28 lutego 2026

RUMBLE IN THE JUNGLE (ep.3 - sobota)

Jeszcze jakieś półtora roku temu Kaśka nie miała zbyt dobrego zdania na temat freak fightów. Mówiła wtedy nieraz, że:
- Nie ma równowagi. Za dużo tu widowiska, za mało sportu.
Dopiero gdy pojawił się niejaki Mirek Orski i zaproponował jej udział w takim widowisku sytuacja zaczęła się nieco zmieniać. Pamiętamy tą walkę, nie pora jednak teraz na jej przewijanie. Ważne jest to, że ów Orski nawiązał potem współpracę biznesową z Kaśką. Dokładniej zaś federacja Fight Show z klubem Oktagon. To dotyczyło różnych rzeczy, na przykład szkoleń zawodników, czy tez wynajmu sal do treningów. Przy okazji też zaistniało nieco relacji stricte prywatnych. Choćby nieistniejąca już para Mirek plus szefowa techniczna klubu, czyli znana nam Mala aka Turbina. Zaś Kaśka zaczęła dowiadywać się więcej na temat samej idei freak fight, tudzież różnych jej realizacyj. Co prawda nie zmieniła stanowiska całkowicie, ale mocno je zmodyfikowała.
Tu zróbmy przerwę na takie śródsłowie, aby wyjaśnić czytającym, o co w tym wszystkim chodzi. Jak wiemy, sporty walki nie są żadną przemocą, nie są realną walką, tylko umowną grą, podlegającą pewnym regułom. Odmian tych reguł jest stosunkowo sporo, mamy na przykład boks, zapasy, kick boxing, różne zresztą wersje, sumo, judo, czy też olimpijskie taekwondo. Są one przyjęte wśród jakiejś większej grupy ludzi, jednolite, zaś koordynują to wszystko różne federacje, czy też związki sportowe. Freak fight działa nieco inaczej. Każda walka przebiega według reguł ustalonych osobno, indywidualnie. Czasem są one takie same, jak te wspomniane już wcześniej, ale czasem też bywają jakoś tam zmodyfikowane. Te modyfikacje bywają dość różne, nieraz też przekraczają pewne granice, co dla wielu osób, zależnie od ich pojmowania sportu, może być nie do przyjęcia. Przykładem może byś starcie wielkiej baby z małym chłopem lub spotkanie trzech na jednego. Takie właśnie sytuacje miała na myśli Kaśka. Zacytujmy inną jej wypowiedź:
- To nie jest już żaden boks, tylko zabawa w pokaż cycki.
Tak więc podczas różnych dyskusji z Mirkiem Kaśka poznawała coraz lepiej ten temat, ale przy okazji miała też pewien wpływ na niego samego, na jego pracę. Po jakimś więc czasie okazało się, że galom walk organizowanym przez jego federację coraz bliżej jest do sportu, za to gale innych firm sterowały w kierunku jarmarcznego widowiska. Zaś konsekwencją tego była polaryzacja wśród widowni. Na gale Fight Show chodzili głównie fani walk na poziomie, ciekawych od sportowej strony, znający się jakoś na rzeczy, zaś na pozostałe gawiedź żądna widoku spadających gaci lub krwi cieknącej po kafelkach. Różnica analogiczna do sytuacji metal versus disco polo lub marihuana versus narkotyki.
Tak więc Kaśka rozważając z Bombką Yakuzą różne opcje była już pewna, że walka jej pupilki na gali Fight Show to tak samo dobry pomysł, jak walka na gali regularnego boksu, ka-jeden, czy ememej. Pozostało więc już tylko omówić warunki, reguły gry.
I wtedy nagle, niczym takie straszydełko z pudełka wyskoczył wspomniany już Mirek Orski zapraszając Kaśkę i Zośkę do kafejki niedaleko klubu, gdzie serwowano lepszą kawę, niż w klubowym barku. Zaczął z kopyta:
- Co powiecie moje panie na partyjkę boksu birmańskiego?
Wyjaśniamy, że boks birmański co do reguł gry jest jak tajski, tylko że wolno walić głową. Inne sprawy są już do uzgodnienia. Co innego Mirek mógł zaproponować takiej żylecie, jak Zośka Yakuza? Może olimpijskie taekowondo? Bardzo fajny, godny szacunku sport, ale dla niej to jest tylko macanie się po cipkach. Bombka aż podskoczyła na pupie.
- Mnie się to podoba. Ale Kasia rządzi.
Nieprawda. W takich kwestiach to zawodniczka jest szefem, ona ma ostatnie słowo. Ale w praktyce bywa inaczej. Zwykle bowiem przeważa autorytet trenera, czy też trenerki. Zaś gdy jest nią Kaśka, to w ogóle nie ma debaty. Mimo, że jest skromną, nie puszącą się osobą, to jej charyzma w tych sprawach jest nie do podważenia. Ale ona akurat nie polemizowała.
- Wchodzimy w to.
Tak się składa, że ostatnio obejrzała sobie kilka walk tej nowinki na rynku i wyszło jej, że jest mniej urazogenna, niż tajski boks. Pomijając garstkę świrów to ludzie wcale się nie kwapią do zbyt bliskiego kontaktu. Mniej jest zwarć, klinczów, czyli okazji do technicznych nokautów. Więcej walki na dystans, więc dla znawcy jest to ciekawsze widowisko.
