Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zoja&Zula. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zoja&Zula. Pokaż wszystkie posty

19 czerwca 2024

CIASTECZKA /xero again + zen vs. mindfulness/

Jak dobrze pamiętamy, to Karyna, psiapsia tudzież uczennica zen Zuli i Zoji ma takie hobby, że lubi pichcić, głównie pierogi, ale nie tylko. Za to hobby jej innej psiapsi Joanny, też od jakoś niedawna zenującej jest chyba dość rzadko uprawiane, na pewno zapewno rzadsze, niż karynowe. Poza tym Asia stosunkowo od niedawna je praktykuje, pierwszy raz wpadła na ten pomysł jakieś kilka miesięcy temu, lecz tak naprawdę regularnie to dopiero od jakichś paru tygodni. Ale może jednak po kolei. Otóż któregoś dnia Asia wpadła do Zetek, jak zwykle roześmiana od ucha do ucha, ale tym razem jakby jeszcze bardziej. Zaś na progu pokoju obdarowała je komunikatem:
- Słuchajcie! Zrobił mi to!
Zula skupiona na malowaniu paznokci, a przy okazji zerkająca na tablet, na którego ekranie dział się jakiś gejowski erotyk dla bardzo dorosłych uniosła głowę i rzuciwszy okiem na kwiecistą sukienkę Asi oświadczyła: 
- Nie wiem, czy mnie ciekawi, co ci zrobił jakiś chłop.
Ale Zoja zaprostestowała:
- Czekaj, może to nie jest to, co ty sobie myślisz, że to jej właśnie zrobił, tylko zrobił jej coś innego, co może było do zrobienia. Asiu, referuj.
- Zenek mi kupił xero.
- Zenek? Ten karynowy?
- NIe. Mój Zenek.
- To twój Zenek też jest Zenek?
Zula spojrzała na Zoję i spytała:
- To takie dziwne? Niejednej cipie Kasia.
- Ja swojej mówię Bronia, ale generalnie masz rację.
- Tylko jak my ich teraz będziemy odróżniać?
Tu wtrąciła Aśka:
- To akurat proste. Jeden jest rudy, a drugi też.
- Ulp?
Zoja zrobiła jakby większe oczy.
- Mówisz, że proste? To chyba raczej komplikuje sprawę?
- Ależ skąd! Mój Zenek jest rudy włosowo, a Zenek Karyny ma na nazwisko Rudy. To teraz już chyba wszystko jasne?
Zula tylko coś mruknęła, a Zoja odparła:
- Powiedzmy. Ale co dalej z tym xero?
- To dalej, że to nie jest jakieś tam xero, tylko takie konkretne xero, do tego historyczne. Bo wujek Zenka ma zakład, takie tam różne usługi, xero też. 
- Rudego Zenka?
- Dokładnie. Ten wujek ma dwa takie sprzęty, ale to stare, takie oldskulowe postanowił opylić. Jak się Zenek dowiedział, to powiedział Karynie, Karynka mnie, to ja Zenkowi. Po czym bardzo, bardzo ładnie poprosiłam, żeby mi to całe xero centralnie kupił.
- Jak bardzo ładnie poprosiłaś?
- Tak.
Joasia zaprezentowała taki specjalny uśmiech, zatrzepotała powiekami, po czym uśmiech zamieniła w słodkiego buziaka na odległość.
- No. Robi wrażenie. Ja po takim czymś też bym ci może coś kupiła. Ruda co prawda nie jestem, Zenek też nie, ale...
- Czekaj Zulka, Zenek jest przecież rudy.
- Ale ja nie jestem Zenek.
- Aha. No, i co dalej? Drogo kupił?
- Nie, jakieś grosze. Na Allegro takie chodzą o wiele drożej, ale tu Karyna bardzo, bardzo ładnie poprosiła wujka Zenka, więc...
- To wujek Zenka też jest Zenek?
- Nie, dlaczego?
- Tak jakoś zabrzmiało. Ale to nieważne, kontynuuj.
Ale najpierw wtrąciła Zoja:
- To chyba spory sprzęt, takie stare klasyczne xero?
- Dali radę. Takich dwóch Zenków jak coś wnosi na trzecie piętro, to jakby ich czterech wnosiło. A kurwami walą wtedy niczym pułk czołgistów, którym brakuje do cysterny gorzały. Trochę co prawda mam teraz ciasno, ale...
- Im ciaśniej tym słodziej.
- Zulka, weź! Bez takich. Daj jej mówić.
- I teraz najważniejsze. Mogę codziennie, o tej samej porze usiąść sobie bez majtek i sobie skserować. To jest materiał z ostatnich dwóch tygodni.
Mówiąc to Aśka położyła na stole różową teczkę. Zula odstawiła cały zestaw lakierniczy, po czym sięgnęła po nią i zabrała się za przeglądanie zawartości.
- Dobre. Mogę wpaść kiedyś do ciebie?
- No pewnie, Karyna już była parę razy.
- Zojka, zrobimy sobie takie razem? Potem oprawimy w ramki, powiesimy nad łóżkiem, to będzie takie nasze zdjęcie ślubne.
- Wykluczone. Była kiedyś o tym mowa.
- A jak cię tak bardzo, bardzo ładnie poproszę?
Tu Zula powtórzyła twarzą manewr zaprezentowany przez Aśkę. Ta jednak wtrąciła się do tej rozmowy:
- Chyba Zoja ma rację, faktycznie wykluczone. To jest spory sprzęt, ale dwie pupy na raz tam nie wejdą. Musicie osobno, potem się to jakoś tam tą z tamtą doteguje i będzie dobrze.
- Widzę, że każda odbitka ma datę?
- Tak, bo to jest taki mój dziennik. Widziałyście może taki film Brooklyn Boogie? Tam gość codziennie rano fotografuje swój sklep. To ja robię tak samo, ta sama idea.
- Ja znam ten film. Czyli mamy tym samym rozumieć, że nasza koleżanka Joasia tam pod majtkami ma sklep? Bardzo interesujące.
Po tych słowach Zoji cała trójka wybuchnęła śmiechem. Gdy już panie się wyśmiały, zaś zawartość teczki wróciła do teczki, Aśka z nieco poważniejszą miną oświadczyła:
- To może ja teraz zupełnie z innej beczki. Ostatnio trochę czytałam na temat mindfulness. Rozumiem, że wy wiecie co to jest? Podobno bardzo modne ostatnio na świecie.
W tym momencie Zula wstała ze słowami:
- To ja może zrobię herbaty.
I zniknęła. Jak pamiętamy, nie była ona fanką zbyt filozoficznych tematów, takim sprawami zajmowała się Zoja. To ona zawsze odpowiadała na różne takie tam mądre pytania. Bo takie pytanie właśnie miało paść.
- Wiem, co to jest mindfulness, tak mniej więcej. Poza tym net jest teraz pełen tego tematu. A co chcesz wiedzieć Joasiu?
- Jaka jest różnica między zen i tym mindfulnessem?
- To też jest do znalezienia w necie, więc...
- Ale ja nie chce gadać z netem, tylko z wami.
- Czyli ze mną, bo z Zulką o tym nie pogadasz. Wiesz jaka jest ta moja cizia, już chyba zdążyłaś coś tam zauważyć. A tobie chodzi o różnice w teorii, czy też może w praktyce?
- Jedno i drugie.
W tym momencie zajrzała Zula:
- Joasiu, zieloną, jakąś inną, czy może kawę?
- Masz yerbę?
- No. A ty się Zojeczko nie rozgaduj tak za bardzo. Jak laska naczytała się różnych rzeczy w necie, to już ma wystarczający faszer w głowie.
- Nawet jeszcze nie zaczęłam. 
Tu Zoja zwróciła się do Aśki:
- Zulka ma rację, im prościej tym lepiej. A więc... Przede wszystkim zen, znaczy praktyka zen nie ma żadnego celu, tylko same skutki uboczne. Zaś mindfulness ma ich kilka, są nawet dość konkretne. Na przykład poprawa zdrowia, samopoczucia, redukcja stresu, wspomaganie leczenia depresji, nerwic, uzależnień, stanów lękowych, czy radzenia sobie z bólem. Druga sprawa, to kwestia obserwatora. Podczas sesji mindfulness jest on jasno zdefiniowany, to jest sam praktykujący, podmiot który ma zadanie uważnie obserwować siebie, swoje myśli, czy odczucia. Natomiast podczas zazen nie ma takiego podmiotu, to znaczy on jest, ale tylko jako jedna z iluzji, których się doświadcza. Teraz kwestia samej praktyki. Jedno, jak też drugie daje sporo podobnych narzędzi do dyspozycji, ale to są tylko takie pomocnicze dodatki, niekoniecznie konieczne zresztą. Podobna też jest sama bazowa technika, ta najczęściej uprawiana, czyli siedzenie na zadku. Zresztą też niekonieczne, bo jedno, jak też drugie można uprawiać nie na siedząco. Ale to tak wygląda tylko z boku, gdy widzisz taką siedzącą osobę, to nie wiesz, co ona robi lub nie robi umysłem. Podczas mindfulness medytuje ona taką techniką jak wspominałam, obserwując siebie. Podczas zazen po prostu siedzi, jest obecna, doświadcza wszystkiego, co jest w zasięgu zmysłów. Tu ciekawostka, że podczas mindfulness zaleca się mieć zamknięte oczy, zaś podczas zazen lepiej mieć je otwarte, aby tego zasięgu zmysłów sobie nie ograniczać. Teraz najważniejsze. Mindfulness to jest medytacja, odlot, jedna z wielu technik. Siedzenie zen nie jest medytacją, tylko raczej próbą przylotu, ćwiczeniem obecności. Tak w ogóle, to te całe mindfulness nie jest żadnym nowym wynalazkiem. Gdy poczytasz sobie na temat starożytnej techniki vipassana, to zauważysz, że to jest de facto to samo, tylko sam opis jest bardziej bełkotliwy, upaprany filozofią. To chyba tyle, jak coś przegapiłam, to niech sobie tak zostanie, chyba że coś sobie jeszcze potem przypomnę.
- A co jest lepsze?
- Joanno Ozdobna! Wielkie nieba! Taka mądra dziewucha, a takie mi głupie pytanie zadaje. Czyżbyś mnie rozczarowywała? Gdybyś spytała Zuli, to by ci dała klapsa w pupę, pokazała cycki i rozlała herbatę po stole. No właśnie. Śliczna, co jest z tą naszą herbatą? Na twardo ją gotujesz?
Zapytana akurat weszła z tacą i odpowiedzią:
- Coś się w czajniku spierdoliło, użyłam zastępczo garnka. 
Więc Zoja dokończyła:
- Ale ja uczę werbalnie, więc powiem ci tylko tyle, że umówmy się, iż nie było tego pytania. Jedna praktyka z drugą wcale się ze sobą nie kłócą. Mogę tylko zaryzykować stwierdzenie, że zazen jest trudniejsze, ale to już chyba wiesz, że jak myślisz, że coś jest trudne, to jest trudne, jak myślisz, że jest łatwe, to jest łatwe. A jeśli myślisz, że coś jest bez znaczenia, to jest bez znaczenia. Za to jestem pewna, że gdy usiądziesz do zazen, po czym nagle ci się coś pokręci i zaczniesz medytować mindfulness, to dalej będziesz tak samo ładna. Dupusia Zenusia nasza kochana.
W tym momencie Zula upiła łyk herbaty, po czym pokazała na różową teczkę wciąż leżącą na stole i oświadczyła;
- Skarbie, ja wciąż tak bardzo, bardzo ładnie proszę.
- Doprosiłaś. Możemy iść do Asi nawet dziś.
Niestety Asia zaoponowała:
- Dziś nie da rady, zapraszam na jutro. Dziś nie jestem za bardzo gościnna, bo przychodzi do mnie mój Zenek, więc przewiduję duże sporo mnóstwo twórczego zamieszania w moim sklepie.
Mówiąc to uniosła do góry rąbek sukienki, spojrzała na swoje majtki, po czym puszczając oko do psiasiółek przeciągnęła palcem po języku.

