Porę zwykłego, niejako powszedniego sabatu można sobie wybrać dowolnie. Anita zwykle wybierała noc z piątku na sobotę. Przyczyna była prozaiczna. Większość czarownic, zwłaszcza te młodsze, początkujące jeszcze wiedźmy nie zawsze są paniami swojego czasu. Mają zwykłe ludzkie zajęcia, pracują, studiują, czy też robią coś innego, co nie ułatwia synchronizacji wspólnych spotkań. Za to sabaty na okoliczność czterech naturalnych świąt: Przesileń, czy Równonocy rządzą się innymi prawami. Tu nie ma wyboru dnia, ni pory doby. Rytuał musi odbyć się dokładnie według wskazań astronomicznych. Dlatego frekwencja na tych sabatach bywa rozmaita, od jednej skrajności do drugiej. Było raz nawet tak, że Anita wzięła urlop na żądanie aby spędzić ten czas we dwie. Bo Roxy jako samodzielna, samorządna szefowa firmy prawie nigdy nie miała takich kłopotów.
Tym razem jednak, na Wiosenny Sabat zjechało się wiele kobiet. Czwarta rano to nie problem dla czarownicy. Jeśli takowa pora jest dla niej zbyt barbarzyńska, to powinna przemyśleć, czy naprawdę chce nią być. Za to dla odmiany nieobecna była Roxy. Ale powód faktycznie można uznać za nader ważny. Wyjechała do rodziny, którą nawiedziła lokalna, domowa epidemia. Medycyna medycyną, lekarze lekarzami, ale dobra czarownica zawsze się przyda na miejscu, czasem nawet jest wręcz nieodzowna. Zaś Roxy była naprawdę dobra, wręcz znakomita. Więc zostawiła cały swój sprzątający biznes Tami, która choć czarownicą nie była, to znała się na robocie, więc można było mieć do niej pełne zaufanie, po czym wyjechała na drugi koniec Polski nie podając zbyt dokładnej daty powrotu.
Anita przyjęła to na spokojnie, zaś kwestię doboru asystentki rozwiązała od ręki. Swoją obecność potwierdziło wiele wiedźm, więc potrzebowała takowej. Rozmowa była krótka:
- Malinko, koniec obijania się. W rzucaniu uroków jesteś już niezła, ale same uroki to nie wszystko. To jest tylko mały wycinek Wielkiej Magii. Mam za to dla ciebie coś poważniejszego.
- Miłość to poważna sprawa, chyba najpoważniejsza?
Pisnęła Malina, ale Anita ucięła dyskusję:
- Nie bajeruj mnie tu. Dobrze wiem, jak cię Roxy szkoli. Nie wtrącam się, ale nie podoba mi się to. Już dawno powinnaś mieć swoją Dużą Inicjację, sama wstępna, uczniowska to za mało. Kaśka będzie ją miała szybciej od ciebie, choć zaczęła dużo później.
- Bo ty mi to blokujesz.
Tego jednak Malina już nie powiedziała, bo mina bratowej zapowiadała ciężką drakę, tego zaś na pewno nie chciała.
Za to już po sabacie, podczas nader skromnego, wręcz symbolicznego after party Anita zaciągnęła ją do kuchni, uścisnęła, ucałowała czule, chwyciła za krok i wylizała jej buzię niczym napalona leska.
- Byłaś naprawdę super. A to premia.
Mówiąc to wręczyła jej małe pudełko.
- Co to jest?
- Nic takiego szczególnego. Tylko koniecznie podziel się tym z Kaśką. Wiem, że wystrzelała się już ze swoich zapasów.
- Skąd wiesz?
- Jeszcze wiele o mnie nie wiesz i o tym, co ja wiem.
- Nie byłabym tego taka za bardzo pewna.
Malina cmoknęła Anitę w policzek i wyszła z kuchni...
