Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serial. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serial. Pokaż wszystkie posty

28 lutego 2026

RUMBLE IN THE JUNGLE (ep.3 - sobota)

Jeszcze jakieś półtora roku temu Kaśka nie miała zbyt dobrego zdania na temat freak fightów. Mówiła wtedy nieraz, że:
- Nie ma równowagi. Za dużo tu widowiska, za mało sportu.
Dopiero gdy pojawił się niejaki Mirek Orski i zaproponował jej udział w takim widowisku sytuacja zaczęła się nieco zmieniać. Pamiętamy tą walkę, nie pora jednak teraz na jej przewijanie. Ważne jest to, że ów Orski nawiązał potem współpracę biznesową z Kaśką. Dokładniej zaś federacja Fight Show z klubem Oktagon. To dotyczyło różnych rzeczy, na przykład szkoleń zawodników, czy tez wynajmu sal do treningów. Przy okazji też zaistniało nieco relacji stricte prywatnych. Choćby nieistniejąca już para Mirek plus szefowa techniczna klubu, czyli znana nam Mala aka Turbina. Zaś Kaśka zaczęła dowiadywać się więcej na temat samej idei freak fight, tudzież różnych jej realizacyj. Co prawda nie zmieniła stanowiska całkowicie, ale mocno je zmodyfikowała.
Tu zróbmy przerwę na takie śródsłowie, aby wyjaśnić czytającym, o co w tym wszystkim chodzi. Jak wiemy, sporty walki nie są żadną przemocą, nie są realną walką, tylko umowną grą, podlegającą pewnym regułom. Odmian tych reguł jest stosunkowo sporo, mamy na przykład boks, zapasy, kick boxing, różne zresztą wersje, sumo, judo, czy też olimpijskie taekwondo. Są one przyjęte wśród jakiejś większej grupy ludzi, jednolite, zaś koordynują to wszystko różne federacje, czy też związki sportowe. Freak fight działa nieco inaczej. Każda walka przebiega według reguł ustalonych osobno, indywidualnie. Czasem są one takie same, jak te wspomniane już wcześniej, ale czasem też bywają jakoś tam zmodyfikowane. Te modyfikacje bywają dość różne, nieraz też przekraczają pewne granice, co dla wielu osób, zależnie od ich pojmowania sportu, może być nie do przyjęcia. Przykładem może byś starcie wielkiej baby z małym chłopem lub spotkanie trzech na jednego. Takie właśnie sytuacje miała na myśli Kaśka. Zacytujmy inną jej wypowiedź:
- To nie jest już żaden boks, tylko zabawa w pokaż cycki.
Tak więc podczas różnych dyskusji z Mirkiem Kaśka poznawała coraz lepiej ten temat, ale przy okazji miała też pewien wpływ na niego samego, na jego pracę. Po jakimś więc czasie okazało się, że galom walk organizowanym przez jego federację coraz bliżej jest do sportu, za to gale innych firm sterowały w kierunku jarmarcznego widowiska. Zaś konsekwencją tego była polaryzacja wśród widowni. Na gale Fight Show chodzili głównie fani walk na poziomie, ciekawych od sportowej strony, znający się jakoś na rzeczy, zaś na pozostałe gawiedź żądna widoku spadających gaci lub krwi cieknącej po kafelkach. Różnica analogiczna do sytuacji metal versus disco polo lub marihuana versus narkotyki.
Tak więc Kaśka rozważając z Bombką Yakuzą różne opcje była już pewna, że walka jej pupilki na gali Fight Show to tak samo dobry pomysł, jak walka na gali regularnego boksu, ka-jeden, czy ememej. Pozostało więc już tylko omówić warunki, reguły gry.
I wtedy nagle, niczym takie straszydełko z pudełka wyskoczył wspomniany już Mirek Orski zapraszając Kaśkę i Zośkę do kafejki niedaleko klubu, gdzie serwowano lepszą kawę, niż w klubowym barku. Zaczął z kopyta:
- Co powiecie moje panie na partyjkę boksu birmańskiego?
Wyjaśniamy, że boks birmański co do reguł gry jest jak tajski, tylko że wolno walić głową. Inne sprawy są już do uzgodnienia. Co innego Mirek mógł zaproponować takiej żylecie, jak Zośka Yakuza? Może olimpijskie taekowondo? Bardzo fajny, godny szacunku sport, ale dla niej to jest tylko macanie się po cipkach. Bombka aż podskoczyła na pupie.
- Mnie się to podoba. Ale Kasia rządzi.
Nieprawda. W takich kwestiach to zawodniczka jest szefem, ona ma ostatnie słowo. Ale w praktyce bywa inaczej. Zwykle bowiem przeważa autorytet trenera, czy też trenerki. Zaś gdy jest nią Kaśka, to w ogóle nie ma debaty. Mimo, że jest skromną, nie puszącą się osobą, to jej charyzma w tych sprawach jest nie do podważenia. Ale ona akurat nie polemizowała.
- Wchodzimy w to.
Tak się składa, że ostatnio obejrzała sobie kilka walk tej nowinki na rynku i wyszło jej, że jest mniej urazogenna, niż tajski boks. Pomijając garstkę świrów to ludzie wcale się nie kwapią do zbyt bliskiego kontaktu. Mniej jest zwarć, klinczów, czyli okazji do technicznych nokautów. Więcej walki na dystans, więc dla znawcy jest to ciekawsze widowisko.
- Masz już jakieś propozycje personalne?
Mirek bez słowa odbezpieczył telefon i podsunął jej pod nos.
- Nooo... Daj się chwilę przyjrzeć.
Zaś po chwili:
- Niezła jest. Ulicznica, tak jak my. Zocha, dasz radę?
Mówiąc to podała Bombce telefon.
- Ja słoniowi i orce dam radę, więc...
- Dobra, nie szalej dzidzia, nie szalej. Mireczku, masz tego więcej?
- Jej walk?
- Nie. Filmów jak szydełkuje, je zupę i robi loda. Idiota.
- No, jest tego trochę.
- To przerzuć mi to. My to sobie obejrzymy i jutro ci powiemy.
- Ale to nie wszystko. Co powiecie na rzymską klatkę?
To jest kolejna nowinka na rynku sportów walki. Pole gry jest ograniczone do obszaru trzy metry na trzy metry. Kaśka zabrała Zosi telefon, spojrzała jeszcze raz.
- Ni chuja. Nie tym razem.
Bombka zaprotestowała:
- Kasiu, ale dlaczego? Ja sobie poradzę.
- Nie poradzisz sobie. Już widzę po ruchach, że dziewczyna ma bazę wing tsun. Ty tego nigdy nie ćwiczyłaś. W takiej klatce to ona cię wyrucha na wszystkie sposoby, a ty tego nawet nie zauważysz. Ja cię w miesiąc nie przygotuję do takiej walki, nie ma takiej opcji.
Tu nagle wtrącił się Mirek:
- Co to jest wing tsun?
- To jest odmiana chińskiego wushu. Kiedyś ją wynalazła kobieta do potrzeb walk w ciasnych uliczkach miasta. Ja tego trochę uczę panienki na kursach samoobrony przed gwałtem. To działa, ale miesiąc to zdecydowanie za mało, żeby ogarnąć same podstawy. Ja nie przestawię teraz Zosi całego rozkładu jazdy do góry kołami tak z dnia na dzień. Czyli rzymska klatka tak, ale nie tym razem.
- Więc jutro się zdzwaniamy?
- Dokładnie, a potem ogarniaj spotkanie menadżerskie. Zresztą co mnie to obchodzi? To twoja działka, ja się nie muszę na tym znać. Ta kawa faktycznie jest lepsza, niż u nas w klubie. Kogo ja tam zatrudniam w barze? Muszę to przemyśleć.
Do spotkania doszło, omówiono wszystkie kwestie, także finansowe, ale nas interesuje aspekt sportowy. Ustalono boks birmański, ale po europejsku, czyli trzy rundy po trzy minuty, oraz na okoliczność remisu dogrywka do pierwszej gleby. Tylko tu trzeba jeszcze pamiętać o jednej rzeczy. Każda formuła sportów walki to także kwestia sędziowania. Te sporty nie są tak do końca wymierne. Kiedyś próbowano ściśle, odcinając aspekt intuicyjny wymierzyć boks olimpijski, zwany amatorskim i wyszła lipa. Ale to już jest na osobną dyskusję, uznajmy na razie, że federacja Fight Show jakoś ogarnęła ten temat.
Teraz więc jesteśmy w hali, gdzie się dzieje gala łomotu. Zanim jednak dojdzie do przedostaniej walki, tej, co nas interesuje, zajrzyjmy na vipowską lożę. Ciasno tam, bo zleciały się wszystkie wiedźmy, psiapsie Kaśki plus ich dwa gamonie oraz jedna dziewczyna. Dotarła więc rzecz jasna Mala, co prawda sama, ale po zdanych na uczelni egzaminach. Na szóstki zresztą zdanych, bo ona tak akurat ma, że tylko tak zdaje. Zaś na samym brzegu siedział Adaśko, jak wiemy Kaśki chłop, czy raczej mega chłop. Nagle się zrobił zgiełk, bo pojawiły się trzy Neonówki, zaś pracownik ochrony nie chciał ich wpuścić na tą lożę. Nie na chama nie chciał, był nawet dość asertywny.