05 maja 2024

POMNIKOWY SZKOPUŁ

- Zulka kochanie, czy chciałabyś mieć swój pomnik?
- Od kiedy ty robisz problemy z niczego?
- Ale ja pytam tak tylko dla sportu, nie na poważnie.
- Na poważnie to mam wyjebane na to.
- A dla sportu?
- Dla sportu to ja nie wiem. A kiedy ten pomnik?
- Pośmiertnie?
- Pośmiertnie to mam też wyjebane.
- A za życia?
- Za życia Zojeczko to ja dalej nie wiem.
- To może zmienię zestaw pytań. Czy cieszyłabyś się?
- Z czego?
- No, z pomnika. Gdyby ktoś ci taki postawił?
- Gdybyś pytała na poważnie, to nie.
- Czemu?
- Bo są lepsze rzeczy na marnowanie terenu i kasy miasta.
- A dla sportu?
- I tu jest właśnie ten monumentalny szkopuł. Bo jacyś przechodzący ludzie pewnie by się uśmiechali na widok takiego pomnika. Tak?
- Chyba tak?
- Tylko dlaczego by się uśmiechali? Czy z życzliwości, bo mam perfekcyjne cycki, czy ze złośliwej uciechy, że mam je obsrane przez gołębie?
- Teraz już chyba rozumiem. Ziu?
- No...

28 kwietnia 2024

NOCNY KOLEJ

- Żesz w putku majku!
- Co się dzieje kochanie? Co jest z tobą?
- Wzdrygłam się. Miałam głupi sen.
- Czyli?
- Jechałam pociągiem i...
- To bardzo zdrowy sen. Masz prawidłowe libido.
- Ale ja jechałam do Szczecina.
- No to co? Co jest nie tak ze Szczecinem?
- Na razie jeszcze nic. Ale nagle się obudziłam.
- Pociąg stanął w kapuście?
- Może. To ja na drugi bok i śpię dalej.
- Pociąg ruszył?
- Tak, ale ja patrzę, że dojeżdżamy do Przemyśla.
- To chyba normalne. Przesiadłaś się naprzeciwko.
- Przekładłam chyba.
- To ja miałam kiedyś lepiej. Jechałam pociągiem do Pucka.
- Dojechałaś?
- Nie bardzo. Pociąg się wykoleił.
- Z łożka spadłaś znaczy? To się zdarza.
- Ale nie pod Wałbrzychem.
- Jak to?
- Wysiadam z wagonu, patrzę, a tu...
- Wałbrzych?
- Nie, dlaczego? To był Puck.
- No, to wszystko jasne.
- Niby co?
- Wszystkie pociągi wykolejają się pod Wyszogrodem.
- Ale tam przecież nie ma linii kolejowej.
- Dlatego właśnie się wykolejają.
- Ziu!
- No... 

