Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blogin'_classic. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blogin'_classic. Pokaż wszystkie posty

14 lipca 2026

Był sobie kot

Zasadniczo nie uprawiam bloggin' classic, od dawna już zajmuję niszę blogowania literackiego, które jest dość elitarne, bo niewiele osób tak umie. Niewiele osób też pojmuje takie teksty, bo jak wiadomo, literatura nie jest dla idiotek/ów. Więc jeśli ktoś liczy na liczną frekwencję na forum, na duże grono czytających, to się przeliczy. 
No, ale do rzeczy. Odbyła się taka rozmowa:
- Napiszesz o tym na blogu?
- Nie. To są sprawy prywatne.
- Ale pisujesz czasem o kotach?
- Czasem. Ostatnio rzadziej, niż czasem.
Ale tu zostałem trafiony w miętkie, bo jak by nie było trafiła się okoliczność, aby coś takiego popełnić. Więc jedziemy w te okręty:
Lucjan to czarny kot rasy europejskiej, krótkowłosej, chyba najliczniej występującej na tym kontynencie. Przez wiele lat mieszkał sobie u mojej Mamy na drugim piętrze kamienicy wielkiego miasta. Znałem się z Luckiem świetnie, gdyż podczas jej wyjazdów na kilka dni przeprowadzałem się do tego mieszkania, tak dla czystej wygody, aby mieć oko na kota. Wiadomo, bazowe sprawy, czyli micha, kuweta oraz ludzkie towarzystwo. Bo wbrew stereotypom, większość kotów jest dość towarzyska, aczkolwiek realizują one to po swojemu. Poza tym Lucek to kot specjalnej troski, aczkolwiek mniejszego kalibru, więc zasadniczo tak niewiele jej potrzebuje. Pierwszy powód to dysplazja bioder, której skutkiem jest nieco gorsza kocia mobilność. Ale coś za coś. Lucek umie taki numer, którego nie widziałem nigdy w wykonaniu żadnego dorosłego kota. Jest to przewrót przez głowę, zwany popularnie fikołkiem, który ma miejsce w chwilach najlepszego kociego nastroju. Druga sprawa to kwestia michy. Otóż Lucek za wczesnego młodu miał nieco kłopotów natury urologicznej, więc został przestawiony na medyczną karmę typu urinary. Tą karmę dostawał wyłącznie, więc po pewnym czasie tak się na nią uwarunkował, że przestał postrzegać jako jedzenie to, co postrzega większość kotów. No, ale że większych problemów potem z tym nie było, więc nie ma co dalej rozwijać tematu.
Za to zaistniał inny problem, mianowicie z Mamą. Streszczając temat ograniczmy go stwierdzenia, że ta owa jego opiekunka ostro zachorowała, po czym trafiła do szpitala. Wtedy siłą rzeczy ja się przeprowadziłem do tego mieszkania, tylko tym razem nie na jakieś dwa, trzy dni, tylko na czas nieokreślony. Do chwili, aż sprawy się wyjaśnią. Wreszcie sprawy się wyjaśniły, ale tak się wyjaśniły, że Mama już do domu nie wróciła. Zaś po kilku dniach zamieszania ja wróciłem do siebie, ale zabrałem też kota, to było oczywiste. Tam zaś Lucek poznał nowy, inny świat, stał się też kotem wychodzącym na dwór, aczkolwiek pod pewnym dozorem kontrolującym sytuację. Poznał też innego kota, dokładniej zaś kocicę. Bo nas od lat są jakieś koty, dom bez kota to głupota. To był dla Lucka chwilowy szok, bo do tej pory pojęcia nie miał, że istnieją jeszcze jakieś inne koty. Niemniej jednak...
Koty mają to do siebie, że bardzo nie lubią zmian swojego otoczenia. Za to jednak, gdy zmiana się utrwali, to szybko się adaptują. Tak więc Lucek też się jakoś adaptował, zaakceptował swój nowy dom, tudzież nową koleżankę. Nie było to jakieś zażyłe kolegowanie się, ale drak też raczej nie było. Za to wyszła bardzo ciekawa sprawa. Otóż kocia karma medyczna ma to do siebie, że ma sporo dodatków smakowych. Tak musi być, bo inaczej żaden kot nawet by na nią nie spojrzał. Ale te dodatki powodują, że kotu się odmienia, że to jedzonko staje się bardzo atrakcyjne. Także dla kotów, które jej nie potrzebują. Więc dla nowej koleżanki Lucka również, zaś ze względów ekonomicznych trzeba było pilnować, aby mu jej nie wyjadała.
No, ale jedziemy dalej. Otóż po jakimś roku nastąpiła kolejna gruba zmiana. Mianowicie wielka przeprowadzka na wieś na drugim końcu kraju. Wieś? Wieś to mało powiedziane. To jest wiocha zabita dechami, gdzie przysłowiowe psy dupami szczekają. Tu pomińmy kwestie tej zmiany dotyczącej ludzkiej części rodzimy, bo tematem tej pracy jest kot. Otóż kot Lucek trafił nagle do kociego raju. Kawał naprawdę wielkiego terenu do jego dyspozycji, bardzo bezpiecznego zresztą, gdzie ruch aut jest wręcz symboliczny. Zaś jak wiemy, to owe auta są największym wrogiem kotów. Jednak Lucek nie do końca korzystał ze wszystkich dobrodziejstw tej sytuacji. Od dziecka był ostrym domatorem, więc zbyt daleko nigdy się nie zapuszczał, zaś większość czasu spędzał na ulubionej kociej czynności. Czyli na eksploatacji łóżka. Zaś gdy nie spał, był aktywnym eksploratorem okolic domu lub głośno mruczącym kumplem. Miał jeszcze drugiego kumpla kota, wspomniałem też coś na temat koleżanki, ale to już osobna historia, warta być może osobnego opracowania, jak koty działają w grupie. 
Tak minęło jakieś ponad pięć lat. W pewnym momencie jednak Lucek zaczął się zachowywać bardzo nietypowo. To, że sypiał dziennie jeszcze dłużej, niż zwykle nie było jeszcze niczym aż tak bardzo dziwnym. Dziwne za to było to, że przestał jeść, ale zaczął tyć. Nietypowo jednak tyć. Bardziej puchnąć po bokach. To już wystarczyło, aby capnąć Lucka do kontenera, po czym pojechać do weta. Na miejscu sprawy nie wyglądały dobrze. Zapalenie otrzewnej, ale od czego się tak porobiło? Badania wykluczyły nowotwór, wykluczyły też, choć nie na sto procent FIP, bardzo paskudną wirusową chorobę kotów. Potem dalsze badania, terapia lekami raczej w ciemno, czas płynął, ale nic nie szło ku lepszemu. Zaś Lucek, wciąż odmawiający jedzenia, słabł dzień po dniu. Wyraźnie też cierpiał, choć po kotach tak łatwo tego nie widać. Nadszedł więc moment, którego nienawidzi większość opiekunów kotów, psów, czy innych zwierzaków będących członkami rodziny. Czas decyzji, czas ostatniej jazdy do weta. To po prostu trzeba było zrobić. Inne opcje nie miały już sensu.
Lucjana pochowaliśmy w zeszły poniedziałek. Miał piętnaście lat.

26 marca 2026

Dojrzałość

Dojrzałość jest wtedy, gdy pejoratywnie pierdolisz wszystkie cudze definicje dojrzałości, nie tworzysz też własnej, gdy masz wyjebane na opinie otoczenia, czy TY jesteś dojrzała/y, czy nie.
Ale jest jeszcze coś, też ciekawe i w sumie zamykające dyskusję:
Nie ma czegoś takiego jak dojrzałość . Zamiast tego istnieje ciągły proces dojrzewania. Bo kiedy pojawia się dojrzałość, następuje zakończenie i koniec. To koniec. Wtedy trumna zostaje zamknięta. Możesz podupadać na zdrowiu fizycznym w procesie starzenia, ale Twój osobisty proces codziennego odkrywania siebie wciąż trwa. Każdego dnia dowiadujesz się o sobie coraz więcej.
- Pupcia, pamiętasz, jak dziesięć lat temu byliśmy szczęśliwi?
- Słodziaczku, my dziesięć lat temu jeszcze nie byliśmy ze sobą.
- No, i właśnie.
- Tak? To zmiana planu laleczko. Ty dziś robisz obiad.
- Laleczko?
- Z dużej litery było. Słabo ci wylizałam uszy.
Nie, to nie jest spoiler, ale nowe opowiadanie 💥 już wkrótce.
Płyńcie Żółtą Łodzią Podwodną.
Rośnijcie w siłę i bawcie się dobrze.