- Sorry dziewczyny, ale tam już nie ma miejsca.
Obserwował to Adaśko, a Bęcka podchwyciła jego spojrzenie. 
- Daśku, zrób coś. Proszę.
Dasiek nie kazał się wiele prosić. Znał już te dziewczyny, uczennice Kaśki. Ale niewiele zrobił. Po prostu wziął i wstał. Wstał i spojrzał, bardzo zresztą łagodnie, przyjaźnie i życzliwie na ochroniarza, któremu nagle odechciało się pracować pod presją tego spojrzenia. Bo jak wiemy, facet Kaśki to jest naprawdę wielki mężczyzna. Niemniej jednak pozostały pewne kwestie techniczne do ogarnięcia. Jednak problem, jak większość problemów tego świata okazał się być fikcyjny. Adaśko rozsadził dziewczyny na kolanach Borka i Miśka, dla siebie zostawiając, tak gwoli sprawiedliwości wizualnie najcięższą Bęckę. Po czym otrzymał od niej buziola wszechczasów. Na ten widok odezwała się Mariolka:
- To słaby pomysł. Jak Kaśka się dowie...
Wtedy zareagowała Malina:
- Nie obrażaj Kaśki. Taki buziak się nie liczy. Za to ja mam inną uwagę. Do bratowej. Nitka! Słyszysz mnie? 
Anita, do której zwróciła się Malina zareagowała:
- Mniej więcej. A co chcesz?
- Bo może Borek ciebie powinien wziąć na kolana?
- Mnie tu wygodnie, a ja się robię trochę już za ciężka.
W tym momencie uruchomiła się Roxy:
- Lalka, ja wiem, że ty bierzesz kokę tylko raz na miesiąc, więc to nie jest jeszcze nałóg, ale może spróbuj robić to rzadziej.
- Bo niby co?
- Wiadro! Bo robisz dokładnie ten sam problem z niczego, co Miola przed chwilą. A ty Misiek pocałuj czule swoją damę w karczek. Jak się zgodzi. Młoda, zgadzasz się? Rozważ to, bo to mój chłop. Ale ja za to nie jestem zazdrosna, więc mu krzywdy za to nie zrobię.
- Cicho siostry, sznurujcie piczki! Nasze idą.
To już odezwała się Mala, obserwująca sytuację na boisku.
Sytuacja zaś zaistniała taka, że po wstępnych rytuałach do oktagonu wkroczyła Zośka Yakuza aka Bombka oraz Piorunella. Bo taką ksywę sceniczną obrała sobie jej przeciwniczka. Zośka od razu zabrała się do roboty, bez pierdolenia się w tańcu. Prostą jak budowa kija kombinacją, sztampową wręcz, świeżacką. Prawy low kick, lewy okrężny na głowę, potem doskok i grad ciosów góra dół. Co jakiś czas zmiana stron, prawe na lewe. Zero zwarć, zero kliczów, czy innych przepychanek. Trudno powiedzieć, czy to Bombka miała dobry dzień, czy Piorunka zły. Tak, czy owak po pierwszej rundzie Kaśka oświadczyła Zosi:
- Jest dobrze. Rób dalej to samo, nic nie udziwniaj. Jej dupa jest twoja, masz ją jak kaczkę na ruszcie. Utyka już na lewą nogę. Napierdalaj tam dalej. Kopnięcie na górę tylko symuluj, tam się nie przedrzesz. Za to potem wal jak do tej pory. Na zmianę, góra dół. Na japę i po żebrach, pod cycki, ile fabryka dała.
Co najważniejsze, to Bombka nie zaliczyła ani jednego ciosu na swoją śliczą buzię. Jednak nie do końca realizowała zalecenia trenerki. Miała nieco inny, swój prywatny plan na drugą rundę. Problemem większości fighterek i fighterów jest to, że ta druga strona złośliwie przeszkadza im realizować plan walki. Ale Piorunella była już nieźle rozebrana. Aczkolwiek wciąż duchem jakoś tam mocna, wciąż też stojąca nogach. Yakuza za bardzo nie kwapiła się, aby to zmieniać. Tańczyła jedynie bawiąc się bezradnością swojej przeciwniczki. Cios, kopniak, cios, kopniak. Do kompletu brakowało tylko ściągnięcia jej spodenek. Dla widza, niezależnie od jego poziomu ogarnięcia tematu wyglądało to dość ciekawie, ale Kaśka nie była tym wszystkim zachwycona. Po drugiej rundzie wyraziła to tak: 
- Dzidzia, to już jest sadyzm. Znęcasz się, bijesz bezbronne mięso. Ten jej sekundant to jest chuj obgęgany, powinien ją już poddać. Zrób coś dla mnie. Kończ ją i wstydu kurwa oszczędź. Bo jak cię ona nagle trafi rozpaczliwcem, to... To ja już nie wiem.
Miała rację. Rozpaczliwiec to taka akcja, która potrafi zmienić wszystko, wręcz przenicować i przywołać do porządku niejednych, za bardzo zadufanych w swoją przewagę. Tylko że wtedy już jest za późno. Jest tylko cucone.
- Dobrze mamuśka, będę już grzeczna cipka.
Bombka wstała z zydelka i ucałowała usta swojej mentorki ze zdecydowanym języczkiem, czulej, niż jakichś tam różnych swoich gamoni. Po czym weszła na boisko. Gdy tylko zawodniczki stuknęły się rękawicami, to wykonała jeden szybki krok i rozgarniając gardę Piorunelli uderzyła ją głową. Szybko, konkretnie, skutecznie, ulicznie tak. Ulicznie, ale nie byle jak, nie po chuligańsku, tylko profesjonalnie. Sędzia nie liczył do końca. Od razu machnął na lekarza. Cucone było na pewno konieczne.
Zasadniczo to jest koniec tej całej opowiastki.
Ale... Są jeszcze pewne wątki poboczne.
Zajrzyjmy do szatni, już po walce. Otóż stało się tak, że w tej szatni Bombka rzuciła swoje ciało w objęcia Kaśki. Rozpłakała się przy tym orgazmicznie przeplatając to triumfalnym śmiechem. Nagle ktoś zapukał do drzwi i nie czekając na pozwolenie zajrzał do środka głową Mirka. Ale Kaśka zareagowała nieasertywnie:
- Gdzie?! Wypierdalaj! Nie teraz!
Za plecami Orskiego do szatni wśliznęła się Mala. Na nią Kaśka nie zareagowała. Więc Turbinka usiadła obok Zosi, przytulila ją do siebie, po czym zaczęła ją czule i starannie lizać po buzi. Akurat Kaśka dobrze znała ten styl. Mala zawsze tak okazywała swoje pozytywne nastawienie do swoich psiapsiółek, robiła to bez skrępowania. Na przykład podczas spotkań w Pleciudze. Więc Kaśka poszła do toalety pod drodze zamykając drzwi szatni na zasuwkę od wewnątrz, aby żadne Mirki, czy inne muchomorki już nie zaglądały do środka. Ale gdy wróciła, zastała scenkę, której się nie spodziewała. Otóż Zosia była już bez tiszerta, zaś Mala zdejmowała z niej ochraniacz na piersi. Gdy już to zrobiła przystąpiła do starannego lizania sterczących triumfalnie sutków wojowniczki, która kilka minut wcześniej właśnie wygrała walkę. Co prawda Kaśkę trudno jest zaskoczyć takim, czy innym ludzkim zachowaniem, ale tym razem...
- Wiem, że się polubiłyście, ale że aż tak?
Mala powoli, bez pośpiechu przeszła do kolejnych zabiegów. Całując Yakuzę po brzuchu zajęła ręce jej spodenkami oraz ochraniaczem na krocze, zwanym też czule napizdnikiem. Kaśka obserwując tą sytuację zdejmowała z siebie poszczególnie części swojej garderoby mówiąc:
- Dobrze dziewczyny, róbcie swoje, ja idę pod prysznic.
Ale gdy pozbywała się majtek coś ją nagle uderzyło.
- Ej, Mala! Zośka! Czemu tak dziwnie na mnie patrzycie?
Zapadła chwila ciszy, podczas której Mala redukowała swoją garderobę. Zaś gdy zdjęła już wszystko obie dziewczyny zamrugały do siebie powiekami i spojrzały na Kaśkę bardzo wymownie, wręcz pożądliwie. Zagaiła Bombka:
- No,  co jest z tobą Kasiu? Chodź do nas.
- Nie jestem pewna, czy powinnam, ale...
Mala uśmiechnęła do niej uroczo mówiąc:
- Zrób sobie przerwę, zapomnij na chwilę o naszych oficjalnych, formalnych relacjach. Przejdź z trybu służbowego na prywatny.
- Dobrze, ale i tak najpierw się wykąpmy. Higiena to podstawa.
C.D. NIE N.
Nie wykluczony jest jednak pewien suplement, bo nie wszystko zostało opowiedziane. To jest do ogarnięcia. Wystarczy tylko miło się zachować, czyli po prostu bardzo, bardzo ładnie poprosić.

