05 października 2026

DZIURA W PARKU /cz.2/

Osia grzecznie poddawała się przeglądowi wykonywanemu przez tatę, którego siedząca na ławce mama zapytała nagle:
- Słodziak, ty wiesz, co to tam jest? Mijaliśmy właśnie.
- Gdzie? Aha, tam. Wiem. Bambul, głaz narzutowy. Tak sobie myślę, co robi ten bambul. Ten bambul zapewne odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. Nie można też wykluczyć, że otwiera oczy niedowiarkom.
- Otwiera, ale buzię do krzyku naszemu dziecku. A raczej to, co pod nim jest. Co do tych potrzeb, to po każdych wyborach do władz dzielnicy ma innego patrona, ale to nas akurat najmniej interesuje.
- A co nas najbardziej interesuje?
- Chodź, zrobimy rundkę po obiekcie, bo Osia potem powie, że wyrodni rodzice wożenia jej żałowali za młodu. A ja ci opowiem za to, o co w tym bambulu się rozchodzi.
Gdy ruszyli Anita wzięła głęboki oddech, co jak wiemy oznaczało zakaz przerywania jej wypowiedzi, po czym wypowiedziała się:
- Pewnie słyszałeś o miejscach mocy na Ziemi. Jest ich sporo, niektóre dość znane, choć połowa z nich jest akurat fikcyjna, urojona. Po prostu fama ma przyciągać turystów i pielgrzymów, za to oni mają tam wydawać dutki. Ale jest jeszcze całe mnóstwo mniejszych miejsc, prawie nikomu nieznanych. W witchnecie jest mapka, tylko niedokładna, a ja mam lepszą, całego kraju. Od Ziry dostałam, tej od Benges, pokażę ci jak wrócimy domu jak chcesz. To pod bambulem też jest miejscem mocy. Nie bambul ją zawiera, tylko jakoś tak pod ziemią jest, pod nim parę metrów. Myśmy to odkryły z Roxy jako siusiary jeszcze. Pierwsze nasze czary, pierwsze sabaty tu robiłyśmy. Potem nam się to miejsce jakoś odwidziało, znudziło. Ja tu do parku dawno nie zaglądałam, wiele lat, dopiero teraz znalazłam zastosowanie, żeby tu naszą Osię odsmradzać. Ta moc pod kamieniem jest bardzo słaba zresztą, do tego chimeryczna taka. Czasem ją się czuje dość wyraźnie, ale też czasem prawie wcale. Ale nawet jak wyraźnie, to wciąż jest cienka. Teraz wychodzi na to, że Osia ją czuje i wcale jej to nie sprawia frajdy. To na razie tyle, co wykryłam. Skończyłam, możesz pytać, to może jeszcze się czegoś dowiesz.
- Czy to jest jakaś zła moc?
- Kochanie, już ci to kiedyś tłumaczyłam. Żadna moc nie jest ani dobra, ani zła. Tak, jak moja moc, czy innych dziewczyn nie jest ani na plus, czy też minus, tak samo te moce naturalne, bo nie ma żadnego obiektywnego dobra, ani zła. Ale mogą być różne reakcje osobnicze na jakąś konkretną moc. Jak widać Osi ta moc pod kamieniem wyraźnie nie pasuje. Źle się czuje od niej, więc protestuje tak jak umie, głośnym płaczem.
- To co teraz?
- Trening przepony jej nie zaszkodzi, ale ja nie chcę, żeby była tak regularnie stresowana na każdym spacerze. Możemy chwilowo nie wchodzić tym wejściem do parku, omijać ten bambul i tak na razie zrobimy. Ale na dłuższą metę to jest słabe. Nie nasz styl.
- Ponawiam więc pytanie, co teraz? Może jakiś amulet?
- Dobrze kombinujesz, brawo ty. Tylko, że amulety to nie popcorn, w minutę nie upichcisz. Ale nie wykluczam tej opcji. Osia już ma parę amuletów, takich standardowych, ten jednak musi być taki dedykowany, że tak to nazwę.
- Znaczy?
- Znaczy, że jeszcze nie wiem za dobrze, przed czym ma chronić. Chodź, jeszcze ten kawałek, potem wrócimy na tamtą ławkę.
Tak też zrobili. Wrócili, usiedli, zajęli się rozmową, Anita jednak przy okazji obserwowała alejkę w okolicach kamienia. Szczególnie bacznie, gdy do parku wchodziła jakaś pani konwojująca dziecinny wózek. Raz nawet wszedł pan. Ale nie działo się na razie nic. Do czasu. Do czasu, aż się stało.
Bo nigdy nie jest tak, że nigdy nic się nie dzieje. Zawsze prędzej, czy później coś się musi wydarzyć. Tak więc w pewnym momencie zawartość kolejnego wózka podniosła alarm podczas mijania kamienia. Pani go pchająca zajrzała do środka, po czym zmieniła azymut planowanej trasy i po chwili była już przy ławeczce okupowanej przez naszą rodzinkę.
- Można?
- Proszę, proszę. Co, awaria?
Spytała Anita.
- Właśnie nie wiem.
A po chwili:
- Nie, spoko. Fałszywy alert. To my nie przeszkadzamy.
- Miłego dnia.
Pani z wózkiem oddaliła się, zaś Anita stwierdziła:
- Ciekawe. To małe w wózku ma moc. 
- A mama?
- Mama nie. Ale dzieciak poczuł i zareagował.
Borek nagle zaśmiał się mówiąc:
- Wiesz, co mi przyszło do głowy? Że ten bambul, to całe miejsce to taka jakby bramka, wykrywacz potencjalnych, ewentualnych magów i czarownic.
- Dobre! Trzeba twojej siostrze powiedzieć. Niech tu siądzie od rana i zaznacza sobie ptaszki na kartce. Lalka lubi takie tam różne obserwacje i spostrzeżenia statystyczne. 
Anita nagle wstała, obciągnęła spódnicę i okręciła się dookoła swej własnej osi pionowej pytając tonem gwiazdy romansów:
- No, i jak?
- Co jak?
- Klasa mamuśka, dupeczka jak się patrzy. Tak?
- Nigdy nie mówiłem, że jest inaczej.
- Dobrze, ale w ciąży to ja byłam anakonda po zjedzeniu słonia.
- Nieprawda. Taki fajny pingwinek byłaś. Poręczny nawet.
- Jak ty nic nie rozumiesz. Ile czasu po porodzie kobieta wraca do swojej normalnej figury? Jeśli chce. Bo wiele wcale tego nie chce.
- Pupcia, ja się na tym nie znam, pojęcia nie mam. Lepiej mi powiedz, co wymyśliłaś z tą bramką przy kamieniu. Znaczy z tą całą sprawą i w ogóle.
- Ten amulet ulegnie rozpatrzeniu. Ale ja mam jeszcze kompletnie innego pomysła, co z tym można zrobić. Alternatywnie. Na razie jednak wracamy do domu. Szybciorem. A w domu...
- A w domu to Ośka się zbudzi roszcząc cyca i to, o czym oboje teraz nagle pomyśleliśmy ulegnie pewnemu odroczeniu.
Więc wrócili do tego domu szybciorem. Na ławce zostało po nich tylko pytanie, jakiego to kompletnie innego pomysła, alternatywnie zresztą ma Anita?
O tym już w następnym odcinku.