17 kwietnia 2025

Urodziny

To niekoniecznie powinno być dzisiaj, ale Zioło, medyczne rzecz jasna, bo każde jest medyczne, ma tą magiczną moc, że modyfikuje czas, innymi słowy wysławiając uprawdziwia nam czas, który okazuje się być kwestią umowną.
To teraz się umawiamy, że dziś jest dwudziesty drugi kwietnia, więc Iza ma urodziny. Które? Jak zwykle te same. Dżentelmen takich pytań dupeczkom nigdy nie zadaje. No!
Też Ją kiedyś chciałem pocałować...
Jednak dość już gadania, teraz słuchamy i oglądamy. Nie myślimy, myślenie podczas percepowania sztuki to syf. Tak się nie robi.
Szczerze? Niewolnice są nudne.
Żeby nie było, to tego stuffu jest więcej, ale ja nie tworzę dla idiotek, czy też idiotów, którzy nie umią sobie znaleźć w necie hitów zacnej i nadobnej Izy. Tak?

24 sierpnia 2024

Jak wziąłem i znalazłem byłem tabloid

Jest jeszcze Lato, chwilowo nie chce mi się tworzyć literatury, więc nasze "Czarownice" mogą sobie poczekać, zaś Kawiarnia też mnie raczej nie zahejtuje za tą przerwę. Dziś pobloguję sobie klasycznie, zwłaszcza że jest okazja, gdyż za jakiś ponad tydzień temu blogu stuknie pełnoletność. Nie planuję jednak na tą okoliczność specjalnego posta, uznajmy, że jest nim właśnie ten, co teraz. Duża część klasycznych blogów to opisy, gdzie ktoś był oraz co sobie kupił. Bo kupowanie jest przecież takie ważne. Pojechałem, więc kupiłem. Kupiłem, więc mam. Mam, więc jestem. Posiadanie jest osią, czy też treścią życia większości ludzi, tak?
No, to ja akurat pojechałem sobie do pobliskiego miasteczka. Nie ukrywam, że właśnie po zakupy. Nie, wróć! Głównie po zakupy, bo zajrzałem jeszcze do biblioteki dokonać wymiany stuffu do lektury. Zaś co kupiłem? To było kilka dni temu, nie starałem się za bardzo pamiętać listy tych rzeczy, ale na pewno była sobie wśród tych sprawunków główka sałaty lodowej. Tak! Zostałem szczęśliwym posiadaczem tejże sałaty.
Teraz według reguł klasycznego blogowania powinna być fotka. Ale nie będzie. Nie mam odruchu, czy też nawyku fotkowania wszystkiego, co się napatoczy. Zaś teraz już jest za późno, bo sałata jest niekompletna. Nie kolekcjonuję sałat, tylko je sukcesywnie zjadam. Można rzecz jasna wkleić jakąś inną sałatę. Net jest przecież pełen fotek takich sałat. Ale to by było oszukaństwo, więc tak się chyba nie robi?
No, ale oprócz odwiedzenia kilku sklepów do programu odwiedzin masteczka zmieściła się też przerwa. Przerwa spędzona na ławeczce na cetralnym skwerze. Już sięgałem po telefon, aby nim rytualnie pogadżetować, ale coś mi nie dawało spokoju. Bo nie byłem sam na tej ławeczce. Obok bowiem leżała gazeta, czysta, świeża, niezgęgana, aż sama się prosiła, żeby się nią zająć. Dość rzadko przeglądam takie, tego typu papierowe nośniki danych, więc czemu nie zajrzeć?
Gazeta okazała się być tabloidem, do tego nie takim poważnym, politycznym, jak niektóre tygodniki suportujące poprzedni reżim neokomunistów. To była taka zwykła szmata, tabloid codzienny, najniższa półka. Rzecz jasna wiem świetnie, co taki może zawierać, bo nieraz net nam funduje na chama linki do różnych wersji cyfrowych. Ale taki głupi małpi odruch przerzucania wziął spowodował, że doń zajrzałem. Jak zwykle było to samo, ale opiszę szkicowo kilka kwiatków. Kolejność randomowa, bez żadnych priorytetów.
Jako pierwsze niech będzie coś, co większość mediów by zamieściło, choć rzecz jasna nie wszystkie. Była to krótka relacja, jak dzielna policja przypaliła ekipę działającą na rynku narkotykowym. Normalny człowiek w normalnym kraju słysząc słowo "narkotyki" wizualizuje sobie jakieś butelki z wiadomym płynem, potem torebki z różnymi, przeważnie białawymi proszkami, tudzież może jeszcze jakieś tabletki. Ale to nie jest normalny kraj, tylko kraj, gdzie większość jest współuzależniona od alkoholu, do tego pełen marychofobów. Tu nie wolno nazywać alkoholu narkotykiem, bo choć co prawda za to nie ukamieniują, to potraktują jak idiotę. Tu bowiem, wbrew faktom naukowym, narkotykiem, do tego tym najgorszym, nazywa się Zioło. Tu nie wolno na temat Zioła mówić dobrze, bo gdy się zacznie mówić dobrze, to dojdzie wreszcie do jego legalizacji, zaś ta doprowadzi po latach do zahamowania narkomanii. Szczególnie alkoholowej. Tego zaś prawie nikt, szczególnie każdy kolejny reżim nie chce. Więc na fotce łupów zdobytych przez policję nie było żadnych butelek z trunkami, za to na pierwszym miejscu leżały torebki domyślnie zawierające Ziele narzucając ludziom fałszywe dane jako prawdę. I niestety cała masa niedouków to łyka.
Tak poważniej, to nie jest aż tak tragicznie. Ludzie jednak się uczą, zaczynają łączyć kropki, jakaś tam edukacja konopna funkcjonuje, więc kiedyś będzie normalnie. Ale to idzie tak powoli, że ja na pewno tego nie dożyję.
Klimat tej niezbyt wesołej refleksji rozwiał drugi artykuł. Tym razem już kompletnie tabloidalny. Najpierw zacytuję tytuł: "Oburzające zachowanie celebrytki". Do tego jest podtytuł drobniejszym drukiem: "Pani Iksińska fotografuje się nago na bulwarze". No, i właśnie...
Czym się różni uczciwe, obiektywne dziennikarstwo od tabloidalnego? To pierwsze nic nie ocenia, tylko zapodaje fakty. Za to tabloid narzuca odbiorcy, co ma sobie na temat tych faktów myśleć. Tu akurat on ma się oburzyć, zapewne też potępić działania pani Iksińskiej. Dalej jest kilka zdań na temat miejsca oraz czasu akcji, na tym zasadniczo ta krótka notka się kończy. Puentuje ją wzmianka na temat interwencji straży miejskiej. Ale wisienką na torcie jest fotka demaskująca kłamstwo dziennikarza, gdyż na tej fotce pani Iksińska wcale nie jest nago! 😵
Za to trzeci, ostatni z omawiany artykułów to istny popis znajomości języka polskiego. Jego tytuł brzmi: "Zazdrosny mąż zastrzelił żonę i kochanka". Bardzo to jest dwuznaczne, bo nie wiadomo czyjego kochanka, żony, czy swojego. Być może korektor przeoczył brak słowa "jej" w tytule, ale dalszy tekst już wyjaśnia tą kwestię. Jednak to jeszcze nic. 
Dalszy tekst relacjonuje przebieg wydarzeń. Otóż, gdy mąż wrócił do domu, zastał żonę baraszkujacą z owym kochankiem. Wtedy ich oboje zastrzelił. Notka nie precyzuje kwestii posiadania przez niego broni, ale autor widać uznał, że odbiorcy może to wcale nie interesować. Potem dowiadujemy się, że mąż sam zawiadomił policję, co czasem się faktycznie zdarza w takich sytuacjach. Natomiast najlepsze zaczyna się dopiero teraz. Autor miał wgląd we wstępne przesłuchanie zatrzymanego, co też czasem się zdarza, i nie omieszkał przytoczyć niektórych fragmentów. Mianowicie takiego, że ów mąż oświadczył, iż byli ze swoją żoną zgodnym małżeństwem i nigdy mu do głowy nie przyszło, że jego połowica może go zdradzić.
Ponieważ czytałem dość uważnie, ze zrozumieniem, to w tym momencie musiałem przerwać lekturę, aby spojrzeć jeszcze raz na tytuł, gdzie stoi jak byk, że gość był zazdrosny. Zaś teraz, kilka zdań niżej dowiadujemy się, że wcale nie był zazdrosny.
Przypomnijmy czym jest zazdrość? To taki rodzaj choroby psychicznej, zaburzenia urojeniowego, bazującego na lęku, że partner(ka) zdradza lub ma taki właśnie oto zamiar.
Tu jakby nie chce mi się powstrzymać od dygresji, jakże bawi mnie czytanie w necie opinii różnych takich domorosłych psychologów, jakoby odrobina zazdrości ma być zdrowa, bo jest to wyraz troski o partnera/kę. Primo, to nie wyraz troski, tylko braku zaufania, pogratulować tak udanych związków. Zaś secundo to tak, jakby stomatolog gadał o walorach zdrowotnych małego, takiego odrobinowego ubytku zęba 😁
Tymczasem mąż zeznał, że nic takiego nie miało miejsca. Jak więc można wyjaśnić sprzeczność, że tytuł mówi jedno, zaś dalsza treść coś innego? Najwyraźniej autor nie zna za dobrze języka polskiego. To już do tego doszło, że tabloidy zatrudniają aż tak źle wykształcony personel?
Tym retorycznym pytaniem zakończyłem wtedy lekturę. Zaś samą gazetę zabrałem ze sobą. Bynajmniej nie tylko po to, aby innych chronić przed zgłupieniem do reszty. Planuję wykonać remont domku dla pewnego kota, który do nas zagląda, ale nie jest stałym domownikiem, zaś papier to świetna izolacja cieplna. Nie mam zbyt dużo tego gruzu na stanie, więc tabloid akurat się przyda. Ku chwale Bastet Mądrej i Nadobnej.

