt młody kociak, tylko zdecydowanie senior. Seniorzy mają to do siebie, że czasem coś im się psuje. Ludziom dolegają siątki, zaś kotom nastki. Dredek ma mniej więcej tyle lat, co Anita i Roxy zajmują się czarami. Do tego jest on chowańcem tej pierwszej. Kim jest chowaniec dla wiedźmy to już było kiedyś wyjaśniane parę razy. 
- No, dobrze. Znaczy niedobrze. Co jest kotu?
Spytała Mala, na co Nita odparła ponuro:
- Czarnek wie.
Po czym dodała:
- Pati była z nim u weta, bardzo dobry lekarz zresztą, ale na razie zeznaje tak mętnie, że to może być prawie wszystko. Porobił badań, wydoił z kota na dobre śniadanie dla Draculi...
- A od was kasy.
Rzuciła Kaśka.
- To akurat najmniej istotne. Jutro odbieramy wyniki, zobaczymy.
- Mogę coś powiedzieć?
Spytała Mala, której wiadomość o chorym kocie nieco przygasiła jej standardowe rozradowanie. Zaczęła bardzo spokojnie:
- Ja wiem, że magia realna na Naturę zasadniczo nie działa. Kiedyś podobno było inaczej, można było leczyć choroby zakaźne na ten przykład, albo szkolić słonie bojowe, teraz już nie można, ale...
Malina weszła jej w słowo.
- Młoda, streszczaj się. Bo my to wszystko wiemy. Nie tylko ciebie Ciocia Lala uczyła. Jaki masz pomysł? Rozumiem, że chcesz spróbować poleczyć kota czarami, tak?
- Można spróbować. Jutro mamy sabat kwartalny. Plan jakiś niby jest, ale zawsze można go zmienić. Będzie jeszcze parę innych sióstr, Róża przyjedzie...
Tu Kaśka parsknęła śmiechem.
- Tą Różą to żeś teraz pojechała.
Przypomnijmy dla wyjaśnienia. Róża była ostatnią uczennicą Cioci Lali, młodziutką pietnastoletnią wiedźmulką, która to zaczęła szkolenie po letnim kwartalnym sabacie, zaś inicjację miała podczas zimowego. Mieszkała w innym mieście, czasem tylko przyjeżdżała do swojej mentorki na konsultacje, wtedy zaś gościła ją zawsze Mala, której zdolności do wyczuwania ludzi wartych zakoleżankowania są poza dyskusją.
- Akurat teraz nie masz racji Kasiu, bo Róża właśnie ma taki kontakt z Naturą, jak żadna z nas. Dlatego moim zdaniem ona też jest tu ważna.
- No, dobrze. Co mnie to zresztą? Mnie i tak nie będzie na sabacie, bo jeszcze dzisiaj jadę do wioski Benges. Żal mi kota, ale ja akurat najmniej bym wniosła do sprawy, więc wyjazdu nie odkręcę.
- Tak Kasiu, wiemy. Dogadane. Nie ma problemu.
Przejęła piłkę Roxy, która zaraz dodała:
- Ja myślę, że można spróbować. Moment jest zresztą znakomity. Na pewno kotu nie zaszkodzimy. Poza tym to jest chowaniec. To jest trochę inna sytuacja, niż zwykłe żywe stworzenia. Zwykły kot, pies, czy marchewka na czary nie reagują, ale status chowańca sporo zmienia. Ale jest też zła wiadomość w tej baśni. Nita jest wyłączona z tej zabawy. Mam opowiadać czemu?
- Nie, nie trzeba.
Odparła Malina, która wiedziała to, co pozostałe. Ale wyjaśnijmy czytającym. Czarownica w ciąży, jak każda inna kobieta jest nieco upośledzona. Pewne czynności są dla niej zbyt ryzykowne. Choćby noszenie zbyt ciężkich rzeczy. To samo też dotyczy czarów. Taka wiedźma traci w tym okresie mnóstwo swojego potencjału. Roxy ogarniała, że podczas takiego sabatu mogą być używane zaklęcia, od których Anita powinna trzymać się z daleka.
