Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koty. Pokaż wszystkie posty

14 lipca 2026

Był sobie kot

Zasadniczo nie uprawiam bloggin' classic, od dawna już zajmuję niszę blogowania literackiego, które jest dość elitarne, bo niewiele osób tak umie. Niewiele osób też pojmuje takie teksty, bo jak wiadomo, literatura nie jest dla idiotek/ów. Więc jeśli ktoś liczy na liczną frekwencję na forum, na duże grono czytających, to się przeliczy. 
No, ale do rzeczy. Odbyła się taka rozmowa:
- Napiszesz o tym na blogu?
- Nie. To są sprawy prywatne.
- Ale pisujesz czasem o kotach?
- Czasem. Ostatnio rzadziej, niż czasem.
Ale tu zostałem trafiony w miętkie, bo jak by nie było trafiła się okoliczność, aby coś takiego popełnić. Więc jedziemy w te okręty:
Lucjan to czarny kot rasy europejskiej, krótkowłosej, chyba najliczniej występującej na tym kontynencie. Przez wiele lat mieszkał sobie u mojej Mamy na drugim piętrze kamienicy wielkiego miasta. Znałem się z Luckiem świetnie, gdyż podczas jej wyjazdów na kilka dni przeprowadzałem się do tego mieszkania, tak dla czystej wygody, aby mieć oko na kota. Wiadomo, bazowe sprawy, czyli micha, kuweta oraz ludzkie towarzystwo. Bo wbrew stereotypom, większość kotów jest dość towarzyska, aczkolwiek realizują one to po swojemu. Poza tym Lucek to kot specjalnej troski, aczkolwiek mniejszego kalibru, więc zasadniczo tak niewiele jej potrzebuje. Pierwszy powód to dysplazja bioder, której skutkiem jest nieco gorsza kocia mobilność. Ale coś za coś. Lucek umie taki numer, którego nie widziałem nigdy w wykonaniu żadnego dorosłego kota. Jest to przewrót przez głowę, zwany popularnie fikołkiem, który ma miejsce w chwilach najlepszego kociego nastroju. Druga sprawa to kwestia michy. Otóż Lucek za wczesnego młodu miał nieco kłopotów natury urologicznej, więc został przestawiony na medyczną karmę typu urinary. Tą karmę dostawał wyłącznie, więc po pewnym czasie tak się na nią uwarunkował, że przestał postrzegać jako jedzenie to, co postrzega większość kotów. No, ale że większych problemów potem z tym nie było, więc nie ma co dalej rozwijać tematu.
Za to zaistniał inny problem, mianowicie z Mamą. Streszczając temat ograniczmy go stwierdzenia, że ta owa jego opiekunka ostro zachorowała, po czym trafiła do szpitala. Wtedy siłą rzeczy ja się przeprowadziłem do tego mieszkania, tylko tym razem nie na jakieś dwa, trzy dni, tylko na czas nieokreślony. Do chwili, aż sprawy się wyjaśnią. Wreszcie sprawy się wyjaśniły, ale tak się wyjaśniły, że Mama już do domu nie wróciła. Zaś po kilku dniach zamieszania ja wróciłem do siebie, ale zabrałem też kota, to było oczywiste. Tam zaś Lucek poznał nowy, inny świat, stał się też kotem wychodzącym na dwór, aczkolwiek pod pewnym dozorem kontrolującym sytuację. Poznał też innego kota, dokładniej zaś kocicę. Bo nas od lat są jakieś koty, dom bez kota to głupota. To był dla Lucka chwilowy szok, bo do tej pory pojęcia nie miał, że istnieją jeszcze jakieś inne koty. Niemniej jednak...
Koty mają to do siebie, że bardzo nie lubią zmian swojego otoczenia. Za to jednak, gdy zmiana się utrwali, to szybko się adaptują. Tak więc Lucek też się jakoś adaptował, zaakceptował swój nowy dom, tudzież nową koleżankę. Nie było to jakieś zażyłe kolegowanie się, ale drak też raczej nie było. Za to wyszła bardzo ciekawa sprawa. Otóż kocia karma medyczna ma to do siebie, że ma sporo dodatków smakowych. Tak musi być, bo inaczej żaden kot nawet by na nią nie spojrzał. Ale te dodatki powodują, że kotu się odmienia, że to jedzonko staje się bardzo atrakcyjne. Także dla kotów, które jej nie potrzebują. Więc dla nowej koleżanki Lucka również, zaś ze względów ekonomicznych trzeba było pilnować, aby mu jej nie wyjadała.
No, ale jedziemy dalej. Otóż po jakimś roku nastąpiła kolejna gruba zmiana. Mianowicie wielka przeprowadzka na wieś na drugim końcu kraju. Wieś? Wieś to mało powiedziane. To jest wiocha zabita dechami, gdzie przysłowiowe psy dupami szczekają. Tu pomińmy kwestie tej zmiany dotyczącej ludzkiej części rodzimy, bo tematem tej pracy jest kot. Otóż kot Lucek trafił nagle do kociego raju. Kawał naprawdę wielkiego terenu do jego dyspozycji, bardzo bezpiecznego zresztą, gdzie ruch aut jest wręcz symboliczny. Zaś jak wiemy, to owe auta są największym wrogiem kotów. Jednak Lucek nie do końca korzystał ze wszystkich dobrodziejstw tej sytuacji. Od dziecka był ostrym domatorem, więc zbyt daleko nigdy się nie zapuszczał, zaś większość czasu spędzał na ulubionej kociej czynności. Czyli na eksploatacji łóżka. Zaś gdy nie spał, był aktywnym eksploratorem okolic domu lub głośno mruczącym kumplem. Miał jeszcze drugiego kumpla kota, wspomniałem też coś na temat koleżanki, ale to już osobna historia, warta być może osobnego opracowania, jak koty działają w grupie. 
Tak minęło jakieś ponad pięć lat. W pewnym momencie jednak Lucek zaczął się zachowywać bardzo nietypowo. To, że sypiał dziennie jeszcze dłużej, niż zwykle nie było jeszcze niczym aż tak bardzo dziwnym. Dziwne za to było to, że przestał jeść, ale zaczął tyć. Nietypowo jednak tyć. Bardziej puchnąć po bokach. To już wystarczyło, aby capnąć Lucka do kontenera, po czym pojechać do weta. Na miejscu sprawy nie wyglądały dobrze. Zapalenie otrzewnej, ale od czego się tak porobiło? Badania wykluczyły nowotwór, wykluczyły też, choć nie na sto procent FIP, bardzo paskudną wirusową chorobę kotów. Potem dalsze badania, terapia lekami raczej w ciemno, czas płynął, ale nic nie szło ku lepszemu. Zaś Lucek, wciąż odmawiający jedzenia, słabł dzień po dniu. Wyraźnie też cierpiał, choć po kotach tak łatwo tego nie widać. Nadszedł więc moment, którego nienawidzi większość opiekunów kotów, psów, czy innych zwierzaków będących członkami rodziny. Czas decyzji, czas ostatniej jazdy do weta. To po prostu trzeba było zrobić. Inne opcje nie miały już sensu.
Lucjana pochowaliśmy w zeszły poniedziałek. Miał piętnaście lat.

19 grudnia 2023

MALINY PRZYGODA Z BUKKAKE NA TARTAKU

Niekoniecznie podzielamy opinię, że odsłuchana właśnie starannie i uważnie przez Kawiarnię piątka /a dokładniej szóstka/ jest topowo debeściarska, ale jest to bez znaczenia, bo z grubsza oceniamy jednak, że jest to niezły set fajnej muzy plus walory wizualne do kompletu.
A teraz przechodzimy do zasadniczej części prezentowanego dziś stuffu:
ZULU poniedziałek po południu, przed czwartkowym startem Świąt...
Jakaś tam kafejka, w której pewne czarownice czasem omawiają sobie swoje szalenie ważne i niezmiernie sekretne babskie sprawy...
- Żesz kuźwa, Roxuś, ja kompletnie nie czuję, o co ci chodzi? Nie ma czegoś takiego, jak norma w miłości, tej bazowej, cielesnej. Oczywiście, możemy się umówić, że moja stabilizacja seksualna w relacji z Borkiem może być dla ciebie patologią. Dla mnie zaś patologią może być twój, czy też Maliny styl zarządzania swą piczą, dupą, japą, czy całą tam resztą babskiej maszynerii do generowania sobie frajdy. Nie wspomnę już o Kaśce, którą obie możemy uznać za chorą mimo naszych różnych punktów widzenia. Tylko po kiego jarka to oceniać i porównywać tworząc problemy z niczego? 
- Zen-obia mi się roztrajkotała. Po tego!
Mówiąc tą kwestię Roxy wyjęła z kieszeni na pupie telefon, pomaćkała go przez chwilę i położyła na stoliku Anicie do wglądu.
- Co to jest? Chyba już wyrosłyśmy z pornoli?
- Edukacji nigdy za wiele, nawet takiej, ale nie o to tu teraz chodzi. Przyjrzyj się lepiej, co się tam dzieje.
- No widzę, Malina. Nieźle to wygląda, będzie miała dziewucha zdrową cerę. Ilu ich tam jest? Ciekawy zestaw siusiaków. 
- To chyba nie jest takie istotne? Nadal nie czaisz, o co tam chodzi wierna żono? To jest nakręcone w sobotę, a teraz sobie to ogląda pół świata fanów tej całej edukacyjnej kurwa kinematografii.
- W sobotę Malina była z Borkiem na tartaku.
- Co to jest tartak?
- To jest taka cokwartalna impreza w naszej firmie. Nazwa chyba wyjaśnia, co jest wtedy jednym z głównych punktów programu. My z Borkiem na to nie jeżdzimy już od paru lat, odkąd jesteśmy ze sobą. Ale tym razem ukochana sis poprosiła swojego ukochanego bro, żeby ją tam zabrał. Jako osobę towarzyszącą. On sobie tam cosik skromnie popił, popalił, powciągał, dobrze już znam swojego chłopa, za to Malinka postanowiła przetestować zaklęcia urokowe, których to ty akurat ją nauczyłaś i zaliczyć tylu kolesi, ilu tylko da radę. Znam tą całą sprawę.
- Znasz, ale nadal nic nie rozumiesz. Czy jesteś pewna, że twoja szwagierka zgodziła się na ten filmik? Jeśli się zgodziła, to jest tylko jej sprawa i nam nic do tego, cofam wtedy ten cały sęk, ale jeśli nie?
- No, dotarło, masz rację siostro. Czarownice wszystkich krajów łączcie się. Ale za parę minut wszystko się wyjaśni, przecież Kaśka i Malina zaraz tu będą, mamy omówić nasz sabat czwartkowy. 
Tak się zresztą stało. Ale zanim się stało Anita poszła poprawić makijaż, potem poszła Roxy, zaś już bardziej potem cała czwórka czarociółek siedziała razem przy stoliku zajmując się różnymi rekwizytami używanymi zwyczajowo jako dodatek do kawiarnianych pogaduch.
- To jaki mamy plan sabatowy?
- Czekaj szwagierka, najpierw na chwilę ogarniemy coś innego. Rzuć proszę okiem na ten materiał.
Anita podsunęła Malinie telefon, ta zaś otworzyła szeroko oczy i uruchomiła gardło na full przekraczając pewne kawiarniane normy społeczne:
- Kurwa! Co to jest?
Roxy spojrzała na Anitę i oświadczyła:
- Czyli po tej reakcji wszystko jest już jasne. Rozumiem Malinko, że nie wyrażałaś zgody na tą promocję najlepszego patentu dbania o cerę? I nie masz w planach kariery pornstarki?
- No pewnie, że nie! Lubię ten sport, jestem zdrową kobietą wolną od bólów głowy i szczękościsku, ale nie uprawiam go publicznie, to już akurat nie jest mój gust, a Roxy naprawdę dobrze mi płaci za latanie na mopie, więc nie muszę dorabiać na planie takich filmików.
- Mogę rzucić okiem?
To wtrąciła Kaśka przysuwając do siebie telefon.
- No, bogato było. To komu mam wpierdolić za nieautoryzowaną publikację?
- Zaraz się dowiesz. Roxy przerzuć mi tego linka do mnie, nie chcę ci dłubać w twoim sprzęcie. Rozumiem Malinko, że film ma zniknąć z neta po całości?
- Dokładnie.
- To wy sobie teraz poplotkujcie, a ja odejdę na chwilę. Muszę się skupić, dojść po niciach aka, kto to wrzucił do sieci.
Anita usiadła przy innym stoliku, ale po kilku minutach wróciła do reszty. Siadając wręczyła Kaśce kawiarnianą serwetkę z jakimś napisem i poprosiła:
- Tylko go nie zabijcie proszę, ten facet jest akurat z mojego działu, bardzo potrzebny w robocie, więc z wyczuciem ma to być. Tak, Malinko? Ma was nie ponieść. Żadnego siekania maczetą, kataną, wyrywania męskich narządów, tudzież wydłubywania oczu. Wystarczy delikatny, pedagogiczny, niemagiczny oklep. Rozumiemy się, dupeczki?
- Czyli temat zamknięty?
Tak zapytała Roxy, po czym dodała udając twardą powagę:
- Tak a propos sabatu przesileniowego, to chciałabym przypomnieć, że aby wszystko poszło jak należy, to od czarownicy, zwłaszcza adeptki wymagana jest wzorowa czystość z tygodniowym wyprzedzeniem.
Ale Malina nie dała się wkręcić:
- Ja się zawsze myję permanentnie, higiena to podstawa.
...
I to by było już na tyle tej historyjki, a co do Nocy Przesilenia Zimowego, to redakcja bloga życzy Kawiarni wesołych Świąt, aby ten cały czasokres był pełen dobrych, pozytywnych zielonych wibracji, wolny też od paparazzich, złodziei naszej prywatności, a następny post pojawi się tu jakoś tak po Nowym Roku, jak już Święta wygasną.
Nie zapominamy też o ekstra bonusach dla kotów, tylko tak kontrolnie, żeby ich nie rozpaskudzić, bo wtedy jest niekoniecznie za fajnie: gastronomiczne odpaskudzanie kota bywa dość upierdliwe.