09 lipca 2024

Bo mam taki kaprys...

To był tylko support, tak na rozkrętkę.
Nie ma co skupiać na tym zbytnio uwagi.
Ale teraz...
Dla mojej Lady, przede wszystkim, która...
Zresztą nie myślcie o tym za dużo.
Ale nie tylko dla Niej.
Także dla tych wszystkich fajnych dupeczek, które tu zaglądają, komentują lub może też nie, bo coś czasem może być za trudne, to się zdarza, nie ma powodów do paniki, ale na pewno wszystko mają na swoim miejscu.
Rozumechtaczki też.
Czemu tak dziś?
Bo chcę!
Napierdalamy:
Żeby fochy się nie chłopowały...
Nie! Wróć!
Żeby chłopy się nie fochowały, to tak w ramach bonusu:

01 kwietnia 2024

Tanka, mantra i wintażowy suchar


Jest dynamicznie
Blog sobie odsapuje
Tygodni para
Odjazdowość wyjazdu
Wyjazdowość odjazdu

=> => => => => => => TU <= <= <= <= <= <= <=

- Dzień dobry, czy to numer jedenaście jedenaście jedenaście?
- Dzień dobry. Nie, tu jest sto jedenaście sto jedenaście.
- Bardzo przepraszam, fatygowałem panią niepotrzebnie.
- Nic się nie stało. I tak musiałam wstać, bo telefon zadzwonił.

13 marca 2024

Trochę o związkach, trochę o idiotyczności

Ludzie się dzielą na takich, z którymi da się rozmawiać i z którymi się nie da. Ostatnio zaistniała konieczność odpuścić sobie pewną Panią, bo po pewnym czasie blogowej znajomości okazało się jednak, że Ona rozmawiać nie umie. Jakiś defekt mentalny posiada, czy cóś. Zostawmy to jednak, zajmijmy się przypadkami pozytywnymi. Za taki postrzegamy blogerkę B.K./=TU=/, która nie wali brudnymi chwytami ad personam, nie wykręca naszych słów na odwyrtkę, nie wmawia nam, nie wciska, że powiedzieliśmy coś, czego nie powiedzieliśmy, zaś rozmowa z Nią potrafi sprawić przyjemność, mimo że niekoniecznie kaszlemy tak samo. Ostatnio naszło nas, tak trochę bocznie od głównego wątku Jej posta, na temat związków na odległość. Teza, którą uznaliśmy za stosowne nieco podważyć jest taka, iż takie związki są idiotyczne. Jakoś trudno nam to zaaprobować, jako że istnieje sporo takich związków, które są bardzo sensowne. Za to równie sporo związków, czy raczej układów razem mieszkających bywa kompletnymi idiotyzmami. Nie wspólna chata tworzy związek. Mieszkać razem i być ze sobą niekoniecznie oznacza to samo, te rzeczy potrafią się nieraz mocno różnić.
Zacznijmy od definicji związku na odległość. To jest wtedy, gdy taka para nie mieszka ze sobą, nie dzieli wspólnego lokum na stałe, a jedynie okresowo, na czas, kiedy ze sobą przebywają. To tyle, nic poza tym. Za to otwarta jest kwestia tej odległości. Tu bywa naprawdę różnie. Od sąsiednich domów do niesąsiednich miast, czy nawet kontynentów. Przy czym czasy obecne są takie, że tej odległości wcale nie mierzymy metrami, tylko upierdliwością doprowadzenia do takiej sytuacji, aby do poprzebywania ze sobą doszło. Im bardziej jest to upierdliwe, tym szybciej taki związek się rozwala. Sytuacja jest na ogół wtedy jasna.
Za to bardzo niejasna bywa nieraz przy wspólnym mieszkaniu. Taka para, gdy przestaje być ze sobą często nadal jeszcze ze sobą mieszka, bardzo często udając, że ich związek istnieje, mimo, że już go wcale nie ma. To są nieraz bardzo zawikłane sprawy, gdyż jako że komunikację, bazę związku, dawno już szlag trafił, to ci ludzie mają niedogadane, jak to w ogóle z nimi jest. Aczkolwiek nie zawsze tak jest, bo czasem obie strony dobrze wiedzą, co jest grane, czy raczej co jest nie grane.
Przejdźmy teraz do kwestii tej idiotyczności jednego, czy drugiego rodzaju związku. Otóż idiotyczność nie jest cechą naukową, zaś kompetencje do określenia, czy dany związek jest idiotyczny, czy nie, mają tylko te dwie osoby, które dany układ tworzą. Obserwator zewnętrzny ma tu guzik do gadania, jego zdanie, jakie by nie było, po prostu się nie liczy. Więc dyskusja na temat, czy jakiś związek, jego rodzaj, czy też konkretny przypadek jest idiotyczny, czy nie, nie ma żadnego sensu. Wynika z niej tylko tyle, co ze wzajemnego opowiadania sobie kawałów.
Natomiast co można naukowego wycisnąć z tego tematu? Na przykład to, że związek na odległość nie jest dobrą opcją dla ludzi lękowych, którzy mają ambicję posiadania maksymalnej kontroli nad tą drugą osobą. Okresy, gdy nie przebywają razem będą im ubarwiać ataki paranoi, że partnerka, czy partner spędza czas nie tak, jak według nich powinna. Czyli na przykład mizia się z kimś trzecim na boku. Za to taki związek może być niezły dla indywidualistów, którzy chcą mieć trochę czasu dla siebie, żeby nikt im się nie wpieprzał, nawet ta druga, najbliższa osoba. To oczywiście można nieźle zorganizować mieszkając razem, ale wydaje się być jednak nieco trudniejsze. Związek na odległość nie jest też zbyt dobrym pomysłem dla par ludzi mających skrajnie wysokie libido, którzy nie potrafią kroczy od siebie odkleić. Ale jest druga strona tego medalu. Otóż według jakichś badań, gdy się mieszka razem, ten piękny sport po pewnym czasie zaczyna być nudny. Zaś jako, że jest kluczowym filarem związku, to gdy ten filar słabnie, to cała konstrukcja zaczyna się mniej lub bardziej chwiać. Taka sytuacja mniej grozi przy związku na odległość. Przy każdej okazji bycia razem mizianko jest głównym punktem programu. Mniejszą ilość kompensuje większa jakość. To zaś wzmacnia, cementuje wzajemną więź, co powoduje, że obie strony nadal chcą się tak bawić. Co prawda celem związków nie jest bynajmniej trwałość, ale to, żeby było fajnie, niemniej jednak ta trwałość jest pewnym miernikiem tego, czy jest fajnie, czy nie. Mowa jest rzecz jasna o trwałości bycia ze sobą, a nie mieszkania razem.
To może na razie tyle w temacie, choć pewnie można by więcej. Ale oddamy teraz piłkę Kawiarni, która zapewne również coś ciekawego opowie.
Aha, tekst posta zawiera lokowanie innego, też fajnego bloga.