- Tak więc Niteczko my się zajmiemy sierściuchem, a ty wtedy pójdziesz do siebie na górę, poczytasz sobie książkę lub porobisz coś tam innego.
Anita kiwnęła głową, ale nie tylko.
- Dobrze, nie dyskutuję, ale mam jeszcze pomysł.
- No?
- Weźcie Pati na ten sabat. Ona też wibruje z Dredkiem.
- To jest do zrobienia. Tylko z nią dziś jeszcze pogadaj.
Na większość sabatów nie ma wstępu nikt, kto nie jest wiedźmą. To implikuje już sama definicja. Sabat to spotkanie co najmniej dwóch czarownic w celu wykonania jakowychś tam magicznych czynności. Zdarza się jednak czasem, że dopuszcza się udział osoby trzeciej, nawet faceta, jeśli tego wymaga owa czynność. Prozaiczny przykład to magia medyczna, gdy wiedźmy robią sabat przy pacjencie. Zaś siostra Anity była kryptą, więc można było włączyć do akcji jej nieczynną moc. Poza tym lekarką, znakomitą zresztą, młodą na rubieży. Co prawda tylko od ludzi, ale to też coś tam wnosiło do tematu.
- No, to tyle dziewczyny. Jutro się ustali dalszy plan jak wet zobaczy wyniki, powie coś tam konkretniej. Na razie pozostaje pozytywne myślenie. Mamy duże szanse powodzenia, zwłaszcza, że ma być Róża na sabacie. Tak, Maleczko?
Roxy uśmiechnęła się do Turbiny, która się nabzdyczyła uciesznie nader udając focha.
- No co? Jeszcze zobaczycie, co Róża pokaże.
- Ależ kochanie, wszystkie jej tego życzymy.

Zaś dnia następnego było wiadomo już coś więcej. Była godzina piętnasta, do momentu zero jeszcze czterdzieści sześć minut. Roxy, która kierownikowała całej akcji uważnie studiowała opis przywieziony od weta. 
- No, dobrze prosiaczki. Coś już wiemy więcej. Samą magią to my tego kota nie wyleczymy, ale jest szansa wspomóc skuteczność pana doktora. To teraz tak.
Przeszła na hisslang, szybko przekazała instrukcje wiedźmom zebranym w salonie w domu Anity. Potem zwróciła się już po ludzku do niej właśnie.
- Nitka, bądź na początku, ale jak ci dam znać ewakuujesz się.
Spojrzała na kota leżącego na kolanach Pati, potem na nią.
- No, to idziemy do baraku. Łapiduch i kłaki przodem.
Potem uśmiechnęła się do Róży, a stojącej obok Mali pokazała język. Chyba raczej myślała pozytywnie, bo humor miała zaiste szampański. Gdy już ruszały rzuciła:
- Aha, dupeczki. Tak na okoliczność, bo potem może być za późno. To nie ma być nekropsja. Niech mi się kurwa żadna nie pomyli.

17 marca 2026

PLECIUGOWYCH POGADUCH NIECO

Zbliża się czas wiosennego naturalnego święta astronomicznego, ale tu nasz Czas Rzeczywisty nieco się opóźnił, więc akcja dzieje się w czwartek tuż przed Dniem Kobiet.

Przy stoliku w Pleciudze brakowało tylko Maliny, ale wiedźmy i tak zamówiły już dla niej kawę plus rurkę z bitą śmietaną, żeby nie fatygować pani Reni dwa razy. Przy piłce była akurat Roxy, która wyjaśniała pewien aspekt pedagogiki specjalnej wobec facetów.
- Ja do Miśka mam zaufanie, ale tak dla całkowitej pewności rano wbijam w niego porządne śniadanie, przedtem jeszcze daję mu głowy, tak na szybkiego. Chodzi o to, że jak chłopa się puszcza samego, to najlepiej, gdy ma pełny żołądek i puste klejnoty.
- Na zbyt długo to nie działa.
Odparła Anita dodając jeszcze:
- Jak chcesz mieć pewność, to tkasz klątwę kastrującą.
- Taka paranoiczka to ja nie jestem. Poza tym mam tak samo, jak ty z Borkiem. Nie czaruję. Zdobyłam go bez czarów, pedagogizuję go też bez czarów. No, chyba że jest chory, ale to raz tylko się podparłam magią, jak się ostro przeziębił. 