03 grudnia 2023

Czy koty na pewno jedzą myszy?

"Mysz zjada jedzenie kota, ale kocia miska jest rozbita.
Co to znaczy? O co tu chodzi?"
Powyższy koan mogą znać niektórzy praktykujący zen, ale większość ludzi go nigdy nie słyszała, nie wiedzą oni nawet, co to jest koan. Nie będziemy się tym zajmować, nie będziemy też zajmować się samym zen. Wyjaśnimy tylko, że koan to rodzaj takiej zagadki zen służącej do ćwiczenia umysłu. Koany są jak kawały: nie powinno się ich brać na samo myślenie, tylko bardziej na czucie. Tu pierwsza część zdania jest oparta na pewnej jakby grze słów, bo przecież to mysz jest jedzeniem kota, nieprawdaż?
Ale czy na pewno? Zapomnijmy teraz na razie o koanach, zenach, czy takich tam innych jazdach, skupmy się na samym meritum, na kocie i myszach. To, że koty zjadają myszy wydaje się dla wielu oczywiste, ale gdy ktoś zna się na kotach, obserwuje je uważnie wie, że nie zawsze tak jest. Nieraz zdarza się, że kot upoluje mysz, potem zaś po pewnym czasie irytującej wielu ludzi zabawy zdobyczą zostawia ją nietkniętą. Dlaczego tak jest? Najpłytsza odpowiedź jest taka, że dobrze utrzymany, zadbany kot, regularnie karmiony przez opiekuna nie ma takiej potrzeby, aby uzupełniać swoje menu myszą. Jest to prawda, ale tylko częściowa, która nie wszystko wyjaśnia.
Aby dokładniej rozpracować zagadnienie musimy się przyjrzeć ewolucji gatunku Felis catus silvestris, czyli mówiąc po ludzku kot domowy. Otóż za sprawą jakiejś fluktuacji kwantowej kot jako jedyny przedstawiciel rodziny kotowatych wpadł na taki pomysł, aby zakolegować się z innym gatunkiem, Homo sapiens, czyli człowiekiem rozumnym, znanym też jako naga małpa. Bardzo wrednym gatunkiem zresztą, ale kot wtedy nie wiedział, że sprawy tak się potoczą. Eksperyment się udał. Ludzie wręcz zakochali się w kotach, oddawali im nawet nabożną cześć, choć były też okresy dość mroczne, kiedy to w niektórych rejonach Ziemi traktowali je jako wrogów publicznych. Do tej pory też istnieją lokalne enklawy, gdzie ludzie po prostu jedzą koty. Nie należą oni bynajmniej do jakichś mitycznych, nigdy nie istniejących sekt, tylko realne, zwykle małpiszony. Ale to jest pewien margines, stopniowo zanikający, zaś generalnie sytuacja jest mianowicie taka, że Nauka relację między tymi dwoma gatunkami nazwała sobie (miękką) symbiozą, albo żeby było mądrzej protokooperacją. Realizowane jest to na kilka sposobów.
Najdalej od ludzi żyją wolne koty miejskie, zwane nieraz też dzikimi lub bezdomnymi. One niewiele biorą od człowieka. Wystarcza im schronienie piwnic lub innych zakamarków ludzkich budowli, oraz resztki jedzenia znajdywane na śmietnikach. Bo tak się składa, nagie małpy żyjąc iluzją, że jest im dobrze, że tak będzie zawsze, mnóstwo jedzenia wyrzucają. Za to koty samą swoją obecnością powodują, że hamowany jest rozwój populacji szczurów, które chętnie pasożytują na efektach cywilizacji. Większość ludzi nie czuje obecności tych kotów, nawet nie wiedzą, że żyją obok nich. Aczkolwiek zdarzają się wyjątki, które je dokarmiają lub zajmują się stanem ich zdrowia. Czasem, gdy władze danego miasta są przytomne, rozumieją potrzebę istnienia tych kotów, wtedy ta pomoc bywa bardziej zorganizowana i umocowana prawnie. Koty miejskie zwykle żyją samodzielnie, nie tworzą żadnych społeczności, choć czasem zdarzają się wyjątki. Te wyjątki nazywają się koloniami, które czasem osiągają takie rozmiary, że stają się atrakcjami turystycznymi podlegającymi szczególnej ochronie. Jednak tak, czy owak życie kota miejskiego łatwe nie jest, co przekłada się na bardzo niską średnią długości ich życia. No, ale wróćmy do meritum sprawy, czy takie koty żywią się także myszami? Temat jest szalenie słabo zbadany, ale można by sądzić, że w takim środowisku raczej nic one nie marnują zdatnego do jedzenia. Dochodzi jeszcze dodatkowa trudność: szalenie rzadko widuje się myszy wolno żyjące w mieście, zwłaszcza wielkim. Być może tak jest za sprawą samych kotów, ale być może te myszy nie za bardzo mają czego tam szukać?
Jednak większość kotów wydaje się zdecydowanie lepiej wychodzić na symbiozie z człowiekiem. Mają schronienie, jedzenie, opiekę lekarską i choć nieraz opiekun nie ma kompetencji do zajmowania się nimi, to średnia ich wieku wychodzi wybitnie wyżej, niż ich bezdomnych kolegów. Przyjęło się je dzielić na wychodzące oraz niewychodzące, choć dla ścisłości trzeba by dodać wiejskie koty bezdomne, albo może raczej wielodomne. To jest dość ciekawa grupa. Nie są przypisane do konkretnych opiekunów, tudzież domów, żyją sobie pełnią wolności niczym koty miejskie, można by rzec, że są niczyje, jednak żywią się, czy też nocują raz tu, raz tu, dzięki życzliwości gospodarzy danego obejścia. Obserwacje ich wykazują, iż zwykle są to znakomicie utrzymane koty, czasem wręcz puszyste. Dość podobną sytuację miewają też koty żyjące sobie na podmiejskich działkach. Formalnie bez opiekunów, realnie zaś mają ich wielu.
Koty niewychodzące, całe życie spędzające w mieszkaniu raczej myszy nie jadają, choćby dlatego, że nie mają nigdy żadnej okazji ich sobie upolować. Aczkolwiek zdarzają się czasem marginalne, sporadyczne wyjątki. Pewna mysz zawędrowała kiedyś do mieszkania na szóstym piętrze bloku, po czym została schwytana, tudzież schrupana całkowicie. Są świadkowie.
Za to koty wychodzące mają pełne pole do popisu do rozwijania swoich genetycznie uwarunkowanych zdolności łowieckich. Dużo tutaj zależy od struktury danego terenu, jego zabudowy, czy to jest wieś, miejskie osiedle jednorodzinne, czy też zazielenione blokowisko, zawsze jednak jakaś zdobycz się trafi, kwestia tylko, jak często. Co prawda skupiamy się tu na myszach, ale należy również wiedzieć, że koty polują także na ptaki, ssaki owadożerne, czasem też na gady lub płazy. Co się dzieje dalej, już po udanym polowaniu? Niektóre zdobycze kot zanosi do domu, do swojej grupy rodzinnej, do której mogą się zaliczać ludzie, inne koty, psy, czy też pozostali mieszkańcy. Tu znowu są świadkowie przypadku, gdy kot przyniósł mysz oswojonemu ptakowi drapieżnemu, który zamieszkiwał jego teren. Przy okazji też pada mit, jakoby kot był zwierzakiem asocjalnym, żyjącym samemu tylko dla siebie. Takie koty są, jednak obserwacje większych grupek kocich szacują ich procent na jakieś dwadzieścia do trzydziestu. Jednak pozostała większość to są stworzenia jak najbardziej towarzyskie, rodzinne, choć bynajmniej nie stadne, jak wiele osobników wrednego gatunku naga małpa, więc wciąż zachowujące swój indywidualizm.
Ale wróćmy do sytuacji, gdy kot złapał mysz, lub jakąś inną ofiarę swojego instynktu, po czym nie zaniósł jej do domu, tylko zachował ją dla siebie. Otóż tedy często ma miejsce sytuacja, gdy kot mówiąc kolokwialnie głupieje. Co prawda powodowany uwarunkowaniem genetycznym przez jakiś czas jeszcze maltretuje swoją zdobycz, co akurat jest przygotowaniem jej do konsumpcji, ale po tej fazie jego program się zawiesza. Kot wtedy porzuca łup, gdyż mimo swojej inteligencji po prostu nie wie, że to służy do jedzenia.
Dlaczego tak właśnie się dzieje? Wyjaśnieniem jest sposób postępowania opiekunów, gdy nastąpi taka sytuacja, że ich kotka się okoci. Wielu ludzi rzecz jasna nie dopuszcza do takiej sytuacji, zwykle poprzez sterylizację, niemniej jednak wciąż nie jest ona takim rzadkim wydarzeniem, kiedyś zaś bywała jeszcze częstszym. Mimo wszystko jednak się to zdarza, mamuśka zajmuje sie maluchami ku uciesze domowników, jednak szalenie rzadko jest tak, że dorastające kociaki dalej ten dom zamieszkują. Zwykle więc są odstawiane od matki, po czym rozprowadzane wśród znajomych lub jakimś innym sposobem do innych domów. Popularny pogląd jest taki, że kociaki można zabierać matce już od dwóch do trzech miesięcy po urodzeniu, kiedy już nie są karmione jej mlekiem. Taka też jest przeważnie praktyka, tylko szkopuł polega na tym, że to jest jeszcze za krótko, aby matka mogła swoje dzieci choć trochę posocjalizować, czyli wychować, zaś najprościej mówiąc nauczyć wielu rzeczy, które im mogą się przydać. Tą rolę przejmuje opiekun plus wszelkie okoliczności, uwarunkowania nowego domu, do którego trafi mały kotek. Tym samym jednak nie zdąży on już się nauczyć tego, jak się je mysz, gdyż matka jeszcze mu tego nie pokazała. To rzecz jasna nie oznacza, że pozna on smak myszy, jeśli się go odstawi od matki później, ponieważ bardzo często jest tak, że matka sama tego nie wie, być może nawet nigdy nie widziała myszy, zwłaszcza, gdy była kotem nigdy niewychodzącym. Nigdy też nie dostała takiej lekcji, gdyż pokolenie wcześniej działo się podobnie. Co więcej, linia takiej ignorancji mogła istnieć już od dawna. Dlatego też właśnie, gdy kot niewychodzący nagle zmieni otoczenie, zacznie wychodzić, co zaś za tym idzie, polować, to schwytawszy jakąś zdobycz bardzo często nie będzie kojarzyć związku, że to się w ogóle je.
Aczkolwiek, aby już dokonać kompletacji tej kwestii, nieraz zdarzają się koty samouki, które nagle odkrywają, że ich łup może się nadawać do jedzenia. Jakby nie było, od tego mają przecież zmysły smaku oraz zapachu, żeby to rozpoznać. Nie zawsze jednak jest im dane tego doświadczyć, bo nie zawsze tryska krew podczas tego polowania, szczególnie, gdy są to ptaki. Wracając jednak do myszy, to nawet gdy taki kot ją napocznie, nadal nie staje się ona jego posiłkiem ze względu na przyczyny, które podane zostały na początku.
Reasumując odpowiedź na pytanie tytułowe brzmi "na pewno nie na pewno". Jest to konsekwencja procesu ewolucji kota, jak już wspomniano gatunku wyjątkowego ze wszystkich kotowatych. Kto wie, zakładając optymistycznie, że życie na Ziemi nie ulegnie zagładzie na własne życzenie ludzi, czy kiedyś tam w dalszej przyszłości koty wcale nie będą jeść myszy?
 

