wszystko jest tylko i wyłącznie złudzeniem,
absolutnie doskonałym,
które nie ma nic wspólnego z dobrem ani ze złem,
akceptacją ani odrzuceniem...
wszystkie rzeczy nie są takie, jakie wydają się być...
nie są także inne... można więc roześmiać się w głos i nie pytać, komu bije dzwon... bije, bo komuś płacą za szarpanie sznurem...
- Kto umarł? - Polska. - Znowu? Co teraz? - Nic. Na razie się kurwa upijemy. Kontrolnie! - Znaczy pod Zioło? - Nie inaczej. Kto jara Ziele chla niewiele. - Co potem? Znaczy we wtorek, jak odeśpimy. - To, co zawsze. Po porannych rytuałach zapierdalamy dalej swoje. - Robota w czarnej dupie przeważnie dostarcza nieco problemów. Pierwszy jest taki, że robi się w czarnej dupie. - Damy radę, mamy to oblatane.
Było trochę zabawnie, gdy kilku polityków, także dwóch dość istotnych dostało histerii co do tematu alkotubek. Sprawa ponoć jeszcze się nie skończyła, bo teraz reżim chce brać się za lody, czekoladki, czy inne jakieś tam cukierki, produkty kompletnie bez znaczenia, jeśli chodzi o podaż najbardziej popularnego narkotyku, czyli alkoholu. Tak naprawdę, to jest to czysta fanfaronada, pokazanie jak bardzo reżim chroni dzieciaki, bazująca na ludzkim lęku, czyli strachu przed fikcyjnym zagrożeniem. Ale oprócz tego dzieją się też ruchy poważniejsze, czyli zapowiedź podwyżki cen tegoż. Tak to jest odbierane. Bo to, jaką drogą do niej dojdzie, czy ustaleniem ceny minimalnej za gram substancji czynnej, czy podwyżki akcyzy to jest już kwestia czysto techniczna, dla ewentualnego nabywcy kompletnie nieistotna. Puenta jest prosta: ma być drożej. Tu reżim jest akurat porażająco szczery. Nie plecie bzdur na temat redukcji szkód wywołanych nadużyciem alkoholu, czy innych narkotyków, bo samej idei redukcji szkód kompletnie nie pojmuje, tylko przyznaje, że celem jest urealnienie cen, które jak wiadomo nie są do końca wolnorynkowe. Gdyby chciano tak realnie, na poważnie ograniczyć zjawisko owego nadużywania, to zalegalizowano by marihuanę, ale to jest za trudne dla decydentów, których większość to marychofobi, realni lub na takich pozujący. Za to zwykli ludzie, jak widać za mało doznają przykrości na skutek tego zjawiska, aby połączyć przysłowiowe kropki i wymóc taką zmianę. Jednak kwestia owych marychofobów, użytecznych idiotów działających dla alkolobby to jest już temat na inną, osobną dyskusję. Można z nimi pogadać jeśli są otwarci na wiedzę, ale zwykle to są zakute łby, na nich nie warto tracić czasu. Skupmy się więc raczej na spodziewanych skutkach zapowiedzianej podwyżki. Jakież one mogą być jeśli do niej dojdzie? Trudno cokolwiek odpowiedzieć nie znając konkretniejszych liczb, ale skoro ma być "urealnienie", to stopa procentowa owej podwyżki powinna być mniej więcej zbliżona do stopy inflacji. Tak więc od strony takiej czysto ekonomicznej nic wielkiego nie powinno się dziać. Państwo, które jak wiemy, ma gdzieś tak zwaną "trzeźwość narodu", tylko bardziej dba o interesy dilerów alkoholu nie może zbyt ostro podnieść akcyzy, gdyż tym samym zadziała wbrew nim, więc także sobie. Ale na kim zarabiają owe połączone siły? Podzielmy sobie ludzi pod kątem sposobu, tudzież ilości spożycia na pewne grupy. Zaznaczmy jednak na wstępie, że ów podział jest przybliżony, granice między tymi zbiorami nie do końca ostre, zaś ich nazwy umowne, na potrzeby tego tekstu: "Alkoholicy". Czyli ludzie cierpiący na chorobę alkoholową, uzależnieni od omawianego narkotyku. Kupują go regularnie, chyba że czasem zdobywają inaczej, przerywają używanie jedynie przy krytycznych okazjach, albo gdy podejmą mniej lub bardziej udane próby leczenia. "Pijacy". Osoby pijące dużo, jak to się naukowo określa: ryzykownie lub problemowo. Co do regularności, to bywa rozmaicie. Nie są uzależnione, choć wiele jest na dobrej drodze do tego. Ich ilość jest szacowana na nieco większą, niż pierwszej grupy, zaś łączną sumę wydawaną przez nich na alkohol można uznać za podobną lub nawet nieco większą. "Umiarkowani". Grupa największa, najliczniejsza, choćby ze względu na bardzo szeroki stopień owego umiarkowania, na bardzo duży rozrzut częstotliwości używania. Jak prawie każdy użytkownik piją dla tripu, jednak nie przekraczają granic owego tripu na tyle, aby móc to nazwać nadużyciem. Do tej grupy można też zaliczyć pijących "tylko dla smaku", ale trzeba pamiętać, że przeważająca ich część nie deklaruje prawdy na swój temat. Nie ma więc sensu ich jakoś detalicznie oddzielać. Ludzie trzeciej grupy nie kupują zbyt dużo towaru, jak na jednostkę, choć być może swoją licznością nadrabiają to, jednak Intuicja podpowiada, że łączna suma wydawana przez nią na alkohol jest mniejsza, niż przez pierwszą lub drugą. "Abstynenci". Tacy, którzy nie piją wcale lub tak mało i tak sporadycznie, że jest to całkowicie pomijalne. To zaś oznacza, że suma, którą ta grupa wydaje na alkohol jest zerowa lub bardzo bliska tego zera. Co więcej, nieraz dostaje ona po dupie. Dokładnie tak, bo ludzie tej pierwszej lub drugiej grupy niekoniecznie piją za swoje. To wszystko teraz trzeba policzyć, nie ma za bardzo do tego chętnych, ale wychodzi, tak na czuja, na to, że alkodil najwięcej trafia na dwóch pierwszych grupach. Na czwartej wcale nie trafia, zaś ta trzecia jest do dyskusji. Ale... Nie jest koniecznym zbyt strasznie rozumować, żeby dojść do wniosku, iż na krótki dystans alkodilerom, tudzież państwu zależy na ludziach pierwszej oraz drugiej grupy. Zrozumienie tych pierwszych jest banalne, kłopot zaczyna się przy tych drugich. Jest bowiem tak, że spożycie omawianego narkotyku przez ludzi pierwszej, tudzież drugiej grupy przeważnie generuje jakieś szkody. To zaś powoduje pewne koszty. Część tych kosztów pokrywają rodziny, czy też jacyś inni bliscy userów alkoholu. Być może jakiś drobny promil biorą na klaty nawet sami userzy. Ale drugą część pokrywa państwo, zarządca kraju. Jakie szkody można wykonać skutkiem nadużycia tak ukochanego przez społeczeństwo narkotyku? Nagie małpy potrafią sporo nawet na trzeźwo, niektóre nawet po Zielu, po którym żadnych szkód raczej nie ma, którego zresztą nikt przytomny, nie będący marychofobem nie zaliczy do narkotyków sensu stricto. Ale za to pojawia się dość ciekawe pytanie. To, że dilerzy (producenci, sprzedawcy) alkoholu mają gdzieś szkody wywołane nadużyciem tego narkotyku jest sprawą jasną, klarowną. Za to nie jest do końca jasne, czy wpływy będące skutkiem podatku akcyzowego na pewno pokrywają koszty naprawiania owych szkód? Innymi słowy, czy ludzie mniej pijący, konsumujący mniejszą ilość narkotyku finansują, tak po części zabawę tych więcej pijących? Pytanie do przemyślenia, zaś jako tło muzyczne proponujemy znowu piątkę Laleczek, od których jakoś nie potrafimy, czy też nie chcemy się odkochać. Akurat kawałek zagrają godny, znany, wręcz kultowy, jak świetnie to wiedzą maniacy prawdziwej, dużej muzyki. Jeszcze bonus dla maniaków samych Laleczek:
To może trochę wyglądać na agitkę, żeby iść na wybory, choć wcale taką nie jest, ale zawsze lepiej brzmiącą, niż jakieś tam frajerskie pieprzenie na temat obywatelskiego obowiązku. Okazuje się, że nie iść na wybory można na dwa sposoby. Można nie iść, czy nie jechać fizycznie, dosłownie, tylko zamiast tego iść na przysłowiowe piwo, czy na grzyby. Można też iść, ale oddać nieważny głos. Mimo to w każdym przypadku zawsze kogoś się popiera. Idący na wybory i oddający ważny głos popiera stuprocentowo tego, osobę lub ugrupowanie, na kogo odda ten głos. Kogo popierają pozostali? Oddający nieważny głos popiera po równo wszystkie kandydatury. Czyli jeśli startują cztery opcje na ten przykład, to każda otrzymuje po ćwiartce głosu, czyli po dwadzieścia pięć procent. Tak? Czy tak samo jest, gdy ktoś nie pofatyguje się do lokalu? Otóż nie jest tak samo. Tylko jak został podzielony taki nie oddany głos to wiadomo dopiero po wyborach. Użyjmy tego samego przykładu. Przypuśćmy, że wynikowy rozrzut głosów był taki: opcja A - 45%, B - 30%, C - 20%, zaś D - 5%. Tak samo jest rozłożona waga niegłosu oddanego przez leniucha. Tak więc jeśli taki gada, że nie idzie, bo jest mu wszystko jedno, to pieprzy regularne bzdury. Bo w rzeczywistości poparł najbardziej opcję A, potem B, potem C i tak dalej. Z praktycznego punktu widzenia to porównanie nie ma zbytniego znaczenia, bo waga każdego takiego niegłosu wynosi zero, niemniej jednak moralnie wygląda to nieco inaczej. Jest tylko jeden wyjątek od tego przekazu. To jest wtedy, gdy jesteśmy absolutnie przekonani, że wybory będą robione, innymi słowy sfałszowane. Tak jak było za poprzedniej komuny. Pomijamy rzecz jasna jakieś drobne przekręty, które przy każdych wyborach mogą zaistnieć. Wtedy akt lenistwa wyborczego nie jest już zgodą na ich wynik, lecz wyrażeniem protestu na cały fałsz. Ta sytuacja przy obecnych, najbliższych wyborach jeszcze nie grozi, ale jeśli neokomuna utrzyma się przy korycie, to może już zagrozić przy następnych. Nieźle jest więc sobie zadać pytanie, czy chcemy tego, czy nie. Te zdania można już traktować jako agitkę prowyborczą. Nie tylko żeby iść, ale także na kogo wtedy nie głosować.