30 września 2026

DZIURA W PARKU /cz.1/

- Jedyny kłopot, jakiego doświadczam z Miśkiem, to nie mogę nauczyć się rozróżniać, kiedy on udaje, że jest głupi, żeby zmylić czujność innych, kiedy udaje, że jest głupi, bo nie chce mu się rozumować i chce, żeby robił to ktoś za niego, kiedy udaje, że jest potwornie głupi, żeby ukryć fakt, że rzeczywiście nie sensuje, co się dzieje, a kiedy jest naprawdę autentycznie głupi.
Anita spojrzała na Roxy przeciągle i odparła:
- Z tego, co mi nieraz opowiadasz, to mi wychodzi, że on wcale nie jest głupi. Chyba mój Borek nie jest aż tak pomysłowy w tych sprawach, co on. Tylko żeby nie było. Ja etap ultra fikuśności mam już za sobą. To, co jest mi wystarcza. A ty wiesz, że ja się z nim umówiłam ostatnio?
- Z Borkiem? Na co się umówiłaś? 
- No jak z Borkiem? O twoim Miśku mówimy.
- Przecież on się nie umawia z innymi dupami.
- Więc ja też się z nim nie umówiłam jako inna dupa, tylko jako jego koleżanka, najlepsza kumpela jego dupy. I wcale nie w tych sprawach, co ty teraz sobie myślisz.
- No, ja myślę. Ups, sorry, ja jestem pewna, że nie w tych. Tylko mam dwa pytania. Co to za nie te sprawy i czemu ja o tym nic nie wiem do tej pory?
- Bo ci nie zdążył powiedzieć. Dzwoniłam do niego ze dwie, trzy godziny temu dopiero co. A te sprawy są takie, że jest geologiem zawodowo, tak?
- Tak. Przecież wiem, z czego dorzuca na nasze rachunki.
- I jest też geomantą przy okazji, tak?
- Tylko teoretykiem, przecież nie jest magiem.
- Ale tylko tyle mi trzeba. Stronę magiczną ogarnę sobie sama. Ty mi zresztą pomożesz. Tak, Wiewióro wredna? Pomożecie?
- No pewnie. Tylko jeszcze nie wiem, w czym. I na damski chuj ci geomanta do tego wszystkiego?  Tego akurat nie ogarniam.
- To słuchaj teraz uważnie, wtedy ogarniesz...
Teraz zróbmy może tak, że ze względów pragmatycznych zamiast cytować cały dialog zbriefujemy jedynie pokrótce opowieść Anity. Ale zacznijmy może najpierw od tego, że tytułowy park to jest za mocno powiedziane. To raczej taki mocno przerośnięty skwer, który mieści się na dzielni o zabudowie jednorodzinnej, gdzie mieszka właśnie Anita, Falibor oraz od niedawna owoc ich miłości imieniem Stella Oktawia, dla swoich Ośka. Ten skwer to ulubiony spacerniak, taki wózkodrom miejscowych mamusiek, czy też tatuśków oraz ławeczniak okolicznego seniorstwa emerytalnego. Bardzo czyste, zadbane miejsce zresztą. Gdy nadszedł czas, aby zacząć przewietrzać Ośkę, Anita wybrała ten właśnie teren zielony. Pierwszego dnia poszła sama, po czym wróciła po jakimś czasie, jak to zwykle bywa. Drugiego dnia nie poszła, tylko wsadziła Osię do nosidełka, nosidełko do auta, po czym udała się do Pleciugi, bo akurat był czwartek. Za to trzeciego dnia poszedł Borek dziarsko powożąć wózkiem pełnym Ośki. Też wrócił po jakimś czasie, ale Anita zaczuwała nagle:
- Słodziak, co masz taką minę? Coś poszło nie tak na spacerku?
- Właściwie nic, ale...
- Wiesz, co zrobili górale z Alą na skale? Więc mi tu nie aluj, tylko referuj cały przebieg misji. Ja potrzebuję wszystko wiedzieć, co się tam działo.
- Może tylko tyle, że Osia nagle mi się uruchomiła po wejściu do parku, tak znienacka, głośno nietypowo jakoś jak na nią.
- Co zrobiłeś?
- Podjechałem od razu do najbliższej ławki, sprawdziłem, czy nie ma jakiejś awarii w pieluchach, ale nic nie było.
- Co na to Osia?
- Przy ławce od razu się uspokoiła. Za to podczas wyjścia z parku było to samo, ale na ulicy znowu ucichła. I teraz zobacz, śpi sobie ładnie. Tak, jak ma być.
- Ciekawe. Wiesz, bo ja przedwczoraj miałam z nią tak samo. Co prawda tylko idioci nie wierzą w przypadki, ale to akurat nie jest przypadek moim zdaniem. Jutro pójdziemy razem oboje. Przy sobocie utniemy sobie taki rodzinny spacerek.
- Masz Pupcia jakiś pomysł?
- Mam mieć.
Tak też zrobili. Sobotniego popołudnia Osia została wplasowana do swojej gondoli na kółkach, po czym oboje rodziców ruszyło do parku jako napęd oraz ochrona owej gondoli. Pogoda sprzyjała wyprawie, zaś dookoła całej trójki wibrowało rodzinnością. Ale gdy weszli do parku, to po kilku metrach marszu śpiąca Osia nagle poruszyła się, po czym wzięła i uruchomiła cały swój potencjał wokalizacyjny. Anita spojrzała na Borka pytając:
- Tak było wczoraj?
- Dokładnie w tym miejscu.
Czarownica rozejrzała się dookoła.
- Widzę, czuję i chyba już wiem. Chodźmy do ławeczki. Zajrzymy do ukrytych ośkowych rejonów, żeby wykluczyć pewną okoliczność, żebym mogła wiedzieć na pewno.
- Okay, wiedźma wie. Idziemy córcia. Kontrol sanitarna będzie.
Mówiąc to Borek ruszył z wózkiem za wózkiem, zaś Nita została jeszcze chwilę, po niej jednak szybko dołączyła do załogi. Zaś mała Osia nagle ucichła, jakby nic się nie stało ową chwilę temu.
Co wiedziała Anita chyba, zaś chwilę potem na pewno?
O tym już w następnym odcinku.