27 października 2022

Mity o kotach - wspomnienie już dawno obalonych

Tych mitów jest dosyć wiele, ale realia blogowe nie pomagają zebrać zbyt wielkiej ich kolekcji, tedy ograniczmy się centralnie do pięciu, dość znanych, dość popularnych:
1. Kot jest fałszywy
Co to znaczy, że ktoś jest fałszywy? Mówimy tak zwykle o kimś, czyje komunikaty nie pokrywają się z jego działaniem. Werbalne lub niewerbalne, to akurat detal. Czasem mamy rację, ale czasem tak też mówimy to tylko dlatego, że ktoś nie spełnia naszych oczekiwań, które sami tworzymy. Zwalamy jednak wtedy winę na tego kogoś, bo nie potrafimy pojąć, że to przecież my sami sobie zafundowaliśmy przykrość rozczarowania.
Jak to wygląda w przypadku kota? Owszem, kot na ten przykład potrafi udać, że go nie ma, umie też dyssymulować, gdy ma słabszą formę. Jest to mu potrzebne do przetrwania gdy poluje lub na niego polują. Jednak my odeń oczekujemy, że będzie wciąż manifestował swoją obecność, ale skoro tego nie robi, to nas to frustruje. Zaś przypisanie mu fałszywości to po prostu nasz sposób ogarnięcia napięcia będącego skutkiem tej frustracji. Centralnie tak, jak wspomniano akapit wyżej.
Przeważnie jednak kot nie ukrywa tego, że jest i nieraz ma nam wiele do powiedzenia. Ale robi to po kociemu, zaś wieki obcowania z człowiekiem nie zdążyły wykształcić jasnego, klarownego kodu przekazywania sobie danych. Jednak takiego kodu nie ma jeszcze nawet wśród ludzi, więc trudno wymagać tego od innego gatunku. No, i bajka się powtarza. Pod sygnały, które kot nam przekazuje podkładamy jakieś tam swoje wydumane treści, zaś gdy następuje niezgodność zwalamy winę na kota, jakoby był fałszywy.
Tymczasem jednak to nie kot jest fałszywy, tylko my jesteśmy słabo edukowalni nie przykładając się do nauki kociego języka.
2. Kot nie przywiązuje się do człowieka, tylko do miejsca
Bez wątpienia kot jest stworem terytorialnym, tak jak też całe mnóstwo innych, niemniej jednak, gdy wyczerpią się do końca zasoby na jego terenie, będzie ich szukał gdzie indziej, zaś gdy nowe rejony będą dlań dość atrakcyjne tam założy swoją bazę. Mieszkając przy człowieku raczej rzadko mu tych zasobów zabraknie, ale gdy zaczniemy mu ich skąpić po prostu odejdzie. Co mu może przeszkodzić? Rzecz jasna czynniki obiektywne, gdyż raczej trudno odejść mieszkając w bloku na szóstym piętrze bez możliwości wychodzenia.
Ale załóżmy, że jest to kot wychodzący. Nadal jednak może nie być mu łatwo podjąć taką decyzję, ze względu właśnie na przywiązanie do opiekuna, który poświęca mu swoją uwagę nie tylko karmiąc. Gdy nagle przestanie go karmić, to kot będzie miał spory dylemat do rozwiązania. Inna sprawa, że kocie gusta bywają różne pod kątem wyboru swojego ulubieńca w domu, czasem preferuje jedną osobę, czasem jednak trudno wyczuć, kogo lubi najbardziej.
Na pewno jednak większość kotów lgnie do naszego towarzystwa, lubi być przy nas, gdy coś robimy, choć nie musi to oznaczać ciągłego przebywania na naszych kolanach. Kot wydaje się mieć dość prostą psychikę, jednak gdy widzimy, jak różne osobowości mogą mieć koty mieszkające pod jednym dachem, to nagle jawi nam się ona jako niezwykle złożona.
3. Kot jest samotnikiem
Jest pewnym defektem naszego języka nazywanie samotnością sytuacji, gdy ktoś chętnie przebywa sam, bo po prostu to lubi. Samotność nie jest stanem fizycznym, tylko stanem umysłu, przykrym do tego, trudno zaś posądzać każdego takiego człowieka o masochizm. Niestety słowo "samość" jakoś się nie chce przyjąć do uzusu common codziennego.
To samo dotyczy też kotów, ale czy to naprawdę jest tak, że kot preferuje bycie bez towarzystwa innych kotów? Obserwacja grupy, co najmniej kilku kotów wykazuje, że takie typy się zdarzają, jednak stanowią one zdecydowaną mniejszość. Co prawda kot jest bardzo samodzielny, niezależny decyzyjnie, sam sobie okrętem, sterem, sternikiem, tudzież kapitanem. Niemniej jednak jego czas nie upływa jedynie na solowych akcjach, gdyż lgnie on też do innych kotów. Co prawda koty nie tworzą takich struktur społecznych, jak na przykład wilki, ale wolne koty miejskie, nie przypisane do ludzi mają tendencję do tworzenia kolonii, dość luźnych zbiorowości, niemniej jednak mających pewną subtelną konstrukcję. Co więcej, umieją one znakomicie działać zespołowo, nawet gdy są to obce sobie, nie znające się wcześniej osobniki. Osaczyć, upolować razem większą zdobycz, to dla takiej ekipy naprawdę nie jest żaden problem. Te koty już się dogadują zanim się dogadały, żadnych odpraw przed akcją im nie trzeba.
4. Kot jest samowystarczalny
Ten mit raczej potraktujmy jako niefortunne sformułowanie, które brane dosłownie jest ewidentną bzdurą. Tu raczej chodzi o błędne rozumienie wspomnianej wcześniej samodzielności. Dość często się mawia, że "kot sobie poradzi". Często zresztą tak jest, jednak jest też sporo sytuacji, gdy sobie nie radzi. Inna sprawa, że kot pozostawiony sam w domu na dwa, trzy dni, gdy mu zostawimy odpowiednie warunki do zaspokojenia bazowych potrzeb zniesie to lepiej, niż pies. Przynajmniej tak to wygląda, ale wszystko zależy od tego, co rozumiemy przez radzenie sobie.
Sama historia ewolucji kota, dokładniej zaś mówiąc naukowo kota domowego /Felis silvestris/ sugeruje, że coś jest nie tak. Kot jako jedyny kotowaty przylgnął do człowieka, można nawet nazwać to pewną luźną, niezobowiązującą symbiozą tych dwóch gatunków. Zaś prawdziwych dzikich kotów żyjących w Naturze już nie ma, czy raczej prawie nie ma, bo czasem chodzą słuchy, jakoby ktoś widział żbika w lesie. Za to wolne miejskie koty, zwane czasem "piwnicznymi" raczej nie do końca są dzikie, mimo że tak też się nieraz na nie mówi. Żyją bowiem w sztucznej ludzkiej konstrukcji, korzystają z ludzkich produktów, co stawia ich dzikość pod dużym, czy nawet większym znakiem zapytania.
5. Kot musi pić mleko
Ten ostatni punkt potraktujmy już jako żart, choć są jeszcze ludzie, którzy uważają, że mleko, do tego jeszcze krowie, stanowi bazę kociej diety. Jest zgoła inaczej, czy nawet wprost przeciwnie. Mleko matki faktycznie stanowi tą bazę dla kociaka, ale tak mają wszystkie ssaki. Potem już sytuacja się zmienia, ten produkt staje się kotu do życia zbędny. Co więcej, dla dorosłego kota, dla większości, jest on szkodliwy. Niemniej jednak same koty za bardzo też tego nie wiedzą, raczej trudno im odmówić sobie takiego poczęstunku. Tak jak dzieci, które lubią batoniki będące dla nich trujące na dłuższy dystans.
Za to dla tych, którzy chcą swoim pupilom sprawić frajdę istnieje stosunkowo bezpieczna opcja. Na rynku można nabyć od dawna specjalne mleko dla kotów, pozbawione owych szkodliwych właściwości. Nadal jednak szalenie głupim pomysłem jest oprzeć dietę kocią na tym produkcie. Dobrze utrzymany, zdrowo chowany kot powinien dostawać takie mleko niecodziennie, tak jak inne desery, czy bonusy, które mu nieraz się funduje.
Outro 😼:
Koty to dranie. Nie istnieje żaden sposób, aby rozstrzygnąć, czy to jest fakt, czy mit. Ale między innymi za to je właśnie kochamy, że tego nie umiemy. To już na pewno nie jest mit.