Pytanie tytułowe zadałem sobie zaraz po wyjściu z sali kinowej. Bo podczas projekcji nie myślałem prawie wcale, tylko tyle, ile trzeba. Nadmiar myślenia podczas obcowania z produktem artystycznym jest po prostu szkodliwy, bo nie percepujemy go prawidłowo. Myśląc bowiem za dużo zasłaniamy sobie ów produkt tymi właśnie myślami. Dochodzi wtedy do idiotycznej sytuacji, bo okazuje się, że zamiast za możliwość bycia z dziełem sztuki, postrzegania go, taki myślacz zapłacił za coś, co może robić za darmo. Okay, ale już było po filmie i pytanie teraz, skąd się pojawiło to wspomniane pytanie? Stąd, że jeszcze przed filmem trafiło mi się przeczytać co nieco wypowiedzi na jego temat. Wartościujących, więc bez żadnego znaczenia, ale trochę ukrytego spojlerowania akcji również w nich było. To właśnie był ten szkopuł. Tymczasem jednak to były takie fejkowe spojlery, bo nic takiego, co niby miało mieć miejsce nie miało tam wcale tego miejsca. To zaś mogło sugerować, że jest jakiś drugi film pod tym samym tytułem. Opieram tą hipotezę nie na opiniach potworów, którzy stwierdzili otwarcie, że filmu nie widzieli, przyznając tym samym, że są idiotami, tylko na słowach tych, którzy oświadczyli, że widzieli fragmenty. Tylko, że tu pojawia się kolejny szkopuł. Jak doskonale wiadomo, potwory rządzące ostatnio tym krajem, tudzież ich elektorat, nie widzą tego, co jest, tylko jakiś tam swój urojony świat równoległy. Co prowadzi do jednoznacznej konkluzji, że drugiego filmu nie ma lub jest, ale inaczej. Jako, że nie mam zasranego umysłu niczym te wspomniane potwory, to zobaczenie tego hipotetycznego, urojonego filmu jest dla mnie niedostępne. Takim oto sposobem pytanie oń szybko straciło sens i zniknęło. Został tylko pomysł na wykonanie tego posta. Tedy więc voila...
Czytam sobie /na ten przykład ==TU==/ na temat zakazu nocnego dilu i tak na mój, więcej czujący, niż myślący (ale za to, jeśli już, to prawidłowo) rozumek, to sobie myślę tak:
Przede wszystkim bazowe jest pytanie, co ma być celem zakazu nocnej sprzedaży, po co on ma być? Jeśli ktoś tego nie wie, to niech nie zawraca tyłka, tylko idzie sobie do domu. Czy celem ma być ograniczenie spożycia, czyli żeby ludzie mniej pili? To można już od razu sobie darować. Na to PRAWNEGO sposobu nie ma. To znaczy jest, mianowicie legalizacja Zioła, ale teraz mamy na myśli prawo dotyczące tylko samego alkoholu. Ta legalizacja zresztą da efekty dopiero po iluś tam latach, ale ten temat jednak sobie teraz odpuśćmy. Dla licznych (jeszcze jakiś czas) marychofobów jest wciąż za trudny, poza horyzontem pojmowania.
To może tak ograniczenie przemocy domowej? Też mrzonka. Ta sprawa ma się nijak do tego, czy taki damski bokser może sobie kupić towar po nocy, czy nie. Można sobie pogadać na temat samej przemocy, ale zakazem tej nocnej sprzedaży na pewno jej nie zahamujemy. To ma związek z nadużywaniem jako takim, co już omówiliśmy szkicowo wcześniej.
Pora wymyślić jakiś inny cel. Jest taki, owszem, do tego jedyny, jaki można osiągnąć taką nocną prohibicją. Ale może po kolei. Otóż jest sobie takie powiedzenie "kupić o jedną flaszkę za mało". Dotyczy to tych sytuacji, gdy ktoś zwykł pijać ryzykownie lub niektórych imprez, tych rzecz jasna, na których nie używa się Zioła. Po prostu nagle okazuje się "kurwa, zabrakło". Jak zabrakło, to trzeba iść dokupić, tak? Więc idzie taki niedopity lub cała ekipa do punktu nocnego. Kupują, wracają, ćpają dalej. Ale chwilunia, to nie zawsze tak wygląda, bo coś przegapiliśmy. Bo to nieraz nie jest tylko taki sobie zwykły spacerek do sklepu. Przy okazji potrafi się zadziać sporo różnych nie zawsze ciekawych rzeczy. Żeby nie rozwijać detali zwykło się to popularnie nazywać "rozrabianiem", które przeważnie, statystycznie rzecz biorąc, po prostu szkodzi. Pół biedy, gdy tylko samym rozrabiaczom, ale często też ludziom postronnym, którzy problemów nie szukają, dorzućmy też do kompletu jakieś tam mienie, całkiem już niewinne.
Na tym się zatrzymajmy i zróbmy eksperyment myślowy, symulację taką, że nocna sprzedaż nie działa. Co się wtedy dzieje? Nic. No, prawie nic, ale na pewno mniej. Ucinają się te pielgrzymki do placówek dilerskich, redukuje się więc ilość sytuacji, okoliczności sprzyjających wspomnianemu rozrabianiu. Mówiąc metaforycznie: nie ma pożarów, bo nie ma gdzie iskrzyć. Proste. Czy jest to cel wart omawianego zakazu? Na to Kawiarnia niech odpowie sobie sama. Ale jak podaje (przykładowo) katowicka policja oraz straż miejska, to działa, vide artykuł.
Czy stracą na tym dilerzy? Czy spadną im przychody, obroty? Nie. Jak już wspomniano nieco wcześniej, ten konkretny przepis ilości spożycia nie zmieni, czyli nie zmieni się sprzedaż. Co najwyżej jej dzienny rytm, co nie ma żadnego znaczenia. Zainteresowani większą wypitką nauczą się kupować na planowaną sesję więcej.
Albo... No, właśnie.
Tu może pojawić się kłopot: wyprawy do miejsc, miast lub gmin, gdzie zakaz nie obowiązuje. To może się przełożyć na zwiększenie obrotów taksówek, ale obarczonych też ryzykiem, bo taki taryfiarz zamiast zarobić może dopłacić do czyszczenia auta lub nawet dostać po ryju. Tak więc tym nie ma co się przejmować, ale kłopot może pojawić się gdzieś indziej pod postacią wypraw własnym autem. Jako, że wtedy zwykle po spożyciu lub pod wpływem, to dalej chyba tej myśli kończyć nie trzeba. Czyli wychodzi na to, że ta cała nocna prohibicja ma sens tylko wtedy, gdy obowiązuje wszędzie, wprowadzona prawem państwowym, nie tylko lokalnym, samorządowym. Kwestia godzin, od której do której, to już jest detal. Ważne, żeby wszędzie było tak samo.