22 lutego 2026

RUMBLE IN THE JUNGLE (ep.2 - piątek)

SUPLEMENT DO POPRZEDNIEGO ODCINKA
Gdy Kaśka wróciła do stolika oznajmiła:
- Reguły boksu tajskiego, czy innego rodzaju kick boxingu niczym się nie różnią od reguł klasycznego boksu, tyle tylko, że wolno nieco więcej. Coś jeszcze?
Zapadła cisza, którą w końcu przerwała Roxy:
- No, to teraz już wszystko wiemy.
Zaś Malina zarechotała tak, że aż filiżanki podskoczyły na stoliku.
Bójka, Bitka i Bęcka. Oraz rzecz jasna Bombka, czyli Zosia Yakuza, liderka dziewczyńskiego gangu Neonówek. Choć nikt nie wie, kto nadał całej czwórce takie właśnie zbiorcze miano, to jednak te indywidualne ksywki były na pewno autorstwa Stryja, który pewnego dnia podczas gospodarskiego obchodu klubu zajrzał na salę, gdzie projekt marketingowy Kaśki odbywał swój trening. Nowe imiona szybko się przyjęły, zaś team zrobił się znany, nie tylko zresztą w samym klubie, nie znane były jeszcze tylko plany odnośnie przyszłych karier omawianych dziewczyn. Te były dopiero na poziomie mniej lub bardziej wyraźnych szkiców. Wiadomo było tylko, że Kaśka, znana jako bardzo zajęta osoba, stała się jeszcze bardziej zajęta od czasu, gdy do innych swoich, wcześniejszych obowiązków dorzuciła sobie prowadzenie owej grupy. Na tyle zajęta, że zaczęła szukać osoby menadżerującej, kogoś, kto na poziomie wykonawczym zajmie się kwestią występów dziewczyn na matach różnych ringów, czy klatek.
- Najlepszy byłby Mirek Orski.
Takie miała zdanie Mala, której Kaśka zwierzyła się ze swojego kłopotu. Niestety były facet Turbinki miał niezłą pracę w federacji freak fightów, za niezłe pieniądze zresztą, zaś projekt Kaśki na razie nie zapowiadał nadmiaru takowych. Więc ewentualna nowa posada nie jawiłaby mu się jako zbyt atrakcyjna. Tak więc chwilowo Kaśka musiała wszystko robić sama. Była sponsorką jako współwłaścicielka Oktagonu, trenerką - instruktorką, oraz właśnie menadżerką. Sama więc ogarnęła swoim Neonówkom walki, które właśnie mają się odbyć.
Tego dnia na ringu miały wystąpić trzy. Czwarta, Bombka Yakuza miała nakazane siedzieć w domu i się relaksować. Kaśka, znając charakterek swojej pupilki, na wszelki wypadek użyła nieco magii, zaaplikowała jej sugestrix, żeby dziewczyna, która rwała się do kibicowania koleżankom odpuściła sobie ten pomysł i skupiła się na sobie. Co prawda Zośka nie była gapa, bo wcześniej umówiła sobie kogoś, kto siedząc na widowni będzie przysyłać jej nagrywki kluczowych walk. Ale pod wpływem czarów zapomniała tego dnia, że ma w ogóle telefon.
I teraz tak:
Piątkowe wydarzenie nie polegało bynajmniej tylko na tym, że trzy zakapiorzyce po wodzą Pięknej pojechały sobie, na przykład tramwajem na drugi koniec miasta spuścić jakimś tam innym panienkom regulaminowo określony łomot. To by było za proste. Spod gmachu klubu Oktagon wyruszyła cała ekipa. Klubowy, zielony van wypełniała Kaśka oraz jej dupeczki plus cutman, bardzo ważna zresztą postać, plus drugi trener do asysty, figurujący na liście płac klubu, który wie co robić, jakby co. Bardzo zresztą kompetentny, bo innych Stryjo nie zatrudnia. Nie wnikajmy zresztą, to nie jest istotne. Zaś drugi pojazd, wynajęty przez Malę na okres jednych i drugich zawodów prowadził Jacuś, szef przyklubowego sklepu z suplami. Wraz z jedną z sióstr Cycatek miał na głowie stoisko promocyjne klubu. My jednak skupmy się na stronie sportowej całej tej wyprawy. Ale zanim przejdziemy do dalszej relacji, to należy nadmienić, iż zaplecze socjalne turnieju było dosyć marne. Na szczęście jednak obok hali mieszkała jedna z pracownic Oktagonu, która chętnie udzieliła gościny. Dziewczyny między walkami miały gdzie spędzić czas, odpocząć, ogarnąć się jakoś. To była naprawdę cenna sprawa.
Piątkowe zawodniczki, jak też sobotni zawodnicy walczyli w kilku kategoriach wagowych. Akurat Neonówki na tyle się różniły między sobą, że nie miały miejsca siostrobójcze spotkania, każda miała szansę na wygraną. Opiszemy wydarzenia bynajmniej nie chronologicznie, tylko właśnie wagowo. Otóż w każdej wadze startowało po osiem pań, czyli aby wygrać trzeba było stoczyć trzy zwycięskie walki. Każda liczyła trzy rundy po trzy minuty. Najlżejsza Bójka nie walczyła jednak dłużej, niż razem dwie, czy trzy minuty. Wszystkie mecze były do jednej bramki, gdyż od razu po komendzie rzucała się na przeciwniczkę niczym wściekła suka rasy chihuahua zasypując ją gradem ciosów oraz celnych kopnięć. Już po kilkunastu sekundach było pozamiatane. Sędzia wyliczał leżącą na macie klientkę, zaś w ostatniej walce sekundant rzucił ręcznikiem poddając swoją panienkę, gdyż widok egzekucji był dla niego nie do przyjęcia niczym świat bez wódki dla alkoćpuna. Gdy Stryjo oglądał potem powtórki tych walk, to skomentował tak:
- Pomyliłem się. Nie Bójka, tylko Burza.
Bitka nieco dłużej znęcała się nad swoimi adwersarkami. Jej główną bronią były low kicki, czyli niskie kopnięcia oprawiające nogi. Kilka razy wręcz kosiła nimi swoje ofiary, które waliły się na matę niczym sosny podczas wyrębu. Wszystkie walki Bitka wygrała przez poddanie, gdyż żadna z tych ofiar nie była władna ustać na skatowanych nogach wychodząc do trzeciej rundy.
Za to najtrudniej miała Bęcka. Zaczęło się od tego, że już po pierwszej minucie jej kształtna pupcia poznała twardość maty. Potem obie panie toczyły już dość wyrównany pojedynek, zaś przerwę wypełniał jeden wielki opierdol ze strony Kaśki:
- Do kogo ja mówię, kurwa! Garda! Łapy wyżej! Nie jesteś jeszcze mistrzynią olimpijską. Jak wygrasz tyle, co ona, to trzymaj je sobie nawet w dupie. Ale na razie masz mieć łokcie wyżej cycków. Nie wygrywasz na razie. To nie siusiak twojego chłopa, ty jej nie liż, ty ją masz tłuc! Chcę widzieć, jak wióry z niej lecą.
Trenerka dorzuciła jeszcze kilka trochę bardziej szczegółowych instrukcji, zaś po gongu wlepiła jej klapsa na drogę. Zjeba okazała się skuteczna. Bęcka ogarnęła się jak należy, po czym zaczęła odrabiać straty. Łatwo nie było, gdyż przeciwniczka dzielnie się odgryzała, ale trzecia runda była już całkiem jej. Walkę wygrała jednogłośną decyzją, mimo zaliczenia wstępnego knock downu. Druga walka się nie odbyła, Bęcka zwyciężyła walkowerem. Co prawda jej przeciwniczka wygrała swoje poprzednie spotkanie, ale była to pyrrusowa wiktoria, gdyż wyłapała kontuzję. Lekarz nie wpuścił jej na ring, więc nasza Neonówka mogła sobie dłużej odpocząć. Za to trzecia jej walka była po prostu brzydka. Reguły tajskiego boksu dopuszczają długie klincze, ale większość widzów nie przepada zbytnio za takim przebiegiem zdarzeń. Takim to sposobem obie panie przemęczyły dwie rundy. Za to Kaśce głos zaczął już chrypieć od powtarzanych instrukcji.
- Dzidzia, nie szarp się z nią! Odskok z lewym prostym, prawy low kick i lewy round na banię. Nie bij się kurwa, tylko boksuj jak człowiek! Trafiaj, punktuj!
Dzidzia faktycznie karnie wykonała polecenie już na początku rundy. Próbowała dokończyć latającym kolanem, niestety niecelnie, po czym znowu doszło do klinczu. I wtedy stało się coś niedobrego. Przeciwniczka Bęcki nagle uderzyła głową. 
- Faul! No co jest, kurwa?!
Wrzasnęła Kaśka, sędzia jednak nie przerwał walki. Zrobił to dopiero po kilkunastu sekundach odsyłając Bęckę do narożnika. Rozcięcie łuku brwiowego było ewidentne. Na ring wskoczyła Kaśka, za nią zaś cutman, który zabrał się do pracy, żeby opanować sytuację. Nie wyglądało to jednak dobrze. Pojawił się główny lekarz, zaś trenerka wsiadła krzykiem na sędziego.
- Faul był, głową strzeliła! Ty ślepy jesteś, czy co?!
Ten jednak ignorował ją, patrzył jedynie na lekarza, ten zaś na zakrwawioną dziewczynę. Logo Oktagonu na piersi jej zielonego tiszerta zakryła wielka plama. Kaśka zmrużyła oczy, szybko utkała zaklęcie tamujące krew, lecz było już za późno. Lekarz spojrzał na sędziego, ten zaś wykonał rękoma gest zamykający walkę.
- Szlus. Koniec. Techniczny nokaut.
Gdy podszedł do narożnika, w którym stała druga dziewczyna, po czym podniósł jej ramię do góry Kaśka wrzasnęła głośno:
- Ni chuja! Zero zgody! Protest!
Sędzia pokręcił głową.
- Menadżer tylko może składać protest.
- Jestem menadżerką idioto! Naprawdę ślepy!
Pokazała mu plakietkę na piersi. Po czym podskoczyła do krawędzi bocznej ringu i spojrzawszy na sędziów punktowych siedzących przy stoliku powtórzyła w ich kierunku:
- Protest! Mam tam do was zejść?!
Po czym faktycznie zeszła, już była przy nich.
Całą tą scenę obserwowała siedząca blisko gromadka znanych nam przyjaciół. Była więc też Malina, która skomentowała ją szybko dwoma zdaniami:
- Będzie gorąco. Kasi puszczają nerwy.
Na szczęście nie puściły jej one aż tak, żeby stało się coś niepotrzebnego. Jeden z sędziów punktowych odnotował coś na kartce protokołu, po czym wstał ze słowami:
- Pani Katarzyno. Na razie wynik walki jest taki, jaki jest. Po turnieju, po ostatnim spotkaniu zapraszam na zebranie jury d'appeal. Wrócimy do sprawy, pogadamy na spokojnie.
Jakby nie było, Kaśka nie była już dzieckiem. Wiedziała, że na huki tego nie wygra. Skinęła więc tylko głową mówiąc:
- Dobrze. Ma pan rację. Tylko spokój nas może uratować.
Sama była już całkiem opanowana. Podeszła do Bęcki, która już zeszła z ringu, objęła ją ramieniem i oznajmiła łagodnym głosem:
- Chodźmy do szatni. Oszukali nas, ale ja to odkręcę.
Odkręciła. Zaś już później, po zakończeniu turnieju opowiadała przebieg wypadków na dwa sposoby, zależnie od tego, kto akurat słuchał. Pierwsza wersja była dość prosta:
- Przekonałam ich. Najpierw chcieli wydać werdykt no contest, czyli uznać walkę za nie odbytą. Ale obejrzeliśmy nagrywkę, faul był ewidentny, tylko sędzia centralnie dał dupy. Więc skończyło się dyskwalifikacją, a nasza harpia wygrała tym sposobem. Trzy zero dla nas. Pytań brak.
Druga wersja była bardzo podobna, właściwie taka sama, tylko uzupełniona opisem, jak wyglądał proces przekonywania:
- Nie docierało, nie docierało, wreszcie dotarło, gdy utkałam urok. Znacie mnie przecież. Sport to nie jest przemoc, to nie jest realna walka, więc zawsze gram fair. Ale jeśli ktoś oszukuje, to przestaję się czuć zobowiązana do takiej gry.
Zaś Bójce vel Burzy, Bitce i Bęcce, gdy były same, tylko we czwórkę, powiedziała z grubsza to samo, co zawsze mówiła na koniec każdego treningu:
- Jesteście zajebiste. Frajdą dla mnie było spędzić z wami czas.
Potem jeszcze dodała:
- Jutro kibicujemy Zosi. A potem ja zabieram się za wykłócanie, wyszarpywanie waszych nagród. Wiecie, jak to jest. Nie sztuka wygrać, sztuką jest zainkasować.
Po czym sięgnęła po telefon, aby do tejże Zosi zadzwonić.
C.D.N.

16 lutego 2026

RUMBLE IN THE JUNGLE (ep.1 - czwartek)

