Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serial. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serial. Pokaż wszystkie posty

27 sierpnia 2025

O CZYM KNUJĄ WIEDŹMY /1/

Przy stoliku w Pleciudze nie działo się specjalnie nic godnego wzmożonej uwagi. Cała piątka wiedźm była już w komplecie, co zdarza się zawsze, gdy zbierze się już ten komplet. Kelnerka już je raz odwiedziła, więc wszystkie czekały na jej ponowne odwiedziny żądne najlepsiejszej kawy świata, drugiej po miśkowej zresztą podobno, skracając sobie czas czekania beztroskim paplaniem na kompletnie babskie tematy. Tylko Anita nie paplała, zamiast tego studiowała wyświetlacz telefonu, aczkolwiek nie wiadomo, czy się przy tym zamyśliła, czy po prostu zagapiła. Nawet takie kobiety jak czarownice rzadko dają to po sobie poznać. Jest nawet taka oto teoria, że to tylko dwie nazwy tej samej sytuacji. Dopiero gdy blat stolika zapełnił się stosowną zawartością Nita otworzyła swe zmysłowe, starannie zadbane usta koloru family korpo red pytając:
- Niuńki, wiecie, kto do mnie dziś zadzwonił?
Malina szybko odparła:
- Ty nam powiedz bratowa. Nie jesteśmy jasnowidzkami.
- Otóż niejaki pan Orski Mirosław, znany nam jednej mniej, drugiej bardziej, czy może nawet bardziej od bardzieja.
Uśmiechnęła się przy tym do Mali, zaś znowu Malina ni to zapytała, ni to zrealizowała tryb imperatywny, artykułując nie pozbawione pewnej dozy niepewności przypuszczenie:
- No, nie mów. Chyba nie z fiutem po prośbie?
- Po tym, jak oberwał od Nitki patelnią po łbie byłby kompletnie pozbawionym ambicji typiarzem.
To oznajmiła Roxy, ale szybko usłyszała:
- Nie, nic z tych rzeczy. Miał konkretną sprawę.
- Nie ma nic konkretniejszego, niż...
- Ruda, nie nudź, wiemy. Otóż gość ma dla mnie zlecenie.
- Na czary?
To znowu spytała Malina i otrzymała odpowiedź:
- Nie, na napisanie książki kucharskiej. Lalka, blondynkujesz.
- Jakie centralnie?
- Ja wiem, jakie centralnie.
To już powiedziała Kaśka i dodała:
- Ze mną o tym gadał wczoraj, jak był w klubie.
- I co?
- I nic. Wysłałam go na drzewo.
- Przecież prowadzisz z nim interesy?
- Nie z nim jako z nim, tylko z tą jego federacją, on jest tylko jej gębą, rzecznikiem. Ale nie takie akurat interesy wtedy są grane. 
Tu wreszcie się odezwała Mala patrząc na Anitę:
- A jakie czary chciał sobie zamówić mój szanowny były? Bo chyba nie urok na mnie, żebym do niego wróciła. To już jest zamknięty rozdział, a klucz wrzucony do burzownika.
- To akurat nie sądzę. Co prawda jest idiotą, ale jednak na pewno nie jest idiotą. Nie precyzował, czego chce. Słusznie, bo to nie są sprawy na telefon. Umówiłam się z nim na jutro więc, dałam mu dziesięć minut, ma mnie łapać przy wyjściu z pracy. 
- To ja już ci powiem, czego on chce. 
- Czego chce Kasiu? Co ci powiedział nie przez telefon?
- Chce kupić kilka zaklęć dopingujących.
- Było mu sprzedać. Przecież znasz się dobrze na tym.
- Powiedziałam mu, że nie umiem. Czaruję dopiero trzy lata, korona mi nie spadnie od takiej deklaracji. To wy jesteście masterki, wam takie coś trudniej jest powiedzieć. 
Mówiąc to Kaśka spojrzała na Nitę i na Roxy, która rzuciła:
- Ale na biednego nie trafiło, a pieniądze nie śmierdzą.
- Gadasz jak zawodowa. One koszą wszystko, nie zadają pytań.
- Byłam kiedyś zawodowa. Coś mi zostało jak widać.
Wtedy odezwała się Anita:
- Na szczęście już nie jesteś. Ale ja akurat jestem cichodajka, wolę obwąchać te pieniądze. Tylko nie bardzo wiem, czemu one akurat śmierdzą. Kasik, wyjaśnij nam, czemu mam ich nie przyjąć? Bo tak cię posensowałam, że mi to sugerujesz. Żeby nie brać tej roboty.
- Dobrze, wyjaśnię o co tu chodzi. On chce tych zaklęć użyć, żeby podkręcać walczących zawodników. Żeby było tak dynamiczniej, agresywniej. Żeby było ciekawiej. Wiecie, freak fight to nie tylko sport, to już jest bardziej show, niż sport. Ludzie nie przychodzą oglądać dobrych walk. Dobrego boksu, dobrego kick boksu, czy ememej, bo się na tym nie znają. Oni chcą oglądać rzeźnię. To będą ją mieli, jak się podkręci magią zawodników. Ale to jeszcze nie koniec. Bo to się potem rozejdzie na ten prawdziwy sport. Zwykły doping można wykryć. Zresztą w sportach walki mało kto go stosuje. Ale magicznego raczej nikt nie wykryje.
- Chyba, że wiedźma.
- Tylko wiedźma. Lub mag, ale to jeszcze rzadszy gatunek. Tylko nikt ich do tego nie zatrudnia. Bo kto na świecie wierzy w jakieś wiedźmy? Ja nie wierzyłam dopóki was nie poznałam.
Roxy nagle się wtarła:
- Oj, kochana. Żebyś się nie pomyliła. Nawet nie wiesz, jak wiele bezmoców wierzy w magię. Aczkolwiek nie w realną, bo w taką prawie nikt nie wierzy, tylko raczej taką bajkową, z filmów, czy książek fantasy. Ale wierzą, a inne bezmoce tłuką na tym hajc przy okazji. Dla większości jednak, dla obu stron, tej wierzącej, jak też niewierzącej magia realna jest niepojętym surrealizmem.
- Wiewióra, nie filozofuj, daj Kasi dokończyć. Filozofia nie pasuje do twej lubieżnej, namiętnej, tak pożądanej przez wielu pysi.
Zachęcona przez Nitę Maczeta zakontynuowała:
- Niewiele mam za bardzo do dokończenia. Sama ćwiczę głównie do naprawdę realnej walki, nigdy nie miałam ambicji do kariery sportowej. Ale mam szacun do czystego sportu, gdzie nie ma walki, tylko jest zabawa w walkę, w której są jakieś reguły. Bo to jest ładne, a realna walka jest tak naprawdę paskudna. Gdy do freak fightów, a potem do sportu wsadzi się zaklęcia dopingowe, to najpierw skończy się ładne show, potem sam sport. Lubicie bedeesem? Chyba wszystkie to lubimy, tak chociaż trochę. To dodajcie sobie do tej zabawy jeszcze strzelanie do siebie z klamek, których bynajmniej nie nabija się sztuczną spermą z love shopu.
Zapadła cisza. Tylko Malina i Mala patrzyły na Kaśkę z zachwytem, niemym i również dość cichym do tego. Takie przemowy niezwykle rzadko się jej zdarzały. Za to Anita spojrzała na Roxy pytając:
- Nie chce ci się oka poprawić?
Już wstawały z krzesełek, gdy Mala spytała:
- Mogę z wami?
Malina chwyciła ją za udo.
- Siedź! Mamuśki muszą się iść naradzić.
Fenomenem kafejki Pleciuga jest to, że nie ma tam męskiej toalety dla klientów. Jest tylko damska dla klientek. To dosyć dobitnie, przekonywująco pokazuje, że jest to lokal targetowany wyłącznie do pań. Wspomniane Mamuśki tam się właśnie centralnie udały, ale narratorowi swoimi sposobami udało się coś tam podsłuchać.
- Nitka, bierz tą fuchę. Co się będziesz...
- No, nie wiem właśnie.
- Trafimy trochę hajcu ekstra.
- Jak to my?
- Chyba odpalisz coś za konsultację?
- Jaką znowu konsultację?
- A co ja niby teraz robię?
- Co ty tam robisz w tej kabinie to ja już nie wnikam.
Resztę dialogu dokończyły już hisslangim, bo akurat weszła jakaś inna pani. Gdy wróciły do stolika nieco uchachane Anita zwróciła się od razu do Kaśki:
- Wiesz, najpierw pomyślałam, żeby mu jutro odmówić. Bo skoro ty odmówiłaś, to wiedziałaś, co robisz. Więc ja już nie muszę po tobie poprawiać. Ale potem sobie jeszcze pomyślałam, że skoro krowa sama nadstawia cyca, to czemu jej jednak nie wydoić? Dla Mali Mirek jest już nikim, więc dla mnie również. Tylko jeszcze mi coś opowiedz na temat tych freak fightów, tak od systemowej strony. Bo ja się na tym nie znam, byłam tylko raz na widowni. Na twojej walce rok temu zresztą jak wiesz.
Kaśka uśmiechnęła się i westchnęła:
- Jak się za dużo gada, to buzia od tego boli i ciężko potem miłość uprawiać. Ale skoro tyle już się nagadałam... Poza tym tobie się nie odmawia. Tylko, że ty płacisz dzisiejszy rachunek.
Spojrzała na Malę:
- Młoda, podobno gdzieś się wybierałaś? To też po drodze bardzo, bardzo ładnie poproś naszą panią, żeby przyniosła nam jeszcze po pleciugato. Bo chyba jeszcze parę bąków te krzesełka zaliczą.
- I dla mnie drugą rurkę z kremem.
To już pisnęła Malina dodając szybko:
- Mam tak nienaganną pupcię, że mogę nawet trzecią.
KONTYNUOWANE BĘDZIE

