11 kwietnia 2026

W SZTOSIE /dokończenie obiecane/

Środa, wczesne popołudnie. Na biurku stoi sobie firmowy laptop. Przy biurku siedzi Anita. Czy jest w sztosie? Trudno powiedzieć. Powiedzmy, że dziwnym. Siedzi tak sobie, patrzy na ekran tego laptopa, na odpowiedź na jakiegoś tam swojego służbowego maila do kogoś tam i tak sobie myśli:
- Ludzie to jacyś porąbani są. Coś się do nich mówi, to oni nie słuchają co się do nich mówi, tylko słyszą to, czego się nie powiedziało. Coś się do nich pisze, to się odnoszą do tego, czego się nie napisało. Za to chcą informacji, które właśnie zostały im przekazane. Centralnie do tego jeszcze.
Anita zawsze miała inklinacje do filozofowania, nie tak, jak Roxy, jej najlepsza psiapsia. Ale od czasu wzięcia doznania poczęcia, przeżywając spodziewanie się, zaczęło ją to nachodzić jakby częściej. Jednak broni się przed tym, choćby więcej praktykując zen, ale niekoniecznie wychodzi jej to tak bardzo za skutecznie. Zakontynuowała więc podjętą myśl przenosząc wzrok na leżące przed nią jagodzianki na barowej tacce:
- Zajrzała w porze lunchu Alina. Pyta się, czy czegoś może nie chcę z bufetu, bo idzie coś zjeść. Bardzo chętnie, bo dupa jakoś mniej chętnie chce mi się ruszyć. A przecież jeść trzeba, zwłaszcza teraz. To ja jej mówię, że proszę dwa pączki. Przyniosła, dobra dziewczyna, tylko czemu blondynka, choć nie blondynka? Albo to są faktycznie pączki, tylko ja już głupieję od tej jebanej ciąży, więc widzę jagodzianki. Za to smufi? Bo miało być jeszcze smufi. Smufi się zgadza. Ale tylko połowicznie. Chyba, że na wskutek zmian klimatycznych jagody ze szpinakiem zaczęły być jak gruszki ze spiruliną. Wielkie światowe osmufienie.
Upiła łyka tego smufi, po czym mruknęła do siebie:
- Nie, spoko, nawet może być.
Zaś dalej już jechała na głos. Paszczą znaczy. Akurat miała ten komfort, że jako szefowa działu logistyki miała swój osobny pokój.
- Bo to jest tak, że powiedzieć, czy napisać komuś paczka, to usłyszy taczka, potem powie, że było kaczka. Paczka, taczka, kaczka, sraczka, wykałaczka. Kurwa jego pokurwiona!
Sięgnęła po telefon:
- Boreczkuuu. Słodziaczku móóój...
- ...
- Nie, to już mam. Ale i tak zejdź tu do mnie na chwilę.
Pracują w tej samej firmie, to tak dla przypomnienia.
- Że co? Nie, aż tak nie chcę. Tylko przytulić.
- ...
- Ale ja tak bardzo, bardzo ładnie proszę.
Standardowe zaklęcie Mali było akurat na propsie w tych kręgach.
Chyba jednak nie zadziałało do końca:
- Coooo????!
- ...
- To pierdolnij w czarnek tą jebaną robotę i zaraz mi tu bądź!!!
Odłożyła aparat i westchnęła sobie, tak romantycznie jakby:
- Kochane Borczysko...
Tymczasem, czy też może raczej odrobinę później na jednej z sal Oktagonu było duszno, porno, strosznie i w ogóle. Zwłaszcza to, że w ogóle. Będąca bowiem wciąż w sztosie Kaśka nie otworzyła okien, tak nie złośliwie bynajmniej, bo Kaśka przecież nie jest złośliwa. Tak generalnie, bo czasem dla niektórych bywa. Tu jednak taka była logika metodyki zajęć. Jednak dalszy, detaliczny opis wypadków wymaga pewnej wiedzy fachowej od czytających, zaś narratorowi po prostu nie chce się tego wszystkiego klarować. Darujemy sobie więc opis rzeźni, która działa się na tej sali. Wspomnimy tylko jeden zabawny epizod.
