Pokazywanie postów oznaczonych etykietą narkotyki_i_marihuana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą narkotyki_i_marihuana. Pokaż wszystkie posty

20 maja 2025

EPSILON - LICZBA NIEZWYKLE NIEDUŻA

To się nie mogło zdarzyć! A jednak się zdarzyło, fizyka kwantowa oraz teoria magii realnej uczą nas, że zdarzyć się może wszystko. Jest tylko kwestia prawdopodobieństwa takiego zdarzenia, które faktycznie czasem może być bardzo, ale to bardzo niewielkie. Na przykład wylana woda sama wlewa się nazad do szklanki. Albo to, co przydarzyło się Kaśce.
Może jednak po kolei. Jak wiemy, Kaśka wychowała się na dzielni, która nie miała zbyt najlepszej opinii, słusznie zresztą, ale to było kiedyś. Piękna wiedźma jednak od zawsze, także wtedy czuła się tam bezpiecznie. Od dziecka lubiła się tłuc, stopniowo zaś umiała to robić coraz lepiej. Już jako nastolatka była dobrze znana jako Wojowniczka Ulicy. Nie tłukła jednak nikogo dla zabawy, tylko wtedy, gdy była taka konieczność. Albo wtedy, gdy ktoś przy niej opowiedział kawał o blondynkach. Tu przypomnijmy, że sama jest czarnowłosa, blondynką jest jej najlepsza psiapsia, Malina. Taka lojalność między dupeczkami też się podobno nie zdarza, ale to już temat na inną dyskusję. Generalnie jednak, jeśli ktoś nie był złolem, to nie miał powodów, aby się Kaśki bać. Bo też między aktami skarcenia takiego, czy też innego typa była ona osobą niezmiernie przyjazną, tudzież życzliwą dla otoczenia. Doskonałość bojową tej perfekcyjnej maszyny do bicia, czy nawet zabijania apgrejdował za to fakt, że była wiedźmą. Od niedawna zresztą, od chwili, gdy bratowa Maliny, Anita odkryła, że ma ona ziarnko mocy. Co prawda Kaśka wcześniej nie wierzyła, że realna magia istnieje, przekonała ją do tego dopiero Malina, która już nieco wcześniej zaczęła pobierać nauki czarowania, szczególnie od Rudej Roxy, najlepszej psiapsi Nity, wiemy dlaczego właśnie od niej. Kaśka zresztą nigdy nie używała czarów do walki, za to dość chętnie je stosowała przy swej pracy rehabilitując byłych połamańców. Ale zostawmy to teraz, może przy innej okazji. Otóż od kilku lat istniała na Kaśki dzielni taka sytuacja, że sama dzielnia zaczęła się cywilizować. Wojowniczka Ulicy nie miała już za bardzo komu spuścić pedagogicznego łomotu. Tak więc skoro już przed laty nikt przy zdrowych zmysłach nie poważyłby się na nią napaść, to obecnie tym bardziej. To się w głowie nie mieści, że coś takiego mogłoby mieć miejsce. Ale fizyka kwantowa oraz magia też mało komu się mieści. Jednak Maczeta nie byłaby Wojowniczką Ulicy pełną pupcią, gdyby traciła czujność, ustawiczną gotowość na takie wydarzenie. Więc nie straciła jej, gdy niemożliwe stało się nagle zaistniałym. Tego dnia wybrała się do jakiejś znajomej na babskie ploty. Blisko było, więc krótki spacerek mógł jej tylko wyjść na zdrowie. Sceneria była ponura, bo choć obyczaje na dzielni się zmieniały, to jej zabudowie szło to już zdecydowanie oporniej. Takie okoliczności przyrody aż się proszą, aby jakiś złol się pojawił. Wyskoczył z najbliższej bramy, był młodym mężczyzną, choć już nie małolatem, po czym demonstrując pazurki ogrodnicze chwycił kobietę za rękę. 
- Niunia, wyskakuj z...
Nie zdążył jednak więcej wyartykułować, bo reakcja Kaśki była błyskawiczna. Sytuacja była na tyle dynamiczna, że nie sposób jej opisać, tylko kot by zauważył moment, jak napastnik bije Kaśkę własną twarzą w jej kolano. Potem typ znieruchomiał klęcząc na chodniku, trzymając się za ową twarz, zaś jego druga ręka tkwiła zakleszczona przez wiedźmę techniką dźwigni na nadgarstek. Za to twarz, dokładniej zaś piękna buzia Maczety przez chwilę wyraziła najwyższe zdumienie, potem pewną dozę rozbawienia, zaś zmysłowe usta syknęły, również zmysłowo, tylko inaczej:
- Nawet kurwa nie próbuj drgnąć!
Nie próbował. Za to Kaśka zakontynuowała:
- Albo jesteś bezgranicznie głupi po same jajca, albo ekstremalnie artystycznie pojebany, albo po prostu nie jesteś stąd. Suponuję, że wszystko na raz. Dobrze oszacowałam sytuację świerszczyku mój?
Mężczyzna wreszcie się odetkał:
- Od niedawna tu mieszkam.
- To widać, a resztę niech ci nowi sąsiedzi wytłumaczą.
Kaśka puściła jedną ręką dłoń typa, co zresztą wcale nie zmieniało jego sytuacji, potarła nosek, po czym westchnęła:
- Chyba się starzeję, próchno mi się zaczyna z dupy sypać. Jeszcze niedawno nie miałbyś już tej ręki, za to teraz mi się na pogaduchy zbiera z jakimś bałwanem.
Nasza bohaterka liczyła co prawda nieco ponad ćwierćwiecze, ale podobno wszyscy się starzejemy od chwili urodzenia, gdy stajemy się dziećmi, od pierwszej sekundy tego dzieciństwa.
- No, dobrze, nie przedłużajmy tego. Zrobimy tak, że coś ci dam. Bynajmniej nie dupy, tudzież nie kopa w dupę. Chociaż to drugie ci się akurat należy. Świerszczyku mój. Ledwo tu zamieszkałeś i już zaczynasz rozrabiać. Tylko, że tu już się nie rozrabia,  taka nowa świecka tradycja nastała.
Zachichotała nagle, niczym Malina i sięgnęła do kieszeni kurtki.
- Tu masz napisane, gdzie się jutro pojawisz. Poćwiczymy razem, pogadamy sobie, może coś się da zrobić, żeby cię odgłupić.
Drugą dłonią spowodowała, że mężczyzna szybko wstał do pionu, pochyliła się w jego kierunku, po czym pociągnęła nosem:
- Narkotyki? Fe! Nie pij tego gówna, to otępia. Pal lepiej Zioło, byle odpowiedzialnie, bo to akurat rozwija. Tylko na ulicy go nie kupuj. Uliczne zielsko to syf.
Kaśka wręczyła byłemu już napastnikowi kartonik wizytówki.
- Naucz się na pamięć i podaj dalej. Uwaga, puszczam.
Puściła. Typ stał z mocno zmieszaną minę, ona zaś odwróciła się na pięcie i ruszyła tam, gdzie szła przed chwilą. Idąc rzuciła tylko jeszcze na koniec:
- Pytaj w recepcji o panią Katarzynę. Świerszczyku mój.
Znowu zachichotała. Zaś jakby na potwierdzenie jej słów zza rogu domu wyszedł starszy pan, który na widok wiedźmy uchylił daszka czapki, skinął głową i rzekł:
- Dzień dobry pani Kasiu.
- A, dzień dobry panie Remigiuszu. Jak plecy?
- Bajkowo. Ma pani złote ręce. Brelantowe.
- Miłego dnia, proszę małżonkę pozdrowić.
- Miłego, dziękować.
Typ obserwujący tą scenę rzucił okiem na wizytówkę Oktagonu, schował ją do kieszeni, po czym ruszył przed siebie, w sobie tylko wiadomym kierunku... Zapomniał jednak pazurków ogrodniczych, które zostały leżące na chodniku pod ścianą kamienicy, dając asumpt do rozważań, jakie jest prawdopodobieństwo znalezienia takiego sprzętu na ulicy. Bo to, że jest to możliwe już wiemy.

22 października 2024

Narkopodwyżka - nieco refleksji

Było trochę zabawnie, gdy kilku polityków, także dwóch dość istotnych dostało histerii co do tematu alkotubek. Sprawa ponoć jeszcze się nie skończyła, bo teraz reżim chce brać się za lody, czekoladki, czy inne jakieś tam cukierki, produkty kompletnie bez znaczenia, jeśli chodzi o podaż najbardziej popularnego narkotyku, czyli alkoholu. Tak naprawdę, to jest to czysta fanfaronada, pokazanie jak bardzo reżim chroni dzieciaki, bazująca na ludzkim lęku, czyli strachu przed fikcyjnym zagrożeniem.
Ale oprócz tego dzieją się też ruchy poważniejsze, czyli zapowiedź podwyżki cen tegoż. Tak to jest odbierane. Bo to, jaką drogą do niej dojdzie, czy ustaleniem ceny minimalnej za gram substancji czynnej, czy podwyżki akcyzy to jest już kwestia czysto techniczna, dla ewentualnego nabywcy kompletnie nieistotna. Puenta jest prosta: ma być drożej.
Tu reżim jest akurat porażająco szczery. Nie plecie bzdur na temat redukcji szkód wywołanych nadużyciem alkoholu, czy innych narkotyków, bo samej idei redukcji szkód kompletnie nie pojmuje, tylko przyznaje, że celem jest urealnienie cen, które jak wiadomo nie są do końca wolnorynkowe. Gdyby chciano tak realnie, na poważnie ograniczyć zjawisko owego nadużywania, to zalegalizowano by marihuanę, ale to jest za trudne dla decydentów, których większość to marychofobi, realni lub na takich pozujący. Za to zwykli ludzie, jak widać za mało doznają przykrości na skutek tego zjawiska, aby połączyć przysłowiowe kropki i wymóc taką zmianę. Jednak kwestia owych marychofobów, użytecznych idiotów działających dla alkolobby to jest już temat na inną, osobną dyskusję. Można z nimi pogadać jeśli są otwarci na wiedzę, ale zwykle to są zakute łby, na nich nie warto tracić czasu. Skupmy się więc raczej na spodziewanych skutkach zapowiedzianej podwyżki. Jakież one mogą być jeśli do niej dojdzie?
Trudno cokolwiek odpowiedzieć nie znając konkretniejszych liczb, ale skoro ma być "urealnienie", to stopa  procentowa owej podwyżki powinna być mniej więcej zbliżona do stopy inflacji. Tak więc od strony takiej czysto ekonomicznej nic wielkiego nie powinno się dziać. Państwo, które jak wiemy, ma gdzieś tak zwaną "trzeźwość narodu", tylko bardziej dba o interesy dilerów alkoholu nie może zbyt ostro podnieść akcyzy, gdyż tym samym zadziała wbrew nim, więc także sobie.
Ale na kim zarabiają owe połączone siły? Podzielmy sobie ludzi pod kątem sposobu, tudzież ilości spożycia na pewne grupy. Zaznaczmy jednak na wstępie, że ów podział jest przybliżony, granice między tymi zbiorami nie do końca ostre, zaś ich nazwy umowne, na potrzeby tego tekstu:
"Alkoholicy". Czyli ludzie cierpiący na chorobę alkoholową, uzależnieni od omawianego narkotyku. Kupują go regularnie, chyba że czasem zdobywają inaczej, przerywają używanie jedynie przy krytycznych okazjach, albo gdy podejmą mniej lub bardziej udane próby leczenia.
"Pijacy". Osoby pijące dużo, jak to się naukowo określa: ryzykownie lub problemowo. Co do regularności, to bywa rozmaicie. Nie są uzależnione, choć wiele jest na dobrej drodze do tego. Ich ilość jest szacowana na nieco większą, niż pierwszej grupy, zaś łączną sumę wydawaną przez nich na alkohol można uznać za podobną lub nawet nieco większą.
"Umiarkowani". Grupa największa, najliczniejsza, choćby ze względu na bardzo szeroki stopień owego umiarkowania, na bardzo duży rozrzut częstotliwości używania. Jak prawie każdy użytkownik piją dla tripu, jednak nie przekraczają granic owego tripu na tyle, aby móc to nazwać nadużyciem. Do tej grupy można też zaliczyć pijących "tylko dla smaku", ale trzeba pamiętać, że przeważająca ich część nie deklaruje prawdy na swój temat. Nie ma więc sensu ich jakoś detalicznie oddzielać. Ludzie trzeciej grupy nie kupują zbyt dużo towaru, jak na jednostkę, choć być może swoją licznością nadrabiają to, jednak Intuicja podpowiada, że łączna suma wydawana przez nią na alkohol jest mniejsza, niż przez pierwszą lub drugą.
"Abstynenci". Tacy, którzy nie piją wcale lub tak mało i tak sporadycznie, że jest to całkowicie pomijalne. To zaś oznacza, że suma, którą ta grupa wydaje na alkohol jest zerowa lub bardzo bliska tego zera. Co więcej, nieraz dostaje ona po dupie. Dokładnie tak, bo ludzie tej pierwszej lub drugiej grupy niekoniecznie piją za swoje.
To wszystko teraz trzeba policzyć, nie ma za bardzo do tego chętnych, ale wychodzi, tak na czuja, na to, że alkodil najwięcej trafia na dwóch pierwszych grupach. Na czwartej wcale nie trafia, zaś ta trzecia jest do dyskusji.
Ale...
Nie jest koniecznym zbyt strasznie rozumować, żeby dojść do wniosku, iż na krótki dystans alkodilerom, tudzież państwu zależy na ludziach pierwszej oraz drugiej grupy. Zrozumienie tych pierwszych jest banalne, kłopot zaczyna się przy tych drugich. Jest bowiem tak, że spożycie omawianego narkotyku przez ludzi pierwszej, tudzież drugiej grupy przeważnie generuje jakieś szkody. To zaś powoduje pewne koszty. Część tych kosztów pokrywają rodziny, czy też jacyś inni bliscy userów alkoholu. Być może jakiś drobny promil biorą na klaty nawet sami userzy. Ale drugą część pokrywa państwo, zarządca kraju. Jakie szkody można wykonać skutkiem nadużycia tak ukochanego przez społeczeństwo narkotyku? Nagie małpy potrafią sporo nawet na trzeźwo, niektóre nawet po Zielu, po którym żadnych szkód raczej nie ma, którego zresztą nikt przytomny, nie będący marychofobem nie zaliczy do narkotyków sensu stricto. Ale za to pojawia się dość ciekawe pytanie. To, że dilerzy (producenci, sprzedawcy) alkoholu mają gdzieś szkody wywołane nadużyciem tego narkotyku jest sprawą jasną, klarowną. Za to nie jest do końca jasne, czy wpływy będące skutkiem podatku akcyzowego na pewno pokrywają koszty naprawiania owych szkód? Innymi słowy, czy ludzie mniej pijący, konsumujący mniejszą ilość narkotyku finansują, tak po części zabawę tych więcej pijących? 
Pytanie do przemyślenia, zaś jako tło muzyczne proponujemy znowu piątkę Laleczek, od których jakoś nie potrafimy, czy też nie chcemy się odkochać. Akurat kawałek zagrają godny, znany, wręcz kultowy, jak świetnie to wiedzą maniacy prawdziwej, dużej muzyki.
Jeszcze bonus dla maniaków samych Laleczek:

15 sierpnia 2023

CIASTECZKA /zagadkowe połączenie/

Tej niedzieli Karyna przyszła bez cateringu. Zoja i Zula dały jej swego czasu propozycję nie do odrzucenia, że co drugą wizytę one będą pichcić, bo im głupio tak żreć wciąż kolacje na rachunek koleżanki. Oczywiście kłamały, bo Zoja już po pierwszym swoim kensho wyleczyła się z tej choroby, zaś Zula od urodzenia była zdrowa, nigdy jej głupio nie było. Powód ich decyzji był inny, zwykła dbałość o równowagę świata, ale uznały, że to dla Karyny może nie być wystarczający argument. Tak więc tego dnia była ich kolej. Gdy Karyna weszła do pokoju, Zoja akurat wyszła z kuchni mówiąc:
- Za pół godziny będzie gotowe.
- Co będzie gotowe?
- Jedzenie.
- A konkretnie?
- Konkretnie będzie gotowe. 
- To na razie o coś zapytam, mogę?
- Byle nie o to, co ma być gotowe.
- Tak, pojęłam, żeby o to nie pytać.
- Bo ty w ogóle pojętna dupa jesteś.
To zdanie pochodziło od Zuli, która do tej pory siedziała cicho skupiona na malowaniu paznokci stóp.
- Pytanie mam o praktykę zen, takie techniczne.
- Technicznie to chyba wszystko wiesz od dawna?
To już powiedziała Zoja, bo Zula powróciła do stanu bycia cicho i skupiła się na ostatnim paznokciu, na małym palcu prawej stopy.
- Tak, ale taki jeden drobiazg uszedł mojej uwadze.
- No?
- Czy można łączyć praktykę zen z Maryśką?
- Z kim?
- Z taką do palenia, Mary Jane.
- Karynko kocham cię!
To wyznanie wyartykułowała Zula, która oto właśnie skończyła była malować paznokcie stóp i zaczynała kontemplację wyników swojej pracy. Nie zaczęła jednak zdecydowanie, tylko spojrzała na Karynę radośnie i wyjaśniła:
- Przypomniałaś mi, że coś mam. Niedawno spotkałam Anitę, tą czarownicę, wiecie, a ona dała mi właśnie małe co nieco systemu Mary Jane. Niedawno zbiory miała, podobno bardzo udane.
Mówiąc to Zula sięgnęła do torebki i wyciągnęła z niej małe pudełeczko, które po otwarciu ujawniło zawartość polegającą na kilku jointach.
- Się panie częstują.
- Na razie nie, odpowiem najpierw Karynie.
- Ja też najpierw wysłucham.
- Josh, to ty odpowiadaj, ty słuchaj, a ja sobie zajaram.
Po chwili Zulę otoczył kłąb aromatycznego dymu, ona zaś przystąpiła do kontemplacji swoich pomalowanych paznokci stóp. Nie trwało to jednak zbyt długo, bo już po chwili zaciągnęła się po raz drugi, resztę zaś przygasiwszy uprzednio starannie zostawiła na talerzyku stojącym obok na stole. Po czym wstała, spojrzała na pozostałe kobiety i spytała:
- Co się tak gapicie? Zojka, miałaś coś zrobić.
Nie czekając na jej reakcję Zula podeszła do ściany pokoju i usiadła na poduszce twarzą do tejże ściany. Za to Zoja spojrzała na Karynę, ciepło się do niej uśmiechnęła i zaczęła perorę:
- Pytasz o zazen i marychę, tak? Chyba wszystkie mądre wujki od zen twierdzą, że narkotyki mocno kłócą się z zazen. Co prawda Maryśka nie jest narkotykiem, a jeśli nawet uprzemy się ją tak nazywać, bo 
jednak nieznacznie percepcję modyfikuje, to nie takiego kalibru narkotykiem, jak alkohol, opium, czy koka. Tymczasem siedząc zen próbujemy postrzegać świat takim, jaki on jest, unikając wszystkich czynników, które mogą nam to postrzeganie zmieniać. Ale z drugiej strony zazen to ćwiczenie obecności w każdych warunkach, bo nigdy nie jest tak, że nic nam tej percepcji nie próbuje zaburzyć. Różnica między narkotykami i marihuaną jest też taka, że po tych pierwszych szalenie trudno jest być obecną, wręcz niemożliwe, za to po Zielu jest to wykonalne, tylko nieco trudniejsze, niż bez niego. Moje prywatne zdanie jest takie, że przez pierwsze lata praktyki zen lepiej jest nie utrudniać sobie tej obecności. Ale po dłuższym okresie, na bardziej zaawansowanym poziomie, to przestaje mieć znaczenie, można sobie już pozwolić na różne eksperymenty. Ale ja na przykład nie robię zazen po zajaraniu i nie jaram przed zazen, bo jeśli już zapalę, to tylko dla czystego funu, jak każdy zdrowy psychicznie człowiek. Za to moja kochana psychopatyczna Zuleczka... Sama widzisz jakie miewa czasem pomysły.
Mówiąc to Zoja wskazała dłonią na siedzącą pod ścianą Zulę, po czym spojrzawszy na Karynę dodała:
- Co prawda unikam mówienia uczniom, co mają robić, czego nie robić, tobie jednak podpowiem, że na razie nie łącz zielska z praktyką zen. 
- A kiedy będę mogła?
- Sama odkryjesz ten moment, to będzie wtedy, gdy to pytanie przestanie cię gnębić, kiedy przestanie ci zależeć na poznaniu odpowiedzi. Dobrze mówię, Zuleczko skarbie, cipko najdroższa?
- No pewnie, moja Zojka zawsze mówi dobrze.
Mówiąc to Zula zaczęła kiwać się na boki, po czym powoli wstała i poszła do kuchni. Gdy przekraczała jej próg, zaterkotał czasomierz przy piekarniku. Karyna westchnęła z podziwem:
- Ma babeczka tajming bez zarzutu.
Zoja skomentowała to słowami:
- Kolejny skutek uboczny praktyki zen. A ty Karynko odkryłaś już jakieś skutki uboczne u siebie? Tak dla ciekawości zapytam.
- No pewnie. Orgazmy mi się wybitnie polepszyły.
- To chyba już raczej zasługa twojego Zenka? 
- Zgoda, Zenek jest super, ale jak sama się bawię ze sobą gdy go nie ma pod ręką, to też mi nieźle idzie.
- No, dziadówy! Koniec pierdolenia o pierdoleniu!
Tak zakończyła ich dialog Zula, przy okazji wnosząc do pokoju półmisek pełen czegoś konkretnego do jedzenia.