08 września 2026

RWETES Z NICZEGO WOKÓŁ SZKLANEJ KULI

Od drzwi na salę Pleciugi powiało mocą. Trzy czarownice siedzące przy swoim stałym stoliku szybko spojrzały w tamtą stronę. Dwie nie spojrzały. Anita bowiem była zajęta czymś innym, zaraz sobie wyjaśnimy czym, zaś Kaśka miała wyjebane. Aczkolwiek nie do końca, bo gdyby wszedł ktoś naprawdę groźny, to już by było po tym kimś. Za sprawą Kaśki. Bo Kaśka tak ma, że Kaśka wie. Nawet nie jako wiedźma, bo jak wiemy, nie jest nią od tak dawna jak Anita, czy Roxy, ale jako urodzona wojowniczka.
Wróćmy jednak do toku akcji. Do kafejki weszła kobieta, która wcale nie wyglądała jak wiedźma, ale to akurat nic dziwnego, bo żadna tak nie wygląda. Za to jak każda wiedźma wyglądała na kobietę z klasą. Mala spytała szybko:
- Znamy ją?
Roxy i Kaśka pokręciły głowami, przy czym ta pierwsza dodała:
- Chyba ni chuja.
Anita nie pokręciła głową, tylko odparła:
- Nie znam, nie wiem, zarobiona jestem. Cyca daję.
Nie kłamała, bo mała Osia doiła tego cyca w pełnym skupieniu, za to Malina, która nie doiła żadnego cyca oświadczyła:
- Ja znam. Znaczy nie znam, ale widziałam. Była na tym sabacie na lotnisku, co wiecie. Tak mi mignęła jakoś, en passant. A tuż po sabacie razem sikałyśmy za tym samym krzakiem. 
- Z podsłuchiwaniem, czy bez?
Spytała Roxy, po czym od razu dodała:
- Nieważne zresztą. Tak, czy owak stworzyłyście podwaliny pod prawdziwą babską przyjaźń, tylko jest jeden szkopuł. Słyszałam na mieście, że tam gdzie ty sikasz, tam nic już nigdy nie urośnie.
Lalka odcięła się natychmiast:
- Żebym ja ci nie powiedziała co rośnie tam, gdzie ty nasikasz.
Do zabawy nagle włączyła się Mala:
- Ja kiedyś nasikałam na...
- Dość! Zaczynacie być bardziej obciachowe, niż jesteście.
To nagle wtrąciła Anita, tuż po tym jak schowała cyca, poprawiła odzież i odstawiła do nosidełka Ośkę, która od razu zasnęła po posiłku. Przy okazji zdążyła również się odkłonić nowo przybyłej wiedźmie, która zanim uplasowała się była przy wybranym stoliku uprzejmie skinęła głową do naszej gromadki. Jako jedyna zresztą, bo reszta pań była zbyt skupiona na temacie mikcyjnym. Po czym dodała wstając od stolika:
- Rzućcie mi okiem na małą. Idę sikać, bo jak wy tylko o tym, to sama jakoś czemuś ochoty nabrałam.
Uwaga o rzucaniu okiem była tylko formalna, bo cóż się może złego stać tej małej, gdy śpi sobie zacnie obok tak zacnych ciotek? Zaś ciotki skupiły uwagę na siedzącej przy stoliku pani, której pani Renia przyniosła coś na tacy. Zapewne pleciugato, bo głównie na to się tu chodziło, niczym na oglądanie gołej dupy do peep show.
- Ciekawe, czy przyszła pogadać, czy ma sprawę?
Zagaiła Malina, na co Roxy odparła:
- Jak się ma sprawę, to też się wtedy gada.
- Ciekawe jeszcze, jak nas namierzyła?
Spytała nagle Mala.
- O to chyba siebie zapytaj. Masz tyle nowych koleżanek ostatnio. Zresztą to nie sekret w tym światku, gdzie nas można znaleźć.
Turbinka zmarszczyła brwi, a po chwili odparła:
- Chyba wiem, co to za sprawa. 
- Oho, Młoda weszła w tryb detektywa. No, to referuj.
- To jest tak, że wiem od Cizi...
- Co to jest cizi?
Przerwała nagle Roxy.
- Nie cizi, tylko Cizia. Właśnie taka moja jedna koleżanka. To mi mówiła, że po tamtym sabacie na lotnisku, co wiecie, to się zrobił szum dookoła szklanej kuli. Niektóre to pytały się nawet o numer telefonu do Rudej.
- Dlaczego do mnie? Przecież kula nie jest moja, tylko Nitki.
Roxy nie ukrywała zdziwienia. 
- No, ale one o tym widać nie wiedzą. Nitki tam wtedy nie było, ty obsługiwałaś przecież kulę, tak?
- Ale szklana kula to teraz standard, więc o co chodzi?
Wtrąciła nagle Malina.
- Tylko, że nie taka. Mala dobrze gada. To nie taka sobie byle kula dalekowschodniej produkcji, którą można kupić za grosze. Ech, Lalka, Lalka. Wiedźma wie, tak? Tak mówiłaś ostatnio.
Odpowiedziała szybko Ruda, na co Malina zrobiła burmucha.
- No co? No co? Niech będzie, że na szklanych kulach się nie znam. Swojej nie mam, bo jak trzeba pójdę do bratowej, to mi użyczy.
- Użyczyła kiedyś?
- Nie, bo nie było dotąd okazji.
- I bardzo dobrze, bo nie lubię, gdy ktoś mnie podgląda jak się pieprzę. Bez mojej zgody. Ale jak mnie bardzo, bardzo ładnie poprosisz, to kiedyś dam ci popatrzeć. Nawet bez kuli.
- Ruda, odpierdol się może od niej, co?!
Tu nagle wkroczyła do akcji Kaśka, jak dobrze wiemy, lojalna aż do bólu wobec Maliny. Kontynuowała zresztą dalej:
- Nita ma rację, zaczynasz się faktycznie robić obciachowa. Może lepiej wytłumacz jej, jaka jest różnica między tymi kulami. Mnie zresztą też, bo ja też się nie znam.
- Okay, czuję się zbesztana. No, ale dobrze, focha zero, już opowiadam. Z kulami to jest tak, że zwykłą szklaną kulą można namierzyć tylko bezmoca. Ale nas nie, po prostu nie idzie tego zrobić. Konstrukcja taka i chuj. Za to kulą Anity można namierzyć każdą. Dlatego taka kula to wielka rzadkość, kosztuje zresztą straszne pieniądze. Z tego co wiem, taką kulę w tym kraju ma tylko Ciocia Lala, nasza Nita właśnie, siostry Benges oraz Selena, szefowa Gildii zawodowych. Może jeszcze ktoś, ale tego nie wiem, chyba raczej już nikt. Fałszywek nie liczę, ale nadmienię, że takie też się zdarzają na tym rynku.
Roxy zakończyła perorę, wtedy piłkę przejęła Mala:
- No, więc właśnie. Pewnie ta niunia, co tam siedzi, chce coś wykonać, do czego jest jej potrzebna kula Anity. Chociaż pewnie niekoniecznie podglądać inną siostrę podczas pożycia intymnego. Ciocia Lala mówiła, że ten magiczny sprzęt ma wiele innych pożyteczniejszych zastosowań. Ciekawe, kiedy do nas podejdzie.
- Ciocia Lala? Teraz?
Spytała nagle Malina. Z miną słodkiej idiotki zresztą, którą bardzo lubiła udawać w najmniej oczekiwanych momentach. Ale Mala zignorowała tą uwagę mówiąc:
- Pewnie jak dopije kawę.
- No, nieźle. Was tylko zostawić na chwilę same. Od razu zrobicie problem z niczego. To teraz popatrzcie sobie, co się zaraz zadzieje. Patrzcie bardzo uważnie.
To oznajmiła Anita, która niezauważenie wróciła z toalety, ale nie dosiadła się od razu, tylko stanęła trochę z tyłu i przysłuchiwała się dyspucie. Pełna rozbawienia zresztą.
- A co się zadzieje?
Spytała nagle Malina, na co Anita mościwszy się na krzesłku odparła krótko, ale dość imperatywnym tonem:
- Patrz. Patrz i milcz. Oczami się patrzy, nie buzią.
Na co nagle włączyła się Roxy:
- Buzią to można...
- Ty też bądź cicho. Jeszcze tego nam tutaj brakuje do szczęścia, żebyś ty nas teraz instruowała, co się robi buzią.
Tymczasem wiedźma siedząca pod ścianą rozejrzała się nagle, tak znacząco, jak to się robi w kafejce. Na co szybko zareagowała pani Renia, która podeszła do niej, po czym szybko skasowała rachunek za kawę. Gdy odeszła, czarownica wstała, poprawiła włosy, ubiór, po czym ruszyła do wyjścia. Po drodze jednak przystanęła na mikrochwilę i skinęła uprzejmie głową w kierunku stolika naszych głównych bohaterek. Wtedy Roxy robiąc ten sam gest syknęła cicho do Maliny, nie hisslangiem bynajmniej:
- Odkłoń się chamico jedna, sikałyście razem przecież.
Zaś gdy kobieta wyszła już z kafejki Anita znowu zabrała głos:
- Tyle czasu już was znam, ale pojęcia nie miałam, że jesteście aż tak egocentryczne. Przychodzi sobie dziewczyna na szybką kawę, a wyście szybko utłukły z dupy wziętą teorię, jakoby przyszła do was akurat, jakby nie miała już lepszych pomysłów na życie. Tymczasem ona pewnie pojęcia nie miała wcześniej zielonego, że my tu lubimy przychodzić. Jakoś do żadnej ślicznej główki nie chciał przyjść taki wariant.
- Ja nikogo ostatnio nie utłukłam.
Obruszyła się nagle Kaśka.
- Sorry Kasiu, nie ciebie miałam teraz na myśli, tylko te trzy kretynki. Ty jesteś w porządku w tym epizodzie. 
- To teraz nam opowiedz o tych szklanych kulach, jak to wszystko działa, stronę teoretyczną. Bo rudy Gryzoń nie umiał za bardzo.
Jak dobrze wiemy, Anita bardzo lubiła udzielać różnych wykładów, więc taka prośba robiła jej prawie tak samo dobrze, jak Borek podczas podczasu. Niestety do wykładu nie doszło, bo nagle Ośka głośno przypomniała światu o swoim istnieniu. Nita nachyliła się nad nosidełkiem, pociągnęła nosem, po czym wetchnęła:
- Ja pierdolę. Muszę znowu iść do kibla. Nie ma to, jak dobra, porządna kupa, we właściwym miejscu i momencie.
Bo jakby nie było, Pleciuga jako babska kafejka była znakomicie wyposażona, jeśli chodzi o tego typu awarie. Zaś gdy mama z córą pod pachą odeszły od stolika Kaśka wygłosiła puentę:
- Tak oto problemy realne górują nad problemami urojonymi.
Ale Malina nagle zaoponowała:
- Nie tak do końca. Z moich dotychczasowych obserwacji oraz doświadczeń wynika, że tak ogólnie, statystycznie rzecz ujmując, świat ludzki wcale tak nie działa, tylko całkiem odwrotnie.
Zaś Roxy nie mogła się powstrzymać od komentarza:
- Lalka, chyba nigdy w życiu nie odgadnę, czy ty naprawdę jesteś taka mądra dupa, czy tylko taką udajesz?
W tym momencie nagle Mala dorzuciła swoje trzy grosze:
- Lalka to jest Lalka i chuj!