28 lutego 2024

CIASTECZKA /test/

Jak się umówiły, tak się zdzwoniły. Joanna, Aśka dla przyjaciół, kumpela Karyny, ta co lubi oldskulowe selfie metodą xero sittin' i ma piękne, długie włosy przyszła o czasie. Zanim dotknęła pstryczka gongliczka usłyszała:
- Otwarte! Wjazd!
Po wejściu grzecznie zdjęła buty, po czym weszła do pokoju. Pod ścianą, twarzą do niej zresztą, na zafu siedziała Zula, poza nią nie było nikogo. Prawidłowo odczytując gest ręką siedzącej zajęła miejsce na poduszce obok. I na razie tyle. Zapadła cisza, którą zaburzały jedynie odgłosy ruchu ulicznego za oknem, ale takie się nie liczą.
Po pewnym czasie, zbliżonym długością do około dwudziestu minut ciszę przerwały trzy głośne klaśnięcia. Aśka spojrzała kątem oka na Zulę, która lekko się poruszyła, powoli wstała, więc zrobiła to samo. Obejrzawszy się zobaczyła Zoję stojącą przy drzwiach do drugiego pokoju. Odpowiedziała uśmiechem na uśmiech, po czym zachęcona ruchem jej dłoni umościła się we wskazanym fotelu. Naprzeciw niej na kanapie rozsiadła się Zula. Zoja zaś ruszyła do kuchni, po drodze pytając tylko:
- Kawa, herbata, czy niespodzianka?
- Niespodzianka? Tak, proszę niespodziankę.
- Drugi punkt dla ciebie. Za odwagę.
- Za co mam pierwszy?
- Za pochodzenie. Psiapsie naszej psiapsi Karynki to także nasze psiapsie. Pozostał jeszcze punkt trzeci, kluczowy do zaliczenia. Ale to już Zula ogarnie. Zapowiadała, że będzie okrutna, opowie kawał o Gąsce Balbince.
- Idź już kochanie, tylko wody nie przypal.
Mówiąc to Zula wreszcie uśmiechnęła do Aśki, bo do tej pory jej twarz nie komunikowała żadnych emocji. Po czym zakontynuowała:
- Widzisz Joasiu, sytuacja jest taka, że my jesteśmy bardzo zajęte kobietki, więc nie możemy uczyć każdego, kto do nas przyjdzie. Stąd też potrzeba pewnej selekcji. Taki mały test zen. Powiedz mi, co jadłaś dziś na śniadanie?
Odpowiedź Joanny padła błyskawicznie:
- Już zjadłam.
Zula otworzyła bardzo szeroko oczy patrząc na testowaną adeptkę, po czym wykonała ustami zdecydowanego banana.
- No, to już po zabiegu. Witaj w klubie.
- To nie muszę się całkiem depilować?
Oczy, które wróciły do zwykłych rozmiarów rozwarły się znowu szeroko, zaś sama Zula pochyliwszy się do przodu spytała:
- Co ci ta Karyna nagadała?!
- Nie, nic. Może ja coś pomyliłam?
- Z pewnością zaszła pewna pomyłka, typuję jednak Karynkę, że to ona coś nabzdurzyła. Bo z tą depilacją to wcale nie było tak, że... No, w każdym razie nie było to w ramach treningu zen. Zojka! Co jest z tobą tam?
To było jednak zbędne pytanie, bo Zoja już była obok i stawiała pełną tacę na stole. Po czym spytała Zulę:
- Jaka puenta?
- U mnie zdała.
- Rokuje?
- Rokuje.
- To u mnie też zdała.
Joanna spojrzała bystro na Zoję, potem na Zulę:
- Zawsze jesteście takie zgodne?
- Przy ludziach zawsze. Przynajmniej w istotnych sprawach. To jest przecież jeden z ważnych filarów udanego związku. Kwestię tego najważniejszego już pominę, bo to chyba raczej wiesz. Dorosła dziewczyna jesteś.
Mówiąc to Zoja usiadła na kanapie tuż obok swojej partnerki, podsunęła Asi przykryty talerzykiem kubek, po czym oświadczyła:
- Skoro część formalną mamy już za sobą, to po prostu pogadajmy. Masz jakieś pytania? Poważne, niepoważne, mądre, głupie, jakie tylko chcesz.
Special bonus track dla niebojących się trudnej muzy:

24 lutego 2024

TO

- Zupa. Czekaj, nie. Zópa? Zoopa?
- Ale o co ci się kobieto rozchodzi?
- O to, co masz w ręku.
Zula spojrzała najpierw na wspomniane to, potem na Zoję rozpiętą na krzyżu rozkoszy, tudzież przypiętą doń.
- No coś ty? Naprawdę myślałaś, że...
- Nie myślałam, tak tylko jakoś mi się pojawiło.
- Zapewniam cię kochanie, że wcale nie miałam zamiaru tego użyć tak, jak ci się pojawiło. Twoja zajebista ciotka Intuicja za dużo pomyślała. 
- Nie torturuj mnie gadaniem. Było hasło.
- No już dobrze, odpinam cię. Co potem?
- Nic. Potem przyjdzie Karyna z pierogami.
- Dziś?
- No.
- Czemu?
- Taka procedura.
W uniwersum tego dziełka literackiego jest niedziela, ale w realu niedziela jest jutro, więc jeszcze extra bonus track do porannej kawy lub herbaty, czy czegoś tam jeszcze, z jointem lub bez, bo niedziela to jest niedziela, rosół na stół i centralnie ma być wesoło, dużo git vibe'u. 😃

10 lutego 2024

WIÓRY, TROCINY, WYPRASKI...

Któregoś dnia Zula, Zoja i Karyna popijały sobie razem herbatę. Ta ostatnia wspominała przy tym, jak fajną herbatę piła kiedyś u jakiejś tam swojej ciotki. Zoja skwitowała to uwagą:
- Co mnie teraz obchodzi jakaś inna herbata?
Zula nie odzywała się ani słowem. Piła herbatę.
....
Kaśka mówi:
- Nie pójdę robić do policji, ni bola. Po pierwsze, to jest strasznie chujowe tworzyć więźniów sumienia. Kiedyś taki jakiś wujek mi tłumaczył, że to są więźniowie uzależnienia, ale to był pierdolony jebany marychofob. Przecież już kurwa małe dziecko wie, że Zioło jest mało uzależnialne. Tak po drugie, to ja chcę, kurwa, decydować, komu dać lagą w ryja, niż jakiś tam dupek, który nawet dziesięciu pompek nie umie. Dotarło do cipy?
Malina nie miała za specjalnie nic do powiedzenia.
- No. Się uruchamiasz. Chciałam tylko pogadać.

30 stycznia 2024

CIASTECZKA /podwójna porcja na dzień dobry/

Któregoś dnia Karyna wpadła do Zetek w dzień powszedni, tak na chwilę tylko, żeby przyprowadzić pewną swoją psiapsię. Dokładnie tą, co to razem kiedyś przysiadały xero bez majtek. Podczas jakiejś tam ich rozmowy padło słowo zen, tamtą to zaintrygowało, ale Karyna niczego jej nie wyjaśniła, tylko wpadła na pomysł, żeby zrobił to ktoś inny, kto się na tym lepiej zna. Tedy złapała za telefon, po chwili już zostały zaproszone na jakieś popołudnie za parę dni. Tylko na bardzo krótko, bo coś tam. Więc się stało, panie weszły do pokoju, zaś karynowa psiapsia już od progu zagaiła:
- Jestem kompletnie zielona, nie wiem nic o zen.
Zula spojrzała na nią uważnie:
- Jak ci na imię?
- Joanna. Aśka znaczy, dla przyjaciół.
Zula spojrzała tym razem na Zoję mówiąc:
- No popatrz. I wmawia nam taka, że nic nie wie.
Pierwsza zaśmiała się Karyna, potem reszta, choć Aśka tylko raczej tak dla towarzystwa, bo jej oczy wyrażały mega galaktyczną niewiedzę. Niewiedzę tego, o co się rozchodzi. Potem Zoja, niczym czarownica Anita wzięła głęboki oddech, po czym to pokrótce, bardzo szkicowo udzieliła Joannie zwięzłego wprowadzenia. Gdy skończyła Karyna spytała:
- I jak ci to pasuje?
Aśka odparła:
- No, jak na te kilka słów wstępu to jeszcze nie wiem, ale ze wskazaniem na tak. Karynka mi powiedziała, że nie macie dziś zbyt wiele czasu, tylko tak na obwąchanie się, więc ja mam pytanie.
Zoja jak zwykle mile się uśmiechnęła i mruknęła:
- No?
- Czy mogę przyjść za jakiś czas tak na nieco dłużej? Tak bardziej dogłębnie poznać ten temat?
- Pewnie, choć dzisiaj się nie umówimy, ale po prostu zadzwoń po niedzieli, Karynka da ci numer, a wtedy...
Tu Zula przerwała nagle Zoji:
- Tylko jest jeden warunek.
- Jaki?
- Musisz obciąć włosy. Nie ma nic darmo.
Aśka otworzyła szeroko oczy, zapadła chwila jakby krępującej ciszy, wreszcie Karyna rozładowała napięcie mówiąc wesoło:
- Co się łamiesz? Ja przechodziłam dość podobny zabieg, choć jakby nieco inny, że tak powiem.
Zoja spojrzała bystro na Karynę i udając, tak udając, żeby widać było, że udaje wyraziła swoje oburzenie:
- Co ty Karynko opowiadasz najlepszego? Twoje, że tak to nazwę, niezbyt prawidłowo, postrzyżyny były zupełnie na inną okoliczność. To była czysta troska Zuli, bo to dzięki niej masz teraz Zenka i satysfakcjonujące, tego...
- No właśnie.
To już dodała Zula. Ale Aśka nie słuchała tej wymiany, tylko jakby lekko się nabzdyczywszy oświadczyła:
- Moje piękne włosy? Bardzo je lubię.
Zula jednak była niewzruszona:
- Skoro tak, to niestety. Dalszej nauki zero.
Aśka nie miała uradowanej miny i nagle spytała:
- Mogę do toalety?
Gdy wróciła po paru minutach minę miała już inną, po czym gdy usiadła na fotelu stwierdziła dobitnie:
- Dobrze. Obetnę te pieprzone włosy.
Zoja spojrzała na Karynę:
- Skoro mamy wyjaśnione, to daj jej mój numer. Ale teraz, zgodnie z umową musimy się już pożegnać. Do zdzwonienia po niedzieli.
Kiedy obie panie zakładały buty Zula podeszła do drzwi pokoju i uważnie spojrzała na Aśkę mówiąc:
- Aha. Jeszcze coś. Nie ścinaj włosów. Są naprawdę zajebiste, więc to by była zbrodnia, gdybyś się ich pozbyła.
Już na ulicy Aśka powiedziała do Karyny:
- Podobają mi się te laski, podoba mi się ten zen, tylko że nic, ale to nic nie zrozumiałam. Ni cholery!
- Dziewczyno! Dola ci sprzyja. Zajrzałaś tylko na kilka minut, nie dowiedziałaś się prawie niczego, za to dostałaś aż dwie lekcje zen za jednym zamachem!
- Na kawencję?
- Na kawencję.
- To dobrze, bo koniecznie musimy pogadać.