No, i właśnie... Wybory jako takie są demoralizujące, ponieważ zachęcają ludzi do kandydowania, więc naprawić ich się nie da. Ale poprawić można spróbować. Tylko najpierw coś sobie wyjaśnijmy. Otóż poniższy projekt dotyczy tylko krajów cywilizowanych, czyli między innymi takich, którymi zarządzają państwa na jakimś minimalnym chociaż poziomie sensowności. Obecnie Polska do tej grupy nie należy, niemniej jednak, gdy będziemy myśleć pozytywnie, to sprawa jeszcze nie wygląda na taką do końca przesraną. A teraz do rzeczy:
Powyższa rycina pokazuje i objaśnia prawie wszystko, pozostaje tylko kilka zdań na temat reszty. Czyli pewnej modyfikacji trybu oddawania głosu, bardzo prostej zresztą. Klasyczna karta do głosowania zawiera tylko jedną kolumnę kratek, zaś prawidłowy głos polega technicznie na zaznaczeniu dokładnie jednej. Oznacza to, żeby chcemy, aby kandydat do niej przypisany osiągnął sukces wyborczy. Nowa, ulepszona karta uzupełniona jest drugą kolumną kratek. Zaznaczenie którejś oznacza, że wyborca bardzo nie chce sukcesu danego kandydata. Innymi więc słowy oznacza to głos na minus. Przy obliczaniu wyników głosy na tą osobę bilansujemy, czyli każdy jeden głos ujemny kasuje jeden dodatni. Pytanie teraz, jak trzeba wypełnić kartę, aby głos wyborcy był uznany za ważny? Pomysły są trzy: Wariant pierwszy (zrównoważony): Głos ważny jest tylko wtedy, gdy wyborca postawi dwa krzyżyki: jeden w pierwszej kolumnie, drugi w drugiej. Można rzecz jasna przyznać oba jednemu kandydatowi, ale wtedy taki głos zerowy będzie tożsamy z nieważnym. Wariant drugi (freestylowy): Stawiamy dwa krzyżyki jak w wariancie pierwszym, ale można też tylko jeden w dowolnie wybranej kolumnie. Wariant trzeci (hardkorowy): Stawiamy TYLKO jeden krzyżyk w wybranej kolumnie. Wydawać by się mogło, że takie nowe procedury nie są za bardzo trudniejsze od klasycznej, powszechnie stosowanej. Czyli procent głosów nieważnych spowodowanych zbyt marnym rozgarnięciem wyborcy nie powinien za bardzo wzrosnąć. Niemniej jednak chyba ubędzie nieco głosów na partie semi, czy profaszystowskie /jak polski neokomunistyczny PiS/ lub (brunatno) lewackie /jak polska Konfa/, jako że właśnie wśród wyborców takich to ugrupowań jest największy procent matołów. Za to może się sporawo zwiększyć frekwencja, bo dla niejednego leniucha wyborczego radochą zaiste będzie postawić komuś minusa. Chyba najzabawniejsza sytuacja zapowiada się przy wariancie trzecim, gdy większość kandydatów zakończy na minusie. Co wtedy? Nic. Nowe wybory, co najmniej uzupełniające, nowi kandydaci, czyli nowe kampanie. Smutno nie będzie. Resztę spekulacji, czy fantazji zostawiamy Kawiarni, bo jakby nie było mamy bawić się wszyscy razem pospołem.
Jako dodatek, taki wbrew uwadze wstępnej, załóżmy, że w Polsce, tak mimo wszystko, odbędą się uczciwe wybory według którejś wymienionej procedury. Mocno to abstrakcyjne, ale gdy ktoś lubi za dużo myśleć, to lepiej chyba na luzie na tematy surrealne, niż za poważnie na jakieś tam zbyt poważne produkując sobie problemy tym sposobem. Tak? 😼
- Nie wiem, o co jest tyle wrzasku na temat kar cielesnych. Mnie tam ojciec lał, aż czasem dupsko puchło, jednak wyrosłem na porządnego człowieka. - Jednak? - Czepiasz się słówek. A może właśnie dzięki temu? - Nie zaprzeczę, że wbił ci przez to dupsko do głowy porządność jako priorytet. Ja tam mam wyjebane na tą całą porządność, bo mnie rodzice nigdy nie bili. Za to jestem zdrowy psychicznie. Choć nie wykluczam, że nie jest to skutek, tylko zbieg okoliczności. Ale na tym właśnie też polega zdrowie psychiczne, że nie wykluczam. - Eeee... Tego... - Czekaj no. Nie przerywaj. Ty lejesz swojego dzieciaka? - No pewnie. Jak zasłuży. - Tiaaa... Tłuc dziecko za to, że jest dzieckiem. Ciekawe. Czy ty naprawdę jesteś tego pewien, że jesteś porządnym człowiekiem? Tak tylko pytam, dla porządności, żeby nie było. - Masz jakieś wątpliwości? - Już nie. Bayo piękny, idę na piwo. Chcesz, to idź ze mną. Tylko mam plisa. Nie pierdol już mi kurwa żadnych czarnekowych głupot na tematy pedagogiczne. Od tego piwo kwaśnieje.
Czasem jest tak, że komentując na jakimś forum blogowym pojawia mi się pomysł na posta, na jakąś dłuższą wypowiedź na dany temat, na szersze rozwinięcie tegoż komentarza. Temat akurat jest na czasie, jako że ostatnio najnowszy projekt prawnej normalizacji traktowania kobiet przez państwo, chwilowo neokomunistyczne, znowu poszedł się huśtać. Mimo to warto było próbować, mimo zerowych szans na sukces, nie tym jednak chcę się akurat teraz zająć. Pojawiła mi się bowiem inna kwestia, taka jakby przy okazji. Już tłumaczę, tudzież objaśniam: Wiele kobiet, choć jak wiele, nie wiem, twierdzi, że temat przerywania ciąży to babska sprawa, zaś chłopom guzik do tego. Nie jest to prawda, bo choć to nie mężczyzna ma fizjologiczny problem ciąży, to jednak fakt jej zaistnienia jakoś tam jego dotyczy, jako współsprawcy. Może on rzecz jasna czmychnąć, co być może jest najprostsze, co poniektórzy nawet tak robią, nie zmienia to jednak faktu, że problem wcale nie znika. Więc chyba lepiej jest nie musieć czmychać, tylko jakoś to bardziej elegancko ogarnąć? Mężczyźni różnie reagują na wiadomość o ciąży kobiety, z którą akurat mieli byli cielesną okoliczność, bez wielkiego znaczenia jest przy tym, czy ta okoliczność była chwilowa, czy związkowa. Zdarza im się radość, zdarza się się też jakieś jej przeciwieństwo. Tych reakcji bywa całe spektrum, ale tego nie ma sensu wyliczać. Skupimy się teraz na tym, co taki koleś, jeden, czy drugi, sobie uważa, jakie ma zdanie na temat decyzji, czy kobieta ma tą ciążę donosić, aby finałowo zakończyła się dzieckiem, czy też pozbyć się kłopotu. Konkretnie zaś, kto ma decydować? Okazuje się, że na ten temat również panuje pewien rozrzut poglądów wśród panów, bowiem nie tworzą oni wcale tak homogenicznej grupy, jak twierdzą niektóre stereotypy. To zaś przenosi się na różne zdania, co do tego, jakie ma być prawo zwane "aborcyjnym". Nie jest też prawdą, jakoby spór na temat tego prawa toczyły strony "panie" versus "panowie". Takiej linii podziału wcale nie ma, jest za to, istnieje linia poprzeczna do tej fikcyjnej. Jej strony zaś krótko, choć opisowo można określić jako "panie i panowie przyjaźni kobietom" oraz "panie i panowie wrodzy kobietom". Być może najciekawsza, bo absurdalna jest część "panie wrogie kobietom", skupmy się jednak na panach. Skąd ta linia podziału, jakie właściwości ma jedna ich grupa, jakie ma druga? Jak to jest, że jedni panowie lubią i szanują panie, drudzy wprost przeciwnie, skąd to się bierze? Odpowiedź jest bardzo prosta, zaś realia blogowe każą ją jeszcze bardziej uprościć. Otóż panowie "za (aborcją)", czyli przyjaźni paniom, nie mają zbytnich problemów na ich punkcie, przynajmniej takich poważniejszych. Za to panowie "przeciw (aborcji)", czyli wrodzy owym paniom, to istna czeluść pełna po brzegi rozmaitych porąbań, przypadków zaiste psychiatrycznych dotyczących relacji damsko - męskich, nie tylko tych cielesnych bynajmniej, ale całej fury innych, na rozmaitym tle. Dlatego też panowie "za" traktują kobiety jak ludzi, jak partnerki na każdym poziomie, czy aspekcie, zaś dla panów "przeciw" płeć żeńska to rzeczy, androidy, czasem nawet po prostu szmaty. Inaczej nie chcą lub też nie umieją ich postrzegać. Nie zawsze jest to takie jasne, gdyż wielu znakomicie potrafi to maskować tworząc pozory kurtuazji, udawanego szacunku. W istocie zaś jest to taki sam szacunek, jaki się żywi do własnego auta, czy telefonu. To właściwie koniec wywodu, uprasza się jedynie Kawiarnię, aby darowała sobie uwagi na temat zbytniego uproszczenia, czy też uogólnienia sprawy. Tak po prostu miało być, it's only blog, nie żadna tam dysertacja naukowa. Tytułem zaś gagu finałowego przypomnę dyskusję na temat terminu "dupa", dość często używanego przez panów, ale przez panie również, bynajmniej niepejoratywnego, na określenie jakiejś kobiety. Nie jest tu moją intencją reaktywacja tej debaty, chcę tylko coś napomknąć. Otóż owo słowo, tak użyte, nieraz budzi czyjeś oburzenie. Pytanie zaś brzmi, kto to oburzenie najczęściej artykułuje? Nie, bynajmniej nie panie. Otóż najczęściej zgiełk podnoszą owi panowie "przeciw", którzy najmniej do pań mają szacunku. Książkowy, kliniczny przykład hipokryzji, o której wspomniałem wcześniej. I jeszcze coś, taki dodatek niekonieczny. Zdrowe, czyli wolnościowe poglądy społeczne na różne kwestie nie muszą oznaczać zdrowej psychiki w temacie kobiecym. Nie każdy człowiek, który jest "za Ziołem" jest "za aborcją". Bywa też odwrotnie, że ktoś przyjazny paniom jest marychofobem. Ale to już jest zupełnie osobny temat...
