wszystko jest tylko i wyłącznie złudzeniem,
absolutnie doskonałym,
które nie ma nic wspólnego z dobrem ani ze złem,
akceptacją ani odrzuceniem...
wszystkie rzeczy nie są takie, jakie wydają się być...
nie są także inne... można więc roześmiać się w głos i nie pytać, komu bije dzwon... bije, bo komuś płacą za szarpanie sznurem...
Dojrzałość jest wtedy, gdy pejoratywnie pierdolisz wszystkie cudze definicje dojrzałości, nie tworzysz też własnej, gdy masz wyjebane na opinie otoczenia, czy TY jesteś dojrzała/y, czy nie.
Ale jest jeszcze coś, też ciekawe i w sumie zamykające dyskusję:
Nie ma czegoś takiego jak dojrzałość . Zamiast tego istnieje ciągły proces dojrzewania. Bo kiedy pojawia się dojrzałość, następuje zakończenie i koniec. To koniec. Wtedy trumna zostaje zamknięta. Możesz podupadać na zdrowiu fizycznym w procesie starzenia, ale Twój osobisty proces codziennego odkrywania siebie wciąż trwa. Każdego dnia dowiadujesz się o sobie coraz więcej.
- Pupcia, pamiętasz, jak dziesięć lat temu byliśmy szczęśliwi?
- Słodziaczku, my dziesięć lat temu jeszcze nie byliśmy ze sobą.
- No, i właśnie.
- Tak? To zmiana planu laleczko. Ty dziś robisz obiad.
- Laleczko?
- Z dużej litery było. Słabo ci wylizałam uszy.
Nie, to nie jest spoiler, ale nowe opowiadanie 💥 już wkrótce.
Dzień Kobiet odbył się bez większych historii w światku naszych wiedźm. No, może pewną ciekawostką było to, że Roxy zbiegiem okoliczności miała tego dnia taki antyból głowy, że Misiek poprosił o litość. Gdy potem w pleciugowy czwartek opowiedziała o tym Anicie, to ta tylko pokręciła głową. - Gryzoń, ty mu kiedyś zrobisz krzywdę. - Ale on tak lubi. - Pewnie, że lubi. Normalny chłop powinien to lubić. Ale musisz znać granicę między gospodarką intensywną i rabunkową. Jak go wykończysz, to bardzo długo takiego drugiego nie znajdziesz. Tyle lat szukałaś, przerzuciłaś tony mięcha, wreszcie masz, należało ci się. Nie spierdolisz tego? - No, ale w sumie nie było aż tak tragicznie. Bo tak poza tym, to Misiek mi urządził naprawdę zajebisty dzień kobiet. I nie o tych sprawach mówię tym razem. Ale potem był wtorek, dzień chłopa. Myślę sobie, że w ramach rewanżu dam mu totalny luz. Niech działa po swojemu, ja niczego nie roszczę. Do tego jeszcze na dodatek to ja zrobiłam poranną kawę, po czym przyniosłam mu do łóżka. Tak jak on zawsze mi. Anita aż się wzdrygnęła. - Ja chędożę! A za co taka kara? Przecież twoja kawa nawet na lewatywę się nie nadaje. To on robi najlepszą na świecie, lepszą od pleciugowej. Wiem, bo piłam nieraz u ciebie. Ale tobie trzeba tego ustawowo zakazać. Coś mi się ten plan nie za specjalnie podoba. No, ale opowiadaj dalej. - No, to ja mu tą kawę, buziaczek na dzień dobry, ale potem chcę się wycofać. Nic nie forsuję, nawet nic nie sugeruję. To on bierze tą kawę, powaniał, pociumkał, fruknął, tak po wieśniacku... - Powinnam teraz rozmawiać z nieboszczką. - Jakoś przeżyłam, ale posłuchaj, co zrobił. Chwycił mnie za rękę, wciągnął do wyra, po czym... Wiesz, ja od czasu do czasu tak lubię, byle delikatnie. Ale to było lata świetlne od delikatnie. - I co zrobiłaś? - Nic, myślałam o Anglii. Niech ma mój Misiaczek ten swój dzień chłopa. Jest taki kochany. Inna sprawa, że oboje spóźniliśmy się do pracy, każde do swojej, bo to wcale nie był szybciorny numerek. Tylko bez zaklęcia analgetycznego na razie na krześle nie usiedzę. - Tak, analgetycznego. Masakra. To Anita powiedziała bardzo ironicznym tonem z dobrotliwą miną Snoop Doga in normalis conditio, czyli po kolejnym joincie. Dalsze intymne zwierzenia Rudej, jak wiemy przenaczone tylko dla uszu tej jednej psiapsi przerwało nadejście pozostałych... Teraz przeskoczmy o tydzień na osi czasu pozostawiając to samo miejsce akcji. Jest czwartek tuż przed wiosennym kwartalnym sabatem. Gdy na stoliku pojawiło się to, co zawsze Malina zagaiła: - Bratowa, co masz taką niewyraźną minę? Już miała coś dopowiedzieć żartobliwego, ale Roxy powstrzymała ją gestem dłoni. Po czym odpowiedziała za Anitę: - Temat jest poważny. Dredek ma się marnie. Dredek, jak pamiętamy lub nie, to kot rasy miałkun będący pod opieką Anity oraz jej siostry Pati. Jak wiemy obie dzielą ten sam budynek bliźniak. Tak więc nie jest do końca jasne, czyj to jest kot, ale nikomu, także samemu kotu nie zależy, aby zbyt dokładnie to ustalać. Sprawa jest tylko taka, że nie jest to zbyt młody kociak, tylko zdecydowanie senior. Seniorzy mają to do siebie, że czasem coś im się psuje. Ludziom dolegają siątki, zaś kotom nastki. Dredek ma mniej więcej tyle lat, co Anita i Roxy zajmują się czarami. Do tego jest on chowańcem tej pierwszej. Kim jest chowaniec dla wiedźmy to już było kiedyś wyjaśniane parę razy. - No, dobrze. Znaczy niedobrze. Co jest kotu? Spytała Mala, na co Nita odparła ponuro: - Czarnek wie. Po czym dodała: - Pati była z nim u weta, bardzo dobry lekarz zresztą, ale na razie zeznaje tak mętnie, że to może być prawie wszystko. Porobił badań, wydoił z kota na dobre śniadanie dla Draculi... - A od was kasy. Rzuciła Kaśka. - To akurat najmniej istotne. Jutro odbieramy wyniki, zobaczymy. - Mogę coś powiedzieć? Spytała Mala, której wiadomość o chorym kocie nieco przygasiła jej standardowe rozradowanie. Zaczęła bardzo spokojnie: - Ja wiem, że magia realna na Naturę zasadniczo nie działa. Kiedyś podobno było inaczej, można było leczyć choroby zakaźne na ten przykład, albo szkolić słonie bojowe, teraz już nie można, ale... Malina weszła jej w słowo. - Młoda, streszczaj się. Bo my to wszystko wiemy. Nie tylko ciebie Ciocia Lala uczyła. Jaki masz pomysł? Rozumiem, że chcesz spróbować poleczyć kota czarami, tak? - Można spróbować. Jutro mamy sabat kwartalny. Plan jakiś niby jest, ale zawsze można go zmienić. Będzie jeszcze parę innych sióstr, Róża przyjedzie... Tu Kaśka parsknęła śmiechem. - Tą Różą to żeś teraz pojechała. Przypomnijmy dla wyjaśnienia. Róża była ostatnią uczennicą Cioci Lali, młodziutką pietnastoletnią wiedźmulką, która to zaczęła szkolenie po letnim kwartalnym sabacie, zaś inicjację miała podczas