04 marca 2025

NIE MA JAK U MAMY (4)

Pierwsza zareagowała Roxy:
- Znasz, czyli co? Masz z nią jakieś relacje, kontakty, czy tylko widziałaś, gadałaś, spotykasz w sklepie? Doprecyzuj to jakoś.
- Ja tylko ją widziałam parę razy, ale mama to się chyba z nią nawet jakoś koleżankuje. Czasem ją zabieram do domu autem z takiej ich kafejki. To jak wchodzę, to widzę, że siedzi kilka kobitek przy stoliku, czasem też właśnie ta Delia tam jest.
- Nie poczułaś mocy? Czy ona twojej?
- No, gdzie? Ja do nich nie podchodzę, macham tylko mamie, że już jestem, potem siedzę i czekam na nią w aucie.
- A w domu była u was kiedyś?
- Nie. Mama w ogóle rzadko kogoś zaprasza do domu. Chłopów to już wcale. Jak się wybiera na randkę, to się inaczej laszczy. Ale to jest akurat nieważne. Czasem zajrzy jakaś jej psiapsia, posiedzą, pogadają, ale tej akurat nigdy nie widziałam. Aha, mama jeszcze czasem chodzi na brydża. Mamy taki klubik niedaleko, ale ja tam nigdy nie byłam.
Wreszcie odezwała się Anita:
- Mało tych kropek do łączenia. Ale coś mi się mocno wydaje, że Lalka ma dobre przeczucie. Nikt nie kupił zaklęcia od Delii, tylko ona sama próbuje zapolować. Proponuję zmianę planów. Mamę odczyniamy już od razu, nawet teraz możemy pojechać. Będzie w domu?
Malina zrobiła lekko bezradną minę.
- Nie wiem. Ale chyba powinna. Wczoraj wieczorem po tym obiedzie nic nie sprzątałyśmy, spytała za to, czy dziś jej z Miolką pomożemy. Bo jest co robić, w kuchni został niezły sajgon.
- No, to ruszamy dupska.
- Ale co chcesz zrobić?
- Mówiłam już. Odczynić urok. Potem pogadamy z mamą, jak już będzie miało sens to gadanie. Jeśli się okaże, że dobrze mi się wydaje, to...
- Dobierzemy się Delii do dupy?
- W ostateczności. Ale chyba nie będzie trzeba.
Gdy dojechały na miejsce Lalka usłyszała:
- No, Malinko, co tak późno? Mariolka już kończy.
- To niech skończy. Chodźmy do pokoju.
- Co się dzieje?
- Nic. Ale zaraz może się zadzieje.
Wszystko trwało zaledwie chwilę. Do kuchni weszła Roxy, po czym witając się musnęła mamę Lalki palcami po skroni. Gdy sugestrix zadziałał szepnęła jej coś do ucha. Kobieta posłusznie ruszyła do pokoju, zaś gdy położyła się na kanapie Ruda przystąpiła do czynności. Czarowanie tylko na filmach wygląda efektownie, realnie jednak prawie nic się wtedy widowiskowego nie dzieje. Jedna dłoń przyłożona do czoła, druga do krocza, po minucie zaś było już po wszystkim. Pacjentka otworzyła oczy pytając:
- Co się stało?
- Nic mamusiu. Zdrzemnęłaś się na chwilę.
Malina mówiąc to usiadła obok niej.
- A teraz powiedz mi, od kiedy znasz Delię?
- Kogo?
- Roxy, pokaż mamie.
Ruda szybko wyjęła lusterko i zaprezentowała psychobraz.
- To przecież Dżaneta.
Lalka i Roxy spojrzały na siebie kiwając głowami.
- Aha, Dżaneta. Modne imię ostatnio.
- Co jest z nią nie tak?
- To jest nie tak, że mamy pewne przesłanki uważać, że ta cała Dżaneta chce umoczyć mocno dziób w twoich zasobach pieniężnych.
- Macie jakieś dowody?
- Takie poszlakowe poszlaki. Kiedy planujesz się z nią teraz spotkać?
- Może nawet jutro?
- Tam, gdzie zawsze? W tej waszej kafejce?
- No.
- To daj mi proszę znać, jak już tam dotrzesz.
Malina nie zdążyła doczekać się odpowiedzi, gdy nagle do pokoju weszła Mariolka i Anita oświadczając radośnie:
- Kuchnia jest na błysk!
Następnego dnia po południu faktycznie w owej kawiarni spotkało się kilka pań. Gdy mama Maliny i Borka ujrzała wchodzącą Delię vel Dżanetę sięgnęła po telefon. Po jakiejś połowie godziny do lokalu weszła Malina. Zwykle robiła to później, stawała na chwilę przy wejściu czekając, aż mama ją zauważy, po czym wychodziła. Ale tym razem podeszła do stolika. Grzecznie ukłoniła się wszystkim siedzącym.
- Dzień dobry.
- To jest moja córunia, jakbyście nie wiedziały.
- No, wspaniała dziewczyna.
- Dosiądziesz się do nas na chwilę?
W tych small talkowych uwagach nie brała udziału tylko Delia. Uważnie przypatrywała się jedynie przybyłej Lalce. A coś nagle jeszcze zwróciło jej uwagę. Za Maliną weszły dwie inne kobiety, jedna szatynka, druga ruda. Rozglądały się po sali jakby wybierając stolik, wreszcie usiadły tuż obok wspomnianej gromadki. Obie natarczywie, wręcz nachalnie przyglądały się Delii. Ta zaś wyraźnie drgnęła, odwzajemniła im ich spojrzenie, uważnie też ponownie przyjrzała się Malinie. Po czym sięgnęła dłonią do torebki, wyjęła lusterko, zerknąwszy zaś nań wstała nagle od stolika.
- Przepraszam, ja tylko... Tego...
Po kilkunastu minutach któraś z siedzących przy stoliku zauważyła:
- Co z tą Dżanetą, może coś się stało?
Malina przybrawszy swoją ulubioną minę słodkiej idiotki odparła:
- Może żelazka w domu zapomniała wyłączyć?
Wygląda na to, że tym razem pytań brak.
Więc żadnych wyjaśnień już nie trzeba.

28 lutego 2025

NIE MA JAK U MAMY (3)