16 lutego 2024

FURIA MAĆ - GRA TAKA /3 x haiku/

Instrukcja do części tekstowej:
Bierzemy monetę i rzucamy randomowo, ale tak, żeby jej nie posiać gdzieś. Gdy wypadnie orzeł wciągamy dzieło numer jeden, gdy wypadnie reszka, wciągamy dzieło numer dwa. Powtarzamy tą procedurę dotąd, aż nam się odechce chcieć, wtedy przechodzimy do dzieła numer trzy.

1.
Numer przychodni
Abonent jest zajęty
Czas na drugi ruch

2.
Numer przychodni
Abonent nie odbiera
Czas na drugi ruch

3.
Orzeł czy reszka
Wynik zawsze taki sam
Dostać pierdolca

18 grudnia 2023

03 listopada 2023

MIZANTROPIA /haiku razy jedenaście/

Gatunek głupi
Myślą i nie czują nic
Problemów twórcy
Zieleń unicestwia
Samobójca na raty
Siebie nie umie

Mózgowy defekt
Rozwoju fluktuacja
Domu demolka

Duma z myślenia
Na mieć i żreć skupiona
Percepcja martwa

Ziemia poddana
Niekompetencji mordu
Kona w agonii

Sport to masowy
Odrzucać wiedzę jak jest
Tworzyć poglądy

Klęczące grzecznie
Posłuszne rozkazowi
Nic nie pojmują

Miłosne ich sny
Po niemiłosnej walce
Ze sobą wzajem

Stado myślących
Co by tu jeszcze spieprzyć
Przeżuć na plastik

Zawiści boty
Cieszą oczy wizją bólu
Lepszych od siebie
Nie lubię ludzi
Lubię tylko osoby
Niektóre są cool

30 października 2023

Merry Halloween! /haiku/

Łyżka i nożyk
Narzędzia do zabawy
Dyni struganie
Jesienne święto
Ziemi owoce jędrne
Świecą tripiasto


30 września 2023

Gdzie jest drugi film?

Pytanie tytułowe zadałem sobie zaraz po wyjściu z sali kinowej. Bo podczas projekcji nie myślałem prawie wcale, tylko tyle, ile trzeba. Nadmiar myślenia podczas obcowania z produktem artystycznym jest po prostu szkodliwy, bo nie percepujemy go prawidłowo. Myśląc bowiem za dużo zasłaniamy sobie ów produkt tymi właśnie myślami. Dochodzi wtedy do idiotycznej sytuacji, bo okazuje się, że zamiast za możliwość bycia z dziełem sztuki, postrzegania go, taki myślacz zapłacił za coś, co może robić za darmo.
Okay, ale już było po filmie i pytanie teraz, skąd się pojawiło to wspomniane pytanie? Stąd, że jeszcze przed filmem trafiło mi się przeczytać co nieco wypowiedzi na jego temat. Wartościujących, więc bez żadnego znaczenia, ale trochę ukrytego spojlerowania akcji również w nich było. To właśnie był ten szkopuł. Tymczasem jednak to były takie fejkowe spojlery, bo nic takiego, co niby miało mieć miejsce nie miało tam wcale tego miejsca. To zaś mogło sugerować, że jest jakiś drugi film pod tym samym tytułem. Opieram tą hipotezę nie na opiniach potworów, którzy stwierdzili otwarcie, że filmu nie widzieli, przyznając tym samym, że są idiotami, tylko na słowach tych, którzy oświadczyli, że widzieli fragmenty. 
Tylko, że tu pojawia się kolejny szkopuł. Jak doskonale wiadomo, potwory rządzące ostatnio tym krajem, tudzież ich elektorat, nie widzą tego, co jest, tylko jakiś tam swój urojony świat równoległy. Co prowadzi do jednoznacznej konkluzji, że drugiego filmu nie ma lub jest, ale inaczej. Jako, że nie mam zasranego umysłu niczym te wspomniane potwory, to zobaczenie tego hipotetycznego, urojonego filmu jest dla mnie niedostępne.
Takim oto sposobem pytanie oń szybko straciło sens i zniknęło. Został tylko pomysł na wykonanie tego posta. Tedy więc voila...

15 września 2022

To skandal, że on nie wydał tego dekretu

Film trafił mi się za darmo, kompletnym przypadkiem zresztą, na platformie, której podobno już nie ma, choć jakimś sposobem się pojawiła. Gdy potem próbowałem powtórzyć to doświadczenie, to już nie dało rady. Ale tak, czy owak produkt polecam (promuuuję), zaś najlepsza scena jest do obejrzenia poniżej:
Ciut przekłamane co prawda, bo to "zielsko jebane" wcale nie daje żadnego "kopa", ale mniejsza o takie detale. Trochę też ucięli, bo na sam koniec Bierut (J. Bończak) nawija do Pana T. (P. Wilczak) taką kwestię: "A teraz spierdalaj, bo chcę się odlać.", nie wydaje się to jednak zbyt istotną stratą. To przecież tylko zajawka, zaś całość za pewien czas będzie łatwiej osiągalna. Całość naprawdę zabawna, do tego jeszcze nieźle obsadzona.
= = =
A teraz nagła zmiana tematu:
Brawo Doda!!
Pierwszy schodek zaliczony, pozostaje teraz ich cała reszta, czyli wyrwanie należnych dutków od reżimu, który chciał jej zrobić kuku za nic, za to tylko, że sam jest chorszy od chorzeja.
= = =
Część muzowa jakby nieco dłuższa, bonus taki. Dopisek za trzy dni (niedziela) wyjaśni, skąd pomysł na taką szczodrość.

Dopisek niedzielny.
Bo to jest tak, znaczy się, będzie tak, że mnie na blogowisku nie będzie. Przez tydzień. Co prawda zmieniłem minimal na srayfon, ale to nic nie zmienia, bo ja tu wtedy i tak nie zajrzę. Dlatego tyle muzy wrzuciłem, żeby Kawiarnia miała zajęcie. Ale to nic, nie ma co robić wrzawy, tydzień to jest nie osiem dni, więc nawet nikt nie zauważy. Jednak teren zostaje do dyspozycji, bez nadzoru, trollin' shit ewentualny posprzątam gdy wrócę. Tak wracając do kwestii telefonów, to z reklamami poniżej jest tak, że one są tak dobre, że aż złe. Dokładnie, bo ja dopiero po kilku latach się dowiedziałem, co one reklamują. Taki był odlot, jak je wtedy oglądałem po raz pierwszy! "Kot spojrzał tak od miski", no, i kultowe "kopytko" rzecz jasna, po prostu Kosmos w którym Święta Zielenina jest po prostu zbędna, bo endokanabinole masowo zalewają receptory.