25 stycznia 2024

CIASTECZKA /nowy uczeń/

Zula i Zoja miewają czasem różnych gości. Co prawda nie uczą nikogo zen zawodowo, są też poza wszelkimi formalnymi strukturami, to czasem trafia do nich ktoś, kto coś tam usłyszał na ich temat, ktoś mu je polecił, ktoś zadzwonił, ktoś umówił na spotkanie, tedy czasem ma miejsce taka sytuacja:
- Ding-dong!
- Otwarte! Wchodź, wchodź, śmiało!
A po chwili:
- Buty kurwa!
Tekst pisany nie oddaje barwy i tembru głosu, ale już po stylu, sposobie stałe czytelnictwo łatwo rozpozna, że tak zaprosić może tylko Zula. Zoja zrobiłaby to subtelniej, czasem nawet pofatygowałaby się, aby sama osobiście otworzyć drzwi. Tedy gość wszedł, bez butów rzecz jasna, według instrukcji, mimo tego jednak zapytał od progu:
- Można?
- Chyba było wchodź, tak? Siadaj tu sobie wygodnie, pełną buzią, rytuały powitalne sobie darujmy, ja jestem Zula, a ty z pewnością nie?
- Tak. Znaczy nie...
Zula roześmiała się perliście i odparła:
- Powiedz mi tylko jedno, bo tego twoja znajoma nie doprecyzowała przez telefon. Przyszedłeś na lekcję zen, czy posłuchać o zen, czy może po prostu tak sobie pogadać, pobyć z nami? Jesteśmy otwarte na każdy wariant.
- No... Tak w sumie wszystko... Nie wiem...
- Nie wiem jak zwykle jest znakomite. 
Mówiąc to Zula chwyciła za brzeg tiszirta, który miała na sobie, uniosła go nagle do góry, po czym szybko opuściła. Gość, który do tej pory miał minę zlęknionego wypłocha zdębiał kompletnie, po czym nagle się uśmiechnął.
- Brawo Zula. Myślenie odcięte, a ty kolego trzymaj ten stan umysłu i nie przejmuj się tym, że właśnie już go zgubiłeś. Chcesz kawy, herbaty, czy czegoś tam? Pod warunkiem, że to coś tam to będzie woda, bo nic innego chwilowo nie mamy.
Te słowa padły od drzwi do kuchni, w których stała Zoja.
- Może herbaty? Proszę.
- Zwykła, czy zielona?
- Zielona?
- Okay, trochę to potrwa, bo jeszcze coś tam muszę zrobić, ale to dobrze, na razie zapraszam pod ścianę. Trzecia poduszka dla gościa. Jak zen to zen. Siedziałeś już kiedyś? Bo ta twoja koleżanka mówiła nam, że znasz temat od niedawna jakoś dopiero?
- Trochę medytowałem, dopiero zaczynam.
- Zazen to nie medytacja. Ale to już ci wyjaśnię później, przy herbacie. Na razie Zula powie ci w skrócie, co masz nie robić. Takie tam ileś tam minut, wstępna wprawka.
Zoja wyszła z pokoju, a Zula wskazała gościowi miejsce pod ścianą. Po cichu poinstruowała, jak ma usiąść, lekkim kuksańcem odgarbiła mu plecy, a na koniec dodała:
- A teraz po prostu siedź. Aż Zojka powie, że już.
Sama szybko usiadła na sąsiedniej poduszce, po czym w pokoju zapadła cisza, zaburzana jedynie odgłosami kuchennej krzątaniny. Tak minęło jakieś około dziesięciu minut, potem zaś Zoja weszła z pełną tacą do pokoju:
- Już. Zapraszam do stołu.
Gdy już usiedli dookoła zawartości tacy Zoja wzięła głęboki oddech i ze swoim jak zwykle ciepłym, uroczym, życzliwym uśmiechem spojrzała na gościa. Zaś Zula mruknęła jakby do siebie:
- Będzie anitować.
- Będę co?
- No wiesz, ta moja znajoma Anita, wiesz, ta czarownica tak robi. Najpierw się nadyma aż jej cycki mało nie wyskoczą, a potem zaczyna perorować. I tylko spróbuj jej przerwać, to masz zjebę. Bankowo.
- Nie będzie żadnych, jak ty to nazwałaś...
- Zjeb. No, i dobrze. Więc napierdalaj.
Zoja, która jak stałe czytelnictwo wie, nigdy nie używa słów publicznych, ani nawet ocierających się o takowe, zignorowała słowa partnerki, spojrzała tylko na gościa i zaczęła:
- Lekki przedsmak praktyki już miałeś. Dziesięć minut zazen to rzecz jasna mało, zwykle siedzenie powinno trwać od dwudziestu do czterdziestu minut, dłużej się nie zaleca, ale po takiej sesyjce można sobie wstać, rozprostować nogi, pochodzić sobie chwilę, po czym zabrać się do kolejnej. Jeśli masz na to czas, rzecz jasna. Tak to z grubsza wygląda. Najkrótszą i chyba najlepszą instrukcję zazen przekazała ci Zula: siadaj i siedź. Pilnuj też prostego kręgosłupa i nie zamykaj oczu, trzymaj powieki na wpół otwarte. Tym się na przykład różni zazen od vipassany, czyli takiego rodzaju buddyjskiej medytacji, którą teraz ostatnio na Zachodzie nazywają mindfulness. Ale zazen to nie medytacja, tylko ćwiczenie obecności, więc aby być obecnym trzeba też widzieć to, co masz w zasięgu wzroku. Chcesz coś zapytać, jak widzę po twojej minie?
- Tak. Bo siadaj i siedź nic nie wyjaśnia mi co ja mam dalej robić. Znaczy mentalnie, tak w umyśle. Skupić się na czymś, na przykład?
- Przez pierwsze minuty to jest nawet dobry pomysł. Najczęściej stosowane jest liczenie oddechów, tak na wstępne odcięcie myślenia, ale potem powoli od tego odchodzisz. Oczywiście nie łudź się, że od razu przestaniesz myśleć, bo myśli nadal będą się jakieś pojawiać, tak same, spontanicznie. Ale nie walcz z nimi. Kiedyś jakiś mądry wujek bardzo fajnie to ujął, że...
Tu nagle wtrąciła Zula:
- Myśli wchodzą lub wychodzą drzwiami i oknami umysłu, czasem trochę się po nim pokręcą. Nie częstuj ich herbatą, nie zagaduj ich, więc same sobie pójdą, ty tylko po prostu je sobie oglądaj, nie myśl nic na ich temat.
Tu znowu podjęła temat Zoja:
- Powtórzę ci raz jeszcze, żebyś się dowiedział i skutkiem tego to wiedział. Praktyka zen, ta bazowa, nie jest medytacją.
- Ale przecież...
- Wiem, co chcesz powiedzieć. Prawie wszyscy mistrzowie, czy nauczyciele zen plotą o medytacji, mnóstwo książek i cały internet nudzi na ten temat. Nieporozumienie bierze się z mylnego tłumaczenia słowa chan, po japońsku zen, po koreańsku soen, po wietnamsku thien, czy jakoś tam jeszcze. Tymczasem całe mnóstwo sinologów, znawców tego języka uważa, że to wcale tak nie jest. Bo do jest tak, że każda medytacja, każda jej technika tworzy jakiś rodzaj odlotu. Za to jednym ze skutków ubocznych zazen, być może najczęstszym jest przylot, lądowanie. Umysł zaczyna postrzegać to co jest takim, jakie jest.
Tu znowu wtrąciła Zula:
- Co zresztą nie jest wcale takie pewne. Nie ma żadnych dowodów na to, że ten real, który zobaczysz, którego doświadczysz, to ten najrealniejszy real. Ale przynajmniej będziesz bardzo blisko.
Pałeczkę przejęła Zoja:
- Tylko nie próbuj tego osiągać, bo tylko się od tego jeszcze bardziej oddalisz. Po prostu siadaj siedź. Być może kiedyś wcale nie będziesz musiał siedzieć, bo nauczysz się siedzieć podczas dowolnej czynności życiowej. Może na tym zakończmy, za dużo nauki naraz dotarciu jej nie służy. Chcesz jeszcze herbaty?
- Chętnie poproszę.
Gdy Zoja wyszła do kuchni Zula spytała:
- Choć to jest bez znaczenia, to jak ci na imię?
- Janusz.
- Też ładnie. A czego słuchasz, jakiej muzy?
- Rock'n'rolla?
- To bardzo porządny Janusz z ciebie.
Takim sposobem spotkanie edukacyjne przeszło do fazy luźnych pogaduch, zaś gdy Janusz zbierał się już do wejścia pobrał od Zoji numer telefonu, gdyż wszyscy byli zgodni, że chyba raczej dojdzie do kolejnej jego wizyty...