zimowego. Mieszkała w innym mieście, czasem tylko przyjeżdżała do swojej mentorki na konsultacje, wtedy zaś gościła ją zawsze Mala, której zdolności do wyczuwania ludzi wartych zakoleżankowania są poza dyskusją. - Akurat teraz nie masz racji Kasiu, bo Róża właśnie ma taki kontakt z Naturą, jak żadna z nas. Dlatego moim zdaniem ona też jest tu ważna. - No, dobrze. Co mnie to zresztą? Mnie i tak nie będzie na sabacie, bo jeszcze dzisiaj jadę do wioski Benges. Żal mi kota, ale ja akurat najmniej bym wniosła do sprawy, więc wyjazdu nie odkręcę. - Tak Kasiu, wiemy. Dogadane. Nie ma problemu. Przejęła piłkę Roxy, która zaraz dodała: - Ja myślę, że można spróbować. Moment jest zresztą znakomity. Na pewno kotu nie zaszkodzimy. Poza tym to jest chowaniec. To jest trochę inna sytuacja, niż zwykłe żywe stworzenia. Zwykły kot, pies, czy marchewka na czary nie reagują, ale status chowańca sporo zmienia. Ale jest też zła wiadomość w tej baśni. Nita jest wyłączona z tej zabawy. Mam opowiadać czemu? - Nie, nie trzeba. Odparła Malina, która wiedziała to, co pozostałe. Ale wyjaśnijmy czytającym. Czarownica w ciąży, jak każda inna kobieta jest nieco upośledzona. Pewne czynności są dla niej zbyt ryzykowne. Choćby noszenie zbyt ciężkich rzeczy. To samo też dotyczy czarów. Taka wiedźma traci w tym okresie mnóstwo swojego potencjału. Roxy ogarniała, że podczas takiego sabatu mogą być używane zaklęcia, od których Anita powinna trzymać się z daleka. - Tak więc Niteczko my się zajmiemy sierściuchem, a ty wtedy pójdziesz do siebie na górę, poczytasz sobie książkę lub porobisz coś tam innego. Anita kiwnęła głową, ale nie tylko. - Dobrze, nie dyskutuję, ale mam jeszcze pomysł. - No? - Weźcie Pati na ten sabat. Ona też wibruje z Dredkiem. - To jest do zrobienia. Tylko z nią dziś jeszcze pogadaj. Na większość sabatów nie ma wstępu nikt, kto nie jest wiedźmą. To implikuje już sama definicja. Sabat to spotkanie co najmniej dwóch czarownic w celu wykonania jakowychś tam magicznych czynności. Zdarza się jednak czasem, że dopuszcza się udział osoby trzeciej, nawet faceta, jeśli tego wymaga owa czynność. Prozaiczny przykład to magia medyczna, gdy wiedźmy robią sabat przy pacjencie. Zaś siostra Anity była kryptą, więc można było włączyć do akcji jej nieczynną moc. Poza tym lekarką, znakomitą zresztą, młodą na rubieży. Co prawda tylko od ludzi, ale to też coś tam wnosiło do tematu. - No, to tyle dziewczyny. Jutro się ustali dalszy plan jak wet zobaczy wyniki, powie coś tam konkretniej. Na razie pozostaje pozytywne myślenie. Mamy duże szanse powodzenia, zwłaszcza, że ma być Róża na sabacie. Tak, Maleczko? Roxy uśmiechnęła się do Turbiny, która się nabzdyczyła uciesznie nader udając focha. - No co? Jeszcze zobaczycie, co Róża pokaże. - Ależ kochanie, wszystkie jej tego życzymy.
⌛ Zaś dnia następnego było wiadomo już coś więcej. Była godzina piętnasta, do momentu zero jeszcze czterdzieści sześć minut. Roxy, która kierownikowała całej akcji uważnie studiowała opis przywieziony od weta. - No, dobrze prosiaczki. Coś już wiemy więcej. Samą magią to my tego kota nie wyleczymy, ale jest szansa wspomóc skuteczność pana doktora. To teraz tak. Przeszła na hisslang, szybko przekazała instrukcje wiedźmom zebranym w salonie w domu Anity. Potem zwróciła się już po ludzku do niej właśnie. - Nitka, bądź na początku, ale jak ci dam znać ewakuujesz się. Spojrzała na kota leżącego na kolanach Pati, potem na nią. - No, to idziemy do baraku. Łapiduch i kłaki przodem. Potem uśmiechnęła się do Róży, a stojącej obok Mali pokazała język. Chyba raczej myślała pozytywnie, bo humor miała zaiste szampański. Gdy już ruszały rzuciła: - Aha, dupeczki. Tak na okoliczność, bo potem może być za późno. To nie ma być nekropsja. Niech mi się kurwa żadna nie pomyli.
Zbliża się czas wiosennego naturalnego święta astronomicznego, ale tu nasz Czas Rzeczywisty nieco się opóźnił, więc akcja dzieje się w czwartek tuż przed Dniem Kobiet. Przy stoliku w Pleciudze brakowało tylko Maliny, ale wiedźmy i tak zamówiły już dla niej kawę plus rurkę z bitą śmietaną, żeby nie fatygować pani Reni dwa razy. Przy piłce była akurat Roxy, która wyjaśniała pewien aspekt pedagogiki specjalnej wobec facetów. - Ja do Miśka mam zaufanie, ale tak dla całkowitej pewności rano wbijam w niego porządne śniadanie, przedtem jeszcze daję mu głowy, tak na szybkiego. Chodzi o to, że jak chłopa się puszcza samego, to najlepiej, gdy ma pełny żołądek i puste klejnoty. - Na zbyt długo to nie działa. Odparła Anita dodając jeszcze: - Jak chcesz mieć pewność, to tkasz klątwę kastrującą. - Taka paranoiczka to ja nie jestem. Poza tym mam tak samo, jak ty z Borkiem. Nie czaruję. Zdobyłam go bez czarów, pedagogizuję go też bez czarów. No, chyba że jest chory, ale to raz tylko się podparłam magią, jak się ostro przeziębił. Nagle zmieniła temat i rozmówczynię: - A, Kasiu. Wiesz, namówiłam taką jedną kobitkę w firmie na Oktagon. Teraz wyobraź sobie, że minęło ze dwa tygodnie, ona do mnie przychodzi, mówi że zapisała się przez net, ale nie widać efektów. Powiedziała, że wreszcie musi się w końcu tam wybrać, żeby zgłosić reklamację. - Kogo ty zatrudniasz? Ja wiem, że mnóstwo bab to kretynki, ale że aż taki jest ogrom nieszczęścia? Pojęcia nie miałam. - A faceci, szczególnie żonaci marzą raczej o pięknych i mądrych żonach. Tak mi się przynajmniej wydaje. Nie jest tak? To wtrąciła nagle Mala i rozejrzała się po wszystkich oczekując odpowiedzi. Ale panie najpierw pośmiały się chwilę, wreszcie Anita odezwała się tak. - Właśnie. A propos żon, to w pracy mam taką mądrą inaczej. Ostatnio się mnie czepnęła, że na Borka mówię mąż. Bo mówi, że ślubu nie mamy. A jakie to ma znaczenie? Ślub to tylko dodatek do związku. To nawet nie jest kropka nad i tylko ornament. Na co zareagowała Roxy: - No, ludzie nieraz mają takie podejście do ślubu. Papierek to dla nich priorytet. Ba, wiele osób po to tylko wchodzi w związki, aby być w związku i po to biorą śluby, żeby być tylko żonaci lub mężaci. A z kim? To już jest sprawa drugorzędna.