Brak wezbranych chmur

Optymistyczna wizja
Kiedyś się wzbiorą
/haiku Wróżki Zębuszki/
👊
Anita była nieugięta, nie uległa nawet wtedy, gdy Mala bardzo, bardzo ładnie ją poprosiła, zaś Roxy zagroziła jej klątwą brzyda. Ujawniła jedynie, że uzgodniła już z Borkiem imię dla ich przyszłej córki, nawet dwa, obiecała też, że drugie upubliczni po wiosennym kwartalnym sabacie, ale na tym koniec. Wreszcie Malina przerwała próby pozyskania dokładniejszych informacji:
- Dziewczyny, dajcie spokój. Zaparła się i chuj. Nic nie zrobisz.
Po czym kelnerka pani Renia, bo rzecz się działa w Pleciudze, przyniosła tacę pełną zamówionych zamówień, co już końcowo zakończyło temat. Zaś potem Mala bardzo, bardzo ładnie poprosiła, aby rozpatrzyć inną sprawę.
- Nitka, czy możemy sobie odpuścić jutrzejszy sabat?
Anita odparła dyplomatycznie:
- Zawsze możemy, gdy tak chcemy. Co prawda są w planie dwa płatne zlecenia, nie żaden trening, ale nie musimy się spieszyć.  
- A czemu tak chcesz?
To już wtrąciła Roxy.
- Temu, że ja mam sesję. Egzaminy na uczelni, koniec pierwszego semestru. Za to Kasia po prostu pracuje. Ma walki. W piątek jedna gala, w sobotę druga.
- Jakie walki Kasiu? Znowu się bijesz o kasę?
Malina lojalnie zaprotestowała:
- Ona nigdy się nie bije. Najwyżej kogoś.
Kaśka uciszyła ją gestem dłoni i odparła.
- Nie ja. Moje dziewczyny. Trzy walczą jutro. Mają turniej boksu tajskiego. To ich debiut na ringu, a ja muszę cały dzień być z nimi. Za to pojutrze wieczorem walczy czwarta, to będzie grubsze wydarzenie. Troszeczkę inna konkurencja. Ale też zapowiada się ciekawie, może nawet ciekawiej.
Tu się odezwała Malina:
- Maleczko, to w ile czasu teraz zrobisz te swoje studia? W jeden semestr, czy może dwa? Bo my już wiemy, co ty potrafisz.
- Bez przesady. Tak szybko jak z maturą to nie pójdzie.
- Ale pociśniesz do przodu? Tak po swojemu?
- Taki mam plan, ale na pewno nie przez rok. Jak tą sesję dobrze ogarnę, to potem wskakuję na indywidualny tok nauki. A wtedy już sama sobie dyktuję tempo.
W tym czasie Kaśka sięgnęła do torby. Wyjęła z niej drobny plik kolorowych kartek, po czym położyła go na środek stolika.
- To są wejściówki wipowskie, dwuosobowe. Jeśli któraś ma ochotę zobaczyć te moje harpie w akcji, to zapraszam. Trochę czasu im poświęciłam, więc byłoby mi miło.
Roxy wzięła kilka biletów do ręki. Rzuciwszy nań okiem spojrzała na Malinę, po czym uśmiechnąwszy się oznajmiła:
- Lalka, znajome obiekty.
- No. Akurat je robimy. Od razu po weekendzie. 
Kaśka spojrzała jakby zdziwiona.
- My? Aha, Latająca Miotła. Ale zaraz, chwila. To oni tam nie mają własnego personelu?
- Mają. Ale po imprezach te hale wyglądają jak pobojowiska. Więc zatrudnia się wtedy dodatkowe siły do sprzątania. Tu akurat my to bierzemy. Umowy podpisane, zaliczki przelane, jest dobrze.
Anita wybrała dwie kartki.
- Dobrze. My z Borkiem jedziemy. A wy?
- Co my? Wszystkie jedziemy. Z całym żywym inwentarzem.
Ton głosu Roxy nie zostawiał miejsca na jakąkolwiek dyskusję. Ruda wiedźma zgarniając cały stosik wejściówek ze stołu dodała:
- Znaczy studentka ma nieobecność usprawiedliwioną. Zmówimy się razem, bo ja akurat wiem, jak tam można dobrze zaparkować. Pod obiema halami nie jest zbyt przyjaźnie w tej kwestii.
Wtedy odezwała się Mala:
- Daj mi proszę jeden bilet. Ten na sobotę.
- Czyli zajrzysz jednak?
- Tylko na samą walkę Zosi Yakuzy. Jej obiecałam już wcześniej.
Sprawa wyglądała na dogadaną, nagle jednak zabrała głos Malina:
- Siostry, a Walentynki?
Roxy spojrzała na nią zdziwiona.
- Co Walentynki?
- W sobotę są Walentynki.
- Ja nie obchodzę Walentynek. Znaczy źle, wróć! Ja obchodzę te całe jebane Walentynki, tylko że codziennie. No, może prawie codziennie. Ale zawsze się pieprzę porządnie.
Mala zakręciła się na krześle tak, jakby chciała się odezwać, lecz siedząca obok Kaśka chwyciła ją pod stołem za udo i mruknęła:
- Siedź! To nie nasza dyskusja. My sobotę mamy zagospodarowaną.
Wtedy nagle parsknęła śmiechem Anita i oznajmiła:
- Lalka, wy chyba z twoim bratem macie to rodzinne.
- Niby co?
- Robienie problemu z Walentynek. Pamiętam, jak Borek rok temu mi marudził na ten temat. Akurat wypadały w piątek. To ja mu tak zrobiłam w czwartek, że mu się odechciało na parę dni, tylko popierdywał z przeżarcia miłością. A my siostry wtedy nazajutrz zrobiłyśmy sobie normalny sabat, jak Ciocia Lala przykazała.
- No.
- Ty Mala mi tu nie nokaj. Bo akurat ciebie na tym sabacie wcale nie było. Byłaś zabujana po sam wierzchołek cipy w tym swoim wtedy Mirku i w ogóle się z tobą nie można było dogadać.
- Ale...
To akurat Malina coś próbowała wtrącić, jednak Nita ją zgasiła:
- Lalka, a ty po prostu zrób tak, że wstań wcześniej, niż zwykle i do wyjazdu na galę nawalentynkujecie się z Miolką tyle, że wam piczki będą dymić. Temat uważam za zamknięty.
Anita siorbnęła nieco smufi i zmieniła obiekt swojej uwagi.
- Kasiu, mam do ciebie prośbę. Bo widzisz, mnie się ten sport podoba, nie jestem idiotką dla której to jest przemoc. Ale rzadko mam okazję oglądać, więc się nie rozeznaję na tych różnych odmianach. Wiem tylko, że trochę ich jest, ale każda ma detalicznie nieco inne reguły gry. Możesz nam trochę przybliżyć temat? Chcę lepiej wiedzieć, co się tam będzie działo.
Kaśka powoli omiotła wzrokiem wszystkie siostry, a gdy każda zgodnie skinęła głową popierając wniosek Anity, wstała od stolika mówiąc przy okazji:
- Dobrze. Ale to trochę potrwa, więc ja może najpierw...
Spojrzała wymownie w kierunku, w którym co jakiś czas udawała się prawie każda klientka Pleciugi. Kobiece oko ma to do siebie, że niekiedy wymaga poprawienia.
A to, że Kaśka, jako jedyna z całej piątki czarownic nigdy uprawia makijażu jest kwestią kompletnie pozbawioną znaczenia.
C.D.N.