Otóż niektóre ćwiczenia wykonuje się parami, więc muszą się one jakoś dobrać. Po komendzie, aby to zrobić dwaj panowie od razu doskoczyli do siebie, ale bez podtekstów, tak po prostu przeważnie wtedy jest. Za to Bitka jakby unikała zestawienia się z Bombką, więc było co i nieco zamieszania, jednak czarnobrewa Kaśka zmarszczyła swe brwie i zainterweniowała:
- Nynyny, tak się nie bawimy. Bitka do Bombki, a co do reszty, to zrobimy sobie, jak w tej znanej piosence disco polo.
I zanuciła, nawet podobno ładnie jej to wyszło:
- Chłopak, dziewczyna, najlepsza rodzina... Mam wyjaśniać dalej?
Bęcka wzruszyła tylko ramionami i ruszyła do najbliższego kolegi, ale Bójka była szybsza, bo jak wiemy, to ona go sobie upatrzyła jeszcze zanim zaczął się trening. 
- No! I tak ma być.
Dalej sprawy szły gładko, niczym po lubrykancie firmy ACME marki AssMiracle. Dziewczyny znały na pamięć pewne stałe fragmenty treningu, więc Kaśce wystarczał nieraz tylko gest, czy pojedyncze słowo, aby jakoś to koordynować. Zaś chłopacy też nie byli idiotami, żeby tego szybko nie załapać. Jakby nie było Magda przysłała swoich najlepszych tłuków, nie jakieś tam kurze łajno. Ale to dawało pani trenerce pole, aby luzować ekipę, żeby nikomu na pewno nie było smutno. Bo nudzić, to się na pewno nikomu nie nudziło. Otóż pomiędzy jedną, czy drugą taką zwięzłą instrukcją zaczęła opowiadać seksistowkie dowcipy. Jako, że większość ludzi nie wie, co to jest ten seksizm, podciąga pod ten seksizm różne dziwuśne rzeczy, zaś na wykład nie ma tu miejsca, to niechaj wystarczy informacja, że te były akurat naprawdę seksistowskie. Do tego jeszcze przaśne, czerstwe, burackie, tak krindżowe, że aż Zosia Bombka spojrzała na nią wyraźnie zdziwiona, bo Kaśka nigdy takich kwasów nie plotła. Ale sztos wyjaśnia wszystko. Trzeba jednak przyznać, że było po równo. Znaczy po równo obrywały obie płcie, raz jedna, raz druga.
Rzeźnia rzeźnią, jednak wszystko, co ma się kończyć, jakoś się kiedyś kończy. Bardzo zresztą sympatycznie się skończyło, bo Kaśka posumowała tą całą zabawę życzliwym uśmiechem, oraz swoją standardową formułką, którymś jej wariantem:
- Jesteście debeściarstwo. Fajnie mi było z wami pracować.
Za to już potem w babskiej szatni, gdy Neonówki wykąpane, przebrane szykowały się do wyjścia, pierwsza do drzwi skoczyła Bójka, rzucając podczas tego skoczenia:
- Laski, czekajcie chwilę, ja zaraz przyjdę.
Laski zarechotały obleśnie, zaś Bombka Yakuza dodała:
- Dobra, dobra. Wymieńcie tylko numery telefonów, a ty wiesz, gdzie jest kafejka ta obok. Umawiamy się tak, że idziemy bardzo powoli i zanim posadzimy dupy, to ty już jesteś przy nas.
- Zośka, do kogo ty teraz mówisz?
Spytała Bęcka. Dobrze spytała, bo w drzwiach nie było nikogo.