18 maja 2023

Nocna prohibicja

Czytam sobie /na ten przykład ==TU==/ na temat zakazu nocnego dilu i tak na mój, więcej czujący, niż myślący (ale za to, jeśli już, to prawidłowo) rozumek, to sobie myślę tak:
Przede wszystkim bazowe jest pytanie, co ma być celem zakazu nocnej sprzedaży, po co on ma być? Jeśli ktoś tego nie wie, to niech nie zawraca tyłka, tylko idzie sobie do domu. Czy celem ma być ograniczenie spożycia, czyli żeby ludzie mniej pili? To można już od razu sobie darować. Na to PRAWNEGO sposobu nie ma. To znaczy jest, mianowicie legalizacja Zioła, ale teraz mamy na myśli prawo dotyczące tylko samego alkoholu. Ta legalizacja zresztą da efekty dopiero po iluś tam latach, ale ten temat jednak sobie teraz odpuśćmy. Dla licznych (jeszcze jakiś czas) marychofobów jest wciąż za trudny, poza horyzontem pojmowania.
To może tak ograniczenie przemocy domowej? Też mrzonka. Ta sprawa ma się nijak do tego, czy taki damski bokser może sobie kupić towar po nocy, czy nie. Można sobie pogadać na temat samej przemocy, ale zakazem tej nocnej sprzedaży na pewno jej nie zahamujemy. To ma związek z nadużywaniem jako takim, co już omówiliśmy szkicowo wcześniej.
Pora wymyślić jakiś inny cel. Jest taki, owszem, do tego jedyny, jaki można osiągnąć taką nocną prohibicją. Ale może po kolei. Otóż jest sobie takie powiedzenie "kupić o jedną flaszkę za mało". Dotyczy to tych sytuacji, gdy ktoś zwykł pijać ryzykownie lub niektórych imprez, tych rzecz jasna, na których nie używa się Zioła. Po prostu nagle okazuje się "kurwa, zabrakło". Jak zabrakło, to trzeba iść dokupić, tak? Więc idzie taki niedopity lub cała ekipa do punktu nocnego. Kupują, wracają, ćpają dalej. Ale chwilunia, to nie zawsze tak wygląda, bo coś przegapiliśmy. Bo to nieraz nie jest tylko taki sobie zwykły spacerek do sklepu. Przy okazji potrafi się zadziać sporo różnych nie zawsze ciekawych rzeczy. Żeby nie rozwijać detali zwykło się to popularnie nazywać "rozrabianiem", które przeważnie, statystycznie rzecz biorąc, po prostu szkodzi. Pół biedy, gdy tylko samym rozrabiaczom, ale często też ludziom postronnym, którzy problemów nie szukają, dorzućmy też do kompletu jakieś tam mienie, całkiem już niewinne.
Na tym się zatrzymajmy i zróbmy eksperyment myślowy, symulację taką, że nocna sprzedaż nie działa. Co się wtedy dzieje? Nic. No, prawie nic, ale na pewno mniej. Ucinają się te pielgrzymki do placówek dilerskich, redukuje się więc ilość sytuacji, okoliczności sprzyjających wspomnianemu rozrabianiu. Mówiąc metaforycznie: nie ma pożarów, bo nie ma gdzie iskrzyć. Proste. Czy jest to cel wart omawianego zakazu? Na to Kawiarnia niech odpowie sobie sama. Ale jak podaje (przykładowo) katowicka policja oraz straż miejska, to działa, vide artykuł.
Czy stracą na tym dilerzy? Czy spadną im przychody, obroty? Nie. Jak już wspomniano nieco wcześniej, ten konkretny przepis ilości spożycia nie zmieni, czyli nie zmieni się sprzedaż. Co najwyżej jej dzienny rytm, co nie ma żadnego znaczenia. Zainteresowani większą wypitką nauczą się kupować na planowaną sesję więcej.
Albo... No, właśnie.
Tu może pojawić się kłopot: wyprawy do miejsc, miast lub gmin, gdzie zakaz nie obowiązuje. To może się przełożyć na zwiększenie obrotów taksówek, ale obarczonych też ryzykiem, bo taki taryfiarz zamiast zarobić może dopłacić do czyszczenia auta lub nawet dostać po ryju. Tak więc tym nie ma co się przejmować, ale kłopot może pojawić się gdzieś indziej pod postacią wypraw własnym autem. Jako, że wtedy zwykle po spożyciu lub pod wpływem, to dalej chyba tej myśli kończyć nie trzeba. Czyli wychodzi na to, że ta cała nocna prohibicja ma sens tylko wtedy, gdy obowiązuje wszędzie, wprowadzona prawem państwowym, nie tylko lokalnym, samorządowym. Kwestia godzin, od której do której, to już jest detal. Ważne, żeby wszędzie było tak samo.
No, i może na razie tyle. Uwagi? Wolne wnioski?

13 listopada 2022

Alkoholowa zagadka fałszywego wstydu

Stary Vincent miał opinię poczciwego wujka i nader wspaniałego gawędziarza, pod warunkiem, że nie przekroczył swojego limitu wypitego wina, bo wtedy jego gawędy stawały się mało czytelne. Tego dnia jednak jeszcze nie osiągnął tej fazy, referował swoje przygody nader składnie, zaś w pewnym to momencie, tytułem dygresji dokonał krótkiej autoprezentacji:
- Je ne suis pas alcoolique. Je suis un degustateur.
Słuchacze, ci którzy go znali lepiej, sypnęli gromkim śmiechem. Stary Vincent śmiał się także. On już etap zaprzeczania własnej chorobie miał za sobą. Nie każdy dringol ma taki wgląd. Niektórzy do końca życia potrafią nie przyjmować tego do wiadomości, więc taką dygresję wypowiadaliby jak najbardziej na poważnie.

Zostawmy ten temat, skupmy się na świecie ludzi przynajmniej teoretycznie zdrowszych. Jakby nie było, narkotyki przyjmują nie tylko ogólnie rozumiani narkomani, czyli ludzie uzależnieni lub też rokujący, aby być może nimi zostać. Dotyczy to też alkoholu, być może nawet szczególnie, środka powszechnie dostępnego, tudzież bardzo popularnego. Takich zwykłych używaczy jest przeważająca większość, nie ma żadnych podstaw, aby ich zaliczać nawet do grupy pijących ryzykownie. Ale wśród nich również można spotkać przypadki syndromu zaprzeczania, który wtedy wygląda tak:
- Alkohol piję TYYYLKO dla smaku.
Często też towarzyszy temu nadęcie, swoisty ton wyższości wobec tych ludzi, co to "nie tylko dla smaku".
Rzecz jasna jest to pewien skrót myślowy, bo raczej nikła jest ilość ludzi, którym by smakowała sama substancja czynna, tu raczej tematem są trunki, produkty wszelakie tą substancję zawierające. Ale to akurat jest detal, bez wielkiego znaczenia, kwestia sformułowania. Niektóre takie ptysie faktycznie mówią prawdę. Dość łatwo ich poznać po samej ilości trunku wypijanego podczas jednej sesji. Jest to ilość niewielka, większa zresztą nie ma sensu, bo nawet taka ilość na tyle znieczula receptory smakowe, że druga porcja smakuje już inaczej. Wiedzą to dobrze kiperzy, zawodowi degustatorzy, którzy stosują różne zabiegi, aby po jednej spróbowanej mini porcji przygotować te receptory do następnej. Większość smakoszy, tych realnych, nie mając tej wiedzy kieruje się raczej intuicją.
Ale reszta, przeważająca zresztą, mija się z prawdą, choć trudno orzec, kiedy to robi nieświadomie, kiedy po prostu kłamie. Granica między iluzją i świadomie tworzoną wizją bywa nieraz dość nieostra, rozmyta. Tedy więc nie jest tak łatwo znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego to robią? Dlaczego to takie trudne przyznać, czasem nawet przed samą/ym sobą, że oprócz smaku powodem są narkotyczne własności alkoholu? Całe mnóstwo ludzi lubi przecież, jeśli coś ich zakręci, coś im zmieni stan umysłu. Do tego wcale nie chcą się upić, stracić kontroli nad sobą. Mimo to jednak boją się, że tak oto właśnie zostaną odebrani, jako co najmniej pijacy, kompletnie nieodpowiedzialni oraz destrukcyjni. Zaprawdę biedny musi być ktoś, kto przejmuje się opinią otoczenia jak leci, bez selekcji tych, których zdanie na swój temat warto brać pod uwagę. Ale to już jest kwestia wykraczająca poza temat narkotyków.
Wracając zaś do alkoholu, na bazie wspomnianej obawy, czy nawet lęku rośnie bańka obłudy wokół tego dragu. Sytuacja jest zaiste paradoksalnie schizofreniczna, bo jak wspomniano już na wstępie, jest to narkotyk najbardziej znany, najpopularniejszy, najbardziej oswojony, najwięcej zbadany naukowo, tudzież potraktowany artystycznie. Więc wszystko powinno być jasne. Jednak nie jest. Mimo tego całego przepracowania tematu większość ludzi nie potrafi spojrzeć na alkohol w sposób zdystansowany, tudzież wypośrodkowany. Co prawda niewiele jest optyk skrajnych: "albo abstynencja, albo alkoholizm, tertium non datur", niemniej jednak funkcjonuje schemat zero-jedynkowy: albo bagatelizacja używania, albo dopatrywanie się używania co najmniej ryzykownego. Być może jest tak, że "smakosze", czyli ta wyżej opisana grupa nie umie się uplasować w tym schemacie właśnie dlatego, że nie widzi centrum? Zaprzeczyć używaniu nie może, nie ma też podstaw aby się uznać za pijących (co najmniej) ryzykownie, więc aby jakoś to ogarnąć mentalnie zaczyna fałszować rzeczywistość tezą, że "TYYYLKO dla smaku". Z wielkim przekonaniem nieraz.
Temat można uznać za niewyjaśniony do końca, więc na koniec pytanie do Kawiarni, czy może ktoś ma inny pomysł na tą "zagadkę fałszywego wstydu"? Tak sobie to roboczo, kontrolnie nazwijmy.

06 września 2022

Psychodeliki - zdecydowanie szkicowo

Narkotyków, zabawek zmieniających umysł jest na świecie wiele, najpopularniejszy, najbardziej powszechny to rzecz jasna alkohol, ale wśród wszelkich tego typu ogłupiaczy jest grupa substancyj, która to na miano "ogłupiaczy" raczej nie zasługuje. Ta grupa to psychodeliki, dzielona zresztą jeszcze na mniejsze subgrupy, ale to już zostawmy. Chyba każdy coś tam słyszał na temat LSD, choć zapewne niewiele osób wie coś o LSA, naturalnym analogu, który zawiera powój hawajski. Medialnie znane są grzybki wszelakie, które do znalezienia są także w Polsce, znane były już starożytnym Słowianom. Peyotl to kolejny znany temat, brał go ponoć Witkacy, którego niektóre prace inspirowane są kaktusowym tripem. Tu wyjaśnijmy od razu, że nie malował "pod wpływem", to akurat jest słabo wykonywalne. Ostatnio dość sporo jest słychać na temat produktu zwanego "ayahuasca", który to powstaje po zmieszaniu dwóch roślinnych substratów. Kilka lat temu dostępna była szałwia wieszcza, ale polscy prawodawcy, którym zależy na tym, aby narkomania w tym kraju kwitła, szczególnie alkoholowa, wciągnęli ją na indeks prohibitów. Warta uwagi jest też ibogaina, gdyż twierdzi się, jakoby była pomocna przy leczeniu uzależnień, szczególnie od opiatów. Nie jest to jednak takie do końca jasne, wszystko jest na etapie eksperymentów. Pełną, tak z grubsza listę tych "jadów" zna Ciotka Wiki, tu tylko wspomnimy jeszcze pewną ciekawostkę, jaką jest gałka muszkatołowa. Aczkolwiek nie jest zbyt proste jej użyć po zakupie w sklepie spożywczym, efekty zaś bywają rozmaite. Powyższe zabawki są pochodzenia roślinnego, może poza LSD, które raczej bywa syntetyczne, ale znane są też produkowane przez niektóre zwierzęta (inne, niż człowiek), na przykład ropuchy. Rzecz jasna jest też cała gama syntetyków.
Psychodeliki zwane są czasem halucynogenami, jednak jest to dość błędne, gdyż tylko co poniektóre wywołują owe halucynacje. Przeważnie efektem są zmiany percepcji otaczającego świata, na tyle specyficzne, sporo odmienne od zmian powodowanych przez "zwykłe" narkotyki, takie jak alkohol, opiaty, czy koka, że jest to warte osobnej szufladki. Jak one działają? Nie ma prostej, krótkiej odpowiedzi na to pytanie. Każda substancyja działa inaczej, zaś eksperyment na sobie również jej nie da, gdyż wiele zależy tu od samej osoby, jej umysłu. Ktoś może zobaczyć inne kolory, ktoś nie dostrzeże tych zmian, ale za to ujrzy zmiany kształtów znanych mu rzeczy, ktoś jeszcze inny zobaczy dźwięki lub usłyszy światełka. Te ostatnie efekty, zwane synestezją, czasem niektórym mogą się trafić. Oprócz zmian postrzegania dużo się też dzieje wewnątrz umysłu osoby, która przyswoiła dany produkt. Ale czasem też niewiele się dzieje, gdyż istnieją osoby stosunkowo odporne na mniejsze dawki dragu. Stąd też bierze się lęk przed tymi dragami, który zwykle przekłada się na prawo ich dotyczące, przeważnie głupie, tworzone przez dyletantów. Co prawda istnieje potrzeba kontroli psychodelików, już dawni szamani ją stosowali, udzielali ich tylko przy pewnych okolicznościach oraz osobom, które uznali za dojrzałe do takiej jazdy. Niemniej jednak obecna kontrola, jej wykonanie przez wiele reżimów jawi się jako absurdalna, wręcz idiotyczna. Ale tak, czy owak psychodeliki nie są dla idiotów, zaś decydując się na odlot trzeba przestrzegać pewnych bazowych reguł. Pierwszą ilustruje taki dialog:
- Chciałabym spróbować kwasa /czyli LSD/, ale się boję.
- Dopóki się boisz trzymaj dupę od kwasa z daleka.