23 lipca 2022

Dura magia, sed magia

POST JEST DEDYKOWANY...
- Komu?
- Co komu?
- Komu dedykowany?
- Czytać ze zrozumieniem nie umiesz?
- Ja tam nic do rozumienia nie widzę.
- Bo to takie niedopowiedzenie jest.
- To jakiś żart?
- Żart jest taki, że dedykacje nie dla idiotów!
Czwarty nasz kot ma na imię Hamlet, jak widać na fotce jest kotem systemu "maine coon" i jest kotem magicznym. Tak, jak wszystkie koty zresztą, ale on swoją magiczność pokazał niedawno, więc to się akurat pamięta na świeżo. Zaraz to dalej omówimy, ale najpierw kilka słów na temat samej kociej magii. Kiedyś to już tu było poruszane, więc być może coś się powtórzy, ale na temat kotów chętnie się czyta nawet to samo w kółko a la longue. To także jest objaw, a raczej skutek uboczny kociej magii, jakby ktoś nie wiedział 😼
Tak naprawdę, to nie wiadomo, ile tej magii istnieje, ile zaś istnieje inaczej, wirtualnie, jako iluzja, twór ludzkiego umysłu. Długo by to wałkować, skupmy się tedy na twardej magii, na takich akcjach, jak telepatia, czy teleportacja. To są akurat dwie zdolności chętnie przypisywane kotom. Wiele przypadków można wyjaśnić racjonalnie. Za rzekomą telepatią nieraz stoi znakomity koci słuch, tudzież jego nader wysoka inteligencja. Jako, że kot raczej (chyba?) nie myśli dyskursywnie, tylko intuicyjnie, tedy więc wykorzystuje swój mózg optymalnie. Nie tak, jak nagie małpy, które zdolność takiego myślenia, jako gatunek, uparcie zatracają. Zaś jego rzekoma teleportacja to po prostu kocia zwinność, umiejętność cichego poruszania się, plus również niedoskonałość zmysłów ludzkiego obserwatora. Ale nie zawsze tak właśnie jest. Zdarzają się sytuacje, gdy racjonalne wyjaśnienie nie istnieje.
Telepatię manifestowała kiedyś nasza kocica, taka, której już nie ma. Była do mnie bardzo przywiązana, więc źle znosiła moje wyjazdy na kilka dni. Za to gdy wracałem, głośno anonsowała, bardzo szczególnym miaukiem, że za pół godziny zjawię się w domu. Po analizie kilku takich sytuacji wyszło, że jakimś niepojętym kocim sposobem sensowała, iż właśnie już wyszedłem z metra. Prostą drogą dojście ze stacji trwało krócej, ale ja zawsze zbaczałem po drodze do sklepu, stąd też te pół godziny. Od razu też wspomnę, że czas mojej nieobecności, liczba dni, oraz pora przyjazdu nigdy nie była stała. Bez telepatii, jakiegoś jej rodzaju, behawioru kotki pojąć się nie da.
Za to teleportacji niedawno dokonał wspomniany na wstępie Hamlet. To było tak, że po jego przywiezieniu kot został na parę dni zalogowany do jednego pomieszczenia. To jest rutynowa czynność, gdy przenosimy futrzaka na nowe miejsce. Przeważnie, choć niekoniecznie zawsze, staje się ono potem jego bazą. Aby go nauczyć swojej osoby, szczególnie zapachu, który dla kota jest ważną informacją, spałem tam przez parę nocy. Sporo razy też tam zaglądałem podczas dnia. Wchodziłem i wychodziłem zawsze tak, że nie było opcji, aby się wymknął. Kluczowego poranka wyszedłem jak zwykle nie dając kotu nawet cienia szansy na to wymknięcie. On zresztą ani myślał tego robić. Siedział sobie nader spokojnie na fotelu zajęty higieną własnych kłaków. Gdy przyszedłem jakoś później po coś tam, Hamleta nie było. Pomieszczenie nie miało żadnej innej opcji wyjścia, nieliczne zaś jego zakamary wręcz zionęły brakiem kota. Zaistniała jego kompletna dematerializacja. Tylko lokalne moje pole kwantowe było przesycone pytaniem "whadda fuck?".
Kot pojawił się dopiero jakimś późnym popołudniem na podwórzu. Ja zaś uznałem, że ten etap jego adaptacji się dlań skończył. Okno do tego pokoiku zostało otwarte, zaś sam Hamlet stał się pełnoprawnym "wychodzącym".
Kolejna kocia opowieść, jeśli zaistnieje na tym blogu, będzie na temat kociej gromadki. Pojawienie się nowego sierściucha na obiekcie zaburzyło nieco panującą homeostazę, ale sytuacja jest jeszcze zbyt dynamiczna, aby coś sensownie na ten temat napisać. Tyle tylko wspomnę, tak dla uspokojenia, że żadnych drak nie ma, sprawy się toczą bezdracznie.

06 kwietnia 2022

Koty na blaszanym dachu głowy

Jak wiadomo Kawiarni nie bloguję w klasycznej formule, czyli raczej nie poruszam na tych łamach swoich własnych spraw. Ale za to lubię pogadać o kotach, także wtedy, gdy są to własne koty. Dom bez kota to głupota, aczkolwiek rozumiem pewne uzasadnione przypadki, gdy brak kota jest do przyjęcia. Jednak u nas koty były praktycznie zawsze, od jednego do kilku, rekord to chyba dziewięć. Przy czym ten konkretny przypadek to nie były nasze koty, bo kilka należało do chwilowych sublokatorów. Nie, wróć! Co ja plotę? Kota się nie ma, nie posiada, ma się go tylko pod opieką. Nie ma czegoś takiego, jak "właściciel kota", jest to fraza niepoprawna politycznie, wręcz nielegalna, zakazana.
Obecnie koty są trzy. Najdłużej, choć nie najstarsza, od samego początku jest Krajka. Ósmego marca skończyła właśnie dziewiąty rok życia. Mała, czarna koteczka, nie do końca legalnie poczęta, bo przez własnego wujka. Ktoś kiedyś nie dopilnował pewnego tematu, więc się tak jakoś porobiło. Mimo jednak takiego wsobnego początku Krajka jest pełnosprawnym, nigdy nie chorującym sierściuchem, zawsze jest pełna energii, dobrego humoru, odwagi i przyjaznego nastawienia do świata. Jej stan umysłu można śmiało określić jako "kocie mojo", według terminologii Jakcsona Galaxy. To widać zresztą po ogonie, który podczas marszu zawsze jest na baczność, co jak wiadomo jest objawem wspomnianego dobrego humoru, pewności siebie, tudzież przyjazności. Nikt nigdy ni putasa nie widział Krajki wkurzonej, czy wystraszonej. Tą przyjazność okazuje ona również psiakom. Bo trzeba tu wtrącić, że w domu jest i funkcjonuje też psiak. Bywały też czasem dwa, gdyż przez pewien okres czasu prowadziliśmy dom zastępczy dla bidulków ze schroniska, do czasu znalezienia dla nich stałego domu. Taki psiak był socjalizowany przez naszego, tudzież też przez kota. Tak więc jak widać, temat "psy" dla Krajki jest niestraszny. Niestraszny jej też jest deszcz, czy śnieg, jest wodoodporna, co wśród kotów jest cechą raczej rzadką. Każda pora, także deszczowa jest dla niej dobra, aby połazić po dworze, poddać teren patrolowi. Czasem efektem takiego patrolu jest ptaszek, mysz lub ryjówka. Gdy Krajka przynosi taki łup anonsuje to wrzaskiem, co oznacza, że chwilowo ma zakaz wjazdu do domu. Za to inny typowy koci odgłos, czyli mruczenie, kocica produkuje bardzo cichutko, subtelnie.
Jednak bilans mruczenia równoważy Lucek, który gdy się włączy, to wali jak traktor. Lucek ma w papierach, kociej książeczce zdrowia, pierwotnie było Lucyfer, ale rzadko używane, bo za długie. Ale bywa też Lucjan. Ma chyba jakieś dziesięć, jedenaście lat, u nas jest od półtora roku. Trafił się na okoliczność spadku po zmarłej opiekunce. To było tak, że gdy udała się ona do szpitala, ja zamieszkałem w jej domu, aby mieć Lucka na oku. Był on kotem niewychodzącym, mieszkającym na drugim piętrze kamienicy, zaś gdy pobyt szpitalny owej opiekunki zakończył się fiaskiem, trzeba było kota zabrać, zmienił więc automatycznie status na "wychodzący". Bardzo się do mnie przywiązał przez ten czas do chwili zmiany domu, więc to głównie ja się teraz nim zajmuję. Dodać należy, że Lucek jest kotem specjalnej troski. Gdy miał jakieś dwa lata, był problem z jego kanalizacją, zaś od tamtej pory jest wciąż na specjalnej, weterynaryjnej karmie, przyjaznej urologicznie. Nic innego nie je, nawet nie kojarzy, że to coś innego jest jedzeniem. Za to Krajka świetnie kojarzy, że jego karma jest miodzio, więc trzeba pilnować, żeby mu nie wyjadała, bo nie są to zbyt tanie rzeczy. Lucek nie jest też do końca sprawny fizycznie, ma dysplazję bioder. Za jego młodu nie było za bardzo warunków, aby to ogarnąć, obecnie zaś taka operacja nie ma zbytnio sensu. Jednak Lucek świetnie sobie radzi w temacie mobilności, ma tylko nieco ograniczoną skoczność.
Po zmianie lokum oba koty doskonale się dogadały, obecnie można już mówić nawet o sporej wzajemnej sympatii. Być może niewykluczone, że ich więź scementowała wspólna podróż przez ponad pół Polski. To było tak, że my ludzie postanowiliśmy zmienić lokum. Opuściliśmy wielkie miasto, aby osiedlić się na kompletnym zapizdowie. Ostatnim kursem pojechały koty. Wymagało to jednak pewnych przygotowań. Co prawda są i takie, które dobrze znoszą podróż, ogólnie jednak jest to przeważnie stresujące dla nich doświadczenie. Mimo, że znam się na kotach, to trochę wiedzy więcej nie zaszkodzi, skonsultowałem więc cały ten temat z kilkoma behawiorystkami lansującymi się w necie. Szczerze mówiąc, to za wiele to nie wniosło, nic nowego się nie dowiedziałem poza truizmami. Zakupiłem tylko feromon do spryskania transporterów oraz wnętrza auta, a także jakieś ziołowe kapsułki sedacyjne. Na koniec wpadłem na pomysł, aby koty po prostu uśpić. Nie eutanazyjnie rzecz jasna, tylko tak na czas jazdy. Udałem się do pani doktor, najlepszej wetki, jaka tylko istnieje, ona zawołała anestezjologa, efektem narady była tabletka plus instrukcja, któremu kotu ile zapodać. Feromon rozpyliłem odpowiednio wcześniej, aby ulotnił się zapach alkoholu, bo jak wiadomo, koty tego narkotyku nie znoszą. Potem zwierzaki dostały nic do jedzenia oraz zakaz opuszczania koszar. Lucek okazał niesubordynację teleportując się na dwór, efektem czego było opóźnienie wyjazdu. Wreszcie się znalazł, oba sierściuchy nafaszerowane zostały usypiaczem, po czym zapakowane do transporterów, transportery zaś do szoferki wana. Ruszyliśmy około dziesiątej wieczór, jakoś tak.
Usypiacz nie zadziałał. Przez pięć godzin jazdy koty niezmordowanie darły japy. Co prawda miałem jeszcze inne, rezerwowe piguły, ale nie chciałem ryzykować przeholowania, jakiegoś zatrucia pasażerów. Przez całą drogę było może tylko kilka minut ciszy, dominował chóralny koci wrzask. Różne tonacje, różne melodie, słychać było, jak zwierzaki nakręcają się nawzajem, znakomicie im szła ta współpraca. Zamknęły się dopiero po dotarciu na miejsce, gdy opuściły swoje kapsuły podróżne.
Dalej już było proste. Trzy dni zamknięcia w domu na czas adaptacji, potem pierwsze wyjścia na pole. Najpierw zginęła Krajka, odnalazła się po jakiejś dobie. Potem w akcji zaginął Lucjan, wcięło go tak jakoś na trzy czwarte doby. Wreszcie jednak sytuacja się ustabilizowała. Krajka objęła rządy nad terenem, zaś Lucek jako domator wychodzi rzadko i na krótko. Najchętniej towarzyszy Krajce, która ma już na koncie łowieckim kilka myszy i ryjówek, ale potem sam szybko wraca. Obce koty pojawiają się rzadko, mimo że wiocha jest dość gęsto zakocona. Na widok człowieka uciekają, ale...
Jakiś miesiąc temu pod domem pojawił się nowy kot. Nie uciekał, co więcej lgnął do nas gruchając przyjaźnie. Wyraźnie też pchał się do domu. Młody, ledwo ponad roczny kocurek, tak na oko. Przez pewien okres czasu jego status był nieokreślony, wreszcie jednak wyszło nam, że mamy trzeciego kota. Ale istnieje hipoteza, że robi na kilka domów, że jeszcze gdzieś się dożywia. Sąsiedzi okoliczni nie przyznają się do niego, tedy wyszło mi, że pewnie go ktoś z miasta przywiózł i porzucił. Kicek jest grzeczny, wie co to kuweta, tylko strasznie namolny na michę. Imienia konkretnego nie ma, ale po co mu imię, skoro do tej michy sam biegnie, wcale nie trzeba go wołać. Roboczo mówimy na niego "Bury", mimo że wcale nie jest bury, za to podobny bardzo do naszego dawnego kota imieniem Bury, który też nie był bury. Nasze stałe koty szybko go zaakceptowały, tylko Lucek czasem fuknie na niego, jak ma gorszy humor. Ale generalnie wszystko gra. Tylko psiak go molestuje czasami, ale ten psiak też jest tu nowy, do tego chyba nawet deko młodszy od Burego, więc to jest takie szczenięce, zabawowe molestowanie, nic groźnego.
I to by było właściwie na tyle.
Na fotkach: małe czarne z białą plamką to Krajka, duże czarne to Lucjan, zaś biało - szare to Bury, cała nasza kociarnia razem i osobno.