Za to trudno jest powiedzieć, czy subtelne zabiegi Kaśki przy zestawianiu par na treningu były w ogóle konieczne. Czy Bitka musiała unikać Bombki? W końcu, jak świetnie zresztą pamiętamy uważnie czytając, Yakuza jasno powiedziała Bitce, do tego na poważnie, nie żartując bynamniej - przynajmniej:
- Razem posprzątamy tą twoją kupę...
No tak, ale Kaśki już przy tym nie było.
Za to w czwartek w Pleciudze Kaśka robiła wrażenie, jakby ten sztos jej nieco zelżał, aczkolwiek nie było tego zbyt wyraźnie widać. Była zasłonięta pytaniami na temat jej wyjazdu do wioski Benges, które ją zasypywały psiapsie. Choć może niekoniecznie wszystkie, bo Anita była w swoim przewlekłym sztosie, który tu objawiał się niewielkim zainteresowaniem tą całą historią. W lipcu sama się tam wybiera, to jeszcze się nabędzie. Aczkolwiek dużo to ona się nie napatrzy spędzając czas na tamtejszej porodówce.
Wreszcie harpie dały spokój swojej ofierze, pozwoliły jej pójść poprawić oko, którego zresztą, jak wiemy, nigdy nie malowała. Za to gdy wróciła, nachyliła się na Malą coś jej szepcząc. Ta zaś rzuciła:
- Yoop.
Kaśka usiadła i oznajmiła:
- Dziewczyny, Młoda chce wam coś powiedzieć. No?
Mala otworzyła szeroko oczy.
- Kasiu nie tak się umawiałyśmy.
Reszta wiedźm spojrzała zaintrygowana. Nawet Anita ocknęła się ze swojego praktykowanego ostatnio filozoficznego zamyślenia. Też spojrzała, też zaintrygowana jakby tak. Roxy rzuciła:
- Na razie jakoś mało mówi? Tak?
Malina zakręciła się na krześle:
- Co jest? O co tu chodzi?
Kaśka spojrzała na Malę i oświadczyła:
- Dobrze, ja zacznę, a ty opowiesz resztę.
Upiła łyka nieco już niegorącego pleciugato i zakontynuowała:
- To jest tak, że nasza siostrzyczka dowaliła sobie nowe zajęcie.
Roxy wzruszyła ramionami mówiąc:
- Czemu jakoś mnie to nie dziwi? A co to jest?
- Terapia grupowa.
W tym momencie zaprotestował Mala:
- Jaka znowu terapia? Co ty Kasiu opowiadasz? Rozmawiam sobie tylko z nimi tak, drugi raz się dopiero tak spotkałyśmy. Cała sprawa, a ta robi z tego nie wiadomo co.
Kaśka jednak zdania nie zmieniała:
- Moim zdaniem to jest terapia. Bo nie róbmy z tego słowa tego, czym nie jest. Ludziom odbija i jak się mówi terapia, to od razu myślą, że to jest jakaś tajemnicza operacja, za którą jeszcze przeważnie trzeba zapłacić kawał grosza. Nawet jak na koszt państwa. A ja mam teraz terapię, bo mnie kuciapa ostatnio boli od ruchania, a jak z tobą gadam, to mi tak jakby nieco puszcza.
Anita spojrzała ni to przytomnie, ni to nieprzytomnie.
- Słuchajcie, czy ja do lipca mogę nie słuchać nic o kuciapach? Do tego jeszcze bolących? Mnie już to się ostatnio śni po nocach.
Roxy spojrzała nagle na Malinę.
- Lalka, ty kumasz coś z tego wszystkiego w ogóle?
- Jak ty nie kumasz, to jak ja mam kumać?
- No nie, takiej różnicy między nami chyba nie ma?
- Nie ma? Nie ma? A kto mnie dziś w pracy nazwał idiotką?
Lojalna Malinie do bólu Kaśka spojrzała co najmniej niechętnie na Rudą, niechętnym wzrokiem do tego jeszcze.
