Pokazywanie postów oznaczonych etykietą okolicznościowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą okolicznościowe. Pokaż wszystkie posty

14 lipca 2026

Był sobie kot

Zasadniczo nie uprawiam bloggin' classic, od dawna już zajmuję niszę blogowania literackiego, które jest dość elitarne, bo niewiele osób tak umie. Niewiele osób też pojmuje takie teksty, bo jak wiadomo, literatura nie jest dla idiotek/ów. Więc jeśli ktoś liczy na liczną frekwencję na forum, na duże grono czytających, to się przeliczy. 
No, ale do rzeczy. Odbyła się taka rozmowa:
- Napiszesz o tym na blogu?
- Nie. To są sprawy prywatne.
- Ale pisujesz czasem o kotach?
- Czasem. Ostatnio rzadziej, niż czasem.
Ale tu zostałem trafiony w miętkie, bo jak by nie było trafiła się okoliczność, aby coś takiego popełnić. Więc jedziemy w te okręty:
Lucjan to czarny kot rasy europejskiej, krótkowłosej, chyba najliczniej występującej na tym kontynencie. Przez wiele lat mieszkał sobie u mojej Mamy na drugim piętrze kamienicy wielkiego miasta. Znałem się z Luckiem świetnie, gdyż podczas jej wyjazdów na kilka dni przeprowadzałem się do tego mieszkania, tak dla czystej wygody, aby mieć oko na kota. Wiadomo, bazowe sprawy, czyli micha, kuweta oraz ludzkie towarzystwo. Bo wbrew stereotypom, większość kotów jest dość towarzyska, aczkolwiek realizują one to po swojemu. Poza tym Lucek to kot specjalnej troski, aczkolwiek mniejszego kalibru, więc zasadniczo tak niewiele jej potrzebuje. Pierwszy powód to dysplazja bioder, której skutkiem jest nieco gorsza kocia mobilność. Ale coś za coś. Lucek umie taki numer, którego nie widziałem nigdy w wykonaniu żadnego dorosłego kota. Jest to przewrót przez głowę, zwany popularnie fikołkiem, który ma miejsce w chwilach najlepszego kociego nastroju. Druga sprawa to kwestia michy. Otóż Lucek za wczesnego młodu miał nieco kłopotów natury urologicznej, więc został przestawiony na medyczną karmę typu urinary. Tą karmę dostawał wyłącznie, więc po pewnym czasie tak się na nią uwarunkował, że przestał postrzegać jako jedzenie to, co postrzega większość kotów. No, ale że większych problemów potem z tym nie było, więc nie ma co dalej rozwijać tematu.
Za to zaistniał inny problem, mianowicie z Mamą. Streszczając temat ograniczmy go stwierdzenia, że ta owa jego opiekunka ostro zachorowała, po czym trafiła do szpitala. Wtedy siłą rzeczy ja się przeprowadziłem do tego mieszkania, tylko tym razem nie na jakieś dwa, trzy dni, tylko na czas nieokreślony. Do chwili, aż sprawy się wyjaśnią. Wreszcie sprawy się wyjaśniły, ale tak się wyjaśniły, że Mama już do domu nie wróciła. Zaś po kilku dniach zamieszania ja wróciłem do siebie, ale zabrałem też kota, to było oczywiste. Tam zaś Lucek poznał nowy, inny świat, stał się też kotem wychodzącym na dwór, aczkolwiek pod pewnym dozorem kontrolującym sytuację. Poznał też innego kota, dokładniej zaś kocicę. Bo nas od lat są jakieś koty, dom bez kota to głupota. To był dla Lucka chwilowy szok, bo do tej pory pojęcia nie miał, że istnieją jeszcze jakieś inne koty. Niemniej jednak...
Koty mają to do siebie, że bardzo nie lubią zmian swojego otoczenia. Za to jednak, gdy zmiana się utrwali, to szybko się adaptują. Tak więc Lucek też się jakoś adaptował, zaakceptował swój nowy dom, tudzież nową koleżankę. Nie było to jakieś zażyłe kolegowanie się, ale drak też raczej nie było. Za to wyszła bardzo ciekawa sprawa. Otóż kocia karma medyczna ma to do siebie, że ma sporo dodatków smakowych. Tak musi być, bo inaczej żaden kot nawet by na nią nie spojrzał. Ale te dodatki powodują, że kotu się odmienia, że to jedzonko staje się bardzo atrakcyjne. Także dla kotów, które jej nie potrzebują. Więc dla nowej koleżanki Lucka również, zaś ze względów ekonomicznych trzeba było pilnować, aby mu jej nie wyjadała.
No, ale jedziemy dalej. Otóż po jakimś roku nastąpiła kolejna gruba zmiana. Mianowicie wielka przeprowadzka na wieś na drugim końcu kraju. Wieś? Wieś to mało powiedziane. To jest wiocha zabita dechami, gdzie przysłowiowe psy dupami szczekają. Tu pomińmy kwestie tej zmiany dotyczącej ludzkiej części rodzimy, bo tematem tej pracy jest kot. Otóż kot Lucek trafił nagle do kociego raju. Kawał naprawdę wielkiego terenu do jego dyspozycji, bardzo bezpiecznego zresztą, gdzie ruch aut jest wręcz symboliczny. Zaś jak wiemy, to owe auta są największym wrogiem kotów. Jednak Lucek nie do końca korzystał ze wszystkich dobrodziejstw tej sytuacji. Od dziecka był ostrym domatorem, więc zbyt daleko nigdy się nie zapuszczał, zaś większość czasu spędzał na ulubionej kociej czynności. Czyli na eksploatacji łóżka. Zaś gdy nie spał, był aktywnym eksploratorem okolic domu lub głośno mruczącym kumplem. Miał jeszcze drugiego kumpla kota, wspomniałem też coś na temat koleżanki, ale to już osobna historia, warta być może osobnego opracowania, jak koty działają w grupie. 
Tak minęło jakieś ponad pięć lat. W pewnym momencie jednak Lucek zaczął się zachowywać bardzo nietypowo. To, że sypiał dziennie jeszcze dłużej, niż zwykle nie było jeszcze niczym aż tak bardzo dziwnym. Dziwne za to było to, że przestał jeść, ale zaczął tyć. Nietypowo jednak tyć. Bardziej puchnąć po bokach. To już wystarczyło, aby capnąć Lucka do kontenera, po czym pojechać do weta. Na miejscu sprawy nie wyglądały dobrze. Zapalenie otrzewnej, ale od czego się tak porobiło? Badania wykluczyły nowotwór, wykluczyły też, choć nie na sto procent FIP, bardzo paskudną wirusową chorobę kotów. Potem dalsze badania, terapia lekami raczej w ciemno, czas płynął, ale nic nie szło ku lepszemu. Zaś Lucek, wciąż odmawiający jedzenia, słabł dzień po dniu. Wyraźnie też cierpiał, choć po kotach tak łatwo tego nie widać. Nadszedł więc moment, którego nienawidzi większość opiekunów kotów, psów, czy innych zwierzaków będących członkami rodziny. Czas decyzji, czas ostatniej jazdy do weta. To po prostu trzeba było zrobić. Inne opcje nie miały już sensu.
Lucjana pochowaliśmy w zeszły poniedziałek. Miał piętnaście lat.

01 kwietnia 2026

TWO in ONE - dobra i zła wiadomość /tanka/ + /chwilówka/

Abrakadabra
Zamykamy ten serial
Koniec Czarownic
Dla jednych wielka radość
Dla drugich wielki smutek
NIGDY NIE PRZEGAPIAJ OKAZJI, ABY SIĘ ZAMKNĄĆ
/jakiś mądry wujek/
dlatego więc nie odpowiadamy na komentarze, chyba że...

08 marca 2026

TO ŚWIĘTO PRZEDWIOSENNE /trójtanka + haiku/

Ma być jak inne
Inne mają być jak on
Ósmy dzień marca
Roszczeniowej księżniczki
Nadzieja wyleczenia
Krągłość dłoń pieści
Ciepła słodycz wilgoci
Usta spragnione
Ulubionej zabawki
Prezent dla niej najlepszy
Balsamu krople
Zdobią jędrne pagórki
Uśmiech na twarzy
Oziębłej feministki
Cud przemiany nastąpił
👉
Mimo genialności swej konstrukcji kobieta niekoniecznie zawsze bywa idealna.  Czasem bowiem trafiają się jej dysfunkcje rozmaite. Chwilowe lub co gorsza przewlekłe. Zdarza się nawet kilka na raz. Powyżej skupiliśmy się akurat centralnie na dwóch. Na czym polega roszczeniowy księżniczkizm tłumaczyć chyba za bardzo nie trzeba. Objawia się on tak, że dupencja wymaga szczególnych relacji damsko męskich. On ma jej dawać wszystkie materialne dobra, jakich ona tylko zapragnie, starać się przy tym, o względy jej zabiegać, ona zaś za to nie musi nic, co najwyżej udzielić swoją łaskawą obecność mu może. Za to nieco wyjaśnień wymaga oziębły feminizm. Jak wiadomo, nie istnieje jedna odmiana tego ruchu. Jest wiele nurtów czy też odmian. Ten jednak mimo swej nazwy nie jest takowym, co najwyżej jego patologią. Bowiem zamiast dążyć do polepszenia bytu kobiety steruje na jego psucie oraz psuje wizerunek samego feminizmu. Jak to działa? Otóż zdarza się nieraz, że kobieta swą urodą, tudzież domniemanymi walorami umysłu zasłuży na męską sympatię. Ale gdy ten, czy ów zapragnie jej to cieleśnie okazać, nagrodzić ją, ona staje się paniusią pełną fochów, pretensji o to, że jest traktowana jak rzecz. Nieraz posuwa się nawet do zarzutu, jakoby była molestowana, gdy ktoś wyrazi uznanie piękna jej lub jakiegoś jej fragmentu. Ciekawym zjawiskiem jest podejście takich pseudofeministek do filmów dla dorosłych. Według nich branża ta uprzedmiotawia kobietę, co jest fałszem, bo jest całkiem odwrotnie, to mężczyzna jest obiektem, narzędziem, maszynką. Niektórych panów takie panie często frustrują swoją postawą, ale jedynym sensowną reakcją jest akceptacja faktu, że skoro taka paniunia czegoś nie chce, to po prostu nie dostanie. Powyższy wywód wyjaśniający kończymy życzeniami świątecznymi, krótko poetycko wyrażonymi, do Pań wszelkich targetowanymi.
👉    
Słowo niedzielne
Niezdrowym kurować się
Zdrowym tak trzymać
💚💛💗
Ogłoszenie: Druga część opowiadania "Bankiet", kończąca je, jak najbardziej rzecz jasna się ukaże jako następna po tej publikacji.