Nagle zmieniła temat i rozmówczynię:
- A, Kasiu. Wiesz, namówiłam taką jedną kobitkę w firmie na Oktagon. Teraz wyobraź sobie, że minęło ze dwa tygodnie, ona do mnie przychodzi, mówi że zapisała się przez net, ale nie widać efektów. Powiedziała, że wreszcie musi się w końcu tam wybrać, żeby zgłosić reklamację.
- Kogo ty zatrudniasz? Ja wiem, że mnóstwo bab to kretynki, ale że aż taki jest ogrom nieszczęścia? Pojęcia nie miałam.
- A faceci, szczególnie żonaci marzą raczej o pięknych i mądrych żonach. Tak mi się przynajmniej wydaje. Nie jest tak?
To wtrąciła nagle Mala i rozejrzała się po wszystkich oczekując odpowiedzi. Ale panie najpierw pośmiały się chwilę, wreszcie Anita odezwała się tak.
- Właśnie. A propos żon, to w pracy mam taką mądrą inaczej. Ostatnio się mnie czepnęła, że na Borka mówię mąż. Bo mówi, że ślubu nie mamy. A jakie to ma znaczenie? Ślub to tylko dodatek do związku. To nawet nie jest kropka nad i tylko ornament.
Na co zareagowała Roxy:
- No, ludzie nieraz mają takie podejście do ślubu. Papierek to dla nich priorytet. Ba, wiele osób po to tylko wchodzi w związki, aby być w związku i po to biorą śluby, żeby być tylko żonaci lub mężaci. A z kim? To już jest sprawa drugorzędna.
Mala zaooponowała:
- Niekoniecznie. Dla mnóstwa bab strasznie kasa się liczy. Czy nawet tylko kasa. Dla nich ślub to taka inna forma prostytucji. Nie na jedno zlecenie, tylko na etat. Nawet lepsza od tej klasycznej, bo łatwiej oszukiwać, obijać się w robocie. Za to jak się chłopu noga powinie, zbankrutuje, czy coś, to od razu zmieniają klienta. Mnie się to w głowie nie mieści. Jak byłam jeszcze z Mirkiem, to ja bym w życiu nie odeszła od niego, gdyby stracił pracę i zbiedniał. To by na pewno nie był powód do rozstania.
- Wiesz Młoda. Ty, ja, my wszystkie tu mamy inne priorytety. Nie dla kasy się wkręciłyśmy w nasze związki. Same umiemy zarabiać na swoje rachunki. Za to jest jeszcze coś. Mnóstwo lasek mówi to samo, co ty, tylko one akurat łgają. Tego z kolei ja nie pojmuję. Wstydzić się swojej pracy.
To dorzuciła Kaśka, kontynuując spojrzawszy na Anitę:
- A ta twoja znajoma z firmy to zwykła legalistka. Legalizm to nie tylko samo słuchanie się prawa, stosowanie się do niego. To jeszcze nie jest legalizm. Ważne są motywacje. Ktoś się na przykład trzyma prawa, nawet jak mu się jakieś nie podoba, bo nie chce ryzykować. Ustępuje przed siłą. Za to legalizm polega na tym, że człowiek nie ma własnego systemu wartości i pozwala prawu, aby mu je narzucało. Czyli, aby inni ludzie decydowali za niego, jaki on ma mieć gust moralny. Legalista myli centralnie uczciwość z posłuszeństwem wobec prawa, utożsamia te pojęcia. Taki defekt mentalny, może niedorozwój?
- Trudno powiedzieć, jak to zakwalifikować. Za to nasza Turbinka, choć taka niby mało doświadczona, ale strasznie spostrzegawcza życiowo. Brawo Młoda, brawo ty.
Odpowiedziała Roxy, za to przy stoliku pojawiła się Malina.
- No, cześć Grażynki. Korek był.
- Czegoś nie rozumiem.
Odparła Roxy mówiąc dalej:
- Razem wyszłyśmy z roboty. Ja wsiadłam do swojego auta, ty do swojego. Potem cię zgubiłam z oczu. Jak ty, którędy tu jechałaś? Ja już tu jestem od pół godziny.