05 lutego 2021

Wychodzący, czy niewychodzący?

Temat jest zagadany w necie wręcz na śmierć, ale kot ma ponoć dziewięć żyć, zaś prawdziwych kociarzy gadanie o kotach nigdy nie nudzi, mogą to robić bez końca. Tak naprawdę, to problem nie wszystkich dotyczy, bo jeśli ktoś mieszka (na przykład) na szóstym piętrze bloku, to ma inne pytanie przed sobą: "Czy w ogóle mieć kota?", skoro jasne jest, że wychodzącym ten kot na pewno nie będzie. Istnieje bowiem taki pogląd, że tylko wychodzący kot ma optymalne warunki do rozwoju. Prywatnie z tym sympatyzuję, aczkolwiek niefanatycznie. Bo kot niewychodzący również może być szczęśliwym kotem, jednak pod pewnymi warunkami, takimi jak przytomny opiekun, czy kotyfikacja mieszkania /==TU==/. Czyli wstępnie patrzymy, jak mieszkamy, czy mamy warunki na to, aby kot wychodził, zatem pytanie tytułowe dotyczy tych, którzy te warunki mają. Okazuje się, że wśród nich są zwolennicy kociego niewychodzenia. Jakież mają na to argumenty? Pierwszy to bezpieczeństwo. Prawdą jest niestety, że kota na dworze może spotkać wiele niemiłych okoliczności. Chyba najczęstsza to wypadek drogowy przy udziale auta. Dalej robale: kleszcze, pchły, czy też lokatorzy kiszek. Kontuzje na skutek bójki z drugim kotem, psem, czy też innym zwierzem. Choroby i zatrucia. Inne wypadki, jak na ten przykład wpadnięcie do studzienki lub rynny, czy też samouduszenie foliówką. Listę zamyka spotkanie złego człowieka.
Ten zestaw, mimo że zwięzły, może robić wrażenie, nie można go jednak demonizować. Przecież kot nie jest idiotą, to bardzo mądry, inteligentny stwór, który całe mnóstwo zagrożeń potrafi uniknąć. Istotna jest też kwestia "jak, gdzie mieszkamy?", czy okolica jest spokojna, czy też nasze okno wychodzi na ruchliwą ulicę. Poza tym kot od tego ma swojego opiekuna, aby ten zabezpieczył go przed chorobami lub robalami. Jakby jednak nie było, średnia wieku kota wychodzącego jest niższa od niewychodzącego.
Tu dygresja: W necie można znaleźć informację, jakoby ta średnia wynosiła od trzech do pięciu lat. Jest to jakieś nieporozumienie, ktoś wliczył do rachunku koty bezdomne, "piwniczne", którymi zajmują się jedynie "kocie babcie", fundacje pomocowe, czasem też miasto patronuje opiece nad nimi. Mimo tego jednak warunki ich życia są nieporównywalnie gorsze, niż kotów wychodzących mających swoje domy, swoich prywatnych opiekunów. Takie dzikie koty faktycznie żyją krótko, pięć lat jest raczej poza zasięgiem nawet mistrza kociego surwiwalu. Inne źródło podaje dla kotów wychodzących średnią wieku od siedmiu do dziesięciu lat. To już jest bardziej do przyjęcia, jednak trzeba pamiętać, że odchylenia od tej średniej są dość spore. Dla przykładu: nasza wychodząca rekordzistka dożyła lat dziewiętnastu, zaś inna, trzylatka wróciła do domu z objawami zatrucia, po czym odeszła, zanim doszło do interwencji fachowca. Koniec dygresji.
Tak czy owak, lista zagrożeń dla kota niewychodzącego jest krótsza, sprowadza się ona w sumie do niedoinformowanego opiekuna, który za bardzo nie potrafi się kotem zajmować. Najczęściej efektem tego jest nieodpowiednia dieta plus nuda, zdarzają się też czasem inne wypadki.
Drugi argument za niewychodzeniem kotów jest natury eko. Otóż tak to jest, że nasz miły mruczek jest jednocześnie perfekcyjną maszyną do zabijania. Eksterminuje bez litości wszystko, co żywe w okolicy, co nadaje się na ofiarę. Dane na ten temat faktycznie wyglądają poważnie /==TU==/, funkcjonuje nawet pogląd, że kot domowy to gatunek inwazyjny, zagrażający bioróżnorodności. Po drugiej jednak stronie mamy opinie, jakoby kot był naturalnym selektorem, zaś gatunki jego ofiar szybko się mnożą, więc nie ma co dramatyzować. Jak sytuacja wygląda naprawdę, pozostawię to już czytającym do rozważenia.
Próbą kompromisu rozważanych alternatyw bywa wyprowadzanie kota na smyczy, lince. To może nawet działać, jeśli kota wcześnie przyzwyczaimy do szeleczek, do takiej właśnie formy spaceru. Nie wszędzie jednak można to praktykować, zaleca się spokojne okolice. Wystraszony nagle kot odruchowo wskakuje na drzewo, jeśli zaś nie ma drzewa, to będzie nim opiekun. To może boleć zaiste mocno. Opiekuna, nie kota.