Choć telewizor bardziej służy naszym kotom jako punkt widokowy, niż mnie jako źródło bitów danych, to nie będę modnie szpanował kłamiąc, że wcale telewizji nie oglądam. To tak jak z popularnym narkotykiem - alkoholem: zasadniczo jestem niepijący, ale tylko zasadniczo, więc czasem zdarza mi się piwko strzelić, nawet dwa. Tak też jest z telewizją: czasem coś obejrzę. Ba, nawet na państwową kurwizję nieraz rzucę okiem, bo może zdarzyć się fajny film, który mam szansę zaliczyć cały, gdyż nie jest przerywany reklamami. Zdarza mi się tedy też odpalić kanał TVN, a że ostatnio wiele się mówi o tej stacji, więc jak wszyscy to wszyscy, wujek też. Gdy mowa jest o telewizji, to często przez pryzmat programów newsowych. Tu jakby prymat TVN nad państwową gadzinówką jest poza dyskusją. Co prawda można się spierać co do kwestii bezstronności, obiektywności, neutralnością przekazu, ile w nim jest manipulacji, ale porównywanie tegoż ze wspomnianą kurwizją jest jakimś nieporozumieniem, gdyż ta ostatnia głównie manipuluje. To jest tak, jakby porównywać beczkę wody z Morza Martwego pod kątem słoności z beczką kranówy do której wsypano nieco soli. Czy jest to jedna łyżeczka, czy nawet dziesięć, to nie ma to zupełnie znaczenia. Tedy szkoda tracić czas na ten temat. Można też zabawić się w naukową, ogólną analizę porównawczą różnych stacji telewizyjnych, co łatwe nie jest, bo inne są kryteria oceny telewizji państwowej, inne telewizji prywatnej. Ale tak, czy owak w sumie wszystko sprowadza się do gustów, o których się nie dyskutuje, poza tym realia blogowe wykluczają taką obszerną pracę. Tedy więc skupmy się tylko na jednym detalu, na jednym wątku działalności samej TVN, o którym mam zdanie krótkie: nie pomaga. Co więcej, nieraz nawet jest to szkodliwe. Już tłumaczę, już objaśniam, w czym rzecz: Seriale zwane "paradokumentalne" uprawia kilka stacji, tu jednak zajmę się tylko jednym emitowanym przez TVN pod zbiorczym tytułem "Ukryta prawda". Są to krótkie fabułki wspomagane komentarzem narratora oraz wypowiedziami samych bohaterów na temat sytuacji, tudzież własnych myśli, czy zachowań. Formuła jest dość pomysłowa, gorzej już jednak bywa z treścią, z samymi fabułkami. Tu jest różnie, czasem intryga bywa nawet ciekawa, czasem bezsensowna, radosna twórczość scenarzystów różnymi owocuje efektami. Za to bardzo często prezentowane są postawy oraz zachowania konserwatywne, w złym znaczeniu tego słowa, nieraz nawet wręcz burackie. Nie jest to jednak satyra na owo buractwo, nie jest to też nawet neutralny przekaz, można za to odnieść wrażenie, że autorzy traktują je jako właściwe, prawidłowe, że próbują widza wychowywać. Widziałem na przykład odcinki marihuanofobiczne albo powielające stereotypy na temat związków ludzi sporo różniących się wiekiem. Ale najgorsze są zawierające motyw pechowej, niechcianej ciąży, których jest dość wiele. To już jest skandal, istna propaganda ideologii anti - choice, która pasuje może do kurwizji, do jakiejś tam "Republiki", czy innego "Trwam", ale nie do stacji mającej wyższe ambicje. Schemat odcinka zwykle jest taki, że trafia się owa ciąża i jej usunięcie to najlepszy, wręcz jedyny sposób na odkręcenie nieszczęścia. Tak przynajmniej rozumuje normalny, przytomny człowiek. Ale w "Ukrytej prawdzie" nigdy do takiego rozwiązania nie dochodzi. Scenarzyści tak zawsze pokombinują akcją, że kobieta nie śmie pomyśleć na ten temat, zaś jeśli nawet pomyśli, to szybko ktoś jej ten pomysł wybija z głowy. Finał, "happy end" jest zwykle taki, że na końcu pojawia sie bobo, zaś mamuśka skacze wręcz z radości na ekranie. Nawet terminologia dotycząca ciąży jest poprawna politycznie, zgodna z jedyną słuszną linią partyjną, tudzież kościelną. Niektórzy czasem mawiają, że TVN to tuba propagandowa PO. Jeśli tak faktycznie jest, to nawet by się zgadzało, bo ta partia jest tak samo konserwatywna, antykobieca, jak neokomuna PiS. Można by zapytać what's da fuckin' problem? Człowiek na poziomie tych filmów albo nie ogląda, zaś jeśli ogląda, to ma do tego dystans. Jakby nie było, to tylko film, bajka, fikcja literacka. Pewien realny problem jednak jest. Ludzie na poziomie stanowią jedynie pewien niezbyt wielki procent społeczeństwa. Większość konsumentów telewizji, także stacji TVN, to zwykle buractwo, które takie produkcje bierze na poważnie. Gdy im ileś tam razy, metodą Goebbelsa powtórzyć między wierszami takie kłamstwo, jak "aborcja to zło", to zaczną to uznawać za swój własny pogląd. Pojęcia nie mam, czy stacja TVN zniknie z przestrzeni medialnej, czy nie, się jeszcze zobaczy. Jeśli tak, to zapewne będzie duża strata dla pluralizmu mediów plus dalsze konsekwencje polityczne. Jednak gdy ktoś zacznie po tej stracie płakać, to warto aby między chlipem i siorbem miał świadomość, że niedoszły nieboszczyk robi też złą społecznie robotę.
Posłuchajcie ludzie mojej opowieści Co ja wam tu gadam, w głowie się nie mieści Piętnastego roku, roku pamiętnego Ludzie pogłupieli, swój sprzedał swojego
Wróciła komuna, której tak nie chciano Pod nową postacią jej nie rozpoznano Za złotych pół tysia oddał wolność wszystkich Idiota polaczek, który brzuchem myśli
Lasy wytrzebiane, dzieci ogłupiane Kobiety kaprysem klechów zniewalane Zamiast świeckim państwo kościelnym się staje Kurwizyjne info kłamstwa zapodaje
Kroją dutki, kroją partyjni rzeźnicy
By wykroić więcej, co ich poprzednicy
Pod małego pieczą niewolników zgraja
Wozi dupę furą moherów katabas
Co ja wam tu gadam w głowie się nie mieści Zaraz będzie koniec mojej opowieści Nie dać się komunie, to nasze zadanie Niech Moc będzie z nami na przyszłe sprzątanie
Nie jest zbyt ważne, czy dwa miesiące to długo, czy krótko, jak na trwanie związku. Ważne jest tylko, że potrafili rozstać się z klasą. Komunikację, fundament udanego związku mieli jeszcze jako taką, ale bazowy filar, czyli kompatybilność mentalna w kwestii seksu, kulał mocno. Było jeszcze parę innych spraw, na przykład różnica zdań na temat prawa do usuwania ciąży. On był "pro-choice", ona "anti-choice", tego najgorszego sortu: "fanatyczka nawracająca". Tu komunikacja mocno szwankowała, gdyż dziewczyna nie umiała gadać po ludzku, znała tylko anti-choice'ową nowomowę. Ale skoro rozstali się w zgodzie, to zero problemu. Na tym jednak sprawa się nie zakończyła. Po paru tygodniach zadzwonił telefon: - Musimy porozmawiać. - Właśnie rozmawiamy. - To nie jest na telefon. Reaktywacja związku była raczej wykluczona, więc co się stało? Jadąc na spotkanie przeczuwał najgorsze i dobrze przeczuwał. - Co z tym robimy? - Jesteś kobietą, masz ostatnie słowo. - Skoro tak mówisz, to ja tego nie chcę. To mówiąc klepnęła się po brzuchu. Odetchnął z ulgą, bo miał to samo zdanie. Korciło go, żeby coś przyzłośliwić na temat zmiany poglądów, ale tylko korciło. Skoro byli zgodni na temat "czy?" pozostało zająć się pytaniem "jak?". Odpowiedź znaleźli, po czym ją zrealizowali. Nie było sporu na temat kosztów, ponieśli je mniej więcej po połowie. Gdy było już po zabiegu upewnił się, czy zniosła to dobrze, jakby nie było miała prawo się czuć nie najlepiej przez pierwsze dni, ale obawy były zbędne. To już właściwie koniec historii. Ale było jeszcze coś. Jako że poruszali się na podobnych orbitach, to siłą rzeczy ocierali się czasem o siebie. Okazało się tedy, że bohaterka tej opowieści zmądrzała. Wyleczyła się ze swojego fanatyzmu, wyleczyła się nawet ze swojego "anti-choice", zaczęła myśleć i gadać po ludzku.