Mala zaooponowała: - Niekoniecznie. Dla mnóstwa bab strasznie kasa się liczy. Czy nawet tylko kasa. Dla nich ślub to taka inna forma prostytucji. Nie na jedno zlecenie, tylko na etat. Nawet lepsza od tej klasycznej, bo łatwiej oszukiwać, obijać się w robocie. Za to jak się chłopu noga powinie, zbankrutuje, czy coś, to od razu zmieniają klienta. Mnie się to w głowie nie mieści. Jak byłam jeszcze z Mirkiem, to ja bym w życiu nie odeszła od niego, gdyby stracił pracę i zbiedniał. To by na pewno nie był powód do rozstania. - Wiesz Młoda. Ty, ja, my wszystkie tu mamy inne priorytety. Nie dla kasy się wkręciłyśmy w nasze związki. Same umiemy zarabiać na swoje rachunki. Za to jest jeszcze coś. Mnóstwo lasek mówi to samo, co ty, tylko one akurat łgają. Tego z kolei ja nie pojmuję. Wstydzić się swojej pracy. To dorzuciła Kaśka, kontynuując spojrzawszy na Anitę: - A ta twoja znajoma z firmy to zwykła legalistka. Legalizm to nie tylko samo słuchanie się prawa, stosowanie się do niego. To jeszcze nie jest legalizm. Ważne są motywacje. Ktoś się na przykład trzyma prawa, nawet jak mu się jakieś nie podoba, bo nie chce ryzykować. Ustępuje przed siłą. Za to legalizm polega na tym, że człowiek nie ma własnego systemu wartości i pozwala prawu, aby mu je narzucało. Czyli, aby inni ludzie decydowali za niego, jaki on ma mieć gust moralny. Legalista myli centralnie uczciwość z posłuszeństwem wobec prawa, utożsamia te pojęcia. Taki defekt mentalny, może niedorozwój? - Trudno powiedzieć, jak to zakwalifikować. Za to nasza Turbinka, choć taka niby mało doświadczona, ale strasznie spostrzegawcza życiowo. Brawo Młoda, brawo ty. Odpowiedziała Roxy, za to przy stoliku pojawiła się Malina. - No, cześć Grażynki. Korek był. - Czegoś nie rozumiem. Odparła Roxy mówiąc dalej: - Razem wyszłyśmy z roboty. Ja wsiadłam do swojego auta, ty do swojego. Potem cię zgubiłam z oczu. Jak ty, którędy tu jechałaś? Ja już tu jestem od pół godziny. - Normalnie, tak jak zwykle. Ale kochane jesteście bardzo. Nawet za bardzo nie wystygło. Do picia bez wiatru pod nosem. Malina już siedziała przy stoliku pijąc za bardzo nie wystygłą kawę. Gdy odstawiła filiżankę chwyciła za rurkę i zwracając się do Mali zagaiła zaaferowanym tonem: - Siostro, zapomniałam spytać w niedzielę, czy też nie było okazji. Mam takie drobne pytanie. Pamiętaj, że mówimy sobie wszystko. Tak? To powiedz mi, jak jest fajniej, z dupą, czy z gamoniem? - Znaczy... O co ci chodzi?
Mala zatrzepotała powiekami swoich mangowych oczu.
- Już ty dobrze wiesz, o co mi chodzi.
- Aha, o to ci chodzi. Wiesz, nie umiem porównać. Jest po prostu inaczej. Nie chodzi o sprawy techniczne, bo to jest oczywiste, tylko o taką... No... Mentalną stronę. Empatia lepiej działa. Ja tam niewiele wiem, ale baba babę chyba lepiej czuje, niż faceta? Ale nie pytaj, co wolę, bo jedno, czy drugie ma swoje zady i walety. Poza tym to jest moja pierwsza dziewczyna. Pierwsze razy zawsze są wyjątkowe. We wszystkim tak jest. - Ale bardzo udana chyba? - Najlepsza. To wtrąciła Kaśka kontynuując: - Nie znam jej od tej tartacznej strony, ale tak w ogóle, jako człowiek Zośka jest naprawdę mega. Fajna z was para Maleczko. - Czy my jesteśmy parą? Wiesz, nie wiem. Ja co prawda niedawno uznałam, że dopóki studiuję to nie mam czasu na żadne związki. Ale bardzo ją lubię. Po prostu sprawy niech same jakoś biegną. Jak się zrobi z tego związek, to nie będę stawiać oporu. Już od pierwszego spotkania, wtedy, co na siłce skarciła tą... Jak jej tam było? No, wyleciało mi z głowy. - Sabena. - No. To już wtedy Zosia zrobiła na mnie fajne wrażenie. Ta cała jej ekipa jest na poziomie, fajne dziewuchy sobie dobrała. Tylko robotę mają ryzykowną. - A co one dokładnie robią? Bo z grubsza coś tam wiem. Ale tak bardziej detalicznie to raczej niewiele. Spytała Roxy, wyjaśniając dalej: - Bo ja sobie w niedzielę sporo z nimi gadałam. Ale na temat tego, z czego opłacają rachunki nie rozmawiałam. Najmniej ważne dla mnie to było. - Sprzedają element baśniowy. Ale nie ten legalny, lecz taki mocno nielegalny. Kolokwialnie mówiąc dilują. Ale z pewnymi zasadami. Pod szkołami na pewno ich nie spotkasz. - Diler z zasadami to straszna rzadkość. Na co odparła Kaśka: - Bo takie jest akurat prawo. Państwo w głównej mierze za to odpowiada. Ale te laski nie pospolitują się z taką typową uliczną dilerką. Mają klientów na wysokim poziomie. Chodzi o ten poziom formalny, toż nie mentalny bynajmniej. Bogatych kretynów na stanowisku jest mnóstwo. Za to one dostarczają im czyściutki towar, nie każdy zresztą. Głównie koka, ale żadnych trutek chemicznych już nie mają na stanie. - Ja czasem od nich, znaczy od Zochy biorę kokę. Przed jej zniknięciem, a teraz zresztą też. Faktycznie czysta, nie chrzczona niczym. Żadnych wypełniaczy. - Wiesz co Lalka? Na tobie to one akurat na wodę sodową nawet nie zarabiają. Przy tych drobnych ilościach, które obie z Miolką zużywacie? One głównie zarabiają na nałogowcach, nie na takich niedzielniaczkach, jak wy. Każdy przemysł narkotykowy tak działa. Ktoś kiedyś obliczył, że dziewięćdziesiąt procent alkoholu na świecie kupuje i zużywa dziesięć procent ludzi. Moim zdaniem te liczby są inne, ale zasada ta sama. Wyjaśniła Kaśka, ale Mala weszła jej w słowo: - Ale to się już zaczyna kończyć. Dziewczyny się powoli, stopniowo przebranżawiają. Można by rzec, że zmieniają ciemną stronę mocy na jasną stronę mocy. Roxy spojrzała zaciekawiona: - Znaczy co? Żenią okulistyczną kokę na legalu? Nie rozumiem. - Nie w tym sensie. Częściowo się też legalizują, ale tylko tam, gdzie się da. Tu rzecz polega na tym, że zmieniają asortyment, narkotyki na marihuanę. Czyli coś niezdrowego na coś zdrowego. Te ilości, które ty Lalka sporadycznie przyswajasz z Miolą jeszcze się mieszczą jako zdrowe, ale większość klientów używa raczej niezbyt zdrowych ilości. Za to maryśka wiadomo. Bardzo ciężko jest sobie zrobić nią kuku. Tą medyczną półszlachetną mają na legalu, tą szlachetną mają na nielegalu. A z narkotyków faktycznie się wycofują. Wygaszają uprawianie tej gałęzi. Rzecz polega na tym, że coraz mniej czystej, porządnej koki dociera do tego kraju. Więc one nie mają czym handlować. Bo trutkami na szczury nie chcą, mają swoje zasady. To wszystko jest także skutkiem głupiej, nieodpowiedzialnej polityki narkotykowej państwa. To przez nią jest coraz więcej tych trutek na szczury na rynku. Kaśka dodała wtedy: - U nas w klubie stoi automat z zielskiem cebede, tym tak zwanym medycznym. Pozwoliłam im wstawić to ustrojstwo do naszego sklepu z suplami. Co prawda Ziele cebede nie ma