- Weź Lalka, to wcale nie tak było.
Zaczęła protestować Roxy, a wtedy Mala wstała.
- To ja sobie pójdę użyć kuciapy, a jak wrócę, to jak się będziecie dalej tak tarmosić, to chuja wam powiem i tyle. Co to w ogóle jest, jedna w sztosie, druga w sztosie, jeden wielki sztos kłopotów.
- Ja nie jestem w  sztosie, ja jestem ofiarą mobbingu.
Zaoponowała Malina, na co z kolei zaoponowała Ruda:
- Jaki znowu mobbing? Zwykła służbowa zjeba. 
Ale tego już Mala nie słuchała. Za to gdy wróciła, jak zwykle radośnie roześmiana całą sobą, przy stoliku było cicho. Więc się rozmościła na krzesełku, po czym zaczęła:
- Sprawa faktycznie kręci się wokół kuciapy. Kuciapy plus, bo nie tylko kuciapą się to robi. Wiecie, jak ze mną było. Było, że miałam niefajnie kiedyś z paroma wujkami mojej ma... Znaczy się tej starej kurwy Pamali. Jak kobieta miewa takie akcje, to ma potem uraz do miziana, tak? Ale potem, jak się do was dołączyłam, jak sobie popatrzyłam, posłuchałam, to mi ten uraz zaczął puszczać. Potem jeszcze Mirek, mój były dokończył tematu i jest dobrze.
- Czyli przeszłaś terapię?
Nie pytana odpowiedziała Roxy:
- Kaśka zamknij się! Mów Maleczko, skowronku ty mój.
- Mogę? Dziękuję. Więc ja, jak się w pracy kręcę po klubie, to dużo gadam z ludźmi. Dużo ich poznałam i w ogóle. I trafiło się parę różnych dupek, które jakoś tak mi zaczęły się wyszczerzać. Takie sprawy też mi niektóre wyszczerzały. To ja sobie tak wtedy pomyślałam, żeby tak zebrać kilka, usiąść, pogadać, tak szczerze, od piczki. Moźe coś fajnego wyjdzie. Tylko nie nazywajcie tego terapią, grupą wsparcia, czy jeszcze mądralniej. Bardzo, bardzo ładnie was proszę. Po prostu rozmawiamy sobie, to wszystko.
Pozostałe wiedźmy rozejrzały się po sobie, po sytuacji, popatrzyły sobie na Malę. Wreszcie odezwała się Malina.
- To super. Mega. Mnie się to podoba. Rób to.
Kaśka wtrąciła:
- Toż to ja jej wczoraj to samo powiedziałam.
Anita i Roxy pokiwały głowami. Potem Ruda skwitowała:
- Tak, rób to. Ja tu nie mam nic do dodania.
Zaś Nita spytała:
- To która dziś płaci rachunek?
- Pytka.
- Dlaczego?
- Dlatego. Bez bo i bez że.
KONIEC DOKOŃCZENIA, KONIEC TEJ HISTORYJKI

06 kwietnia 2026

W SZTOSIE

- Nawaliłaś! Nawaliłaś ty obszczany peklu i co teraz?
Na podłodze szatni Oktagonu leżała Bitka, zaś nad nią stała Bombka Yakuza. Siedzące tuż obok na ławeczce Bójka i Bęcka obojętnie się temu przypatrywały, rzuciła też okiem Kaśka, która akurat weszła do pomieszczenia niezauważona. Wreszcie dała się dostrzec zebranej czwórce:
- Siostro, nie tak ostro. Po co te nerwy? Nigdy nic nie zjebałaś? Nic nie jest na tyle proste, aby nie można było tego sknocić.
Yakuza odwróciła głowę i usłyszała:
- Cicho, ja jeszcze mówię. Za pięć minut chmurki widzę was na sali. Śliczne, radosne i pachnące, jak pisia królowej samurajów.