19 grudnia 2025

WEEKEND WIEDŹM I DZIEŃ POWROTU SŁOŃCA

- Byłam w salonie piękności.
- Widzę, że było zamknięte?
🌵 😏 ❓
Chociaż przy stoliku w Pleciudze siedziały tylko cztery czarownice, kelnerka znając stałe czwartkowe klientki zapytała domyślnie:
- Pięć i rurka?
Pięć pleciugato, a rurka z bitą śmietaną dla Maliny.
- Nie, tylko cztery.
- Koleżanki ma nie być?
W innych uwarunkowaniach to pytanie ze strony kelnerki można by uznać za niezbyt bardzo taktowne, jednak ta akurat była już na tyle zakolegowana, że problem z niczego nie zaistniał. Roxy, bo to ona akurat była przy piłce odparła:
- Koleżanka ma zaraz być, ale ostatnio wcale nie używa kawy. Dla niej poprosimy smufi. Może takie z tą, no...
Mala, jak to Mala próbowała pomóc:
- Z salmonellą?
- Nie dzikusko! Ze spiruliną.
- A ona może? Zresztą jak nie może, to ja wypiję.
- Dobrze. Żeby pani nie trzymać, to cztery pleciugato i to jedno smufi. Jak przyjdzie zaraz, a się okaże, że jej nie pasuje, to coś sobie domówi. Bo my już nie wiemy, co ona może, co nie może.
Malina oderwała się na chwilę od srayfona:
- I ta moja rurka!
Pani Renata, bo tak miała na plakietce pokiwała głową.
- Chyba już rozumiem. Koleżanka jest w ciąży?
- Trafione, zatopione, brawo pani Renia. Ona nawet marychy nie używa ostatnio, tak jej ta ciąża padła na mózg. Tak się porobiło.
- Jak byłam w ciąży to też kawy nie piłam. Ale zielsko jarałam. Tak kontrolnie, jak wszyscy. Bo czy istnieje inne jaranie zielska? Za to dzieciak jest okay. Już mam skargi z przedszkola, że koleżanki maca i nie chce się uczyć katechuj... No, tego tam... A zresztą.
W tym momencie kelnerka przerwała, chyba poczuła, że jest jednak w pracy i szybko odtuptała. Za to pojawiła się Anita. Choć szła swoim dystyngowanym krokiem kobiety z klasą, to mimo tego coś było nie tak. Albo bardzo tak, bo pierwsza zareagowała Malina:
- Hej, bratowa. Masz aurę, jak po porządnym rżnięciu.
- Żebyś wiedzała. Aż za porządnym. Wszystko mnie boli, cipa, japa, dupa, nie wspomnę innych miejsc, które mi twój bro wymiętosił.
- Co was tak naszło nagle?
- To raczej mnie bardziej naszło, przecież Borek ma wtedy mało do gadania, gdy mnie najdzie. Bo tak sobie pomyślałam tuż przed fajrantem, że dawno tego nie robiliśmy w robocie. Przez pierwszy rok bycia razem ganialiśmy do kibla prawie codziennie na szybki numerek. Potem się trochę ustabilizowaliśmy, wreszcie jakby za bardzo. To mnie właśnie naszło.
Roxy spytała szybko:
- W schowku na odkurzacze, czy właśnie w kiblu?
- Ani tu, ani tu. U mnie w pokoju, w gabinecie szefowej działu logistyki. Jest dobrze umeblowany do takich akcji. Przecież wtedy już prawie nikogo nie ma w firmie, więc mieliśmy pełen komfort.
Wtedy Mala przejęła piłkę:
- Zamówiłyśmy ci smufi. Takie z salmonel... Wróć! Ze spiruliną. Tylko tu był kłopot. Bo my nie wiemy, co ty możesz, czego nie.
- Czekaj, zaraz spojrzę. Tu mam taką ściągawkę od Ziry.
- Od Ziry?
Ruda pospieszyła z wyjaśnieniami:
- To jest ta jej koleżanka z zakonu Benges.
- No.
Przytaknęła Anita i dodała:
- Bo ja ostatnio dość psychopatycznie dbam o siebie. Ogarnęłam sobie dwie listy zaleceń i zakazów. Jedna, taka mniej jasna, jest na podstawie witchnetu. Drugą mam właśnie od Ziry. Obie są dość podobne, ale ta druga jakby bardziej klarowna. Na przykład kawa odpada, ale poszłam jeszcze dalej. Nawet Ziela nie używam.
- A co z Sally? Na sabacie w niedzielę jaramy Sally, więc...
Malina zaczęła, ale Roxy jej przerwała:
- Nic nie jaramy. Są dwa nowe wapery na stanie. Gadaj po ludzku.
- Tu masz rację. Ale nie wiedziałam, myślałam o faji.
Roxy miała rację, bo waperów, wapków, waporyzerów się nie jara, tylko wapuje. Takim wapkiem jest na przykład e-papieros, więc jeśli ktoś mówi, że się pali e-papierosa lub iqos'a, to tak, jakby powiedział, że jest idiotą. Poważnym zresztą. Palić e-papierosa można co najwyżej w piecu lub ognisku, jak się go tam wrzuci.
Tymczasem Nita zajrzała do pliku kartek wyjętych z torebki.
- Sally odpada. Tak w ogóle, to każdy gatunek szałwi odpada. Nawet taka popularna, na płukanie stanów zapalnych. Aha, skoro na temat sabatu, to robimy tak, że jutro nie czarujemy. To chyba oczywiste, skoro w niedzielę ma być kwartalny. Strasznie fajna pora zresztą - szesnasta zero trzy, jak któraś jeszcze nie wie. Ma być Ciocia Lala z tą swoją Różą, chce jej zrobić inicjację na koniec szkolenia. Ma być jeszcze parę innych sióstr, choćby Gotki. Będzie też wspomniana Zira od Benges. Za to nie będzie mnie. Chyba rozumiecie, za dużo się będzie działo, jak na mnie. Taka sytuacja, przejściowa na szczęście.
- Mnie też nie będzie.
To dorzuciła wciąż milcząca dotąd Kaśka budząc zaciekawienie Rudej, która szybko spytała:
- Co? Ty też jesteś w ciąży? Coś nowego.
- Za szybko myślisz. Nie jestem. Ale nie mam ochoty na Sally, co zresztą jest tu najmniej ważne. Centralnie to poprosiłam niedawno Nitkę o drobne doszkolenie. Taka mnie potrzeba nawiedziła. Jak wy będziecie na haju, to my we dwie zrobimy sobie taki mały sabat równoległy, edukacyjny.
Jak pamiętamy, to gdy u Kaśki odkryto moc, gdy ją Lalka urobiła na zajęcie się czarami, to bazowe szkolenie przechodziła pod patronatem Anity właśnie.
Wtedy zapytała Mala:
- To wibracje się nie sprzęgną?
- Sprzęgną. Dlatego wy działacie u mnie w domu, a mnie Kasia zaprasza do siebie. Ale wieczorem na after party wrócimy. Za to Mala popełni honory pani domu. Żadna inna tak dobrze tego nie ogarnie. To nie jest sekret.
Anita przerwała, ale jeszcze nie skończyła.
- Za to jutro po południu jadę do wioski Benges. Ruda jedzie ze mną, ale może któraś jeszcze chce? Turbinko, może ty masz ochotę powspominać? Jak to dziewczęciem będąc usmarkanym uczyłaś się kombajn ogarniać? Wracamy w sobotę wieczór, może w niedzielę rano.
Jak pamiętamy Mala spędziła tam kiedyś około roku.
- Chętnie, ale odpada. Łukasz przyjeżdża do miasta. Od piątku po południu do niedzieli w południe nie schodzę mu z siusiaka. Plus różne przerwy rzecz jasna. To będzie długi stosunek przerywany ileś tam razy.
Zaśmiała się z własnego dowcipu, za to Malina wtrąciła:
- Ja też nie mogę. Obiecałam Mariolce, że całą sobotę mam dla niej. Trochę ostatnio byłam zajęta, jej kosztem zresztą, więc...
Wtedy odezwała się Kaśka:
- Ale za to ja chętnie pojadę. Raz, że turystycznie, tak dla odmiany, dwa, że chętnie spotkam tą małą, co ją kiedyś tam wysłałam. Dasiek się nudził nie będzie, ma Borka i Miśka wolnych do dyspozycji, kupią sobie piwska, będą mieli swój bal samców. Da się im Ziela na odjezdnym, to się nie upiją.
- Borek się nigdy nie upija, nawet jak nie ma Ziela.
Stwierdziła Anita, zaś Roxy dodała:
- Mój Misiek też pije odpowiedzialnie, bo ja mu tak każę.
Jak wszyscy wiemy, kaśkowy Adaśko przebijał wszystkich. Był mutantem, który nie metabolizował narkotyku zawartego w piwie, bez względu na spożytą ilość. Ten dobrotliwy olbrzym miał pełne prawo nie kłamiąc deklarować, że pije tylko dla smaku. Bo jak również wszyscy wiemy, większość takich smakoszy łże, gdy to mówi. Ale to już było kiedyś omawiane...
Tymczasem Malina nagle spytała:
- Nitka, a po co ty tam w ogóle jedziesz?
- Bo chyba tam się rozwalę, jak donoszę. Pewnie nie wszystkie wiecie, ale one mają ponoć najlepszą porodówkę. Lepszą, niż te wszystkie zagramaniaczne kliniki. Tam się rozwalało sporo innych naszych sióstr, od nich to wszystko wiem. Tam mi cipy nie popsują. Roxy ma być wtedy przy mnie, więc obie chcemy zobaczyć, jak to wygląda. Teraz już wszystko wiecie.
Takim sposobem wiedźmy miały już ustalony z grubsza plan na cały nadchodzący weekend. Przeszły więc do takich zwykłych babskich tematów, nie tylko dla czarownic zastrzeżonych. Zostawmy więc już je samym sobie, przejdźmy za to do pewnych ogłoszeń parafinowych, czy jakichś tam innych:
Otóż jak co roku redakcja bloga zaczyna Święta według kanonów religii naturalnych, czyli od chwili Przesilenia Zimowego, po czym świętuje do któregoś tam stycznia. Aż samo jakoś tak wygaśnie. Wtedy nie pojawi się kolejny odcinek cyklu o czarownicach. Ale to nie oznacza, że nic się nie będzie działo na tych łamach. Prosimy traktować to jako ogólny, mega zagadkowy, nic nie spojlerujący konkretnie spojler. Zaś na sam koniec krótko i na temat:
ROŚNIJCIE W SIŁĘ I BAWCIE SIĘ DOBRZE ❗
UDANYCH, SATYSFAKCJONUJĄCYCH ŚWIĄT ❗
🌲 💛 🍓