Następnego dnia, w poniedziałek Anita zastosowała dietę zerową, za to gdy po południu zajechała do niej Roxy, to uraczyła ją sporą porcją odgrzanych gołąbków. Ruda ochoczo zabrała się do konsumpcji, przy okazji mówiąc:
- Malina będzie jakoś później, kończą zlecenie dzisiaj, więc...
- Wiem, dzwoniła. Ale zbadamy temat bez niej, Lalka może być potrzebna dopiero później. Na razie zajadaj, spokojnie, powoli. Są niepierdzące po, ale też dobre. Jeszcze ci dam do domu.
- To ile ty tego masz?
- Od piczy. Takiej głębokiej, że ja to pierdolę.
- To teraz wiem. Nie ma to, jak precyzyjnie podane dane.
Gdy Roxy zakończyła posiłek obie zamknęły się w pracowni. Gdy wyszły po jakiejś połowie godziny ruszyły do kuchni. Przy herbacie Ruda zaczęła:
- Wiemy tyle, że to jest spiralny urok. To nie są tanie rzeczy.
- Tak. Ale to znaczy, że nie musimy się spieszyć ze zdejmowaniem.
- To już zdecyduje Malina. Ale jest jeszcze coś. To nie jest taki typowy urok erotyczny. Tu nie chodzi o dupę twojej teściowej, ale o coś innego.
- O co?
- Jak nie wiadomo, o co chodzi, to...
- To ma sens. Mamuśka do krezusek nie należy, ale biedna też nie jest. Renta po mężu spływa regularnie zza granicy, gruba renta. Pracę też ma nieźle płatną. Przy tej rencie nie musi pracować, ale lubi, ma zajęcie, nie nudzi się. Jest kogo oskubać.
- Tak w ogóle to pistolet nie kobieta. Do tego atrakcyjna milfa. Ale jak mówię, to nie te sprawy są na rzeczy. Na koniec dobra wiadomość. Znam sygnaturę tego całego zaklęcia.
- Teraz dopiero mówisz?
- Bo byłyśmy w transie, więc nie było kiedy.
- Kto to jest?
- Jedna taka zawodowa. Stąd zresztą, z miasta. Nazywa się Delia. Głównie zajmuje się leczeniem, ale jak się trafi dobra okazja na takie zlecenie, to sama rozumiesz. Wtedy się na chwilę zapomina o specjalizacji.
- To teraz czekamy na Lalkę, trzeba pogadać, co z tym robimy.
Zanim się doczekają, to wyjaśnijmy, że magiczny urok spiralny nie jest zbyt typowym urokiem. Nie działa od razu, nie działa też z opóźnieniem. Rozkręca się bardzo powoli, stopniowo opanowując wolę uroczonej osoby. Jest dosyć pracochłonny do konstrukcji, stąd też grube ceny, które wiedźmy winszują sobie za takie zlecenie. Dodajmy jeszcze, że choć zwykle uroki kojarzą się ze sprawami zasadniczymi, to wcale tak nie musi być. Nie muszą wywoływać napalenia natury erotycznej, ale fascynację innym aspektami osoby, która taki urok zastosowała.
Roxy wie, co mówi, bo sama znakomicie zna się na urokach, Anita zawsze mówi, że jest druga po Cioci Lali. Poza tym swojego czasu próbowała kariery zawodowej czarownicy. Czyli takiej, dla której czary są głównym źródłem utrzymania. Po dwóch latach jednak rzuciła to zajęcie. Jak sama twierdziła, zaś Nita może potwierdzić, źle ta praca na nią działała. Zaczęła być zbyt pazerna na dutki, to jest dość częsta przypadłość zawodowych wiedźm. Po czym to za zebrany kapitał założyła firmę sprzątającą. Już bardzo szybko "Zielona Miotła" stała się znana na rynku takich usług. Ruda zaczęła zatrudniać same najlepsze babencje, które zajmowały się głównie dużymi obiektami, takimi jak lokale firmowe, kompleksy magazynowe, czy też sale sportowe. Rzecz jasna panie nie pracowały w bieliźnie, może czasami, jak było gorąco, ale ten konkretny sektor usług nigdy Rudej nie interesował.
To może tyle, bo właśnie do salonu wkroczyła Malina:
- Cześć łobuzice. Coś już wiecie?
- Coś tam wiemy, coś tam nie wiemy...
- Czyli?
Anita szybko zreferowała wyniki badania próbki włosów, które wczoraj Lalka zebrała ze szczotki swojej mamy. Po czym podsumowała:
- Nie jest to zbyt wiele, teraz dopiero zaczyna się jakby policyjna robota, detektywistyczna taka bardziej. Bo co z tego, że znamy konstruktora armaty, jak nie wiemy, kto z nie strzelał.
- Może ta cała Delia, jak się ją tak bardzo ładnie poprosi...
Roxy roześmiała się.
- Zgłupiałaś? Żadna zawodowa siostra nigdy nikomu nie ujawni swoich zleceniodawców. Nawet taka zła kretynka, jak Pamala stosowała tą zasadę.
- Są na to sposoby.
Tu z kolei Anita zarechotała.
- Tak, metody kaśkowe. Najpierw spuścić bęcki, potem napoić verakolą na chama. To zawsze mamy w odwodzie, w ostateczności, ale najpierw bym zastosowała coś łagodniejszego, subtelnego. Jak się kochasz, to od razu siadasz gołą psitką na dziób? Czy najpierw jakieś przytulaczki?
- Czasem od razu.
- To teraz nie jest ten czas. Aha, jeszcze jedno. Musimy zdecydować, czy zdejmujemy z niej to zaklęcie, czy może trochę poczekamy? Ja jestem za tym drugim, ale to twoja mama, więc ty masz ostatnie słowo.
- I Borka.
- No tak, ale Borka to ja biorę na siebie.
- Albo pod siebie.
Malina zaśmiała się z własnego dowcipu, ale Anita go olała.
- Borek w ogóle o niczym nie musi wiedzieć. Babskie sprawy. On się może tylko przydać, gdy potrzebna będzie ta jego antygrawitacja. Czyli jak zajdzie jakiś wariant kaśkowy, konieczność użycia siły. Ale na razie nie przewiduję.
- No, dobrze ale ja się zgadzam, żeby na razie nie zdejmować z mamy tego zaklęcia. To nam ułatwi dojście do zleceniodawcy. Ruda co ty na to?
Roxy tylko kiwnęła głową, po czym spytała:
- Nitka, czy jak mi odgrzejesz jeszcze po takim małym gołąbku, to...
- To nic ci nie będzie. Dupcia nadal jak ze sztancy.
Ruda miała jakby lekkiego hopla na punkcie własnej figury, takiego trochę ponad średnią krajową, więc bardzo starannie przyglądała się temu, co spożywa. Nieraz aż za starannie. Zaś Malina ruszyła do kuchni.
- To ja odgrzeję. Sama nic od samego rana nie jadłam, tak cisnęłyśmy robotę. Gdzie to masz? W lodówce?
- Jakiej tam znowu lodówce, pół zamrażarki mam zajęte.
Gdy wróciła razem z Roxy zabrały się za jedzenie, przy okazji też wszystkie wróciły do głównego tematu.
- To co robimy?
- Ty łazisz za mamuśką. Jak cień. Jutro możesz nawet do jej pracy zajrzeć. Masz parę wolnych dni do kolejnego zlecenia, to... Aha, wiem, że to nieładnie, ale spróbuj może zalukać do jej telefonu.
- Może lepiej wszystko jej powiedzieć? Ona ma fajny stosunek do magii, nie uważa nas za jakieś nawiedzone idiotki. Taka rozmowa może wiele ułatwić, dostarczyć jakichś danych.
- Tak też zrobimy, ale dopiero jak zdejmiemy z niej urok. Za parę dni. Pod wpływem zaklęcia może gadać bzdury, ściemniać, by na przykład chronić tą osobę. Całkiem podświadomie, jako skutek uboczny.
Roxy spytała nagle:
- Gdzie pracuje nasza mamuśka? Bo jakoś w lecie nie dopytałam. Bardziej mnie fascynowała jako osoba, wyluzowana dupencja, a nie to, jak zarabia na swoje rachunki do płacenia.
- Jest kustoszką i robi też różne ekspertyzy na zlecenie. Ale słuchaj teraz. Ja ją namierzam przez szklaną kulę. A ty może popróbuj przez nici aka. Ja wiem, że to jest strasznie gówniana robota, do tego rzadko skuteczna, ale co ci szkodzi, jak masz wolną chwilę? Weź ze dwa te włosy, pobaw się nimi jakoś.
- Nie ma sprawy. 
Wtedy wtrąciła Malina:
- Ja bym jednak chciała jeszcze zobaczyć tą Delię, tą co zmontowała to całe gówno. Mam jakieś dziwne przeczucie, że ona może być bardziej tego, nie tylko jako sprzedawczyni zaklęcia.
Roxy odparła:
- Czy ja mam jakieś archiwum, katalog wszystkich zawodowych sióstr na mieście? Nie wszystkie zresztą znam, więc...
- Ale tą konkretną znałaś, tak? Więc...
- No, dobrze. Tylko lusterko wydłubię, psychobraz ci pokażę.
Psychobraz jest po prostu zrzutem pamięci tego, co się widziało. Nie jest to jak fotka, bo różną można mieć percepcję czegoś, ale mimo to narzędzie dość użyteczne. Ruda położyła lusterko na dłoni, po czym zamknęła oczy. Po jakiejś chwili Anita i Malina zobaczyły na jego powierzchni niezbyt wyraźny obraz postaci kobiecej.
- Możesz podkręcić, wyostrzyć, czy coś tam?
- Spokojnie, właśnie próbuję to zrobić.
Kobieta najpierw zamigotała, potem zniknęła, potem znów się pojawiła, tym razem już było ją widać wyraźniej. Lalka pisnęła motywacyjnie:
- No, Rudaśku, jeszcze trochę... Mam! Kocham cię! Przytrzymaj to jeszcze chwilę, niech się upewnię. Tak, to na pewno ona.
Roxy otworzyła oczy, znikając tym samym obraz w lusterku, po czym we dwie razem z Anitą spojrzały uważnie na Malinę.
- Co masz?
- Co ta ona jest ona?
Lalka uniosła dumnie brodę do góry i odparła:
- Jak to co? Po prostu kurwa znam tą babę.
Skąd Malina może znać czarownicę Delię?
Kto mógł kupić u Delii drogie zaklęcie?
W tym odcinku to już się nie wyjaśni...

25 lutego 2025

NIE MA JAK U MAMY (2)