zbyt szerokiego zastosowania jako supel sportowy, ale jeszcze jakoś się mieści. Roxy próbowała dopytać: - I jak to się sprzedaje? Bo klub też w tym macza dziób? - Jasne. Ale to się dzieje dopiero od jakichś dwóch tygodni. Stryjo się zgodził, ja się zgodziłam, za to detale to już sprawa Jacusia. On prowadzi sklep, ma dużą autonomię, więc on się z Zośką rozlicza. Ja tylko monitoruję po wierzchu ten temat. Nagle ożywiła się Anita. - Kasiu, słuchaj. Bo ja mam nadprodukcję. Sama teraz nie używam, Borek odrobinę, porozdawałam od cholery, ale nie mam co z resztą zrobić. Nigdy nie handlowałam, zawsze tylko dawałam prezenty. To może one by mi to sprzedały? Szkoda dobrego stuffu marnować, to się jakoś tam starzeje. Kiedy Bombka będzie teraz w klubie? - Teraz mają przerwę po gali, od poniedziałku zaczynają zasuwać, ale o której to nie wiem, kiedy będą. One mnóstwo rzeczy ćwiczą same, ja wtedy nad nimi z batem nie stoję. Mają swoje zestawy, programy, które im ustawiłam co mają robić, ale... Wiesz, co? Po prostu zadzwoń do niej. Spotkacie się, dogadacie jakoś, jestem pewna tego. - Nie mam numeru. - Ja mam. Wtrąciła Roxy. - Ale ci nie dam, bo to nieładnie, choć pewnie by się na to zgodziła. Jak stąd wyjdziemy to zadzwonię do niej, dam jej twój numer. Może tak być? - Luz. Jasne. - To dobrze. Teraz czas na ciebie, wiesz na co. Odezwała się Malina: - No. Coś obiecywałaś nam ujawnić. - Ale co? - Nitka, ja też wiem, że coś masz powiedzieć. Przyszłe ciotki chcą znać imię swojej przyszłej siostrzenicy. Zamieniamy się w słuch. Dorzuciła Mala, zaś Anita uśmiechnęła się. - Dobrze. Zacznę od drugiego. Oktawia. Dla swoich Osia, Ośka. Reszta zebranych mruknęła aprobująco. Tylko Roxy rzuciła: - Może Osica? No, to czekamy na pierwsze. - Pierwsze jest oficjalne takie bardziej. - No? Ponagliła ją Malina. - Ste... - Stefa? Stefania? - Lalka, zamknij się! Nie przerywaj. Upomniała Malinę Ruda. Anita powtórzyła: - Stella. - Stella. Tiaaa... Stelka. Stelinka. Steleczka. Fajne. Malina uśmiechnęła się i dodała jeszcze: - Wiedźma Stella. Pasuje do czarownicy. - Mnie się też podoba. Stwierdziła Roxy. Mala i Kaśka tylko kiwnęły aprobująco głowami. Za to Anita westchnęła z wyraźną ulgą i oświadczyła: - Ulżyło mi. Obawiałam się, że będziecie wybrzydzać. - Nie, dlaczego? Bardzo ładne imię. Gwiazda. Gwiazdeczka. - Tak, ale czy ona zostanie naszą, czy się zeskrypci, jak Pati, moja siostra? To już ona zdecyduje sama. Ja jej zmuszać nie planuję. - Będzie czarować, na pewno. Jako ciotka Lalka na pewno będę ją do tego podpuszczać. Aha, komuś jeszcze mówimy? Na przykład Cioci Lali chyba można? Wiem, że pytała. - Nie. Mowa była tylko o naszej piątce. - Zaraz. A moja Mariolka? Misiek? Adaś? - Też nie. Borek się nie zgodził. Tyle wystarczy. - Dobrze. To ja mam teraz sprawę do naszej studentki. Maleczko, jak dzwoniłam do ciebie w niedzielę rano, to jakbym słyszała nie tylko Zosię, ale też jakiegoś chłopa. Sekret, czy nie? - Luz. Był chłop. Jeden. Jak już wyszłyśmy z hali, to wpadł nam taki w oko. Ja go delikatnie przyuroczyłam magią, Zosia coś tam do niego zagadała i był już nasz. - No, to fajna zabawa musiała być? - Właśnie nie do końca. Bo typ był tak onieśmielony, speszony, że jedna z głównych męskich fantazji mu się nagle spełniła, że... - Że był do niczego? To się zdarza nawet najlepszym. - Aż tak źle nie było. Fujarka grała, ale grajek był czemuś taki jakiś bez polotu. Lamusowaty. Głupio było go wypraszać w środku nocy, więc mu posłałam na podłodze, uśpiłam i byłyśmy już same. Jeszcze rano Zosia go ogarnęła tak na szybko, ale mnie się już nie chciało w to wchodzić. Śniadanie poszłam do kuchni robić. - Czyli ona wie, że czarujesz? - Chyba nie. Tak mi się jakoś udało subtelnie działać, że się nie zorientowała za bardzo. Nie gadałyśmy też zresztą wcale na ten temat, jakoś nie było okazji, zahaczenia. Wtedy włączyła się Kaśka wyjaśniając: - Yakuza nie wierzy w realną magię, tu już trzeba by jej coś zademonstrować spektakularnego. Ale ja nigdy jakoś wcześniej nie kwapiłam się do tego. Prędzej czy później jednak wreszcie się pewnie zorientuje. Tylko ja bym to zostawiła rękom Tao, niech się samo jakoś zadzieje. Tak Niteczko, dobrze mówię? Anita wzruszyła ramionami, spojrzała pytająco na Roxy, ta zaś tylko machnęłą ręką. Nie było to zbyt ważne, jak widać. Wtedy znowu odezwała się Malina zadając pytanie: - To co teraz? Kosmetyki, czy ciuchy? Co bierzemy na warsztat?
Na co Mala rzuciła ni z gruchy, ni z pietruchy:
- A duszenie lubicie?
- Znaczy... O co ci chodzi?
- No, takie no... Wiecie, o chodzi.
Nie za bardzo, nie do końca wiedziały tak w pierwszym czytaniu, niby się domyślały, jedna bardziej, druga mniej, ale w końcu się dogadały i do końca tego spotkania było już tylko o tym...
No, dobrze. Święta 8/3 i po Świętach. To teraz się cofnijmy na osi czasu nieco nazad, tak do poprzedniej niedzieli, nazajutrz po omawianych już wydarzeniach sportowych. Wtedy też miało miejsce małe, lokalne święto, za sprawą Roxy, która uznała kilka wydarzeń oraz osób wartych uczczenia. Na samym wstępie jednak odnalazły się Mala i Bombka. Nigdzie też zresztą nie zaginęły, ich telefony wcale nie były głuche, gdy do nich zadzwoniono niedzielnego poranka. Kto to zrobił pierwszy, do kogo, tego centralnie do końca nie wiadomo, ale po kilku krótkich rozmowach w eterze wszystkich ze wszystkimi jasne było, że obie dziewczyny były w domu u Mali i całe, zdrowe, pełne pozytywnej energii właśnie zaczynały poranne ruchy. Krążyła też taka plotka, że w tle słyszano jakiś męski głos, podobno Malina tak mówiła, ale czy słyszała, czy tylko mówiła, że ktoś mówił, że słyszał, lub słyszał, że mówił, tego już nie wiedział nikt. Ale tak, czy owak, obie rzekome zaginione dowiedziały się, co dziś się kroi i że do południa dowiedzą się detali. Jednak dla telefonu Roxy to był dopiero początek. Nadeszła pora, aby użyć go do tego, co miała zrobić jego właścicielka. Jak wiemy, jest ona kobietą biznesu, nie jakimś tam politykiem, który gdy mówi, że coś zrobi, to mówi. Skoro mówiła, że ogarnie lokal na bankiet, to tak miało być. Trzeba więc było wziąć sprawę na cycki, bardzo zresztą jędrne, prężne, dorodne, godne tego zadania. Co prawda w niedzielne poranki te cycki, nie tylko zresztą one miały inne zajęcia, z ważnym udziałem Miśka do tego jeszcze, bardzo rozbudowane zresztą, zwykle do południa, ale tym razem sprawy miały się potoczyć inaczej. Wspomniany pan został co prawda zbudzony, wypionowany, tudzież też zmotywowany do zrobienia porannej kawy, którą jak wiemy robił najlepszą, lepszą nawet niż słynne pleciugato, ale