- Normalnie, tak jak zwykle. Ale kochane jesteście bardzo. Nawet za bardzo nie wystygło. Do picia bez wiatru pod nosem.
Malina już siedziała przy stoliku pijąc za bardzo nie wystygłą kawę. Gdy odstawiła filiżankę chwyciła za rurkę i zwracając się do Mali zagaiła zaaferowanym tonem:
- Siostro, zapomniałam spytać w niedzielę, czy też nie było okazji. Mam takie drobne pytanie. Pamiętaj, że mówimy sobie wszystko. Tak? To powiedz mi, jak jest fajniej, z dupą, czy z gamoniem?
- Znaczy... O co ci chodzi?
Mala zatrzepotała powiekami swoich mangowych oczu.
- Już ty dobrze wiesz, o co mi chodzi.
- Aha, o to ci chodzi. Wiesz, nie umiem porównać. Jest po prostu inaczej. Nie chodzi o sprawy techniczne, bo to jest oczywiste, tylko o taką... No... Mentalną stronę. Empatia lepiej działa. Ja tam niewiele wiem, ale baba babę chyba lepiej czuje, niż faceta? Ale nie pytaj, co wolę, bo jedno, czy drugie ma swoje zady i walety. Poza tym to jest moja pierwsza dziewczyna. Pierwsze razy zawsze są wyjątkowe. We wszystkim tak jest.
- Ale bardzo udana chyba?
- Najlepsza.
To wtrąciła Kaśka kontynuując:
- Nie znam jej od tej tartacznej strony, ale tak w ogóle, jako człowiek Zośka jest naprawdę mega. Fajna z was para Maleczko.
- Czy my jesteśmy parą? Wiesz, nie wiem. Ja co prawda niedawno uznałam, że dopóki studiuję to nie mam czasu na żadne związki. Ale bardzo ją lubię. Po prostu sprawy niech same jakoś biegną. Jak się zrobi z tego związek, to nie będę stawiać oporu. Już od pierwszego spotkania, wtedy, co na siłce skarciła tą... Jak jej tam było? No, wyleciało mi z głowy.
- Sabena.
- No. To już wtedy Zosia zrobiła na mnie fajne wrażenie. Ta cała jej ekipa jest na poziomie, fajne dziewuchy sobie dobrała. Tylko robotę mają ryzykowną.
- A co one dokładnie robią? Bo z grubsza coś tam wiem. Ale tak bardziej detalicznie to raczej niewiele.
Spytała Roxy, wyjaśniając dalej:
- Bo ja sobie w niedzielę sporo z nimi gadałam. Ale na temat tego, z czego opłacają rachunki nie rozmawiałam. Najmniej ważne dla mnie to było.
- Sprzedają element baśniowy. Ale nie ten legalny, lecz taki mocno nielegalny. Kolokwialnie mówiąc dilują. Ale z pewnymi zasadami. Pod szkołami na pewno ich nie spotkasz.
- Diler z zasadami to straszna rzadkość.
Na co odparła Kaśka:
- Bo takie jest akurat prawo. Państwo w głównej mierze za to odpowiada. Ale te laski nie pospolitują się z taką typową uliczną dilerką. Mają klientów na wysokim poziomie. Chodzi o ten poziom formalny, toż nie mentalny bynajmniej. Bogatych kretynów na stanowisku jest mnóstwo. Za to one dostarczają im czyściutki towar, nie każdy zresztą. Głównie koka, ale żadnych trutek chemicznych już nie mają na stanie.
- Ja czasem od nich, znaczy od Zochy biorę kokę. Przed jej zniknięciem, a teraz zresztą też. Faktycznie czysta, nie chrzczona niczym. Żadnych wypełniaczy.
- Wiesz co Lalka? Na tobie to one akurat na wodę sodową nawet nie zarabiają. Przy tych drobnych ilościach, które obie z Miolką zużywacie? One głównie zarabiają na nałogowcach, nie na takich niedzielniaczkach, jak wy. Każdy przemysł narkotykowy tak działa. Ktoś kiedyś obliczył, że dziewięćdziesiąt procent alkoholu na świecie kupuje i zużywa dziesięć procent ludzi. Moim zdaniem te liczby są inne, ale zasada ta sama.