23 lipca 2025

NÓW TO DZIWNE SŁOWO /tanka żałobna/

Księżyc zanika
Każda chwila to pora 
Na umieranie
Rewolucja w umysłach
Gadać się nie chce wcale

17 lipca 2025

ATROPOS /haiku takie/

Lipcowy ranek
Randomowy ciach akcji
Tak to się dzieje
= = = = =
"Jak zimpretujesz, tak się wyśpisz"
/Joanna Kołaczkowska (RIP)/

17 kwietnia 2025

Urodziny

To niekoniecznie powinno być dzisiaj, ale Zioło, medyczne rzecz jasna, bo każde jest medyczne, ma tą magiczną moc, że modyfikuje czas, innymi słowy wysławiając uprawdziwia nam czas, który okazuje się być kwestią umowną.
To teraz się umawiamy, że dziś jest dwudziesty drugi kwietnia, więc Iza ma urodziny. Które? Jak zwykle te same. Dżentelmen takich pytań dupeczkom nigdy nie zadaje. No!
Też Ją kiedyś chciałem pocałować...
Jednak dość już gadania, teraz słuchamy i oglądamy. Nie myślimy, myślenie podczas percepowania sztuki to syf. Tak się nie robi.
Szczerze? Niewolnice są nudne.
Żeby nie było, to tego stuffu jest więcej, ale ja nie tworzę dla idiotek, czy też idiotów, którzy nie umią sobie znaleźć w necie hitów zacnej i nadobnej Izy. Tak?

08 marca 2025

Skromnie, ale konkretnie

Drogie Panie, dziś ósmego marca życzeniowo zrobimy tak:
1. Jeśli nie chce Wam się iść do sklepu, to niech tak zostanie.
2. Jeśli Wam się zachce, to niech się Wam tego odechce.
3. Jeśli jednak, mimo wszystko pójdziecie, to kupcie sobie tylko to, po co tam poszłyście, nic więcej poza tym.
4. Jeśli z kolei poszłyście tylko sobie popatrzeć, to vide punkt 2. Na świecie jest mnóstwo fajnych rzeczy do oglądania, fajniejszych niż jakieś grzmoty, które są Wam kompletnie niepotrzebne.
💗💛💚
Zaś tak przy okazji, to:
5. Zaoszczędzone w ten sposób pieniądze proponujemy przekazać na jakiś cel dobroczynny, konkretnie zaś na pomoc naszej supah zacnej i nadobnej Mistrzyni Świata, która obecnie ma pecha natury zdrowotnej, więc nieźle byłoby coś zrobić z tym, jakoś poprawić tą niezbyt fajną sytuację za pomocą wspomnianego fenickiego wynalazku. 

12 lutego 2025

MOTYLE, MRÓWKI, SZERSZENIE...

Tego czwartku podczas spotkania w Pleciudze Mala robiła wrażenie jakby kompletnie nieobecnej. To znaczy była obecna, ale na pewno gdzieś indziej. Oczami była wpatrzona w telefon, po którym maćkała jedną ręką, zaś drugą... Drugą też maćkała, ale już na pewno nie po wyświetlaczu tegoż urządzenia. Pozostałe wiedźmy toczyły standardową babską rozmowę o niczym, jednak co chwila zerkały na Turbinę i wymieniały między sobą pełne życzliwego zrozumienia spojrzenia. Wreszcie siedząca obok dziewczyny Roxy trąciła ją łokciem mówiąc:
- Houston do Mali. Sprawa jest.
Zero reakcji. Anita spróbowała inaczej:
- Ej, Młoda, is anybody home?
Zero odpowiedzi. Piłkę przejęła Malina:
- Turbinko kochanie. Wróć do nas na chwilę. 
To też nie zadziałało, więc do akcji wkroczyła Kaśka. Nic nie powiedziała, po prostu sięgnąwszy ponad stolikiem zdecydowanym ruchem zabrała Mali telefon. Co już wywołało jakiś dość konkretny efekt:
- Nocooo?
- Wiadro! Mireczek poczeka sekundę. Zaraz do niego wrócisz, ale najpierw koniecznie musisz coś ważnego wiedzieć. 
- Niby co?
- Wyszło nam, że jutro ja prowadzę sabat u Nity, a ty masz mi asystować. Znasz dobrze zasady. Na którą wypadnie na tą bęc.
Zapadła chwila ciszy. Mala rozejrzała się po siostrach oczami większymi, niż przeważnie mają bohaterki hentai penetrowane ostro i nader dokładnie przez krakeny w ramach gangbangu. Wreszcie wykrztusiła:
- Czy was kurwa pociućkało? Jaki znowu jebany sabat? Przecież jutro są Walentynki! Tak, czy nie tak?  Bo zaraz coś sobie o was głupiego pomyślę. 
Znowu zapadła chwila ciszy, ale teraz jakby takiej nieco napiętej. Wreszcie pierwsza ciśnienia nie wytrzymała Malina:
- Prank!
To uruchomiło zbiorowy wybuch śmiechu, zaś Mala sięgnęła po swój telefon trzymany wciąż przez Kaśkę mówiąc z jakby nieco udawaną powagą:
- No! Chyba, że tak...
Po czym znowu przestała być obecna przy stoliku...

