31 lipca 2026

LWIĄTKO

Sobotnia walka Bombki Zosi Yakuzy była bez cienia wątpliwości ważnym wydarzeniem, przykryło ją jednak inne, nieco ważniejsze. Zbriefujmy więc tylko, że to była naprawdę porywająca walka dla znawców, koneserów sportów walki, choć gawiedź bez pojęcia, żądna tylko rzeźni mogła czuć się nieco zawiedziona. Ale federacja Mirka Orskiego odpuściła już sobie dawno ten target, jako jedyna zresztą wśród innych firm freak fightowych. Więc zdanie gawiedzi jest tu niczym. Zaś sama walka zakończyła się remisem. Bardzo ciekawym zresztą remisem, gdyż wszyscy, naprawdę wszyscy byli zadowoleni. Wszyscy oprócz gawiedzi, ale to już wyjaśniono.
Zanim jednak doszło do owej soboty był jeszcze czwartek. Jak wiemy, czwartkowe popołudnia nasze czarownice spędzają sobie w Pleciudze, ale tym razem przy stoliku były obecne tylko trzy. Czemu? Temu:
- Chyba już dojechały?
Spytała nagle Malina. Na co odparła Kaśka:
- Chyba jeszcze nie dojechały.
- Ruda lubi przycisnąć na trasie.
- Tym swoim rzęchem? Weeeź. Poza tym wiezie kobietę w ciąży. Takie się chyba powinno wozić z wyczuciem, nie? Bez furii.
- Chyba, żeby zaczęła już rodzić.
Rzuciła nagle Mala. Ale Kaśka odparła szybko:
- Nita jeszcze nie zaczynała rodzić, jak dobrze wiem.
- Ciekawe skąd?
Spytała nagle Malina.
- Przecież nie z witchneta. Lalka, co jest z tobą dzisiaj?
Mala też nie odpuszczała:
- To może zadzwońmy?
- Próbuj, powodzenia. Ale ja miejscu obu wyłączyłabym telefon. Nigdy nie rodziłam, ale jakbym jechała rodzić, to bym nie chciała, żeby mi ktoś dupę wtedy zawracał.
Tu znowu włączyła się Malina:
- To może zadzwoń do Gajki, czy już przyjechały?
- Dobrze, spróbuję.
Kaśka sięgnęła po telefon. To trwało chwilę, bo rozmowa toczyła się hisslangiem. Ale nic z niej za bardzo nie wynikło:
- Tak, jak myślałam. Gajka nawet pojęcia nie ma bladego, że któraś od nas się do nich wybiera. Ale obiecała, że się dowie.
- Czemu tak myślałaś?
- Lalka, co cię nagle napadło? Masz dziś jakiś dzień głupich pytań wpisany do grafika? Temu myślałam, bo Gajka ma tam teraz inne zajęcia, niż pilnowanie bramy. Czy też porodówki. Ona jest tam teraz szycha, bardzo zajęta osoba, nie jakaś tam sobie tylko szeregowa wiedźma.
- Ale wiedźma wie. A poza tym nie ma szeregowych czarownic, do tego jeszcze niezajętych. Kto to słyszał takie rzeczy?
- I kto to mówi? To jeżeli wiedźma Malina wie, to niech wiedźma Malina sama się wywie i nam powie, czy już dojechały, czy nie.
Gaja okazała się być jeszcze bardziej zajętą, niż bardzo zajętą osobą, bo zadzwoniła do Kaśki dopiero sobotnim wieczorem. Ale Kaśka pracowała wtedy w narożniku Bombki, więc nawet nie miała jak usłyszeć telefonu. Gala sportów walki to nie opera. Tam widownia nie trzyma jap na kłódkę, tylko je pruje. Koneserzy również. Dopiero po walce przeczytała esemesa:
- Są.
Wiedźmy Benges bywają czasem dość lakoniczne.
Ale tak, czy owak nikt już potem nie próbował nigdzie dzwonić. Podczas jakiejś gdzieś rozmowy Kaśka skwitowała to tak:
- Co się ma urodzić, to się urodzi. Jak się urodzi, to samo do nas zadzwoni. Więc nie ma powodów do żadnej paniki.
Więc nikt panikował. Tylko Malinę coś nagle tknęło we wtorek po pracy, żeby zajrzeć do swojego brata Borka, przyszłego tatusia zresztą. Swoim zwyczajem wpadła jak bomba do domu Anity, ale już w salonie stanęła nagle jak wryta.
- Okurwajapierdolę! Co to za chlew? Boreczku, jak ty możesz tak mieszkać? Była akademia jakaś tu, czy co? Możesz mi coś opowiedzieć o tym wszystkim?