23 sierpnia 2026

OSIEM PROCENT I NIE TYLKO

Do kolejnej gali organizowanej przez federację Mirka Orskiego Kaśka wystawiła Bójkę i Bitkę. Bombka przygotowywała się do innej, wyjazdowej walki, zaś Bęcka dopiero co wznowiła treningi, więc jej starty na razie były wykluczone. Obie wystąpiły w formule K1 nieco zbliżonej regułami do tajskiego boksu, po czym wklepały równo swoim przeciwniczkom. Nie było co zbierać, zaś widownia była tym razem nieco zawiedziona, gdyż były to mecze do jednej bramki. Kaśka jednak była zadowolona z formy swoich Neonówek, gdyż te przeciwniczki wcale nie były palcem robione. To były dobrze wyszkolone, do tego już nieco utytułowane dziewczyny. Ale trenerka miała jeszcze inny powód do dobrego humoru. Otóż na hali nie było bannerów sieci browarów, do tego też w barze nie sprzedawano drinków ani piwa. Za tym stała właśnie Kaśka, której nigdy nie podobało się sponsorowanie sportu przez firmy produkujące i sprzedające narkotyki. Tak wpłynęła na Orskiego oraz cały zarząd federacji, że zerwano współpracę ze wspomnianą siecią. To nie była łatwa decyzja, gdyż takie firmy dysponują naprawdę sporymi pieniędzmi. To kto zatem został sponsorem strategicznym? Ktoś może nieco biedniejszy, ale prowadzący działalność prozdrowotną. Było nim zrzeszenie firm uprawiających konopie na marihuanę oraz inne produkty z tej zacnej rośliny. Nie będziemy dodawać, że medyczną marihuanę, bo każda jest przecież medyczna, jeśli nie dodaje się do niej żadnej chemii. Tak więc na hali było bardzo zielono, nawet jeszcze bardziej, gdyż barwy ośrodka fitness Oktagon są również zielone. Zaś jak wiemy ów ośrodek również sponsoruje gale federacji Fight Show oraz niektóre inne imprezy sportowe.
Zaś następnego dnia, w niedzielę, na tej samej hali odbyły się targi konopne, które zorganizowało wspomniane zrzeszenie. Główną ich częścią były rzecz jasna różne stoiska handlowe, tudzież promocyjne, jedno nawet prowadziły właśnie Neonówki. Jak pamiętamy jakiś czas temu dziewczyny przebranżowiły się. Kiedyś sprowadzały i rozprowadzały narkotyki, takie z wyższej półki, obecnie przerzuciły się na marihuanę. Tą legalną, pod legalnym szyldem zresztą. Ale dla wtajemniczonych miały też w ofercie te mniej legalne, szlachetne odmiany. Oprócz stoisk na targach miała też miejsce działalność edukacyjna. W bocznej sali konferencyjnej można było wysłuchać rożnych prelekcji, prezentacji, wziąć też udział w ewentualnych dyskusjach. Na jedną taką prezentację poszła ekipa znajomych czarownic plus ich bliskie osoby. Co prawda na temat Zioła wiedziały prawie wszystko, ale od przybytku wiedzy głowa nie boli. Temat akurat był dość ciekawy, bo dotyczył marychofobii.
Jak wiemy, nie jest to rzadka przypadłość niestety, to ona blokuje legalizację Zioła, czyli pomaga rozwijać się narkomanii, głównie tej alkoholowej. Marychofobi z reguły mają niewielką wiedzę, do tego wybiórczą, za to mnóstwo poglądów. Zaś dzielą się oni na miękkich i twardych. Miękkiego marychofoba można jeszcze jakoś wyleczyć za pomocą odpowiedniej edukacji. Twardy marychofob to przypadek nieuleczalny, zaś gdy się takiego rozpozna należy od razu przerwać rozmowę, bo jest to strata czasu. Chyba taki właśnie trafił na salę na prezentację. Gdy mówczyni skończyła prelekcję zwyczajowo poprosiła obecnych o ewentualne pytania lub uwagi. No, i zaczęło się. Otóż z tylnego rzędu krzeseł podniósł się pewien pan, który zapodał:
- A ja nie muszę brać narkotyków, żeby sobie poprawić nastrój.
Prelegentka odparła z uśmiechem:
- Bardzo ciekawa autoprezentacja, tylko że my akurat teraz nie rozmawiamy o narkotykach, lecz o marihuanie. Zaś jeśli o nią chodzi, to bardzo niewiele osób jej używa dlatego, że musi. Procent osób uzależnionych jest znikomy, wręcz marginalny. 
- Podobno osiem procent użytkowników.
Rzucił ktoś z sali, na co pani stwierdziła:
- Tak, ta liczba często się pojawia w statystykach, ale należy zwrócić uwagę na to, jak ona powstała, jak ją wyliczono.
- Jak?
- To może kolega odpowie, bo coś wie na ten temat.
Z pierwszego rzędu podniósł się pan, który odwróciwszy się oznajmił zgromadzonym słuchaczom:
- Ja jestem w tych ośmiu procentach, choć wypaliłem tylko jednego jointa w życiu. Nie do końca zresztą. Jeśli państwo pozwolą, to opowiem swoją historię. Otóż za młodu, za studenckich czasów byłem uzależniony od opiatów, konkretnie od brown sugar. Nie będę tego rozwijał, w każdy bądź razie nastąpił moment, w którym postanowiłem coś z tym zrobić. Udałem się do stosownej poradni, po czym trafiłem do miłej pani psycholog, która przepytała mnie z mojej, że tak powiem kariery narkomańskiej. Opowiedziałem jej wszystko, nic nie ukrywałem. Jak każdy ćpun zaczynałem od alkoholu, a potem...
- Podobno to od marychy się zaczyna.
Wtrącił ktoś z sali.
- To jest akurat mit, kompletna nieprawda, ale o tym może już koleżanka opowie. Za to zapytano mnie o tą właśnie marychę. Powiedziałem prawdę, że raz spróbowałem, zakaszlałem się i mi się odechciało. Pani psycholog to pewnie zanotowała, bo po pewnym czasie potrzebne było mi zaświadczenie z poradni, takie pełne, z podaniem rozpoznania. Ku mojemu zdumieniu, już póżniej, przeczytałem na tym świstku, że mam rozpoznane uzależnienie od opioidów i od kanabinoidów, czyli marychy na ten przykład. Takich ludzi jak ja jest naprawdę wielu. Wystarczy wspomnieć podczas wywiadu, że się tylko próbowało, a w historii choroby pojawia się wpis o uzależnieniu. Teraz już wiemy, skąd się wzięło te osiem procent w statystykach.
Piłkę przejęła prowadząca spotkanie:
- Jak widać szanowni państwo błędne statystyki biorą się ze złych diagnoz. To dotyczy zresztą wielu innych uzależnień, ale narkotykami teraz nie będziemy się zajmować. Za to warto jeszcze wspomnieć o tym, że bardzo często maryśka sprzedawana pokątnie wcale nie jest maryśką. Jest to zwykle mix z jakimś narkotykiem i to od niego ludzie się uzależniają. Zaś faktycznie uzależnionych od czystego ziela jest może jakiś ułamek procenta. To skoro jeden mit został obalony, to weźmy się może za ten drugi, o którym ktoś wspomniał.
Kobieta upiła niewielki łyk wody z butelki stojącej na stoliku, po czym zakontynuowała:
- Szanowni państwo, na świecie jest ileś tam procent ludzi uzależnionych od narkotyków, włącznie z alkoholem rzecz jasna. Trzeba o tym wspomnieć, gdyż dla wielu marychofobów alkohol to nie narkotyk, tylko coś innego, jak to oni mówią. Do tego dodajmy procent ludzi używających narkotyki ryzykownie. A teraz wyobraźmy sobie świat, w którym nie istnieje marihuana. Po prostu nie ma jej, nie rośnie nigdzie taki gatunek roślin, jak konopia. Jak myślicie, czy ten wspomniany wcześniej procent uzależnionych i ryzykownych użytkowników zwiększy się, czy zmniejszy? A może wcale się nie zmieni? Kto jest za tym, że się zmniejszy? Ręka w górę proszę. Jakoś nie widzę. Nawet pan, który nie musi jakoś się nie pali do oddania głosu. A teraz ręka w górę za tym, że się zwiększy. Istny las rąk. A kto za tym, że się nie zmieni? Jest kilka osób. O czym to wszystko świadczy? 
Prelegentka znowu napiła się wody.
- Obalany teraz mit czasem nazywa się teorią bramy. Że niby marihuana jest tą bramą do narkotyków. Teoria, którą nauka już dawno wyrzuciła na śmietnik, ale wśród marychofobów wciąż jeszcze trzyma się mocno. Tymczasem jest zupełnie odwrotnie. Tak jakoś jest, że ludzie, jakaś ich część chcą sobie zmienić percepcję. Powody bywają rozmaite. Jedni dla czystej zabawy, rozrywki, drudzy dlatego, że świat na trzeźwo jest dla nich nie do przyjęcia. Ta pierwsza motywacja wygląda na zdrową, ta druga już nie za bardzo, ale zostawmy oceny na boku. Pewna część zapali lub zawapuje Ziela i im to wystarczy. Drugim trzeba większej zmiany, więc sięgają po narkotyki. Gdyby Ziele nie istniało lub było niedostępne, to wszyscy by sięgnęli po narkotyk. Czyli marihuana nie jest żadną bramą, tylko rodzajem zapory na której część amatorów zmiany się zatrzymuje. Proste.
Kobieta zamilkła na chwilę, po czym dodała:
- Dziękuję państwu za uwagę, miłego dnia.
Zabrzmiały gromkie oklaski, ludzie powoli zaczęli wstawać ze swych krzeseł i przemieszczać się w stronę wyjścia. Także wiedźmy. Ale jedna, rudowłosa sięgnęła dyskretnie do torebki by wyjąć zeń mały flakonik. Po czym podeszła do mężczyzny, który rzucił ową żenującą uwagę na temat poprawiania nastroju. 
- Panie ładny, niech pan sobie wyobrazi, że ja i moje przyjaciółki używamy Ziela. Ale nikt i nic nas do tego nie zmusza. Po prostu chcemy to robić. Aha, i jeszcze coś, ale to już na ucho.
Pan ładny pochylił odruchowo głowę, zaś Roxy, gdyż ona to była, musnęła palcami jego skroń i zaczęła mu coś szeptać do wspomnianego ucha. Po czym wróciła do swojej gromadki. Wtedy niewysoka blondynka z bujnymi włosami do samej pupy, czyli Mala, zapytała ją szybko:
- Sugestrix?
- No.
- Co mu powiedziałaś?
- Trochę poglądów zastąpiłam mu odrobiną wiedzy. Sugestrix nigdy nie działa zbyt długo, ale przez dzień, dwa ten pan będzie trochę mądrzejszy. I może potem coś zapamięta.
Mala zachichotała i liznęła Rudą po policzku.