29 grudnia 2024

CICHA NOC, WESOŁA NOC

Oczy Anity, do tej pory przymknięte w błogim rozmarzeniu nagle otworzyły się szeroko. Czarownica uniosła nieco głowę mówiąc:
- Słodziaczku, nie dłub mi tam przez moment.
Po czym nie czekając na reakcję chwyciła Borka za nadgarstek, odsunęła na bok jego rękę i zacisnęła uda. Ten spojrzał na nią jakby nieco zdziwiony, zaś Nita zaczęła rozglądać się na boki z taką miną, jakby czegoś nadsłuchiwała. Trwało to jakąś chwilę, wreszcie jej głowa opadła na poduszkę:
- Już dobrze. Kontynuujmy.
Uda czarownicy rozchyliły się, a jej dłoń ściągnęła jego dłoń tam, gdzie była ona przebywała poprzednio...
Jakiś czas potem oboje siedzieli przy stole popijając kawę, wreszcie Anita sięgnęła po telefon:
- Ruda? Jest sprawa...
Reszta była dla Borka nieczytelna, gdyż wiedźma przeszła na hisslang, czyli na tajny język czarownic. Tak dokładnie, to nie był to do końca język, tylko pewien sposób kodowania zwykłej mowy. Coś tak jak stenografia, lecz nie pisana, tylko artykułowana głosem. Ten kod miał tą zaletę, przynajmniej teraz dla Borka, że rozmowy nim procedowane trwały sporo krócej, niż normalnie. Pojedyncze syknięcia, czy inne podobne dźwięki były mocno spakowaną porcją danych, co dawało sporą oszczędność czasu. Mimo to kilka rozmów, które przeprowadziła Anita trwało dobre ponad pół godziny. Wreszcie jednak odłożyła telefon, poszła do łazienki, zaś gdy wróciła oświadczyła:
- Mamy czas do południa. Wracamy do łóżka.
- Dlaczego do południa? Dziś niedziela.
- Oj chodź, nie myśl teraz o tym...
Obiekcje Borka miały pewne drobne uzasadnienie. Mimo, że oboje zawsze znajdywali jakiś czas dla siebie, to niedziela była dniem wyjątkowym, wtedy inne sprawy kompletnie znikały. Ale już po chwili Anita zmusiła go całą sobą, aby wykonał jej polecenie, czyli przestał myśleć na ten temat...
Wspomniane południe w końcu jednak nadeszło. Gdy Borek wstał, rzucił wiedźmie telefon po drodze do łazienki, ona zaś zaczęła robić sobie selfie, mruknąwszy uprzednio:
- Lustereczko powiedz przecie... Następne do kolekcji.
Gdy wrócił rozchichotana zamachała mu aparatem mówiąc:
- Ruda posra się z zazdrości, gdy to zobaczy.
Borek wzruszył ramionami i machnął ręką z udawaną rezygnacją. Od dawna już miał przyjęte do wiadomości, że nic z tym nie zrobi. Anita i Roxy, gdy były razem, tylko we dwie, to bardzo poważnie traktowały zasadę, że prawdziwe przyjaciółki nie mają przed sobą żadnych tajemnic. 
Wreszcie jednak chichot ucichł, a wiedźma oświadczyła:
- Kochanie, teraz posłuchaj mnie uważnie. Jak tylko wcucnie mi się ta maseczka od ciebie, to twoja Pupcia się ogarnia higienicznie, ubiera ciepło, po czym wychodzi. Ale do zmroku jestem z powrotem. A mój Słodziaczek przez ten czas zrobi jakiś fajny obiad. Tak? Może tak być?
Zanim Borek zareagował dodała:
- Wszystko wyjaśnię gdy wrócę. No nie, może nie wszystko.
- Rozumiem, babskie sprawy...
- Powiedzmy. Ale nie tylko.
Jak powiedziała, tak zrobiła. Pomińmy już detale następnej połowy godziny, niech wystarczy stwierdzenie, że tak się szparko uwinęła, iż Borek nagle został sam w domu. Plus obiad, którego jeszcze nie było, ale miał być.
= = = = = =
Na obrzeżach miasta znajdowało się stare, opuszczone już sportowe lotnisko. Tajemnicą było, dlaczego jeszcze do tej pory nie zajęli się tym terenem deweloperzy, ale tak naprawdę, to niewielu ludzi to interesowało. Letnią porą zwykle coś tam się działo, teraz jednak nikt tam nie zaglądał. Za to gdyby zajrzał tej niedzieli, to może by go zaintrygował zjazd wielu aut, prywatnych, czy też taksówek. Ale nikogo takiego nie było, może tylko poza kilkoma taksówkarzami, ale ich to wcale nie interesowało. Mieli zapłacone za czekanie, to czekali zabijając czas gadając między sobą o niczym. Zaś na samym lotnisku, nie na pasie startowym, ale nieco obok zebrała się... Rzesza to może za dużo powiedziane, ale spora grupka kobiet. Uważny obserwator, gdyby taki się pojawił, zauważyłby dwie szczególnie aktywne panie, rudą oraz szatynkę, które wyraźnie dyrygowały tą grupą. Była jeszcze trzecia, blondynka, wyraźnie roześmiana całą sobą, która obchodziła to skupisko rozsypując po trawie coś z dużej torby. Gdy dołączyła do reszty, całe to zgromadzenie nagle po prostu zniknęło. Ta sytuacja trwała dobre kilka minut, ale zanim kierowcy taksówek zajęci skrzętnie swoimi kanapkami, termosami, papierosami, tudzież pustym gadaniem zauważyli, że coś może być nie tak, kobiety znów się pojawiły. Po czym zaczęły się rozchodzić, pojedynczo, czy też parami, trójkami, do swoich aut oraz do wspomnianych taksówek. Na miejscu zostało może tylko kilka na jakieś trochę dłuższe pogaduchy, ale ten stan rzeczy również po chwili przestał istnieć, zaś po paru minutach cały teren stał się znowu pusty.
What da fuck? Co to kurwa było? Być może stałe czytelnictwo cyklu się czegoś domyśla, ale mus literacki wymaga, aby wyjaśnić temat wszystkim. Owe panie zebrane na terenie zielonym to nie były takie sobie zwykłe panie, bezmocki, tylko czarownice, inaczej wiedźmy tworzące kocioł. Kocioł to taki krótki, szybki, wręcz błyskawiczny sabat, który zbiera się czasem, gdy trzeba coś konkretnie wykonać, do czego potrzeba nagłego skupienia mocy do tego wykonania. Dobrym przykładem takiej akcji jest opisana tu kiedyś sytuacja na cmentarzu, której wynikiem zła wiedźma Pamala straciła życie, zaś jej córka Mala, niejako skutkiem ubocznym, odrodziła się na nowo. Ta córka zresztą była też na lotnisku, to ona właśnie sypała, zwykły piasek zresztą, dookoła całej grupy, jak już wiadomo zawsze aktywna, zawsze chętna do wszelkiej pomocy, zawsze obecna tam, gdzie jest coś do zrobienia. Zaś samą grupą sterowały, to akurat łatwa zagadka, Anita i Roxy. Kopuła niewidka również była nieraz wspominana w innych opowiadaniach.
No dobrze, ale czemu miał służyć ten kocioł na lotnisku?
Cierpliwości. To się wyjaśni we właściwym momencie.
= = = = = =
Anita rzecz jasna dotrzymała słowa. Wróciła do domu przed zmrokiem, po czym zamknęła się w łazience. Ale nim to zrobiła Borek zdążył spytać:
- Chcesz teraz jeść? Znaczy jak wyjdziesz?
- Jak wyjdę, to...
Tu przerwała i spojrzała zalotnie na niego:
- Najlepsza miłość jest na głodniaka. Przecież wiesz...
Obiad zjedli na kolację.
 
W poniedziałek nie działo się nic nadzwyczajnego, przynajmniej wartego tu opisania, za to we wtorek, w ostatni dzień roku... Hm... Zaczęło się na razie spokojnie. Oboje pojechali grzecznie do pracy, ale wyszli stamtąd już około południa, jak wszyscy zresztą, włącznie z naczelnym szefostwem, któremu też się nie chciało robić, więc wyszło jako pierwsze dając odgórny przykład całej firmie. Za to gdy oboje zajechali do domu...
- Słodziaczku, o której mamy być u Maliny?
Pytanie miało swój sens, bo tam miała być impreza sylwestrowa.
- Noo... Jakoś tak...
Imprezy sylwestrowe zwykle tak mają do siebie, że zaczynają się jakoś tak, więc Anita dalej nie drążyła tematu. Mimo to wzięła głęboki oddech, co jak wiadomo było wstępem do nieco dłuższej przemowy, której przerwanie groziło czymś strasznym dla słuchaczy.
- Kochanie. Jest godzina druga, więc mam mało czasu, żeby się porządnie wylaszczyć. Potrzebuję spokoju, skupienia, czystego umysłu. Więc nie plącz mi się pod nogami, a najlepiej to zniknij mi gdzieś. Idź sobie na piwo... Nie, na piwo nie. Idź może do kina, na spacer, na grzyby, do czytelni, do zoo, do muzeum, po prostu spierdalaj mi stąd.
Borek posłusznie wyszedł bez słowa, tylko na odchodnym chwycił laptopa ze stołu. Daleko zresztą nie zaszedł, bo mu się nie chciało. Usiadł sobie na dole w salonie, po czym odpalił jakąś grę. Gdy doszedł do któregoś tam levela, zaś za oknem od kilku godzin było już porządnie ciemno usłyszał:
- Słodziak, jesteś tam? Wiem, że jesteś.
- No?
- To chodź tu na górę. Jestem gotowa. 
Poszedł, znaczy wszedł.
- Wow!
Trudno powiedzieć, co zrobiło na nim większe wrażenie. Czy jego kobieta, czy sajgon ciuchów oraz innych tym podobnych rzeczy porozrzucanych po całym pokoju.
- Tam się nie patrz. Potem to posprzątamy.
- My???
- Oj, nieważne. Tu się patrz, na swoją Pupcię.
- No...
- Prawda? Dupy klękają, gamonie się spuszczają!
- Mnie już chyba stoi. Mogę dotknąć, pomacać?
- No pewnie, nawet się poocieraj. Ale tak kontrolnie. I bez lizania mi dzioba.
- To co? Jedziemy?
- Tylko ogarnij się jakoś, wrzuć coś szybko na siebie, bo jak ty wyglądasz? Jak jakiś nerd korpoludzki, nie przymierzając. No, ruchy! Czas operacyjny jedna minuta i spotykamy się w aucie.
= = = = = =
Na imprezie u Maliny było tak, jak Borek sobie pomyślał, ale nie powiedział. Wszystkie panie były tak wylaszczone, że dupy klekają, a gamonie... Tego tam. Zwłaszcza Kaśka, który nigdy się nie laszczy, zawsze jest tak samo Piękna, zwłaszcza jak komuś spuszcza bęcki. Zaś po takich bęckach jej ciuch zawsze nienagannie wcina się tam gdzie trzeba, tudzież opina to, co należy. Ale zostawmy te detale, a sama impreza, jak to impreza. Jest muza, jest trawa, jest dobra zabawa. Było też coś do gardła, coś do nosa, ale kontrolnie, bo jak wiadomo, kto jara Ziele dopala niewiele. Do dyskusji za to było, kiedy Lalka ma zrobić tradycyjny już striptiz, czy przed północą, czy po, gdy cała załoga rozłazi się po chacie. Wyszło, że przed, jak zwykle zresztą znakomicie, do tego podwójnie, bo zrobiły to duetem, ze swoją Mariolką. Za to gdy już po występie obie panie wciągnęły majtki na pupy, plus całą resztę garderoby, puknął pierwszy korek, potem kolejne, a wtedy...
Trochę trwało, zanim Anita zdecydowała się wyjąć język z borkowego gardła, odtuliła się od niego i pociągnęła za ramię do okna.
- Widzisz? A może raczej, czego nie widzisz?
- Nie rozumiem...
- Spróbuję tak: czego nie słyszysz?
Po kilku sekundach Borek klepnął się w czoło:
- Faktycznie! To po to był ten twój niedzielny wypad? 
- No! Brawojasiu! Aż mi ulżyło.
- Co ci ulżyło?
- Że nie daję głowy i dupy debilowi.
- Ale jak to zrobiłyście?
- To już nasze babskie sprawy, nasze sekrety. Ale w domu coś ci tam jeszcze opowiem. Teraz ciesz się chwilą.
- Czekaj, ale dlaczego to, co w niedzielę zadziałało dopiero dzisiaj?
- Ojtam, zaklęcia z opóźnionym zapłonem to przedszkole magii.
Tymczasem przy innych oknach dość żywo i pozytywnie komentowano całe wydarzenie, czy też raczej brak tego wydarzenia. Czy tak jednak było na wszystkich takich eventach na mieście? Chyba nie bardzo. Na wielu miało miejsce coś w tym guście:
- Kurwa! Co jest? Weź Alan zobacz.
- Co tam Januszku, mordeczko?
- Nie jara się.
- Może zawilgło?
- Chujatam zawilgło! Suche jak pizda mojej Grażyny.
- Weź drugie.
- To samo. 
- Patrz, to też.
- Żeszkurwa, przeterminowane, czy co?
- A może zaczarowane?
- Ty się Dżesika może nie wcinaj, co? Bardzo śmieszne kurwa! Osiemset plus poszło się jebać w plecy! Bo to towar bezzwrotny.
Różnie te dyskusje mogły przebiegać, ale ich centrum było jedno. Na całym mieście plus jakiejś tam okolicy nie odpaliła się ani jedna petarda, raca, rakieta, czy inne ustrojstwo do stresowania zwierzaków oraz ich opiekunów. Cud? Jaki tam cud. Zwykła, stężona magia jakiejś setki wiedźm, dobrych wróżek skrzykniętych do piczki piczka na skraju zapomnianego lotniska.