15 maja 2020

KOCIE OPOWIEŚCI

Gdy pani Grząść weszła do domu wnosząc siatki pełne zakupów, zastała sytuację dokładnie taką, jaką pozostawiła wychodząc. Jej mąż oglądał sobie telewizję, zaś kot spał na swoim strategicznym miejscu, którym był kuchenny parapet. Pani Grząść wypakowała sprawunki na stole, również kuchennym, po czym odczuła chęć poprawienia sobie makijażu. Gdy opuściła łazienkę wróciła do kuchni, po czym wykonała rzut oka na stół. Coś się nie zgadzało, nawet wiedziała już co.
- Misiaczku!
To było targetowane do pana Grząścia, ten jednak nie reagował zanurzony po czubek głowy w świecie widocznym na szklanym ekranie. Dopiero trzecie "Misiaczku!" podrasowane decybelażem zadziałało, wywołało reakcję:
- Co tam kochanie?
- Byłeś w kuchni?
- Kiedy?
- Teraz, przed chwilą.
- No coś ty?
To nie było udawane zdziwienie, pani Grząść dobrze znała swojego małżonka, więc zawsze wiedziała kiedy łże, kiedy nie. Właściwie to był koniec tego dialogu, ale pan Grząść również dobrze znał swoją połowicę, więc szybko rozpoznał po jej głosie, że chyba warto by się zainteresować sytuacją:
- A co się stało skarbie?
- No właśnie nie wiem.
To zabrzmiało tak intrygująco, że pan Grząść uznał za stosowne opuścić fotel. po czym poczłapał do kuchni. Gdy do niej wszedł pani Grząść zaczęła rozwijać temat:
- Przyniosłam zakupy.
- No i?
- Wypakowałam.
- No i?
- Tu, na rogu stołu położyłam cztery kilo wołowego.
- Na cholerę nam tyle?
- Na zapas.
Pan Grząść nie polemizował, zapytał tylko:
- Okay, położyłaś, ale co dalej?
- Nie ma.
- Może spadło?
- Nie, nie spadło.
- No, chyba nie myślisz, że ja...
- Nie, nie myślę. Chwilę tak myślałam, ale źle myślałam.
- W takim razie...
- No właśnie.
Tu spojrzenia państwa Grząściów spotkały się, po czym zgodnie skupiły się na śpiącym kocie. Trochę chwilę to trwało, wreszcie pan Grząść pokręcił głową mówiąc:
- No nie, to chyba niemożliwe.
- Ale tak wychodzi drogą eliminacji.
Kot nadal spał, miał wyraźnie wyrąbane na sytuację.
- Wiesz, zrobimy tak...
- Jak?
Pan Grząść nie kontynuował, tylko bez słowa poszedł do łazienki, po czym wrócił niosąc wagę. Wszedł na nią, potem podszedł do parapetu, aby wziąć kota na ręce. Kot nadal miał wyrąbane, więc pan Grząść znowu wszedł na wagę. Jak wiadomo kociarzom, jest to jedyny sensowny, skuteczny sposób zważenia kota.
- No i?
- Jak w mordę strzelił. Równe cztery kilo.
- To zagadka rozwiązana.
- Nie bardzo.
- Jak to?
- Mięso się znalazło, ale gdzie się podział kot?
😸
Pan Jan był emerytowanym oficerem armii, prywatnie wdowcem, mieszkańcem dwupokojowego lokum na trzecim piętrze bloku. Do tego był jeszcze opiekunem kota, którego znalazł swego czasu na trawniku. Pomiaukujący bezradnie maluch wyraźnie nie wyglądał na czyjegoś kota, być może był to osierocony dzikus piwniczny. Pan Jan nie znał się na kotach, więc na początku próbował znaleźć mu dom, ale potem jakoś tak wyszło, że kot już pozostał. Dużo pomogła pani Zofia, znajoma mieszkająca trzy klatki dalej, rasowa kociara, która edukowała pana Jana, jak zajmować się takim zwierzakiem, ona też miała niemały wpływ na dalsze jego decyzje. Ale wątek pani Zofii zostawmy na boku, nie jest on istotny.
Jako wojskowy pan Jan prowadził dość uregulowany tryb życia, według stałego planu dnia. Dość ważnym punktem była sesja hobby, którym była bogata kolekcja plastikowych żołnierzyków. Codziennie po południu pan Jan rozstawiał na stole swoje armie, aranżował różne bitwy, czasem całe kampanie wręcz. Niestety po przygarnięciu kota pojawił się pewien drobny problem. Nowy lokator bardzo chciał pomagać przy zabawie, tego zaś pan Jan nie tolerował. Pan Jan rozwiązał to krótko. Zanim doszło co do czego, kot był eksmitowany do drugiego pokoju. Na początku trochę protestował, ale dość szybko odkrył, że wcale mu taki układ nie przeszkadza. Jakby nie było, każdy kot ceni nade wszystko święty spokój, gdy nikt mu nie przeszkadza podczas spania.
Mijały lata aż któregoś dnia pan Jan zauważył, że kotu coś jest. Nawet bez opinii pani Zofii zorientował się, że kota trzeba zapakować do kontenera, po czym udać się do kliniki. Tak też zrobił. Na miejscu okazało się, że kot rokuje dobrze, ale pod warunkiem wykonania jakiegoś zabiegu. Pozostał więc pod opieką przemiłej pani doktor, do odebrania następnego dnia.
Pan Jan wrócił do domu. Zjadł nieco opóźniony obiad, po czym nadeszła pora wykonania kolejnych manewrów czy też jakiejś batalii przez plastikowe armie. Pan Jan podszedł do półki, sięgnął po wielkie pudło zawierające całą kolekcję, nagle zatrzymał się. Poczuł, że coś jest nie tak. Usiadł więc na kanapie, aby rozpoznać mentalnie sytuację. Okazało się, że bez kota cała zabawa była niewykonalne, po prostu tego dnia odbyć się nie mogła.
😼
Kotka, wychodząca zresztą, państwa Ciućko była dość łowną kotką, jak na kocie standardy. Może nie co dzień, ale prawie co dzień, gdy pani lub pan Ciućko otwierali rano drzwi, aby po coś tam gdzieś wyjść, na schodkach leżał sobie kolejny prezent od ich pupilki. Zwykle była to myszka lub jakiś niewielki ptaszek. Czasem zdarzała się większa zdobycz, kawka lub nornica. Któregoś jednak dnia pani Ciućko wybrała się do sklepu, już miała przekroczyć próg, jak zwykle spojrzała pod nogi, po czym ujrzała...
- Kochanie!
- Co tam?
- Pozwól tu na chwilę.
To była dość długa chwila. Pani i pan Ciućko patrzyli na zmianę, raz na siebie, raz na leżącego na schodkach królika.
- Cholera.
Tyle miał do powiedzenia pan Ciućko. Gdy już jakoś rozwiązano problem, co zrobić z królikiem, pan Ciućko pozwolił sobie na, jego zdaniem, zabawny żart:
- Dziś królik, jutro kura.
- To chyba nie jest śmieszne.
Tak to skwitowała pani Ciućko. Niestety nie było. Co prawda przez trzy najbliższe dni na schodkach nie leżał żaden koci łup, ale czwartego pan Ciućko wychodząc znalazł na nich kaczkę. Chyba za długo się zastanawiał, jak to ukryć przed panią Ciućko, gdyż ta nie usłyszawszy odgłosu zamykanych drzwi poszła to sprawdzić.  Tym razem to ona oznajmiła:
- Cholera.
Przez kolejne kilka poranki na schodkach nic nie znajdowano. Do czasu... Pewnego dnia rano pani Ciućko drzwi i głośno krzyknęła. Pan pojawił się przy niej natychmiast.
- Cholera.
- Kochanie, przytul mnie.
Pan Ciućko bez słowa spełnił prośbę pani Ciućko.
- Kochanie, ja zaczynam się bać.
Po czym nastąpiła dość długa chwila ciszy. Panu Ciućko, jako mężczyźnie, głupio było się przyznać, że czuje to samo, co pani Ciućko. Na schodkach bowiem leżał martwy dzik.
Przemilczmy sprawę, jak pani i pan Ciućko poradzili sobie z tą sytuacją, ważne że jakoś sobie poradzili. Po czym znowu minęło kilka dni bez porannych sensacji. Kolejnego poranka, niedzielnego zresztą, państwo Ciućko nie planowali żadnego wyjścia, dopiero na poobiedni spacer do parku. Pani Ciućko robiła śniadanie, pan Ciućko siedział grzecznie przy stole czekając na to śniadanie, nagle coś głucho łupnęło przed domem. Do tyle na tyle mocno łupnęło, aż szklanki na półce kredensu zadźwięczały. Pani Ciućko zamarła, pan Ciućko spojrzał na nią pytająco, zaś zapach smażonej jajecznicy na boczku przytłumił zapach grozy. Wreszcie pani Ciućko się ocknęła ze stuporu:
- Kochanie, zobaczysz co to było?
Pan Ciućko nie miał miny człowieka zaciekawionego, nie mniej jednak wstał od stołu, po czym powoli ruszył do przedpokoju. Nie otworzył jednak drzwi, tylko odsunął klapkę wizjera. Spojrzał przezeń, po czym zakrzyknął głosem wielkim:
- Ożesz kurwa!
Tu należy nadmienić, że pan Ciućko raczej nigdy nie operował takim słowem, jak "kurwa". Tedy więc pani Ciućko zwabiona tym nietypowym wyrazem emocji odstawiła patelnię na bok, po czym szybko opuściła kuchnię. Podeszła do pana Ciućko, który odwrócił się do niej. Był przerażająco blady.
- No, co to było? Co tam jest?
Pan Ciućko spojrzał na panią Ciućko dziwnym, jakby nieobecnym wzrokiem. Trochę to trwało, zanim rozluźnił kark dwoma ruchami głowy i odpowiedział ołowianym głosem:
- Naprawdę nie chcesz tego wiedzieć.
😺
- No, to skoro wszystko jasne, to ja uciekam. Taksówka zaraz ma podjechać pod blok. Aha, pani Lodziu kochana moja, tam na kredensie w kuchni stoi butelka wina, a w lodówce jest sernik na zimno. To wszystko dla pani.
- Ależ pani Cesiu, to nie było konieczne.
- Było, było. Proszę jeść i pić na zdrowie.
- Ale...
- Pa.
- Ale klucze.
- No tak, klucze. Straszna gapa ze mnie.
Pani Cesia chwyciła za walizkę na kółkach i potuptała na dół po schodach. Pani Lodzia cofnęła się do mieszkania, zamknęła drzwi, po czym powiesiła otrzymane klucze na wieszaku, tak na widoku. Następnego dnia, sobota to była, wzięła te klucze, po czym udała się piętro wyżej do mieszkania pani Cesi. Zadanie było proste. Ogarnąć kocie kuwety, uzupełnić miski, nalać świeżej wody, to był plan minimum na ten dzień, tudzież następny. Poniedziałek już nie, gdyż pani Cesia miała wrócić tegoż dnia od córki do południa. Zadanie było proste, gdyż pani Lodzia sama była kociarą, jej mieszkanie również było pełne pozytywnej energii pochodzącej od własnego kota, więc niczego jej nie trzeba było tłumaczyć. Koci dwupak pani Cesi dobrze znał panią Lodzię, więc na poziomie relacji wzajemnych również nie mogło być żadnych problemów. Tak zresztą było, gdy weszła do mieszkania. Koty przywitały ją nader serdecznie, kocim zwyczajem ocierając się o jej nogi. Pani Lodzia zaczęła od brudniejszych prac, czyli kocich sanitariatów. Potem umyła ręce, uzupełniła miski chrupkami, zmieniła wodę na świeżą, co de facto, jako wprawnej kociarze zajęło jej wszystko raptem kilka minut. Koty dość szybko przestały darzyć uwagą gościa, polokowały się na otomanie, więc pani Lodzia uznała, że ma ochotę napić się obiecanego wina. Po kilku minutach dzierżąc pełen kieliszek usiadła w fotelu, po czym sięgnęła po pilota. To była jakby premia dodatkowa, gdyż telewizor pani Cesi miał sporo większy ekran, niż jej. Czegoś jej jednak brakowało.
- No tak, sernik.
Wstała, poszła do kuchni, otworzyła lodówkę. Sernik był, jak najbardziej. Pani Lodzia znała te serniki pani Cesi, uważała je wręcz za lepsze od swoich. Co prawda pani Cesia miała inne zdanie, ale kulinarne przekomarzanki dwóch zaprzyjaźnionych pań należały już były do rytuału ich wzajemnych relacji. Pani Lodzia postawiła sernik na stole, wyjęła talerzyk z kredensu i chwyciwszy za nóż zaczęła szacować, jaką porcję sobie wydzielić, aby dwa razy nie chodzić. Odgłosy kuchenne zwabiły koty, które weszły do kuchni. Jeden z nich szybko wskoczył na stół, jasno dając do zrozumienia, że jest również zainteresowany sernikiem.
- Nie słoneczko, to nie jest dla ciebie.
Mówiąc to pani Lodzia chwyciła kota i zestawiła go na podłogę. Wtedy to jednak na stole pojawił się drugi kot. Ale potraktowany został tak samo, zaś pani Lodzia dodała:
- Znacie zasady.
Koty być może znają zasady, ale które to są zasady to jest mocno do dyskusji. Te koty stanęły w drzwiach kuchni leniwie poruszając ogonami. Spojrzały najpierw na siebie, po czym zgodnie zwróciły głowy i wlepiły wzrok w panią Lodzię.
PING!!
- Co jest???!!!
Takiego dysonansu poznawczego pani Lodzia chyba nigdy nie doświadczyła przez całe swoje życie. Nie była już bowiem wcale, ani trochę w kuchni mieszkania pani Cesi, tylko stała na chodniku przed wejściem do bloku.
- Ty, zobacz!
- Ale jazda!
Ten krótki dialog wywiązał się pomiędzy dwoma małolatami siedzącymi na pobliskiej ławce. Dotarł on do pani Lodzi, ona zaś szybko skonstatowała, że dotyczy jej osoby. Dotarło też do niej, że nie tylko stała przed blokiem. Oprócz stania była kompletnie naga. Jedną ręką zasłoniła piersi, drugą łono, odwróciła się i szybko uciekła na klatkę schodową. Po drodze minęła kogoś, kto wybałuszył na nią oczy, ona zaś pełna paniki wbiegła na swoje piętro. Niestety, jej mieszkanie było zamknięte, więc pobiegła wyżej, do lokum pani Cesi. Te drzwi na szczęście były otwarte, więc weszła szybko, zatrzasnęła je za sobą. Oparła się na nich plecami z trudem łapiąc oddech. Serce waliło jej jak młot, zaś myśli tworzyły gęstą kaszę. Osunęła się powoli na podłogę. Trochę to trwało, zanim doszła do siebie, przynajmniej na tyle, żeby wstać i pójść do kuchni. Tam zaś na stole siedziały dwa koty. Jeden nie zwrócił na nią uwagi zajęty resztkami sernika, drugi spojrzał na nią oblizując sobie pyszczek. To było bardzo ironiczne spojrzenie.