- Masz już jakieś propozycje personalne?
Mirek bez słowa odbezpieczył telefon i podsunął jej pod nos.
- Nooo... Daj się chwilę przyjrzeć.
Zaś po chwili:
- Niezła jest. Ulicznica, tak jak my. Zocha, dasz radę?
Mówiąc to podała Bombce telefon.
- Ja słoniowi i orce dam radę, więc...
- Dobra, nie szalej dzidzia, nie szalej. Mireczku, masz tego więcej?
- Jej walk?
- Nie. Filmów jak szydełkuje, je zupę i robi loda. Idiota.
- No, jest tego trochę.
- To przerzuć mi to. My to sobie obejrzymy i jutro ci powiemy.
- Ale to nie wszystko. Co powiecie na rzymską klatkę?
To jest kolejna nowinka na rynku sportów walki. Pole gry jest ograniczone do obszaru trzy metry na trzy metry. Kaśka zabrała Zosi telefon, spojrzała jeszcze raz.
- Ni chuja. Nie tym razem.
Bombka zaprotestowała:
- Kasiu, ale dlaczego? Ja sobie poradzę.
- Nie poradzisz sobie. Już widzę po ruchach, że dziewczyna ma bazę wing tsun. Ty tego nigdy nie ćwiczyłaś. W takiej klatce to ona cię wyrucha na wszystkie sposoby, a ty tego nawet nie zauważysz. Ja cię w miesiąc nie przygotuję do takiej walki, nie ma takiej opcji.
Tu nagle wtrącił się Mirek:
- Co to jest wing tsun?
- To jest odmiana chińskiego wushu. Kiedyś ją wynalazła kobieta do potrzeb walk w ciasnych uliczkach miasta. Ja tego trochę uczę panienki na kursach samoobrony przed gwałtem. To działa, ale miesiąc to zdecydowanie za mało, żeby ogarnąć same podstawy. Ja nie przestawię teraz Zosi całego rozkładu jazdy do góry kołami tak z dnia na dzień. Czyli rzymska klatka tak, ale nie tym razem.
- Więc jutro się zdzwaniamy?
- Dokładnie, a potem ogarniaj spotkanie menadżerskie. Zresztą co mnie to obchodzi? To twoja działka, ja się nie muszę na tym znać. Ta kawa faktycznie jest lepsza, niż u nas w klubie. Kogo ja tam zatrudniam w barze? Muszę to przemyśleć.
Do spotkania doszło, omówiono wszystkie kwestie, także finansowe, ale nas interesuje aspekt sportowy. Ustalono boks birmański, ale po europejsku, czyli trzy rundy po trzy minuty, oraz na okoliczność remisu dogrywka do pierwszej gleby. Tylko tu trzeba jeszcze pamiętać o jednej rzeczy. Każda formuła sportów walki to także kwestia sędziowania. Te sporty nie są tak do końca wymierne. Kiedyś próbowano ściśle, odcinając aspekt intuicyjny wymierzyć boks olimpijski, zwany amatorskim i wyszła lipa. Ale to już jest na osobną dyskusję, uznajmy na razie, że federacja Fight Show jakoś ogarnęła ten temat.
Teraz więc jesteśmy w hali, gdzie się dzieje gala łomotu. Zanim jednak dojdzie do przedostaniej walki, tej, co nas interesuje, zajrzyjmy na vipowską lożę. Ciasno tam, bo zleciały się wszystkie wiedźmy, psiapsie Kaśki plus ich dwa gamonie oraz jedna dziewczyna. Dotarła więc rzecz jasna Mala, co prawda sama, ale po zdanych na uczelni egzaminach. Na szóstki zresztą zdanych, bo ona tak akurat ma, że tylko tak zdaje. Zaś na samym brzegu siedział Adaśko, jak wiemy Kaśki chłop, czy raczej mega chłop. Nagle się zrobił zgiełk, bo pojawiły się trzy Neonówki, zaś pracownik ochrony nie chciał ich wpuścić na tą lożę. Nie na chama nie chciał, był nawet dość asertywny.
- Sorry dziewczyny, ale tam już nie ma miejsca.
Obserwował to Adaśko, a Bęcka podchwyciła jego spojrzenie. 
- Daśku, zrób coś. Proszę.
Dasiek nie kazał się wiele prosić. Znał już te dziewczyny, uczennice Kaśki. Ale niewiele zrobił. Po prostu wziął i wstał. Wstał i spojrzał, bardzo zresztą łagodnie, przyjaźnie i życzliwie na ochroniarza, któremu nagle odechciało się pracować pod presją tego spojrzenia. Bo jak wiemy, facet Kaśki to jest naprawdę wielki mężczyzna. Niemniej jednak pozostały pewne kwestie techniczne do ogarnięcia. Jednak problem, jak większość problemów tego świata okazał się być fikcyjny. Adaśko rozsadził dziewczyny na kolanach Borka i Miśka, dla siebie zostawiając, tak gwoli sprawiedliwości wizualnie najcięższą Bęckę. Po czym otrzymał od niej buziola wszechczasów. Na ten widok odezwała się Mariolka:
- To słaby pomysł. Jak Kaśka się dowie...
Wtedy zareagowała Malina:
- Nie obrażaj Kaśki. Taki buziak się nie liczy. Za to ja mam inną uwagę. Do bratowej. Nitka! Słyszysz mnie? 