nie został potem na powrót wciągnięty do łóżka, tylko wysłany do sklepu. Miał nie wracać bez kartonu pikolo. To taki napój gazowany imitujący szampana swoim opakowaniem, bardzo niepedagogiczny wynalazek zresztą, który akurat Mala, mająca jak wiemy zerową skłonność do narkotyków bardzo lubiła. Bo ten karton to właśnie miał być dla niej prezent. Gdy Misiek wrócił kwestię lokalu Roxy miała już ogarniętą. Jak tego dokonała? No cóż. Dzięki wielu znajomościom wśród knajpiarzy, gdyż jej firma, Latająca Miotła, była na topie providerów usług polegających na generalnym sprzątaniu wszelkich obiektów. Sporo lokali gastronomicznych stanowiło jej stałą klientelę. Gdy dodamy jeszcze moc przekonywania, jaką dysponowała Roxy, bynajmniej bez czarów, samą tylko magią mniejszą, naturalną, to nikt nie tworzył problemu z tego, że jest niedziela rano, zaś czasu na wykonanie zamówienia niezbyt wiele. Była godzina jedenasta, gdy Ruda oświadczyła swojemu chłopu: - Kochanie, sytuacja jest wyjątkowa, więc mamy tylko godzinę do dyspozycji. Bo potem kobieta twojego życia będzie się laszczyć oraz rytualnie lamentować, że nie ma co na siebie włożyć. No, co się tak gapisz gamoniu? Twoja laleczka czeka na ciebie. Misiek nic nie odpowiedział, bo jakoś nieręcznie mu było gadać do pupy, którą Roxy nagle doń wypięła. Poza tym ów obiekt ma lepsze zastosowania, niż gadanie do niego, zwłaszcza tak perfekcyjny, jak zadek Rudej. Zaś nam niezręcznie jest się gapić na to, co się potem działo przez tą najbliższą godzinę. Aczkolwiek być może niejedne lub niejedni mogliby się czegoś nauczyć. Przed godziną piętnastą faktycznie wszystko gotowe. To był dość miły lokalik na przemieściach miasta. Miał dwie sale, z których jedną dość często rezerwowano na różne prywatne ewenty. Jako że knajpa zlokalizowana jest niedaleko cmentarza, to są to głównie stypy, ale Roxy, jak większość czarownic, nie jest przesądna, więc nie rzutowało jej to. Teraz właśnie przechadzając się po sytuacji kiwała aprobująco głową. - Doskonale, panie Remigiuszu, doskonale. Tak właśnie miało być. Szpakowaty mężczyzna był cały w skowronkach słysząc te pochwały, jednocześnie też widać było, że nie umie oderwać wzroku od dekoltu wiedźmy, której kreację buractwo nazwałoby cyckami na wierzchu. Ale dla Rudej nie stanowiło to zagadnienia, nie było w niej nawet krztyny obłudy histerycznych paniusiek, dla których podziw dla kobiecej urody to przedmiotowe kobiet traktowanie. Tą jej urodę potwierdziła za chwilę wchodząca na salę wraz Borkiem u boku Anita: - Ja pierdolę, Wiewióra, wyglądasz jak bilion dirhamów! No, no, fajnie to wszystko zorganizowałaś. Tak, szwedzki stół to najlepsza koncepcja na taką imprezę. - To nie ja, to pan Remigiusz. Ja tylko dałam kilka wskazówek. Pan Remigiusz ukłonił się mówiąc: - Tylko kobiety z klasą potrafią to docenić. Zaś pod wymownym spojrzeniem Roxy dodał: - To ja wracam do pracy, jakby coś, to... Wiadomo. Szybko się ulotnił, zaś Nita spytała: - Czy mogę zachować się bez klasy? Bo jestem bez obiadu, a mi się nie chce czekać, aż reszta się zejdzie. Głodna jestem i chuj. - Siostro, napierdalaj. Oczami się nie je. Zresztą w dupę ci nie pójdzie, tylko w moją przyszłą siostrzenicę. Mówisz, że jak ma jej być? Balbina? Czy Barbarianna? - Gryzoń, nie podpuszczaj mnie. Dopiero po sabacie powiem. Ja wiem, jak to pójdzie. Teraz się wygadam tobie, ty Malinie, Malina Mali i Kaśce, a potem... - No, nie! Kto jak kto, ale Kaśka umie trzymać pizdę na kłódkę. - Dobrze. Już. Cicho być. Powiem, ale w czwartek w Pleciudze. Stamtąd już dalej nigdzie nie przecieknie. Słodziaczku, może tak być? Zmienimy trochę ustalenia? Borek wzruszył tylko ramionami ze zrezygnowaną miną znaczącą: - A czy ja mam jakiś wybór? Po czym odszedł na bok na spotkanie Maliny i Mariolki. Anita siadła przy stole, sięgnęła po talerzyk i po pierwszy z brzegu półmisek. Za to na salę weszły Neonówki, tylko trzy, bez Yakuzy. Powoli, jakby nieśmiało, ale gdy Roxy rzuciła się do nich obściskując jedną po drugiej, to całe napięcie prysło, zaś salę wypełnił wszechogarniający babski trajkot. Między innymi padło: - Macie te swoje pucharki z turnieju? To na stół z nimi, niech świat patrzy i podziwia przyszłe mistrzynie. Spokojnie, do zwrotu, nie zginą tu przecież, złomiarzy nie ma. Choć Roxy od początku przejawiała niezły nastrój, to te trzy dziewczyny, ich obecność jakoś dziwnie na nią działały, że nabrała wręcz szampańskiego humoru. Odciągnęła je szybko na bok, po czym cała czwórka jakby zapomniała reszty świata. Tak że więc żadna z nich, zajęta rozmową nie zauważyła wejścia Magdy Maczugi i Mirka Orskiego. Oni zresztą też nie zauważyli, że już weszli do środka, tak byli oboje pochłonięci dyskusją robiącą wrażenie związkowej sprzeczki. Gdy podeszli do stołu Mirek chwycił za jakąś szklankę, nalał sobie jakiegoś soku z najbliższego dzbanka, po czym wychylił duszkiem. Na ten widok siedząca obok Anita otarła wysmarowane sosem usta, przełknęła ich zawartość, po czym spytała lekko zjadliwie: - Co? Czegoś było za dużo na after party wczoraj? Magda spojrzała na nią bez słowa, na Mirka wcale, po czym odeszła na bok, akurat w chwili, gdy na salę wkraczała Kaśka, za nią zaś Adaśko niosący jakiś karton pod pachą. Zaś Nita podsunęła Orskiemu krzesło i spytała: - Dlaczego z tobą zawsze muszą być jakieś kłopoty? Chcesz znowu patelnią po tym swoim głupim łbie? Niech zgadnę. Za dużo wypiłeś po gali i pewnie jeszcze dmuchnąłeś jakąś ringdupę na boku? Westchnęła ostentacyjnie i sięgnęła do torebki. - Nie powinnam tego robić, ale masz. No, do dna! Podała mu niewielki flakonik. Wypił bez słowa i spytał: - Co to było? Magiczne antyalko? - Akurat nie. Antyalko też mam na składzie, ale nie noszę ze sobą, bo niby po co? Ale po tym też się trochę lepiej poczujesz. Po czym dodała: - Jedna fajna dupa już cię kopnęła, to dalej szukasz guza? Nie znam Magdy za dobrze, ale też jest w porządku tak na moje oko. To po chuj sobie to wszystko robisz? A teraz spierdalaj, apetyt mi psujesz, a mnie się nie wolno stresować. Sałatki by było szkoda. Po tej perorze Anita wróciła do konsumpcji, zaś Mirek z miną zbitego psa wstał i pożeglował gdzieś w głąb sali. Na sali zaś pojawiły się nowe twarze: trener asystent Kaśki podczas walk oraz cutman klubowy. Bardzo ponoć fajni z nich ludzie, ale postacie marginalne dla tej opowiastki, więc darujemy sobie ich dane identyfikacyjne. Zaś po jakimś czasie przybyły wreszcie może nie tyle główne celebrytki dnia, ale przez niektórych domyślnie za takie uznane. Mala jak zwykle radośnie śmiejąca się całą sobą plus Zosia