20 grudnia 2024

"TO ROZSTANIA I POWROTY"...

Ostatni czwartek jesieni nie był jakimś zbyt specjalnym czwartkiem, więc wiedźmy, jak to w zwykle bywa w takie czwartki, zebrały się były po południu w Pleciudze. Ostatnia, mocno spóźniona wpadła Malina. Gdy tylko umościła się na krzesełku robiła wrażenie jakby nieco rozkojarzonej. Ale wciąż jednak przytomnej, więc przytomnie rozejrzała się po obecnych i spytała:
- Co mi się tak przyglądacie? No przepraszam, korek był.
- Nie o to chodzi.
Odparła Anita, zaś Roxy dodała:
- Wyglądasz jak milion dolarów.
Faktycznie, typowy dla Maliny i pasujący do jej typu urody styl wizażu, którego warianty zresztą eksploatowała na tysiące sposobów, tego dnia był naprawdę jakiś wyjątkowy.
- Barbie, wersja kolekcjonerska, brylantowa edycja.
- Limitowana, do jednej sztuki.
Nita i Ruda prześcigały się w dalszych pochlebnych komentarzach, wreszcie ta druga spytała konkretnie:
- Kim jest ten książę, który cię z tego rozpakuje?
- A może księżniczka? Bo z Lalką ostatnio różnie jest.
Mówiąc to Anita spojrzała pytająco na Kaśkę, ta jednak tylko wzruszyła ramionami i zaczęła rozglądać się za kelnerką, która to jakoś jeszcze nie zauważyła, że skład przy stoliku powiększył się o jedną osobę. Ale Malina widząc to i domyślając się intencji rzuciła:
- Nie Kasiu, ja tylko na parę minut.
Roxy znowu przejęła piłkę:
- No pewnie. Jak się ma takie szerszenie w dupie, to po co tracić czas na siedzenie po kafejkach ze zdzirami.
Tu nagle zachichotała Mala, która do tej pory siedziała cicho, lecz jak zwykle uśmiechała się całą sobą. Wtedy odezwała się Anita:
- Dobrze kochanie, to żeby nie zabierać ci czasu powiem tylko tyle, że prowadzisz sabat pojutrze.
- Jak to?
- Tak to. Na ostatnim sztywnym cię nie było, a poza tym chyba już najwyższa pora, by wreszcie na ciebie wypadło.
- Na kogo wypadnie, na tego bęc. Aklamacyjnie.
To już dodała Roxy uzupełniając:
- Masz tyle pozytywnych wibów, że będzie super.
Tu wyjaśnijmy, że sztywnym sabatem, czasem też naturalnym, w tym gronie nazywano każdy z czterech sabatów wynikających z kalendarza, zaś jego dokładną porę określał moment przesilenia słonecznego lub równonocy. Co prawda wśród wielu czarownic panowały różne opinie, czy trzeba wtedy aż tak ściśle trzymać się zegarka, jednak te panie akurat wyznawały wyjątkową ortodoksję na ten temat.
Malina nie oponowała, spytała tylko:
- To o której mam być?
- Nie wiesz? Takie rzeczy powinnaś już mieć sprawdzone na tydzień przed. Ej, Lalka, ty mnie w ogóle słuchasz?
Wyraźnie nie słuchała zapatrzona w stronę wyjścia. Za to Roxy pochyliła się do Anity i cicho spytała:
- Chłopak czy dziewczyna? Zakładamy się?
Nie zdążyły. Do kafejki weszła jakaś młoda kobieta, na której widok Malina zerwała się z krzesełka i rzuciwszy szybkie "pa siostry, do soboty!" potuptała w tamtym kierunku. Roxy przewróciła oczami, pociągnęła nosem, po czym wyrecytowała parodiując japoński akcent:
- Za pasem Youle. Feromonami zionie. Płonie erogień.
- Zajebiste!
To pisnęła radośnie Mala podskakując pupą na krzesełku. Jednak Anita jakby nie usłyszała słów haiku Rudej, tylko wybiegając wzrokiem przed Lalkę oświadczyła jakby lekko zaskoczona:
- Joł! To przecież Mariolka.
Roxy spojrzała w tym samym kierunku:
- Ja pierdolę! Faktycznie. Zeszły się na nowo?
- Kasiu, ty na pewno coś wiesz?
- No!
Ale Maczeta bez słowa pokazała im wała z fakiem. Jak zwykle lojalna aż do bólu wobec Maliny nigdy puszczała pary z ust na temat prywatnych detali jej życia. Uwaga Anity i Roxy przeszła na Malę. Ta druga stwierdziła:
- Młoda coś się za bardzo uśmiecha, ponad jej standard. No co Turbinko? Nam nie powiesz? Prawdziwe przyjaciółki wszystko sobie mówią. 
Ale Mala powtórzyła tylko gest Kaśki. Dodała jednak:
- Przecież sama wam powie za dwa dni.
Roxy odparła:
- Niby tak. Ale babska ciekawość, wiesz jak to jest.
Za to Anita stwierdziła:
- Ona wie najlepiej, bo sama to wszystko nakręciła. 
Mala milczała, patrzyła się tylko w jej oczy z bezczelnym bananem na twarzy. Roxy za to skomentowała:
- To by się nawet zgadzało. Ale nie ciesz się Maluś tak za bardzo. Za jakiś czas Lalka znowu coś tam wywinie i znowu się rozstaną. Tej dupy nie ustatkujesz, nigdy.
- Ale mi wcale nie o to chodzi. Po prostu nie chciałam, żeby jej było smutno. Poza tym to niby dlaczego to ma być właśnie tak, że kobieta kiedyś się musi ustatkować? Jeśli już, to ma być spontan, a nie obowiązek, tak?
Roxy wymieniła spojrzenia z Anitą, która skwitowała:
- Mądrze gada dziewczyna. To twoje, czy usłyszane od Cioci Lali?
- Powiedzmy, że wspólna konkluzja.
Mala ostatnio sporo czasu spędzała u wspomnianej. Nita i Ruda nie mogły się dogadać, która ma być patronką szkolącej się młodej wiedźmy, więc sama mentorka mentorek wkroczyła do akcji biorąc ją pod swoje skrzydełko. Co spotkało się z uznaniem wszystkich, że lepiej trafić nie można.
Ale to już inna historia. Zaś przy stoliku temat Maliny wygasł, po czym nasze bohaterki zajęły się innymi sprawami. Na przykład Świętami, począwszy od sobotniego Przesilenia. Co, która, gdzie, kiedy i takie tam inne. Zaś narrator życzy czytającym dobrej zabawy podczas tych nachodzących dni.