Anita, do której zwróciła się Malina zareagowała:
- Mniej więcej. A co chcesz?
- Bo może Borek ciebie powinien wziąć na kolana?
- Mnie tu wygodnie, a ja się robię trochę już za ciężka.
W tym momencie uruchomiła się Roxy:
- Lalka, ja wiem, że ty bierzesz kokę tylko raz na miesiąc, więc to nie jest jeszcze nałóg, ale może spróbuj robić to rzadziej.
- Bo niby co?
- Wiadro! Bo robisz dokładnie ten sam problem z niczego, co Miola przed chwilą. A ty Misiek pocałuj czule swoją damę w karczek. Jak się zgodzi. Młoda, zgadzasz się? Rozważ to, bo to mój chłop. Ale ja za to nie jestem zazdrosna, więc mu krzywdy za to nie zrobię.
- Cicho siostry, sznurujcie piczki! Nasze idą.
To już odezwała się Mala, obserwująca sytuację na boisku.
Sytuacja zaś zaistniała taka, że po wstępnych rytuałach do oktagonu wkroczyła Zośka Yakuza aka Bombka oraz Piorunella. Bo taką ksywę sceniczną obrała sobie jej przeciwniczka. Zośka od razu zabrała się do roboty, bez pierdolenia się w tańcu. Prostą jak budowa kija kombinacją, sztampową wręcz, świeżacką. Prawy low kick, lewy okrężny na głowę, potem doskok i grad ciosów góra dół. Co jakiś czas zmiana stron, prawe na lewe. Zero zwarć, zero kliczów, czy innych przepychanek. Trudno powiedzieć, czy to Bombka miała dobry dzień, czy Piorunka zły. Tak, czy owak po pierwszej rundzie Kaśka oświadczyła Zosi:
- Jest dobrze. Rób dalej to samo, nic nie udziwniaj. Jej dupa jest twoja, masz ją jak kaczkę na ruszcie. Utyka już na lewą nogę. Napierdalaj tam dalej. Kopnięcie na górę tylko symuluj, tam się nie przedrzesz. Za to potem wal jak do tej pory. Na zmianę, góra dół. Na japę i po żebrach, pod cycki, ile fabryka dała.
Co najważniejsze, to Bombka nie zaliczyła ani jednego ciosu na swoją śliczą buzię. Jednak nie do końca realizowała zalecenia trenerki. Miała nieco inny, swój prywatny plan na drugą rundę. Problemem większości fighterek i fighterów jest to, że ta druga strona złośliwie przeszkadza im realizować plan walki. Ale Piorunella była już nieźle rozebrana. Aczkolwiek wciąż duchem jakoś tam mocna, wciąż też stojąca nogach. Yakuza za bardzo nie kwapiła się, aby to zmieniać. Tańczyła jedynie bawiąc się bezradnością swojej przeciwniczki. Cios, kopniak, cios, kopniak. Do kompletu brakowało tylko ściągnięcia jej spodenek. Dla widza, niezależnie od jego poziomu ogarnięcia tematu wyglądało to dość ciekawie, ale Kaśka nie była tym wszystkim zachwycona. Po drugiej rundzie wyraziła to tak: 
- Dzidzia, to już jest sadyzm. Znęcasz się, bijesz bezbronne mięso. Ten jej sekundant to jest chuj obgęgany, powinien ją już poddać. Zrób coś dla mnie. Kończ ją i wstydu kurwa oszczędź. Bo jak cię ona nagle trafi rozpaczliwcem, to... To ja już nie wiem.
Miała rację. Rozpaczliwiec to taka akcja, która potrafi zmienić wszystko, wręcz przenicować i przywołać do porządku niejednych, za bardzo zadufanych w swoją przewagę. Tylko że wtedy już jest za późno. Jest tylko cucone.
- Dobrze mamuśka, będę już grzeczna cipka.
Bombka wstała z zydelka i ucałowała usta swojej mentorki ze zdecydowanym języczkiem, czulej, niż jakichś tam różnych swoich gamoni. Po czym weszła na boisko. Gdy tylko zawodniczki stuknęły się rękawicami, to wykonała jeden szybki krok i rozgarniając gardę Piorunelli uderzyła ją głową. Szybko, konkretnie, skutecznie, ulicznie tak. Ulicznie, ale nie byle jak, nie po chuligańsku, tylko profesjonalnie. Sędzia nie liczył do końca. Od razu machnął na lekarza. Cucone było na pewno konieczne.
Zasadniczo to jest koniec tej całej opowiastki.
Ale... Są jeszcze pewne wątki poboczne.
Zajrzyjmy do szatni, już po walce. Otóż stało się tak, że w tej szatni Bombka rzuciła swoje ciało w objęcia Kaśki. Rozpłakała się przy tym należycie, niczym Roxy Miśkowi przy którymś tam orgazmie, już po fazie apogeum wrzasków, ale jeszcze przed finałowym lodem. Nagle ktoś zapukał do drzwi i nie czekając na pozwolenie zajrzał do środka głową Mirka. Ale Kaśka zareagowała zdecydowanie i nieasertywnie:
- Gdzie?! Wypierdalaj! Nie teraz!