17 listopada 2019

Kot na wierzchołku góry

- Jaki kot? Jaka góra?
- Duży kot.
- Puma w Andach? Irbis w Himalajach?
- Bardzo duży kot. Największy. A góra to lodowa. Na morzu.
- Na takiej to chyba foka? Albo biały niedźwiedź?
- Przecież mówię, że kot.
- Mam! Lew morski. Uchatek.
- Lew nie jest największy.
- To ja już nie wiem.
- Tygrys idioto! Tygrys, pasiaty taki.
- To akurat wiem. Takim idiotą to jeszcze nie jestem.
- Takim nie.
- Okay, może innym. Ale co robi tygrys na ajsbergu?
- Na czym?
- Ha! Tu cię mam. Na górze lodowej! Idioto...
- Okay. Niech będzie, że remis w idiotach.
- Ale nadal nie wiem, co on tam robi?
- Kto?
- Ten tygrys.
- Gdzie?
- Na tym ajs... Na tej górze lodowej.
- SYM-BO-LI-ZU-JE.
- Ale yo. Znaczy metafora taka?
- Taka. A teraz się zamknij. Ja mówię.
- Ale...
- No!
- ...

Okay, już jest cicho. Jak człowiek jest cicho, to lepiej słucha. A jak lepiej słucha, to może czegoś się dowie.
Mówi się, że prawdziwy mężczyzna nie płacze. To jest taki sam kit, jak to, że prawdziwa dama nie pierdzi. Pierdzi, pierdzi, jeszcze jak. Nawet królowa angielska pierdzi. Tylko umi i wie kiedy. No, chyba że nie jestem prawdziwym mężczyzną tylko gender jakiś. Ale to już nie do mnie pytanie, tylko do moich kobitek.
W każdym bądź razie ja się popłakałem. To było jakoś tak w długi weekend: Halloween, Święto Zmarłych plus Dziady. Wtedy to oto właśnie zachciało mi się. Do lapka mi się zachciało, njusa jakiegoś wyczaić. No, to wyczaiłem. Dziesięć tygrysów na granicy. Jeden odszedł do kociej Nawii, reszta uratowana. To ja w bek. Nie, bez przesady, nie żadne tam buhuhu, tylko tak  bezgłośnie. Ale lało mi się z oczu jak na rowerze przy silnym wietrze w dziób. W końcu przestało, bo ile żesz można się mazać? To już by było za bardzo gender. Ale pierdolec nie odpuścił. Do tej pory zresztą trzyma. To znaczy taki duży, bo na punkcie kotów to ja mam pierdolca od zawsze. Nawet wpadłem na pomysł, żeby do Poznania pojechać. Tygrysie kupy sprzątać wolota... wolontra... ochotniczo znaczy, społecznie tak. Ale to by było bez sensu, takich pomagierów to tam mają na pęczki, dutków tylko brak, więc skończyło się na przelewie. A teraz ślęczę. Przed lapkiem ślęczę. Trzeci tydzień już tak, co najmniej godzina dziennie. No, może teraz już tylko pół, bo tego tak dużo nie ma. Ale regularnie. Co czuję? Radość. Radość, że wróciły z koszmarnego pidła, że progresują zdrowotnie. Ale tak realnie to nie czarujmy się. Do lasu to te kicie nigdy nie wrócą, bo nigdy tam zresztą nie były. Nigdy się tam nie ogarną, są tak pochlastane psychicznie, jak psiaki ze schroniska. Stąd też taka potrzeba, by zrobić azyl, ten jeden hiszpański to mało. Czyli dutki, dutki, jeszcze raz dutki są konieczne, by ta wspaniała załoga ludzi, którzy tym wszystkim krecą miała za co tym kręcić. Tak, nader wspaniała, szacun im się należy po całości za to ich kręcenie. Nie będzie jednak nazwisk, bo ni miejsca, ni czasu na ich wyliczanie, jeszcze kogoś się pominie i głupio wyjdzie.
A jest co kręcić. Tu pojawia się tytułowa góra, lodowa zresztą. Bo chyba to nie jest  wcale żaden sekret, że takich transportów, zwierzakowych pideł śmiga po drogach czy torach całe mnóstwo. Tygrys jest duży, to się zrobił przypał, ale ile takich mniejszych zwierzaków jest katowanych, zbiorczo lub solo? Nie chce mi się tej liczby szacować, bo na pewno jej niedoszacuję, taka jest monstrualna. Rzecz jasna to nie jest aż tak, że tylko ten jeden przypadek wykryto. Tygrys jest medialny, więc do nas taki njus dotarł, ale to nie znaczy, że jest całkiem do dupy. Ale rzecz w tym, by było jeszcze mniej do dupy. Co możemy z tym zrobić, zwykłe nagie małpy, które się tym tematem nie zajmują zawodowo? Które może nawet by chciały, ale mają inne sprawy na głowie, być może bardzo ważne. Długo by wymieniać, listować możliwości. Podam tylko wybrane, bazowe przykłady działań lub zachowań:
Po pierwsze primo, to wspomniane już wcześniej dutki. Odkąd Fenicjanie je wynaleźli wiele spraw uległo sporemu uproszczeniu. Per capita nie trzeba wcale ich wiele. Wystarczy raz na tydzień, niech nawet będzie, że miesiąc, nie kupić jakiegoś idiotycznego gućka, które tak naprawdę wcale nie jest nam potrzebne. Ale frank do franka i zbierze się szklanka, taka wielka szklanka, uogólniona. Proste, n'est-ce pas? Wszyscy to wiedzą, tylko nie wszyscy mają to uświadomione. Rzecz jasna nie dajemy tych dutków byle komu, tylko sprawdzamy, gdzie trafiają, jak będą użyte. Wiem, wiem, to też truizm, ale co szkodzi go przypomnieć.
Co dalej? Nie kupujemy zwierzaków z lewych źródeł: kradzionych, z przemytu, czy z "fabryk" /nielegalnych hodowli/, nie generujemy popytu na takową działalność. Nielegal to można sobie powspierać w temacie zioła, papierosów, czy środków antykoncepcyjnych /na przykład/, ale też kontrolnie, żeby jakiegoś dziadostwa nie kupić. Jednak w temacie zwierzakowym ZERO TOLERANCJI. Tak swoją drogą, to mam wątpliwości co do legalnych hodowli, ale to jest osobna sprawa, na osobną debatę. Niemniej jednak warto się zastanowić, czy mamy warunki na trzymanie jakiegoś stwora, czy tak naprawdę jest on nam konieczny?
Trzecia sprawa, to pytanie co robimy, gdy się dowiemy o takim procederze, jak na przykład wspomniana "fabryka"? Spoko, luz, bez nerw! Każdy normalny człowiek wie, że kapować nie wolno, ale ten przypadek NIE JEST kapowaniem. Tak samo zresztą, jak nie jest zakapowaniem doniesienie na sąsiada - pijaczka, który katuje żonę, dzieciaki lub zwierzaki. Pod warunkiem, rzecz jasna, że wiemy, iż naprawdę to robi. Znowu truizmy, ale czasem trzeba potruizować. Tak kontrolnie, dla zdrowotności.
Może wystarczy tych przykładów, nie wszystko muszę robić sam. Każdy może użyć mózgu i wymyślić, co by tu jeszcze można zrobić. Bycie nagą małpą to odpowiedzialność i dbanie o dobrostan innych zwierzaków, które mają takie samo prawo do sensownego życia. 

/Tych, które jadamy również to zdanie dotyczy, aczkolwiek dziwnie ono może brzmieć w pierwszym, pobieżnym czytaniu/
Tym nieco patetycznym akcentem zakończę powyższą ekspresję artystyczną, na pozór miejscami może zabawną, ale tak naprawdę, ipso facto bardzo smutną, przynajmniej i bynajmniej.

27 października 2019

ONA, ON i ZWIERZACZEK

- Miśkuu...
- Ssotam?
- Miiiśku.
- No, co jest Foczko, coś znowu zrobiła?
- Ach ty Miśku, ty Miśku mój!
- Możesz wreszcie konkretniej?
- Przytul mnie.
- Teeeraz?
- No teraz, szybko, przytul mnie.
- Zaaaraz, czekaj no chwilę.
- Ale Miśku, ja ryczę.
- To weź se chusteczkę, wytrzyj oczka i nie marudź.
- Miśku!!! Buhuhuhu!
- Przytulę cię, jak przestaniesz ryczeć.
- Ale ja ryczę, bo mnie nie chcesz przytulić.
- A ja nie chcę cię przytulić, bo ryczysz.
- MIAAAUUU!!!
- A temu co znowu?
- Jak to co? To co zawsze. Micha pusta.
- Nie dałaś mu?
- Miałeś kupić.
- Kupiłem. Zobacz, tam leży.
======
Kleofas (lat [censored - RODO]):
- Tak, to ja miałem kupić kotu żarcie, bo się skończyło. Niestety kościelna niedziela, sklep dla zwierzaków zamknięty, więc kupiłem coś awaryjnie. W Ropuszce, taką saszetkę, do jutra wystarczy.
======
Balbina (lat [censored - RODO]):
- Zadałam sierściuchowi michę, a teraz mnie Misio przytuuuli.
======
Marchewa (lat 3 /kotów RODO nie dotyczy/):
- Nie było to, co zwykle, nie wyglądało za dobrze, ale tragicznie też nie było. Dało radę. A zresztą, czy będąc kotem niewychodzącym mam jakiś wybór? Ale jak będzie okazja to im zakomunikuję, że nie tak ma być, nie taka była umowa.
======
- Miśku?
- Co tam moja Foczko?
- Już nie ryczę. To jak będzie z tym przytulaniem?
- Mówisz - masz. Jabadabadabaduuu!
- Czekajnoże, sama zdejmę, bo mi podrzesz.
- Miśku, to w co teraz się bawimy?
- Chyba w spanie, późno jest.
- No, nie wygłuupiaj się.
- Niech już ci będzie. Co chcesz robić?
- Może... Mnie boli głowa, a ty strzelasz fochy?
- Nie! To na pewno odpada.
- Ale dlaczeeego?
- Przecież wiesz.
- Co wiem?
- Nie mam dystansu do babskiej oziębłości.
- Ale to przecież tak na niby.
- Wykluczone!
- Dobrze, późno jest faktycznie, nie przedłużajmy.
- To co będzie?
- Kładź się! Zaraz zatęsknisz za babską oziębłością.
- Dobranoc kochanie.
- Niop.
- A co to było? No wiesz... Prosię!
- To nie ja, to Marchewa.
- Koty nie pierdzą.
- Czasem i królowej angielskiej sie wymsknie.
- Pewnie po tej saszetce z Ropuszki.
======
Marchewa (lat 3):
- Ma rację. Cosik mi nie tak w brzuszku po tym ostatnim jedzonku. Tym bardziej muszę im oznajmić, co myślę o takim żywieniu kota.
======
- Znowu? Ale kot już poszedł, więc...
- Sorry kochanie. Teraz to już ja.
======
Kleofas (lat /.../):
- Moja Foczka nawraca mnie na wege. I takie są efekty.
======
JEBUT!!!
- Co to było?
- Chyba doniczka spadła.
- Sama?
- Pewnie kot jej pomógł.