Na dworze było już dobrze jasno, gdy całe towarzystwo się rozjechało. Anita jako ostatnia wsiadła do auta, wyraźnie uruchomiona zresztą, a w głowie miała gotowy plan poranka. Już wiedziała, jak obudzić Borka, żeby potem razem radośnie pojechać do pracy. Byli już ze sobą około dwa plus pół roku, ale jeszcze nigdy dziwnie jakoś nie było okazji, żeby to zrobić. Za to Malina też nie była wcale śpiąca siedząc w koszu łomoczącego motocykla Kaśki. Bynajmniej nie ten łomot był tego przyczyną, tylko taśma wydarzeń zaszłych jeszcze przed sabatem, która przewijała jej się przez głowę. Też miała pewien plan, choć nie na poranek, do tego nie tak dokładny, jaki miała jej bratowa. Bo i sama sprawa nie była taka prosta.
Ale o tym już nie w tym odcinku. BULBA!
Tym razem jednak, na Wiosenny Sabat zjechało się wiele kobiet. Czwarta rano to nie problem dla czarownicy. Jeśli takowa pora jest dla niej zbyt barbarzyńska, to powinna przemyśleć, czy naprawdę chce nią być. Za to dla odmiany nieobecna była Roxy. Ale powód faktycznie można uznać za nader ważny. Wyjechała do rodziny, którą nawiedziła lokalna, domowa epidemia. Medycyna medycyną, lekarze lekarzami, ale dobra czarownica zawsze się przyda na miejscu, czasem nawet jest wręcz nieodzowna. Zaś Roxy była naprawdę dobra, wręcz znakomita. Więc zostawiła cały swój sprzątający biznes Tami, która choć czarownicą nie była, to znała się na robocie, więc można było mieć do niej pełne zaufanie, po czym wyjechała na drugi koniec Polski nie podając zbyt dokładnej daty powrotu.
Anita przyjęła to na spokojnie, zaś kwestię doboru asystentki rozwiązała od ręki. Swoją obecność potwierdziło wiele wiedźm, więc potrzebowała takowej. Rozmowa była krótka:
- Malinko, koniec obijania się. W rzucaniu uroków jesteś już niezła, ale same uroki to nie wszystko. To jest tylko mały wycinek Wielkiej Magii. Mam za to dla ciebie coś poważniejszego.
- Miłość to poważna sprawa, chyba najpoważniejsza?
Pisnęła Malina, ale Anita ucięła dyskusję:
- Nie bajeruj mnie tu. Dobrze wiem, jak cię Roxy szkoli. Nie wtrącam się, ale nie podoba mi się to. Już dawno powinnaś mieć swoją Dużą Inicjację, sama wstępna, uczniowska to za mało. Kaśka będzie ją miała szybciej od ciebie, choć zaczęła dużo później.
- Bo ty mi to blokujesz.
Tego jednak Malina już nie powiedziała, bo mina bratowej zapowiadała ciężką drakę, tego zaś na pewno nie chciała.
Za to już po sabacie, podczas nader skromnego, wręcz symbolicznego after party Anita zaciągnęła ją do kuchni, uścisnęła, ucałowała czule, chwyciła za krok i wylizała jej buzię niczym napalona leska.
- Byłaś naprawdę super. A to premia.
Mówiąc to wręczyła jej małe pudełko.
- Co to jest?
- Nic takiego szczególnego. Tylko koniecznie podziel się tym z Kaśką. Wiem, że wystrzelała się już ze swoich zapasów.
- Skąd wiesz?
- Jeszcze wiele o mnie nie wiesz i o tym, co ja wiem.
- Nie byłabym tego taka za bardzo pewna.
Malina cmoknęła Anitę w policzek i wyszła z kuchni...
Na dworze było już dobrze jasno, gdy całe towarzystwo się rozjechało. Anita jako ostatnia wsiadła do auta, wyraźnie uruchomiona zresztą, a w głowie miała gotowy plan poranka. Już wiedziała, jak obudzić Borka, żeby potem razem radośnie pojechać do pracy. Byli już ze sobą około dwa plus pół roku, ale jeszcze nigdy dziwnie jakoś nie było okazji, żeby to zrobić. Za to Malina też nie była wcale śpiąca siedząc w koszu łomoczącego motocykla Kaśki. Bynajmniej nie ten łomot był tego przyczyną, tylko taśma wydarzeń zaszłych jeszcze przed sabatem, która przewijała jej się przez głowę. Też miała pewien plan, choć nie na poranek, do tego nie tak dokładny, jaki miała jej bratowa. Bo i sama sprawa nie była taka prosta.
Ale o tym już nie w tym odcinku. BULBA!