Za plecami Orskiego do szatni wśliznęła się Mala. Na nią Kaśka nie zareagowała. Więc Turbinka usiadła obok Zosi, przytulila ją do siebie, po czym zaczęła ją czule i starannie lizać po buzi. Akurat Kaśka dobrze znała ten styl. Mala zawsze tak okazywała swoje pozytywne nastawienie do swoich psiapsiółek, robiła to bez skrępowania. Na przykład podczas spotkań w Pleciudze. Więc Kaśka poszła do toalety pod drodze zamykając drzwi szatni na zasuwkę od wewnątrz, aby żadne Mirki, czy inne muchomorki już nie zaglądały do środka. Ale gdy wróciła, zastała scenkę, której się nie spodziewała. Otóż Zosia była już bez tiszerta, zaś Mala zdejmowała z niej ochraniacz na piersi. Gdy już to zrobiła przystąpiła do starannego lizania sterczących triumfalnie sutków wojowniczki, która kilka minut wcześniej właśnie wygrała walkę. Co prawda Kaśkę trudno jest zaskoczyć takim, czy innym ludzkim zachowaniem, ale tym razem...
- Wiem, że się polubiłyście, ale że aż tak?
Mala powoli, bez pośpiechu przeszła do kolejnych zabiegów. Całując Yakuzę po brzuchu zajęła ręce jej spodenkami oraz ochraniaczem na krocze, zwanym też czule napizdnikiem. Kaśka obserwując tą sytuację zdejmowała z siebie poszczególnie części swojej garderoby mówiąc:
- Dobrze dziewczyny, róbcie swoje, ja idę pod prysznic.
Ale gdy pozbywała się majtek coś ją nagle uderzyło.
- Ej, Mala! Zośka! Czemu tak dziwnie na mnie patrzycie?
Zapadła chwila ciszy, podczas której Mala redukowała swoją garderobę. Zaś gdy zdjęła już wszystko obie dziewczyny zamrugały do siebie powiekami i spojrzały na Kaśkę bardzo wymownie, wręcz pożądliwie. Zagaiła Bombka:
- No,  co jest z tobą Kasiu? Chodź do nas.
- Nie jestem pewna, czy powinnam, ale...
Mala uśmiechnęła do niej uroczo mówiąc:
- Zrób sobie przerwę, zapomnij na chwilę o naszych oficjalnych, formalnych relacjach. Przejdź z trybu służbowego na prywatny.
- Dobrze, ale i tak najpierw się wykąpmy. Higiena to podstawa.
C.D. NIE N.
Nie wykluczony jest jednak pewien suplement, bo nie wszystko zostało opowiedziane. To jest do ogarnięcia. Wystarczy tylko miło się zachować, czyli po prostu bardzo, bardzo ładnie poprosić.

22 lutego 2026

RUMBLE IN THE JUNGLE (ep.2 - piątek)

SUPLEMENT DO POPRZEDNIEGO ODCINKA
Gdy Kaśka wróciła do stolika oznajmiła:
- Reguły boksu tajskiego, czy innego rodzaju kick boxingu niczym się nie różnią od reguł klasycznego boksu, tyle tylko, że wolno nieco więcej. Coś jeszcze?
Zapadła cisza, którą w końcu przerwała Roxy:
- No, to teraz już wszystko wiemy.
Zaś Malina zarechotała tak, że aż filiżanki podskoczyły na stoliku.
Bójka, Bitka i Bęcka. Oraz rzecz jasna Bombka, czyli Zosia Yakuza, liderka dziewczyńskiego gangu Neonówek. Choć nikt nie wie, kto nadał całej czwórce takie właśnie zbiorcze miano, to jednak te indywidualne ksywki były na pewno autorstwa Stryja, który pewnego dnia podczas gospodarskiego obchodu klubu zajrzał na salę, gdzie projekt marketingowy Kaśki odbywał swój trening. Nowe imiona szybko się przyjęły, zaś team zrobił się znany, nie tylko zresztą w samym klubie, nie znane były jeszcze tylko plany odnośnie przyszłych karier omawianych dziewczyn. Te były dopiero na poziomie mniej lub bardziej wyraźnych szkiców. Wiadomo było tylko, że Kaśka, znana jako bardzo zajęta osoba, stała się jeszcze bardziej zajęta od czasu, gdy do innych swoich, wcześniejszych obowiązków dorzuciła sobie prowadzenie owej grupy. Na tyle zajęta, że zaczęła szukać osoby menadżerującej, kogoś, kto na poziomie wykonawczym zajmie się kwestią występów dziewczyn na matach różnych ringów, czy klatek.
- Najlepszy byłby Mirek Orski.
Takie miała zdanie Mala, której Kaśka zwierzyła się ze swojego kłopotu. Niestety były facet Turbinki miał niezłą pracę w federacji freak fightów, za niezłe pieniądze zresztą, zaś projekt Kaśki na razie nie zapowiadał nadmiaru takowych. Więc ewentualna nowa posada nie jawiłaby mu się jako zbyt atrakcyjna. Tak więc chwilowo Kaśka musiała wszystko robić sama. Była sponsorką jako współwłaścicielka Oktagonu, trenerką - instruktorką, oraz właśnie menadżerką. Sama więc ogarnęła swoim Neonówkom walki, które właśnie mają się odbyć.