10 stycznia 2024

TUMMO - Wewnętrzny Ogień

- Tak kochanie, ja ciebie też.
Tyle akurat dotarło do Zuli, gdy weszła do domu, potem już tylko zobaczyła Zoję odkładającą telefon na stolik.
- Komu tak kochaniujesz?
- Karynka się zapowiedziała na niedzielę.
- No. Trochę jej nie było. Stęskniłam się.
- Za nią, czy za jej pierogami? Jeśli to drugie, to od razu uprzedziła, że to nie będą żadne pierogi.
- Jestem otwarta na wszystkie jej wytwory.
- A ja na razie jestem otwarta na ciebie.
- Chwila, daj się ogarnąć. Co jest z tobą?
- Bo też wróciłam godzinę temu z miasta, a na mieście co?
- Mróz?
- Trafiłaś za pierwszym podejściem.
- I co z tego?
- Ten mróz rozpalił we mnie taki wewnętrzny ogień.
- Fascynujące. Na mnie to tak nie działa, wręcz odwrotnie. Ja muszę najpierw iść pod gorący prysznic. Więc może sobie poczekaj z tym swoim otwarciem. Tylko żeby ci wewnętrzny ogień nie zgasł, bo to potrwa.
= = = = =
- No, gdzie ta nasza Karynka? Słyszałam drzwi.
- Tajemniczo utknęła w przedpokoju.
Ale zguba się nagle znalazła:
- Nie utknęłam, tylko się rozdziewałam. Duży mróz to dużo ciuchów. Ale z tym już niedługo koniec. Mam plan.
- Żaden mróz nie trwa wiecznie.
Tak odparła Zula, a Zoja dodała:
- Przynajmniej w naszej strefie geograficznej.
- Nie, to nie o to chodzi. Tylko o to.
Mówiąc to Karyna rzuciła na stolik jakąś ulotkę. Zoja wzięła ją szybko do ręki i zaczęła czytać treść:
- Tummo! Tybetański sposób na srogie mrozy. Specjalna buddyjska technika medytacji wywołująca wewnętrzny ogień. Kurs przyspieszony. Już po trzech tygodniach praktyki w naszym ośrodku całkiem zapomnisz o ciepłej odzieży. Pierwsza sesja za darmo! To wygląda bardzo interesująco. Tak Zuleczko?
- Pojęcia nie mam, nie znam się na buddyzmach.
- Tummo było praktykowane na Tybecie zanim jeszcze tam dotarł buddyzm. Tylko jest jeden pyk. Oni tam nie znali żadnych przyspieszonych metod.
 
- No wiesz, internetu też nie znali.
To nie była odpowiedź Zuli. Zaś Zoja:
- Jakaś ty Karynko rezolutna. To jeszcze sobie poczytaj, co tam na tej ulotce jest napisane na dole drobnym druczkiem.
Gdy Karyna pochyliła się nad kartką, Zula dodała:
- Drobnym, czy nie drobnym, ja się na to i tak nie piszę. Pójdę na ten kurs, zapłacę ile chcą, ukończę go na szóstkę, tymczasem mrozy się skończą, a ja zostanę jak ta pizda uszata z tym całym tummo. Powiedz lepiej moja piękna, co tam masz w koszyczku.
Karyna odłożyła ulotkę i wyjęła z torby sporawy pojemnik. Gdy go otworzyła, Zula szybko zajrzała do środka:
- Mówiłaś Zojce, że ma nie być pierogów? Jak nie ma, jak są?
- To nie żadne pierogi, to samosy. Pierogów nalepiłam się w grudniu, mam chwilowo dość, czas było na małą odmianę.
- Wiem, co to samosy, jadłam już kiedyś, nawet nieraz, choć nie karynkowe, tylko knajpowe. Ale to nie zmienia faktu, że to są pierogi.
- Nie. To są samosy.
Zula westchnęła, po czym odparła:
- Karynko, czy jeśli z Zenkiem...
- Zula, stop! Może ja jej wyjaśnię. Czy jeśli z Zenkiem idziecie na spacer, to trzymacie się za ręce, czy jakoś tak inaczej?
- Różnie. Najczęściej to...
- Dobrze, mniejsza z tym. Ale tak, czy owak, czy inaczej, to nadal jest to jakiś spacer. Tak? Zgadza się?
- No... Tak.
- Zojka, ale ja jej to samo chciałam powiedzieć.
- To samo, tylko inaczej? Świetnie wiem, co chciałaś powiedzieć.
Tu wtrąciła Karyna:
- Już rozumiem. Samosy to pierogi, tylko prawie inaczej. Ale ja mam lepszy pomysł. Pójdę do kuchni, odgrzeję, a wy sobie dogadacie detale.
Zoja i Zula spojrzały na nią, potem na siebie. Nie wiadomo za bardzo, która pierwsza kiwnęła głową, ale na pewno równocześnie uznały:
- Dooobra jest!
Po kilku minutach cała trójka zajadała prawie inaczej pierogi, wreszcie Zula przerwała, głośno po chamsku beknęła i oświadczyła:
- Mam haiku. Uwaga. Cicho ma być. Mówię.
Bez żadnych tummo
Płonie mi dynamicznie
Wewnętrzny ogień.
____________
Redakcja bloga nie ponosi żadnej odpowiedzialności za cudze iluzje, jakoby to miał być post o seksie. Za wszelkie inne również.