23 lipca 2022

Dura magia, sed magia

POST JEST DEDYKOWANY...
- Komu?
- Co komu?
- Komu dedykowany?
- Czytać ze zrozumieniem nie umiesz?
- Ja tam nic do rozumienia nie widzę.
- Bo to takie niedopowiedzenie jest.
- To jakiś żart?
- Żart jest taki, że dedykacje nie dla idiotów!
Czwarty nasz kot ma na imię Hamlet, jak widać na fotce jest kotem systemu "maine coon" i jest kotem magicznym. Tak, jak wszystkie koty zresztą, ale on swoją magiczność pokazał niedawno, więc to się akurat pamięta na świeżo. Zaraz to dalej omówimy, ale najpierw kilka słów na temat samej kociej magii. Kiedyś to już tu było poruszane, więc być może coś się powtórzy, ale na temat kotów chętnie się czyta nawet to samo w kółko a la longue. To także jest objaw, a raczej skutek uboczny kociej magii, jakby ktoś nie wiedział 😼
Tak naprawdę, to nie wiadomo, ile tej magii istnieje, ile zaś istnieje inaczej, wirtualnie, jako iluzja, twór ludzkiego umysłu. Długo by to wałkować, skupmy się tedy na twardej magii, na takich akcjach, jak telepatia, czy teleportacja. To są akurat dwie zdolności chętnie przypisywane kotom. Wiele przypadków można wyjaśnić racjonalnie. Za rzekomą telepatią nieraz stoi znakomity koci słuch, tudzież jego nader wysoka inteligencja. Jako, że kot raczej (chyba?) nie myśli dyskursywnie, tylko intuicyjnie, tedy więc wykorzystuje swój mózg optymalnie. Nie tak, jak nagie małpy, które zdolność takiego myślenia, jako gatunek, uparcie zatracają. Zaś jego rzekoma teleportacja to po prostu kocia zwinność, umiejętność cichego poruszania się, plus również niedoskonałość zmysłów ludzkiego obserwatora. Ale nie zawsze tak właśnie jest. Zdarzają się sytuacje, gdy racjonalne wyjaśnienie nie istnieje.
Telepatię manifestowała kiedyś nasza kocica, taka, której już nie ma. Była do mnie bardzo przywiązana, więc źle znosiła moje wyjazdy na kilka dni. Za to gdy wracałem, głośno anonsowała, bardzo szczególnym miaukiem, że za pół godziny zjawię się w domu. Po analizie kilku takich sytuacji wyszło, że jakimś niepojętym kocim sposobem sensowała, iż właśnie już wyszedłem z metra. Prostą drogą dojście ze stacji trwało krócej, ale ja zawsze zbaczałem po drodze do sklepu, stąd też te pół godziny. Od razu też wspomnę, że czas mojej nieobecności, liczba dni, oraz pora przyjazdu nigdy nie była stała. Bez telepatii, jakiegoś jej rodzaju, behawioru kotki pojąć się nie da.
Za to teleportacji niedawno dokonał wspomniany na wstępie Hamlet. To było tak, że po jego przywiezieniu kot został na parę dni zalogowany do jednego pomieszczenia. To jest rutynowa czynność, gdy przenosimy futrzaka na nowe miejsce. Przeważnie, choć niekoniecznie zawsze, staje się ono potem jego bazą. Aby go nauczyć swojej osoby, szczególnie zapachu, który dla kota jest ważną informacją, spałem tam przez parę nocy. Sporo razy też tam zaglądałem podczas dnia. Wchodziłem i wychodziłem zawsze tak, że nie było opcji, aby się wymknął. Kluczowego poranka wyszedłem jak zwykle nie dając kotu nawet cienia szansy na to wymknięcie. On zresztą ani myślał tego robić. Siedział sobie nader spokojnie na fotelu zajęty higieną własnych kłaków. Gdy przyszedłem jakoś później po coś tam, Hamleta nie było. Pomieszczenie nie miało żadnej innej opcji wyjścia, nieliczne zaś jego zakamary wręcz zionęły brakiem kota. Zaistniała jego kompletna dematerializacja. Tylko lokalne moje pole kwantowe było przesycone pytaniem "whadda fuck?".
Kot pojawił się dopiero jakimś późnym popołudniem na podwórzu. Ja zaś uznałem, że ten etap jego adaptacji się dlań skończył. Okno do tego pokoiku zostało otwarte, zaś sam Hamlet stał się pełnoprawnym "wychodzącym".
Kolejna kocia opowieść, jeśli zaistnieje na tym blogu, będzie na temat kociej gromadki. Pojawienie się nowego sierściucha na obiekcie zaburzyło nieco panującą homeostazę, ale sytuacja jest jeszcze zbyt dynamiczna, aby coś sensownie na ten temat napisać. Tyle tylko wspomnę, tak dla uspokojenia, że żadnych drak nie ma, sprawy się toczą bezdracznie.

28 czerwca 2022

The Killing Joke

Rzadko bloguję klasycznie, czyli "o sobie", ale rzadko nie znaczy nigdy. Więc teraz się trafiło. Aczkolwiek wiele tego nie będzie. Powiem tak: od paru dni mam pier... ups... pindolca na punkcie pewnego kawałka muzycznego. Od niego zaczynam dzień, na nim też go kończę, zaś podczas poddaję się kompulsywnej potrzebie odsłuchania go raz po raz. Wczoraj wykonałem niezły numer: Otóż tak się jakoś porobiło, że gdy byłem na mieście padła mi bateria telefonu. Tragedia, bo miałem na nim ustawioną opcję zapętlenia słuchanego via słuchawy obiektu. Tedy poszedłem do znajomego sklepu komputerowego poprosić szefuńcia tegoż, aby mi wziął pozwolił odsłuchać chociaż ze dwa, trzy razy na swoim sprzęcie. Zostałem potraktowany bardzo pozytywnie empatycznie, do tego ze zrozumieniem. Stary fakin metal, więc swój chłop. Tylko już potem zdałem sobie sprawę, że zapomniałem jednego: otóż mogłem tam zostawić telefon do podładowania na czas łażenia po okolicznych sklepach. No, ale trudno, "nigdy niczego nie żałować" /Musashi Miyamoto/, stłuczonego jajka już nie odtłukę. Co zrobiłem po powrocie do domu? To chyba bardzo łatwa zagadka.
To by było na tyle. Aha, jeszcze jedno na koniec: "Jeśli myślisz, że coś jest chore, to jest chore. Jeśli myślisz, że coś jest zdrowe, to jest zdrowe. Teraz sobie wybierz" /jakiś inny mądry Wujaszek, trawestacja/. Co dalej? Nic. Bo czy coś musi być? Na razie słuchamy:

14 maja 2022

Betelgeuse, czyli akcja taka, żeby zakisić buraka

Poniższy przepis jest zasadniczo uniwersalny do większości kiszonek, tym razem jednak nie interesuje nas jarzyna, tylko sok.
Sprzęt:
Słoik systemu twist. Może być dość dowolnych rozmiarów, ale bez jakichś tam przegięć, jednak też bez zbytnich ograniczeń.
Kółeczko wycięte z plastiku, na przykład z talerzyka jednorazowego użytku. Rozmiar ma być tak dobrany, aby pokrywał maksymalnie zawartość słoika.
Kamień. Ideałem jest otoczak w kształcie stożka z zaokrągloną krawędzią, tudzież czubkiem. Ale może być też jakiś plastikowy przedmiot. Niezłym pomysłem jest pusta szpulka po plastrze. Rozmiary takie, żeby przeszło przez wlot słoika, byle nie za małe.
Nóż i deseczka.
Materiał:
Buraki czerwone.
Przyprawy, dodatki smakowe. Pieprz niemielony, czosnek, plasterek cebuli, papryczki chili, kawałek chrzanu, listek laurowy, ziele angielskie, czy coś tam może jeszcze. To są składniki opcjonalne, może ich wcale nie być. To tylko kwestia gustu.
Eksperymentujemy, zaś co słabsze mentalnie osoby mogą zapytać autorytetu, jaki mają mieć ten gust.
Solanka, czyli roztwór soli w wodzie, tak mniej więcej jedna łyżka zupna na litr tejże wody. Sól najchętniej kamienna, bo najzdrowsza, ale może być też inna kuchenna odmiana.
Starter. To jest sok z jakiejś innej kiszonki lub naturalny jogurt, czy też kefir. Ilościowo jakaś tam łyżka, czy kieliszek. Nie jest konieczny, ale bez niego projekt czasem może nie zahulać.
Procedura:
Higiena to podstawa, nie tylko w miłości, więc cały sprzęt myjemy, potem wyparzamy. Zaś materiał tylko myjemy. Starannie, ale bez chemii.
Buraków nie obieramy, nie pozbywamy się też żadnych ogonków, jeśli są. Za to kroimy je na kostkę, takiej średniej wielkości, jak kostka do gry. Na dno słoika wrzucamy przyprawy, jeśli takie chcemy użyć. Potem kostkę buraczaną, tak do dwóch trzecich naczynia, czy też trzech czwartych. Trzeba tak to dobrać rozmiarowo, aby kamień lub jego substytut nieco wystawał ponad krawędź słoika. Na kostkę kładziemy kółeczko, potem wspomniany kamień. Wlewamy starter, potem do pełna solankę. Tak, żeby było czubato. Zakręcamy słoik, dociskając tym samym kamieniem to, co jest pod nim. Odstawiamy w ciepłe miejsce na jakimś spodeczku, czy głębszym talerzu, ale można lepiej. Słoik plasujemy do wiaderka ciepłej wody, tylko tak, żeby wystawał. Co kilka godzin tą wodę wymieniamy na cieplejszą. Po jakiejś jednej dobie, czy dwóch, jak już się zabuzuje, odkręcamy, po czym uzupełniamy solankę, znowu czubato, bo po buzacji nieco wykipi. Słoik może już stać dowolnie, raczej chłodniejsze miejsce jest wskazane. Po jakiejś dobie temat jest gotowy. Ale niegłupio jest poczekać dzień lub dwa, aby sok bardziej dojrzał.
Ogólna uwaga dotycząca wszystkich kiszeń:
Rzecz polega na tym, aby nic nie wypływało na powierzchnię płynu. Nawet drobny paproch może być zaproszeniem dla inwazji pleśni. Gdy tak się stanie, produkt nadaje się co najwyżej do karmienia kogoś, kogo bardzo nie lubimy. Dlatego jest to kółeczko, dlatego też nie stosujemy zmielonych przypraw. Co prawda przy tak krótkim odcinku czasu pleśń raczej nam nie grozi, jednak warto mieć taki odruch, aby tej sprawy pilnować.
Płyn zlewamy, dociskając kamieniem resztę. Jako, że wyjdzie on dość stężony, można, choć nie trzeba, nieco go rozwodnić. Kwestia gustu. Na początkujących wypicie pierwszej działki soku może zadziałać diareicznie, ale to jest niemęcząca, zdrowa sraczka, taka oczyszczająca kiszkę. Zaś jak już wspomniano, higiena to podstawa. Nie jest to bynajmniej przynajmniej jedyna korzyść zdrowotna, którą betelgeuse wnosi do ludzkiej egzystencji, ale te dane można już sobie wyguglać. 
To by było na tyle.
Kto jest za?
Grzeczna, mądra Kawiarnia, więc nie ma co pytać, kto jest przeciw.
Pytania?
Jak będą, to się odpowie.
No, a teraz do roboty. Algorytm jest prosty jak...
Jak...
Jak zabieg, którego chętnie metaforycznie udzielamy potworom rządzącej neokomuny, albo ostatnio towarzyszowowu piździnu.
Aha, jeszcze epilog:
Pozostaje na koniec pytanie, co robimy z zawartością słoika po zlaniu soku? Odpowiedź jest prosta: to, co chcemy. Niezłym pomysłem jest zalanie jej wrzątkiem i poczekanie jakąś jedną dobę, Taki wtorak również jest dość wartościowy jako napój lub element zupy, takiego semi barszczyku. Można nawet zrobić trzeciaka. Natomiast cząstki stałe raczej wyrzucamy, gdyż są już za bardzo wyeksploatowane, niekoniecznie jednak. Nie jest bynajmniej błędem ugotowanie tego materiału, wykorzystanie do jakiejś potrawy jako wypełniacz spożywczy. Tam jeszcze coś jest, choćby błonnik, więc to nadal się nadaje do spożycia, nie jest wcale jałowe gastronomiczne. Jest inflacja, żarcie drożeje, zaś strategia "no waste" nie jest wcale żadnym modnym kaprysem, dla niektórych może być wręcz koniecznością.