Tego dnia na ringu miały wystąpić trzy. Czwarta, Bombka Yakuza miała nakazane siedzieć w domu i się relaksować. Kaśka, znając charakterek swojej pupilki, na wszelki wypadek użyła nieco magii, zaaplikowała jej sugestrix, żeby dziewczyna, która rwała się do kibicowania koleżankom odpuściła sobie ten pomysł i skupiła się na sobie. Co prawda Zośka nie była gapa, bo wcześniej umówiła sobie kogoś, kto siedząc na widowni będzie przysyłać jej nagrywki kluczowych walk. Ale pod wpływem czarów zapomniała tego dnia, że ma w ogóle telefon.
I teraz tak:
Piątkowe wydarzenie nie polegało bynajmniej tylko na tym, że trzy zakapiorzyce po wodzą Pięknej pojechały sobie, na przykład tramwajem na drugi koniec miasta spuścić jakimś tam innym panienkom regulaminowo określony łomot. To by było za proste. Spod gmachu klubu Oktagon wyruszyła cała ekipa. Klubowy, zielony van wypełniała Kaśka oraz jej dupeczki plus cutman, bardzo ważna zresztą postać, plus drugi trener do asysty, figurujący na liście płac klubu, który wie co robić, jakby co. Bardzo zresztą kompetentny, bo innych Stryjo nie zatrudnia. Nie wnikajmy zresztą, to nie jest istotne. Zaś drugi pojazd, wynajęty przez Malę na okres jednych i drugich zawodów prowadził Jacuś, szef przyklubowego sklepu z suplami. Wraz z jedną z sióstr Cycatek miał na głowie stoisko promocyjne klubu. My jednak skupmy się na stronie sportowej całej tej wyprawy. Ale zanim przejdziemy do dalszej relacji, to należy nadmienić, iż zaplecze socjalne turnieju było dosyć marne. Na szczęście jednak obok hali mieszkała jedna z pracownic Oktagonu, która chętnie udzieliła gościny. Dziewczyny między walkami miały gdzie spędzić czas, odpocząć, ogarnąć się jakoś. To była naprawdę cenna sprawa.
Piątkowe zawodniczki, jak też sobotni zawodnicy walczyli w kilku kategoriach wagowych. Akurat Neonówki na tyle się różniły między sobą, że nie miały miejsca siostrobójcze spotkania, każda miała szansę na wygraną. Opiszemy wydarzenia bynajmniej nie chronologicznie, tylko właśnie wagowo. Otóż w każdej wadze startowało po osiem pań, czyli aby wygrać trzeba było stoczyć trzy zwycięskie walki. Każda liczyła trzy rundy po trzy minuty. Najlżejsza Bójka nie walczyła jednak dłużej, niż razem dwie, czy trzy minuty. Wszystkie mecze były do jednej bramki, gdyż od razu po komendzie rzucała się na przeciwniczkę niczym wściekła suka rasy chihuahua zasypując ją gradem ciosów oraz celnych kopnięć. Już po kilkunastu sekundach było pozamiatane. Sędzia wyliczał leżącą na macie klientkę, zaś w ostatniej walce sekundant rzucił ręcznikiem poddając swoją panienkę, gdyż widok egzekucji był dla niego nie do przyjęcia niczym świat bez wódki dla alkoćpuna. Gdy Stryjo oglądał potem powtórki tych walk, to skomentował tak:
- Pomyliłem się. Nie Bójka, tylko Burza.
Bitka nieco dłużej znęcała się nad swoimi adwersarkami. Jej główną bronią były low kicki, czyli niskie kopnięcia oprawiające nogi. Kilka razy wręcz kosiła nimi swoje ofiary, które waliły się na matę niczym sosny podczas wyrębu. Wszystkie walki Bitka wygrała przez poddanie, gdyż żadna z tych ofiar nie była władna ustać na skatowanych nogach wychodząc do trzeciej rundy.
Za to najtrudniej miała Bęcka. Zaczęło się od tego, że już po pierwszej minucie jej kształtna pupcia poznała twardość maty. Potem obie panie toczyły już dość wyrównany pojedynek, zaś przerwę wypełniał jeden wielki opierdol ze strony Kaśki:
- Do kogo ja mówię, kurwa! Garda! Łapy wyżej! Nie jesteś jeszcze mistrzynią olimpijską. Jak wygrasz tyle, co ona, to trzymaj je sobie nawet w dupie. Ale na razie masz mieć łokcie wyżej cycków. Nie wygrywasz na razie. To nie siusiak twojego chłopa, ty jej nie liż, ty ją masz tłuc! Chcę widzieć, jak wióry z niej lecą.
Trenerka dorzuciła jeszcze kilka trochę bardziej szczegółowych instrukcji, zaś po gongu wlepiła jej klapsa na drogę. Zjeba okazała się skuteczna. Bęcka ogarnęła się jak należy, po czym zaczęła odrabiać straty. Łatwo nie było, gdyż przeciwniczka dzielnie się odgryzała, ale trzecia runda była już całkiem jej. Walkę wygrała jednogłośną decyzją, mimo zaliczenia wstępnego knock downu. Druga walka się nie odbyła, Bęcka zwyciężyła walkowerem. Co prawda jej przeciwniczka wygrała swoje poprzednie spotkanie, ale była to pyrrusowa wiktoria, gdyż wyłapała kontuzję. Lekarz nie wpuścił jej na ring, więc nasza Neonówka mogła sobie dłużej odpocząć. Za to trzecia jej walka była po prostu brzydka. Reguły tajskiego boksu dopuszczają długie klincze, ale większość widzów nie przepada zbytnio za takim przebiegiem zdarzeń. Takim to sposobem obie panie przemęczyły dwie rundy. Za to Kaśce głos zaczął już chrypieć od powtarzanych instrukcji.