26 listopada 2023

CIASTECZKA /miss xero/

Gdy Zoja i Zula przegłosowały Karynę, że co drugą niedzielę one robią diner, ta nie była tym zbyt zachwycona, ale potem szybko odkryła, iż taki układ ma swoją wielką zaletę. Bardzo lubiła gotować, przyrządzać różne różności, najchętniej pierogi, jej ulubioną konkurencję, ale był jeszcze inny sport, który stawiała ponad to wszystko. Rzecz jasna potrzebowała do tego Zenka, ale on wcale nie miał nic przeciwko temu. Więc co drugie niedzielne przedpołudnie szybkie numerki podczas urzędowania w kuchni zastąpiły długie, mocno rozbudowane sesje. Ale wszystko, co miłe ma swój koniec, tedy wreszcie nadeszła ta pora, że oboje zeszli klatką schodową, po czym wykonawszy pospołu czułego buziaka rozdzielili się. Ona poszła na prawo, zaś Zenek na lewo, aby zająć się ważnymi męskimi sprawami, czyli po prostu na piwo ze swoimi kumplami. Pełna dobrych wibracji Karyna w mig przetuptała dystans konieczny do przetuptania, wreszcie dotarła do miejsca przeznaczenia. Drzwi nie stawiały oporu, więc dokonawszy uprzedniej modyfikacji odzieży, tudzież obuwia wkroczyła do pokoju. Oprócz Zoji robiącej zazen pod ścianą nikogo więcej nie dojrzała. Spokojnie umościła się na fotelu, zaś po chwili Zoja obróciła się na poduszce, po czym uśmiechając się spytała:
- No, co tam?
- Nic. Gdzie Zula?
- Śpi.
- Czemu?
- Bo jej się chciało. Po prostu wróciła jakoś rano, pojechała wczoraj na sabat do Anity, no wiesz, tej co...
- Wiem, tej czarownicy od marychy. To jej nowe hobby? 
- Chyba nie. Tak tylko dała się zaprosić, kontrolnie.
- Fascynujące...
- Bardzo fascynujące. Jak puściła bąka po powrocie, to waliło zwłokami Boba Marleya na całe mieszkanie.
- To jest kurwa nie fair!
Te słowa padły od drzwi do pokoju, w których z nadąsaną miną stała Zula ubrana w stanowczo zbyt dużego na nią tiszerta z nadrukiem "DURA LES - SED LES". Gdy Zoja i Karyna spojrzały na nią dodała:
- Na trawie się skończyło. A durnie wszelakie gadają, że od niej się zaczyna. Tak w ogóle, to czemu nic nie jecie chłopaczki?
- Karynka dopiero weszła, nie zdążyła zobaczyć, co jej przyszykowałaś.
Mówiąc to Zoja wstała z poduszki, podeszła do stolika i jednym szybkim ruchem zdjęła serwetę odsłaniając dwie tace na których...
- Ojej, sushi! Fajnie, dawno nie jadłam.
Mówiąc to Karyna aż podskoczyła pupą na fotelu i dodała.
- Kochane jesteście!
- To wszystko Zulki robota. Zanim poszła spać zamknęła się w kuchni i nie dała mi wejść. Ja tylko wniosłam to na stół.
Na tacach faktycznie dumnie prezentował się równo ułożony nader potężny zestaw maki. Karyna przez chwilę lustrowała to wzrokiem, wreszcie spytała:
- Co jest w środku? Jakieś wege?
- Tak jakby. Indianie mówią na to mięso bogów. Coś mnie naszło na same grzyby, akurat był duży wybór. Te zrobiłam tak, te siak, niektóre były gotowe. Zresztą co ja tu będę detalicznie opowiadać. To jest do jedzenia, nie do ględzenia. Chcesz pałeczki, czy paluchami?
- A wy?
- Spokojnie. Zojka siadaj, jedz. Zaraz dołączę, tylko szybki prysznic wezmę.
- Czekaj Zuluś, zanim pójdziesz, to koniecznie muszę wam coś pokazać.
Karyna szybko wstała, wyszła z pokoju, po chwili wróciła trzymając płaską teczkę na dokumenty. Otworzyła ją, po czym wyjęła z niej plik kartek, który wręczyła Zoji. Ta szybko przejrzała kilka i przekazała wszystko Zuli, która przysiadła półgębkiem na kanapie, a gdy przewertowała je szybko parsknęła śmiechem. Zoja zaś z bliżej nieokreśloną miną zapytała:
- Co to jest?
- Kochanie, rozczarowujesz mnie.
Karyna szybko przerwała ten zaczątek dialogu:
- Bo to było tak. Wujek Zenka ma sklep. Taki mały sklepik, różne takie tam pierdoły, drobiazgi, do tego punkt ksero, wydruki robi klientom, wszystkiego po trochu. Niedawno zrobił remanent, potem chciał gruntownie posprzątać, ale coś się nagle źle poczuł, więc poprosił nas. Znaczy Zenka głównie, nie za darmo bynajmniej, ale mój gamoń się wykręcił czymś tam, więc ja wzięłam Aśkę, taką moją koleżankę i całą sobotę mu ten sklepik ogarnęłyśmy. Na zapleczu stała taka stara oldskulowa kserokopiarka, czynna zresztą, a do mnie dotarło, że spełniło się moje marzenie.
Zoja z wciąż nieokreśloną miną spojrzała na Zulę, która przeglądała plik kartka po kartce, potem na Karynę, wreszcie spytała:
- Jakie niby marzenie?
- Bo widzisz, ja kiedyś tam trochę pracowałam w biurze, tam była podobna kserokopiarka, a ja zapragnęłam na niej usiąść bez majtek. Tylko nigdy nie było okazji, sposobności, żeby to zrobić.
Zula spojrzała na Zoję i spytała:
- Już wiesz, co to jest? 
Zoja sięgnęła po jedną z kartek, rzuciła na nią szybko okiem, po czym lekko się uśmiechając odparła:
- Teraz już wszystko widzę wyraźnie. Tylko pojęcia nie mam, co ja mam o tym wszystkim sobie myśleć?
- I kto to mówi? Moja mistrzyni zen? Nie myśl! Czuj! Sama mi to wbijasz do głowy przy każdej okazji.
Zula oderwała wzrok od kartek, spojrzała na Zoję z dość zafrasowaną miną, pokiwała głową i zwróciła się do Karyny:
- Nie dramatyzuj. Mistrzynie zen też czasem mają słabsze chwile. Ale za to wyjaśnij mi jeden drobiazg...
Mówiąc to podała jej jedną z kartek pytając:
- To chyba nie twoja?
- Pokaż. Nie, to Aśki. Ona też się kserowała. Po prostu zaplątało się jakoś.
- Tylko nie pytaj, po czym poznałam. Dobrze, ale ja idę pod ten prysznic, wy sobie na razie jedzcie, poiskajcie się werbalnie...
- Poczekaj jeszcze chwilę. Bo ja mam do was poważne pytanie na zupełnie inny temat, taki zenowski.
- Czyli jednak idę.
Zanim Karyna zareagowała, Zula zniknęła z pokoju. Przez kilka minut obie panie zajęły się jedzeniem w milczeniu. Wreszcie przerwała je Zoja:
- No, dobrze, wal to pytanie, póki Zulki nie ma, bo czuję, że chodzi o jakieś mocno teoretyczne. Przecież wiesz, że nie do niej z takimi, ona nie filozofuje.
- Bo widzisz. Chodzi o to, jak się ma zen do religii? Do jakiejkolwiek religii. Tylko żeby nie było, ja nie wyznaję żadnej. Przecież wiesz.
- Żeby nie kombinować, to moim zdaniem są to sprzeczne rzeczy. Bo religia, jakakolwiek, to tworzenie iluzji, obracanie się pośród nich. Za to praktyka zen pozbawia nas iluzji, albo przynajmniej pozwala zobaczyć, że iluzja jest tylko iluzją. Bycie wierzącym wyznawcą oznacza, że się tego nie widzi.
- A same iluzje to źle, czy dobrze?
- To już chyba wiesz. Jeśli myślisz, że iluzja jest dobra, to jest dobra, jeśli myślisz, że jest zła, to jest zła, jeśli myślisz, że to jest bez znaczenia, to jest bez znaczenia. Zen nie ocenia niczego.
- To wszystko?
- Dokładnie. Wiem jednak, że jeśli pójdziesz do jakiegokolwiek mistrza, czy nauczyciela zen, takiego dyplomowanego, z papierami, to takiej odpowiedzi raczej nie dostaniesz.
- Czyli to dobrze, że zapytałam ciebie?
Zoja wreszcie po raz pierwszy porządnie się uśmiechnęła od chwili, gdy zobaczyła kartki przyniesione przez Karynę i odparła:
- Odpowiem Ci w stylu Zuli. Rozbrykana małolata siadająca bez majtek na kserokopiarce też może mieć czasem słabszy moment.
- A wiesz, Zenek jak zobaczył te wydruki, to postanowił całą sypialnię nimi oblepić, ale na razie porobił fotki i trzyma je gdzieś w telefonie. A teraz pije piwo i pewnie pokazuje je kolegom.
- Oprócz tej jednej?
- Tą też widział, ale też poznał, że to nie moje.
W tym oto momencie do pokoju weszła Zula ubrana w płaszcz kąpielowy, spojrzała na stół i oświadczyła:
- No, grzeczne dupeczki. Nie wyżarły wszystkiego, zostawiły coś swojej psiapsi. A tak w ogóle, Karynko, to masz jeszcze klucze do tego sklepiku, czy już oddałaś Zenka wujkowi?
Zanim Karyna odpowiedziała, Zoja wtrąciła stanowczo:
- Zero tapetowania ścian w domu. Nie pozwalam! Veto! No pasaran!
- A czy ja coś powiedziałam?
Mówiąc to Zula spojrzała z udawaną urazą na Zoję, po czym usiadła na kanapie i sięgnęła do tacy.