06 sierpnia 2026

I BYŁO SIĘ MARTWIĆ NA ZAPAS?

Gdy w jakimś związku pojawi się ich wspólne bobo, to statystyki mówią, iż nieraz dochodzi do pewnego kryzysu. Czasem jest on tak gruby, że związek zaczyna trzeszczeć w szwach, czasem nawet rozwala się z hukiem wielkim. Czemu tak? Pokrótce briefując to temu tak, że on jej nie kocha, bo za mało pomaga, woli uciekać na metaforyczne piwo uogólnione, zaś ona go nie kocha, bo mu metaforycznej, uogólnionej dupy nie daje. Zaś empatii wtedy brakuje, tudzież zrozumienia po obu stronach.
Falibor sporo nasłuchał się i naczytał na ten temat, więc miał centralnie spore obawy. Tak jakoś tuż przed wyjazdem Anity zwierzył się z nich swojej siostrze Malinie. Ta go wysłuchała uważnie, przybrawszy swoją ulubioną minę słodkiej idiotki, tym razem w zadumanej wersji. Gdy skończył, to najpierw oznajmiła:
- Eh...
Po czym wzięła głęboki wdech, niczym owa Nita i oznajmiła:
- Boreczku mój ozdobny. Czasem jestem dumna, że mam mądrego brata, czasem jednak czuję krindż, że jest to kompletny idiota. Teraz widzę tego drugiego, nie wiedzieć czemu.
- No, ale...
- Coś mówię teraz, nie przerywaj! Po pierwsze, to ja wcale się nie martwię o ciebie w roli taty. Już po kilku dniach będziesz przewijał Ośkę nader wprawnie, szybciej, niż komandos składa i rozkłada kałacha. Nie przerywaj, wiem, że nie o to cię dupa boli. Ale jak omawiać temat, to porządnie. To teraz odpowiedz mi na pytanie, czy przez te wasze pięć lat razem Nitę kiedykolwiek bolała głowa? Mów śmiało, ja wiem wszystko na wasz temat.
- Jak to wszystko?
- Ogólnie wszystko. Detali nie znam. Nita to nie Roxy, detali nie opowiada. Ale detale są tu zbędne akurat, nie ma potrzeby ich poruszać. No? Więc jak z tą bolącą głową mojej bratowej?
- No... Nie... Znaczy wszystko jest prawidłowo. Co prawda Pupcia jest obecnie nieznośna, upierdliwa jak złośliwy krasnolud, ale jak przychodzi co do czego...
- Właśnie. Przychodzi. I o to chodzi. Poza tym wiesz, jakie jest jej największe zmartwienie. Żeby jej agnieszki nie zepsuto, więc dlatego jedzie rodzić do najlepszej firmy. Tylko po co jej taka sprawna agnieszka? Przecież nie do kopania kartofli, tak? Tylko do twojego osobistego użytku.
- Lalka, ja to wszystko dobrze rozumiem. Ale jakby nie było, nawet najzdrowszej psychicznie kobiecie może się zdarzyć, że jej odbije po porodzie. Tak?
- Nita jest zdrowsza od zdrowieja.
- Szkoda, że tu nie mieszkasz.
- Chciana ciąża to nie choroba. Więc takie ciążowe padanie na dekiel się nie liczy. Za to jak pojedzie, urodzi, przyjedzie, to będzie zdrowa do spodu. W tych sprawach też.
- Przecież nie jesteś wróżką, bo wróżek nie ma. Sama mówiłaś.
- Ale wiedźma wie. Po prostu zaufaj mi i myśl pozytywnie.
Tu Malina nagle chwyciła Borka za głowę i pocałowała go tak nie do końca po siostrowemu, tylko w sposób na który tylko Anita ma autoryzację. Ale siostrze wolno, tak od czasu do czasu dla sportu.
Jak już wiemy Anita pojechała, urodziła, przyjechała. Sporo się działo. Borek był tak przejęty całą zaszłą sytuacją, że jakby zapomniał o problemie, który sam sobie stworzył z niczego. Za to wieczorem, gdy wyszedł z łazienki Anita dopadła go susem. 
- Gdy Ośka śpi, rodzice harcują.
Tylko po chwili owych harców rzuciła nagle:
- Tam mi jeszcze nie grzeb na razie.
Mimo to poradzili sobie dość szybko. Zaś już po wszystkim, tuż przed zaśnięciem Borek westchnął jakby do siebie:
- Czasem głupia ta moja siostra. A czasem głupia inaczej.
A potem ni z gruchy, ni z pietruchy Ośka rozdarła się po całości bez uprzedzenia. Anita uniosła się na łóżku i oświadczyła:
- Miłosna noc po miłosnym wieczorze. No, to kurwa pospaliśmy.