Yakuza również uśmiechnięta, ale przy Turbi robiło to raczej wrażenie półgębka. Trzymały się za ręce, rozdzieliły je dopiero powitalne uściski obecnych. Gdy do Bombki podeszła Roxy zlustrowała ją bardzo dokładnie: - Hej, młoda wojowniczko, ja skądś znam tą kieckę. - Bo nie spałam w domu, więc Mala mi coś tam znalazła. - Kiedyś to był mój łach, potem dałam jej, ale na tobie chyba leży najlepiej. Lalka! Podejdź proszę do nas. Ja ci się to podoba? Przywołana Malina zmarszczyła nosek i oświadczyła poważnie: - No! Taką dupcię tylko lizać. Po czym odeszła i tak się działa cała impreza. Ludzie tasowali się między sobą, przeważnie na szybkie small talksy, na dłuższe pogaduchy dopiero nadchodził czas, zaś Bombka podeszła wtedy do Mali mówiąc: - Chodź. Teraz. Tam jest. - No, to już. Obie więc podbiły do Kaśki, zajętej chwilowo udkiem wędzonego kurczaka. Spojrzała na nie z uśmiechem, odłożyła ogryzioną kostkę na talerzyk i sięgając po serwetkę spytała: - No, co tam harcerki? Jak się bawicie? Jedna spojrzała na drugą, wreszcie Mala zagaiła: - Bo wiesz Kasiu. Wczoraj to tak dziwnie jakoś wyszło, że... Maczeta otarłszy palce i usta przerwała jej: - Niby co dziwnie wyszło? Wtedy odezwała się Bombka: - No, że my chciałyśmy z tobą, no, tego... Nie dokończyła. Za to Kaśka robiąc zdziwioną minę spytała: - Hej, Grażynki, czy was nie pojebało? Wszystko poszło jak należy, ja się świetnie w tym czułam. Jak każda normalna kobieta, gdy jest pożądana. - Ale przez kobietę? - I kto to mówi? Dupa, która niedawno co waliła się z drugą dupą, tak? Zośka, nie rozczarowuj mnie. Chłopy mają ze sobą taki problem, to ja akurat wiem. Ale my nie jesteśmy chłopy, więc nam to koło pizdy lata, że tak się wyrażę oldskulowo, jak się na naszej dzielni gada. Zaś co do mnie centralnie, to powiem tak. Tu Kaśka napierw odłożyła na talerzyk zużytą serwetkę. - Strasznie was lubię, ale dopóki się rąbię z tą górą mięcha, która tam stoi, tam co widzicie, bardzo dobry człowiek zresztą, to ja wam mogę tylko tyle. Mówiąc to wskazała na Adaśka po drugiej stronie sali, po czym szybko ucałowała w usta jedną, potem drugą. Po czym dodała: - Macie zresztą siebie i tylu chłopów dookoła na dodatek, ile tylko chcecie, że moja piczka wam do szczęścia nie jest potrzebna. - To co Kasiu, wczoraj nie było sprawy? Spytała Zosia, na co usłyszała: - Być było, ale problemu nie ma. Pyszny jest ten wędzony kurczak. Mówiąc to Kaśka sięgnęła po półmisek ze stołu i podsunęła go dziewczynom częstującym ruchem. Zaś już po chwili okazało się, że obie podzielają jej opinię. Zaś w międzyczasie Roxy spytała wspomnianego Adaśka: - Co przyniosłeś w tym pudle? - Dla Mali. Taki drobiazg. Kasia mówiła, że to dobry pomysł. - Chyba wiem co. Już jedno stoi tu ode mnie pod stołem. - Mala podobno tego pochłania mnóstwo. - Strasznie to jest niezdrowe, ma od cholery cukru. Ale przy jej ruchliwości ona ten cukier spala błyskawicznie. Figurę wciąż ma bez zarzutu. Ty, Daśku, a tak a propos. Misiek mi mówił, że już nie pijesz piwa. Tak? Tu trzeba przypomnieć, że Adaśko jest mutantem, jego organizm nie metabolizuje narkotyku zawartego w piwie. Tym samym jest jednym z nielicznych ludzi, którzy mogą uczciwie przyznać, że piją piwo, czy też inne trunki tylko dla smaku. Bo jak wiemy, większość tak deklarujących po prostu łże. Zaś Dasiek naprawdę nie zna uczucia rauszu po alkoholu, o uchlaniu się już nie wspominając. - Właściwie nie. Czasem tak tylko, sporadycznie. - To przy czym teraz robicie te wasze męskie posiadówy? - Znaczy kto? - No, ty, Borek, mój Misiek. - Nie tylko męskie, bo Miolka też z nami lubi pobajerzyć. - Tak, ale wiesz, o co mi chodzi. My mamy te nasze czary mary, wy się wtedy za to spotykacie na wasze pogaduchy o dupach, piłce, czy polityce. To teraz już bez piwa? - No. To się zaczęło od Borka od Nowego Roku, że zero i już. To my z Miśkiem tak solidarnościowo, żeby go nie drażnić. Tylko kawka, herbatka, blancik, polkakola i takie tam inne. - Ale jak to może drażnić Borka, skoro nie jest uzależniony, nigdy nie był zresztą. Nie bardzo teraz rozumiem sensu tej akcji. - Powiedzmy, że profilaktycznie tak. Niedługo go czeka więcej stresów, ma zostać tatą przecież. To jest bardzo odporny chłop, ale wiesz, nowe doświadczenie. Nikt siebie nie zna wtedy, jak się będzie zachowywać. Poza tym jest jeszcze coś. Piwo to nie tylko sam narkotyk, bo większość piwa jest przyprawiana chmielem, za to chmiel ma lupulinę. - To akurat wiem. To nie narkotyk, tylko takie semi, coś jak marycha, kawa, czy kava kava. Ale do czego zmierzasz? Ta lupulina działa na ciebie? - Tak, jak na innych. Więc powinnaś wiedzieć, że obniża libido. Innymi słowy, tak między nami, to odkąd przestałem pochłaniać galony piwa, to jeszcze bardziej mi się ruchać chce. Kaśka nic ci nie mówiła? Przecież wy sobie wszystko opowiadacie. - To prawda, my sobie dużo rzeczy mówimy, ale Kasia jest akurat bardzo dyskretna. Może Malinie mówi coś więcej, ale przy mnie, czy Nitce cipę trzyma na kłódkę. Chodź na zewnątrz, zabakamy. Tu należy nadmienić, że cała impreza była beznarkotykowa, Roxy bowiem żadnego alkoholu nie zamawiała. Była też bezdymna, ale w tym gronie akurat nikt nie palił papierosów. Za to normalną rzeczą było Zioło, choć inne względy wymuszały pewną dyskrecję. Też zresztą było bezdymnie, bo kto go używał, to tylko za pomocą wapka. Zaś wapki ziołowe są dość podobne do nikotynowych, więc personel knajpy pojęcia nie miał, co się tak naprawdę dzieje. Już później Roxy ucięła sobie pogaduchy z Anitą. Czy raczej obgadywanki, bo obserwowały Malę i Magdę, które usiadły sobie na boku poważnie coś omawiając. - Chyba fajnie się dogadują. - Tak. Poprzednia mirkowa z obecną mirkową. - Szalenie interesujące. A wiesz, ja go dziś opierdoliłam. - Chyba wiem, za co. - Ale ja nie pamiętam, żeby Mala się skarżyła na jego pochlewanie po pracy. Może po prostu nie wiedziała? Bo poza tym to on generalnie jest niepijący. - Mala nigdy się na nic nie skarży. A co do pracy, wyjazdów na te jego gale walk to o ringowych panienkach akurat wiedziała. Wiedziała to od nich samych, bo kilka poznała, jak pojechała kiedyś z Kaśką na taką galę. Tolerowała to do czasu, gdy przegiął z tą w klubie, jej podwładną zresztą. To o narkotykach też jej musiały powiedzieć. - Czyli Mireczek teraz testuje granice tolerancji tej drugiej. - Za to ta druga ma konsultantkę.
- Do tego życzliwą i przyjazną, bo Mala mimo słabego finału uważa ich związek za udany i zawsze mówi o Mirku dobrze.
- Czy ona w ogóle o kimś mówi źle?
- O swojej mamuśce?
- O Pamali to ona niewiele mówi, najchętniej nic.