Dysonans poznawczy, który demonstrował Borek był silniejszy od zabiegów motywacyjnych Maliny, więc ona sama przejęła wyznaczoną mu rolę. Za jej sprawą zawartość waz szybko została rozdysponowana po talerzach. Anita chwyciła ochoczo za sztućce, ale zanim zaczęła ich używać odwróciła się do właśnie wracającej teściowej:
- Mamciś, te jedne to jakby znam. Znaczy nie takie centralnie, ale podobnie zawijane. To jest por, tak? Znakomity pomysł. Ale te drugie, to ja już głupia jestem. Liście winogron, tak po grecku? Tylko skąd teraz liście winogron?
- Można kupić Anitko, takie w słoiku, w zalewie. Ale to akurat nie są liście winogron. Roślinę powinnaś znać, ale takiego zastosowania może już nie.
Gołąbki były niezbyt duże, więc Anita jednego wcisnęła sobie do ust całego. Chwilę przeżuwała, wreszcie gdy odzyskała zdolność mówienia stwierdziła:
- Jak spojrzę tak, to nie wiem. Ale jak tak, to też nie wiem. 
- Dobrze, powiem ci, bo to jest trudna zagadka. To jest bardzo stary sposób na gołąbki, znany zresztą, czy też raczej zapomniany tylko lokalnie. Zamiast kapusty do zawijania używa się liści szałwii.
- Czego?
- Szałwii. Ile znasz rodzajów?
- Nooo... Sporo tego jest. Ja akurat używam tylko kilku. Do różnych rzeczy zresztą, ale jakoś nigdy jako integralny składnik posiłku.
- To jest szałwia łąkowa. 
Zanim Anita zdążyła zareagować odezwał się Falibor:
- Czuję maliznę. Poproszę dokładkę. Bo tu pusto coś w tych miskach.
- Ależ Boreczku, nawet pięć. Jeszcze do domu zawieziecie.
Mariolka dodała:
- Jest prawie pół kuchni tego towaru. Od wczoraj to pichcimy we trzy. Jak coś już robić, to porządnie, tak?
Jednak Nita jeszcze dopytała:
- Ale tej szałwii chyba nie kupuje się w słoikach?
- Nie. Sama rośnie.
- O tej porze roku ma takie liście?
- Mam koleżankę, a koleżanka ma sporą szklarenkę. W tej szklarence ma naprawdę bogaty zielnik. To ja tą szałwię mam właśnie od niej.
Anita spojrzała na Borka z ponurą miną mówiąc:
- Kochanie nalej mi wina i przytul, bo będę ryczeć.
- Czemu niby?
- Właśnie wyszłam na kretynkę. Przecież my coś takiego planujemy zakładać u siebie na wiosnę. Od dawna mi to chodzi po głowie, tylko zawsze coś musi wyskoczyć. Taka karma, jak mówią.
Ryczenia bynajmniej nie było, tylko ogólny śmiech przy stole, zaś gdy tempo pochłaniania dalszych transz gołąbków zahamowało mocno swoje tempo, Malina odezwała się do Anity:
- Chodź bratowa na przerwę, pogadamy sobie chwilę.
Gdy już usiadły w osobnym pokoju Lalka spytała:
- Co się dzieje?
- Mama ma pluskwę.
- Serio? Nic nie wysensowałam. A przecież od wczoraj prawie wciąż jestem obok. W kuchni to wręcz deptałyśmy sobie po cyckach przy tej całej robocie z gołąbkami. Obie cięgiem w domu, do sklepu tylko Miolka jeździła. Mogłam się tak znieczulić?
- Bo ja wiem? Może niekoniecznie. To jest bardzo niewielka pluskwa, bardzo delikatne zaklęcie. Sama też to czuję tylko przy bardzo bliskim kontakcie.
- Może coś starszego, co już wietrzeje?
- Żeby coś mogło zwietrzeć, najpierw musi być mocniejsze, ale wtedy to już byś to wyraźnie poczuła. Tak?
- Niby tak. Ale wiesz, cały ostatni tydzień poźno wracałam do domu, prawie wcale się nie widywałyśmy. Za to rano już zawsze wychodzę wcześniej do swojej roboty.
- Nie trzeba się widywać. Macie jedną wspólną łazienkę, jakieś ręczniki tam ciągle wiszą. Jej, twoje, Mariolki. Albo inne takie rzeczy. No, ale...
- A co to może być?
- Tego jeszcze nie wiem, za małe to jest. Pierwsza myśl, to albo klątwa, albo urok, to najpierw przychodzi do głowy. Ale przecież wiesz, jak różne mogą być zaklęcia. Czasem nieklasyfikowalne.
Anita zrobiła pauzę poprawiając włosy.
- Aha, czyli nie wiesz, co ona robiła przez ten tydzień?
- Chyba nic specjalnego. Normalnie, praca, sklepy, dom, może też zajrzała do Oktagonu. Ma free kartę od Kaśki, ale bardzo rzadko tam jeździ. Stąd to jest drugi koniec miasta. Jak coś ćwiczy to zwykle tutaj. Za to jakby się źle czuła, to bym wiedziała, bo by dzwoniła.
- Ma teraz kogoś?
- To akurat wiem najmniej. Tyle, co przypadkiem coś usłyszę, zauważę. Do domu nigdy chłopów nie zaprasza, za to niedawno na Walentynki...
- No, co wtedy?
- Wylaszczyła się i gdzieś pojechała, ale nawet nie wiem dokładnie gdzie. Wieczorem, takim późnym wróciłyśmy z Miolką z miasta, to ona już była. Zaś reszty weekendu to nie wiem, bo same pojechałyśmy na grubszą imprezę.
- Sorry, że tak wypytuję, ale...
- Nie, no weź... W takiej sytuacji nawet powinnaś.
- Dobrze, to tyle. Wracamy do stołu.
- Czekaj, ale co mam teraz robić?
- Nic. Nie myśleć o tym. Za dużo myślenia zaburza percepcję. Dziś zrób tylko jedno. Będąc w łazience coś skubnij. Wiesz, jakieś włosy ze szczotki, czy inny ślad. Ja jutro spotkam się z Rudą, zbadamy to sobie dokładnie. Bo może nic się nie dzieje, może zaszła tylko jakaś fluktuacja bez znaczenia.
Gdy już wróciły zastały miły, rodzinny klimat. Już nikt nic nie jadł, może poza Borkiem, który co jakiś czas leniwie sięgał widelcem do jednej, czy drugiej wazy z niedobitkami gołąbków. Anita podeszła do niego, poczochrała czule po głowie i spytała:
- No, ile tego w siebie wbiłeś?
Zamiast jego odpowiedzi usłyszała mamę:
- Boreczek to dobry dzieciak. Wszystko zje, czy to kraszone, czy wege.
- No, nie wiem. W naszym firmowym barze na dole to on tylko krewetki plus frytki belgijskie. Nic innego tam nie tknie. A wybór jest naprawdę niezły, jak na takie miejsce.
Reakcja Borka była natychmiastowa:
- Bo tam nic innego nie nadaje się do jedzenia.
Gdy już wieczorem wracali do domu znowu padło na niego, żeby prowadził. Ruch na mieście był żaden, do tego mieli szczęście do zielonego. Zatrzymali się tylko raz, ale gdy Falibor sięgnął wtedy ręką, to jego dłoń napotkała na wielki pojemnik, który Anita piastowała na kolanach.
Na jak długo wystarczy im otrzymanego zapasu gołąbków?
Czy naprawdę jakieś zaklęcie przykleiło się do mamy?
W tym odcinku to się już nie wyjaśni...

23 lutego 2025

NIE MA JAK U MAMY (1)

Odkąd stało się dla obojga jasne, że są razem, to Borek zawsze lubił cieszyć oczy widokiem ubierającej się Anity. Jednak tegoż niedzielnego południa, czy raczej już wczesnego popołudnia ów show został mu nagle przerwany:
- No, Słodziak, ogarniaj się.
- Niby dlaczego?
- Przecież jedziemy na obiad.
- Na obiad? To nie zamówimy pizzy, czy też może...
- Nie. Dziś nie zamówimy ani pizzy, ani morza.
- Dobrze, to ja mogę szybko skoczyć po coś do...
- Nie. Nigdzie nie masz skoczyć. To ty nic nie wiesz?
- Powinienem?
- Twoja siostra nic ci nie mówiła?
- Nie gadałem z Maliną chyba ładne parę dni. Ty mi powiesz?
- Niestety muszę. Nie jedziemy na obiad jako na nażarcie się, tylko na obiad. Takie spotkanie towarzyskie w miłym gronie.
- To teraz podczas obiadów się nie je?
- Zaraz ci jebnę. Jedziemy do mamy. Znaczy do twojej i Maliny mamy, mojej teściowej zresztą, jakby kto pytał. Taki był plan, który zrealizujemy.
- Taki był plan? Czemu nic o tym nie wiem?
- Bo jesteś idiotą? No, dobrze, niech będzie, że to ja jestem głupia. Bo sobie wymyśliłam, że Lalka ci powie. Czy też mama. To przecież ona nas zaprasza.
- Od kogo to wiesz?
- Od mamy. Właśnie wczoraj do mnie zadzwoniła w tej sprawie.
- To po co ktoś ma jeszcze dzwonić do mnie?
- Żebyś wiedział.
- Przecież już wiem. Od ciebie.
- To na co czekasz? Do łazienki kurwa!
Gdy wyjechali Borek po drodze zapytał Anity:
- Z jakiej okazji w ogóle ten obiad?
- Bo wasza mama nas kocha?
- A tak poważnie?
- Tak poważnie, to teraz skręć w lewo i stań tam.
- Tam mama nie mieszka.
- Ale tam wyskoczę kupić jakieś sensowne wino.
- Mogliśmy od razu kupić pod domem. Teraz jest dużo sensownego wina na rynku. Nawet w zwykłych, prostych sieciówkach.
- Masz rację, ale nie bardzo. Tak się kupuje wino do chipsów, czy jakichś innych pogryzajek. Nie znamy się na winach, nie jesteśmy koneserami, więc wtedy kupujemy na czuja, tak raczej randomowo. Bo jaka wtedy różnica? Wino jest wino. Ale jak kupujesz wino do konkretnego dania, na przykład do gołąbków, to trzeba konsultacji. Taka zwykła dziunia za kasą sieciówki się nie zna nic, ona ci gówno powie. Ale szefuńcio tego sklepu już zna ten temat na wylot. Takich sklepów jest niewiele na całe miasto. Ten akurat znam.
- Pupcia sorry, ale my tu już stoimy, do tego parę minut. Więc czemu zamiast wyskoczyć szybko po to wino ty mi teraz robisz taki wykład?
- Bo mnie trzymasz za cipę?
- Aha... Faktycznie. To teraz kicaj, czekają na nas.
Gdy już ruszyli spod sklepu i stanęli na światłach Borek zapytał:
- Czy mi się zdawało, czy coś wspomniałaś o gołąbkach?
- Zdawało ci się. A teraz zabieraj tą łapę, zielone mamy.
Wreszcie dotarli na przedmieście pod niewielki domek, w którym jak wiemy mieszka też Malina. Plus Mariolka, tak jednym pośladkiem, dziewczyna Lalki ostatnimi czasy. To ona właśnie otwarła drzwi, zaś gdy już weszli do środka, rozpłaszczyli się, Borek pociągnął nosem mrucząc:
- Kapustą faktycznie jakby nie pachnie. Ale...
Jednak gdy ruszył do kuchni drogę zastąpiła mu Malina:
- Wypad! Wynocha do pokoju! Ręce myć i do stołu.
Za Lalką wyjrzała też główna gospodyni. Pokazała nowym gościom, jakby wyjaśniająco dłonie odziane w kuchenne rękawice, więc przywitała ich dość symbolicznie. Do Borka tylko się uśmiechnęła, zaś Anitę uraczyła buziakiem w policzek, odwzajemnionym zresztą. Ale ta przy okazji lekko drgnęła, jakby nieco zesztywniała, tak na nanosekundę, więc nikt tego nie zauważył, jednak spojrzała jeszcze za teściową wracającą do kuchni. Zdążyła za to chwycić Malinę za łokieć, zanim ta też tam weszła:
- Lalka, musimy pogadać.
- Teraz? Nie ma opcji, robię coś.
- Nie teraz, nie aż tak. W pierwszej wolnej chwili.
- Coś się dzieje?
- Nie wiem. Mówię tylko, że musimy pogadać.
Zanim jednak doszło do tej ich wolnej chwili podano do stołu, na nim zaś honorowe miejsce zajęły dwie duże wazy. Gdy już zdjęto ich pokrywy Borek uniósł się ze swojego krzesła aby zajrzeć do ich wnętrz. Po czym spojrzał na Anitę jakby z wyrzutem mówiąc:
- Zdawało mi się, tak? Wiedziałaś wcześniej?
- Wiedziałam. Ale to miała być niespodzianka taka. Więc jak już się mało nie wygadałam, to paliłam głupa, żeby się nie rozpruło do końca.
- No, już dobrze. Ale te gołąbki są jakby takie...
Wtedy odezwała się Malina:
- Braciszku, może przestań gadać, tylko jako jedyny facet przy stole obsłuż panie. Albo nie, zróbmy inaczej. Myśmy tu we trzy już się zapachem wstępnie najadłyśmy, więc zacznij od swojej pani, potem się sobą zajmij. No! Ruchy! Hophophophop...
Mama za to dodała:
- Za to ja, jako najmłodsza skoczę po korkociąg i otworzę butelkę.
Czy coś jest nie tak z gołąbkami?
Co Anita ma nagle do powiedzenia Malinie?
W tym odcinku to się już nie wyjaśni...