24 sierpnia 2024

Jak wziąłem i znalazłem byłem tabloid

Jest jeszcze Lato, chwilowo nie chce mi się tworzyć literatury, więc nasze "Czarownice" mogą sobie poczekać, zaś Kawiarnia też mnie raczej nie zahejtuje za tą przerwę. Dziś pobloguję sobie klasycznie, zwłaszcza że jest okazja, gdyż za jakiś ponad tydzień temu blogu stuknie pełnoletność. Nie planuję jednak na tą okoliczność specjalnego posta, uznajmy, że jest nim właśnie ten, co teraz. Duża część klasycznych blogów to opisy, gdzie ktoś był oraz co sobie kupił. Bo kupowanie jest przecież takie ważne. Pojechałem, więc kupiłem. Kupiłem, więc mam. Mam, więc jestem. Posiadanie jest osią, czy też treścią życia większości ludzi, tak?
No, to ja akurat pojechałem sobie do pobliskiego miasteczka. Nie ukrywam, że właśnie po zakupy. Nie, wróć! Głównie po zakupy, bo zajrzałem jeszcze do biblioteki dokonać wymiany stuffu do lektury. Zaś co kupiłem? To było kilka dni temu, nie starałem się za bardzo pamiętać listy tych rzeczy, ale na pewno była sobie wśród tych sprawunków główka sałaty lodowej. Tak! Zostałem szczęśliwym posiadaczem tejże sałaty.
Teraz według reguł klasycznego blogowania powinna być fotka. Ale nie będzie. Nie mam odruchu, czy też nawyku fotkowania wszystkiego, co się napatoczy. Zaś teraz już jest za późno, bo sałata jest niekompletna. Nie kolekcjonuję sałat, tylko je sukcesywnie zjadam. Można rzecz jasna wkleić jakąś inną sałatę. Net jest przecież pełen fotek takich sałat. Ale to by było oszukaństwo, więc tak się chyba nie robi?
No, ale oprócz odwiedzenia kilku sklepów do programu odwiedzin masteczka zmieściła się też przerwa. Przerwa spędzona na ławeczce na cetralnym skwerze. Już sięgałem po telefon, aby nim rytualnie pogadżetować, ale coś mi nie dawało spokoju. Bo nie byłem sam na tej ławeczce. Obok bowiem leżała gazeta, czysta, świeża, niezgęgana, aż sama się prosiła, żeby się nią zająć. Dość rzadko przeglądam takie, tego typu papierowe nośniki danych, więc czemu nie zajrzeć?
Gazeta okazała się być tabloidem, do tego nie takim poważnym, politycznym, jak niektóre tygodniki suportujące poprzedni reżim neokomunistów. To była taka zwykła szmata, tabloid codzienny, najniższa półka. Rzecz jasna wiem świetnie, co taki może zawierać, bo nieraz net nam funduje na chama linki do różnych wersji cyfrowych. Ale taki głupi małpi odruch przerzucania wziął spowodował, że doń zajrzałem. Jak zwykle było to samo, ale opiszę szkicowo kilka kwiatków. Kolejność randomowa, bez żadnych priorytetów.
Jako pierwsze niech będzie coś, co większość mediów by zamieściło, choć rzecz jasna nie wszystkie. Była to krótka relacja, jak dzielna policja przypaliła ekipę działającą na rynku narkotykowym. Normalny człowiek w normalnym kraju słysząc słowo "narkotyki" wizualizuje sobie jakieś butelki z wiadomym płynem, potem torebki z różnymi, przeważnie białawymi proszkami, tudzież może jeszcze jakieś tabletki. Ale to nie jest normalny kraj, tylko kraj, gdzie większość jest współuzależniona od alkoholu, do tego pełen marychofobów. Tu nie wolno nazywać alkoholu narkotykiem, bo choć co prawda za to nie ukamieniują, to potraktują jak idiotę. Tu bowiem, wbrew faktom naukowym, narkotykiem, do tego tym najgorszym, nazywa się Zioło. Tu nie wolno na temat Zioła mówić dobrze, bo gdy się zacznie mówić dobrze, to dojdzie wreszcie do jego legalizacji, zaś ta doprowadzi po latach do zahamowania narkomanii. Szczególnie alkoholowej. Tego zaś prawie nikt, szczególnie każdy kolejny reżim nie chce. Więc na fotce łupów zdobytych przez policję nie było żadnych butelek z trunkami, za to na pierwszym miejscu leżały torebki domyślnie zawierające Ziele narzucając ludziom fałszywe dane jako prawdę. I niestety cała masa niedouków to łyka.
Tak poważniej, to nie jest aż tak tragicznie. Ludzie jednak się uczą, zaczynają łączyć kropki, jakaś tam edukacja konopna funkcjonuje, więc kiedyś będzie normalnie. Ale to idzie tak powoli, że ja na pewno tego nie dożyję.
Klimat tej niezbyt wesołej refleksji rozwiał drugi artykuł. Tym razem już kompletnie tabloidalny. Najpierw zacytuję tytuł: "Oburzające zachowanie celebrytki". Do tego jest podtytuł drobniejszym drukiem: "Pani Iksińska fotografuje się nago na bulwarze". No, i właśnie...
Czym się różni uczciwe, obiektywne dziennikarstwo od tabloidalnego? To pierwsze nic nie ocenia, tylko zapodaje fakty. Za to tabloid narzuca odbiorcy, co ma sobie na temat tych faktów myśleć. Tu akurat on ma się oburzyć, zapewne też potępić działania pani Iksińskiej. Dalej jest kilka zdań na temat miejsca oraz czasu akcji, na tym zasadniczo ta krótka notka się kończy. Puentuje ją wzmianka na temat interwencji straży miejskiej. Ale wisienką na torcie jest fotka demaskująca kłamstwo dziennikarza, gdyż na tej fotce pani Iksińska wcale nie jest nago! 😵
Za to trzeci, ostatni z omawiany artykułów to istny popis znajomości języka polskiego. Jego tytuł brzmi: "Zazdrosny mąż zastrzelił żonę i kochanka". Bardzo to jest dwuznaczne, bo nie wiadomo czyjego kochanka, żony, czy swojego. Być może korektor przeoczył brak słowa "jej" w tytule, ale dalszy tekst już wyjaśnia tą kwestię. Jednak to jeszcze nic. 
Dalszy tekst relacjonuje przebieg wydarzeń. Otóż, gdy mąż wrócił do domu, zastał żonę baraszkujacą z owym kochankiem. Wtedy ich oboje zastrzelił. Notka nie precyzuje kwestii posiadania przez niego broni, ale autor widać uznał, że odbiorcy może to wcale nie interesować. Potem dowiadujemy się, że mąż sam zawiadomił policję, co czasem się faktycznie zdarza w takich sytuacjach. Natomiast najlepsze zaczyna się dopiero teraz. Autor miał wgląd we wstępne przesłuchanie zatrzymanego, co też czasem się zdarza, i nie omieszkał przytoczyć niektórych fragmentów. Mianowicie takiego, że ów mąż oświadczył, iż byli ze swoją żoną zgodnym małżeństwem i nigdy mu do głowy nie przyszło, że jego połowica może go zdradzić.
Ponieważ czytałem dość uważnie, ze zrozumieniem, to w tym momencie musiałem przerwać lekturę, aby spojrzeć jeszcze raz na tytuł, gdzie stoi jak byk, że gość był zazdrosny. Zaś teraz, kilka zdań niżej dowiadujemy się, że wcale nie był zazdrosny.
Przypomnijmy czym jest zazdrość? To taki rodzaj choroby psychicznej, zaburzenia urojeniowego, bazującego na lęku, że partner(ka) zdradza lub ma taki właśnie oto zamiar.
Tu jakby nie chce mi się powstrzymać od dygresji, jakże bawi mnie czytanie w necie opinii różnych takich domorosłych psychologów, jakoby odrobina zazdrości ma być zdrowa, bo jest to wyraz troski o partnera/kę. Primo, to nie wyraz troski, tylko braku zaufania, pogratulować tak udanych związków. Zaś secundo to tak, jakby stomatolog gadał o walorach zdrowotnych małego, takiego odrobinowego ubytku zęba 😁
Tymczasem mąż zeznał, że nic takiego nie miało miejsca. Jak więc można wyjaśnić sprzeczność, że tytuł mówi jedno, zaś dalsza treść coś innego? Najwyraźniej autor nie zna za dobrze języka polskiego. To już do tego doszło, że tabloidy zatrudniają aż tak źle wykształcony personel?
Tym retorycznym pytaniem zakończyłem wtedy lekturę. Zaś samą gazetę zabrałem ze sobą. Bynajmniej nie tylko po to, aby innych chronić przed zgłupieniem do reszty. Planuję wykonać remont domku dla pewnego kota, który do nas zagląda, ale nie jest stałym domownikiem, zaś papier to świetna izolacja cieplna. Nie mam zbyt dużo tego gruzu na stanie, więc tabloid akurat się przyda. Ku chwale Bastet Mądrej i Nadobnej.

13 sierpnia 2024

Olimpiada - dokończenie

Przyjęło się, że medal w sporcie zespołowym liczy się jako jeden medal i przy takim podejściu do sprawy polski bilans Olimpiady 2024 wygląda tak:
Panie - 8 sztuk
Panowie - 2 sztuki
Jak to wygląda procentowo?
Trzeba rzecz jasna przyjąć, że w konkurencjach tych indywidualnych osobę startującą traktujemy jako zespół, drużynę. No, i wychodzi wtedy tak:
Panie - 8/105 = 7,6 procent
Panowie - 2/74 = 2,7 procent
Mixty - 0/2 = 0 procent
Co z tego niby ma wynikać? Nie wiem, nie mam pojęcia. Zestawienie zostało zrobione dla beki, nie na poważnie, tak bardziej dla zaspokojenia ciekawości, choć niekoniecznie naukowej.
===
Ale teraz wróćmy do kluczowej walki Julki Szeremety.
Tu już się robi trochę poważniej...
Od razu zastrzeżmy, że tu mówimy tylko o stronie czysto technicznej. Bez wnikania w płeć przeciwniczki i całą tą jebaną politykę, w której Konfa robi se skądinąd fajnej dziewczyny użyteczne mięcho.
A więc:
Ta jej walka była do wygrania. Pierwszą rundę Julka rozegrała po swojemu. Wbrew kanonom klasycznego boksu. Taniec na ringu z opuszczoną gardą, luz, zabawa, lanie w dziób z kontry przy każdej okazji. Niezłe. Tylko że tym razem nie zadziałało. Pierwsza runda poszła w zaropiałą pizdę pawłowicza.
Trener to przespał.
Druga runda to samo, Jula jest w plecy.
Aha...
To teraz ma być garda wysoko i tłuc w półdystansie?
Za późno idioto! 
To już trzecia runda po dwóch przegranych.
Nie dotarło?
Się wujek przebudził dopiero, kurwa!
Nie chcem mi siem dalej o tym pisać.