Dodała jeszcze na koniec:
- Tak w ogóle, to chyba rozmawiałyśmy kiedyś o czymś?
Obróciła się na pięcie i poszła sobie. Yakuza podała Bitce rękę, pomogła wstać, objęła ją, czule pocałowała i oświadczyła:
- Już dobrze. Ma rację, nie gadamy tutaj o robocie. Po treningu siądziemy, pogadamy i ogarniemy to sobie na spokojnie. Razem posprzątamy tą twoją kupę tak niefrasobliwie popełnioną, ale chwilowo leżysz firmie... No, nieważne na razie ile. To trzeba na papierze porachować. Kocham cię.
Mówiąc to uszczypnęła Bitkę mocno w pupę, tak z garści, tak bardzo mocno, okrutnie, choć nie przemocowo, ale ta ani pisnęła. Twarde dziewuchy z twardej dzielni, gdzie litość to zbrodnia nigdy nie płaczą. Chyba, że nad psiakiem, czy kotem przejechanym przez auto. Tylko to jest tolerowane na tym boisku.
Bójka spojrzała na Bęckę mówiąc:
- Tak, usiądziemy. Chyba jak nas wyniosą w kubełkach i poskładają do kupy. Kasieńka jest dzisiaj w takim sztosie, jak jeszcze nigdy. Będzie naprawdę wesoło.
Na co Bęcka mruknęła:
- Żeby nam tylko dup i cycków nie pomylili przy tym składaniu. Bo ja twoich na pewno nie chcę.
- Chłopaki jakoś nie narzekają.
- Bo to twoje chłopaki. Moi by narzekali.
Na co zareagowała Bombka:
- Ależ moje lalunie. Wszystkie jesteśmy unikalne. Wykuwamy nasze piąchy i pizdy hartowane w ogniu naszego bólu i wyrzeczeń. To czym się przejmować? Kaśka wie, co dla nas jest dobre.
- I dla sufitu, który nami wytrze.
To dodała Bitka, której już wrócił dobry humor.

Kaśka faktycznie była w sztosie, miała zaiste przedziwny humor, ale zanim to wszystko sobie wyjaśnimy, opowiemy też, co dalej, to wróćmy jeszcze do zeszłego piątku, do domu Anity. Tam akurat wiedźmy siedzą w salonie świeżo po odbytym sabacie, zaś Mala, jak to Mala, przejąwszy obowiązki pani domu gania niczym pszczółka od kuchni do salonu serwując kawy, herbaty, czy też inne mokre coś tam, które zajmują lodówkę Nity. Na jednej z sof leży kot Dredek. Żeby nie było, to nie tylko on był obiektem działań sabatu. Trochę innych spraw też ogarnięto, wiedźmy trajkoczą zawzięcie, ale nas to akurat nie interesuje. Mala w końcu, gdy już nawodniła wszystkie potrzebujące, sama posadziła swoje sexy podplecze. Obok Róży, rzecz jasna, na tą chwilę najlepszej kumpeli. Gwar babskiego brzęczenia obudził w końcu kota, nieco zmulonego tym wszystkim, co wcześniej się działo wewnątrz, jak też zewnątrz niego. Dredek ziewnął, podniósł zadek, przeciągnął się, po czym rozejrzał po sytuacji. Było nieźle, ale nie podniósł jednak ogona, nie czuł się jeszcze najlepiej. Wreszcie ruszył, zaś cel upatrzył wartko. Był to padołek Róży, na którym się zawinął, odmruczał swoje, po czym zasnął snem sprawiedliwego kota. Wtedy Mala spojrzała wyzywająco na Rudą, cała jej mimika, plus mowa ciała mówiła jedno:
- No, i co Lisico?
Roxy odpowiedziała błyskawicznie i schizofrenicznie. Pokazała Turbinie jedną ręką lajka, drugą faka, ale do gry nagle weszła Róża. Tak jakby nie temat zresztą.
- Mala, muszę bąka.