- Dzidzia, nie szarp się z nią! Odskok z lewym prostym, prawy low kick i lewy round na banię. Nie bij się kurwa, tylko boksuj jak człowiek! Trafiaj, punktuj!
Dzidzia faktycznie karnie wykonała polecenie już na początku rundy. Próbowała dokończyć latającym kolanem, niestety niecelnie, po czym znowu doszło do klinczu. I wtedy stało się coś niedobrego. Przeciwniczka Bęcki nagle uderzyła głową. 
- Faul! No co jest, kurwa?!
Wrzasnęła Kaśka, sędzia jednak nie przerwał walki. Zrobił to dopiero po kilkunastu sekundach odsyłając Bęckę do narożnika. Rozcięcie łuku brwiowego było ewidentne. Na ring wskoczyła Kaśka, za nią zaś cutman, który zabrał się do pracy, żeby opanować sytuację. Nie wyglądało to jednak dobrze. Pojawił się główny lekarz, zaś trenerka wsiadła krzykiem na sędziego.
- Faul był, głową strzeliła! Ty ślepy jesteś, czy co?!
Ten jednak ignorował ją, patrzył jedynie na lekarza, ten zaś na zakrwawioną dziewczynę. Logo Oktagonu na piersi jej zielonego tiszerta zakryła wielka plama. Kaśka zmrużyła oczy, szybko utkała zaklęcie tamujące krew, lecz było już za późno. Lekarz spojrzał na sędziego, ten zaś wykonał rękoma gest zamykający walkę.
- Szlus. Koniec. Techniczny nokaut.
Gdy podszedł do narożnika, w którym stała druga dziewczyna, po czym podniósł jej ramię do góry Kaśka wrzasnęła głośno:
- Ni chuja! Zero zgody! Protest!
Sędzia pokręcił głową.
- Menadżer tylko może składać protest.
- Jestem menadżerką idioto! Naprawdę ślepy!
Pokazała mu plakietkę na piersi. Po czym podskoczyła do krawędzi bocznej ringu i spojrzawszy na sędziów punktowych siedzących przy stoliku powtórzyła w ich kierunku:
- Protest! Mam tam do was zejść?!
Po czym faktycznie zeszła, już była przy nich.
Całą tą scenę obserwowała siedząca blisko gromadka znanych nam przyjaciół. Była więc też Malina, która skomentowała ją szybko dwoma zdaniami:
- Będzie gorąco. Kasi puszczają nerwy.
Na szczęście nie puściły jej one aż tak, żeby stało się coś niepotrzebnego. Jeden z sędziów punktowych odnotował coś na kartce protokołu, po czym wstał ze słowami:
- Pani Katarzyno. Na razie wynik walki jest taki, jaki jest. Po turnieju, po ostatnim spotkaniu zapraszam na zebranie jury d'appeal. Wrócimy do sprawy, pogadamy na spokojnie.
Jakby nie było, Kaśka nie była już dzieckiem. Wiedziała, że na huki tego nie wygra. Skinęła więc tylko głową mówiąc:
- Dobrze. Ma pan rację. Tylko spokój nas może uratować.
Sama była już całkiem opanowana. Podeszła do Bęcki, która już zeszła z ringu, objęła ją ramieniem i oznajmiła łagodnym głosem:
- Chodźmy do szatni. Oszukali nas, ale ja to odkręcę.
Odkręciła. Zaś już później, po zakończeniu turnieju opowiadała przebieg wypadków na dwa sposoby, zależnie od tego, kto akurat słuchał. Pierwsza wersja była dość prosta:
- Przekonałam ich. Najpierw chcieli wydać werdykt no contest, czyli uznać walkę za nie odbytą. Ale obejrzeliśmy nagrywkę, faul był ewidentny, tylko sędzia centralnie dał dupy. Więc skończyło się dyskwalifikacją, a nasza harpia wygrała tym sposobem. Trzy zero dla nas. Pytań brak.
Druga wersja była bardzo podobna, właściwie taka sama, tylko uzupełniona opisem, jak wyglądał proces przekonywania:
- Nie docierało, nie docierało, wreszcie dotarło, gdy utkałam urok. Znacie mnie przecież. Sport to nie jest przemoc, to nie jest realna walka, więc zawsze gram fair. Ale jeśli ktoś oszukuje, to przestaję się czuć zobowiązana do takiej gry.
Zaś Bójce vel Burzy, Bitce i Bęcce, gdy były same, tylko we czwórkę, powiedziała z grubsza to samo, co zawsze mówiła na koniec każdego treningu:
- Jesteście zajebiste. Frajdą dla mnie było spędzić z wami czas.
Potem jeszcze dodała:
- Jutro kibicujemy Zosi. A potem ja zabieram się za wykłócanie, wyszarpywanie waszych nagród. Wiecie, jak to jest. Nie sztuka wygrać, sztuką jest zainkasować.
Po czym sięgnęła po telefon, aby do tejże Zosi zadzwonić.
C.D.N.