10 sierpnia 2024

TAŃCZĄCA MIĘDZY LINAMI /tanka/

Ta zła wiadomość
To też dobra wiadomość
Srebro jak złoto
Na piersi 
wojowniczki
Lśni pozytywną myślą

22 czerwca 2024

...I PO ŚWIĘCIE /tanka/

Słońce odchodzi
Kwiat paproci już zakwitł
Ale nie przekwitł
Jeśli ktoś go nie znalazł
Jeszcze ma swoją szansę

08 marca 2024

NA OLIMPIE JAK NA OLIMPIE

Żadne święto nie jest wcale niczym nadzwyczajnym, to tylko ludziom czasem odbija (albo zdrowieją - kwestia POV), a ta lub inna branża przy okazji notuje chwilowy wzrost obrotów i wzdryg akcji na giełdzie.

/Pewien Starożytni Filozof Grecki, choć nie wiadomo za bardzo który to był, bo wtedy, w  tamtych czasach to oni podobno cały stadami łazili po mieście, więc nie było łatwo rozpoznać who is who./
- - - Co za cholera wymyśliła ten cały Dzień Kobiet? Przecież wszystkich ich na raz nie przelecę, tak? To wcale nie jest takie łatwe być bogiem na stanowisku kierownika kierowników zamieszania.
Tak oto utyskiwał Zeus, użalał się nad sobą przy kuchennym stole gapiąc się w talerz owsianki. Jego małżonka Hera odwróciwszy się od lodówki łypnęła nań ironicznie, po czym spytała kąśliwie:
- To ty sobie myślisz, że one wszystkie nie mają nic do roboty, tylko wciąż marzą o tym, żebyś je przelatywał? Mikołaj święty się znalazł. A może któraś zamiast miętosić się z jakimś obleśnym, brodatym, zrzędliwym dziadem woli poczytać sobie książkę? Tak na ten przykład.
- O tak, dobra książka to fajna sprawa, lepsza niż facet.
Wtrąciła Atena i dodała:
- Czyńmy książki, nie wojnę!
Zeus uniósł brwi jakby zdziwiony:
- Córcia, o jakiej wojnie mówisz? Ja te dupy kocham.
- Połowa wojen na świecie jest o dupy. Najpierw jest dużo gadania o miłości, a potem się z tego robi jedna, wielka, jebana napierdalanka.
- Siostra, nie wyrażaj się!
Hefajstos wyraźnie wstał kulawą nogą tego poranka. Patrzył na swój kubek kawy tak, jakby ten mu żonę zerżnął. Za to Ares tryskał dobrym humorem. 
- Ja tam już swoje zrobiłem. Nie trzeba poprawiać. I to wcale nie była żadna wojna. Trupów i strat materialnych nie zanotowano. Tylko zdaje się jedna gumka od majtek pękła. Ale to się da ogarnąć.
Jakby na potwierdzenie tych słów do kuchni wdzięcznie nader weszła Afrodyta, cała w skowronkach. Do tego bez majtek, ale jej mąż udał, że tego nie widzi. Wstał od stołu i mruknął:
- Idę do roboty.
- Chyba do pracy. Robotę Ares już wykonał.
Ale zanim Hefajstos się zamierzył sękatym kułakiem na Hermesa, który rzucił tą uwagą, ten już był w dalekim sektorze przestrzeni Hilberta. Za to Zeus jakby się nieco skrzywił i spytał:
- Czyli co? Książka ma być lekiem na ból głowy? To chyba nie jest najlepszy pomysł. Jak boli głowa, to się idzie do lekarza. Albo proszek bierze. Gdzie mój wnuczek? Tak w ogóle.
- Który?
Spytała Hera, zaś Zeus odparł:
- Ten od leczenia. Asklepios, czy jak mu tam. Apek, weź zawołaj mi tu tego swojego zasrańca, misję mam dla niego.
Apollo zaprotestował:
- Tato, nie ta chronologia. On dopiero jest w starszakach. Studia medyczne ma zrobić za jakieś ileś tam lat dopiero. 
- Niby tak. Trochę za młody na leczenie bab. Ale czekaj. W doktora to już się chyba bawią w tym przedszkolu? To coś tam umie?
Hera spojrzała z politowaniem i westchnęła:
- To jest właśnie ten mój małżonek. Ojciec dzieciom, dziadek wnukom, niby poważny facet, a tu znowu sprowadził temat monogamicznie do jednej.
- Za to ty to mnie tak wspierasz, jak poważna, oddana żona. Myślałby kto. Masz jakąś konstruktywną propozycję? Tylko nie mów nic na temat starych sprawdzonych, przetestowanych sposobów.
- Goździk i rajstopy zawsze działały.
- Chyba w innym ustroju dyrba.
Zeus zamyślił się na chwilę, po czym zadeklarował:
- Najchętniej to bym odwołał ten cały Dzień Kobiet, ale nie mogę, bo mnie Mojry zabiją i rower zabiorą. Więc zrobimy tak, że każdej kobiecie damy po książce, po wibratorze i po proszku od bólu głowy. Niech same rozporządzą sobie tym całym zestawem. Wolność ma być.
Apollo szybko wtrącił:
- Ale grającym jeszcze gitary?
- - - Może tak być. Po gitarze na dupę. I po talii. Znaczy po talii kart. Gry bywają różne. Dytka, przestań mi tu świecić tymi pośladami, tu się ważne decyzje podejmowuje. To nie kiosk Ruchu, ja tu mięso mam. Tak?
Dla potwierdzenia powagi swoich słów Zeus wymierzył Afrodycie gorącego klapsa, po którym bogini miłości wybiegła z kuchni z wrzaskiem:
- Metoo mi tu robią! Ja się nie zgadzam!
- Poszła won landryna jedna!
Potem Gromowładny sięgnął po telefon:
- Dionek! Jestem u ciebie za parę minut. Bo zaraz mnie tu jasny szlag trafi na miejscu. A niech was wszyscy...
Po czym zniknął. Hera westchnęła:
- Znowu wróci w dupę centralnie wypiwszy. Wola boska i skrzypce.
Wytarła dłonie o fartuch i oświadczyła:
- Dzieciaki! Gumkuję tą gamońską uchwałę. Ma być stary, wypróbowany tryb. Goździki i rajstopy. Tak było, jest i będzie. Dzień Kobiet ma być po bożemu. Jak baba nie zarządzi, to zawsze jakieś gówno z tego wychodzi.
- Mamo! Jem!
Kwestia Artemidy zamknęła tą dyskusję. Zasadniczo zamknęła, bo jeszcze Apollo mruknął pod nosem, jakby do siebie:
- Chyba macocho. Mitów greckich nie czytała, czy co?
Rodzinne śniadanie dobiegało końca. Zanim jednak wszystkie bogostwo obecne w kuchni rozeszło się już do swoich zajęć, coś pstrykło, piardło, błysło, zaśmierdziało ozonem, zaś na stole pojawiło się wielkie pudło pełne paczek rajstop ACME oraz równie niemały snopek goździków. Też ze szklarni ACME zresztą. Do tego wszystkie brudne talerze ze zlewu zalśniły czystością na suszarce. Hera szlochnęła cicho i przetarła szybko oczy rąbkiem fartucha.
- Pijak, dupiarz, ale w sumie dobre chłopisko. Wzruszyłam się.
Po czym spojrzała bystro, menadżerskim wzrokiem na siedzących jeszcze przy stole bogów ze słowami:
- To teraz trzeba to wszystko powielić i rozdać.
Ares dłubiąc sobie w zębach kopisem spytał:
- Niby kto to ma zrobić?
- No, przecież chyba nie my!?
Mówiąc to chórem Artemida i Atena wstały od stołu, każda sięgnęła do pudła, wzięły sobie po paczce rajstop i po goździku, po czym uniosły dumnie głowy, obróciły się na piętach i ująwszy się pod ramiona, boskim krokiem stąpając opuściły część kuchenną obiektu. Tylko kot spał, jak spał. Koty tak mają, że jak się nażrą, to idą pospać. Na Olimpach też.
Była część artystyczna, zaś w tej takiej bardziej oficjalnej życzymy Paniom, żeby rajstopy darły się z klasą, a goździki więdły z gracją i wdziękiem.😃
Bulba!