Smród na temat ograniczania praw kobiet do decydowania o sobie, o swoim ciele zaczął być odczuwalny w Polsce na początku lat dziewięćdziesiątych, ale ludzie chorzy na "anti-choice" istnieli wcześniej. Już wtedy zaczęła się tworzyć swoista nowomowa na temat ciąży oraz jej przerywania. Można by rzec, że język to taka sprawa umowna, że to tylko kod porozumiewania się, ale de facto sprawa wygląda inaczej. Wiele elementów tego kodu bywa przez ludzi branych dosłownie, to zaś ma wpływ na ich myślenie. Tak działa właśnie propaganda, także ta "anti-choice'owa". Powoli, stopniowo wiele osób dawało sobie narzucać język dyskusji, po czym nagle cały kraj, jego składnik ludzki obudził się z ręką w nocniku, gdy uchwalono prawo zmieniające kobiety w przedmioty, maszynki do rodzenia dzieci. Czy naprawdę się obudził to jest zresztą mocno dyskusyjne, skoro to prawo przetrwało tyle czasu, co więcej robi się jeszcze gorsze. Cała sprawa jest rzecz jasna bardziej skomplikowana. Są na przykład ludzie, których ten temat w ogóle nie obchodzi. Mają pieniądze, więc gdy zdarzy im się pech to pozbędą się kłopotu od ręki. Większość jednak ich nie ma, to zaś powoduje, że problem istnieje. Nie będziemy teraz omawiać, jak sobie radzić w chwili obecnej. To jest bardzo ważne, ale ważne też jest, żeby to kiedyś odkręcić, doprowadzić prawo do standardów cywilizowanych, według których kobieta jest człowiekiem, podmiotem, wartym szacunku, tudzież prawa do wolnego wyboru. A zacząć trzeba właśnie od języka, od kodu wymiany informacji. Ideologia "anti-choice" to w sumie tylko jeden bazowy postulat, jakim jest pozbawienie kobiety prawa do wyboru decyzji co zrobić ze sobą, jeśli zdarzył się jej pech w postaci niechcianej ciąży. Jak wiadomo, ten pech może się przydarzyć zawsze, niezależnie od zabezpieczeń oraz techniki uprawiania realnego seksu hetero. Darujmy sobie jednak podawania konkretnych scenariuszy, jak do takiej ciąży może dojść, ten blog jest targetowany do ludzi inteligentnych, którzy potrafią sobie takie sytuacje wyobrazić. Retoryka nowomowy "anti-choice" stygmatyzuje taką pechową kobietę jako osobę nieodpowiedzialną i to jest pierwszy, bazowy fałsz do odkłamania. Tak przy okazji odkłammy też frazę "aborcja jako metoda antykoncepcji". Pomijając już sam brak logiki takiego sformułowania, to nigdy nie było tak, aby zabieg przerwania ciąży był marzeniem jakiejkolwiek kobiety. Wróćmy jednak do spraw bazowych. Nowomowa "anti-choice" przesuwa uwagę z kobiety na fikcyjne "dziecko". Fikcyjne, gdyż dziecko pojawia się dopiero w chwili porodu. Wcześniej jest tylko morula, zygota, zarodek, embrion lub płód. Podobnie jest ze słowami "matka" lub "ojciec". Dopóki kobieta jest w ciąży, to nie jest jeszcze matką, chyba że innego dziecka, już istniejącego. Sprawa prosta nie jest, gdyż jeśli kobieta jest w ciąży chcianej, to postrzega zawartość swojej macicy jako "dziecko", zaś siebie jako "matkę". Prawa do tej iluzji odmówić jej nie można, ale wręcz zbrodnią jest narzucać ją wszystkim kobietom w ciąży. Bo tak się akurat składa, że te, które sobie swego stanu nie życzą widzą to zupełnie inaczej i jest to tak samo dobre widzenie. Ale nowomowa sięga jeszcze głębiej manipulując słowem "życie" plus "zabijanie". Jest to dość mocne, bo faktycznie jakieś życie jest zabijane podczas zabiegu przerwania ciąży. Tak samo zresztą zabijamy różne życia myjąc się mydłem pod prysznicem lub wyjmując marchewkę z gleby, zanim roślina umrze naturalną koleją rzeczy. Jednak nadużyciem jest stosowanie tych słów do wszystkich takich sytuacji. Poza tym ta nowomowa jakoś zupełnie nie przejmuje się życiem kobiety, dobrostanem tego jej życia. No cóż, nie zawsze się zdarza, aby umarła kobieta zmuszona do donoszenia ciąży do chwili porodu, niemniej jednak życie tych, które przeżyły to doświadczenie nie raz staje się koszmarem. Cała ta manipulacja "życiem", "zabijaniem", tudzież "dzieckiem" służy tylko jednemu celowi. Rzecz w tym, aby medyczny zabieg przerwania ciąży był postrzegany jako coś "złego", aby wywołać poczucie winy u kogoś, kto myśli normalnie na ten temat. To były tylko wybrane przykłady nowomowy, szerzej można sobie poczytać ===TU===, teraz może tylko co nieco na temat "syndrom poaborcyjny". Jest to termin używany jak straszak na kobiety chcące przerwać ciążę oraz na wszystkich myślących prawidłowo. Jednak czy takie coś w ogóle istnieje mamy swoje zdanie odrębne. Dokładnie to jest tak, że organizm kobiety, która zaszła w ciążę przestawia się na pewien tryb funkcjonowania, zaś przerwanie ciąży jest zabiegiem nagłym, bez względu na techniczną stronę. Tak więc ciało ma prawo nieco "zgłupieć", trzeba mu nieco czasu na powrót do równowagi. Ergo kobieta może się wtedy czuć nie najlepiej, aczkolwiek niekoniecznie. Często uczucie ulgi, czasem wręcz euforia, napływ endorfin po pozbyciu się kłopotu działa jak analgetyk, który przebija ewentualne przykrości. To wszystko można podciągnąć pod nazwę "syndrom poaborcyjny". Jest jednak jeszcze coś. Otóż czasem się zdarza, że kobieta po zabiegu wkręca się w poczucie winy. Nie jest to jednak wynik zabiegu, tylko indoktrynacji przez otoczenie urobione mniej lub bardziej na "anti-choice", więc nazywanie tego "syndromem poaborcyjnym" jest nieuprawnione, niezgodne ze stanem faktycznym. Na koniec parę zdań, jak sobie radzić z fanatykami. No cóż, nie jest łatwe takiego wyleczyć, a takie przypadki spontanicznej terapii, jak opisany na początku posta zdarzają się dość rzadko. Pozostaje jedynie asertywność. Uprzedzamy taką osobę, że jeśli nie zacznie gadać jak człowiek, to kończymy dyskusję. Po czym ją faktycznie kończymy, gdyż takie osoby nie chcą dyskutować, chcą tylko wciskać nam swój anti-choice'wy kit. Wiele tym nie ugramy, ale mamy chociaż święty spokój.
Krótko, gdyż na temat małżeństw jednopłciowych mam niewiele przeważnie do powiedzenia, bo tak generalnie to na temat każdych małżeństw, także różnopłciowych mam niewiele do powiedzenia. Rejestracja związku, zwana krócej ślubem jest dla mnie jedynie dodatkiem do tegoż związku. Na pewno nie mam nic przeciwko tej instytucji, rozumiem też ludzi, dla których ta rejestracja może być jakoś tam ważna. Brak mi jedynie empatii dla takich, dla których jest to priorytet absolutny, ponad to, co de facto taką parę łączy. Bo jak się okazuje, takich ludzi jest nawet sporo. Natomiast co mnie może obchodzić ślub dwóch pań lub dwóch panów, skoro jako heteryka to mnie zupełnie nie dotyczy? Pominę już taką sprawę, jak to, co mnie może obchodzić jakakolwiek umowa obcych mi osób, skoro nie jest ona wymierzona swoimi skutkami we mnie? Natomiast można sobie wyobrazić taką sytuację, gdy dwie panie lub dwóch panów orientacji hetero /podkreślmy to koniecznie/, mieszkają ze sobą, przyjaźnią się, do tego zaś poza sobą nie mają żadnych innych bliskich osób. To może się zdarzyć, zwłaszcza, gdy osiągną już pewien wiek, nazwijmy to umownie "senioralny". Dlaczego nie mogliby zawrzeć umowy ze skutkami prawnymi takimi, jakie ma klasyczny ślub? Tak naprawdę, to podkreślenie ich orientacji hetero jest tu bez sensu, bo to tak naprawdę jest wyłącznie ich prywatną sprawą, jaki seks uprawiają, lub nie. Okay, można by rzec, że mogą sobie pójść do notariusza, by podpisać stosowny dokument, ale równie dobrze tak samo mogą postąpić pani plus pan zamiast iść do urzędu stanu cywilnego. Można jednak uprościć całą procedurę, rejestrację takich umów cedując na owe urzędy. Notariuszom to pracy nie ujmie, mają jej dość i bez tego. Tak jeszcze wracając do kwestii seksu, to leski i geje raczej do łóżek heterykom nie zaglądają, więc dlaczego niektórych hetero tak strasznie irytuje to, czego oglądać wcale nie muszą? Mnie na przykład bliskość cielesna między chłopami brzydzi, ale przecież nie muszę tego ani robić, ani oglądać, ani nawet myśleć na ten temat. Więc what da fuckin' problem? To jest coś, czego pojąć nie potrafię, ni wała nie umiem. Nie potrafię też pojąć takiego argumentu(?) ludzi przeciwnych wspomnianej rejestracji, jak slogan na temat "rozbijania" lub "niszczenia" rodziny, jako ewentualnego skutku tegoż. Być może to jest "metafora taka", zaś ja jestem za głupi, by ją pojąć, bo fizycznie, realnie to ja tego "niszczenia" nie widzę. Jaki wpływ może mieć ślub dwóch pań lub panów na losy innej rodziny? Żadnej rodziny nie można rozbić żadnym sposobem, to może zrobić tylko ona sama od wewnątrz. Można co najwyżej siłą takich ludzi odseparować od siebie, ale quo modo ma się to stać jako wynik podpisania przez jakieś dwie panie lub dwóch panów jakiegoś kwitu w urzędzie? Czyli wspomniany "argument" o rzekomym "niszczeniu" jest po prostu z dupy wzięty, nie ma co tego dalej omawiać, tracić na to czas. Okay, nagadałem się już aż za dużo, jak na moje "mieć niewiele do powiedzenia", pora na puentę. Jest ona taka, że w ewentualnym referendum jestem za prawem do ślubów, rejestracji związków jednopłciowych. Tylko na Zamolxesa, niech mi nikt nie pieprzy bzdur na temat "legalizacji", bo w polskim prawie żaden związek nie jest nielegalny. Nielegalny, przynajmniej teoretycznie jest tylko seks zbyt blisko spokrewnionych osób, ale to już jest zupełnie osobna sprawa, inny temat prawny. Aha... Jeszcze zostaje kwestia adopcji, ale teraz mi się nie chce tym zajmować. Nie wykluczam jednak, że to jakoś samo wypłynie podczas ewentualnej dyskusji na forum. Zwłaszcza, że ten temat też jest na temat.