01 lutego 2025

LET'S GET READY TO RAMBLE! 2 (part three)

Temat wrócił w czwartek, gdy wiedźmy spotkały się w Pleciudze.
- Kasiu, jeśli chcesz wygrać dla Aldony tą walkę, to przecież wystarczy zrobić jakieś lekkie kuku tej całej Magdzie, a to umiesz wyczarować od ręki.
Anita weszła w słowo Roxy, wzdychając filozoficznie:
- Niestety, klątwy to najłatwiejsze zaklęcia.
Malina ruszyła z odsieczą:
- Nic nie rozumiecie. Kasia nie ma nic do Maczugi. Nie chce jej szkodzić. Ich bilans się zamknął na tamtej gali, na tamtej walce we wrześniu.
- Dokładnie. Ja chcę, żeby Aldona wygrała, ale według reguł.
To już dodała Kaśka, za to Roxy pokręciła głową:
- Ciekawe. Mistrzyni ulicznej walki bez reguł nagle dba o czystość tych reguł. Takie to jakby oxymoroniczne, paradoksalnie. Czyli mam rozumieć, że jak ta Magda wyjdzie do walki czysta, to...
- To jeśli będzie lepsza, wtedy będzie lepsza.
- No? To takie proste.
Mówiąc to roześmiana jak zwykle całą sobą Mala wstała od stolika. 
- Ja już uciekam, na chwilę tylko zajrzałam. 
Gdy odchodziła Roxy spojrzała na Anitę:
- Coraz poważniej to love się rozwija.
- Głupia jesteś. Sprawdzian ma dziś z matmy. A tobie tylko fiuty w głowie. Zresztą Mirka i tak nie ma w mieście, jest tam na miejscu.
Kaśka wstrzelając to zamknęła temat...
Za to w sobotę w południe wsiadła do klubowego wana. Nie sama zresztą, bo zabrała ze sobą swego Adaśka. Taki wspólny wypad za miasto miał być. Gdy dojechali na miejsce Kaśka machnęła wejściówką wielkiemu człowiekowi na bramce, ten spojrzał pytająco na idącego za nią jeszcze większego od siebie chłopa, ale ów chłop rzucił tylko:
- Służbowo. Rozporek zapnij.
Zanim do bramkarza dotarło, że spodnie jego dresu nie są wyposażone w ów detal oboje byli już w środku. Kaśka rozejrzała się dookoła, po obiekcie, tak ogólnie po sytuacji, po czym oświadczyła:
- Słonko, ty się tu pokręć, zajmij się czymś, idź do baru, czy coś tam rób, a ja muszę do pracy. Kogoś ci przyślę, kto ci da glejt do viploży. Tam chwyt na rozporek może nie zadziałać.
Zanim Kaśka dotarła do szatni, gdzie była już ekipa Aldony, najpierw znalazła Malę. Obejrzała dziewczynę od stóp do głowy mówiąc:
- Nawet fajnie was ubrali. Wyglądasz jak milion dolarów.
- Ale miałam przygodę wczoraj.
- Coś zrobiła?
- Bo wczoraj po ważeniu dostawiał się taki do mnie. Nawet miły na początku, ale potem zaczął być upierdliwy, aż za bardzo. A mnie się wtedy skończyła asertywność, więc...
- Nie mów, że plunęłaś ogniem.
- No coś ty, zgłupiałaś? Zaaplikowałam mu głupiego jasia.
- I co potem?
- Nie wiem. Znaczy jakiś ochroniarz go namierzył i go wyprowadził, bo facet wyglądał, jakby się czegoś nabździał.
- Bo tak się wygląda po głupim jasiu. Dobrze, a co z naszą sprawą? Masz tą fuchę? Tablicujesz tą naszą walkę?
- Pewnie, że mam. Jak się bardzo, bardzo ładnie poprosi, to się ma wszystko.
- Dzień dobry pani Kasiu.
- Dzień dobry. Kto to jest?
Kaśka wskazała głową na dwie mijające ich dziewczyny ubrane identycznie jak Mala, ringdupy z tej samej ekipy.
- One ćwiczą u nas. Mówiłam ci. 
- Josh. To teraz szybko powtórzmy. Przechodzisz obok niej i jak poczujesz, że jest pod zaklęciem kiwasz mi głową. Jak jest czysta, wtedy kręcisz.
- Proste jak robienie gały.
- Mala! Co to za język? Tak kobiety nie gadają.
- No co? Normalny.
- Ale nie jak jesteś w tych szykownych ciuchach!
- Ojtamojtam. Nie ciuchy robią gałę.
Gdy chwilę się pośmiały Kaśka oświadczyła:
- To widzimy się w klatce. Idę do Aldony.
Wreszcie nadeszła pora walk. Mecz Bestii Maczugi i Szalonej Aldony okazał się być nagle, wbrew planom, ostatnim spotkaniem, walką wieczoru. Gdy obie zawodniczki weszły do klatki konferansjer nie omieszkał wspomnieć paru słów na temat Kaśki, niedawno poprzedniej przeciwniczki Maczugi, która sekundowała Aldonie. Nie przewidział skutków. Część widowni znała ją, pamiętała tamtą walkę, więc sala ryknęła:
- Piękna! Piękna!
Aby opanować sytuację Kaśka chwyciła Aldonę za rękę, pociągnąła ją na środek klatki, sięgnęła po mikrofon, uciszyła gestem widownię i unosząc ramię zawodniczki do góry zaczęła skandować:
- Szalona! Szalona!
Nastąpił ogólny zgiełk, który ucichł dopiero wtedy, gdy Mala chwyciła za tablicę z wymalowaną jedynką i rozpoczęła obchód klatki. Przechodząc obok Maczugi zwróciła głowę do Kaśki, po czym pokręciła głową. Zaś wspomniana Maczuga zdjęła z siebie koszulkę pod którą, na brzuchu pod topem miała wymalowany napis: "TWOJA DUPA JEST MOJA". Wreszcie zaczęło się. To była bardzo naprawdę dynamiczna runda, pełna nienagannej techniki, które prezentowały obie panie. Także obronnej, gdyż tak naprawdę niewiele ciosów, czy kopnięć docierało do ich celów. Niemniej jednak było na co popatrzeć. Gdy po zakończonym starciu Donica szła do narożnika Kaśka spojrzała na trenera Karaczyńskiego mówiąc:
- Jak na moje oko remis.
- Na to wygląda.
Mala chodząc z tablicą z dwójką po klatce starannie kombinowała, żeby jak najdłużej być w poliżu Maczugi. Wreszcie tak jak poprzednio pokręciła głową do Kaśki. Za to sama druga runda była zupełnie inna, niż pierwsza. Obie panie wykonały klincz trwający nieustannie do końca starcia. Reguły muay thai dopuszczają taką sytuację, odmiennie do innych odmian boksu, czy kick boksu. Nie znaczy to bynajmniej, że one tam sobie odpoczywały, rolę głównej broni przejęły łokcie i kolana, ale dla zwykłego kibica, nie fachowca jest to jakby mniej atrakcyjne. Gdy Aldona wróciła do narożnika trener Karaluch spojrzał na Kaśkę.
- Znowu remis?
- Teoretycznie tak. 
Mówiąc to kobieta bacznie obserwowała Malę, która dziarsko niosąc tablicę znowu kręciła się głównie przy wrażym narożniku. Znowu też pokręciła głową na koniec swojego obchodu. Trzecia runda była chyba najtrudniejsza do wypunktowania dla arbitrów. Zaczęła się jak poprzednia, od klinczu, ale potem nastąpiła istna wojna, zaciekła wymiana potencjalnie dewastacyjnych technik. Nic jednak nie wskazywało na przewagę którejś ze stron, wreszcie starcie się zakończyło. Zanim jednak nastąpił werdykt, Kaśka oświadczyła:
- No, Donica, zwieraj poślady. Musisz to dokończyć.
Istotnie, arbitrzy wypunktowali remis po tych trzech rundach, a to zaś oznaczało czwartą, według nieco innych reguł. Polegały one na tym, że obie panie mają walczyć bez rękawic, w samych bandażach na rękach, zaś gra toczy się do knock outu, bez ograniczeń czasowych. Tymczasem Mala manewrowała, aby być jak najbliżej Maczugi. Przy okazji, zapewne niechcący zyskała mnóstwo aplauzu widowni po tej stronie klatki niezbyt elegancko poprawiając detale garderoby, tak na niby, aby móc się na chwilę tam zatrzymać. Wreszcie jednak nastał moment, gdy kiwnęła głową do Kaśki. Ta zareagowała już błyskawicznie. Podanie Aldonie odpowiedniego bidonu było kwestią chwili. Według wcześniejszej zapowiedzi nie mieszała się do tego, jak prowadzi ją trener Karaczyński. Nie podpowiadała jej niczego z narożnika podczas walki. Tym razem jednak zapuściła jej do ucha:
- Zejdź jej z dyszla, wal prawy low kick i lewy okrężny na górę. Prymitywnie, oldskulowo. Uciąć nogi, urwać łeb.
Kaśka trafnie przewidziała pierwszy atak Maczugi. Aldona zrobiła unik przed lewym prostym, po czym wypuściła koszmarnie szybkie, mocne kopnięcie na nogi. Lewe mawashi kubi geri odcinające dopływ krwi do głowy tętnicą szyjną zakończyło czwartą rundę zanim się jeszcze na dobre zaczęła. Arbiter ringowy krzyknął stop, odepchnął Aldonę na bok, po czym pokazał, że żadne liczenie nie ma sensu. Za to Kaśka skwitowała akcję:
- Nie jestem pewna, czy lubię patrzeć na bitego człowieka.
Po jakiejś godzinie, podczas której działo się sporo, Kaśka znalazła Malę:
- Chcesz się z nami zabrać? Bo my z Dachem wracamy.
- Nie, dzięki. Ja zostaję na after party, wrócę jutro z Mirkiem. 
- Jasne, rozumiem.
- Ale czekaj chwilę. Coś musisz wiedzieć.
- No?
- Magda była pod zaklęciem. Łyknęła eliksir tuż przed czwartą rundą. Ale gdyby była czysta, to też bym ci kiwnęła głową.
- Tak ci zależało na wygranej Aldony? Przecież wcale jej nie znasz. Jaki masz w tym interes?
- Znam ciebie.
Mala naśladując manierę Roxy liznęła Kaśkę po policzku, po czym odtuptała w swoim kierunku ze słowami:
- Do poniedziałku siostro.
KONIEC TEGO MINISERIALU