31 lipca 2026

LWIĄTKO

Sobotnia walka Bombki Zosi Yakuzy była bez cienia wątpliwości ważnym wydarzeniem, przykryło ją jednak inne, nieco ważniejsze. Zbriefujmy więc tylko, że to była naprawdę porywająca walka dla znawców, koneserów sportów walki, choć gawiedź bez pojęcia, żądna tylko rzeźni mogła czuć się nieco zawiedziona. Ale federacja Mirka Orskiego odpuściła już sobie dawno ten target, jako jedyna zresztą wśród innych firm freak fightowych. Więc zdanie gawiedzi jest tu niczym. Zaś sama walka zakończyła się remisem. Bardzo ciekawym zresztą remisem, gdyż wszyscy, naprawdę wszyscy byli zadowoleni. Wszyscy oprócz gawiedzi, ale to już wyjaśniono.
Zanim jednak doszło do owej soboty był jeszcze czwartek. Jak wiemy, czwartkowe popołudnia nasze czarownice spędzają sobie w Pleciudze, ale tym razem przy stoliku były obecne tylko trzy. Czemu? Temu:
- Chyba już dojechały?
Spytała nagle Malina. Na co odparła Kaśka:
- Chyba jeszcze nie dojechały.
- Ruda lubi przycisnąć na trasie.
- Tym swoim rzęchem? Weeeź. Poza tym wiezie kobietę w ciąży. Takie się chyba powinno wozić z wyczuciem, nie? Bez furii.
- Chyba, żeby zaczęła już rodzić.
Rzuciła nagle Mala. Ale Kaśka odparła szybko:
- Nita jeszcze nie zaczynała rodzić, jak dobrze wiem.
- Ciekawe skąd?
Spytała nagle Malina.
- Przecież nie z witchneta. Lalka, co jest z tobą dzisiaj?
Mala też nie odpuszczała:
- To może zadzwońmy?
- Próbuj, powodzenia. Ale ja miejscu obu wyłączyłabym telefon. Nigdy nie rodziłam, ale jakbym jechała rodzić, to bym nie chciała, żeby mi ktoś dupę wtedy zawracał.
Tu znowu włączyła się Malina:
- To może zadzwoń do Gajki, czy już przyjechały?
- Dobrze, spróbuję.
Kaśka sięgnęła po telefon. To trwało chwilę, bo rozmowa toczyła się hisslangiem. Ale nic z niej za bardzo nie wynikło:
- Tak, jak myślałam. Gajka nawet pojęcia nie ma bladego, że któraś od nas się do nich wybiera. Ale obiecała, że się dowie.
- Czemu tak myślałaś?
- Lalka, co cię nagle napadło? Masz dziś jakiś dzień głupich pytań wpisany do grafika? Temu myślałam, bo Gajka ma tam teraz inne zajęcia, niż pilnowanie bramy. Czy też porodówki. Ona jest tam teraz szycha, bardzo zajęta osoba, nie jakaś tam sobie tylko szeregowa wiedźma.
- Ale wiedźma wie. A poza tym nie ma szeregowych czarownic, do tego jeszcze niezajętych. Kto to słyszał takie rzeczy?
- I kto to mówi? To jeżeli wiedźma Malina wie, to niech wiedźma Malina sama się wywie i nam powie, czy już dojechały, czy nie.
Gaja okazała się być jeszcze bardziej zajętą, niż bardzo zajętą osobą, bo zadzwoniła do Kaśki dopiero sobotnim wieczorem. Ale Kaśka pracowała wtedy w narożniku Bombki, więc nawet nie miała jak usłyszeć telefonu. Gala sportów walki to nie opera. Tam widownia nie trzyma jap na kłódkę, tylko je pruje. Koneserzy również. Dopiero po walce przeczytała esemesa:
- Są.
Wiedźmy Benges bywają czasem dość lakoniczne.
Ale tak, czy owak nikt już potem nie próbował nigdzie dzwonić. Podczas jakiejś gdzieś rozmowy Kaśka skwitowała to tak:
- Co się ma urodzić, to się urodzi. Jak się urodzi, to samo do nas zadzwoni. Więc nie ma powodów do żadnej paniki.
Więc nikt panikował. Tylko Malinę coś nagle tknęło we wtorek po pracy, żeby zajrzeć do swojego brata Borka, przyszłego tatusia zresztą. Swoim zwyczajem wpadła jak bomba do domu Anity, ale już w salonie stanęła nagle jak wryta.
- Okurwajapierdolę! Co to za chlew? Boreczku, jak ty możesz tak mieszkać? Była akademia jakaś tu, czy co? Możesz mi coś opowiedzieć o tym wszystkim?
Faktycznie, salon wyglądał jak niezłe poimprezowisko. Najbardziej rzucały się w oczy opakowania po różnych fastfudach oraz plastikowe butelki po napojach. Siedzący na sofie Falibor z kotem Dredkiem na kolanach zaprotestował:
- Nie było żadnej akademii, żadnego imprezowania. Przeważnie byłem tu tylko ja, nasz magiczny kot i mój ulubiony ostatnio Święty Spokój. I robiliśmy nic.
Malina zasępiła się na chwilę, po czym odparła:
- Zasadniczo nie ma przesłanek, aby ci nie wierzyć. Nitka zawsze cię chwali, że ma dobrego chłopa. Tylko ten śmietnik mi nie pasuje. Oko mnie boli od niego.
- Jeść trzeba. Się je, to się śmieci.
Malina jakby trochę odpuściła. Spytała tylko:
- Ogarniesz to jakoś?
- Teraz? Mowy nie ma.
- A czemu to?
- No, rusz żesz trochę tą swoją tęczową blondi. Anita jeszcze nie urodziła. Za to jak urodzi, to tak od razu się nie pojawi. Jeszcze musi połóg odbębnić, czy jak mu tam. Więc po co mam robić dwa razy to samo?
- Nie można zaprzeczyć pewnej logice tego rozumowania. Ale tak od drugiej strony... Nie przeszkadza ci ten bajzel teraz?
- Nie. Gdy ma się Święty Spokój, to nic nie przeszkadza.
- Chyba odwrotnie?
- Odwrotnie też mi nie przeszkadza.
Tak naprawdę, to Malina jednym prostym magicznym urokiem mogła zmienić Borka w maszynę do sprzątania, ale miała też zasady, aby nie nadużywać czarów. Zwłaszcza wobec bliskich. Więc tylko wetchnęła:
- Dobrze, ja pas. To zrób mi chociaż coś do picia. Bo ja do kuchni boję się wchodzić. Tam musi być jeszcze gorzej.
W tym momencie nagle pisnęły dwa telefony równocześnie. Oboje rzucili okiem na swoje aparaty, po czym padło, też równocześnie:
- Nitka!
- Ruda!
Pierwszy przeczytał Borek:
- Kochanie, masz córę.
Malina zaś:
- Jesteśmy ciotkami.
Popatrzyli oboje na siebie, wreszcie Malina oznajmiła:
- Wiesz, co teraz zrobimy?
- Na pewno nie będziemy jeszcze nic sprzątać.
- Właśnie że będziemy. Tak kontrolnie, żeby siary nie było.
- Ale po co?
- Ty dzwonisz do chłopaków, ja do dziewczyn i robimy pępkowe.
- Nie kojarzy mi się to dobrze.
- Rozumiem. Żyjemy w ćpuńskim kraju, gdzie każda okazja jest dobra do nawalenia się. Ale my się nie nawalimy. Zero narkotyków. Kawa jest? Jest? Herbata jest? Jest. Marycha jest? Jest. Zamówi się pizzę i nic więcej nie trzeba.
- Pikolo dla Mali nie ma.
- Jest. Nita zawsze trzyma jakiś zapas dla niej, jak wpadnie coś pomóc. Ech, te chłopy, dać im babę na stałe, to potem nie wiedzą, co mają we własnej spiżarni. No, ojciec! Ruchy!
Tak więc pępkowe się odbyło, potem Borek miał jeszcze kilka dni na swój Święty Spokój, zaś tuż przed przyjazdem Anity z pierogiem na ręku, zwanym Stella Oktawia, przyjechała Mala i sama ogarnęła całe sprzątanie. Bo Mala to Mala i wszystko jasne.
Skoro o Mali mowa, to dodajmy jeszcze, że gratulując Borkowi jako jedyna nie zadała kretyńskiego pytania brzmiącego:
- Ile waży?
Po latach Falibor z pewną dozą rozrzewnienia wspominał te dni:
- Pierwsze dni ojcostwa są najlepsze. A potem niestety wraca baba z porodówki i Święty Spokój wynosi się z domu na bardzo, bardzo długo. Za to pęta się po nim rozwydrzona, rozpuszczona do szpiku kości smarkula i ciągle chce jakichś pieniędzy.
A dlaczego Lwiątko? 
C'mon...
Ta literatura nie jest tworzona dla idiotek, ni idiotów.
Za to niniejsze oto dziełko dedykowane jest pewnej Jubilatce na okoliczność Jej ostatnich...
Czego Jej?
Brawojasiu, skoro Jubilatce, to przecież nie Imienin.