14 lutego 2024

JAK CZAROWNICA ANITA URATOWAŁA WALENTYNKI

Gdy się jest ze sobą w udanym związku, do tego pracuje w jednej firmie, to wychodzenie razem z tej pracy zdarza się dość często. Tak więc tego dnia Anita i Borek tak właśnie zrobili. Ale uważny obserwator ich pożycia, znający dobrze oboje, ich zachowania, takim zaś musi być autor opowiadania na ich temat, szybko zauważyłby, że coś jest nie tak. Zawsze rozgadani, zajęci sobą, tym razem wychodzili razem, ale jakby osobno. Każde na swoim, solowym tripie. Tak było po drodze na parking, tak też było, gdy jechali już autem. Prosto do domu zresztą, zaś gdy już zatrzymali się pod kamienicą, Anita jakby ocknęła się, spojrzała na Borka, po czym rzuciła:
- Kochanie, śmigaj na górę, ja jeszcze coś muszę...
Mężczyzna bez słowa wysiadł z pojazdu, ona zaś szybko przetransferowała swoje pośladki na miejsce za kierownicą...
Za jakąś niezbyt całą godzinę Anita wchodziła do mieszkania. Niosąc jakąś kolorową torbę szybko przemknęła do łazienki, kątem oka tylko zauważyła po drodze, że jej chłop siedzi na kanapie nie racząc nawet rzucić na nią swoim okiem. Spędziła tam dość sporo czasu, dłużej niż zwykle, bo zwykle się streszczała, ale wreszcie weszła do pokoju:
- Tadam!
To, co ujrzał Borek spowodowałoby natychmiastowe ejaculatio precox nawet skrajnie impotentnego redpilla, zaś szejkowie arabscy padliby na twarze podpisując akty zbiorowych zwolnień swoich haremów. Jego jednak ten widok nie ruszył, spojrzał tylko na swoją kobietę jak krowa na pociąg, po czym wrócił do studiowania jakiegoś nieokreślonego fragmentu przestrzeni przed sobą. Twarz Anity zmieniła się natychmiast, od bardzo radosnej po wyrażającej smutne zdziwienie. Szybko przytuptała na swoich szklankach, po czym przykucnęła u borkowych kolan, kładąc mu na nich dłonie.
- Boreczku, co jest? Co się dzieje?
Chwilę dość ciężkiej ciszy przerwało westchnienie:
- Boli mnie głowa.
- Słucham??!!
Anita zerwała się na równe nogi, takiego zdumienia, jakie wyrażała jej twarz nie pamiętała nawet ona sama, żeby przeżywała. Podobno czarownica nie powinna niczemu się dziwić, ale żeby takie coś? Ból głowy nigdy się nie przytrafiał, ani jej, ani jemu. Przez moment mimika Anity wydawała się przechodzić fazę istnego chaosu, ale już szybko wrócił ciepły uśmiech, zaś jej ciało znów przyjęło pozycję kuczną.
- Opowiesz mi coś więcej?
- Po prostu boli mnie głowa. Tylko tyle.
- Tylko tyle? Nie żartuj sobie. Ból głowy może być sygnałem wielu rzeczy. Nawet raka mózgu. Nie jestem lekarzem, tylko zwykłą wiedźmą, mogę dużo pomóc, ale jeśli to ma być coś ciężkiego... Kurwa! Dzwonię po pogotowie!
Mówiąc to Anita szybko wstała i sięgnęła do torebki na stole. Na ten widok Borek nieco się ożywił.
- Nie. Zostaw. To pewnie zwykła napięciówka. Po prostu za dużo myślę jakoś ostatnio. Nic poza tym.
- Zobaczymy. Chodź na krzesło. Coś spróbuję zrobić.
- Nie, nie chcę...
Kobieta spojrzała na niego uważnie. Pochyliła się na siedzącym i wyciągnęła dłoń tak, jakby chciała dotknąć nią jego czoła. Schyliła się jeszcze bardziej opierając dłonie na jego karku.
- Faktycznie spięty, a takie gówno, jak guz, czy jakiś tam nowotwór to bym wyczuła po aurze od razu. Może masz rację?
- Fajnie pachniesz.
Mówiąc to Borek utkwił wzrok w jej kliwidżu. Na te słowa Anita odsunęła się nagle, wyprostowała i stwierdziła:
- No, nie jest jednak tak źle. Na krzesło!
- Nie, zostaw mnie.
Po tych słowach to ona siadła na krzesło.
- Nie jest źle, ale wciąż jest źle. Ty wiesz, kochanie, że pierwszym objawem rozwalania się związku jest, gdy kogoś nagle zaczyna boleć głowa? Ale to jeszcze nic. Prawdziwy syf zaczyna się, gdy ten ktoś nie chce nic z tym robić.
Trochę teatralnie pociagnęła nosem, za to Borek wyciągnął przed siebie ramię, wycelował palec gdzieś przed siebie, po czym nagle coś chrupnęło na gipsokartonowej ścianie. Anita spojrzała w tamtym kierunku, zaś jej oczom ukazała się nieduża dziura. Przeniosła wzrok na jej twórcę.
- Mam! Tu cię boli! Nie żadna tam jakaś głowa, tylko facet mojego życia wciąż robi sobie problem. A ja myślałam, że ten temat mamy już przepracowany. Źle myślałam, jak się okazuje...
Tu należy zrobić stop klatkę gwoli pewnych retrospekcyjnych wyjaśnień dla mniej regularnych i mniej uważnych czytelników cyklu. Nasi bohaterowie zostali parą jakieś z grubsza dwa plus pół roku temu. Niezależnie od tego, synchronicznie, Borek odkrył nagle, że jest mutantem posiadającym pewne ciekawe zdolności. Pozornie jakby nieco podobne do telekinezy, ale to było zupełnie coś innego. Otóż Borek umiał generować impulsy antygrawitacyjne wysyłane dłońmi lub palcami. Ale przy okazji stworzył sobie problem, gdyż uparł się, aby koniecznie znaleźć jakieś niezbyt destruktywne zastosowanie dla tej mocy. Ćwiczył tylko swoją moc regularnie, dało to zresztą efekty, bo miał nad nią idealną kontrolę, ale to było tylko pływanie na sucho. Co prawda raz obronił jakąś panienkę przed gwałtem, raz popchał kumplowi auto, ale dalsza jego inwencja twórcza stanęła na robieniu prostych, raczej mało ambitnych pranków, typu zdalne klepanie kelnerek po pupach. Zdawał sobie przy tym sprawę, że nie mógł nikomu zdradzić swojego sekretu, dopiero gdy się otworzył przed swoją Anitą, ta mu pomogła zniknąć problem.
- Za dużo o tym myślisz. Są takie problemy, które po prostu są. Ale ich większość jest urojona, ludzie sami je sobie tworzą z niczego.
Rzecz jasna to tylko słowa, dopiero po pewnym okresie praktyki zen, według jej instrukcji zresztą, jakoś się wyleczyło. 
Niestety jednak, jak mówi pewne stare, enochiańskie przysłowie, nie ma ludzi całkiem wyleczonych, są tylko mający rzadsze nawroty, więc Borek takiego właśnie doznał. Do tego jeszcze ów nawrót wybrał sobie bardzo zły moment. Jednak Anita, jako tylko zwykła, niemniej jednak niezwykła czarownica, mimo całego swojego walentynkowego nabuzowania, stanęła była na wysokości zadania. Wykonało się to tak:
- Kochanie, wstań proszę. No, już. Ruchy, ruchy.
- Ale co jest Anitko?
- Nie anitkuj mi teraz, tylko tyłek do góry i stań tu za mną, za tym krzesłem. Pomasujesz mi kark, szyję? Bo twoją Anitkę też zaczęła trochę boleć głowa.
Borek posłusznie wykonał polecenie, ale gdy kładł jej dłonie na barkach, ta nagle zaprotestowała:
- Nie tak. Nie dotykaj mnie wcale, tylko zrób to samą mocą. Na odległość. Taki eksperyment, nigdy na to wcześniej nie wpadłam.
- Ahaaa. Dobre, jasne, spróbuję.
Okazało się to dla Borka nadzwyczaj łatwe, gdyż panował znakomicie nad swoją mocą. Umiał klepnąć szeroką falą, umiał też ukłuć cieniutką wiązką ujemnej grawitacji, miał dokładne wyczucie, co jest mocniej, co jest słabiej. Potakujące pomruki Anity potwierdzały tylko, że wszystko idzie znakomicie. Trochę zaczynał odjeżdżać mentalnie, więc umknęło jego uwadze, że zmienili miejsce zabiegu, zaś pacjentka pozycję. Borek na zwykłym masażu znał się na poziomie common, ale to było dlań coś nowego. Mimo to Anita nadal dawała sygnały, że sprawy idą dobrze. Gdy się już ostro rozkręcił usłyszał:
- Teraz trochę niżej. Jeszcze trochę... Ja pierdolę!!!
- No, mój ty Duran Duranie, pobudka. Wracaj do swojej słodkiej Barbarelli, której o mało co nie uśmierciłeś. Na szczęście baterie ci padły.
- So... Sojest?
Borek otworzył oczy i obrócił głowę w kierunku głosu. Na krześle przy łóżku siedziała Anita, w jednym ręku miała jointa na długiej lufce, co poznał po zapachu, w drugim batonika energetycznego, co poznał po opakowaniu. 
- Macha, czy gryza?
- Gryza? Dawaj cały. Moc antygrawitacji nie spływa mi wcale z nieba. Trzeba uzupełniać. Co ty masz na sobie? Fajne to jest!
- To samo, co parę godzin temu. Specjalnie kupiłam na nasze Walentynki. Ale mój Boreczek miał problem, więc wcześniej nie raczył zauważyć. Czy dotarło do ciebie, że już go nie masz?
- Możesz jaśniej?
- Gryzło cię znowu, jak używać swojej mocy. Teraz już wiesz. Zbijemy na tym niezły dodatek do pensyj. Czy ty wiesz, ile bierze teraz masażysta za jedną sesję? Będę ci podsyłać klientki.
- Czekaj, czekaj no chwilę... 
Borek usiadł, wyciągnął rękę po fifkę.
- Znaczy co to ma być? Mam masturbować Twoje psiapsie tak jak ciebie? Bezdotykowo? Antygrawitacją? Bardzo higieniczne, ale...
- Nie rozwijaj się. Tak ich masować nie będziesz na pewno, tylko spróbuj. Ale taki normalny masaż? Relaksacyjny? Sportowy? Fizjoterapeutyczny? Tylko Kaśka trochę cię doszkoli teoretycznie, potem będziesz już lepszy od niej. Ale na ten temat pogadamy później. Teraz są Walentynki, przypominam.
Mówiąc to Anita wstała, uniosła ramiona do góry, po czym iście tanecznym ruchem okręciła się dookoła własnej osi.
- No, i jak? Klasa dupeczka, co?
Borek obrzucił ją wzrokiem od stóp do głowy.
- Klasa. Ale ja napierw muszę do...
- To co ty tu jeszcze robisz?
Zanim wyszedł łapczywym ruchem zgarnął batonika ze stołu.