27 stycznia 2025

LET'S GET READY TO RAMBLE! 2 (part one)

- No, Turbi, widzę, że jest dobrze?
Tak zagaiła Roxy, gdy piątka czarownic rozmościła się dookoła swojego stolika w Pleciudze, zaś kelnerka odeszła po zrealizowaniu zamówienia. Mala nie przerywając swojego jak zwykle radosnego uśmiechu wykonała pytanie:
- O co ci chodzi Marchewo?
- Nie, nic takiego. Po prostu masz fajną aurę.
- Jakiś problem z moją aurą?
- Właśnie nie. Jak zwykle masz zdrową aurę, ale od jakiegoś czasu jeszcze zdrowszą. Masz aurę typową dla człowieka pozbawionego deficytów na tle spraw zasadniczych. Malina ci to wyjaśni, ona najlepiej się zna na aurach.
Lalka zareagowała od razu:
- Nic jej nie będę wyjaśniać. Spraw zasadniczych też nie. To jest już dorosła dziewczynka, sama sobie o to zadba.
W tym momencie Kaśka mruknęła:
- Ważne, że resory w furgonie są całe.
Mala zaoponowała:
- Już nie robimy tego w żadnym furgonie. To było tylko tak na początku, taka wtedy zaistniała sytuacja.
- No, i prawidłowo. Na tym polega ten sport, że...
Roxy nie dokończyła, bo przerwała jej Anita:
- Laski, odczepcie się może od niej, co? Młoda przeżuwa swoją pierwszą poważną miłość, a wy koniecznie chcecie jej to spieprzyć.
Ale Ruda nie odpuszczała:
- Przeżuwa, czy przeżywa? Tego się raczej nie gryzie.
- Co cię obchodzi nagle, co ona z tym robi?
Nita siorbnęła łyk kawy i zakontynuowała:
- Ja dziś nie mam za dużo czasu na babskie gadanie o fiutach, więc może zajmijmy się ustaleniem, czy robimy sabat jutro, czy za tydzień?
Pierwsza odpowiedziała Mala:
- Ja bym prosiła jutro. Bo za tydzień chcę jechać na galę.
- Na galę mordobicia?
- No tak. Przecież Mirek się tym zajmuje, organizacją walk.
- A ty chcesz chłopu zawracać tyłek w pracy? Ryzykowne.
- Nie, bo to się zaczęło od żartu. Gadaliśmy sobie tak tylko, czy bym może nie chciała wystąpić na gali jako ringdupa.
- Kto to jest ringdupa? Bo ja się na tym nie znam.
Kaśka przejęła piłkę:
- Ringdupa to jest taka panienka, hostessa, która towarzyszy zawodnikom po drodze na ring, która nosi tablice z numerem rundy i w ogóle.
- Co w ogóle?
- No, ma dziarsko kręcić pupą, prężyć cycki i miło się uśmiechać do kamery przy każdej tylko możliwej okazji.
- To na co ty Malusińska czekasz? Masz powody do dumy, to pokazuj. Tak działa każda normalna, zdrowa psychoneuronicznie kobieta. A nie jakaś tam pruderyjna, zblokowana psita.
- Mirek też tak mówi. Tylko boi się jednego.
- Niby czego?
- Że mi inne dziewczyny oczy wydrapią i poleją mnie kwasem.
- Aha, tak z zawiści? Ładnie ci to powiedział. Że jesteś wyjątkowo śliczna, akurat dokładnie to znaczy, jak tak chłop mówi. Ale faktycznie, takie akcje jak mówisz czasem się przytrafiają. Wśród modelek, czy też cheerleaderek. Baby faktycznie potrafią być ostro zawistne.
Malina zaprotestowała:
- Ale nie róbmy z tego reguły. Ja kiedyś, jak byłam z Jarkiem, jak jeszcze mu nie odbiło, to rozłożyłam nogi dla jakiegoś pisemka. Moja zacna cipa poszła na rozkładówkę. Jarkowi się to podobało, a ja miałam parę groszy do przodu. Było nas na tej fotosesji chyba z pięć, czy sześć. Bardzo fajne dziewczyny, wszystkie się wspierałyśmy, kibicowałyśmy sobie. Tak więc różnie to bywa.
- No dobrze. Czyli rozumiem, że robimy sabat jutro, a za tydzień nasza Turbi jedzie twerkować, tak? Wszystkie za? Sprzeciwu nie widzę. To jutro o ósmej spotykamy się u mnie. Tak?
- Jest jeszcze coś.
Tego popołudnia Mala była wyjątkowo gadatliwa.
- To w sumie wiadomość dla Kasi, ale chyba dla wszystkich. Mirek mi wczoraj powiedział, że na tej gali ma walczyć Magda Maczuga. Bestia, ta, co wiecie, co jej Kasia spuściła łomot.
Maczeta wzruszyła ramionami.
- Czemu mnie to ma obchodzić?
- Nie wiem. Pomyślałam, że dobrze, żebyś wiedziała.
Tu wtrąciła Malina:
- Czyli nie będzie waszego rewanżu?
- To nie ma nic do rzeczy. Ale rewanżu nie będzie, tak, czy inaczej. Ja już to kiedyś mówiłam. Po pierwsze ona tego nie zażąda. Po drugie nawet jakby, to ja to oleję.
Anita jakby się ożywiła:
- Czemu? Coś mi umknęło? Mało się interesuję tym sportem.
- Bo wiadomo, że będzie znowu oszukiwać. Jeśli rewanż, to tylko na moich warunkach. Totalnie prawdziwa realna walka. Ja tylko do takiej ćwiczyłam, sport wyczynowy to zawsze jest walka umowna, gra taka, niezależnie od tego, jak poluzujesz reguły. Walka realna do sportowej ma się tak, jak przemoc do bedeesem, które jest tylko zabawą w przemoc. Na ulicy wielu sportowców potrafi nieźle dać dupy.
Tym razem Roxy zainteresowała się tematem.
- No, ale znasz się przecież na walce sportowej, na każdej formule. Każdemu dokopiesz jak wystąpisz, tak?
- Czy każdemu, to już nie wiem. Ale znać się muszę jakby z konieczności. Realnej walki nie ma jak sparować, więc można tylko tak. Jednak kariera zawodniczki na ringu, czy w klatce mnie nie interesuje, po prostu. Niestety Turbinko, twój Mirek takiej realnej walki na legalu nie zorganizuje. Chyba, że zejdzie do jakiegoś podziemia, ale to już oznacza jakieś kłopoty. Tak z czystej ciekawości, to z kim Magda ma walczyć?
- Nazwiska mi nie mówił, powiedział tylko, że jakaś Aldona.
Kaśka nagle się mocno ożywiła.
- Aldona? Szalona Aldona? Jej też pieczywo padło na mózg?
- Znasz ją?
- No pewnie. Lalka, ty chyba też powinnaś ją pamiętać?
- Chyba tak? Ostro kiedyś razem trenowałyście.
- Szalona Aldona zrobiła niezłą karierę na ringu. Nachapała się tytułów jak gąsior klusek, a potem jak prawie wszystkie mądre laski szybko dała sobie spokój. Buzi żal po prostu. Widać ją teraz naszło na freak fighty.
- Dobra jest?
- Znakomita. W uczciwej, sportowej walce według reguł. Ale nie z Maczugą. Po pierwszej rundzie będzie z niej już Szczerbata Donata, po drugiej Zabita Julita. Chyba mnie ta sprawa zainteresowała.
Tego dnia do końca pleciugowych babskich pogaduch Kaśka nie odezwała się już ani jednym słowem. Za to w domu od razu chwyciła za telefon.
BĘDZIE DALSZY CIĄG