Z kolei w innym kącie sali siedział obgadywany pan Orski oraz właśnie Adaśko, według słów Kaśki dobry człowiek. Trudno orzec co omawiali, ale trochę wyglądało to na knucie. Czy coś uknuli lub wyknuli, tego nie wiadomo, ale może się jeszcze okaże. Jako że Kaśka rzadko kłamie, a jeśli już, to nigdy dla funu, to raczej nic podłego się nie powinno zadziać po tym ich knuciu. Co najwyżej jakieś inne opowiadanie kiedyś tam. Tak się toczyły różne pogaduchy bankietowe, których nie sposób przytoczyć wszystkich, choć pewnie wszystkie były jakoś tam ciekawe. Dla formalności wspomnijmy tylko, że pod sam koniec pojawił się sam imć Stryjo plus imcinia Stryjna, zawodowo księgowa Oktagonu. Zapraszała go tak Roxy, jak też Kaśka, choć mocno za późno, miał już swoje plany, więc obiecał tylko, że zajrzy. Zajrzał, bo to też słowny jegomość. Gdy wszedł rozejrzał się po sali, kiwnął na Adaśka, po czym wręczył mu kluczyki ze słowami: - Mam w wozie prezent dla naszej studentki. Byłbyś tak dobry przynieść go nam tu? Takie kartonowe pudło na tylnym siedzeniu. Zaś gdy posłaniec wrócił Anita nagle parsknęła śmiechem. - Co jest mamucho? Znaczy przyszła mamucho. Spytała Roxy, na co usłyszała: - Bo razem cztery. - Jak to cztery? - Pierwsze pudło od ciebie, drugie od Kaśki, trzecie teraz od szefa szefów, a czwarte jest od nas, tyle tylko, że Borkowi nie chciało się tego z wozu tachać. W tym momencie odezwała się Malina: - Ej, bratowa, jesteś tego pewna? - Czego? - No, że cztery. Miola powiedz jej. Więc Mariolka powiedziała: - Bo zaistniała taka sytuacja, że nam się też nie chciało tachać. Za to najzabawniej już zareagowała sama obdarowana. Najpierw zaczęła głośno myśleć, jak ona to zawiezie motorem do domu. Czy kosz to pomieści. W pewnym zaś momencie ktoś zażartował: - Może stragan założysz przy cmentarzu? Jej riposta była bardzo rzeczowa: - Co? Sprzedać? Nigdy. Przecież to moje. Zaś już wracając do domu Roxy oświadczyła Miśkowi: - Wiesz, bardzo fajne są te kaśkowe aniołki bojowe. - W sumie głównie o to ci chodziło, żeby je poznać. - No. KONIEC DRUGIEJ CZĘŚCI A TRZECIEJ NIE BĘDZIE, BO NIE MIAŁO BYĆ
Ma być jak inne Inne mają być jak on Ósmy dzień marca Roszczeniowej księżniczki Nadzieja wyleczenia Krągłość dłoń pieści Ciepła słodycz wilgoci Usta spragnione Ulubionej zabawki Prezent dla niej najlepszy Balsamu krople Zdobią jędrne pagórki Uśmiech na twarzy Oziębłej feministki Cud przemiany nastąpił
👉
Mimo genialności swej konstrukcji kobieta niekoniecznie zawsze bywa idealna. Czasem bowiem trafiają się jej dysfunkcje rozmaite. Chwilowe lub co gorsza przewlekłe. Zdarza się nawet kilka na raz. Powyżej skupiliśmy się akurat centralnie na dwóch. Na czym polega roszczeniowy księżniczkizm tłumaczyć chyba za bardzo nie trzeba. Objawia się on tak, że dupencja wymaga szczególnych relacji damsko męskich. On ma jej dawać wszystkie materialne dobra, jakich ona tylko zapragnie, starać się przy tym, o względy jej zabiegać, ona zaś za to nie musi nic, co najwyżej udzielić swoją łaskawą obecność mu może. Za to nieco wyjaśnień wymaga oziębły feminizm. Jak wiadomo, nie istnieje jedna odmiana tego ruchu. Jest wiele nurtów czy też odmian. Ten jednak mimo swej nazwy nie jest takowym, co najwyżej jego patologią. Bowiem zamiast dążyć do polepszenia bytu kobiety steruje na jego psucie oraz psuje wizerunek samego feminizmu. Jak to działa? Otóż zdarza się nieraz, że kobieta swą urodą, tudzież domniemanymi walorami umysłu zasłuży na męską sympatię. Ale gdy ten, czy ów zapragnie jej to cieleśnie okazać, nagrodzić ją, ona staje się paniusią pełną fochów, pretensji o to, że jest traktowana jak rzecz. Nieraz posuwa się nawet do zarzutu, jakoby była molestowana, gdy ktoś wyrazi uznanie piękna jej lub jakiegoś jej fragmentu. Ciekawym zjawiskiem jest podejście takich pseudofeministek do filmów dla dorosłych. Według nich branża ta uprzedmiotawia kobietę, co jest fałszem, bo jest całkiem odwrotnie, to mężczyzna jest obiektem, narzędziem, maszynką. Niektórych panów takie panie często frustrują swoją postawą, ale jedynym sensowną reakcją jest akceptacja faktu, że skoro taka paniunia czegoś nie chce, to po prostu nie dostanie. Powyższy wywód wyjaśniający kończymy życzeniami świątecznymi, krótko poetycko wyrażonymi, do Pań wszelkich targetowanymi. 👉 Słowo niedzielne Niezdrowym kurować się Zdrowym tak trzymać
💚💛💗
Ogłoszenie:Druga część opowiadania "Bankiet", kończąca je, jak najbardziej rzecz jasna się ukaże jako następna po tej publikacji.
Poniższa opowieść, a właściwie żadna tam opowieść, tylko parę epizodzików, jest też przy okazji obiecanym suplementem do ostatniego mini serialu. To tak w kwestii formalnej jakby.
A tymczasem... Najpierw domknijmy sytuację w szatni. Jak pamiętamy Mala oraz Bombka, które nagle nabrały ochoty na siebie próbowały zaprosić Kaśkę do wspólnego transferu dobrych wibracji. Ta jednak nie przyjęła tej oferty. Co prawda bardzo lubiła obie, choć rzecz jasna nie aż tak, jak Malinę, jednak siostrzanym sposobem. Poza tym miała z Adaśkiem pakt na wyłączność. Istnieje taki pogląd, że gdy będąc w związku hetero ktoś pomizia się na boku z osobą tej samej płci to nie liczy się to jako zdrada. Ale nie istnieje też rozstrzygnięcie, czy jest on słuszny, jednak ona go nie podzielała, to zaś kończyło temat. Tak więc po szybkim, kontrolnym prysznicu, takim bez moczenia włosów, szybko się oblekła, po czym opuściła szatnię. Jej psiapsie były tak zajęte sobą, że nie zareagowały na jej wyjście. Potem Kaśka ruszyła do trybuny vipowskiej, gdzie spodziewała się zastać ważne dla siebie osoby, nie zastała jednak wszystkich. Siedziało na niej tylko trzech panów: Borek, Misiek plus Adaśko, którzy bacznie oglądali ostatnią walkę wieczoru. Ich zdaniem dość ciekawej, gdyż spotkało się dwóch byłych mistrzów boksu walczących według klasycznej formuły tego sportu, jedyne różnice polegały na zmianie boiska, z ringu na oktagon, zaś na dłoniach miast rękawic panowie mieli tylko bandaże. Ciekawe też były ich nazwiska, mocno utytułowane, zapewne też pieniądze, które miały stać się ich gażą. Ale gdzie podziały się panie? Kaśka szacowała, że powinno być ich siedem. Chyba trzeba się cofnąć na osi czasu, bo wcześniej też było ciekawie. Otóż jeszcze przed zakończeniem walki Yakuzy z Piorunellą przy wejściu na trybunę pojawiło się kilka osób, zapewne kibiców wspomnianych wcześniej bokserów. Zaczęło się to samo, co pół godziny wcześniej, gdy przyszły Neonówki. Pracownik ochrony miał ten sam ból głowy spowodowany niezgodnością ilości miejsc z ilością wejściówek. Tu jednak nie interweniował Adaśko, tylko Mala. Najpierw chwilę poszeptała z resztą pań, po czym wyszła do przybyłych przybyszów. - Poczekajcie chwilę, bardzo, bardzo ładnie was proszę. Po tej walce zwolni się kilka miejsc. To co? Ten pan tu tylko pracuje, nie róbcie zgiełku. Przyszliście się bawić, nie rozrabiać. Pokazała na ochroniarza. - To