Wyjaśniła Kaśka, ale Mala weszła jej w słowo:
- Ale to się już zaczyna kończyć. Dziewczyny się powoli, stopniowo przebranżawiają. Można by rzec, że zmieniają ciemną stronę mocy na jasną stronę mocy.
Roxy spojrzała zaciekawiona:
- Znaczy co? Żenią okulistyczną kokę na legalu? Nie rozumiem.
- Nie w tym sensie. Częściowo się też legalizują, ale tylko tam, gdzie się da. Tu rzecz polega na tym, że zmieniają asortyment, narkotyki na marihuanę. Czyli coś niezdrowego na coś zdrowego. Te ilości, które ty Lalka sporadycznie przyswajasz z Miolą jeszcze się mieszczą jako zdrowe, ale większość klientów używa raczej niezbyt zdrowych ilości. Za to maryśka wiadomo. Bardzo ciężko jest sobie zrobić nią kuku. Tą medyczną półszlachetną mają na legalu, tą szlachetną mają na nielegalu. A z narkotyków faktycznie się wycofują. Wygaszają uprawianie tej gałęzi. Rzecz polega na tym, że coraz mniej czystej, porządnej koki dociera do tego kraju. Więc one nie mają czym handlować. Bo trutkami na szczury nie chcą, mają swoje zasady. To wszystko jest także skutkiem głupiej, nieodpowiedzialnej polityki narkotykowej państwa. To przez nią jest coraz więcej tych trutek na szczury na rynku.
Kaśka dodała wtedy:
- U nas w klubie stoi automat z zielskiem cebede, tym tak zwanym medycznym. Pozwoliłam im wstawić to ustrojstwo do naszego sklepu z suplami. Co prawda Ziele cebede nie ma zbyt szerokiego zastosowania jako supel sportowy, ale jeszcze jakoś się mieści.
Roxy próbowała dopytać:
- I jak to się sprzedaje? Bo klub też w tym macza dziób?
- Jasne. Ale to się dzieje dopiero od jakichś dwóch tygodni. Stryjo się zgodził, ja się zgodziłam, za to detale to już sprawa Jacusia. On prowadzi sklep, ma dużą autonomię, więc on się z Zośką rozlicza. Ja tylko monitoruję po wierzchu ten temat.
Nagle ożywiła się Anita.
- Kasiu, słuchaj. Bo ja mam nadprodukcję. Sama teraz nie używam, Borek odrobinę, porozdawałam od cholery, ale nie mam co z resztą zrobić. Nigdy nie handlowałam, zawsze tylko dawałam prezenty. To może one by mi to sprzedały? Szkoda dobrego stuffu marnować, to się jakoś tam starzeje. Kiedy Bombka będzie teraz w klubie?
- Teraz mają przerwę po gali, od poniedziałku zaczynają zasuwać, ale o której to nie wiem, kiedy będą. One mnóstwo rzeczy ćwiczą same, ja wtedy nad nimi z batem nie stoję. Mają swoje zestawy, programy, które im ustawiłam co mają robić, ale... Wiesz, co? Po prostu zadzwoń do niej. Spotkacie się, dogadacie jakoś, jestem pewna tego.
- Nie mam numeru.
- Ja mam.
Wtrąciła Roxy.
- Ale ci nie dam, bo to nieładnie, choć pewnie by się na to zgodziła. Jak stąd wyjdziemy to zadzwonię do niej, dam jej twój numer. Może tak być?
- Luz. Jasne.
- To dobrze. Teraz czas na ciebie, wiesz na co.
Odezwała się Malina:
- No. Coś obiecywałaś nam ujawnić.
- Ale co?
- Nitka, ja też wiem, że coś masz powiedzieć. Przyszłe ciotki chcą znać imię swojej przyszłej siostrzenicy. Zamieniamy się w słuch.
Dorzuciła Mala, zaś Anita uśmiechnęła się.
- Dobrze. Zacznę od drugiego. Oktawia. Dla swoich Osia, Ośka.