Druga to zalecenie, aby ktoś jeszcze był przy tym. Co prawda po zażyciu bardzo rzadko się zdarza, aby ktoś stracił wgląd, czy też kontrolę nad sobą, niemniej jednak bywają takie akcje. Poza tym nawet największy odważniak może się dość mocno wystraszyć przebiegu wypadków, więc taka osoba towarzysząca jest wtedy łącznikiem ze światem bardziej realnym. Jej obecność sprawia, że jest po prostu bezpieczniej. Czyli reasumując samemu lepiej nie próbować, chyba że ma się już pewne doświadczenie za sobą, ale to też raczej nie na pewno.
Trzecia reguła to odpowiedni czas i miejsce. Na pewno bez sensu jest poddać się tripu gdy jest się zmęczonym, ma się kiepski nastrój, czy też ma się jakieś poważniejsze problemy życiowe. Choć psychodeliki są badane pod kątem ich zastosowania do leczenia niektórych dysfunkcji, to generalnie NIE SĄ antidotum na kiepską sytuację, tak na zewnątrz, jak też wewnątrz umysłu. Taka próba zwykle kończy się nieciekawie. Co prawda rzadko zgonem, czy chorobą psychiczną, ale miłe przeżycie to nie jest na pewno.
Na temat dobrego źródła produktu nie warto nic wspominać, bo ukrytym założeniem posta jest pewien poziom odbiorców.
Słowo "narkotyki" często u co poniektórych wywołuje skojarzenie z dysfunkcją zwaną "uzależnienie", która czasem dotyka ludzi nadużywających owych narkotyków. W przypadku psychodelików jest to nader marne skojarzenie. Szalenie trudno jest się od nich uzależnić ze względu na specyfikę ich działania. Aby do tego doszło, trzeba coś brać dość często i regularnie. Tymczasem gdy się weźmie (przykładowo) kwasa, to gdy się to powtórzy po zbyt krótkim czasie, ten kwas po prostu nie zadziała. Tak to jakoś jest, ma to swoje biochemiczne, czy neurologiczne wyjaśnienie, ale tu nie ma sensu tego rozwijać. To wszystko jednak oznacza, że nie ma motywacji, aby brać coś za często, za gęsto, bo nie jest to żadną atrakcją. Poza tym taki trip, choćby najwspanialszy, jest na tyle męczący, że ochota na kolejny przychodzi dopiero po jakimś czasie. Niezłym przykładem są amatorzy grzybków "krasnali". Po jesiennych zbiorach wykonują kilka sesji, imprez z udziałem tychże grzybków, nawet bardzo udanych, ale potem jakoś im się tego odechciewa, nieraz oddają innym resztki swoich zapasów. Można sobie wyobrazić uparciucha, taki eksperyment myślowy, który bierze coś tam codziennie. Otóż zanim się uzależni, to wcześniej prozaicznie zwariuje, zachoruje psychicznie.
Puenta? Podsumowanie? Trudno jest o takowe po tak pobieżnym, skąpym informacyjnie szkicu. Na temat tego, że psychodeliki nie są dla wszystkich już wspomniano. Natomiast użyte przez osobę odpowiedzialną i znającą siebie, mogą być rozwijającą zabawką. Złe jest tylko to, że prawo różnych krajów nieodpowiedzialnie je traktuje utrudniając lepsze ich poznanie.
Na koniec dwa słowa na temat Świętego Zioła, które niektórzy zaliczają do psychodelików. Już sam koncept, aby nazywać je "narkotykiem" jawi się jako idiotyczny, bo działa na umysł tak subtelnie, że można się zgodzić jedynie na "semi-narkotyk", tak kompromisowo, dla świętego spokoju. Natomiast prawdą jest, że niektórym czasem mogą się zdarzyć jakieś psychodeliczne jazdy, jednak są one równie subtelne, dość mało zauważalne, tak jak całe działanie Zioła zresztą.
To by było na razie wszystko w temacie. Być może pojawi się jakiś komentarz, że powyższy post promuuuje psychodeliki. Komisja Moderacyjna nie będzie takiego bzdeta kasować, opatrzy go jedynie info zwrotnym "jesteś idiot(k)ą". Jak ktoś chce, sam się prosi o obciach, to niech go sobie ma.

12 czerwca 2022

"Odkłamywanie marihuany" - krótka recenzja nieprofesjonalna

- Po kiego ci ta książka? Ty już wszystko wiesz w temacie.
Moja Lady jeśli ma rację, to faktycznie ma rację, ale z tym "wszystko" chyba jednak trochę przesadziła. Wystarczająco jednak wiem, aby mieć prokonopne nastawienie. Bo to jest tak: prokonopni mają poglądy oparte na wiedzy, zaś marychofobi mają tylko poglądy. Dlatego też dyskurs między nimi jest raczej niemożliwy. Zwykle przebiega on na zasadzie "chłopu mówić mądre słowa, on zaś na to: moja krowa". Wreszcie komuś tam puszczają emocje, po czym debata staje się draką. Tak sam miałem niedawno. Nie rozpoznałem od razu marychofobicznego fanatyka, więc straciłem nań trochę cennego czasu. Czy na pewno jednak go straciłem? Paradoks polega na tym, że trochę tego czasu trzeba jednak poświęcić na takie rozpoznanie. Jako rzecze starożytna enochiańska maksyma: nie spróbujesz - nie wiesz.
Ale wróćmy do książki. Autor nie ukrywa, że sam jest prokonopny, jednak tego się zbytnio nie czuje podczas lektury. Narracja jest mocno naukowa, rzeczowa, jak na wysokiej klasy pracę przystało, do tego oparta na solidnym materiale bibliograficznym. Trzeba było sporo roboty, aby się przez ten cały materiał przekopać. Za to każdy mit, każde przekłamanie na temat Zioła są rozpracowane punkt po punkcie. Podane jest też sporo twardych danych, ale wytykane są też błędy badawcze, które do wielu mylnych wniosków mogą prowadzić. Ciekawym przykładem jest rozpracowanie znanej, do tej pory zresztą lansowanej w Polsce "teorii bramy", według której używanie Zioła prowadzi jakoby do narkomanii. To jest tu akurat warte podkreślenia, gdyż mimo, że świat naukowy dawno już uznał ją za bzdurę opartą na bazowym błędzie logicznym, to nasz kraj nadal robi za zaścianek tej bzdury.
Książka opisuje również wiele okoliczności natury politycznej, które stały się podstawą do zaistnienia wielu mitów na temat Zioła. Mamy podany wręcz na tacy cały kontekst historyczny, odpowiedzi na pytania skąd się wzięło to lub owo. Bardzo interesujący jest rozdział poświęcony Holandii, popularnym bowiem wśród marychofobów jest mit, jakoby tej kraj poniósł porażkę swojej liberalnej polityki. Prawda jest zgoła inna, ale jako że nie jest to streszczenie książki, to aby ją poznać trzeba po nią sięgnąć.
Po tych kilku lapidarnych pochwałach pojawia się pytanie: kto jest targetem recenzowanej pracy? Na pewno nie tytanowy rdzeń grupy marychofobów. Do nich nie dociera nic. Oni jak ta zdarta płyta będą powtarzać wdrukowane do głów bajdy, demonizujące Zioło na każdym kroku. Ale prokonopni też tym targetem nie są, gdyż oni już "wszystko" wiedzą, aczkolwiek wielu zapewne po książkę sięgnie, aby tą wiedzę sobie poszerzyć. Jednak pozostał jeszcze środek, czytelniczy mainstream, taki nie do końca zdecydowany poglądowo. Choćby ze względu na samą przytomność podejścia do sprawy można im śmiało tą pracę polecić. Jej język jest bardzo przystępny, mimo naukowości wcześniej wspomnianej, więc nie powinna to być za trudna lektura. 

02 maja 2019

Narkotyki vs. MJ - o pewnych istotnych różnicach

Post niniejszy jest targetowany do kompletnych laików w temacie "narkotyki i marihuana", bez względu na to, czy oni wiedzą, że są laikami, czy wydaje im się, że nimi nie są. Prostym, potocznym, nienaukowym językiem spróbujemy im coś wyjaśnić, żeby czegoś się dowiedzieli. Po przeczytaniu będą już to wiedzieć. Ale nie wszystko, bo skupimy się na jednej konkretnej sprawie, na niczym więcej. Na wstępie jednak uprzedzamy, że tytuł posta jest sporo na wyrost, gdyż na warsztat weźmiemy tylko jeden narkotyk, ten najbardziej popularny, taki najbardziej znany, czyli alkohol. Choć niekoniecznie reprezentatywny, gdyż takiego po prostu nie ma. Substancji istotnie zmieniających stan umysłu, potocznie zwanych "narkotykami" jest sporo, każda ma swoją specyfikę, więc post omawiający wszystkie, nawet tylko te bardziej znane byłby po prostu za długi, za obszerny, zbyt męczący.
Alkohol jest dość prosty: im więcej go ktoś pobierze podczas jedej sesji, tym bardziej mu to zmieni percepcję i zachowanie. Rzecz jasna wiele zależy od różnych czynników, ale ogólny mechanizm jest taki, że każda kolejna porcja zwiększa poziom rauszu, haju, czy jakby to jakoś inaczej nazwać. Wreszcie prędzej, czy później dochodzi się do momentu, gdy ów ktoś traci kontrolę nad sobą, nad sytuacją. Jeśli ciało nadal działa na tyle, aby pobierać kolejne porcje, to następuje zgon. To ostatnie zdarza się dość rzadko, poza tym ciało potrafi się bronić przed nadmiarem narkotyku sposobem womitalnym, ale schemat wygląda właśnie tak, jak opisano.
Marihuana (lub haszysz) jest jeszcze prostsza, ale ta prostota ma inny charakter. Po pierwszej porcji coś się zmienia. Zmienia się rozmaicie, zależnie od tej porcji, osoby, tudzież innych czynników. Nigdy jednak nie zmienia się aż tak istotnie, by nazywać MJ "narkotykiem", tylko co najwyżej "semi-". Mowy tym bardziej nie ma o utracie kontaktu z rzeczywistością, kontroli nad ciałem lub zachowaniem. Po drugiej porcji nie zmienia się już nic. Mogą się zmienić jakieś detale, ale intensywność haju pozostaje na tym samym poziomie. To samo jest po trzeciej porcji i po następnych. Nie ma takiej możliwości, aby ten poziom sobie podbić. Czyli nie można się tak nawalić, jak alkoholem, tym bardziej też nie można doprowadzić się do zgonu. Jedyny ewentualny skutek kolejnych porcji to odwleczenie momentu, gdy rausz się skończy. Ale tak bez końca też nie da rady, bo im dłużej trwa ta zabawa, tym bardziej górę bierze pojawiające się znużenie, więc nikt tak nie robi.
Popatrzmy na poniższy wykres:

Diagram ma rzecz jasna charakter orientacyjny, ilustrujący jedynie sam mechanizm. Oś pionowa obrazuje stopień intensywności zmiany percepcji i zachowania, oś pozioma bieg czasu, na niej zaś oznaczone są kolejne umowne porcje przyswojonej substancji. Linia żółta to granica kompletnego uwalenia się, utrata kontaktu oraz kontroli nad sobą, czerwona oznacza zgon, zaś ta niebieska przerywana to pułap haju MJ, którego przeskoczyć się nie da.
Jednak przeciętna, realna sesja trwa krócej, więc do kompletu nieco danych na temat, po jakim czasie od ostatniej porcji ma miejsce powrót do zerowego poziomu zmiany, do stanu zanim ta sesja się zaczęła. Przy alkoholu większość zależy od tego, ile narkotyku ma w sobie ów ktoś po przyjęciu ostatniej porcji. Gdy było tego sporo, to dochodzi jeszcze kwestia zmiany pod wpływem kaca, kiedy narkotyk już nie działa, ale organizm jest zatruty aldehydem octowym plus inne jeszcze czynniki. Czyli rozpiętość czasu może być naprawdę bardzo spora, od trzech godzin do kilkudziesięciu. Przy MJ sprawa wygląda inaczej. Niezależnie od tego, ile się przyswoi, to po dwóch, góra czterech godzinach od ostatniego razu już jest po wszystkim. Jeśli sesja była długa, obfita, to można doliczyć kilka godzin na znużenie tą całą zabawą. Co ciekawe, substancja czynna, zwana THC, która powoduje zmianę może siedzieć w organizmie kilka dni, nawet tygodni. Tyle tylko, że ona w ogóle nie działa. Ta nader dziwna właściwość MJ może być kłopotliwa dla kierowców, bo można być kompletnie trzeźwym, dawno zapomnieć, że się cokolwiek używało, ale test mimo to wykaże obecność wspomnianego THC w organizmie. Na szczęście popularne, szybkie testy badają ślinę, ta zaś jest już "czysta" po dwunastu godzinach.
Powyższy tekst jest czysto informacyjny, nieopiniotwórczy, nie sugeruje żadnych wniosków. Nie argumentuje za niczym, nie argumentuje też przeciwko niczemu. Mimo że, jak wspomniano na początku, targetowany jest do laików, to jednak zakładamy, że samodzielnie myślących. Co nie wyklucza rzecz jasna dyskusji na forum, ale na miłość Sziwy, Jah i Rgiełca bez wciskania tekstów typu "od marychy sie zaczyna" świadczących o kompletnym idiotyzmie. Ten temat został już dawno omówiony do spodu, już dawno ustalono, że jest to bzdura, więc nie chce nam się do niego wracać. Bo to jest po prostu nudne, nużące, tudzież żenujące.
Uwaga końcowa:
Post traktuje na temat MJ, czyli o naturalnych produktach konopi. Nie zajmujemy się tu żadną "metylomarihuaną" (określenie Kamila Sipowicza), "marychujaną" czy jak tam inaczej zwać wszelki stuff na bazie konopi oferowany przez oszustów, rasowany przez nich różnymi dodatkami. Ta ich (zapewne) radosna twórczość może działać naprawdę rozmaicie, często nie do przewidzenia jak. Nie zajmujemy się tu również "kadzidełkami kolekcjonerskimi", jak często nazywa się pewien rodzaj dopalaczy. Wiele z nich zawiera w swoim składzie syntetyczne kanabinoidy pokrewne THC, które działają rozmaicie. Semi-narkotycznie, narkotycznie, zaś inne po prostu są trujące. Nie interesuje nas to w tej chwili.

08 stycznia 2019

Bazowy cel legalizacji marihuany rekreacyjnej

Podobno proceduje teraz Karnawał, czego bynajmniej wrogiem nie jestem, mimo że uważam, iż dobrze bawić się można zawsze, nawet na własnym pogrzebie i szczególnie wyróżniać jakiegoś okresu zdatnego do tej zabawy nie ma zbytniej potrzeby. No, ale jeśli ktoś tak sobie chce, to niech sobie ma, gdyż krzywdy nikomu to sprawić nie może. Bo niby jak, jakim sposobem?
Karnawał kojarzy nam się z imprezowaniem, zaś imprezom często - gęsto towarzyszy popularny, wręcz najpopularniejszy narkotyk, czyli alkohol, dostępny w punktach dilerskich, a te punkty są w co drugim sklepie. Rzecz jasna nie musi towarzyszyć, ale skoro już jest, to jest. Faktem zaś empirycznie stwierdzonym jest, że jeśli oprócz tego narkotyku obecne jest zioło, to większa jest szansa na to, że zabawa przebiegnie kulturalniej i nie zakończy się jakimś syfem. Stare, sprawdzone przysłowie mówi iż: "Kto jara ziele - chla niewiele", a kto chla niewiele, ten jest mniej skłonny narobić jakiegoś gnoju, niż taki ktoś, kto chla za dużo. Tu trzeba jednak zastrzec, że jest to prawidło statystyczne, więc pojedyncze przykłady, które tego nie potwierdzają niczego nie dowodzą.
To oczywiście nie oznacza, by kogokolwiek zachęcać do używania zioła. Jest to tylko informacja, na których imprezach można czuć się bezpieczniej, a na których nieco mniej. Tylko tyle, nic więcej.
To był wstęp, zagajenie kierunkujące, pora na główną część:
Pan poseł Piotr Marzec zasługuje na mój spory szacun za swoją działalność, zaś jego znajomości tematu MJ zaprzeczyć nie ma sposobu. Mówi on przeważnie z sensem, ale coś mi zazgrzytało niedawno. Cytuję /wycinając fragmenty nieistotne/:
"Użytkownik zwykły, rekreacyjny jakoś sobie radzi, lepiej lub gorzej, ale sobie radzi, natomiast najbardziej poszkodowanymi są ludzie chorzy, więc najistotniejszym elementem jest zapewnienie leku dla pacjentów i skupienie się na rynku ludzi chorych"
Nie sposób odmówić słuszności tej wypowiedzi, bez względu na to, czy jest ona wyrwana z kontekstu, czy w jego całości osadzona. Więc gdzie tu zgrzyt? Bynajmniej nie w tym "lepiej lub gorzej", tylko nieco gdzie indziej. Otóż sprawa jest taka, że ewentualna, ta przyszła, która prędzej, czy później nastąpi, legalizacja ziela REKREACYJNEGO wcale nie ma na celu zwiększenia komfortu użytkowników "zwykłych, rekreacyjnych". Tak się tylko wydaje burakom przeciwnym legalizacji. De facto bowiem będzie to jedynie efekt uboczny, a celem jej głównym jest komfort, bezpieczeństwo całego społeczeństwa, także tych ludzi, którzy ziela nie używają wcale, którym nawet cień myśli o tym nie pojawia się w umyśle. Celem jest zmniejszenie szkód powstałych jako efekt nadużywania narkotyków, włącznie z tym legalnym, najpopularniejszym, "jedynym słusznym" dla niektórych.
Jak to będzie działać? Kwestia alkoholu została już z grubsza wyjaśniona na samym wstępie. Dlaczego tak jest, że większe upowszechnienie ziela spowoduje mniejszy popyt na wspomniany narkotyk? Nie wiem. Zapewne profesor Vetulani potrafiłby to wyjaśnić, ale niestety już Go nie ma. Zaś ja za mało się znam na niuansach neurologii. Wiem tylko, że tak właśnie jest, a wielu dawnych lub obecnych imprezowiczów śmiało to potwierdzi. To oczywiście nie oznacza, że po legalizacji MJ stare pijusy zmienią obiekt swojej pasji z narkotyku na ziele. To tak akurat nie zadziała. Ale wielu ewentualnych pijusów w przyszłości się nimi nie stanie.
Chociaż... Akurat znałem taki przypadek, że kiedyś pewien budowlaniec wylansował zioło wśród starszych kolegów w pracy, ostrych moczymordów zresztą. Niektórym się spodobało i choć rytuał "zdrowie na budowie" nadal był praktykowany, to po robocie zamiast się nachlać woleli wypalić jointa i grzecznie pójść do domu. Ich żony zapewne też były pozytywnie zaskoczone taką odmianą funkcjonowania małżonków.
Co do innych narkotyków, to mechanizm jest prosty. Wielu jest takich, którzy to zamiast szukać mocnych wrażeń, pospolitować się z pokątnymi dilerami, często zaś stać się ofiarą przekrętu lub wplątać się w jakąś kryminalną akcję, woli pójść do coffee shopu, zajarać w spokoju porządny, nie rasowany materiał, bez żadnego ryzyka, bez żadnych gównianych skutków. Tak jest w Holandii, gdzie odsetek ćpunów jest najmniejszy w Europie. Ale tu rzecz jasna znowu trzeba uczciwie postawić sprawę, że to nie załatwia problemu do końca, bo dla co poniektórych zioło to za mało, albo wcale żadna atrakcja, tedy wybiorą narkotyk, do tego jeszcze sporo. Niemniej jednak redukcja ilości ryzykownych zachowań jest i o to właśnie w tym wszystkim chodzi.
Kolej teraz na nieco demagogicznej manipulacji w postaci dwóch pytań. Można ich postawić o wiele więcej, ale to już chyba by było nudne. Tedy więc:
Czy fajnie jest słuchać pijackich wrzasków dobiegających z ulicy lub zza ściany, a w sklepie oglądać sąsiadkę, jej twarz obitą przez męża ochlapusa? Czy fajnie jest iść ulicą ze świadomością, że może zaczepić, okraść, napaść jakiś ćpun, któremu brakuje na kolejną działkę towaru?
Nie trzeba od razu odpowiadać. Ale są przesłanki, które wskazują na to, że jeśli ktoś jest przeciwnikiem legalizacji ziela, to zaiste postrzega te sytuacje jako wyjątkowo przemiłe. Albo ma już tak zakuty, zabetonowany łeb, że może sobie darować jakiekolwiek próby tworzenia odpowiedzi.
...
Appendix na temat ziela medycznego i nie tylko
Cytat inspirujący posta jest wyrwany z szerszego kontekstu, który zajmuje się innym tematem, niż powyższy tekst, jednak wart jest ów kontekst, aby Kawiarnia zapoznała się z nim, tedy zapraszam do tego zapoznania się: ===TU===
Tak, uważam, że "medical MJ" i "common MJ" /innymi słowy: "ziele rekreacyjne"/ to dwie osobne kwestie. Oczywiście łączy je fakt, że dotyczą one tej samej pięknej roślinki, a także to, że owo "medical" odkłamuje wizerunek MJ, tworzony od około wieku przez durnych polityków, tudzież jeszcze durniejsze media. Efekty tego tworzenia są wręcz tragiczne, ale o tym wspomnę może za chwilę. Natomiast istotne jest, aby podczas tego godnego pochwały procesu, mającego ułatwić chorym dostęp do leków z konopi, nie zafiksować się na tym, nie zgubić po drodze tematu "common". Nielegalność zioła wciąż zbiera swoje makabryczne żniwo. Ostatni przykład to trzy zgony na Śląsku po zażyciu dopalaczy. Pozornie nie widać tu żadnego związku, ale tak naprawdę takie zgony to jest jedna z dalszych konsekwencji tej nielegalności.
Na koniec może jeszcze fragmencik wypowiedzi pana posła Piotra Marca, również wyrwany z tego samego kontekstu:
"Myślałem, że się to da zrobić na zasadzie wyrzucenia tego /MJ - przyp. PK/ ze spisu narkotyków i tym sposobem mielibyśmy pełną legalną, ale okazało się, że beton jest na tyle mocny w Unii Europejskiej, że chcą przeprowadzić proces dziesięcioletni"
Dokładnie tak, bo uparte trzymanie zioła w tym spisie narkotyków, do tego nielegalnych, to zaiste jest kompletny absurd. Tedy życzmy takim sensownym ludziom, jak pan Piotr, z okazji Karnawału lub bez żadnej okazji, aby ten beton skruszyli szybciej, przed upływem tych dziesięciu lat. Zaś naszą rolą jest edukować otoczenie, aby ci ludzie mieli coraz większe wsparcie.