18 lutego 2026

wybór? /chwilówka/

Drugi odcinek mini serialu naszego ulubionego cyklu "Czarownice" właśnie się pichci. Gdy przyjdzie jego pora, to się ukaże. Na razie jednak chwilowo, tytułem przerywnika zachciało nam się wtrącić nasze trzy grosze na temat niedawnego wywiadu z panią Martą Nawrocką. Jak wiemy, takie jest rodo małżonki pewnego wujka urzędującego ostatnio jako Batyr. Zakładamy, że Kawiarnia zna ten wywiad, przynajmniej jego kluczowe fragmenty.
Otóż w pewnym momencie poruszono tam temat praw człowieka, centralnie zaś obecnych polskich regulacji prawnych dotyczących terminacji ciąży. Pytanie padło proste, o stosunek pytanej do tychże regulacji. Reakcja pani Marty było dość złożona. Spróbujmy ją omówić. Primo, to odpowiedź brzmiąca /cytujemy/ "jestem za życiem" nie jest żadną odpowiedzią, możnaby ją ewentualnie uznać za wymijającą, unikającą, czy po prostu nie na temat. Za życiem jest większość ludzi niezależnie od ich poglądów na omawiane sprawy. Czyli ta odpowiedź jest równoważna odpowiedzi /cytujemy/ "pomidor". Ale była też wzmianka na temat przeszłych doświadczeń pani Marty, która jak wiadomo pierwsze dziecko urodziła jako szesnastolatka. Nie to ostatnie nas jednak interesuje, tylko jej oświadczenie /cytujemy/ "miałam wybór".
No cóż, nie mamy żadnych danych na temat rodziny, tudzież środowiska, w którym dorastała pani Marta. Intuicja nam jednak mocno sugeruje, że nasza bohaterka nie powiedziała prawdy. Nie chodzi nam bynajmniej o prawo stanowione, które już wtedy pozbawiało kobiety wyboru, bo dla chcących żadne prawo nie jest przeszkodą. Nie tego rodzaju wybór teraz rozpatrujemy. Pytanie brzmi, ile dziewczyn, niepełnoletnich nastolatek, dwadzieścia jeden lat temu dorastało w takich warunkach środowiskowych, które dopuszczały im samym, niezależnie, samorządnie decydować o sobie, gdy zdarzył im się pech pod postacią niechcianej ciąży? Jak się Kawiarnia zapatruje na tą kwestię?
Być może to jest niepotrzebne, mimo tego jednak przypomnimy, że pralnia mózgów w temacie praw człowieka, dokładnie zaś praw kobiet do decydowania o sobie, centralnie o swoim ciele zaczęła funkcjonować jeszcze przez rokiem osiemdziesiątym dziewiątym. Po tym zaś roku tylko się rozkręciła po całości.
Za to przy drugiej i trzeciej ciąży pani Marta, mimo że już nie nastolatka, chyba nie miała wyboru? Ale to akurat jest uwaga raczej nie na temat, traktujmy ją może jako pewien żart taki. 😉

16 lutego 2026

RUMBLE IN THE JUNGLE (ep.1 - czwartek)

Brak wezbranych chmur

Optymistyczna wizja
Kiedyś się wzbiorą
/haiku Wróżki Zębuszki/
👊
Anita była nieugięta, nie uległa nawet wtedy, gdy Mala bardzo, bardzo ładnie ją poprosiła, zaś Roxy zagroziła jej klątwą brzyda. Ujawniła jedynie, że uzgodniła już z Borkiem imię dla ich przyszłej córki, nawet dwa, obiecała też, że drugie upubliczni po wiosennym kwartalnym sabacie, ale na tym koniec. Wreszcie Malina przerwała próby pozyskania dokładniejszych informacji:
- Dziewczyny, dajcie spokój. Zaparła się i chuj. Nic nie zrobisz.
Po czym kelnerka pani Renia, bo rzecz się działa w Pleciudze, przyniosła tacę pełną zamówionych zamówień, co już końcowo zakończyło temat. Zaś potem Mala bardzo, bardzo ładnie poprosiła, aby rozpatrzyć inną sprawę.
- Nitka, czy możemy sobie odpuścić jutrzejszy sabat?
Anita odparła dyplomatycznie:
- Zawsze możemy, gdy tak chcemy. Co prawda są w planie dwa płatne zlecenia, nie żaden trening, ale nie musimy się spieszyć.  
- A czemu tak chcesz?
To już wtrąciła Roxy.
- Temu, że ja mam sesję. Egzaminy na uczelni, koniec pierwszego semestru. Za to Kasia po prostu pracuje. Ma walki. W piątek jedna gala, w sobotę druga.
- Jakie walki Kasiu? Znowu się bijesz o kasę?
Malina lojalnie zaprotestowała:
- Ona nigdy się nie bije. Najwyżej kogoś.
Kaśka uciszyła ją gestem dłoni i odparła.
- Nie ja. Moje dziewczyny. Trzy walczą jutro. Mają turniej boksu tajskiego. To ich debiut na ringu, a ja muszę cały dzień być z nimi. Za to pojutrze wieczorem walczy czwarta, to będzie grubsze wydarzenie. Troszeczkę inna konkurencja. Ale też zapowiada się ciekawie, może nawet ciekawiej.