Reszta zebranych mruknęła aprobująco. Tylko Roxy rzuciła:
- Może Osica? No, to czekamy na pierwsze.
- Pierwsze jest oficjalne takie bardziej.
- No?
Ponagliła ją Malina.
- Ste...
- Stefa? Stefania?
- Lalka, zamknij się! Nie przerywaj.
Upomniała Malinę Ruda. Anita powtórzyła:
- Stella.
- Stella. Tiaaa... Stelka. Stelinka. Steleczka. Fajne.
Malina uśmiechnęła się i dodała jeszcze:
- Wiedźma Stella. Pasuje do czarownicy.
- Mnie się też podoba.
Stwierdziła Roxy. Mala i Kaśka tylko kiwnęły aprobująco głowami. Za to Anita westchnęła z wyraźną ulgą i oświadczyła:
- Ulżyło mi. Obawiałam się, że będziecie wybrzydzać.
- Nie, dlaczego? Bardzo ładne imię. Gwiazda. Gwiazdeczka.
- Tak, ale czy ona zostanie naszą, czy się zeskrypci, jak Pati, moja siostra? To już ona zdecyduje sama. Ja jej zmuszać nie planuję.
- Będzie czarować, na pewno. Jako ciotka Lalka na pewno będę ją do tego podpuszczać. Aha, komuś jeszcze mówimy? Na przykład Cioci Lali chyba można? Wiem, że pytała.
- Nie. Mowa była tylko o naszej piątce.
- Zaraz. A moja Mariolka? Misiek? Adaś?
- Też nie. Borek się nie zgodził. Tyle wystarczy.
- Dobrze. To ja mam teraz sprawę do naszej studentki. Maleczko, jak dzwoniłam do ciebie w niedzielę rano, to jakbym słyszała nie tylko Zosię, ale też jakiegoś chłopa. Sekret, czy nie?
- Luz. Był chłop. Jeden. Jak już wyszłyśmy z hali, to wpadł nam taki w oko. Ja go delikatnie przyuroczyłam magią, Zosia coś tam do niego zagadała i był już nasz.
- No, to fajna zabawa musiała być?
- Właśnie nie do końca. Bo typ był tak onieśmielony, speszony, że jedna z głównych męskich fantazji mu się nagle spełniła, że...
- Że był do niczego? To się zdarza nawet najlepszym.
- Aż tak źle nie było. Fujarka grała, ale grajek był czemuś taki jakiś bez polotu. Lamusowaty. Głupio było go wypraszać w środku nocy, więc mu posłałam na podłodze, uśpiłam i byłyśmy już same. Jeszcze rano Zosia go ogarnęła tak na szybko, ale mnie się już nie chciało w to wchodzić. Śniadanie poszłam do kuchni robić.
- Czyli ona wie, że czarujesz?
- Chyba nie. Tak mi się jakoś udało subtelnie działać, że się nie zorientowała za bardzo. Nie gadałyśmy też zresztą wcale na ten temat, jakoś nie było okazji, zahaczenia.
Wtedy włączyła się Kaśka wyjaśniając:
- Yakuza nie wierzy w realną magię, tu już trzeba by jej coś zademonstrować spektakularnego. Ale ja nigdy jakoś wcześniej nie kwapiłam się do tego. Prędzej czy później jednak wreszcie się pewnie zorientuje. Tylko ja bym to zostawiła rękom Tao, niech się samo jakoś zadzieje. Tak Niteczko, dobrze mówię?
Anita wzruszyła ramionami, spojrzała pytająco na Roxy, ta zaś tylko machnęłą ręką. Nie było to zbyt ważne, jak widać. Wtedy znowu odezwała się Malina zadając pytanie:
- To co teraz? Kosmetyki, czy ciuchy? Co bierzemy na warsztat?
Na co Mala rzuciła ni z gruchy, ni z pietruchy:
- A duszenie lubicie?
- Znaczy... O co ci chodzi?
- No, takie no... Wiecie, o chodzi.
Nie za bardzo, nie do końca wiedziały tak w pierwszym czytaniu, niby się domyślały, jedna bardziej, druga mniej, ale w końcu się dogadały i do końca tego spotkania było już tylko o tym...