Na co indagowana odparła:
- Jesteś damą, czyń swoją powinność. Tylko nie obudź kota.

Kot został uznany za kompletnie zdrowego w poniedziałek, podczas kontrolnej wycieczki do lekarza od kotów plus nie tylko, zaś w środę był też w sztosie, tak jak Kaśka. Różnica była tylko taka, że Maczeta nie skasowała żadnej myszy, nie zwaliła też niczego na podłogę ze stołu, z kredensu zresztą też. Ale zanim opowiemy, co zrobiła, to przypomnijmy dlaczego, skąd ten sztos. Było tak, że dzień przed wiosennym sabatem wskoczyła na swojego poczciwego Giestapowca, motocykla pamiętającego czasy niepoczciwych gestapowców, tylko podrasowanego do poziomu batcykla turbo, po czym ruszyła do wioski zakonu Benges.
Generalnie Kaśka miała tam dwie, czy raczej trzy sprawy, bo ta pierwsza to była two in one do ogarnięcia. Primo plus duo, to apgrejdować swoje umiejętności walki wręcz oraz czarowania. Akurat to pierwsze miała na poziomie aleph zero, zaś te drugie, choć już nawet niezłe, jak na jej krótki wiedźmowski staż, to wciąż takie sobie, ale tak, czy inaczej jaka to różnica? Te drogi na szczyt nie mają swoich końców, bo nie ma też takich szczytów. Zaś trzecia sprawa, to jej dawna protegowana Gaja, której historię przecież znamy, miała podczas wiosennego sabatu pozyskać nowy tatuaż na buźce, co według reguł Benges było kolejnym stopniem po schodach na ten sam nieistniejący czarowski szczyt. To było szalenie ważne, aby obie się wtedy spotkały. Tak ogólnie ważne, szczególnie dla obu zresztą też. Tak więc Kaśka dojechała do wioski Benges, tym razem już bez żadnych przygód, bo drogę znała, po czym na miejscu zadziało się naprawdę wiele, bardzo pozytywnie zresztą do tego. Dużo ostrego treningu, dużo ćwiczenia czarów, oraz dużo gadania ze swoją pupilką Gają. Ponieważ to jest temat na cały miniserial, to dobrym pomysłem jest wcale go nie napoczynać. Tak więc przejdźmy już do poniedziałku, kiedy to pod wieczór Maczeta dojechała do domu, po czym nietomna nawet na przywitanie Adaśka walnęła się spać. Tak porządnie spać, bez czarów, bez szybkośpiocha, które to zaklęcie co prawda oszczędza wiele czasu, ale wiedźmy stosują je raczej przy dość wyjątkowych okazjach. Takiej okazji akurat jednak nie było. Dopiero we wtorek, gdy jej wielki chłop przyjechał po pracy, olewając zresztą rutynowy po tej pracy trening na siłce Oktagonu, bo tak się stęsknił, Kaśka przywitała go krótko, zwięźle, bez cienia miejsca na odpowiedź:
- Pod prysznic i do wyra!
Tu przypomnijmy, że ta czarownica ma inną konstrukcję libido, niż jej pozostałe psiapsie. Nie trzeba jej zbyt często tego sportu, co zresztą konweniuje do potrzeb Daśka, są ze sobą kompatybilni, ale gdy już do czegoś dojdzie, to jest naprawdę grubo. Dodajmy do tego, żeby nie zapomnieć, że Kaśka jest w sztosie, tak na nią zadziałał ten cały wyjazd do wioski Benges. Ale tu znowu dokonamy pewnego cięcia, wspomnimy tylko, że producenci filmów dla dorosłych wiele by zapłacili za możliwość sfilmowania przynajmniej małego fragmentu tej całej akcji.