23 stycznia 2025

DŁUG (epilog)

Asertywność to sztuka takiego odmawiania, aby nie tworzyć dodatkowej złej krwi, złych wibracji na świecie. To sztuka takiego mówienia NIE, aby brzmiało jak TAK. To sztuka walenia w ryj tylko wtedy, gdy ktoś samemu się o to prosi. - -- Pupciaaa!
- Co jest Robalu? Coś znowu wykonał?
- Ty dzisiaj robisz jakiś sabat, czy inne czary mary?
- Nie, dlaczego?
- Bo tak stoję na schodach, stoję sobie i sobie widzę, że jakieś dupy nam się złażą do domu. To tak ma być?
- Co znowu za dupy?
- No, te nasze, same swoje.
- Ach, te nasze. To tak ma być.
- Rozumiem. No, to jak tak, to tak.
Podczas tej rozmowy Anita wyszła z sypialni dość mocno rozmamłana, rozczochrana, do tego rozmazana makijażowo. Objąwszy Borka w pasie wychyliła się zza jego pleców i krzyknęła do wiedźm rozgaszczających się po salonie na dole:
- Dziuńki! Poróbcie sobie tam coś do picia, czy coś. Bo nam się trochę zeszło, muszę się tego, tu, ogarnąć jakoś tam.
- Ależ Niteczko, nie rób zagadnienia. Damy sobie radę.
Roxy mówiąc te słowa posłała im buziaka i ruszyła do kuchni, przy wtórze radosnego trajkotania pozostałych, Kaśki i Maliny, głównie tej drugiej. A była to sobota, takie niezbyt późne popołudnie...
Po jakimś tam czasie, niezbyt długim zresztą, Anita już ogarnięta, choć nadal w stroju niezbyt dbałym schodziła po schodach. Po drodze tylko zatrzymała się na chwilę, odwróciła i krzykła:
- Słodziak, nakręć nam blantów! I zejdź z nimi do nas.
Nie czekając na odpowiedź sama zeszła do reszty. Gang był jakby nieco niekompletny, ale jak wiemy Mala w tym czasie była zajęta czymś innym. Czy może raczej kimś, tak przy okazji. Mimo to nastąpiła taka sytuacja, jak na każdym zebraniu, kiedy któraś musi zacząć pierwsza. Więc zaczęła Malina:
- To ja bym chciała się dowiedzieć czegoś tam więcej, jak się ta cała bajka skończyła? Bo komunikat, że już po sprawie jakoś mnie nie zadowala.
Anita szybko poparła:
- My z Rudą też nie wszystko wiemy. Tylko nasza Kasia zna bliższe szczegóły zakończenia i rozumiem, że...
- Dobrze rozumiesz. Po to tu właśnie siedzimy, żebym nie musiała kilka razy tego opowiadać, tak?
Kaśka przerwała, po czym niczym Anita wzięła głęboki oddech.
- Natchnęło mnie, jak zobaczyłam ten wzorek. Niby nic specjalnego, zwykły zygzak, zawijas, każda sygnatura to jakieś zawijasy. Ty masz takie, ty masz takie, ja mam takie. Akurat te wieśniary sobie upatrzyły ten jako święty.
- Kasiu, natchnęło ciebie, ale co centralnie?
- Natchnęło mnie, że znam już kogoś, kto ma taki mazaj na sygnaturze. Nie znam zbyt wiele wiedźm, tak jak wy, więc osobę skojarzyłam szybko.
- Tą dziewczynę, co pojechała?
Roxy burknęła nagle:
- Lalka, nie przeszkadzaj! Daj jej mówić.
- Ale co to za dziewczyna?
- Jak zamkniesz cipę na kłódkę, to się dowiesz.
Kaśka uśmiechnęła się i przerwała tą utarczkę:
- Już mówię. To jest dziewczyna z mojej...
- Sikorki, palenie idzie!
Tym razem wciął się Borek, ale Anita szybko zareagowała:
- Żadnego palenia na razie. Odstaw kochanie tą tacę gdzieś i chodź usiądź tu do mnie. No...
- Ale ja...
- Chodź, przytul mnie i bądź cicho. Potem ci opowiem, co i jak.
Gdy mężczyzna usiadł na sofie, Nita wkręciła się weń, po czym spojrzała na Kaśkę, która spokojnie czekała, aż się skonfigurują.
- No, mów Maczi, opowiadaj.
- To jest laska z mojej dzielnicy. Od jakiegoś czasu przychodzi do klubu. Do koleżanki na grupę hatha yogi. Mocno porypana, jak na mój gust, mocno zagubiona. Nieco starsza od Mali dodam, tak na moje oko. Trochę jakiegoś ćpania za dużo, trochę różnych takich innych. Co najważniejsze, ma moc. Taka nieświadoma krypta, ale taka jakby budząca się, czująca, że coś ma inaczej. Niewiele jest tej mocy, ale coś tam jest. Poczułam ją już jakoś wcześniej, więc sygnatura też mi wpadła do pamięci. Trochę gadałyśmy, nawet często, tak przy okazji, jak się spotkałyśmy gdzieś tam przy barku, między zajęciami. Na dzielni też ją czasem spotykałam, czasem też nieźle porobioną. Marnie wszystko to wyglądało. Wiecie, do klubu różni ludzie przychodzą. Nie tylko same superfit dupy, czy jacyś herosi. Nie jestem żadną terapką, nie mam takich kwalifikacji, ale znam dobrze to towarzystwo. Ja mam dla nich jakieś tam propozycje, ale samo fikanie nogami, czy machanie żelastwem to jeszcze nie wszystko. Tej małej nie dawałam zbyt wielkich szans na jakąś zmianę. Jeszcze walczy, kra nad nią szybko nie zamarznie, ale jest słaba, za bardzo nierówna. Są jakieś ośrodki dla uzależnionych, czy różne terapie, tylko że ona nie jest jeszcze żadną ostrą ćpunką, dopiero się zapowiada na jakąś pato. Wiele wpada dużo wcześniej, może ta jej moc ją jakoś trzymała tak długo na wierzchu? Tego już nie wiem.
Maczeta przerwała, pociągnęła łyk herbaty i podjęła dalej:
- Żeby się nie rozgadywać, to powiem tyle, że jak zobaczyłam ten wzorek na kartce, to skojarzyłam, że ona ma taki sam. Dalej już było proste. Przyszła na tą yogę, to ja przełożyłam jedne tam swoje zajęcia, poczekałam aż skończy, potem ją wzięłam na poważną rozmowę.
- Co, jakby nie przyszła?
- To bym ją znalazła. To moja dzielnica, wiem gdzie szukać. Opowiedziałam jej coś tam na temat Benges, tyle co wiemy do tej pory, spodobało się nagle. Chwyciła haczyk. Wtedy kazałam jej się szybciorem spakować, trochę, tak delikatnie pouroczyłam, żeby się nie rozmyśliła, a resztę to już wiecie. Nie wiemy za wiele na temat tych zakonnic, ale na moje wyczucie, to żaden kanał jej tam nie spotka. Na pewno lepiej tam trafiła, niż miałaby zostać na ulicy.
- Bardzo dobrze Kasiu, bardzo dobrze zrobiłaś!
Trudno orzec, czy to była tylko lojalność, czy szczera ocena, jednak Malina wyraźnie okazywała zachwyt swoją psiapsią. Wreszcie odezwała się Roxy:
- To wszystko już teraz wiemy. Ja nie widzę powodu, żeby dalej gadać na ten temat. Mala uratowana, dżankówa wyrwana z gówna, wojna skończona zanim się zaczęła, więc gdzie są te blanty Boreczku? Jest czas smędzenia, jest czas porządnego palenia. Tak?
Malina jednak zaoponowała:
- Czekajcie jeszcze. Mnie zastanawia, dlaczego one nie użyły jakiejś grubszej magii? Może są przereklamowane? Nie wszystko wam powiedziałam, co znalazłam w witchnecie, bo chwilowo było to bez znaczenia.
W tym momencie Anita odtuliła się od Borka:
- Ja uważam, że ta ich magia wcale taka do dupy nie jest. Może na początku nie chciały szaleć na nieznanym, obcym terenie? Może się cieszmy, że się nie uruchomiły, nie podciągnęły wsparcia.
- Przecież one wcale nie czarowały.
- To się Lalka naucz liczyć. Było co najmniej trzy razy. Zamek do drzwi to raz. Akurat to drobiazg, Kaśka umyślnie założyła słabe zaklęcie. Ale odporność na verakolę? Która to ma? Która umie zrobić taką kurwa blokadę? Sobie lub komuś? Ręka do góry. Jakoś nie widzę. Na koniec ta kawa.
- Jaka kawa?
- Ruda, opowiedz im, byłaś przy tym.
- To było tak, że w Pleciudze Zira, ta oberwiedźma teleportowała Nicie paczkę kawy do torebki. Widziałam to na swoje śliczne oczy. Żaden sceniczny trick, żaden królik z kapelusza, ani piłowanie gołej baby. Ja tego nie umiem, Nita też, wy tym bardziej. Może umie Ciocia Lala, ale jakoś nigdy nam tego nie pokazywała. Buddha podobno umiał.
Anita pociągnęła dalej:
- Dokładnie tak było. Więc nikt mi nie wmówi, że te wieśniary nie znają magii. Mnie już wystarczy ta mała próbka, którą wykonała Zira. Po coś to zresztą zrobiła. Więc dziękujmy Kaśce, że zamiast tym razem znowu komuś skopać ryja znalazła taki asertywny ruch. Słodziak, gdzie położyłeś tą tackę?
KONIEC EPILOGU