28 maja 2018

Krótka historia marychofobii polskiej

Jak idę przez mój park Krakowski i przechodzę obok grupy młodych ludzi, od których czuć piwem, to obchodzę ich szerokim łukiem. Ale jak czuję trawę, to śmiało wchodzę w środek i czasem zagaduję. Owszem, nadużywanie marihuany powoduje kłopoty z pamięcią, koncentracją, ale to stan krótkotrwały. Nie mówię o skrajnych przypadkach, ale ich jest mało. Mniej niż po alkoholu. Człowiek powinien czasem oderwać się od rzeczywistości, żeby jakoś sobie z nią radzić.
/profesor Jerzy Vetulani/
Ten cytat wstępny może sugerować, że post będzie traktował o wyższości marihuany (MJ) nad narkotykami, centralnie zaś nad tym jednym, "jedynym słusznym, bo legalnym", tak jednak nie będzie. Po prostu teraz chodzi tylko o to, by wspomnieć nadzwyczaj zacną postać, która to z przyczyn natury zasadniczej na ostatnim konopnym Marszu pojawić się nie mogła. Zaś na Marszu, jak to na Marszu, nie było marszowo, lecz raczej tanecznie tak. Szczególnie wdzięcznie tańczyły konopielki, bo muzyka była jak najbardziej ku temu. Była też okazja pobyć wśród normalnych ludzi, pogadać, tudzież takie tam inne. Pogadać dla sportu, tudzież po to, by się czegoś dowiedzieć. Jeden gość chciał się dowiedzieć, podbił więc do mnie plus do kumpla, bo uznał, że jako nieco starsi od niego wiemy więcej. Zapytał, jak to było kiedyś w konopnym temacie, ale poza odpowiedzią "było lepiej" niewiele pozyskał informacji. Bynajmniej nie dlatego, że nie znaliśmy lepszej odpowiedzi, ale realia, na przykład akustyczne, nie sprzyjały rozwinięciu tematu na poziomie opowieści historycznej. Ale za to wymsknęło mi się zdanie, że raczej bardziej godne uwagi są pytania "dlaczego teraz jest gorzej?" oraz "dlaczego jeszcze przez dłuższy czas będzie gorzej?". Jednak wspomniane warunki nie pomagały, by wyłożyć mu dokładnie cały splot przyczyn, które spowodowały były owo "gorzej", ale kumpel mój zdążył zmieścić jedno nazwisko. Nazwisko człowieka, którego działanie było tylko jedną z tych przyczyn, niemniej jednak miało spore znaczenie.
Tamta rozmowa jakoś się wtedy urwała, jednak teraz jest okazja, by to opowiedzieć na spokojnie, na łamach bloga. Ten wspomniany człowiek również już nie żyje, gość zresztą mocno kontrowersyjny, gdyż swego czasu wykonał mnóstwo zaiste świetnych rzeczy, ale też popełnił sporo bałwaństw. Opiszę jedno, ale naprawdę grube.
Gdy Marek Kotański, bo o nim mowa, zrzekł się dyktatury nad stworzonymi przez siebie ośrodkami leczenia uzależnień, tudzież innych dysfunkcji będących wynikiem nadużywania narkotyków niealkoholowych, zaczął działać na polu profilaktyki. Jako, że fachowców w temacie było wtedy niewielu, poza tym mając naprawdę dużą siłę przebicia wylansował się jako wręcz celebryta, wielu ludzi zaczęło go traktować jak guru, tedy łykali niczym moja kotka bonusy nie tylko prawdy naukowe, ale także kompletne głupoty, które opowiadał. Taką bazową głupotą była tak zwana "teoria bramy", która z grubsza polega na tym, że ponoć "każdy ćpun zaczyna od MJ, a dalej wszystko leci od rzemyczka do koniczka". Tą głupotę pan Marek wyczytał w jakichś amerykańskich pracach na ten temat, tylko rzecz w tym, iż już wtedy Nauka zaczynała uważać treść tych prac za brednie. Do tego jeszcze kłamał twierdząc, jakoby wszyscy pacjenci Monaru zaczynali od ziela. Tak się akurat składa, że tak jak obecnie, jak też wtedy, pierwszym narkotykiem takiego pacjenta jest alkohol. Tu nawet nie trzeba twardych danych statystycznych, wystarczy zwykła logika. Ten narkotyk jest pod ręką, ogólnie dostępny, więc pierwszy eksperyment "zmienienia sobie czegoś w umyśle" jest zwykle dokonywany za jego pomocą. Oczywiście nie każdy staje się narkomanem (także alkoholowym) już po pierwszym kieliszku czy piwku. To tak akurat nie działa, ale to już jest osobny temat. Dodajmy jeszcze do tego fakt, że w onych czasach, gdy Kotański lansował tą debilną "teorię", wielu jego pacjentów nie widziało MJ na oczy, zaś reszta, która próbowała, miała ją w pogardzie. Zresztą teraz też tak jest, że dla narkomana zioło jest co najwyżej dodatkiem, ciekawostką jedynie.
Obecny Monar nie podziela już tego poglądu swojego "mistrza założyciela", niestety jednak wśród całego mnóstwa ludzi ta bzdura funkcjonuje nadal. Niedawno zachciało mi się odpalić telewizornię, trafiłem wtedy na serial typu "Dlaczego trudne słoiki?", czy coś tego typu. Epizod jest taki, że jakiś gość na imprezie koi sobie ból duszy po przykrym wydarzeniu natury sercowej. Na stole stoją sobie butelki z piwem opróżniane powoli przez uczestników, on jednak po mołojecku wali wódę z gwinta. Nagle ktoś rzuca hasło, by wyjść na balkon, aby zapalić jointa pospołu. Nasz bohater robi wtedy kosmiczną awanturę, krzycząc histerycznie: "Co wy [peep] robicie, przecież od tego właśnie się zaczyna!". Podczas przerywniku polegającego na gadaniu do kamery /to taka konwencja tych seriali/ nasz ptyś tłumaczy, że jakieś dwa lata wcześniej jego siostra umarła od jakiegoś lewego towaru kupionego od ulicznego dilera. Potem awanturuje się dalej, wreszcie oburzony wychodzi sobie gdzieś, zaś komizm tej sytuacji polega na tym, że cały czas trzyma on w dłoni flaszkę, która opróżnia już na zewnątrz. Niestety producent filmu się nie zachował, nikt nie wykpił gościowi jego obłudy, zaś widz nie wie, co działo się dalej na tej imprezie. Można tylko przypuszczać, że było normalnie, ludzie bawili się dalej, zaś dzięki tym jointom zachowano umiar w spożyciu napojów narkotycznych, więc nie było żadnego gnoju, który często jest efektem takiego braku umiaru. Tak to przeważnie działa, według starej zasady "kto jara ziele, ten nie chla wiele", więc mniejsze szkody są zwykle efektem takiej imprezy. Obawiam się jednak, że intencją twórców filmu taki przekaz wcale nie był.
Marihuanofobiczne klimaty towarzyszą też zwykle przekazom medialnym, gdy video news informuje o rozwaleniu jakiejś dilerskiej szajki. Próżno jednak szukać na ekranie butelek z wiadomym płynem, nie ma tam nawet paczek pełnych jakiegoś białego proszku, za to jest zwykle sporo ziela. Po takim przekazie przeciętny zjadacz medialnej papki na pewno mądrzejszy być nie może. Dodam, że to nie jest kwestia newsów państwowej kurwizji bynajmniej, takie bzdety zapodają także stacje na wyższym poziomie.
Wróćmy jednak do Marszu, który można uznać za udany, gdyż frekwencję oceniam jako większą, niż była rok, czy dwa lata temu. Jednak udany nie oznacza succesful, na temat sukcesu będzie można pogadać, gdy Marsz przestanie być potrzebny. Niestety dużo czasu jeszcze upłynie, wiele Marszów się odbędzie, do tego bez edukacji oddolnej, pracy od podstaw same Marsze niewiele zdziałają. Tymczasem zaś terapeuci mają mnóstwo roboty z ofiarami mocno chorego prawa, którego jedną z przyczyn jest marychofobia właśnie. Swojego czasu Marek Kotański napisał ciekawą książkę, taką trochę autobiograficzną pod kątem własnych doświadczeń zawodowych, pod prowokacyjnym tytułem "Ty zaraziłeś ich narkomanią". Równie prowokacyjna jest okładka pierwszego wydania, na której napis "tu wklej swoje zdjęcie" oraz miejsce na to zdjęcie. Myślę, że jego zdjęcie tam również pasuje, bo obecny rozkwit polskiej narkomanii to także wynik wspomnianej marychofobii, którą on właśnie zaszczepił wśród ludzi. Trzeba stanowczo podkreślić, że za swoje zasługi Panu Markowi należy się niejeden pomnik, ale nie można zapomnieć też koszmarnego błędu, który przy okazji popełnił. Bynajmniej nie po to, by mu to wypominać, lecz po to, by ten błąd odkręcić. Powoli, stopniowo, krok po kroku... Aż do chwili, gdy wizja pokazana na ilustracji startowej stanie się rzeczywistością.
= = = = = = = = = = =
Tak przy okazji, jako suplement, kilka zdań edukacyjnie:
Alkohol został także zakwalifikowany jako substancja, od której najczęściej się zaczyna całą przygodę z narkotykami – dotyczyło to 88% respondentów. Wg badania 40% palaczy po zapoznaniu się z Mary Jane nie sięgnęło już po żadną inną używkę. /.........../. Nie można natomiast w jaraniu zioła upatrywać przyczyny tego, że ktoś sięgnął po inne/silniejsze środki narkotyczne.
Całość tekstu jest ===TU===, lecz trzeba zwrócić uwagę na pewną nieścisłość natury badawczej. Podane tam dane mówią o użytkownikach narkotyków (czyli także alkoholu) oraz MJ bez wnikania jaki jest to rodzaj używania, czy są to sporadyczne próby po jednej stronie, czy nadużywanie po drugiej, zwane też używaniem ryzykownym. Niemniej jednak nawet wtedy można je uznać za wystarczające do obalenia mitu.

14 marca 2018

HARM REDUCTION. O co w tym chodzi i jak to działa?