Tu się odezwała Malina:
- Maleczko, to w ile czasu teraz zrobisz te swoje studia? W jeden semestr, czy może dwa? Bo my już wiemy, co ty potrafisz.
- Bez przesady. Tak szybko jak z maturą to nie pójdzie.
- Ale pociśniesz do przodu? Tak po swojemu?
- Taki mam plan, ale na pewno nie przez rok. Jak tą sesję dobrze ogarnę, to potem wskakuję na indywidualny tok nauki. A wtedy już sama sobie dyktuję tempo.
W tym czasie Kaśka sięgnęła do torby. Wyjęła z niej drobny plik kolorowych kartek, po czym położyła go na środek stolika.
- To są wejściówki wipowskie, dwuosobowe. Jeśli któraś ma ochotę zobaczyć te moje harpie w akcji, to zapraszam. Trochę czasu im poświęciłam, więc byłoby mi miło.
Roxy wzięła kilka biletów do ręki. Rzuciwszy nań okiem spojrzała na Malinę, po czym uśmiechnąwszy się oznajmiła:
- Lalka, znajome obiekty.
- No. Akurat je robimy. Od razu po weekendzie. 
Kaśka spojrzała jakby zdziwiona.
- My? Aha, Latająca Miotła. Ale zaraz, chwila. To oni tam nie mają własnego personelu?
- Mają. Ale po imprezach te hale wyglądają jak pobojowiska. Więc zatrudnia się wtedy dodatkowe siły do sprzątania. Tu akurat my to bierzemy. Umowy podpisane, zaliczki przelane, jest dobrze.
Anita wybrała dwie kartki.
- Dobrze. My z Borkiem jedziemy. A wy?
- Co my? Wszystkie jedziemy. Z całym żywym inwentarzem.
Ton głosu Roxy nie zostawiał miejsca na jakąkolwiek dyskusję. Ruda wiedźma zgarniając cały stosik wejściówek ze stołu dodała:
- Znaczy studentka ma nieobecność usprawiedliwioną. Zmówimy się razem, bo ja akurat wiem, jak tam można dobrze zaparkować. Pod obiema halami nie jest zbyt przyjaźnie w tej kwestii.
Wtedy odezwała się Mala:
- Daj mi proszę jeden bilet. Ten na sobotę.
- Czyli zajrzysz jednak?
- Tylko na samą walkę Zosi Yakuzy. Jej obiecałam już wcześniej.
Sprawa wyglądała na dogadaną, nagle jednak zabrała głos Malina:
- Siostry, a Walentynki?
Roxy spojrzała na nią zdziwiona.
- Co Walentynki?
- W sobotę są Walentynki.
- Ja nie obchodzę Walentynek. Znaczy źle, wróć! Ja obchodzę te całe jebane Walentynki, tylko że codziennie. No, może prawie codziennie. Ale zawsze się pieprzę porządnie.
Mala zakręciła się na krześle tak, jakby chciała się odezwać, lecz siedząca obok Kaśka chwyciła ją pod stołem za udo i mruknęła:
- Siedź! To nie nasza dyskusja. My sobotę mamy zagospodarowaną.
Wtedy nagle parsknęła śmiechem Anita i oznajmiła:
- Lalka, wy chyba z twoim bratem macie to rodzinne.
- Niby co?
- Robienie problemu z Walentynek. Pamiętam, jak Borek rok temu mi marudził na ten temat. Akurat wypadały w piątek. To ja mu tak zrobiłam w czwartek, że mu się odechciało na parę dni, tylko popierdywał z przeżarcia miłością. A my siostry wtedy nazajutrz zrobiłyśmy sobie normalny sabat, jak Ciocia Lala przykazała.
- No.
- Ty Mala mi tu nie nokaj. Bo akurat ciebie na tym sabacie wcale nie było. Byłaś zabujana po sam wierzchołek cipy w tym swoim wtedy Mirku i w ogóle się z tobą nie można było dogadać.
- Ale...
To akurat Malina coś próbowała wtrącić, jednak Nita ją zgasiła:
- Lalka, a ty po prostu zrób tak, że wstań wcześniej, niż zwykle i do wyjazdu na galę nawalentynkujecie się z Miolką tyle, że wam piczki będą dymić. Temat uważam za zamknięty.
Anita siorbnęła nieco smufi i zmieniła obiekt swojej uwagi.
- Kasiu, mam do ciebie prośbę. Bo widzisz, mnie się ten sport podoba, nie jestem idiotką dla której to jest przemoc. Ale rzadko mam okazję oglądać, więc się nie rozeznaję na tych różnych odmianach. Wiem tylko, że trochę ich jest, ale każda ma detalicznie nieco inne reguły gry. Możesz nam trochę przybliżyć temat? Chcę lepiej wiedzieć, co się tam będzie działo.
Kaśka powoli omiotła wzrokiem wszystkie siostry, a gdy każda zgodnie skinęła głową popierając wniosek Anity, wstała od stolika mówiąc przy okazji:
- Dobrze. Ale to trochę potrwa, więc ja może najpierw...
Spojrzała wymownie w kierunku, w którym co jakiś czas udawała się prawie każda klientka Pleciugi. Kobiece oko ma to do siebie, że niekiedy wymaga poprawienia.
A to, że Kaśka, jako jedyna z całej piątki czarownic nigdy uprawia makijażu jest kwestią kompletnie pozbawioną znaczenia.
C.D.N.