21 stycznia 2025

DŁUG (odc.7)

Kaśka zawsze dotrzymuje słowa. Jak komuś powie, że zaraz będzie leżał na glebie, to nie musi się sam kłaść, ona mu na pewno pomoże. Innych spraw to również zresztą dotyczy. Tak więc jakoś tak wczesnym popołudniem Maczeta siegnęła po telefon.
- Nita? Dzwoń do tej całej Ziry, niech przyjeżdża.
- ...
- A co nas to, gdzie ona teraz jest? Prosiła cię jakoś niedawno o pomoc, tak? To jej właśnie pomogłaś. Tak się z nią umów, żeby mogła być.
- ...
- Jasne, że ci wyjaśnię. Teraz to ma już sens.
Po czym przeszła na hisslang... 
Potem Anita odbyła kolejną rozmowę:
- Zira? Przestrzeni dla twojego ja. Siostro.
- ...
- Czy możemy się spotkać?
- ...
- Nie, tak się nie da. Mam dla ciebie coś więcej, niż informacje.
- ...
- To jesteśmy umówione.
- ...
- Twoim kosztem siostro. Pa.
Jakoś tak już po popołudniu Anita i Roxy siedziały przy tymże samym stoliku w Pleciudze, co ostatnio. Parę minut po ustalonym terminie przyszła Zira. 
- Przestrzeni siostry.
- Twoim kosztem siostro.
Anita pierwsza kopnęła piłkę rozmowy:
- Nienawykła do korków, co?
- Do czego?
- No, do tego tłoku na ulicy.
- Rzadko jeździmy do dużych miast.
- Wpadaj częściej. Tu, w tej kafejce robią najlepszą kawę na świecie. Już raz próbowałaś, to wiesz. Właśnie idzie do ciebie powtórka.
Kelnerka zostawiła na stole trzy pełne filiżanki.
- Masz rację, jest znakomita. Ale rozumiem, że poza tą świetną kawą masz... Macie dla mnie coś jeszcze?
Tym razem odezwała się Roxy:
- Najpierw mamy pewne pytanie na wstępie. Od tego, co powiesz naprawdę dużo zależy. Być może nawet wszystko?
- Słucham.
- Czy jeśli zamiast córki Pamali damy ci inną wybraną, to jej dług uznasz, znaczy Benges uzna za spłacony?
- Dużo wiesz.
- Wiedźmy wiedzą. Choć może niekoniecznie wszystko.
- Odpowiedź brzmi tak. Nam nie zależy na konkretnej osobie. Wystarczy, że jest wybrana. Tylko to jest dla nas ważne.
- Rozumiem. Sztuka jest sztuka. Tak?
- Ładnie to ujęłaś.
- Ładne wszystko ujmują ładnie.
Na ozdobionej tatuażami twarzy Ziry pojawił się pierwszy uśmiech.
- Nie znam się na kobiecej urodzie. Ja tylko z chłopami.
Uśmiechnęła się też Anita.
- Wiesz, naprawdę mi ulżyło.
- A gdzie moja wybrana?
- Chwileczkę. Jak już doświadczyłaś, korki są na mieście.
- Po prostu pij kawę.
Dodała Ruda, kiedy to nagle zamiauczał telefon w torebce Anity. Wiedźma odebrała, a cała jej kwestia polegała na szybkim syknięciu hisslangiem. Po czym oświadczyła:
- Twoja wierzytelność siedzi w twoim samochodzie.
- W środku?
- W mieście też umieją otwierać magiczne zamki.
Zira znowu się uśmiechnęła.
- To teraz ja będę szczera. Od początku wiedziałam, że znacie, czy może znałyście Pamalę, że coś was łączy z jej córką. 
- Magia Benges? Pokaż nam coś jeszcze.
- Zajrzyj do torebki.
Anita zajrzała i wyjęła jakiś pakuneczek.
- Co to jest?
- Nasza... Powiedzmy, że kawa. Zbożowa. Ale też dobra.
- Jak się u mnie znalazła?
- Było uważać.
Klimat przy stoliku wyraźnie się rozluźnił.
- To ja też ci dam prezent. Już bez magii.
- A raczej czystą magię.
To już dodała Roxy, mówiąc jeszcze:
- Niezbożową, szlachetną. Nieskażona Natura, najczystsza.
Zira obejrzała ciekawie otrzymaną torebkę, powąchała zawartość.
- Nooo... My też uprawiamy u siebie. Mamy takie poletko wśród kukurydzy. Oczywiście pod kopułą niewidką, policyjny helikopter nie wypatrzy. Tak się składa, że w sezonie mam je pod swoją opieką.
W tym momencie się zaczęło. Growerzy Ziela mają jak kociarze, gdy dopadną tematu. Za to Roxy najwyraźniej miała spory ubaw obserwując tą scenkę. Wreszcie ją przerwała.
- Zira, mam takie pytanie na koniec.
- Tak?
- Co się dzieje, gdy wybrana nie chce być wybraną, czy też gdy nie chce być wśród was? Co wtedy?
Bengeska nagle spoważniała.
- Nie ma takiej możliwości.
- To wszystko?
- Przestrzeni siostry. Czas na mnie.
- Twoim kosztem...
To ostatnie zdanie rytualnej formułki usłyszały już raczej tylko pośladki odchodzącej od stolika czarownicy...
Po chwili owa czarownica wsiadła do auta i rzuciła okiem na siedzącą obok dziewczynę trzymającą plecak na kolanach.
- Przestrzeni dla twojego ja.
- Proszę?
- Nieważne, potem się dowiesz. Rzuć ten worek tam na tył, mamy kilka godzin jazdy przed sobą.
Gdy worek znalazł się na tylnym siedzeniu wiedźma szybkim ruchem dotknęła dłonią czoła i brzucha siedzącej. Wreszcie auto ruszyło.
Trudno powiedzieć, czy Zira zauważyła, że jest obserwowana. Zielony wan Oktagonu raczej rzucał się w oczy na parkingu, ale ona chyba nie zwróciła na to uwagi. Zresztą czy to miało już jakieś znaczenie?
Za to w wanie Kaśka oznajmiła:
- No, Turbi. Furgon jest twój do poniedziałku rano, ja idę dołączyć do dziewczyn. Tylko mam prośbę. Zróbcie to może wreszcie choć raz w domu, jak cywilizowani ludzie, na...
- Na pralce?
Maczeta tylko potarmosiła Malę po włosach, wyskoczyła z wozu, po czym ruszyła w stronę Pleciugi...
Za to po jakiejś tam godzinie w aucie wyjeżdżającym z miasta na trasę ciszę przerwało nieśmiałe pytanie:
- Przepraszam... Jak tam u was jest?
Zira spojrzała na pasażerkę i tylko się do niej uśmiechnęła.
KONIEC
choć może przydałby się jeszcze jakiś epilog...