Polityka redukcji szkód, cała jej filozofia zaczyna się od spostrzeżenia, że pewnych negatywnych, szkodliwych zjawisk zlikwidować się nie da, zaś próba ich ograniczania metodami restrykcji pobudza jedynie ich rozwój lub rozkwit jeszcze gorszego syfu. Co można tedy zrobić? Można takie zjawisko próbować skanalizować, przejąć na nim kontrolę, popularnie to się nazywa "wybór mniejszego zła", bo do tego de facto cała sprawa się sprowadza.
Przykładem na poziomie indywidualnym może być e-papieros. Ktoś na przykład pali papierosy, co więcej, jest też od tego uzależniony, ma też świadomość, że na dłuższą metę szkodzi sobie plus innym. To "innym" może jeszcze ograniczyć paląc friendly dla otoczenia, niemniej jednak nie czuje się w tym wszystkim komfortowo. Co może więc zrobić? Pierwsza odpowiedź, która przychodzi do głowy, to po prostu "rzucić" to palenie. No tak, ale dla niektórych, nawet wielu, może być to po prostu za trudne. Poza tym skoro ten ktoś lubi palić, sprawia mu to frajdę, to dlaczego ma się jej pozbawiać? Tedy szuka on jakiegoś kompromisu, zaś e-papieros okazuje się takim być. Kwestia otoczenia odpada zupełnie, bo ten przyrząd dymu nie wydziela, więc nikomu on smrodzić nie może. Odpada też sprawa substancji smolistych grożących rakiem. Zostaje tylko sam rytuał, a raczej jego substytut, oraz czysta nikotyna. Tu trzeba zwrócić uwagę na pewien kruczek, bo ten kompromis nie jest tak idealny z uwagi na wspomnianą nikotynę, gdyż za pomocą e-papierosa można się od niej uzależnić mocno głębiej. Niemniej jednak łatwiej jest tu utrzymać samodyscyplinę, niż rzucając palenie. Summa summarum redukcja szkód jest znaczna.
Innych przykładów na dowolnym poziomie, czy dziedzinie każdy może znaleźć wiele, ta cała "polityka redukcji szkód" to de facto nic specjalnego, istniała już od dawien dawna, być może jeszcze od wiele wcześniej. Samo określenie zaś pojawiło się podobno tak gdzieś około lat osiemdziesiątych, gdy w pewnym porcie w Rotterdamie służby celne odkryły spory ładunek przemycanej heroiny. Pomińmy już kwestie natury chemicznej, gdyż medialnie słowo "heroina" niekoniecznie oznacza heroinę, ale jakiś inny produkt tego typu, niemniej jednak teraz tu nie ma to znaczenia. Co prawda policja zajęła się aspektem kryminalnym tej sprawy, pozostał jednak ból głowy, co zrobić z samym ładunkiem. Część jakowąś wzięła sobie policja do celów szkoleniowych, część ukradli sami celnicy oraz policjanci, jednak to było bardzo niewiele, więc ogromna sterta towaru nadal istniała. Przemysł farmaceutyczny tego nie przerobi, bo się po prostu nie opłaca, dla nich ta sterta była za mała, by przestawiać całą produkcję. Spalić lub zatopić? Nie bardzo, niezbyt by to było ekologicznie, więc nikt się nie chciał podjąć. Ale ktoś we władzach miasta Rotterdam wpadł na pomysł, by to wszystko rozdać narkomanom. Co prawda problem narkomanii Holandia rozwiązała była już sporo wcześniej legalizując (semi)narkotyki z konopi, czyli haszysz i marihuanę, jednak to rozwiązanie, choć zaiste znakomite, nie było jednak całkowite. Tedy założono punkty dystrybucji i rozpuszczono wieści do środowiska ćpunów opiatowych /"heroinowych"/, że jest towar do wzięcia. Oczywiście nie wszystko, nie od razu, tylko pod pewnymi warunkami. Każdy amator musiał się zarejestrować, po czym regularnie zjawiał po  działkę. Po kilku miesiącach magazyn miejski opustoszał. Jednak cała korzyść nie polegała jedynie na opróżnieniu miejsca, lecz na czymś zupełnie innym. Otóż przez ten czas drobna przestępczość typu kradzieże lub napady osiągnęła poziom około trzydziestu procent poprzedniego jaki był przed tą całą akcją. Zaś miasto zaoszczędziło przy okazji mnóstwo guldenów, gdyż euro jeszcze wtedy nie było. To wszystko podsunęło pomysł, by pociągnąć temat dalej. Co prawda nie co dzień trafia się statek przemytniczy, ale zamiast heroiny można było użyć czegoś innego. Obecnie najpopularniejszy jest syntetyczny opioid zwany metadon, choć są też kraje, gdzie używa się naturalnych opiatów, czyli także wspomnianej heroiny. To ostatnie zresztą popiera wielu lekarzy, tudzież także innych fachowców, gdyż naturalna substancja nie jest wcale toksyczna, gdy się ją porówna ze sztucznymi opioidami. Programy "leczenia substytucyjnego" prowadzone są także w Polsce od wielu lat.
Polityka redukcji szkód to jednak nie tylko te programy, ale wiele innych działalności, związanych z zachowaniami ryzykownymi, długo by tu teraz wymieniać. Do tej pory wywołują one różne kontrowersje, czasem też borykają się z pewnymi przeszkodami prawnymi zależnie od kraju. Oczywiście jak zwykle przysłowiowe diabły potrafią tkwić w detalach, czyli więc innymi słowy "trza umić", generalnie jednak to działa i summa summarum z punktu widzenia kosztów społecznych po prostu się opłaca.
= = =
Do "polityki redukcji szkód", tudzież profilaktyki antynarkomańskiej, można też zaliczyć wspomnianą wcześniej legalizację marihuany. Holandii wyszła ona na zdrowie, wychodzi też na zdrowie innym krajom, które taką, czy inną formę legalizacji, a przynajmniej liberalizacji prawa na temat tej używki wprowadzają, a dokładniej państwa nimi zarządzające..
Argumentacji za takimi rozwiązaniami jest wiele, z opartymi na kwestiach wolności obywatelskiej włącznie. Mocnym także argumentem jest zapytanie o logikę prawa, które promuje jeden wybrany, bardzo szkodliwy zresztą narkotyk, czyli alkohol, wrzuca zaś o wiele, wiele mniej szkodliwy (semi)narkotyk do jednego worka z napisem "zło". Najważniejszy jest jednak inny, bazujący właśnie na filozofii redukcji szkód. To prawda, że stare pijusy, czy inne ćpuny na zioło się już nie przerzucą, oni są już straceni, trzeba jednak patrzeć do przodu. Jak wiadomo, każdy narkoman zaczyna od alkoholu, większość na nim poprzestaje /alkoholizm to też narkomania/, niektórzy jednak szukają dalej. Co znajdują na rynku? Całe mnóstwo różnych rzeczy: klasyczne "twarde" lub dopalacze przeróżne, których wiele można zaliczyć do zwykłych trucizn. Czasem też się trafi "zioło", ale gdy ktoś już zostaje ćpunem, to zwykle ma to zioło w pogardzie, co najwyżej jako okazjonalny dodatek. Zresztą cóż to jest za zioło? Często jest to jakiś syf, konopie podrasowane dodatkami nieznanego pochodzenia. Taki jest skutek obecnego prawa, tudzież jego praktyki. Obecną polską politykę narkotykową /jako całość/ można śmiało uznać za sabotaż oraz zbrodnię dokonywaną na narodzie. Redukcja szkód na poziomie lokalnych pojedynczych programów ginie w morzu szkód, kosztów społecznych generowanych na poziomie ogólnokrajowym, pełnym topionych w tymże pieniędzy podatnika. Legalizacja marihuany to morze wybitnie wysusza, gdyż wielu potencjalnych ćpunów mając legalny dostęp do zdrowego, gwarantowanego jakościowo ziela tymi ćpunami się nie stanie. Jeśli będą używać alkoholu, to o wiele mniej, zaś na inne dragi większość z nich nawet nie spojrzy. A jeśli już tego ziela nadużyją, to wiele sobie nie zaszkodzą, zaś innym tym bardziej nie i o to właśnie chodzi! Tak to dokładnie działa, gdyby ktoś nie wiedział, a od teraz już wie.
To prawda jest, że /oby/ chwilowe realia są takie, że można sobie tylko poteoretyzować. Obecny reżim cierpi nie tylko na narkofobię /poza jednym wyjątkiem - alkoholem/, lecz także i przeważnie na marihuanofobię. Nawet leków z konopi się boi, czego dowodem jest obecna wykastrowana postać tak zwanej "Ustawy Liroya", więc co tu gadać, szkoda słów. Jednak chyba warto gadać, wręcz trzeba, by ogłupiani ludzie nie zgłupieli do reszty.

13 sierpnia 2017

2 in 1: edukacja plus promocja (post prospołeczny)

Lato to taka pora, gdy raczej nie można ode mnie oczekiwać zbyt wielkiej aktywności twórczej na własnym blogu. Aby jednak nie wziął i nie zarósł on pleśnią lub pajęczyną niegłupio wydaje się czasem coś opubliczyć.
Tedy więc...

CZĘŚĆ PIERWSZA (edukacyjna):
Dlaczego marihuana jest nielegalna?
/przedruk z "Super Trawka - portal konopny"/

Marihuana przynosi wiele korzyści, leczy choroby związane z układem krwionośnym, odpornościowym i nerwowym, a nawet może leczyć raka. Już są odpowiednie badania naukowe na ten temat. Dodatkowo nie wywołuje szkodliwych działań w organizmie, w przeciwieństwie do innych środków odurzających sprzedawanych w sklepach, takich jak papierosy i alkohol, jest nawet zdrowsza od tego, co dostajemy w marketach – zmodyfikowanej żywności pełnej chemicznych polepszaczy i konserwantów. Dlaczego w takim razie jest zakazana? Dlaczego nie można jej kupić w każdym kiosku, tak jak chociażby papierosów?
Cofnijmy się o prawie wiek
Logicznie myśląc, najprościej uznać, że naukowcy dokładnie zbadali marihuanę i wspólnie doszli do wniosku, działając w interesie całej ludzkości, że marihuana jest szkodliwa i powinno się jej zakazać. Tak jednak nie było, a marihuana stałą się oficjalnie zakazana już w 1930 roku. Żeby odpowiedzieć sobie na pytanie zawarte w tytule, cofnijmy się do tego czasu.
Jest rok 1929, Harry Anslinger objął stanowisko szefa Departamentu Prohibicji w Waszyngtonie. Były to czasy prohibicji, która wiemy jak się skończyła. Alkohol miał zniknąć z życia ludzi, a stało się jeszcze gorzej. Był znacznie popularniejszy, tańszy i bardziej dostępny. Zmieniło się jedynie to, że jego rozprowadzaniem i zbieraniem pieniędzy zajmowała się mafia a nie rząd.
Prohibicja alkoholowa została zatem zakończona i okazałą się wielką porażką. Co zatem z Departamentem Prohibicji w Waszyngtonie? Tyle ludzi nagle miałoby stracić pracę? No właściwe, co się wtedy stało? Szef departamentu zaczął szukać nowej misji – nowego celu i zarazem powodu, dla którego departament mógłby istnieć i działać dalej.
Padło na marihuanę
Harry Anslinger zaczął głosić tezy, że popularna i jak sądzono nieszkodliwa marihuana, może zmienić człowieka w potwora. Rozpowszechniał swoje twierdzenia, jakoby marihuana miała odbierać rozum i prowadzić do trwałej niepoczytalności, a nawet śmierci.
Harry Anslinger dał się w szczególności pochłonąć obsesji na temat jednego przypadku. Na Florydzie chłopiec imieniem Victor Lacata zarąbał swoją rodzinę na śmierć siekierą. Przypadek został nagłośniony, a rodzice w całym USA byli przerażeni. Harry Anslinger zwalił winę za ten brutalny czyn nie na otoczenie i chorobę nastolatka, a właśnie na marihuanę. Co ciekawe, nikt nawet nie wspomniał o tym, że nastolatek był pod jej wpływem. Psychiatrzy nastoletniego mordercy nie wspominali o tym słowa w swoich raportach, wspominali natomiast fakt, że w jego rodzinie występowały liczne przypadki chorób psychicznych. Ciekawe prawda?
Medyczne dowody na szkodliwe działanie marihuany
Spytacie, co wtedy sądził świat nauki o marihuanie? Był zdania, że nie jest szkodliwa. Harry Anslinger zlecił badania 30 niezależnym naukowcom z całego świata i aż 29 jasno stwierdziło, że nie ma żadnego zagrożenia.
Oczywiście Anslinger zaakceptował tylko jedno z badań. Nie zgadniecie które. Oczywiście rozpowszechniono badania jednego z 30 naukowców, który stwierdził, że marihuana może powodować zmiany psychicznie u ludzi.
Media podłapały temat
Media szybko powiązały wyniki badań „potwierdzające” szkodliwość marihuany z przypadkiem brutalnej serii mordów na Florydzie i panice, która ogarnęła USA, marihuana została błyskawicznie zakazana. Inne kraje poszły wzorem „mądrzejszego” i również wydały podobne zakazy.
Oczywiście nie wszystkie kraje się z tym zgadzały. Dla przykładu Meksyk zlecił badania własnym lekarzom, którzy także stwierdzili, że nie widzą zagrożenia w konopi indyjskiej, nie było więc powodu do niepokoju, a tym bardziej potrzeby zakazu i utworzenia jednostki do walki z nią.
Meksyk się wyłamał
Władze USA nie były zadowolone z tego, że ich najbliższy sąsiad nie zgadza się z ich polityką. Obawiano się, że obywatele USA będą częstymi gośćmi w Meksyku – w kraju, w którym marihuana jest legalna oraz tego, że będą z niej przemycać „nielegalne narkotyki”.
Jak postąpiły władze USA? Dopuściły się szantażu. Do Meksyku szybko zostały wstrzymane dostawy środków przeciwbólowych. Kiedy pacjenci w meksykańskich szpitalach umierali w bólu, wtedy władze Meksyku również zgodziły się zakaz marihuany.
Lekarze przez lata bronili marihuany
Wielu lekarzy przez lata usilnie próbowało odmienić sytuację. Przeprowadzali własne badania, które „oczyszczały marihuanę z zarzutów”. Niestety było już za późno. Ludzie szybko przyjęli fakt, że marihuana jest szkodliwa, a rząd był głuchy na zdanie lekarzy.
Dziś większość świata wciąż boryka się z dotyczącymi marihuany zakazami, które wprowadził Harry Anslinger.
Chyba już czas obalić ten mit? W USA, w kraju, w który ten mit stworzył dzieje się to na naszych oczach. A co z innymi krajami?
A co z Polską? (dopisek redakcji)...
/link do Super Trawka: ===TU=== oraz na szpalcie bocznej bloga/