06 kwietnia 2022

Koty na blaszanym dachu głowy

Jak wiadomo Kawiarni nie bloguję w klasycznej formule, czyli raczej nie poruszam na tych łamach swoich własnych spraw. Ale za to lubię pogadać o kotach, także wtedy, gdy są to własne koty. Dom bez kota to głupota, aczkolwiek rozumiem pewne uzasadnione przypadki, gdy brak kota jest do przyjęcia. Jednak u nas koty były praktycznie zawsze, od jednego do kilku, rekord to chyba dziewięć. Przy czym ten konkretny przypadek to nie były nasze koty, bo kilka należało do chwilowych sublokatorów. Nie, wróć! Co ja plotę? Kota się nie ma, nie posiada, ma się go tylko pod opieką. Nie ma czegoś takiego, jak "właściciel kota", jest to fraza niepoprawna politycznie, wręcz nielegalna, zakazana.
Obecnie koty są trzy. Najdłużej, choć nie najstarsza, od samego początku jest Krajka. Ósmego marca skończyła właśnie dziewiąty rok życia. Mała, czarna koteczka, nie do końca legalnie poczęta, bo przez własnego wujka. Ktoś kiedyś nie dopilnował pewnego tematu, więc się tak jakoś porobiło. Mimo jednak takiego wsobnego początku Krajka jest pełnosprawnym, nigdy nie chorującym sierściuchem, zawsze jest pełna energii, dobrego humoru, odwagi i przyjaznego nastawienia do świata. Jej stan umysłu można śmiało określić jako "kocie mojo", według terminologii Jakcsona Galaxy. To widać zresztą po ogonie, który podczas marszu zawsze jest na baczność, co jak wiadomo jest objawem wspomnianego dobrego humoru, pewności siebie, tudzież przyjazności. Nikt nigdy ni putasa nie widział Krajki wkurzonej, czy wystraszonej. Tą przyjazność okazuje ona również psiakom. Bo trzeba tu wtrącić, że w domu jest i funkcjonuje też psiak. Bywały też czasem dwa, gdyż przez pewien okres czasu prowadziliśmy dom zastępczy dla bidulków ze schroniska, do czasu znalezienia dla nich stałego domu. Taki psiak był socjalizowany przez naszego, tudzież też przez kota. Tak więc jak widać, temat "psy" dla Krajki jest niestraszny. Niestraszny jej też jest deszcz, czy śnieg, jest wodoodporna, co wśród kotów jest cechą raczej rzadką. Każda pora, także deszczowa jest dla niej dobra, aby połazić po dworze, poddać teren patrolowi. Czasem efektem takiego patrolu jest ptaszek, mysz lub ryjówka. Gdy Krajka przynosi taki łup anonsuje to wrzaskiem, co oznacza, że chwilowo ma zakaz wjazdu do domu. Za to inny typowy koci odgłos, czyli mruczenie, kocica produkuje bardzo cichutko, subtelnie.
Jednak bilans mruczenia równoważy Lucek, który gdy się włączy, to wali jak traktor. Lucek ma w papierach, kociej książeczce zdrowia, pierwotnie było Lucyfer, ale rzadko używane, bo za długie. Ale bywa też Lucjan. Ma chyba jakieś dziesięć, jedenaście lat, u nas jest od półtora roku. Trafił się na okoliczność spadku po zmarłej opiekunce. To było tak, że gdy udała się ona do szpitala, ja zamieszkałem w jej domu, aby mieć Lucka na oku. Był on kotem niewychodzącym, mieszkającym na drugim piętrze kamienicy, zaś gdy pobyt szpitalny owej opiekunki zakończył się fiaskiem, trzeba było kota zabrać, zmienił więc automatycznie status na "wychodzący". Bardzo się do mnie przywiązał przez ten czas do chwili zmiany domu, więc to głównie ja się teraz nim zajmuję. Dodać należy, że Lucek jest kotem specjalnej troski. Gdy miał jakieś dwa lata, był problem z jego kanalizacją, zaś od tamtej pory jest wciąż na specjalnej, weterynaryjnej karmie, przyjaznej urologicznie. Nic innego nie je, nawet nie kojarzy, że to coś innego jest jedzeniem. Za to Krajka świetnie kojarzy, że jego karma jest miodzio, więc trzeba pilnować, żeby mu nie wyjadała, bo nie są to zbyt tanie rzeczy. Lucek nie jest też do końca sprawny fizycznie, ma dysplazję bioder. Za jego młodu nie było za bardzo warunków, aby to ogarnąć, obecnie zaś taka operacja nie ma zbytnio sensu. Jednak Lucek świetnie sobie radzi w temacie mobilności, ma tylko nieco ograniczoną skoczność.
Po zmianie lokum oba koty doskonale się dogadały, obecnie można już mówić nawet o sporej wzajemnej sympatii. Być może niewykluczone, że ich więź scementowała wspólna podróż przez ponad pół Polski. To było tak, że my ludzie postanowiliśmy zmienić lokum. Opuściliśmy wielkie miasto, aby osiedlić się na kompletnym zapizdowie. Ostatnim kursem pojechały koty. Wymagało to jednak pewnych przygotowań. Co prawda są i takie, które dobrze znoszą podróż, ogólnie jednak jest to przeważnie stresujące dla nich doświadczenie. Mimo, że znam się na kotach, to trochę wiedzy więcej nie zaszkodzi, skonsultowałem więc cały ten temat z kilkoma behawiorystkami lansującymi się w necie. Szczerze mówiąc, to za wiele to nie wniosło, nic nowego się nie dowiedziałem poza truizmami. Zakupiłem tylko feromon do spryskania transporterów oraz wnętrza auta, a także jakieś ziołowe kapsułki sedacyjne. Na koniec wpadłem na pomysł, aby koty po prostu uśpić. Nie eutanazyjnie rzecz jasna, tylko tak na czas jazdy. Udałem się do pani doktor, najlepszej wetki, jaka tylko istnieje, ona zawołała anestezjologa, efektem narady była tabletka plus instrukcja, któremu kotu ile zapodać. Feromon rozpyliłem odpowiednio wcześniej, aby ulotnił się zapach alkoholu, bo jak wiadomo, koty tego narkotyku nie znoszą. Potem zwierzaki dostały nic do jedzenia oraz zakaz opuszczania koszar. Lucek okazał niesubordynację teleportując się na dwór, efektem czego było opóźnienie wyjazdu. Wreszcie się znalazł, oba sierściuchy nafaszerowane zostały usypiaczem, po czym zapakowane do transporterów, transportery zaś do szoferki wana. Ruszyliśmy około dziesiątej wieczór, jakoś tak.
Usypiacz nie zadziałał. Przez pięć godzin jazdy koty niezmordowanie darły japy. Co prawda miałem jeszcze inne, rezerwowe piguły, ale nie chciałem ryzykować przeholowania, jakiegoś zatrucia pasażerów. Przez całą drogę było może tylko kilka minut ciszy, dominował chóralny koci wrzask. Różne tonacje, różne melodie, słychać było, jak zwierzaki nakręcają się nawzajem, znakomicie im szła ta współpraca. Zamknęły się dopiero po dotarciu na miejsce, gdy opuściły swoje kapsuły podróżne.
Dalej już było proste. Trzy dni zamknięcia w domu na czas adaptacji, potem pierwsze wyjścia na pole. Najpierw zginęła Krajka, odnalazła się po jakiejś dobie. Potem w akcji zaginął Lucjan, wcięło go tak jakoś na trzy czwarte doby. Wreszcie jednak sytuacja się ustabilizowała. Krajka objęła rządy nad terenem, zaś Lucek jako domator wychodzi rzadko i na krótko. Najchętniej towarzyszy Krajce, która ma już na koncie łowieckim kilka myszy i ryjówek, ale potem sam szybko wraca. Obce koty pojawiają się rzadko, mimo że wiocha jest dość gęsto zakocona. Na widok człowieka uciekają, ale...
Jakiś miesiąc temu pod domem pojawił się nowy kot. Nie uciekał, co więcej lgnął do nas gruchając przyjaźnie. Wyraźnie też pchał się do domu. Młody, ledwo ponad roczny kocurek, tak na oko. Przez pewien okres czasu jego status był nieokreślony, wreszcie jednak wyszło nam, że mamy trzeciego kota. Ale istnieje hipoteza, że robi na kilka domów, że jeszcze gdzieś się dożywia. Sąsiedzi okoliczni nie przyznają się do niego, tedy wyszło mi, że pewnie go ktoś z miasta przywiózł i porzucił. Kicek jest grzeczny, wie co to kuweta, tylko strasznie namolny na michę. Imienia konkretnego nie ma, ale po co mu imię, skoro do tej michy sam biegnie, wcale nie trzeba go wołać. Roboczo mówimy na niego "Bury", mimo że wcale nie jest bury, za to podobny bardzo do naszego dawnego kota imieniem Bury, który też nie był bury. Nasze stałe koty szybko go zaakceptowały, tylko Lucek czasem fuknie na niego, jak ma gorszy humor. Ale generalnie wszystko gra. Tylko psiak go molestuje czasami, ale ten psiak też jest tu nowy, do tego chyba nawet deko młodszy od Burego, więc to jest takie szczenięce, zabawowe molestowanie, nic groźnego.
I to by było właściwie na tyle.
Na fotkach: małe czarne z białą plamką to Krajka, duże czarne to Lucjan, zaś biało - szare to Bury, cała nasza kociarnia razem i osobno.

03 marca 2022

Uniwersalne życzenia Cioci Lali

Poniższy post /okolicznościowy przerywnik serialu "GRAWITACJA" zresztą/ ukazuje się przedwcześniej, niż standardowo powinien się ukazać, powody są natury technicznej, tudzież organizacyjnej, ale jakby nie było, czas to kwestia względna i umowna.