- Jeśli to Zuzia, to utopię go w kiblu!
- Bluźnisz.
- Spoko. Sziwa się za mną wstawi u Bastet.
======
Balbina (lat /.../):
- Zuzia to jest nasza dziewczynka - roślinka z gatunku Cannabis, medyczna, rzecz jasna. Ale Marchewa nie ma do niej dostępu. Rośnie w opancerzonym growboxie i zajebiście fajnie pachnie. Za tydzień będą już zbiooory!
======
- No, co to było?

- Choinka na święta, znaczy araukaria.
- Bardzo oberwała?
- Nieeetam, nawet doniczka cała. Jutro to ogarnę.
- Ale co mu odbiło? Dawno tego nie robił.
- Może chciał nam coś przez to powiedzieć?
- Też tak to widzę.
- No, to co teraz?
- Teraz to już naprawdę śpimy.
- Exactly. Trzeba spać, żeby rano wstać.
- I kupić kotu jakieś normalne, porządne żarcie.
======
FINAL AD:
Tandetna kocia karma z sieciówek to jest naprawdę ciężki grzech przeciwko Bastet i przeciw jej dzieciom. "Kici" to zbilansowana ekologiczna kompozycja oparta na czystym zwierzęcym białku suplementowanym witaminami i mikroelementami pozyskiwanymi z naturalnych źródeł. Bez chemii, bez soi, bez żadnych wypełniaczy spożywczych. Wolna od GMO, oleju palmowego i laktozy. 
Do kupienia w sklepach zoologicznych stacjonarnych oraz online.
Tylko KICI dla Twej Kici!!!

13 października 2019

DAMA

- Mam sześć latek, sześć i pół. Nie wskakuję już na stół.
- Katzenschthuba niesłychana.
- No toć baa. Ja jestem DAMA.
- Postawa godna podziwu.
- Żartowałam! Tak dla zgrywu.
- Nie rozumiem.
- Boś idiota. Kto by upilnował kota?
- Czy to znaczy, że kłamałaś?
- Nie, ja tylko żartowałam. A tak już w ogólniku i centralnie kurwa, to kiedy ty mnie widziałeś ostatnio na tym jebanym stole?

08 kwietnia 2019

Kotyfikacja - kocia magia i kocia ekonomika

Dom jest kota, kociarz tylko kołuje na czynsz lub spłatę kredytu.
= = =
Kocia magia zwykle kojarzy się z teleportacją lub telepatią, które to techniki koty, jak wiadomo, mają opanowane do perfekcji. Teraz jednak zajmiemy się inną jej odmianą.
Słowo "kotyfikacja" (domu) /catification/ wprowadził jakiś czas temu do języka i lansuje znany koci "guru" Jackson Galaxy. Cóż ono oznacza? Generalnie to są wszystkie domowe usprawnienia życia kotu, a przy okazji też kociarzowi. Na przykład drapaki, siatki na balkonach, kocie drzwiczki w drzwiach, czy co tam jeszcze. Ale przeważająca większość /ta prawdziwa, a nie 12,8%/ kotyfikacji polega na opółkowaniu mieszkania. Półki mogą być przeróżne, niekoniecznie proste i poziome, bo nie po to one mają być, aby stawiać lub kłaść na nich kolejne niepotrzebne śmieci. Jedyne co ma prawo przebywać na tych półkach to kot. To są jego kotostrady oraz miejsca, skąd może sobie kontrolować sytuację i gdzie może uprawiać swój ulubiony sport zwany "święty koci spokój".
Po co to wszystko? Kociarzom tego tłumaczyć nie trzeba, ale nie tylko tacy tu zaglądają. No cóż, zacznijmy może od tego, że gdy kot jest wychodzący, to kotyfikacja domu nie jest jakimś zbytnim priorytetem. Koci rewir, teren dookoła jest zwykle wystarczająco skotyfikowany sam z siebie, niejako naturalnie. Zwykle, bo nie zawsze tak jest, ale kwestią czy i kiedy kot może być wychodzący, a kiedy nie powinien nie będziemy się teraz tu zajmować. Za to jeśli jest niewychodzący, to kotyfikacja mieszkania jest absolutnie konieczna. Chodzi o przestrzeń, bo gdy kotu jest za ciasno, to nudzi się i męczy, zaczyna mu odbijać, to zaś z kolei odbija mu się na jego zdrowiu. Po prostu kot do normalnego życia potrzebuje przestrzeni, ale problem w tym, że mieszkania poszerzyć zwykle nie ma jak. Można je jednak wydłużyć, niejako poszerzyć wzwyż. Temu właśnie służy ten istotny element kotyfikacji, jakim jest opółkowanie. Proste chyba to jest.
Gdzie tu ta magia? Magia jest taka, że kotu przestrzeni przybędzie z niczego, zaś kociarzowi nic jej nie ubędzie. Pozostaje jeszcze na koniec pytanie, kto to wszystko ma sprzątać, odkurzać? Oj tam, oj tam. Odrobina ruchu więcej kociarzowi wyjdzie tylko na zdrowie.
Co prawda kotyfikacja dotyczy spraw przestrzeni, to można ten temat rozszerzyć na czas. Niech teraz każdy kociarz zada sobie pytanie, ile tego czasu poświęca swojemu kotu? Pomijamy sprawy bazowe, jak obsługa michy, czy kuwety. Zostawmy też na boku zabiegi nad kotem długowłosym, bo to jest jakby osobna sprawa. Pytanie dotyczy czasu zabawy ze swoim kotem. Okazuje się, że bardzo często słabo to wszystko wygląda. Na początku jest, że "kot w dom - bóg w dom" /a raczej bogini, Bastet zwana/. Nowy domownik skupia wiele uwagi, idą wtedy w ruch wszelkie kulki ze sreberka lub nakrętki po napojach. Dochodzi też tak zwana "wędka", to już jest standard. Czasem też laserek.
Tu dygresja. Kwestia laserka była tu już kiedyś poruszana, więc będzie tylko anegdota. Otóż nasza kota okazała się za mądra na laserek. Już przy pierwszej próbie zabawy tym sprzętem rzuciła tylko okiem na ruchomą plamkę, ogarnęła wzrokiem sytuację, po czym migiem skojarzyła związek przyczyny ze skutkiem. Olała ową plamkę i skoczyła do ataku na dłoń z laserkiem. Koniec dygresji.
Wróćmy do sytuacji, gdy mija "miesiąc miodowy", kot już się zadomowił, zaś kociarz przyzwyczaił do nowego członka rodziny. Otóż nieraz niestety tak jest, że ilość czasu poświęcanego na zabawę z kotem zaczyna powoli topnieć, dochodzi wreszcie do momentu, gdy nie ma go wcale. Co prawda śmiały kot potrafi się upomnieć o tą zabawę. Chodzi, marudzi, a mało lotny kociarz nie potrafi tego komunikatu prawidłowo odczytać. Ale różne są kocie usposobienia, więc powstaje fatalna sytuacja, gdy kot staje się kolejnym sprzętem w mieszkaniu, który sobie jest, ale na tym byciu sprawa się kończy. Tak po prostu nie można, tego kotu się nie robi i już. Nie ma o czym gadać.
Nadeszła teraz pora, by koniecznie obalić pewien mit na temat rzekomego samotnictwa kotów. Może nie tyle mit, co pewną błędną interpretację ich zachowań. To prawda, że kot nie lubi wtrącania się w jego Bardzo Ważne Kocie Sprawy i nie lubi narzucania mu tego, co ma robić. Prawdą jest też, że jakiś tam pewien procent kotów to samotniki sensu stricto stroniące od towarzystwa. Większość jednak chętnie przebywa obok człowieka, chętnie asystuje jego działaniom, chętnie też lgnie do innych kotów czy psiaków, jeśli takie są w domu. Jeśli po pewnym czasie przestaje lgnąć, to zwykle winny jest temu sam kociarz, który mu nie poświęca żadnej uwagi.
Tedy wracamy do tematu zabawy. Tu znowu uwaga, że kot wychodzący jakoś sobie radzi, ale ten niewychodzący już nie. Od tego jest kociarz, żeby mu dostarczyć bodźców, tak samo koniecznych kotu do zdrowego życia, jak zbilansowana micha. Tak naprawdę wielkich cudów wymyślać nie trzeba. Kilka prostych patentów już zostało wcześniej wymienionych, dorzućmy więc jeszcze jeden, równie prosty, którego jak się okazuje wielu kociarzy nie zna. Bierzemy pustą rolkę po papierze toaletowym lub jeszcze lepiej po ręczniku jednorazowym. Do środka wrzucamy kilka smakołyków, po czym potrząsając tą rolką demonstrujemy ją kotu. Po czym kładziemy na podłodze. Kot szybko załapuje reguły tej gry, więc uciecha jest obopólna, gdy zaczyna nad tą rolką majstrować. Przy okazji też kociarz dowiaduje się, czy jego pupil jest prawo, czy lewołapny /nasza sierściucha na przykład okazała się być "śmają"/, czego zapewne wcześniej nie wiedział. Po jakimś czasie wprowadzamy pewne utrudnienia. Rolkę przedłużamy drugą rolką, albo zszywamy, tworzymy różne konstrukcje z tychże rolek. Taka zabawka nic nas nie kosztuje, nie trzeba wydawać ani grosza na fikuśne wynalazki z animal shopu. Czyli znowu działa kocia magia, sztuczka zwana "coś z niczego".
Na koniec sprawa ekonomiki. W skrócie polega to na tym, że kotyfikacja to inwestycja. Na przykład wydajemy jakieś drobne na proste opółkowanie lokum, albo oddajemy kotu nieco czasu na zabawę z nim. Na czym polega zysk? Pierwszy pojawia się na planie niejako "duchowym", gdyż szczęśliwość kociarza wynika ze szczęśliwości jego kota. Drugi zaś przekłada się na prozaiczne dutki. Gdy kot jest szczęśliwy to jest zdrowy, więc później otwiera się czarna dziura w kieszeni weta, nawet o dobre kilka lat.

======
Post zawiera lokowanie produktów.