- Ty, jak to jest z tą karmą? - Dla psów, czy dla kotów? - Nie, nie taką, nie o to chodzi. - To o co? - O taką karmę filozoficzną. - Możesz jaśniej? - Że niby jak coś zrobisz dobrze, to wraca do ciebie dobrze, a jak coś zrobisz źle, to wraca do ciebie źle. - Aha. A co ci tu nie pasuje? - Bo to było tak, że poszedłem na wybory. - Doszedłeś? - Doszedłem i zagłosowałem na PiS. - Żesz kurwa, z kim ja się zadaję!? - Że niby co? - Nic, nic, kontynuuj... - A wieczorem pod blokiem dostałem w dziób. - Jak to? - Jakieś łobuzy mnie napadły i jeszcze portfel zabrały. - Mocno? - Co mocno? - Czy mocno bili? - Chyba raczej tak. - No, to wszystko odbyło się prawidłowo. Jaki masz z tym problem? Narobiłeś gnoju, więc wyłapałeś łomot. Równowaga świata została zachowana. Reszta zależy od ciebie: albo zmądrzejesz, albo nie.
- Nieprawda mamo! To tęcza! Widzę tęczę! Tęczę widzę!
- Chodźmy już kochanie.
- Mamo, a dlaczego ta tęcza jest taka brzydka?
===
No właśnie. Dlaczego?
Dlaczego jest tak dziwnie?
Dlaczego ta tęcza jest taka brzydka, jeśli może być ładna?:
Tymczasem w Domu Pod Brzydką Tęczą:
- Panie prezesie narodowy nasz...
- Co tam?
- Można wiedzieć, co pan prezes tak nuci?
- Ja nie nucę. Ja pracuję.
- Można wiedzieć nad czym?
- Nad projektem nowego hymnu państwowego.
- Bajko ty mojaż! Prezes zna koreański!?
- Znam koreański lepiej, niż niejeden kierowca tira.
- Wow! Bo pan prezes narodowy nasz wszystko zna lepiej.
===
Ale nie twórzmy zagadnienia.
Najważniejszy jest LUZ.
Nie siejmy paniki, nie siejmy nienawiści. Siejmy KONOPIE.
Jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie.
JOŁ...😀
===
Suplement: Ile kolorów ma tęcza?
Nawet brzydka tęcza żeby być tęczą musi mieć ileś tam kolorów. Moc zbioru kolorów tęczy analogowej wynosi continuum, ale moc zbioru barw tęczy digitalnej jest liczbą co najwyżej przeliczalną. Standardowo, czysto umownie zresztą, jest ona równa siedem, ale niekoniecznie. Na przykład tęcza wrogów narodu, których celem jest rozbijanie rodziny i seksualizacja dzieci ma tychże kolorów sześć. Inne tęcze mogą mieć ich jeszcze mniej. Jeden też? Nie, jeden nie. Bo jeden kolor to jest kolor, a nie kolory. Dwa kolory również nie wystarczają, bo ten pierwszy się nie liczył. Dopiero gdy tęcza ma trzy kolory, wtedy jest już tęczą.
- Kto ty jesteś? - Polak mały. - Jaki znak twój? - Możemy to jakoś skrócić? - No problem. Powiedz tylko w co wierzysz? - ............ - Ej, dokąd idziesz? Odpowiedz na pytanie! - Spierdalaj... = = = dla leniwych i mniej doinformowanych: ===TU=== &&& to już dodatek taki:
OSOBY: Interesantka Urzędnik MIEJSCE AKCJI: Bardzo Ważny Urząd CZAS AKCJI: Oby nigdy taki nie nadszedł AKT PIERWSZY (i ostatni), SCENA PIERWSZA (i jedyna) - Dzień dobry! - Szęśbożaryjadziewica. - Widzi pan, zaistniała taka sytuacja... - Dowód poproszę. - I tu jest kultura. Byłam wczoraj na rozmowie o pracę. Niech pan sobie wyobrazi, nikt nie spytał o dowód, ani żadne dane, tylko od razu żebym majtki zdjęła i do roboty. Klaps, kamera, zero gadania. Ale zapłacili, co do grosza, jak było ustalone. Tylko dupsko piecze, ale mam przyjść pojutrze, to do tego czasu przejdzie. - Ja akurat proszę o dowód, a nie o majtki. - Proszę, proszę... - Wie pani, RODO obowiązuje, nie mogę pytać o nazwisko wprost. - Rozumiem. - Pani Malwina Paździoch - Brzdęc, tak? - Akurat Piździoch, ale wszyscy się mylą, więc co mi tam. - No tak, faktycznie Piździoch. Ciekawe nazwisko. - Pańskie też ciekawe, jak widzę na plakietce. Sraczka. - Nie Sraczka, tylko Sraczke. Sekretarz magister Sraczke. - To rzeczywiście istotna różnica. Ale też rzadkie nazwisko. - W czym mogę pani pomóc? - Chodzi o pieniądze. - Zawsze chodzi o jakieś pieniądze. Ale przecież zapłacili? - Nie te pieniądze. Jakby mi o nich chodziło, to bym do pana nie przychodziła. Do nikogo zresztą bym nie poszła. Nawet mój kumpel Wołodia z Charkowa by mi nie pomógł, bo za krótki jest na nich. Jednej znajomej nie zapłacili. Bo ponoć za sztuczna była. Pogonili w cholerę, powiedzieli, żeby się cieszyła, że miała frajdę za darmo. Nie powiem, jeden to był taki, że sama bym z nim za darmo. - Pani Malwino, może jednak przejdźmy do rzeczy. - Rzecz jest taka, że wisicie mi pincetki plus za pół roku. - Wniosek był składany? - Był, zaraz jak się córka urodziła. Prosto ze szpitala pobiegłam złożyć papiery, moja mama zajęła się małą, a po złożeniu... - Po złożeniu nic jeszcze pani nie dostała? Tak? - Dokładnie. - Jak ma na imię córka? Bo nazwisko rozumiem to samo? - Doda. - Co doda? - Imię takie. - Nie ma takiego imienia. - Jak to nie ma? Skoro tak dałam córce na imię, to jest. - Tak, tylko to akurat imię jest zakazane. Zakazane jest zresztą wiele innych imion. Wszystkie słowiańskie, wszystkie zagraniczne, w szczególności zaś arabskie. Legalne są tylko polskie narodowe. Ale zaraz, mówi pani, że urodziła pani pół roku temu, to ta Doda jeszcze się liczy, ale zostało pani pół roku na zmianę. Bo jak nie, to dziecko przechodzi pod opiekę państwa, a pani dostanie zakaz zbliżania się do niego. - Nożesz kurwa, od kiedy tak jest? - To może ja zapytam, gdzie pani była przez pół roku? - W Budziku. - Gdzie? - Szpital takiej fundacji. - Kiedy pani tam trafiła? - Gdy wyszłam z urzędu po złożeniu wniosku. Doszłam do siebie tydzień temu, powiedzieli mi wtedy, że samochód mnie potrącił. - Słyszałem o tej fundacji. Większość już jest nielegalna, ale ta akurat jest w fazie wygaszania, aż wybudzą ostatniego pacjenta. - No dobrze, a schroniska dla zwierząt? - Te zamknięto od ręki. A zwierzaki pojechały do Chin. - Nie gadaj pan, naprawdę tak się porobiło? - Pani Malwino, dużo dobrych zmian pani przespała. - Tylko niech pan mi nie mówi, że do Unii to już... - Do jakiej Unii? Teraz jest Polska Katolicka Wolna Narodowa. - Pe-Ka-Wu-eN. Właśnie widzę. A raczej nie widzę godła na ścianie. - Jak to nie widzi pani? - Krzyż widzę tylko, ot co. - Teraz właśnie jest prawdziwe godło, a nie jakieś tam słowiańskie ptaszysko. Zresztą co ja opowiadam, żadnych Słowian nigdy nie było. To są ostatnie wyniki badań zgodne z polityką historyczną. - To co było? - Małpoludy, które nawet mówić nie umiały. Dopiero gdy przybyli ludzie z Dobrą Nowiną i ochrzcili dzikusów, stał się cud. Pierwsze słowa jakie padły na tej ziemi brzmiały "Ojcze Nasz". Radziłbym pani poczytać nieco gazet i czasopism, posłuchać radia, telewizji, szybko pani nadrobi zaległości. - Media kłamią! - Już nie. Wszystkie są teraz polskie, narodowe. Nie będzie już więcej Soros narodu tumanił. Nie ma zresztą komu głosić swoich łgarstw. Totalna Targowica już nie istnieje. - A kto to jest? - No właśnie nie istnieje. Przechodzi wstępne przygotowania do procedury przebaczania. Przebaczenie jest konieczne, rzecz jasna po przyznaniu się do winy i wymierzeniu odpowiedniej kary. - Jakbym to gdzieś już kiedyś słyszała. - Teraz może pani poczytać. Proszę, to dla pani, tu są wszystkie myśli naszego wodza. Do lektur obowiązkowych należy też Krótki Kurs Historii PiS. To akurat dostanie pani za darmo w hallu. Warto było oszczędzić tą resztę Puszczy Białowieskiej, teraz okazała się jak znalazł na druk treści narodowych. - To Puszczy też już nie ma? - Kwestia Puszczy doczekała się ostatecznego rozwiązania. - No dobrze, a raczej niedobrze, ale czy możemy