Za to w środę Kaśka pojechała do pracy. Nie bardzo wiadomo za to, czy pojechał Adaśko, ale to już nas akurat nie interesuje. Wiceprezeska Oktagonu zaczęła szychtę bez specjalnych sensacji, od krótkiej odprawy wierchuszki klubu, czyli Stryjo, Mala plus jeszcze parę innych dość ważnych osób. Stryjnej, księgowej firmy nie było, gdyż najczęściej pracuje zdalnie. Potem przeszła się drugiego budynku, gdzie ogarnęła indywidualnie kilka osób sesjami rehabilitacyjnymi. Gdy wróciła do pierwszego, zajęła się czymś, czego bardzo nie lubiła robić, czyli papierologią. Ale, że nadal była w sztosie, to jakoś ogarnęła temat wyjątkowo gładko. Potem zajęła się swoją ulubioną klientką treningu indywidualnego, czyli panią Malwiną, która to pracuje nad swoją nadmierną puszystością. Dość mocno się nią zajęła, ale płaczu nie było. Co więcej, usłyszała na koniec:
- Pani Kasiu, ale był dzisiaj wycisk.
- To źle, czy dobrze?
- Nooo... Ja tak chcę już zawsze.
- A ile dziś było batoników? 
- Yyyy...
- Spytałam o coś.
- Brdldwttrzszsz...
- Dobrze. To jeszcze siedem brzuszków i na dziś kończymy.
- Czemu siedem?
- Pięć za pięć batoników i dwa ekstra za kłamanie.
Wycisk to pojęcie względne, zaś Kaśka dobrze już znała panią Malwinę, więc dobrze też wiedziała, co to słowo dla niej znaczy. Więcej chętnych do wycisków, takich, czy innych na ten dzień nie było zapisanych, więc pani trener zrobiła sobie dłuższą przerwę na kawę. Zaś po tej przerwie zajrzała do szatni dla pań. Co tam się zadziało wspomnieliśmy już na początku. Koniec dniówki to było dla niej właśnie danie wycisku załodze Neonówek.
Ale zanim, to najpierw dwa słowa na temat metodyki, jaką stosowała Kaśka wobec tych zakapiorek. Była ona bardzo urozmaicona, gdyż dobra walka, tak realna, jak tylko sportowa, takiej właśnie wymaga. Tak naprawdę, to wiele prostych zadań dziewczyny wykonywały same, bez ekonoma na głową. Jako dorosłe już piczki świetnie wiedziały, że obijając się oszukują tylko siebie. Dostawały jedynie rozpiski, co mają robić i robiły to naprawdę porządnie. Kaśka pojawiała się tylko wtedy, gdy ćwiczyły technikę lub taktykę. To nie były zbyt wyczerpujące zajęcia, bo gdy ciało jest zbyt zmęczone, to umysł traci skupienie, a wtedy wszystko zaczyna działać niedokładnie. Na takich treningach było też sporo pogaduch, choć rzecz jasna na temat. Ale to jeszcze nie był koniec. Bo raz na jakiś czas, raz na tydzień, może dwa, Maczeta zbierała swoje lalunie razem, po czym fundowała im piekło. Właściwie nic nowego, tak ćwiczą na przykład wojskowe jednostki specjalne. Kaśka nazywała to treningiem nękającym, który nie był targetowany do ciała, tylko przez ciało do psychiki. Laik nie mający pojęcia uznałby to za sadyzm lub humilację. Ale laik dlatego jest właśnie laik, bo już wspomniano, nie ma właśnie pojęcia. Zaś cała piątka, tak Kaśka, jak jej uczennice wiedziały coś więcej. Wiedziały, że to trzeba po prostu przetrwać, do tego nawet ani pisnąć podczas. Rzecz jasna taki trening wymaga absolutnego zaufania ćwiczących do trenerki oraz jej wyczucia granic, aby tak je łamać, aby nie złamać. Ale jedno, jak też drugie akurat było.