========================================
"Kobiety są lepsze"
/seksistowska(!) teza lamy Ole'go Nydahla/ 😀
...
To było tak, że pewne dziewczę hoże obchodziło swoje urodziny. Dokładnie piętnaste. To jest ten moment, gdy dziewczyna zaczyna być barely legal, innymi słowy siusiara staje się Kobietą. Przynajmniej formalnie, według polskiego prawa stanowionego.
Impreza była skromna, rodzinna taka. Co prawda w weekend miała być jeszcze poprawka dla koleżanek, kolegów, czy też tam innych krewnych lub znajomych Królika, jednak to nas akurat nie interesuje. Już się zaczęło coś dziać, ale do kompletu brakowało jeszcze Cioci Lali, która zadzwoniła, że trochę się spóźni, bo coś tam. Nikogo to zbytnio nie dziwiło, gdyż Ciocia Lala nigdy nie była punktualna. To akurat była jej jedyna wada, bo tak poza tym była szalenie lubiana przez wszystkich. Zawsze na luzie, zawsze miła, wesoła, emanująca dobrymi wibracjami, czasem nawet wręcz rubaszna. Jej poczucie humoru potrafiło rozruszać każdą imprezę, nawet stypę po kimś, kto nikomu nic nie zostawił, tylko wszystko oddał na jakiś idiotyczny cel, bo wziął i zgłupiał na stare lata. Trzeba też wiedzieć, że Ciocia Lala była bardzo bywałą osobą, objechała ponad prawie półtora świata, wiele przeżyła, wiele doświadczyła, więc zawsze miała coś ciekawego do opowiedzenia. Nikt nie wiedział, ile zaliczyła ciekawych miejsc, sytuacji, ciekawych ludzi, obojga płci zresztą, ale tego to chyba nawet ona sama dokładnie nie wiedziała. Nikt też nie znał wieku Cioci Lali, ale nikt też jej, jako Kobiety nie śmiał pytać.
Wreszcie jednak dotarła na miejsce. Wszyscy czekali na to, co fajnego się zaraz zdarzy za jej sprawą, ona zaś przywitała zbiorczo obecnych, po czym ruszyła uściskać, wycałować jubilatkę. Przy okazji też wręczyła jej jakiś prezent, jednocześnie recytując następujący wierszyk:
Żeby głowa nie bolała
Dupka zawsze swędziała
Cipka się nie zrastała
A buźka wciąż uśmiechała

Tu nasza opowieść się kończy. Nie wiadomo, co było dalej, może tylko to, że impreza jak zwykle była udana. Tak naprawdę, to nie chodziło wcale o tą historyjkę, posłużyła ona jedynie tylko jako taki barokokowy ozdobnik do życzeń z okazji DNIA KOBIET. Właśnie już zostały wykonane, zacytowane powyżej, wyszło nam bowiem jakoś oto tak, że Kobiety, szczególnie Ciocie Lale, lepiej wiedzą od mężczyzn, co innym Kobietom do szczęścia trzeba.
Od nas już tylko załącznik dla czytających to zacnych i nadobnych Pań:
Wirtualny buziak tam, gdzie najbardziej lubią. Na przykład w lesie, na ulicy, na podwórku, czy w jakimś innym miejscu, to już pozostawiamy do wyboru.
Aha, postać Cioci Lali nie jest do końca fikcyjna literacko, jej pierwowzór istnieje, a przynajmniej jakiś czas temu jeszcze istniał naprawdę, pod innym imieniem rzecz jasna, zaś same wydarzenie również miało było miejsce, wraz z tekstem życzeń, który z grubsza tak właśnie wtedy brzmiał.

28 lutego 2021

Czy byłem trafiony?

Od razu odpowiem na pytanie zawarte w tytule: nie wiem, nie mam pojęcia. Są tylko pewne poszlaki, ale twardych dowodów zero.
Wszystko zaczęło się w styczniu, gdy jechałem z bratem autem. On zdradzał pewne oznaki przeziębienia, czy czegoś podobnego i nie mam najmniejszych wątpliwości, że właśnie wtedy "coś" od niego do mnie przeskoczyło. Brat się rozłożył całkiem następnego dnia, zaś ja na razie czuję się dobrze. Do czasu. Minęły ponad dwie doby, gdy nagle nocą doświadczyłem pobudki. To nogi plus ręce zaczęły mnie nieźle boleć, tak jakby przy grypie. Niby szło wytrzymać, ale dalsze spanie było już niemożliwe. Tak oto się przemęczyłem do następnej nocy, która była dość podobna. Po drodze, podczas dnia nawet miałem chwile drzemki, ale to takie zawracanie głowy, nie spanie. Przy okazji sprawdzałem sobie gorączkę, ale tu był odczyt normalny. Trzeciego dnia ból nagle odpuścił, za to pojawiła się wspomniana gorączka. Ale nocne spanie nadal do bani. No, może jakieś tam przyśnięcia od czasu do czasu. Tak na marginesie, to ja zasadniczo nie używam żadnych prochów, ani przeciwbólowych, ani też na spanie. Tym razem jednak zachciało mi się porządnie przyćpać, coś z wyższej półki, ale nie mam w domu takich rzeczy, więc na chceniu się skończyło. Były tylko jakieś lajtowe środki, ale szkoda mi było wątroby na takie bzdety. Czwarty dzień dziwny, niby czuję się jako tako, ale gorączka trzyma. Tu zaistniał pewien problem, bo musiałem koniecznie coś urzędowego ogarnąć na mieście. Próbuję dzwonić, przełożyć, ale mogę zapomnieć, nie ma sposobu skomunikowania się. Tedy jadę, opatulony, omaskowany, nawet nieźle mi ta wyprawa idzie, za to na miejscu dowiaduję się, że przekładamy sprawę. Wracam więc do domu i łóżka, po czym...
Ale zanim nastąpi owo "po czym" dowiaduję się od brata, że jego test na covid dał odczyt "nieokreślony". Bez wątpienia bardzo mocno mnie to wzbogaciło informacyjnie. Po czym to zaczyna się wspomniane "po czym", które już po fakcie nazwałem sobie "wielki sen". Prawie tydzień to trwało, istna przerwa w życiorysie. Spanie, spanie, jeszcze raz spanie. Nie powiem, miało to spanie pewne krótkie przerwy na różne bazowe czynności, ale tak naprawdę, to nic nie pamiętam, co się wtedy działo.
Wreszcie przebudzenie, konstatacja, że umysł jest jakby na swoim miejscu, zaś ciało jakby trochę niemrawe, ale po kilku ruchach wszystko wydaje się działać jak należy. Kropką nad "i" jest nader długa kąpiel, która definitywnie przywraca mojemu jestestwu stan używalności. Na tym ta epopeja się kończy, pozostaje tylko drobna analiza, próba określenia, co tak naprawdę się wydarzyło?
Istotne w sprawie może być to, że jakoś pod koniec roku 2019-go poddałem się szczepionce
M-001 przeciw grypie. Jest (była wtedy) to szczepionka eksperymentalna, nowatorska, mająca chronić przed szerokim spektrum wirusów grypy, także przed pewnymi mutacjami jeszcze nie istniejącymi. Detale techniczne już sobie darujmy, ale ogólnie rzecz biorąc, popularnym językiem mówiąc organizm ma być "wyczulony" nie na konkretne odmiany wirusów, lecz na pewne odcinki RNA. Jakby nie było, są przesłanki sądzić, że szczepionka zadziałała, gdyż od tamtego czasu nie zdarzyło mi się nic "grypodobnego", ani nawet żadne "zwykłe" przeziębienie. Szczepionka teoretycznie miała działać dwa lata, ale można uznać, że drugiego roku już nieco słabiej. Czyli mogła mnie zaatakować grypa, jakaś odmiana, ale organizm ją dość gładko zwalczył, między innymi być może także dzięki szczepionce. Ale mógł być też covid. gdzie szczepionka ma już mniej do powiedzenia, ale nie jest powiedziane, że nic. Nauka nie ma jasnego stanowiska na temat związku szczepień przeciw grypie i odpornością na covid. Nie dziwota zresztą przy tylu istniejących rodzajach szczepionek, tudzież mnogości odmian wirusów.
Tak więc, jak wspomniano na początku nie wiem, co mi było. Brat się upiera przy covidzie, opiera on swoją diagnozę na fakcie, że przywlókł był owo "coś" z wyjazdu, gdzie spotykał ludzi, którzy wszyscy zapadli na tenże właśnie covid. Nie będę polemizował, sama "dziwność" przebiegu mojej choroby może wskazywać na to, że ma on rację. Szukając twardych dowodów mogę jeszcze zrobić badania na przeciwciała, ale mój głód wiedzy na ten temat nie jest aż tak wielki, aby sobie wywalać 240 pln gwoli jego zaspokojenia jedynie. Bo żadnej innej korzyści z tego badania nie widzę.