13 grudnia 2025

KLĄTWA /3.zadziało się + X.epilog/

Malina znała Yakuzę od wielu lat, ale nigdy za nią nie przepadała, nigdy też tego nie ukrywała. Środowego popołudnia, czy raczej wczesnego wieczoru zajechawszy do klubu zajrzała do szatni.
- Kasik, gotowa już?
- Chwilunia. Zanim się wypnę niech się dopnę.
- Razem jedziemy, czy każda swoim?
- Pojedźmy osobno, tak będzie poręczniej wracać.
Wychodząc z szatni Kaśka dodała:
- Aha, bo jest pewna zmiana planów.
- No?
- Jedziemy do Rudej. Na małe czarowanie. Siądźmy na chwilę.
Gdy w recepcji Malina usłyszała wyjaśnienie sytuacji prychnęła:
- Znowu?
- Co znowu?
- Znowu ratujemy dupę twojej pupilce?
Szkoda, że Anita tego nie słyszała. Ona miałaby dość sporo do powiedzenia na temat ratowania dupy Malinie, tak przez Kaśkę, jak też Borka. Ale Kaśka odpowiedziała mocno wymijająco:
- Lalka, nie marudź, chodź, jedziemy.
Gdy Roxy otworzyła drzwi Kaśka spytała:
- Co ty masz na sobie? A raczej czego nie masz.
Faktycznie, strój miała na sobie dość niedbały. Tak, jakby czekała na dostawcę pizzy. Ale Malina inaczej rozpoznała sytuację:
- Pukała się przed chwilą. Dzioba byś sobie wytarła.
Roxy jednak zignorowała tą uwagę.
- Wchodzicie, czy nie? Bo mi wszystkie muchy wylecą na klatkę.
Odwróciwszy się ruszyła w głąb mieszkania.
- Misiek! Drugą kawę szykuj!
Po czym dodała wyjaśniająco:
- Myślałam, że sama przyjedziesz.
- Wróżka od siedmiu boleści.
Z kuchni wyszedł Misiek z tacą kawy i nadstawił przybyłym paniom policzki do ucałowania. Za to Roxy wyciągnęła dłoń do Kaśki.
- Daj mi to cacko. Idźcie do pokoju, napijcie się kawencji, a ja sobie chwilę sama podumam nad tym. Misiaczku, zabaw damy rozmową. Nie wiem, ile mi to zajmie.
Po kilkunastu minutach Ruda wyszła z łazienki kompletniej nieco ubrana, do tego uśmiechnięta od ucha do ucha.
- Wszystko już wiem. Znaczy prawie wszystko. Wiem, co to za zaklęcie, kto je utkał, jak działa, nie wiem tylko, kto je zlecił. Ale tego akurat nie ma jak się dowiedzieć.
Nagle wtrącił się Misiek:
- Ja się na tym nie znam, ale można by przycisnąć...
- Kogo? Żadna zawodowa wiedźma nigdy ci nie powie danych klienta, możesz prosić, katować, kupować, ni kutasa. Nawet taka partaczka, jak Berta.
- Berta?
Ożywiła się Malina.
- Tak, Berta. Ja ją znam, Anita zna, wy mogłyście ją widzieć przed sylwkiem, wtedy co te fajerwerki zablokowałyśmy. Ale kto by to spamiętał. Zjechało się straszne stado, tony broch, a potem szybko się rozjechało.
- A czemu partaczka?
- Bo nie ma za dobrej opinii w tym światku. Tą klątwę zresztą też spierdoliła. Ale może wszystko po kolei. Nita miała rację, że to działa dermatologicznie. Na szczęście jednak, znaczy dla ofiary na szczęście, dosyć lajtowo. Tydzień, dwa porządnej wysypki, potem przechodzi bez śladu. Nawet za bardzo nie swędzi.
Kaśka pokręciła głową z niedowierzaniem.
- Tylko tyle?
- Jak się będziesz drapać, to się poharatasz. Ale poważniejsze czary to już nie są tanie rzeczy. Im mocniejszy skutek, tym drożej. Ładna jest ta wasza... Jak jej tam?
- Zofia vel Yakuza. Kwestia gustu.
Oświadczyła Kaśka, zaś Malina dodała:
- Ja bym ją z łóżka wyrzuciła, ale ja jej nie lubię, więc nie jestem obiektywna. To Kaśka chce jej pomóc, nie ja. To jej podopieczna.
- Ale Kasi pomożesz, tak? Poza tym nie ma obiektywnych gustów, ocen, sympatii. A do łóżka się chodzi z kimś, kogo się chociaż troszkę lubi. Przynajmniej ja tak mam.
Mówiąc to Roxy uśmiechnęła się do Miśka i zakontynuowała:
- Normalnie, to taką klątwę się neutralizuje. Nitka nie chciała tego zrobić, bardzo słusznie zresztą, ale nam akurat nic nie grozi. Mam jednak ciekawszy pomysł. Mówiłam, że Berta spaprała robotę.
- No, właśnie, co zrobiła nie tak?
Spytała Malina.
- W strukturze zaklęcia jest luka, taka drobna niedokładność. Ale ta luka pozwoli nam odesłać klątwę do nadawcy.
- Do Berty?
- Nie. Bercie nic nie można zrobić, mimo, że na zaklęciu jest jej sygnatura. Ale nie zabezpieczyła za dobrze zleceniodawcy. Więc możemy go skarcić. Piszesz się na to Kasiu?
- Nie wiem. Muszę zadzwonić do Yakuzy i spytać, skąd wzięła ten wisiorek. Bo jak znam Zośkę, to mogła go na przykład ukraść. Sama go nie zaklęła, znaczy nie zleciła Bercie, bo ona w takie rzeczy nie wierzy.
- Rozumiem, o ci chodzi. Nie chcesz mieć na koncie...
- Dokładnie.
- A ona ci na pewno powie prawdę?
- Na pewno nie okłamie. Najwyżej odmówi odpowiedzi.
- Wiesz, zawsze można ją potraktować Verakolą.
- Nie chce mi się w to bawić. To wolę już anihilować klątwę. Intuicja mi jednak mówi, że czegoś się dowiem. Ja na temat Zośki wiem takie rzeczy, od niej samej, że...
- Że nawet nam nie powiesz.
W tym momencie wtrąciła się Malina:
- A co się z nią działo przez ostatnie trzy lata?
- Dwa i pół, tak mniej więcej. Nie wiem, ale będę wiedzieć. Nie pytam, bo mnie to nie interesuje. Ale prędzej, czy później sama mi powie. To tylko kwestia czasu.
- To teraz idź i dzwoń. Do sypialni.
Roxy bardzo lubiła sobie pokrzyczeć uprawiając miłość, robiła to nadzwyczaj głośno, donośnie, więc sypialnię miała znakomicie wygłuszoną. Zaś gdy Kaśka wróciła, to oświadczyła, że mogą śmiało odesłać klątwę do nadawcy. Wtedy Ruda wstała i usiadła Miśkowi na kolanach.
- A teraz mój Misio Patysio zajmie się czymś sam, bo Wiewióreczka Misia Patysia idzie z koleżankami też się czymś pozajmować.
- Tak, wiem. Babskie sprawy.
Ucałowała go i ruszyła przedpokoju. Koleżanki stały już przy drzwiach do sypialni. Kaśka wyciągnęła dłoń zapraszającym gestem komenderując:
- Gryzoń przodem.
🙌
Następnego dnia, w czwartek zresztą, cała piątka wiedźm, czwartkowym zwyczajem spotkała się w Pleciudze. Anita z Malą uważnie wysłuchały relacji na temat wisiorka, którym właśnie bawiła się ta druga, pytając na sam koniec:
- Kasiu, to skoro Zosia nie powiedziała ci, od kogo dostała ten drobiazg, to klątwą oberwała jakaś randomowa osoba?
- Nie do końca randomowa. To była osoba, która chciała zrobić jej kuku. Więc została ukarana. A drobiazg już jest czysty.
- Ale stu procent pewności nie masz. Ta osoba mogła ukraść lub znaleźć już wcześniej zaczarowany wisiorek. Dlatego przykro mi, ale nie podoba mi się ta akcja.
Wtedy wtrąciła się Anita:
- Zaklęcie wyglądało na dość świeże.
Trudno powiedzieć, czy było to z jej strony rozmyślne, czy nie. Ale skutek był taki, że tematem rozmowy nagle się stała teoria magii realnej. Centralnie zaś kwestia czasów trwałości, okresy ważności zaklęć zależnie od ich rodzajów, czy innych czynników. To zaś złagodziło nieco zaostrzający się klimat przy stoliku.
KONIEC (prawie)
EPILOG
Następnego dnia, piątkowego popołudnia, tuż przed początkiem treningu Kaśka odniosła wrażenie, że nie może się doliczyć jednej Neonówki. Zapytała więc:
- Czy ja dobrze pamiętam, że w środę było was pięć?
- Dzisiaj nie ma Sabeny.
- Któraś wie, co się nią dzieje?
Yakuza pokręciła głową mówiąc:
- Nie mam pojęcia.
- Ale ja mam.
Odezwała się inna dziewczyna i dodała:
- Sabena jest chora.
- Co jej jest? Gadałaś z nią?
- Z nią nie. Z jej młodszą siostrą. Wczoraj wstała rano, Sabena znaczy, miała jakąś koszmarną wysypkę. Jak spojrzała w lustro, to dostała ataku histerii. Zamknęła się w pokoju, telefon wyłączyła, za to włączyła buhuhu na pełny regulator.
- No cóż, chyba żadna laska nie lubi być brzydka.
- Po południu jej ojciec zadzwonił po pogotowie i ją zabrali. Mówili, że na zakaźny. Dziś jest tam dalej, na obserwacji. Nic więcej nie wiem, tyle, co od tej jej siostry. Odwiedzin zero na tym oddziale, ta siostra była, ale jej nie wpuścili. Tylko parę drobiazgów przez salową podała jej do izolatki.
- No, dobrze. Znaczy niedobrze. Pracujemy. Bieg dookoła sali.
Trening przebiegł bez zakłóceń, zaś po jego zakończeniu Kaśka przytrzymała Yakuzę na chwilę rozmowy.
- Zosiu. Dwa tygodnie temu na siłce była taka sytuacja, że rzuciłaś jedną ze swoich panienek na glebę. Potem Mala jej opatrunek robiła. A ty grzecznie zmyłaś podłogę.
- Skąd to wiesz?
- Od Mali. Przecież ja muszę wszystko wiedzieć, co mi się dzieje tu w klubie. Zwłaszcza takie incydenty. Mala mi od razu powiedziała, tylko ja zapomniałam cię opierdolić. Jestem bardzo zajętą osobą, więc mi jakoś z głowy wyleciało.
- To teraz mnie będziesz gęgać?
- Nikogo nie będę gęgać. Przedawnione, zapomniane.
- Bo się jak chamówa ostatnia wtedy zachowała. Bo jak to tak? Dziewczyna pracuje, coś akurat naprawiała, a ta sobie z niej robi chłopca na posyłki. Może trochę za ostro, sorry, ale poniosło mnie. Potem z Malą gadałam, strasznie fajna dziewczyna. Skąd ty ją wytrzasnęłaś? Taka radosna i w ogóle. Dwa tygodnie i już ją lubię.
- Tak jakoś, przypadkiem. Powiedz mi jeszcze tylko, która to była? No wiesz, ta, co ją tak wtedy zglebowałaś?
- Nie ma jej dzisiaj. To ta chora, Sabena.
- A wisiorek też ci dała?
- Tak, na przeprosiny, już później, po paru dniach.
- Ja go dam Mali. Wiesz, że ja nie noszę takich rzeczy.
- Dobrze. Tak naprawdę, jak tak połączyć kropki, to jej się należy.
- Tak, połączyć kropki... Chodźmy dupska pomyć.
Kaśka miała już połączone kropki, wszystko było dlań jasne. Na salę powoli schodziła się grupa aerobiku.
KONIEC EPILOGU