Zanim jednak Kaśka po wyjściu z szatni doszła do sali ćwiczeń spotkała na korytarzu Malę. Nic jakby specjalnego, normalne, przypadkowe spotkanie ludzi pracujących w tej samej firmie. Ale Turbinka nie była sama. Szło za nią kilka kobiet, w dość różnym wieku, dość różnie także ubranych, niektóre Kaśka nawet widywała w klubie, ale żeby tego była pewna? Nadal nic się nie dzieje, ale coś ją tknęło, nagle ją zaciekawił ten pochód, więc zatrzymała dziewczynę.
- Maleczko, nic nie mówiłaś rano o żadnej nowej rekrutacji do pracy. To o co tu chodzi, co tu się dzieje?
- Bo to nie jest rekrutacja. Idziemy po prostu pogadać. Do dziewiątki. Akurat jest pusta. Potem ci wszystko wyjaśnię. Albo dobrze. Tak na wstępie, kontrolnie, to...
Mala coś szybko syknęła hisslangiem. Kaśka uniosła na chwilę brwi, po czym, gdy obie wymieniły jeszcze parę syknięć uśmiechnęła się i dodała po ludzku:
- Ahaaa. Fajne, podoba mi się. Rób to.
Zaczęły się rozchodzić, zaś na nich weszły Neonówki, więc cała piątka dotarła razem do drzwi sali. Dziewczyny puściły Kaśkę przodem, ale gdy wchodząca za nią Yakuza też chciała to zrobić, to nagle cofnęła się.
- Kasiu, możesz na chwilę?
Maczeta wyszła z sali ze zdziwioną miną pytając:
- Co jest? Masz jakiś problem?
- Tylko pytanie. Co to za knoty tam w środku?
- Knoty? To są niezłe byczki. Chłopaki od Magdy.
- Magdy Maczugi?
- No.
- I co? Będą z nami ćwiczyć?
- Nie. Zrobicie sobie wszyscy dobrze. Środa to dzień loda. A ja to nakręcę i sprzedam ten cały materiał beżowym, razem z twoim numerem telefonu jako bonus.
- Nie, no weź...
- Zocha nie rób z siebie większej Zochy, niż jesteś. I tak mam cię dziś na oku. Nie będą ćwiczyć z wami, tylko obok was. Jak się dobrze skupisz na własnej dupie, to nawet nie zauważysz, że...
Przerwała nagle i dokończyła innym tonem:
- Czekaj, nie! Brawo ty! Podsunęłaś mi fajny pomysł.
Nie czekając na reakcję weszła znów na salę. Ale wtedy Bójka, Bitka, oraz Bęcka, których miny jasno mówiły, że nie wiedzą o co chodzi otoczyły Bombkę. Któraś zapytała, zgodnie zresztą ze swoją mimiką mówiąca to, co mówiła:
- Zosia, o co tu chodzi?
Ta zaś tylko machnęła ręką:
- O to, że ma być bardziej przesrane, niż ma być.
Bójka zajrzała pierwsza:
- Kurwa, jakie fajne cielaczki! Ten po lewo to jest mój, zaklepuję. Która go robi ze mną? Bo jest tylko dwóch.
Bombka pokiwała głową mówiąc:
- No, i ta jeszcze rui dostała. 
- Żartowałam. 
Bitka i Bęcka spojrzały na siebie, zaś ta pierwsza spytała:
- Czy możemy już wreszcie wejść? Tamujecie ruch. 
Weszły i dopiero wtedy pojęły, wyrażając to zbiorczo:
- Ahaaa...
Zaś z głębi sali dobiegł do nich głos Kaśki:
- Co tam się dzieje? Wszystkie od drzwi do mnie!
I dodała:
- Krokodylkiem!
Chcecie wiedzieć, co to jest krokodylek? Na pewno?
Bęcka westchnęła:
- Zaczyna się.
Bardzo rezolutnie zaczęła. Wszystko, co ma się zacząć to co?
Brawojasiu! To jakoś się musi zacząć...
DOKOŃCZENIE NIEBAWEM