14 lipca 2026

Był sobie kot

Zasadniczo nie uprawiam bloggin' classic, od dawna już zajmuję niszę blogowania literackiego, które jest dość elitarne, bo niewiele osób tak umie. Niewiele osób też pojmuje takie teksty, bo jak wiadomo, literatura nie jest dla idiotek/ów. Więc jeśli ktoś liczy na liczną frekwencję na forum, na duże grono czytających, to się przeliczy. 
No, ale do rzeczy. Odbyła się taka rozmowa:
- Napiszesz o tym na blogu?
- Nie. To są sprawy prywatne.
- Ale pisujesz czasem o kotach?
- Czasem. Ostatnio rzadziej, niż czasem.
Ale tu zostałem trafiony w miętkie, bo jak by nie było trafiła się okoliczność, aby coś takiego popełnić. Więc jedziemy w te okręty:
Lucjan to czarny kot rasy europejskiej, krótkowłosej, chyba najliczniej występującej na tym kontynencie. Przez wiele lat mieszkał sobie u mojej Mamy na drugim piętrze kamienicy wielkiego miasta. Znałem się z Luckiem świetnie, gdyż podczas jej wyjazdów na kilka dni przeprowadzałem się do tego mieszkania, tak dla czystej wygody, aby mieć oko na kota. Wiadomo, bazowe sprawy, czyli micha, kuweta oraz ludzkie towarzystwo. Bo wbrew stereotypom, większość kotów jest dość towarzyska, aczkolwiek realizują one to po swojemu. Poza tym Lucek to kot specjalnej troski, aczkolwiek mniejszego kalibru, więc zasadniczo tak niewiele jej potrzebuje. Pierwszy powód to dysplazja bioder, której skutkiem jest nieco gorsza kocia mobilność. Ale coś za coś. Lucek umie taki numer, którego nie widziałem nigdy w wykonaniu żadnego dorosłego kota. Jest to przewrót przez głowę, zwany popularnie fikołkiem, który ma miejsce w chwilach najlepszego kociego nastroju. Druga sprawa to kwestia michy. Otóż Lucek za wczesnego młodu miał nieco kłopotów natury urologicznej, więc został przestawiony na medyczną karmę typu urinary. Tą karmę dostawał wyłącznie, więc po pewnym czasie tak się na nią uwarunkował, że przestał postrzegać jako jedzenie to, co postrzega większość kotów. No, ale że większych problemów potem z tym nie było, więc nie ma co dalej rozwijać tematu.
Za to zaistniał inny problem, mianowicie z Mamą. Streszczając temat ograniczmy go stwierdzenia, że ta owa jego opiekunka ostro zachorowała, po czym trafiła do szpitala. Wtedy siłą rzeczy ja się przeprowadziłem do tego mieszkania, tylko tym razem nie na jakieś dwa, trzy dni, tylko na czas nieokreślony. Do chwili, aż sprawy się wyjaśnią. Wreszcie sprawy się wyjaśniły, ale tak się wyjaśniły, że Mama już do domu nie wróciła. Zaś po kilku dniach zamieszania ja wróciłem do siebie, ale zabrałem też kota, to było oczywiste. Tam zaś Lucek poznał nowy, inny świat, stał się też kotem wychodzącym na dwór, aczkolwiek pod pewnym dozorem kontrolującym sytuację. Poznał też innego kota, dokładniej zaś kocicę. Bo nas od lat są jakieś koty, dom bez kota to głupota. To był dla Lucka chwilowy szok, bo do tej pory pojęcia nie miał, że istnieją jeszcze jakieś inne koty. Niemniej jednak...
Koty mają to do siebie, że bardzo nie lubią zmian swojego otoczenia. Za to jednak, gdy zmiana się utrwali, to szybko się adaptują. Tak więc Lucek też się jakoś adaptował, zaakceptował swój nowy dom, tudzież nową koleżankę. Nie było to jakieś zażyłe kolegowanie się, ale drak też raczej nie było. Za to wyszła bardzo ciekawa sprawa. Otóż kocia karma medyczna ma to do siebie, że ma sporo dodatków smakowych. Tak musi być, bo inaczej żaden kot nawet by na nią nie spojrzał. Ale te dodatki powodują, że kotu się odmienia, że to jedzonko staje się bardzo atrakcyjne. Także dla kotów, które jej nie potrzebują. Więc dla nowej koleżanki Lucka również, zaś ze względów ekonomicznych trzeba było pilnować, aby mu jej nie wyjadała.
No, ale jedziemy dalej. Otóż po jakimś roku nastąpiła kolejna gruba zmiana. Mianowicie wielka przeprowadzka na wieś na drugim końcu kraju. Wieś? Wieś to mało powiedziane. To jest wiocha zabita dechami, gdzie przysłowiowe psy dupami szczekają. Tu pomińmy kwestie tej zmiany dotyczącej ludzkiej części rodzimy, bo tematem tej pracy jest kot. Otóż kot Lucek trafił nagle do kociego raju. Kawał naprawdę wielkiego terenu do jego dyspozycji, bardzo bezpiecznego zresztą, gdzie ruch aut jest wręcz symboliczny. Zaś jak wiemy, to owe auta są największym wrogiem kotów. Jednak Lucek nie do końca korzystał ze wszystkich dobrodziejstw tej sytuacji. Od dziecka był ostrym domatorem, więc zbyt daleko nigdy się nie zapuszczał, zaś większość czasu spędzał na ulubionej kociej czynności. Czyli na eksploatacji łóżka. Zaś gdy nie spał, był aktywnym eksploratorem okolic domu lub głośno mruczącym kumplem. Miał jeszcze drugiego kumpla kota, wspomniałem też coś na temat koleżanki, ale to już osobna historia, warta być może osobnego opracowania, jak koty działają w grupie. 
Tak minęło jakieś ponad pięć lat. W pewnym momencie jednak Lucek zaczął się zachowywać bardzo nietypowo. To, że sypiał dziennie jeszcze dłużej, niż zwykle nie było jeszcze niczym aż tak bardzo dziwnym. Dziwne za to było to, że przestał jeść, ale zaczął tyć. Nietypowo jednak tyć. Bardziej puchnąć po bokach. To już wystarczyło, aby capnąć Lucka do kontenera, po czym pojechać do weta. Na miejscu sprawy nie wyglądały dobrze. Zapalenie otrzewnej, ale od czego się tak porobiło? Badania wykluczyły nowotwór, wykluczyły też, choć nie na sto procent FIP, bardzo paskudną wirusową chorobę kotów. Potem dalsze badania, terapia lekami raczej w ciemno, czas płynął, ale nic nie szło ku lepszemu. Zaś Lucek, wciąż odmawiający jedzenia, słabł dzień po dniu. Wyraźnie też cierpiał, choć po kotach tak łatwo tego nie widać. Nadszedł więc moment, którego nienawidzi większość opiekunów kotów, psów, czy innych zwierzaków będących członkami rodziny. Czas decyzji, czas ostatniej jazdy do weta. To po prostu trzeba było zrobić. Inne opcje nie miały już sensu.
Lucjana pochowaliśmy w zeszły poniedziałek. Miał piętnaście lat.