08 grudnia 2025

KLĄTWA /2.wciąż nic się nie dzieje, ale może się zacząć/

Pięć Neonówek przycupnęło w kącie dużej sali. Co prawda Yakuza nie wyjaśniła za bardzo swoim koleżankom, o co chodzi, bo sama prawie nic nie wiedziała, ale szybko je przekonała, że Kaśce warto zaufać. Po chwili weszły jeszcze cztery osoby: dwie dziewczyny, dwóch chłopaków. Coś mruknęły zdawkowo na powitanie, po czym stojąc pod ścianą naprzeciwko zajęły się cichą rozmową. Zaś po paru minutach pojawiły się Kaśka i Magda Maczuga. Ta pierwsza podeszła do panienek Yakuzy, które to błyskawicznie wstały na widok wchodzących trenerek.
- Hejka dziewczyny, streszczę wam sytuację. Najpierw zrobimy wspólny trening z tymi ludźmi, co tam stoją. Moja koleżanka poprowadzi. Rozgrzejecie się, potem trochę z nimi posparujecie. Chyba, że któraś nie ma ochoty, fochów nie będzie. Na koniec zajęć opowiem wam dokładnie, jaki jest pomysł. Powinnam to zrobić najpierw, ale sprawy potoczyły się trochę inaczej. Madzia, możesz zrobić rozgrzewkę? Taką lajtową, bez furii.
Nagle coś przyciagnęło jej wzrok. Chwilę patrzyła na wisiorek na łańcuszku, który Yakuza po zdjęciu go z szyi wrzuciła do miseczki leżącej na parapecie okna. Twarz jej stężała na ułamek sekundy, szybko jednak kamienne rysy zastąpił uśmiech. Zaś stojąca na środku sali Magda klasnęła w ręce.
- No, kluseczki, pracujemy. Może zacznijmy od pajacyka.
Kaśka przez chwilę fachowym okiem obserwowała ćwiczących. Potem powoli podeszła do okna. Nikt nie miał najmniejszej szansy zobaczyć, jak wisiorek Yakuzy trafił do kieszeni dresu trenerki. Ona zaś drugą dłonią wyjęła telefon i ruszyła do drzwi sali. Po drodze minęła Maczugę, coś jej szepnęła, po czym wyszła. Stojąc na korytarzu wybrała numer.
- Nitka? Ty masz dziś w klubie zajęcia z rodzenia, tak?
- ...
- Na którą?
- ...
- Aha. Tak właśnie pamiętałam. To mam prośbę. Wyjdź parę minut wcześniej i podjedź pod pierwszy budynek. Zaparkuj pod recepcją, wejdź do środka i wydzwoń mnie.
- ...
- To nie jest na telefon. Wyjdę do ciebie i ci wyjaśnię.
Wróciwszy na salę obserwowała ćwiczącą grupę przez kilka minut. Gdy uznała, że jest wystarczająco ciepło zadysponowała:
- Tam w rogu leży cały potrzebny nam dziś sprzęt. Rękawice, kaski ochraniacze. Przywdziejcie to na siebie, a potem ty i ty, ty i ty, oraz ty i ty na początek. Luźna walka, według reguł ka jeden. Tylko bez szału, to nie gala. Reszta walka z cieniem, tak, żeby się nie zastać.
Dalej szło bardzo sprawnie. Kaśka co parę minut płynnie zmieniała zestawienia par bacznie przyglądając się sparującym. Co jakiś czas wymieniała ciche uwagi z Maczugą. Wreszcie zadzwonił jej telefon. Szybko został odebrany:
- Tak, już wychodzę do ciebie.
Magda przejęła kierowanie ruchem, Kaśka zaś wyszła z sali, po czym szybko ruszyła do recepcji. Czekająca już tam Anita nie ukrywała zdziwionej miny.
- Co się stało takiego?
- Chodź, coś musisz zobaczyć.
Gdy obie usiadły przy stoliczku Kaśka wyjęła wisiorek.
- Co ty na to?
- Ojej, mocne. Klątwa. Śpiąca klątwa. Niefajnie taką oberwać.
- Tyle to i ja wiem.
- Fachowa robota, utkana przez zawodową. Nawet wiem, przez którą. Znam tą sygnaturę zaklęcia. Kogo tak brzydko uraczyła?
- Powiedzmy, że koleżankę. Ale bezmockę, nie naszą. Resztę ci opowiem wieczorem, zadzwonię i wszystko wyjaśnię. Na razie mi tylko powiedz, czy możesz to zneutralizować? Bo ja akurat nie umiem, to jeszcze nie moja waga.
Faktycznie, Kaśka czaruje dopiero ledwo ponad trzy lata, za to Anita piętnaście, już od małolactwa. Co prawda ta pierwsza jest bardzo zdolna, ale tej drugiej nie przeskoczy.
- Teraz od ręki?
- Teraz od ręki. To cacko podpiździłam tylko na chwilę, musi zaraz wrócić na miejsce, właścicielka nic nie wie. A ja się obawiam, że może łupnąć w każdej chwili jak go tylko dotknie.
- Tak, może. Ja to umiem zneutralizować, ale centralnie chwilowo teraz nie mogę. Rozumiesz, dlaczego nie mogę?
Mówiąc to Anita pogłaskała się po nieznacznie już widocznym brzuchu. Jak wiemy, dla czarownic w ciąży pewne czary są zbyt ryzykowne, wybitnie nie powinny ich wykonywać.
- Trzeba Rudą poprosić. Ona to ładnie ogarnie. Ale jest też dobra wiadomość. Teraz mogę to czasowo zamrozić, zablokować, jakoś do jutra, nawet do pojutrza.
- To zrób to proszę, bo zaraz muszę wracać do pracy. Zaś do jutra to ja już sobie poradzę, Roxy mi przecież nie odmówi pomocy.
- Pewnie, że nie. Daj to szkiełko.
Anicie faktycznie zajęło to niespełna parę minut.
- Gotowe. Powiedzmy, że teraz hibernuje, jak zwał, tak zwał. Masz od trzydziestu do czterdziestu godzin czasu. Co potem, kiedy to ma się uaktywnić pojęcia nie mam.
- A tak w ogóle, to co ta klątwa ma robić?
- Za mało czasu, żeby dokładnie zbadać, ale tak na moje oko, to pachnie jakąś dermatologią. Ale jakiego kalibru, to tak na biegu tego teraz nie rozpoznam.
- To ja lecę. Dzięki Niteczko, kocham cię.
Gdy Kaśka wróciła na salę sprawy toczyły się tak samo, jak wtedy, gdy wyszła. Podrzucenie wisiorka do miseczki na parapecie nie sprawiło jej żadnej trudności. Zaś potem mogła już się dalej zająć pracą. W pewnym momencie zapytała stojącą obok Maczugę:
- No, i jak ci się podobają te moje harpie?
- Ta jedna to stara wyjadaczka. Kiedyś już ją widziałam.
- A reszta?
- Nieźle. Tylko trzeba to powtórzyć, zobaczyć jak graplują.
- Tak zrobię. A na razie kończymy powoli na dzisiaj.
Po jakichś dziesięciu minutach Magda aplikowała jeszcze swojej czwórce jakieś ćwiczenia dorzynające, za to Kaśka posadziła Neonówki w kącie sali.
- No, moje panienki. Czas na obiecane wyjaśnienia.
- Zamieniamy się w słuch szefowo.
- Najpierw zapytam. Dobrze się bawiłyście?
- Pewnie, było mega.
Odpowiadała Yakuza, reszta dziewczyn tylko potakiwała głowami. Kaśka już miała na końcu języka, aby jej powiedzieć:
- One cię kiedyś zabiją.
Ale zmieniła plany i oświadczyła oficjalnym tonem:
- Też się wspaniale bawiłam. Sporo już umiecie, fajnie, że Yaki was znalazła, zebrała do kupy, dlatego klub Oktagon, czyli po części ja, ma dla was prezent. Darmowy, regularny wjazd, cały sprzęt do dyspozycji plus obsługa trenerska...
- Wy wiecie, ile Kasia bierze normalnie za godzinę?
- Yaki, nie przerywaj, starsza mówi. Do tego dodaję za jakiś czas regularne okazje, aby komuś na ringu porządnie skopać dupę. Tak sportowo, nie na poważnie. Nie wiem, co lubicie robić najbardziej, ale tłuc się też lubicie. Przy okazji coś za to skopanie można zarobić. Wiem, że nie szukacie pracy, macie już jakieś sposoby zarabiania na rachunki, ale parę groszy ekstra też się przyda. Czy wszystko jasne? Yaki, cicho bądź.
Jedna z dziewczyn podniosła dwa palce do góry.
- To kiedy następny trening pani Kasiu?
- No, konkretne pytanie. Pojutrze, w piątek, godzina siedemnasta. Czy to którejś koliduje? To jest jeszcze do dogadania, dopóki mam grafik nie zamazany do końca.
Kaśka wyjęła telefon kontynuując:
- Jestem bardzo zajętą osobą, a klubu nie stać na magazynowanie powietrza w pustych pomieszczeniach. To co? Pasuje? Nie widzę protestów. Resztę terminologii dogadamy sobie w piątek. Przed wejściem upomnijcie się o nowe karty  w recepcji. To wszystko na dziś. Było mi miło pracować z wami.
Gdy wszystkie wstały, chwyciła Yaukuzę za ramię.
- Zosiu, czekaj chwilę, mam do ciebie sprawę. Prywatną.
- Prywatną?
- No. Chodzi o ten twój wisiorek.
- Jaki znowu wisiorek?
- Ten, który zaraz weźmiesz z parapetu.
- A, ten. Co z nim jest?
- Pożyczysz mi go do piątku?
Yakuza spojrzała na Kaśkę mocno zdziwona.
- Od kiedy zesroczałaś? Jak cię znam, nigdy nie nosiłaś błyskotek.
- Powiedzmy, że realia zmuszają mnie, żeby zrobić wyjątek. Mam takie spotkanie rodzinne, że...
- Nic mi dalej nie tłumacz. Nie pożyczę ci go. Ja ci go dam.
- Coś ty? To bardzo ładny i pewnie cenny drobiazg.
- Kasiu, nie twórzmy zagadnienia. Mogę już iść?
Gdy Kaśka została sama na sali najpierw odetchnęła z ulgą. Kompletnie nie miała wcześniej pomysłu, jak przejąć wisiorek na dłużej. Tłumaczyć Yakuzie temat magii realnej? Chwilowo ją to przerastało. Tymczasem problem zniknął sam, zanim się pojawił. Przynajmniej chwilowo na razie. Spojrzała do telefonu, po czym szybko wyklikała numer.
- Lisiczko, jest sprawa. Taka magiczna bardziej. Co dziś robisz?
- ...
- No, dosyć pilne. Nawet awaryjne.
- ...
- Dobrze. To za jakąś godzinę z ogonkiem jestem u ciebie.
Ogonek był. Do pryszniców. O tej porze w klubie tak było zawsze. Kaśka już od pół roku zbierała się, aby ten, jakby nie było poważny temat omówić z Malą i ze Stryjem, ale jako bardzo zajętej osobie wciąż jej to wylatywało z głowy.
C.D.N.

03 grudnia 2025

KLĄTWA /1.na razie nic się jeszcze nie dzieje/

Tego popołudnia wchodząc do sali siłowni Kaśka spodziewała się zastać wszystkie Neonówki, jak ostatnio nazywano ekipę Yakuzy, ale ujrzała tylko jedną. Dziewczyna siedziała na maszynie ćwicząc przywodziciele, jednocześnie zaś również toczyła wesołą rozmowę ze stojącym obok mężczyzną, zapewne robiącym sobie przerwę między seriami i wpatrzonym jakby niechcący w rejon między jej rytmicznie zaciskającymi się udami. Jednak na widok wchodzącej szybko wstała głośno zapodając:
- Dzień dobry pani szefowej!
Reszta obecnych na sali również spojrzała na Kaśkę, ktoś skinął głową, ktoś coś mruknął, ona zaś idąc odparła:
- Hejka wszystkim. Sama jesteś?
To ostatnie było skierowane do Neonówki.
- Nie. Dziewczyny są na workowni.
- Aha. No, to bawcie się dalej dobrze.
Maczeta obróciła się była na pięcie i wyszła z sali. Dochodząc do workowni już na korytarzu słyszała głuche łomoty używanego sprzętu. Zaś wchodząc do środka ujrzała sporo osób. Yakuza ze swoją załogą też tam faktycznie były. Miarowo obijały ciosami lub kopnięciami wiszące worki, poza jedną, która obrała sobie za ofiarę klasyczną makiwarę, taką specjalną deskę ćwiczebną przymocowaną do ściany. Po drugiej zaś stronie sali senioralny wizualnie brodaty pan katował muk yan jonga, drewniany manekin używany do ćwiczenia technik wing tsun. Widać zauważył Kaskę kątem oka, bo nagle przerwał, obrócił się do niej, po czym wykonał elegancki ukłon. Odpowiedziała mu tym samym popierając to uśmiechem, po czym skupiła uwagę na ćwiczących Neonówkach. Uważnie przyglądała się ich technikom, wreszcie podeszła do tej przy desce. Położyła jej dłoń na barku, zaś gdy ta zaskoczona nagle przerwała zapytała ją:
- Co ćwiczyłaś wcześniej?
- Kyokushin.
- Tak? Miła wiadomość. Bardzo cenię ten styl. A czemu przestałaś?
- Trener mnie molestował.
- Rozumiem. Chyba nawet wiem, który. Dobrze uczy, ale dziewczyn lepiej mu nie powierzać. Za bardzo mu się łapska do piczek kleją.
Kaśka zaśmiała się kwaśno i dodała:
- Znasz pinany?
- Znam.
- To pokaż mi któryś. Chcę zobaczyć, jak się ruszasz.
Pinany to jedne z wielu kata, ćwiczeń stosowanych nieraz podczas treningu karate. Po koreańsku nazywa się to hyong lub tul, po wietnamsku qyuen, po polsku zaś forma lub układ. Jest to zestaw, sekwencja odgórnie ustalonych ruchów, głównie technik walki. Różne opinie panują na temat tej metody, jedni uważają ją za bardzo ważną, inni za bezwartościową stratę czasu. Kaśka miała zdanie pośrednie, uważała kata za cenny dodatek do treningu, jednak bez nadmiernego zachwytu. Teraz obserwowała wykonanie pinanu shodan, dość prostego układu, dla bardziej początkujących, niż zaawansowanych, tymczasem reszta dziewczyn zauważyła jej obecność. Gdy Yakuza do niej podeszła usłyszała tylko ciche:
- Czekaj chwilę, niech skończy.
Gdy tamta skończyła Kaśka kiwnęła głową mówiąc:
- Dobrze, dziękuję. Idź rób dalej swoje.
Po czym ujęła Yakuzę pod ramię i razem odeszły w kąt sali.
- Zosiu, kiedy ostatnio się łomotałaś?
- Rozumiem, że nie pytasz mnie o seks?
- Dobrze rozumiesz. Nigdy nikogo o to nie pytam.
To prawda. Jak wiemy, to z całej piątki znanych nam czarownic Kaśka była najbardziej powściągliwa, jeśli chodzi o żarty, pytania, czy inne rozmowy na tematy bazowe.
- Chodzi o sport, czy walkę na poważnie?
- Na razie skupmy się na sporcie.
- No, to było chyba ze dwa, trzy lata temu. Jeszcze przed moim wyjazdem. Chyba nawet widziałaś tą walkę, choć nie wiem, czy na żywo. To była gala w...
- Akurat nie na żywo, ale dokładnie kilka razy. A teraz mam takie pytanie, czy nie chciałabyś sobie przypomnieć, jak to się robi?
- Czemu nie? Wiesz, z dziewczynami trochę się przepychamy od święta, tak dla czystej zabawy, ale jak masz jakiś fajny pomysł, to chętnie. Mnie w ogóle korci powojować znowu na ringu. Mam dopiero dwudziestaka. Buzi mi jeszcze nie zdążyli zepsuć.
- Dobrze. To obgadaj z nimi sprawę. Jest okazja sobie posparować. Tak sportowo, bez furii. Jak wam się spodoba, to bawimy się dalej.
- Możesz coś nieco bliżej?
- Coś mogę. Znasz Magdę Maczugę?
- No pewnie. Znaczy nie osobiście, ale postać nie jest mi obca. Pamiętam jej dawne walki. Wiem też, że gdy mnie nie było, to ty jej spuściłaś bęcki w klatce. Ta walka jest do znalezienia w necie.
- Mniejsza o te bęcki, to już jest historia. Grzyb i pajęczyna. Teraz Magda to moja dobra kumpela. Pracuje tu zresztą. Nie u nas, nie za nasze, ale ma swoją grupę, trenuje ich.
- Tak, mijałam ją nawet niedawno. Nawet cię chciałam zapytać, co ona tu robi, ale jakoś nie było okazji. Tu w ogóle się kręci sporo znanych nazwisk.
- Dużo się pozmieniało jak cię nie było. Dobrze, ale wracając do sprawy. Posparujecie trochę z ludźmi z jej grupy. Ciebie znam, wiem co umiesz. Twoich dziewczyn nie znam, ale ty je znasz. Lamusek byś chyba nie brała do kompanii. Bądźcie wszystkie jutro na piątą, w dużej sali, wiesz, której. Pasuje?
- No. Zawsze wychodziłam dobrze na twoich pomysłach.
Kaśka klepnęła Yakuzę po ramieniu, obróciła się na pięcie, po czym wyszła z workowni. Plan miała jasny, choć na razie dość ogólny. Jednak na tym etapie ustalanie detali nie miało jeszcze sensu. Poza tym zbyt szczegółowe plany są zbyt wrażliwe na sytuacje, gdy coś pójdzie nie tak.
C.D.N.