Faktycznie, salon wyglądał jak niezłe poimprezowisko. Najbardziej rzucały się w oczy opakowania po różnych fastfudach oraz plastikowe butelki po napojach. Siedzący na sofie Falibor z kotem Dredkiem na kolanach zaprotestował:
- Nie było żadnej akademii, żadnego imprezowania. Przeważnie byłem tu tylko ja, nasz magiczny kot i mój ulubiony ostatnio Święty Spokój. I robiliśmy nic.
Malina zasępiła się na chwilę, po czym odparła:
- Zasadniczo nie ma przesłanek, aby ci nie wierzyć. Nitka zawsze cię chwali, że ma dobrego chłopa. Tylko ten śmietnik mi nie pasuje. Oko mnie boli od niego.
- Jeść trzeba. Się je, to się śmieci.
Malina jakby trochę odpuściła. Spytała tylko:
- Ogarniesz to jakoś?
- Teraz? Mowy nie ma.
- A czemu to?
- No, rusz żesz trochę tą swoją tęczową blondi. Anita jeszcze nie urodziła. Za to jak urodzi, to tak od razu się nie pojawi. Jeszcze musi połóg odbębnić, czy jak mu tam. Więc po co mam robić dwa razy to samo?
- Nie można zaprzeczyć pewnej logice tego rozumowania. Ale tak od drugiej strony... Nie przeszkadza ci ten bajzel teraz?
- Nie. Gdy ma się Święty Spokój, to nic nie przeszkadza.
- Chyba odwrotnie?
- Odwrotnie też mi nie przeszkadza.
Tak naprawdę, to Malina jednym prostym magicznym urokiem mogła zmienić Borka w maszynę do sprzątania, ale miała też zasady, aby nie nadużywać czarów. Zwłaszcza wobec bliskich. Więc tylko wetchnęła:
- Dobrze, ja pas. To zrób mi chociaż coś do picia. Bo ja do kuchni boję się wchodzić. Tam musi być jeszcze gorzej.
W tym momencie nagle pisnęły dwa telefony równocześnie. Oboje rzucili okiem na swoje aparaty, po czym padło, też równocześnie:
- Nitka!
- Ruda!
Pierwszy przeczytał Borek:
- Kochanie, masz córę.
Malina zaś:
- Jesteśmy ciotkami.
Popatrzyli oboje na siebie, wreszcie Malina oznajmiła:
- Wiesz, co teraz zrobimy?
- Na pewno nie będziemy jeszcze nic sprzątać.
- Właśnie że będziemy. Tak kontrolnie, żeby siary nie było.
- Ale po co?
- Ty dzwonisz do chłopaków, ja do dziewczyn i robimy pępkowe.
- Nie kojarzy mi się to dobrze.
- Rozumiem. Żyjemy w ćpuńskim kraju, gdzie każda okazja jest dobra do nawalenia się. Ale my się nie nawalimy. Zero narkotyków. Kawa jest? Jest? Herbata jest? Jest. Marycha jest? Jest. Zamówi się pizzę i nic więcej nie trzeba.
- Pikolo dla Mali nie ma.
- Jest. Nita zawsze trzyma jakiś zapas dla niej, jak wpadnie coś pomóc. Ech, te chłopy, dać im babę na stałe, to potem nie wiedzą, co mają we własnej spiżarni. No, ojciec! Ruchy!
Tak więc pępkowe się odbyło, potem Borek miał jeszcze kilka dni na swój Święty Spokój, zaś tuż przed przyjazdem Anity z pierogiem na ręku, zwanym Stella Oktawia, przyjechała Mala i sama ogarnęła całe sprzątanie. Bo Mala to Mala i wszystko jasne.
Skoro o Mali mowa, to dodajmy jeszcze, że gratulując Borkowi jako jedyna nie zadała kretyńskiego pytania brzmiącego:
- Ile waży?
Po latach Falibor z pewną dozą rozrzewnienia wspominał te dni:
- Pierwsze dni ojcostwa są najlepsze. A potem niestety wraca baba z porodówki i Święty Spokój wynosi się z domu na bardzo, bardzo długo. Za to pęta się po nim rozwydrzona, rozpuszczona do szpiku kości smarkula i ciągle chce jakichś pieniędzy.
A dlaczego Lwiątko
C'mon...
Ta literatura nie jest tworzona dla idiotek, ni idiotów.
Za to niniejsze oto dziełko dedykowane jest pewnej Jubilatce na okoliczność Jej ostatnich...
Czego Jej?
Brawojasiu, skoro Jubilatce, to przecież nie Imienin.