24 października 2023

CIASTECZKA /Karyna zmieniona nieco/

Status przyjaciółki, czy też przyjaciela domu ma to do siebie, że zanim się naciśnie piczek dzwonka testuje się reakcję drzwi na użycie klamki. Karyna tą rangę już była osiągnęła z pewnością, więc wykonała taki test, po czym weszła do mieszkania Zetek jak do swojego. Na mieście było sucho, więc tylko zdjęła kurtkę, po czym stanęła w kolejnych drzwiach.
- Tadam! Ups, sorry...
Szybko cofnęła się za drzwi i spytała:
- Zły moment? Mam poczekać?
Zoja uniosła głowę tkwiącą pomiędzy udami Zuli mówiąc:
- Luz Karynko, wchodź śmiało, nie twórz problemu już na starcie. Trochę się spóźniałaś, więc praktykowałyśmy zen z braku lepszych zajęć.
Karyna weszła z mocno zdziwioną miną.
- To tak się teraz praktykuje zen?
- Tak też.
Gdy Karyna kręcąc głową i mrucząc coś pod nosem położyła na stole torbę, Zetki już siedziały sobie nader grzecznie na kanapie z cipkami w ciup oraz pupkami w małdrzyk, czy jakoś tak patrząc łakomie na przyniesiony pakunek. Zoja zakontynuowała ostatnią kwestię:
- Znasz tą starą historyjkę o mistrzyni zen, która dorabiała dupą? Cała masa jej klientów wychodziła od niej oświecona. Jak sobie myślisz, co oni tam mogli robić? Może siedzieli zazen pod ścianą? Albo rozkminiali koany?
Zula zasekundowała:
- No. Zen tartaczny. Bardzo fajna szkoła zresztą.
Kiedy Karyna usiadła w fotelu spytała:
- A tak w ogóle, to co ty masz na sobie? Ja nie jestem chłop, więc wszystko widzę. Nowy ciuch, nowy fryz, nowa tapeta, oko zrobione jakoś po nowemu. Po prostu nowa Karyna nas nawiedziła.
- Nie ma obowiązku być tą samą osobą, którą się było pięć minut temu. Czy jakoś tak. Bo to nie moje, tylko cytuję.
Tu odezwała się znowu Zoja:
- Dobre cytaty warto cytować. 
- Tylko żeby nie było, jak z tym palcem.
To wtrąciła Zula, zaś Karyna spytała:
- Jakim palcem? 
- Obciętym. Zojka opowiedz jej, ty masz lepsze gadane.
- Więc to było tak, że pewien mistrz zen miał trochę inną technikę nauczania, niż wspomniana wcześniej pani. Powiedzmy, że bardziej nudną. Otóż na każde zadane pytanie odpowiadał lakonicznie mimicznie podnosząc palec do góry. Zgapił to odeń jakiś uczeń i zaczął tak samo odpowiadać na wszystkie pytania. Gdy mistrz się o tym dowiedział, zaprosił go do siebie na dywanik, po czym zadał mu jakieś tam pytanie koanowe. Gdy chłopak podniósł palec, mistrz, który właśnie przy okazji był również mistrzem miecza, błyskawicznie wyjął wakizashi i ciachnął mu ten palec. Szczeniak zerwał się na równe nogi, ruszył z głośnym bekiem do drzwi, ale mistrz go jeszcze głośniej zawołał, zaś gdy ten się doń odwrócił to pokazał mu palec.
- Ten obcięty?
- Nie. Swój.
- I co było dalej?
- Nic. Jak prawie spora połowa tych wszystkich idiotycznych opowiastek zen ostatnie zdanie brzmi, że chłopak na ten widok doznał kensho.
Zula szybko dodała:
- Ale my ci Karynko wcale nic nie obetniemy, bo ty się przecież grzecznie przyznałaś, że tylko cytujesz.
- Aha. Już czuję morał. Ale mam jeszcze pytanie. Dlaczego tak wielu mistrzów zen było przy okazji mistrzami miecza, czy też jakiegoś mordobicia?
Zoja wzruszyła ramionami.
- To chyba dość proste. Nie każdy wtedy był tak miły, jak tamta kurtyzana, co więcej to przeważnie były bardzo upierdliwe wujki, które same się prosiły aby dostać po ryju. Więc siłą rzeczy musieli umieć jakoś się bronić.
Po nanosekundzie ciszy Zula zapytała:
- No, dobrze, ale co się jeszcze w tobie zmieniło ostatnio? Tak we wnętrzu już twoim, nie tylko kudły na głowie, czy nowy zestaw tipsów. Mam nadzieję, że ogrodów nie zaczęłaś znowu zapuszczać?
- Zulka! Daj już jej spokój w tym temacie.
Ale Karyna jakby tego nie słyszała, tylko zmarszczyła czoło coś rozważając, po czym oświadczyła:
- Wewnętrznie to chyba nic mi się nie zmieniło. W ciąży nie jestem, tylko ostatnio dziwnie mnie żołądek bolał, zrobiłam rentgena, ale wrzoda nie mam. Morfologia i o-be z grubsza po staremu, syfa, hifa i hacefała też ostatnio nie wyłapałam, takie przynajmniej mam informacje. Miałam tak jakoś niedawno kwaśną piczkę, Zenek by mi nie kłamał, ale nadżerki też mi nie wykryto.
- Ale nam chodzi o takie zmiany mentalne, niecielesne.
- Chyba coś takiego mam. Ostatnio jestem bardziej pomysłowa w mizianiu. Dziś wpadłam na taki patent, że Zenek się aż ciut zbulwersował. Trochę więc to wszystko się nam przeciągnęło, więc dlatego się nieco spóźniłam do was.
Zoja spojrzała na Zulę i spytała:
- Czy my chcemy znać detale?
- No pewnie. W tych sprawach nauki nigdy za wiele.
- Karynko, opowiesz?
Za Karynę odpowiedziała Zula:
- No pewnie. Karyna nie chłop, baby zawsze sobie takie rzeczy opowiadają. Tylko może najpierw coś zjedzmy. Co mistrzyni rondla dziś zapodaje?
- Naleśniki z różą. Znaczy konfiturą taką.
- Domową? Nie sklepową?
- Zojeczko, nie obrażaj, dobre?!
- Ja pierdolę! Na samą nazwę już mam mokro.
To ostatnie wypowiedziała już Zula, bo jak wiadomo wszem wobec Zoja pewnych słów publicznych nie zwykła praktykować.
Gdy już wspomniany wcześniej produkt gastronomiczny ulegał procesowi eschatologicznego wciągu Zoja spojrzawszy czule na Karynę oświadczyła:
- Karynko, możesz sobie ulegać dowolnie dowolnym zmianom, przemianom, metamorfozom, ale na jedno naszej zgody nie ma na pewno.
Zula, która wnikliwie kontemplowała obracany w dłoni widelec z nabitym nań ostatnim kęsem naleśnika dodała lakonicznie:
- No.