nie jego wina, że wydano za dużo wejściówek. Kto odmówi takiej ślicznej, radośnie roześmianej całą sobą dziewczynie? Ochroniarz spojrzał na Malę z wdzięcznością, za to sama walka, jak wiemy, skończyła się tuż po rozpoczęciu trzeciej rundy. Faktycznie, pięć miejsc się zwolniło. Mala szybko pobiegła do szatni, za to siedem pozostałych pań pod wodzą Roxy ruszło do bufetu, czy też baru, który znajdował się na terenie hali. Ruda objawiała duże zainteresowanie Neonówkami. Zosię Yakuzę co nieco już znała, jeszcze trzy lata wcześniej spotkała ją pierwszy raz w klubie, zanim ta gdzieś zniknęła. Zaś pozostałą trójkę dziewczyn widziała po raz pierwszy, jako że sama do klubu zagląda niezbyt często. Ona bardzo dba o formę, ale że nie chce się jej jeździć na drugi koniec miasta, to ćwiczy sobie w domu, albo wpada do Anity. Jak wiemy, to ma ona trochę sprzętu, który stoi sobie w sabatorium. Po drodze panie spotkały Magdę Maczugę. Też szła do bufetu, ale tylko na chwilę po jakieś szybkie picie, bo chciała obrócić na ostatnią walkę. Nie siedziała na vipowskiej loży, tylko gdzieś indziej, razem ze swoimi jakimiś znajomymi. Gdy się przywitała, to spytała jeszcze: - Zostaniecie na after party? - Ma takie być? Spytała Malina. - Takie wewnętrzne, dla organizatorów. - To niby czemu my? - Jako ekipa Oktagonu, sponsora marketingowego. To akurat się zgadzało. Klub Oktagon był takim sponsorem, choć nie strategicznym. No, ale znakiem tego w hali wisiało nieco zielonych bannerów z logo. Zaś nasze panie miały wszystkie na sobie firmowe tiszerty, tak wrzucone na wierzch, na inne ciuchy. Kibicowały przecież zawodniczce reprezentującej ów klub. Anita spojrzała na Roxy, na Malinę, po czym lekko się skrzywiła. - Ja chyba nie. Późno jest, a ja z kolei... Nie dokończyła, tylko pogłaskała się wymownie po widocznym już brzuchu. Za to Roxy odparła popierająco to stanowisko: - Ja się nie rozmnażam, ale też jakaś nie do balowania już jestem. Za to mam inny pomysł. Madzia, masz czas jutro, tak po południu? - A czemu? - Przyjedziesz na taki mały, przyjacielski bankiecik? - Chętnie. Nie mam żadnych sztywnych planów. Gdzie? - Jeszcze nie wiem, ale jutro do południa już będę wiedzieć. Daj mi swój telefon, bo chyba raczej nie mam go u siebie. Możesz? - No. Klikaj, podyktuję ci. Tak też się stało, po czym wszystkie ruszyły dalej. Magda coś tam sobie kupiła do picia i od razu wyszła z baru. Za to Malina spytała: - Jaki bankiecik, co ty kombinujesz? - Ano mam taki kaprys zaprosić wszystkich. - Pieniędzy masz za dużo? To już spytała Anita. - No, coś mi tam może dołożycie. Dziewczyny, słuchajcie. Wszystkie rozsiadły się przy dużym stole i spojrzały na Rudą. - Jutro o piętnastej zapraszam was na małe co nieco. - Gdzie? - Jutro wam powiem nazwę i adres knajpencji. Malina pokręciła głową. - Jak ty chcesz zrobić taką rezerwację w pół dnia przed? - Spokojna twoja zielona rozczochrana. Lalka faktycznie zrobiła sobie włosy w barwach klubu. - Robiłyśmy parę lokali i hoteli, znamy różnych ludzi, więc... - Jak to robiłyście? Spytała Bęcka, na co odpowiedziała Anita: - Roxy i Malina mają firmę sprzątającą. - Ja nie mam, ja tylko pracuję. - Nieważne, skrót myślowy taki. Wtedy temat podjęła Ruda: - Po prostu uważam, że wam się jakaś feta należy. Całej czwórce. Była wczoraj, widziałam. Ja się nie znam na żadnym boksie, ale podobało mi się. Byłyście świetne. - Turbinie też się należy. Pokazała mi indeks. Dodała Malina. Po czym spytała: - To co teraz robimy? Odpowiedziała Anita: - Nic. Siedzimy, integrujemy się, a przy okazji czekamy. My z Rudą czekamy na swoich chłopów na ten przykład. Bójka wtrąciła wtedy: - My czekamy na Zochę. - A my na Malę. Każde na kogoś czeka. Podsumowała Malina. Ale pierwsza pojawiła się Kaśka na którą nikt nie czekał, choć zapewne też wszyscy. Prawie wszyscy, bo jej chłop oglądał boks. Roxy szybko przewinęła plan na następny dzień. Na razie szkicowy, ale tak właśnie miało być. - Rozumiem, że będziesz? To przecież też twoje sukcesy. - Będę, ale jeśli tak stawiasz sprawę, to dołącz jeszcze dwie osoby. Mój asystent w narożniku i nasz klubowy cutman. On wczoraj kleił naszą Bęckę. Pokaż się młoda. Kaśka pochyliła się do dziewczyny, chwyciła ją za brodę i bacznie przyjrzała je twarzy. Zapewne wynik tych oględzin ją zadowolił, bo stwierdziła zdecydowanym tonem: - No. Goi się jak na kocie. Buźka jak nowa. - Aż się prosi o bukkake. Hołd składany kobiecej urodzie. Rzuciła Malina i dodała: - Chyba cię nie krępuje moja uwaga? - Jej nic nie krępuje. Shibari jedynie najwyżej. Rzuciła w zastępstwie Bitka, a Bójka zarechotała. Jeszcze na trybunie dziewczyny były jakby nieco spięte. Nie znały Anity, ni Roxy, ani paru innych osób, ale szybko zaczęły się rozkręcać w klimacie ogólnego luzu. To nie były przecież jakieś tam spłoszone panienki zaciskające nerwowo uda, tylko Neonówki, dziewczyński gang Yakuzy. Od razu do nich trafiło, że to wysoka półka, kobiety z klasą, więc trzeba trzymać odpowiedni poziom. Zaś Kaśka dokończyła poprzedni wątek: - Roxy, ja za tych dwóch ludzi zapłacę, jakby co. - Kochanie, spokojnie. Dogadamy się. Ja to biorą na cycki, a każde mi dołoży ile chce. Jak nic nie dołoży, to też focha zero. Poza tym to wcale ma nie być jakiś straszny wypas. Z wyczuciem ma być. Minęło nieco czasu ogólnej wesołej rozmowy, zaś zmiana struktury gwaru dobiegającego od głównej hali mocno sugerowała, że walka wieczoru się zakończyła. Na potwierdzenie tego do stołu dołączyło trzech panów. Roxy szybko zagaiła: - No, jak tam chłopaki? Kto wygrał? Odpowiedź Miśka była krótka. - Lepszy? - Czyli? - Kochanie, jego nazwisko nic ci nie powie. - Niby fakt. Wtedy krzyżowy ogień pytań na temat walki uruchomiły Neonówki. Wszyscy trzej panowie starali się rzetelnie zaspokoić ciekawość dziewcząt, wreszcie wszystko przygasło. Wtedy odezwała się małomówna dotąd Mariolka: - No, dobrze. Ale gdzie jest Zosia i Mala? Na co odparła Kaśka: - Ostatnio widziałam je w szatni. Bombi się kąpała, a... - A Turbi plecki jej myła? Przerwała jej Ruda, co wywołało nieco śmiechu. - Tak, ale ile czasu temu to było? To już spytała Malina, dodając jeszcze: - Pójdę po nie? Tak? - Idź, tylko obróć szybko, nie zagiń w akcji. Gdy Lalka odeszła pojawił się nagle Mirek Orski. - To co? Zostajecie na małej imprezce? - Nie bardzo. Są inne plany. Magda ci wszystko opowie. A my się ewakuujemy, tylko czekamy jeszcze na Zochę i Malę. Gdzieś się zaplątały nie wiedzieć czemu. - To powodzenia, bo ich tu już nie ma. - Widziałeś je? - Nie ja akurat. Chłopak na bramce. Akurat zna obie, widział jak wychodziły jakiś czas temu z obiektu. A z tą Magdą to o co chodzi? - Po prostu zapytaj jej, bo nie chce mi się tłumaczyć. Po prostu jesteście zaproszeni oboje. Tylko dziś nie przeholuj z niczym, bo jutro klina nie dostaniesz. Gdy Mirko odszedł zjawiła się Malina. - W szatni jest pusto, nikogo nie ma. DRUGA CZĘŚĆ NIEBAWEM