CZĘŚĆ DRUGA (promocyjna):
Promocja związana jest z faktem, że część polskich lekarzy nie zapomniała, co to jest HONOR, co to jest ETOS zawodu lekarza oraz wciąż pamięta, co to jest SZACUNEK dla życia, a szczególnie zaś dla życia kobiety. Aby /mimo utrudnień prawnych tworzonych przez reżim podłej zmiany/ móc godnie realizować misję pomagania ludziom podczas wykonywania swojej pracy zawiązali oni inicjatywę "LEKARZE KOBIETOM". Więcej informacji pod tym linkiem ===TU===, który również znajduje się na szpalcie bocznej bloga.
======
Część muzyczną dedykujemy lekarzom "klauzulowym":

28 maja 2017

Konopielka, czyli na Marszu, jak to na Marszu...

Sorry Gregory, ale z całego materiału zdjęciowego tylko to, co jest powyżej nadawało się do publikacji. Tak to jest, gdy uparciuch uprze się na Nokię 108 Dual SIM i odrzuca go od mizianych, wypasionych piczfonów, czy czego tam jeszcze. Po co mu to, jeszcze by sobie takim sprzętem krzywdę zrobił jakowąś próbując klikać fotki.
Zaś na Marszu, jak to na Marszu. Marszowo było se tak, konopnie, fajnie, wesoło, na luzie, czyli tak jak miało być. Tego roku trafiło mi się dubeltowo, bo w dwóch miastach stołecznych. Aby mieć to już z głowy, zacznę od gorszego końca, czyli od frekwencji. Blado to wypadło moim zdaniem, gdy porównam z Marszami kilka lat temu. Według moich szacunków, to Kraków = 1000, Warszawa = 1500, w porywach zresztą. Rzecz jasna jest to z grubsza, bo fachowcem od takich pomiarów nie jestem, ale jednak jest to bardziej wiarygodne, niż fachowe pomiary policyjne, według których to, jak zwykle zresztą bywa przy imprezach antysystemowych, nikogo nie było. Czemu tak, skoro pogoda była super? Chyba nie dlatego, że spadła nagle populacja ludzi high class brained. Spadł jednak chyba poziom wiary w powodzenie Sprawy. No cóż, skoro obecny reżim podłej zmiany jest jeszcze gorszy od poprzedniego, to mowy nie ma o żadnym powodzeniu teraz, zaraz, jutro. To już od dawna było wiadome, że tak nie będzie. Zresztą same Marsze to nie wszystko. Skoro Sprawa chwilowo jest conieco zamrożona co do terminu realizacji, to tym bardziej trzeba więcej pracy edukacyjnej. Informować, motywować do używania mózgu. Na przykład zadając pytania typu "Czy chcesz, by chorzy chorowali na dysfunkcje, na które ziele MJ /wersja "medical"/ może im pomóc?". Albo na przykład takie: "Czy chcesz się czuć bezpieczniej, bo mniej ćpunów będzie cię próbowało okraść?". To drugie dotyczy ziela wersji "common", gdyż jasne jest, że gdy będzie ono legalne, to ilość tych ćpunów się zmniejszy. Niestety nie dla każdego jest to jasne. Owszem, jest wielu betonołbowych buraków, którzy po prostu CHCĄ, by panował obecny syf, a nawet większy. Ale jest też sporo ludzi, skądinąd niegłupich, którzy pewnych zależności jeszcze nie widzą. Od tego jest właśnie edukacja, by to wreszcie zobaczyli.
Wróćmy jednak do Marszu. Co na takim Marszu można robić? Niby głupie pytanie, bo od tego są Marsze, by maszerować. Nie dosłownie rzecz jasna, takie dosłowne marsze niech sobie uprawiają naziole narodowe. Konopie zaś się wyzwala krokiem wyluzowanym, czasem nawet tanecznym, ale zanim jeszcze do tego kroku dojdzie, trzeba przyjść lub przyjechać i być. Popatrzeć na konopne dziewczyny, których nigdy nie brakuje, porobić jakieś fotki /nawet jeśli skutek tego robienia jest mizerny/, pobujać się przy godnej muzie, oraz przede wszystkim pogadać sobie. Ze znajomymi lub kimkolwiek innym, właściwie z każdym, bo na Marsze hołota raczej nie przychodzi. Choć z tym ostatnim to różnie ongiś bywało, tym razem jednak tak nie było. Ani w Krakowie, ani w Warszawie. Trochę tego gadania było, ale ograniczę się tu do jednej osoby, za to jako partner /a raczej partnerka/ do pogadania nader wdzięcznej.
Ula /imię ściemnione, polityka ochrony danych i takie tam/ była kiedyś narkomanką. Jak każdy /prawie/ narkoman zaczęła od alkoholu, jednak nie pisane jej było zostać ćpunem alkoholowym, które to ćpuny, zwane "alkoholikami" dla wyróżnienia, stanowią większość w populacji ćpunów. Miała inne "gusta". Jej problemem stał się "hel" plus "feta" jako dodatek, dość częsty model swojego czasu. Na dopalacze /te hardkorowe/ się nie załapała. Co jest akurat dość istotne, bo w tych przypadkach trudno mówić o uzależnieniu, gdyż wcześniej kłania się "duża psychiatria", czyli psychozy lub takie tam jeszcze inne odpały w mózgu.
Tak. Tu w ramach dygresji trzeba wyjaśnić laikom, że tak zwana "terapia uzależnień" obecnie niekoniecznie zajmuje się uzależnieniami. To znaczy, zajmuje się, owszem, ale owi co poniektórzy "uzależnieni" nie są wcale uzależnieni, są to regularne czubki. Tak to sobie można nazwać po laicku. Zawdzięczamy to między innymi polskiemu prawu, ale zostawmy to może na razie. Tyle tylko wspomnę, że nie ma innego kraju w Europie mającego taki problem dopalaczy /typu hardcore/, jak Polska.
Jednak Ulę ten syf ominął jakoś, u niej poszło to bardziej "klasycznie". Pierwszy raz ją spotkałem w ośrodku, gdy po bardzo długim namyśle oraz intensywnych namowach zdecydowałem się dorobić w nim parę groszy ekstra. Od razu mówię, że są to naprawdę grosze, nie ma co się ślinić, jeśli kasa jest dla kogoś priorytetem życiowym. Mnie wyszło, że chcę przyłożyć ręki, by parę ofiar polskiego prawa wyszło na prostą. Ula zaś była na wylocie, kończyła zakładany turnus, więc terapeutycznie nie mieliśmy żadnych relacji. Pogadaliśmy jednak tak bardziej prywatnie, w ramach czasu wolnego przy kawie, czy herbacie i robiła wrażenie fajnej, sensownej osoby. Czy była/jest wyleczona? To jest idiotyczne pytanie, bo tego nie wiadomo nigdy, do końca życia. Oficjalne kryteria mówią coś na temat iluś tam lat abstynencji, ale choć lepszego kryterium nie ma, to jest to kulawe kryterium. Abstynencja jest bowiem środkiem, nie celem.
Po wymiksowaniu się Uli z ośrodka spotkałem ją na Marszu rok temu. Było dużo do pogadania. Generalnie szło jej świetnie. Na przykład zmotywowała ojca do leczenia. Bo to też był ćpun. Tylko akurat alkoholowy, ale jaka to różnica? Swoje sprawy referowała nieźle, zaś poza tym została konopną aktywistką, wyzwala te konopie jak należy.
To akurat się zdarza, że niektórzy neofici trzymają się tematu i pomagają innym. Jakiś wolontariat, czasem praca zawodowa jako terapeuta, jakieś studia psychologiczne lub pedagogiczne. Nie wszyscy się do tego nadają, nie wszystkim to służy, ale neofita jest pomocny w tej robocie, bo zna temat tak, jak inni go nie znają. Ula akurat poszła w profilaktykę narkomanii, bo Sprawa /wyzwolenia konopi/ to także owa profilaktyka, do tego dorabia ostatnio na pestkach, co również jest zajęciem godziwym. Bo choć pestka to jeszcze nie ziele /tak jak zygota to jeszcze nie dziecko/, jednak oleum zawiera, a czy Iskra Jah w niej zaistnieje, to już problem ogrodnika.
Aha. Gdyby ktoś chciał zapytać, to odpowiadam, że Ula ziela nie używa. Może użyje kiedyś wariantu "medical", ale na razie jest zdrowa. Ziela nie używała nigdy, zwłaszcza będąc praktykująca ćpunką, bo jak większość praktykujących ćpunów, zielem gardziła. Obecnie nadal nie używa, bo nie lubi. Ale ma na tyle endogennego oleum w głowie, by nie dyktować innym, co mają lubić, czego nie. Zresztą mnóstwo zwolenników legalizacji ziela nie używa go, mają mimo to wspomniane oleum, więc rozumieją, dlaczego ziele powinno być legalne. Żeby w przyszłości było mniej ćpunów na świecie oraz bałwaństw, które z tego ćpuństwa wynikają. Rzecz jasna legalizacja MJ nie jest warunkiem dostatecznym, ale koniecznym, by tak się właśnie centralnie wreszcie stało.
No, i właściwie tyle. Marsz dotarł do jądra ciemności podłej zmiany, pod sam komitet centralny. De facto nic do tego jądra nie dotarło, bo dotrzeć nie mogło z definicji, ale w klimacie pozytywnej energii spotkało się sporo sensownych ludzi, zaś tak spędzony czas w tak zacnym gronie na pewno nie był czasem zmarnowanym.
Bayo Ula, spotkamy się za rok i życzmy sobie wzajemnie, tudzież urbi et orbi, by następny Marsz był marszem ostatnim, a kolejne były zbędne.
Mamy prawo do szczęścia!
Nie mamy jednak szczęścia do prawa... i sprawiedliwości.
Oby się to szybko zmieniło.
Sadzić! Palić! Zalegalizować!