wrócić do tematu? - No tak, mała Doda. Świadectwo chrztu poproszę. - Słucham? - Czy ja mówię niewyraźnie? - Nie, tylko że ja jestem niewierząca. Nie chrzciłam córki. - Pani mama tego nie zrobiła, tak per procura? - No wie pan? Też jest niechrzczona. Jesteśmy porządną rodziną. - Bo jak nie było chrztu, to tak jakby dziecka nie było. - Teraz to już pan chyba żartuje. Rejestrowali na położniczym. - Jestem poważny do bólu. A co na to wszystko ojciec? - Mój? - Nie. Ojciec Dody. - Ojciec Dody... Nie ma pan innego pomysłu na pytanie? - Ojej. To mamy klops. Samotna matka to nie rodzina. - Ale dziecko jest. - Też nie ma. Zresztą nielegalne dzieci nas nie obchodzą. - Czy to znaczy, że niemężate mogą już usuwać ciąże? - No wie pani? Przecież to mord na dziecku nienarodzonym. - Chyba zdecydowanie chce mi się do Tworek. - Szklankę wody? Proszę bardzo. - Dziękuję. To co ze mną będzie? Co z moją córką? - Niech pani sobie wyobrazi, pani Malwino, że jest sposób. - Zamieniam się w słuch. - Mam znajomego proboszcza. On ochrzci Dodę, ale najpierw musi panią. Tylko niech jej pani najpierw zmieni to nieszczęsne imię, przynajmniej do papierów. Ale najpierw udzieli wam ślubu. - Mnie z córką? - No nieee... Znajdziemy słupa, który będzie pani mężem. Potem wystąpi pani znów o pięćset plus, bo tamto już przepadło. Co prawda nie będzie wyrównania za ostatnie pół roku, ale teraz się płaci też za okres ciąży. Co prawda nie pełną taryfą, ale tylko trzysta, bo taki jest budżet, ale na to już nic nie poradzimy. Aha. Jeszcze co łaska dla proboszcza będzie się należeć, zapłaci pani po otrzymaniu świadczenia. - Ile tej cołaski? - Trzysta razy dziewięć przez trzy... Tysiąc. - A pan co będzie z tego miał? - Widzi pani ten klucz w drzwiach wejściowych? - Widzę. - Proszę tam podejść i go przekręcić. A wtedy pogadamy o tej pani ostatniej pracy, o której pani wspominała. Pogadamy i nie tylko. - Czyli w urzędzie też się zdejmuje majtki aby dostać pieniądze. KURRRTYNA!!! Pani Malwina może to i owo przespała, bo taki był scenariusz sztuki, ale nam przyjścia Wiosny przespać nie wypada. Tego wydarzenia żadna podła zmiana swoją polityką historyczną nie zmieni, nawet podlejsza od podleja. Choćby się zesrała w samo centrum galotów z tego wszystkiego. Tak? Nie zepsuje nam humorów taka oto wiadomość: ===TU===. Gdy przyjdzie stosowna pora - odkręcimy i przebaczymy. Powtórzmy za małym: Przebaczenie jest potrzebne, ale po przyznaniu się do winy i wymierzeniu odpowiedniej kary. Rośnijcie w siłę i bawcie się dobrze.
Najmniej w tym wszystkim interesują mnie stereotypy na temat feminizmu, choć trudno też o nich wcale nie wspomnieć. Ale to może nieco później, tak po drodze. Na razie może spróbujmy zdefiniować sam feminizm. Co to jest? Zapewne jest to ideologia, skoro zawiera jakieś, takie lub inne postulaty. Ale nie tylko, to by było mocne zawężenie tematu, gdyby się tylko do nich ograniczyć. To także cała otoczka poglądów, postaw, zachowań, które niekoniecznie muszą coś centralnie postulować. Tak najogólniej, do tego obiektywnie, tudzież neutralnie feminizm można zdefiniować jako ruch, którego celem jest, aby kobietom było lepiej, niż jest. To wszystko, cały rdzeń tematu. Po takim stwierdzeniu na forum publicznym wszyscy powinni się rozejść do domów. Tak jednak być nie może, bo jak to tak? To ma być koniec? Tedy zwykle po chwili ciszy rozbrzmiewa istny zgiełk dyskusji, bo naga małpa to takie bydlę, które musi się nagadać do bólu, zaś jeszcze chętniej pokłócić, naukowo zaś mówiąc: uruchomić myślenie dyskursywne nawet nad najprostszą rzeczą, by zrobić problem bez względu na to, czy ten problem jest, czy go nie ma. Okay, ale nie zajmujemy się jednak teraz naturą ludzką, tylko feminizmem, więc wróćmy do tematu. Faktycznie bowiem tak sformułowana definicja może generować różne pytania, na przykład natury filozoficznej. Bazowe zaś brzmi "czy kobietom jest źle?". Ponieważ obiektywnego zła (tudzież dobra) nie ma, można to pytanie rozumieć jako "czy jest im gorzej, niż mężczyznom?". No cóż, cały feminizm bazuje na konstatacji, że "tak", że jest im gorzej, bo inaczej wcale by nie powstał. Na niej zaś opiera się postulat, aby tak zrobić, co by było im lepiej, a czasem nawet jeszcze lepiej, być może nawet jeszcze lepiej, niż mężczyznom. Co prawda to ostatnie niezbyt często, ale jednak się zdarza. Generalnie jednak celem ma być równowaga przydziału "dobrości" pomiędzy płcie, tudzież przy okazji pewnemu drobnemu marginesu populacji, którego płeć nie jest do końca jasna. To się zwykle nazywa "równouprawnienie", skrótowo zaś "równość". Niezbyt fortunny zresztą jest ten skrót. Do tematu "równość" jeszcze wrócimy, teraz jednak pora zwrócić uwagę na punkt, w którym feminizm okazuje się nie być jednorodnym, tylko rozjeżdża się na całe mnóstwo kierunków, nurtów, potoków, tudzież strumyczków. Jest to całkiem naturalne, gdyż nikt się przecież nie rozerwie, by zajmować się wszystkim, więc tworzą się różniste priorytety, hierarchie ważności terenów, na których ów feminizm ma się realizować. To mogą być kwestie czysto materialne, dotyczące na przykład rynku pracy, czy też traktowania kobiet w przeróżnych innych sferach życia, tak na poziomie publicznym, jak też czysto prywatnym. Długo by tu wymieniać, gdyż rozmaitość panuje nader rozmaita. Śmiało można uznać, upierając się przy tym stanowczo, iż jest to prawda, że każda feministka tworzy swój feminizm, swoją wersję. Stop, wróć! Dlaczego zaraz "feministka"? "Ona", znaczy się. Tu pora jest wspomnieć o pierwszym stereotypie, który polega na tym, że feminizm to domena kobiet jedynie. Co ciekawe, współtworzą go także same feministki, nie wszystkie rzecz jasna, tym samym strzelając sobie w stopy. Akurat jest to kompletna bzdura, gdyż jest całe mnóstwo mężczyzn, którzy także chcą, by kobietom było lepiej, czyli feministów. Wróćmy jednak do owym odmian feminizmu. Różnorodność ich wynika też z faktu, że może być on rozmaicie realizowany. To może być jakaś działalność zawodowa lub też aktywizm społeczny, bardziej lub mniej sformalizowany. Ale może to być także feminizm "common", codzienny, przejawiający się na poziomie prozaicznych przyziemnych czynności. Co więcej, feminizm nie musi się redukować tylko do kwestii samych kobiet, lecz może, czy nawet być może powinien holistycznie patrzeć na sprawy tego świata. Tak więc są jego odmiany, które zajmują się na przykład kwestiami ekologicznymi albo traktowaniem ludzi, którzy mają odmienne od większości gusta seksualne. Tu rzecz jasna można sobie zadać pytanie, co ma feminizm do problemu gejów, który tak wielu ludzi sobie tworzy? Bo leski jako obiekt uwagi to jeszcze można zrozumieć, to też kobiety, ale co "pedały" tu robią? Albo kwestia niszczenia Natury przez nagie małpy, gdzie tu łącznik jakikolwiek? Takich pytań można postawić wiele, wiele też może być nań odpowiedzi, ale to wszystko razem pokazuje, jak szalenie złożonym tematem jest ten cały feminizm. Choć ta praca nie ma ambicji bycia jakimś tam "complete", to nie sposób pominąć w niej kwestii praw reprodukcyjnych. Mniej lotnym wyjaśniam, że chodzi o aborcję. Choć w łonie samego feminizmu jest mnóstwo różnic zdań, sporów, kłótni wręcz na takie, czy inne tematy, to tu raczej można śmiało mówić o