15 sierpnia 2023

CIASTECZKA /zagadkowe połączenie/

Tej niedzieli Karyna przyszła bez cateringu. Zoja i Zula dały jej swego czasu propozycję nie do odrzucenia, że co drugą wizytę one będą pichcić, bo im głupio tak żreć wciąż kolacje na rachunek koleżanki. Oczywiście kłamały, bo Zoja już po pierwszym swoim kensho wyleczyła się z tej choroby, zaś Zula od urodzenia była zdrowa, nigdy jej głupio nie było. Powód ich decyzji był inny, zwykła dbałość o równowagę świata, ale uznały, że to dla Karyny może nie być wystarczający argument. Tak więc tego dnia była ich kolej. Gdy Karyna weszła do pokoju, Zoja akurat wyszła z kuchni mówiąc:
- Za pół godziny będzie gotowe.
- Co będzie gotowe?
- Jedzenie.
- A konkretnie?
- Konkretnie będzie gotowe. 
- To na razie o coś zapytam, mogę?
- Byle nie o to, co ma być gotowe.
- Tak, pojęłam, żeby o to nie pytać.
- Bo ty w ogóle pojętna dupa jesteś.
To zdanie pochodziło od Zuli, która do tej pory siedziała cicho skupiona na malowaniu paznokci stóp.
- Pytanie mam o praktykę zen, takie techniczne.
- Technicznie to chyba wszystko wiesz od dawna?
To już powiedziała Zoja, bo Zula powróciła do stanu bycia cicho i skupiła się na ostatnim paznokciu, na małym palcu prawej stopy.
- Tak, ale taki jeden drobiazg uszedł mojej uwadze.
- No?
- Czy można łączyć praktykę zen z Maryśką?
- Z kim?
- Z taką do palenia, Mary Jane.
- Karynko kocham cię!
To wyznanie wyartykułowała Zula, która oto właśnie skończyła była malować paznokcie stóp i zaczynała kontemplację wyników swojej pracy. Nie zaczęła jednak zdecydowanie, tylko spojrzała na Karynę radośnie i wyjaśniła:
- Przypomniałaś mi, że coś mam. Niedawno spotkałam Anitę, tą czarownicę, wiecie, a ona dała mi właśnie małe co nieco systemu Mary Jane. Niedawno zbiory miała, podobno bardzo udane.
Mówiąc to Zula sięgnęła do torebki i wyciągnęła z niej małe pudełeczko, które po otwarciu ujawniło zawartość polegającą na kilku jointach.
- Się panie częstują.
- Na razie nie, odpowiem najpierw Karynie.
- Ja też najpierw wysłucham.
- Josh, to ty odpowiadaj, ty słuchaj, a ja sobie zajaram.
Po chwili Zulę otoczył kłąb aromatycznego dymu, ona zaś przystąpiła do kontemplacji swoich pomalowanych paznokci stóp. Nie trwało to jednak zbyt długo, bo już po chwili zaciągnęła się po raz drugi, resztę zaś przygasiwszy uprzednio starannie zostawiła na talerzyku stojącym obok na stole. Po czym wstała, spojrzała na pozostałe kobiety i spytała:
- Co się tak gapicie? Zojka, miałaś coś zrobić.
Nie czekając na jej reakcję Zula podeszła do ściany pokoju i usiadła na poduszce twarzą do tejże ściany. Za to Zoja spojrzała na Karynę, ciepło się do niej uśmiechnęła i zaczęła perorę:
- Pytasz o zazen i marychę, tak? Chyba wszystkie mądre wujki od zen twierdzą, że narkotyki mocno kłócą się z zazen. Co prawda Maryśka nie jest narkotykiem, a jeśli nawet uprzemy się ją tak nazywać, bo 
jednak nieznacznie percepcję modyfikuje, to nie takiego kalibru narkotykiem, jak alkohol, opium, czy koka. Tymczasem siedząc zen próbujemy postrzegać świat takim, jaki on jest, unikając wszystkich czynników, które mogą nam to postrzeganie zmieniać. Ale z drugiej strony zazen to ćwiczenie obecności w każdych warunkach, bo nigdy nie jest tak, że nic nam tej percepcji nie próbuje zaburzyć. Różnica między narkotykami i marihuaną jest też taka, że po tych pierwszych szalenie trudno jest być obecną, wręcz niemożliwe, za to po Zielu jest to wykonalne, tylko nieco trudniejsze, niż bez niego. Moje prywatne zdanie jest takie, że przez pierwsze lata praktyki zen lepiej jest nie utrudniać sobie tej obecności. Ale po dłuższym okresie, na bardziej zaawansowanym poziomie, to przestaje mieć znaczenie, można sobie już pozwolić na różne eksperymenty. Ale ja na przykład nie robię zazen po zajaraniu i nie jaram przed zazen, bo jeśli już zapalę, to tylko dla czystego funu, jak każdy zdrowy psychicznie człowiek. Za to moja kochana psychopatyczna Zuleczka... Sama widzisz jakie miewa czasem pomysły.
Mówiąc to Zoja wskazała dłonią na siedzącą pod ścianą Zulę, po czym spojrzawszy na Karynę dodała:
- Co prawda unikam mówienia uczniom, co mają robić, czego nie robić, tobie jednak podpowiem, że na razie nie łącz zielska z praktyką zen. 
- A kiedy będę mogła?
- Sama odkryjesz ten moment, to będzie wtedy, gdy to pytanie przestanie cię gnębić, kiedy przestanie ci zależeć na poznaniu odpowiedzi. Dobrze mówię, Zuleczko skarbie, cipko najdroższa?
- No pewnie, moja Zojka zawsze mówi dobrze.
Mówiąc to Zula zaczęła kiwać się na boki, po czym powoli wstała i poszła do kuchni. Gdy przekraczała jej próg, zaterkotał czasomierz przy piekarniku. Karyna westchnęła z podziwem:
- Ma babeczka tajming bez zarzutu.
Zoja skomentowała to słowami:
- Kolejny skutek uboczny praktyki zen. A ty Karynko odkryłaś już jakieś skutki uboczne u siebie? Tak dla ciekawości zapytam.
- No pewnie. Orgazmy mi się wybitnie polepszyły.
- To chyba już raczej zasługa twojego Zenka? 
- Zgoda, Zenek jest super, ale jak sama się bawię ze sobą gdy go nie ma pod ręką, to też mi nieźle idzie.
- No, dziadówy! Koniec pierdolenia o pierdoleniu!
Tak zakończyła ich dialog Zula, przy okazji wnosząc do pokoju półmisek pełen czegoś konkretnego do jedzenia.

23 czerwca 2023

CIASTECZKA /нормально/

Któregoś dnia, gdzieś na mieście Zoja i Zula spotkały koleżankę, Iśka zresztą jej na imię. Jak to nieraz sobie przy takich spotkaniach bywa, poszły razem poblablać, poiskać się nawzajem do jakiejś kafejki. Niczym pawiany, różnica jest tylko taka, że te pierwsze iskają się rękami, zaś nagie małpy słowami. Nic specjalnego się nie działo, ale w pewnym momencie Iśka zapytała:
- Słuchajcie laleczki, jak to z wami jest?
Obie laleczki spojrzały na nią, potem nawzajem na siebie, potem znowu na nią, a ich oczy zamieniły się w znaki zapytania. Tedy Iśka zaczęła wyjaśniać swoje pytanie, widać uznała, że wymaga ono tego wyjaśnienia:
- No, bo to jest tak, że ile razy ktoś którąś zapyta o samopoczucie, to każda zawsze odpowiada, że jest w porządku. Czy nigdy żadna nie ma złych dni?
Zoja uśmiechnęła się jak zwykle czarująco i odparła:
- Ja takie miewam na pewno, Zulka raczej też, ale gdy któraś z nas ma zły dzień, to wszystko jest w porządku, a gdy ma dobry, to również wszystko jest jak najbardziej w porządku.
Tym razem to oczy Iśki dokonały podobnej transformacji, przy okazji zaś ich posiadaczka zwróciła je na Zulę. Ta zaś dodała:
- Ja tak przeważnie, czy wręcz zawsze odpowiadam, bo taka jest konwencja. Prawie wszyscy tak odpowiadają, a jak wszyscy, to wszyscy, więc babcia też.
- Nigdy cię nie postrzegałam jako niewolnicę konwencji. Stadny konformizm to chyba ostatnia rzecz, o którą bym cię podejrzewała.
- Niektóre konwencje są fajne. Ta jest fajna, bo praktyczna.
- Jak to?
- Wyobraźmy sobie, że mam słaby, czy wręcz parszywy dzień. Ktoś zadaje pytanie jak się czuję, a ja odpowiadam, że parszywie, po czym się zaczyna krzyżowy ogień pytań, na który wcale mi się nie chce odpowiadać. Po czym robi się jeszcze bardziej parszywie. Czyż nie jest tak? Nigdy tak nie miałaś, gdy chciałaś być zbyt szczera?
- No... W rzeczy samej...
Wątek spuentowała Zoja:
- A tak w ogóle, to chyba są dużo lepsze pomysły na spędzanie czasu, niż myślenie o tym, czy masz dobry dzień, czy nie? Jeśli myślisz, że masz dobry dzień, to masz dobry, jeśli myślisz, że masz parszywy, to masz parszywy. Możesz sobie wybrać, tylko po co sobie tworzyć taki problem?
Po tych słowach twarz Iśki wyraźnie nadawała niewerbalny komunikat:
- Zawiesiłam się.