03 września 2025

O CZYM KNUJĄ WIEDŹMY /3/

Wracając akcją do piątkowego spotkania, na którym czarownice przegadały cały czas przeznaczony na sabat, to zakończyło się ono dość nieoczekiwaną puentą. Otóż była ona taka, że żadnej tak naprawdę wcale nie zależy, żeby jakoś gnębić Mirka Orskiego. Nawet Kaśce, która jeszcze dwie godziny wcześniej czuła się nieco urażona, że ją okłamał. Nieszkodliwie zresztą, jak sama uważała już od samego początku. Więc żaden plan Anity, nawet szkicowy nie był już potrzebny. Wystarczyło sprzedać gościowi zaklęcia, po czym znając wyniki pięciu walk zagrać stawiając na prawie stuprocentowych pewniaków. Prawie, bo pewności nie ma nigdy. Doszło wręcz do takiego czegoś, że przez ostatnie pół godziny rozmawiały na zupełnie inny temat. Otóż Mala nagle stworzyła sobie problem z niczego:
- Siostry, czy ja mogłam wtedy sknocić zaklęcie, czy nie mogłam?
Wszystkie spojrzały na nią zdziwione, a Malina spytała:
- Jakie znowu zaklęcie?
- No, ten amnestyk po randce z tamtym gamoniem.
- Aha, tamta sprawa.
Odpowiedziała Anita:
- Przy twojej genialności raczej nie mogłaś. Z drugiej strony jednak klątwa amnezyjna pomimo swej prostoty technicznej jest bardzo łatwa do sknocenia. Ile mu wycięłaś życiorysu?
- Mniej niż godzinę. Licząc od mojego wejścia do jego domu, do mojego wyjścia. A sama randka to już żenada. Nie zdążyłam zdjąć majtek i było już po wszystkim. Lamus do kwadratu.
Wtedy odezwała się Roxy:
- Było dać mu wziąć drugi oddech.
- Mogłam, ale wkurzyłam się. Odechciało mi się.
- Za dużo oczekiwałaś. Musisz się nauczyć, że większość gamoni to faktycznie lamusy. Nie umią się kontrolować. Mam wyjaśniać dalej to zagadnienie?
- Nie trzeba, wiem, o co chodzi.
Piłkę przejęła Anita:
- Wracając do amnestyka, to im dłuższy jest odcinek czasu, który chcesz wyciąć komuś z pamięci, tym trudniejsza jest cała robota. Do tego to rośnie logarytmicznie. Już doba to taki okres, gdzie nawet siostry z nawyższej półki muszą coś spieprzyć. Taka jest struktura ludzkiej pamięci. Powinnaś to wiedzieć od Cioci Lali. Do tego ty byłaś napalona, potem wkurzona, jak mówisz. To sprzyja błędom, nie tylko drobnym.
Malina podniosła dwa palce do góry pytając:
- Mogę? 
- No?
- Maleczko, jak go teraz spotkasz, to go po prostu spytaj o jakiś detal. Na przykład co miałaś wtedy na sobie. Co prawda oni rzadko pamiętają takie rzeczy, ale nieraz potrafią ciekawie zaskoczyć.
- No. Mój Borek potrafi czasem przypomnieć akcje sprzed roku, czy dwóch, które mnie już dawno wyleciały z głowy. Pamięć ludzka, szczególnie męska bywa zaiste osobliwa.
To wtrąciła Anita, co Turbina skwitowała:
- Nie, Lalka, ja się nie będę bawić w takie rzeczy. Ja sobie lubię pogadać z różnymi ludźmi w klubie. Ale przede wszystkim, to ja tam pracuję. Tak?
Przy ostatnim słowie spojrzała na Kaśkę, która tylko uśmiechnęła się i skinęła jej aprobująco głową. Zaś cały problem zniknął, zanim zdążył porządnie zaistnieć.
Nawet gdyby Mali chciało się dociekać całej sprawy, to nawet nie miałaby jak, bo niefortunny randkowicz nie zajrzał do Oktagonu aż do czwartku następnego tygodnia. Wydarzyło się też, czy raczej nie wydarzyło parę innych rzeczy, które spowodowały, że wypadki potoczyły się zgoła inaczej, niż teoretycznie powinny. 
Przede wszystkim to na poniedziałkowym treningu w Oktagonie pojawiła się cała piątka prowadzona przez Magdę Maczugę, ale bez swojej trenerki. Zaś przez kolejne dni sala stała pusta. Kaśka tego nie wiedziała, miała wtedy swoje zajęcia. Ale wszędobylska Mala od razu to wychwyciła. Nie omieszkała powiedzieć tego swojej szefowej, która zareagowała adekwatnie:
- Właściwie co mnie to obchodzi? Zapłacone z góry, ich sprawa, że nie korzystają. Mnie bardziej intryguje, że Mirek nie dzwoni, bo mieliśmy omówić inny temat.
- To może ty zadzwoń do niego?
- Coś ty? To on ma za mną chodzić, nie ja za nim.
Identycznie podeszła do sprawy Anita, gdy Orski nie pojawił się na umówionym spotkaniu we środę. Coś wyjaśniło się dopiero we czwartek, gdy czarownice spotkały się były razem w Pleciudze. Ostatnia pojawiła się Kaśka z wiadomością:
- Dzwonili do mnie z federacji, chcą zwrotu kasy za wynajem sali za przyszły tydzień. Chuja zobaczą, mogą nas podać do sądu.
- Ale dlaczego?
Roxy była wyraźnie zaciekawiona.
- Był gruby wypadek w poniedziałek. Auciany. Magda i Mirek oboje leżą na ojomie.
- To już wiem, dlaczego mnie wczoraj wystawił.
Mruknęła Anita, zaś Kaśka uzupełniła:
- Ale jest w tej historii pewien zabawny akcent.
- Zabawny?
Spytała Malina.
- Na swój sposób zabawny. Gadałam z ratownikiem medycznym. To było ponoć tak, że on prowadził, stracił panowanie nad kierownicą i przyrżnęli w jakiś taki słup, czy coś. Jak ich tak zastali byli oboje żywi, ale centralnie nieprzytomni...
- Byli po czymś?
- Nie. Byli na tripie, ale takim jakby trochę innym. Ten chłopak powiedział, że wszystko wskazuje na to, bezdyskusyjnie, że...
Przeważnie opanowana, kontrolująca odruchy Kaśka nagle zaczęła chichotać niczym Malina.
- No, na co wskazuje? Referuj dalej.
- Że... Że... Ona wtedy jemu...
Przerwała, a po nanosekundzie przy stoliku rozległo się chóralnie:
- Achaaaa...
Jedynie Mala zareagowała szybkim:
- Okurwa!
Na co odparła Roxy:
- Nie żadne okurwa, takie rzeczy się zdarzają. Pamiętam, jak...
- Ruda! Uspokuj się!
Anita spojrzała na nią karcąco, ta zaś zaprotestowała: 
- No co? Ja tylko chciałam powiedzieć, że jak mi się zachce, to my z Miśkiem w takich przypadkach zawsze zjeżdżamy na pobocze, czy gdzieś tam indziej.
Nie omieszkała tego skomentować Malina:
- Przytomny kierowca z tego Miśka. Ale wygląda na to, że cały nasz misterny plan poszedł się jebać w pizdu. 
Kaśka spojrzała zdziwiona.
- Jaki znowu plan?
- Plan pociągnięcia za ogon demona hazardu.
- Chyba przeginasz. Raz zagrać to jeszcze nie hazard.
- Żartowałam.
Dziwnie poważna Mala odezwała się nagle:
- Siostry? Gdzie jest ten cały ojom?
Kelnerka, która znowu myślała za dużo była mocno zdziwiona, gdy udawszy się odebrać zamówienie zastała pusty, niezajęty przez stałe czwartkowe klientki stolik.
KONTYNUOWANE NIE BĘDZIE, TYM SIĘ BYĆ MOŻE ZAJMIE INNY SERIAL, BO BIEŻĄCY JUŻ SIĘ ZAKOŃCZYŁ