pewnym consensusie, wspólnocie poglądów. Odbieranie kobietom prawa do usuwania ciąży jest czymś zaiste paskudnym, tu sporu zero, zaś jedyny jaki może zaistnieć, to czy ktoś, kto godzi się na narzucanie sobie politycznie poprawnej narracji "anti-choice", tudzież na wszelkie zgniłe kompromisy prawne godzien jest używania etykietki "feminist(k)a", identyfikowania się z samym ruchem? Mam swoje zdanie na ten temat, ale pozwolę sobie go nie artykułować pozostawiając pytanie otwartym... Feminizm, taki czy inny, niekiedy zajmuje się seksem. Nic dziwnego, gdyż obok michy należy on do grona spraw zasadniczych. Tu mamy też przykład tego, że feminizm to nie tylko zachowania, ale także same postawy, które bywają bardzo zróżnicowane. De facto jest to wynik bardziej ogólnego zjawiska, iż są one zróżnicowane na poziomie ogółu populacji ludzkiej. Są ludzie mający niskie libido, wręcz aseksualni, są też ludzie obdarzeni jego nadmiarem. Są ludzie, którzy tworzą sobie z seksu problem, są mocno zblokowani w tej materii, istnieją też wyluzowani, można by rzec zdrowsi psychicznie, którzy go nie tworzą. Temat to dość złożony, gdyż seks to nie tylko seks /cokolwiek by to słowo miało znaczyć/, ale cała sfera zachowań, postaw oraz relacji międzyludzkich, które się tak lub owak o ten seks ocierają. Tedy nie będziemy się tym zajmować, ograniczmy się tylko do spostrzeżenia, że na obszarze feminizmu istnieją wręcz całe nurty, które wręcz antagonizują ze sobą odmiennie patrząc na całą sprawę. Warto jednak nieco wspomnieć o kolejnym stereotypie mówiącym o rzekomej oziębłości feministek. Tu akurat można się dopatrzyć pewnego ziarnka prawdy, gdyż istotnie co poniektóre paniusie plotą czasem coś na temat "traktowania kobiet przedmiotowo", jeśli ktoś spojrzy przychylnie na ich powierzchowność, co więcej, robią one wiele, by nie być "sexy". Nie jest to jednak cecha feminizmu, lecz cecha osobnicza. Bo są także feministki nie mające takich problemów ze sobą, które za naturalny przyjmują fakt, iż jeśli ktoś chce im cieleśnie okazać sympatię z uwagi na ich urodę, to tylko punkt dla nich, mają z czego być dumne. Pora na wspomnianą wcześniej "równość". Tak naprawdę jest to tylko skrót myślowy od "równouprawnienie", niestety słówko się palnęło kiedyś tam komuś i do tej pory sam feminizm ma z nim problem. Jak pamiętam, to polewka z tego słówka miała miejsce już za czasów poprzedniej komuny, dociec zaś nie sposób, kto pierwszy go użył. Myślę jednak po prostu, że to było tak, jak z gadaniem do mało rozgarniętej gawiedzi, która przyszła na jakąś prelekcję z góry nastawiona na "nie" mając kieszenie pełne zgniłych pomidorów i zamiast słuchać, by się czegoś dowiedzieć czeka na moment, aż prelegent powie jakieś zdanie, bodajże jedno słowo, które może posłużyć jako pretekst, by gościa udupić. Ostatni temat to tak zwane "feminazistki". To słowo zgapiłem kiedyś od jakiegoś nader niefajnego ptysia, który sam bidulek do końca nie wiedział, kogo ono ma określać. Czy feministki, czy kobiety przynajmniej jako tako używające mózgu, czy może (jako ewidentny mizogin) wszystkie kobiety? Tego naprawdę nie wiadomo, ale mamy tu na boku zaiste ciekawy problem natury psychiatryczno - filozoficznej, gdyż miał on rozpoznane zaburzenia urojeniowe, zaś takie ptysie żyją w swoich światach równoległych, które zaludniają tylko im znane postacie, zapewne też takie, które nazywają "kobietami". Ale jakby nie było, samo słowo fajnie brzmi, nieźle pasuje do pewnej drobnej grupy kobiet, które przejechały się na takim, czy innym kolesiu, potem zaś ich ambicją jest to odreagować dowalając wszystkim mężczyznom jak leci podłączając się pod feminizm. Okay, ale nie w tym problem, że są feminazistki, bo skoro są, to są. Problem jest we łbach, które ich działania pojmują jako "feminizm". Nie można jednak wykluczyć, że wśród feminazistek są jakieś feministki, ale to jest osobna sprawa. Więcej innych stereotypów nie będzie już omawianych, bo to miał być post traktujący centralnie /choć z grubsza/ o feminizmie, a nie o "feminizmie urojonym" krytykowanym przez większość krytyków, która tak naprawdę nic nie krytykuje, tylko pobekuje zgodnie ze stadem.
Słowa "lewak" i "lewactwo" znane są już od dawna, zaś ostatnio słyszy się je lub czyta wręcz nagminnie. Wiele osób nieraz pyta, co one tak naprawdę znaczą, tedy nadszedł czas, by ostatecznie to wyjaśnić. Zwłaszcza, że jakoś tak niedawno zarzucono mi odwracanie znaczeń, gdy użyłem byłem ich na określenie polskich narodowców, nazioli, faszystów wszelakich. Bo jakby nie było, to przecież oni tropią i tępią lewactwo. Tu warto dodać, że to ich "lewactwo", w ich rozumieniu, jeśli jakieś rozumienie mają, jest wrogiem urojonym. Co więcej, dla większości z nich każdy jest lewakiem, kto nie kaszle równo i sztywno, zgodnie z nimi. Zacznijmy może od początku. Kiedyś słowo "lewak" oznaczało radykalnego, skrajnego komunistę, zaś jako że komunizm uznano za ideologię lewicową, lewak jest jeszcze bardziej na lewo. Za owo lewactwo można tedy uznać to, co wyznają wyznawcy konfabulacji Mao, czy Pol Pota na tenże przykład. Takich lewaków już nie ma poza bastionem zwanym "Korea Północna", choć niewykluczone, że jakieś absolutnie jednostkowe przypadki można spotkać gdzieś indziej. Ale czy na pewno? Wątpliwości powstają, gdy zdamy sobie sprawę, iż lewactwo to nie są konkretne poglądy, lecz mentalność. Dodajmy, że mentalność niewolnika, do tego jeszcze takiego, który wolności nie zna, zaś na samo brzmienie słowa "wolność" ma problem ze zwieraczami, które to generują mu problem higieny bielizny osobistej. Choć bywają też przypadki, że ów niewolnik używa tegoż słowa nader często, próbując wmówić sobie, tudzież innym, że na wolności zna się lepiej od najlepieja. Spróbujmy wyliczyć choćby kilka składowych elementów tejże mentalności. Przede wszystkim to brak umiejętności posługiwania się mózgiem, który zna tylko tryb zero-jedynkowy, zwany też "czarno-białym". Dalej wysoki poziom lęku, który to przejawia się co najmniej sporą niechęcią i agresją do wszystkiego, co inne. Do tego mamy stadny konformizm oraz uległość wobec autorytetów moralnych, czy też życiowych. Pewien brak kontroli nad emocjami, choć bywają też osobniki ich pozbawione. Skłonność do fanatyzmu, ale nie zawsze, bo lewak potrafi czasem zmienić ideologię na inną, jeśli dostanie lepsze warunki, by gnębić innych. Wspomniany zaś już lęk nie przeczy zdolności do sporadycznych aktów heroizmu. Zwłaszcza wtedy, gdy jest okazja pobić małą, śniadoskórą dziewczynkę, zaś towarzysze wspierają ów "heroiczny" czyn. Dość. Może wystarczy tego profilu psychologicznego typowego lewaka. Takich ludzi jest sporo, ale gdy dołożymy sympatie dla zamordystycznych systemów społecznych, to dziwnym trafem jakowymś pasuje to idealnie do narodowców, zwanych popularnie "naziolami" lub też "faszystami" oraz fundamentalnych konserwatystów. Czy są jeszcze jakieś wątpliwości? Jak wcześniej uzgodniliśmy, "czerwonych" lewaków już /raczej/ nie ma, są to więc lewacy urojeni. Teraz za to realnie są lewacy "brunatni" i faktu ich istnienia zaprzeczyć nie sposób. Zaiste zabawnie wtedy brzmią owi lewacy, którzy szastają słowem "lewactwo" na lewo i prawo, niepomni tego, że siedzą w samym środku tegoż centralnie.