01 września 2025

O CZYM KNUJĄ WIEDŹMY /2/

Na następny dzień, na piątkowy, raczej treningowy sabat wiedźmy umówiły się dosyć wcześnie. Anita czuła, że zbyt wiele to one nie poczarują, za to może się odbyć długa dyskusja. Ale gdy się do niej zjechały okazało się, że nie są obecne wszystkie. Brakowało Mali, co było dość dziwne. Turbina zawsze pojawiała się pierwsza, jak zwykle skora do pomocy przy różnych przygotowaniach. Podczas czekania na nią Malina męczyła bratową, aby coś wspomniała na temat spotkania z Orskim, ale ta była niewzruszona:
- Niech Młoda przyjedzie. Nie chce mi się opowiadać dwa razy.
Wreszcie Kaśka sięgnęła po telefon, ale bezkutecznie.
- Spokojnie dziewczyny, ja też nie odbieram na motorze.
W końcu jednak ów motor zadudnił za oknem. Po chwili do salonu wpadła niczym bomba Mala. Ryt powitalny był dla niej szalenie ważny, więc reszta czarownic cierpliwie zniosła obściski i lizanie pysiów. Za to gdy nastoletnia wiedźma usiadła na sofie oznajmiła:
- Sorry siostry, ale była draka w klubie.
Kaśka spojrzała na nią z mocno zdziwioną miną.
- Jaka znowu draka? Pobili się?
- Jeszcze jak! O mnie się pobili.
- To opowiadaj koniecznie. Po kolei.
Akurat wiadomość, że ktoś się pobił nigdy nie robiła na Maczecie żadnego wrażenia. Ale że w klubie? Taka akcja nie wydarzyła się tam jeszcze nigdy. Mala zgapioną od Anity manierą wzięła głęboki wdech i zaczęła swoją opowieść.
- Bo to było tak, że jestem w szatni, już przebrana po pracy, już mam wychodzić, gdy nagle słyszę jakiś harmider. Wyskoczyłam na korytarz, patrzę, leci do mnie taka jedna dziewczyna, znam ją, widziałam parę razy i pruje się, że się biją. Na tej sali, gdzie siłka. To ja tam idę, patrzę, faktycznie, odbywa się nawet niezła wojna. Czterech chłopaków się tłucze, nie bardzo wiadomo, kto kogo. Aż wióry lecą. To ja napierw utkałam slomo, rzucam klątwę na całą salę, spowolniłam wszystkich na maksa. Potem poszłam do szatni, przyniosłam sugestrix, kogutów wysłałam do domów...
- Tak, jak stali?
Spytała Anita.
- Coś ty? Najpierw do szatni, kazałam im się przebrać żeby dziś nie wrócili. Resztę zostawiłam, powinni się już ocknąć z tego slomo...
- Dużo ludzi było? Tak pytam, bo dziś wcześnie wyszłam.
To już było pytanie od Kaśki.
- Jak na piątek, na tą porę dnia nawet sporo. Spojrzałam jeszcze, czy wszystko gra, czy nie ma jakiejś demolki, ale było dobrze. Nikt nic nie popsuł. Potem wzięłam tą dziewczynę, co mnie zawołała na początku i przepytałam, co się tak naprawdę stało.
- I co się stało tak naprawdę?
- To było podobno tak, że chłopaki, tak między seriami gadali sobie, normalnie, jak to chłopaki, o dupach. A tu jeden nagle się pochwalił kolegom, jakoby mnie zaliczył.
Wtrąciła się Malina:
- Nic zaskakującego. Ciebie wszyscy lubią w klubie, a zaliczyć pewnie chciałby co drugi. Ja się im wcale nie dziwię zresztą.
- Lalka weź. Lubię być pożądana, jestem chyba normalną kobietą, przynajmniej od jakiegoś czasu. Ale nie o tym teraz opowiadam. Więc jak ten chłopak to powiedział, to drugi się wziął wkurwił na niego i zaczęła się ostra scysja między nimi.
- Pewnie z zawiści.
- Może. Ale to nie jest ważne. No, i od słowa, do słowa zaczęli się tarmosić. Wtrąciło się jeszcze dwóch, wtedy poszło już grubiej. To ta dziewczyna poleciała do recepcji, ale po drodze trafiła na mnie, dalej już wiecie. My nie zatrudniamy ochrony, bo nigdy zresztą nie było takiej potrzeby. Jest tylko nocny cieć, fajny wujek zresztą.
- Dalej zresztą nie ma. Jest tylko strażak.
To akurat dodała Kaśka, dodając ponownie:
- Takie są od dawna przepisy. Ma być jakaś osoba po szkoleniu przeciwpożarowym. Zgadnijcie panienki, kto nim jest w klubie Oktagon? To chyba nie jest trudne.
Pozostałe wiedźmy spojrzały na Malę, która jakby zupełnie nie była zainteresowana tą sprawą, tylko ze swoim radosnym uśmiechem uzupełniła relację:
- Ale wiecie, co jest zabawne? Ten chłopak, co się tak chwalił, to nie był żaden erogawędziarz, bo wcale nie kłamał. Ja go akurat przeleciałam jakiś ponad tydzień temu. Tylko, że on nie miał prawa tego wiedzieć, nie mógł pamiętać, bo na koniec, jak już od niego wychodziłam, to rzuciłam mu amnestyka.
- Czyli jednak kłamał. Zmyślił.
Zaoponowała Malina, na co zaoponowała Mala:
- Ale mówił prawdę. Przynajmniej tak ogólnie. Siostry, ale ja mam dla was coś jeszcze. Tylko niech najpierw Nita opowie, jak było na spotkaniu z Mirkiem. Bo coś mi się tu bardzo mocno zdaje, że to są powiązane sprawy.
Anita poprawiła się na sofie i odparła:
- Właściwie to nie była jakaś długa rozmowa. Przycisnęłam go brakiem czasu, żeby się nieco streszczał. Paradoksalnie tworzy to warunki, aby ktoś powiedział coś za dużo. Powiedział, że chce kupić kilka zaklęć dopingowych. Nazwał to czystym spidem, bez skutków ubocznych. Widać, że mało zorientowany, bo zawsze jakieś są. Maleczko kochanie, czy ty jak jeszcze z nim byłaś, to gadałaś z nim na temat takich zaklęć?
- Czasami trochę z nim gadałam na temat czarów, coś tam mu też pokazałam, ale nie pamiętam, żeby coś było na tak konkretny temat. Ale mógł sam się domyśleć, że magia się tym też zajmuje.
- Może i mógł. Ale w sumie to nieważne. Zapytałam go wtedy, ile tego chce? To mi powiedział, że tak około pięciu, ale czy mniej, czy więcej, to zależy już od ceny, że ma ograniczony budżet. Nie pytałam go za to, po co mu to. Niech się sam rozpruje, ale nic nie powiedział akurat niestety.
Nagle przerwała jej Roxy:
- Doszliście do jakiejś puenty?
- Nie. Odwlekłam decyzję, nie padły też żadne konkretne sumy. Powiedziałam że mam weekend, że to mój czas dla rodziny, to zresztą prawda, umówiłam się z nim na wtorek lub środę, ma zadzwonić. Gala jest za dwa tygodnie, w sobotę, jest czas. Za to coś mnie zaintrygowało. Dlaczego powiedział, że chce około pięciu zaklęć? Dlaczego pięciu? Może to przypadek, figura retoryczna, ale czy na pewno? Kasiu, masz może na to jakiś pomysł? Ty się znasz na tym najlepiej.
- Pewnie, że mam. Po prostu ołgał mnie. Wcale nie chodzi o jakieś podbicie oglądalności, atrakcyjności show. Do klatki, czy na ring wchodzą dwie osoby, więc po co mu nieparzysta ilość zaklęć? Na zapas? Na testa? To się nie klei, jak na mój gust. Za drogi towar.
Tu ożywiła się Roxy:
- Ja za to wcale się nie znam, ale słyszałam, że są też takie walki, gdzie wchodzą dwie na jedną, czy jakieś inne zestawiania.
- Tak, ale nie u nas, jeszcze nie w tym kraju. Nasze freak fighty jeszcze zachowują jakieś cechy sportu walki.
W tym momencie wtrąciła się Mala:
- To chyba dobry moment, żebym ja coś opowiedziała. Ostatnio do nas do klubu przychodzi trenować ekipa, która się szykuje do freak fightów. Pięć osób: trzech gamoni i dwie dziewczyny. Prowadzi ich Magda Maczuga, to jest ta sama, która dostała łomot od Kasi rok temu, a potem od Szalonej Aldony.
- Zatrudniłaś ją?
Mocno zdziwiona Roxy spytała wspomnianej, która odparła:
- Nie, nie tak. To są ludzie sponsorowani przez jakiegoś mirkowego słupa. Nie wiem tego zbyt dokładnie, ale tak to jakoś widzę. U nas wynajmują tylko salę. Magda pracuje dla niego, nasi trenerzy się do tego nie wpieprzają. Dobra jest w tej robocie, zawodniczka też zawsze była z niej świetna. Miałam okazję popatrzeć na jej zajęcia. Materiał ma też nieźle rokujący, ale przez miesiąc ze świeżaków zawodowych mistrzów nikt nie zrobi, zero takiej opcji.
- Nawet ty?
Spytała Malina.
- Nawet ja, nawet czarami. Mala, opowiadaj dalej.
- To oni przyszli jakoś w południe. Była drobna awaria, bloczek od linki od jednego worka poszedł, poprosili mnie, żeby to ogarnąć. To ja przyszłam, pracuję, naprawiam, a oni sobie gadają. Otwartym tekstem, bez krępacji, bo kim ja dla nich jestem? Serwis, obsługa techniczna, zielony ludzik w służbowym dresie. Nawet ta Magda mnie nie zna, nie może pamiętać jakiejś ringdupy, która się tam wtedy kręciła podczas walki jeszcze z Szaloną Aldoną. Dokładnej rozmowy nie zacytuję, ale sprawa jest taka, że wszyscy mają obiecane koszmarne pieniądze za wygrane walki. Mają dostać jakiś nowy doping, nieistniejący na czarnej liście. Maczuga sama użyła słów czysty spid, bez skutków ubocznych, czyli to samo, co usłyszała Nita od Mirka.
- Ale ona ma swoją czarownicę. Od niej kupowała doping. Nawet wiemy, kto to jest. Sama woziłam pokrwawione Kasi rękawice do Cioci Lali, żeby rozpoznała sygnaturę zaklęcia.
- Może już nie ma. Może sytuacja się zmieniła. Może ta wiedźma wyjechała, czy umarła. Przecież nie wiemy, co się z nią dzieje. 
Odezwała się Roxy:
- Kropki zaczynają się łączyć. Tylko pytanie jeszcze, skąd Mirek ma hajc na te koszmarne wypłaty? I co on z tego wszystkiego ma mieć? Domyślam się, że jeszcze jakieś koszmarniejsze pieniądze, ale skąd? Gdzie jest źródełko?
Odpowiedziała jej Kaśka:
- To ja ci to powiem skąd. Od frajerów, którzy grają, obstawiają zakłady. Są firmy bukmacherskie, na legalu, jeszcze więcej też kasy krąży w podziemiu. Pan Orski szykuje big dil, myśli, że zna wynik tego meczu, a czy mu wyjdzie zależy od Nity.
Ta jednak zaprotestowała:
- Od was trochę też. W gromadzie żyję, to z gromadą trzymam. Jestem dość towarzyską wiedźmą, nie zawsze działam sama.
- Ale ty rządzisz. My tylko konsultujemy.
- Fajnie filozujecie.
Zaśmiała się Malina i spojrzawszy na Kaśkę spytała:
- Siostro, umoczymy dzioby w tym big dilu?
Siostra powoli uniosła przymknięte na chwilę powieki i odparła:
- No, dobrze. Powiedzmy, że trochę koryguję swoje zdanie na cały temat. Wczoraj trochę mnie poniosło, przypanikowałam odrobinę.
- Do ciebie niepodobne.
- Każde, nawet najczulsze usta czasem niechcący ugryzą. Poza tym Orski mnie okłamał. Nieszkodliwie co prawda, ale mam ochotę dać mu za to pstryka w ucho. Nitka? To co zdecydowałaś?
- Biorę tą robotę. Mam już nawet szkic planu.
Anita spojrzała na telefon i dodała:
- Tylko dziś to chyba już wcale nie poczarujemy. Siem ściemnia. Jest za to trochę, w porywach do sporo szczegółów do omówienia. Mala, Pszczółeczko nasza najdroższa?
- Wiem, wiem.
Turbinka ruszyła do kuchni ze słowami:
- Krzyczcie mi po kolei, która co chce.
KONTYNUOWANE BĘDZIE