08 lipca 2026

ANITA NA OSTATNIEJ PROSTEJ: PRZYPADEK BĘCKI

Twórczość blogowa ma to do siebie, że real rulez, więc nigdy nie wiadomo, kiedy będzie następny odcinek baśni. Mówimy rzecz jasna o hobbystach, a nie o nałogowych pasjonatach.
No, ale do rzeczy:
Otóż następnego dnia po walce Zośki Yakuzy odbył się letni sabat kwartalny. Nie było jednak całej piątki naszych wiedźm w całym komplecie. Wyłamała się Mala, która miała sesję na uczelni, więc zdawała egzaminy. Nie dało się tych terminów przeskoczyć, nawet tak zdolnej czarownicy jak ona. Za to była ona na tyle zdolna, że zaliczyła dwa lata po jednym roku jedynie. Gdy ją psiapsie zapytały potem w Pleciudze, co tak skromnie, odparła:
- Ostatnio jestem bardzo zajętą osobą.
Po czym ta bardzo zajęta osoba zabrała swoją arcysexy dupinę wew troki i pojechała do innego miasta udzielać jej niejakiemu Łukaszowi. Na cały następny weekend plus poniedziałek. Jak pamiętamy, Łukasz to jest jeden z jej dwóch przydupasów na bieżące potrzeby, to się teraz nazywa fuckin' friends. Początkujący młody lekarz na rubieży oraz niewydarzony mag. Ale w innych sprawach jest on nieźle wydarzony, zaś Mala nie pojechała do niego przecież, aby praktykować magię, tylko pooglądać jego kolekcję motyli. Wespół wzespół, czy jakoś tak.
Ale wróćmy może do sprawy sabatu, bo wcześniej było pewne zamieszanie dookoła tegoż. Trzeba jednak najpierw wrócić do wcześniejszego sabatu, tego, na którym dekatyzowano złodziejkę Shiagu. Otóż po tej imprezie niejaka Mila, wiedźma o anielskim pysiu poczuła natchnienie liderskie i uznała, że urządzi letni sabat kwartalny na którym ma być obecne pół miasta. Znaczy nie dosłownie, chodzi o czarownice tego miasta, bardzo wielkiego zresztą. Jak na ten kraj wielkiego. Na ten sabat zaprosiła rzecz jasna naszą piątkę, ale Roxy, w imieniu swoim oraz całej reszty pokazała jej wała. Poszło głównie o termin. Bo jak wiemy, nasze wiedźmy są ortodoksyjne w temacie sabatów kwartalnych. Muszą być one epicentralnie w porach astronomicznych. W tym roku była to dziesiąta dwadzieścia cztery. Trochę trudno jest w biały dzień zebrać na opuszczonym lotnisku gromadę, jakby nie było wystrzałowych kobietek tak, aby nie zwróciło to uwagi osób postronnych. Tu kopuła niewidka na wiele się nie zda. 
Poza tym była też kwestia Anity, która jest na ostatniej prostej przebiegu ciąży, ale jest też na ostatnich nogach psychicznie. Poza tym z definicji nie wolno jej uprawiać zbyt ostrych czarów. To teraz weź tu człowieku wlecz taką zmaltretowaną paniunię po nocy na drugi koniec miasta. Takie coś nie może dobrze działać, nie może też się dobrze skończyć. No, ni bolca, nie da się.
Tu chyba nie trzeba przypominać, że to jest uniwersum, gdzie działa magia realna, nie jakieś tam bajeczki fantasy, gdzie garnki same się szorują. Magia magią, ale rąsią też nieraz trzeba.
Tak więc cała czwórka, bo już bez Mali, ale plus jeszcze parę znajomych po linii magii od Cioci Lali, zrobiła taki szybki sabat pompujący. Dobrymi vibami pompującymi Anitę. Trochę też dostał Borek, tak na odległość, na prośbę Maliny zresztą, bo on też miał już dość marudnej baby w chałupie. Co prawda to chłop cierpliwy, nie skarżący się, ale Lalka, jako siostra świetnie czuła, że coś jest z nim nie tak do końca.
Czy zabieg zadziałał? Na Borka jakoś na pewno, bo zaczął brać nadgodziny. Trochę też dlatego zaczął, bo Anita poszła na zwolnienie, co wyjaśniła potem w Pleciudze tak:
- Pierdolę, nie chce mi się.
Może to też była kwestia chwilowej fali upałów, bo tego czwartkowego popołudnia wszystkie wiedźmy przy stoliku robiły wrażenie, że im też się nic nie chce. Poza Malą, która wierciła się na krześle wyjątkowo wiertliwie. Ale ona żyła wyjazdem do Łukasza, więc nasterydowane osy, znane jako szerszenie dawały jej w odwłoku wyjątkowo do wiwatu. 
Ale przy wspomnianym stoliku jeszcze coś innego było nie tak. Za sprawą Kaśki. Bo z Kaśką jest ogólnie jest tak, że ją nigdy nie boli głowa. Nie chodzi bynajmniej o sprawy bazowe, tylko o taki ogólny ból głowy o coś. Może inaczej. Kaśki bóle głowy to trochę tak, jak chodzenie prawdziwej hrabiny do ubikacji. Czy ktoś kiedyś widział prawdziwą hrabinę idącą do ubikacji? Lub ją opuszczającą? No, właśnie. Można o to co prawda zapytać Malinę, ale tylko można. Bo działać nie będzie. Tym razem jednak boleść kasinej głowy emanowała po całej okolicy. Co prawda Kaśka umie dobrze maskować aurę, ale nie przed na przykład Anitą, czy Roxy. Ta pierwsza, jak już wiemy chwilowo ma wyrąbane na całokształt, ale Ruda nie za bardzo. Więc zapytała, tak trochę ostrożnie, jakby nie po swojemu, nie w swoim stylu, z pewną dozą nieśmiałości:
- Kasiu... Powiesz nam? 
Kaśka spojrzała na nią wzrokiem Komancza przy palu męczarni. Czyli jak krowa na pociąg. Tak mają prawdziwi Komancze, którzy mają przesrane. Bo jak inaczej nazwać sytuację takiego Komancza przytroczonego do owego pala? Twarze tych wojowników nie wyrażają wtedy nic. Ale Roxy nie odpuszczała. To było co prawda już ciągnięcie tygrysa za ogon, ale Ruda na ogonach zna się nieźle.
- No? Siostra? Zrelaksuj poślady. Nie droczę się, pytam poważnie.
Malina spojrzała na Kaśkę jakby pytająco. Zrobiła to też Mala, która choć zajęta srayphonem, to percepowała wszystko, co się działo. Za to Ruda kontynuowała:
- Jesteś świeżo po sukcesie. Twoja Zośka wygrała prestiżową walkę. Sama widziałam. To co się zatem kurwa z tobą teraz dzieje?
Kaśce chyba coś puściło, bo westchnęła:
- Zośka wygrała... Ale...
- Ale? Są jakieś Alicje w tej twojej drużynie? O ile dobrze się orientuję, to te twoje drapieżne ślicznotki bojowe wszystkie są na literę Be? Dobrze to rozmawiam?
Roxy urwała na chwilę, po czym dodała:
- Aaaa... Już wiem! Tu cię piczka gryzie! Bęcka?
Kaśka kiwnęła głową.
- Ale przecież to było ponad miesiąc temu?
- Nie. Tamto to było tamto. Każda, nawet najlepsza musi czasem dostać w dziób. Mnie chodzi o to, co jest teraz.
- A co jest teraz, bo chyba nie jestem na bieżąco?
Kaśce puściło całkiem, upiła łyk pleciugato i oznajmiła:
- Fizycznie to ona jest już dawno okay. Ale psychika? Coś koszmarnego. Nie idzie się z nią dogadać. A dłużej już pod tym zaklęciem nie mogę ją trzymać, bo jej się zrobi mózgoplazma. Za to jak znowu wróci na salę, to...
- To się weźmie do roboty. Tak?
- Tylko, że jej jeszcze nie wolno. Przecież nie postawię herodów na wejściu do klubu, żeby jej nie wpuszczali. A jak postawię, to pójdzie gdzie indziej i sobie zrobi kuku. Zaczyna mnie to już trochę przerastać. Bynajmniej i przynajmniej.
- Nooo... Tego jeszcze ta orkiestra tutaj nie grała. Jak nasza Maczeta mówi, że coś ją przerasta, to znaczy, że...
- To znaczy, że mówi o Daśku.
Pisnęła szybko Mala. Ten żart rzucony ni w cipę, ni w oko wywołał nagle huragan śmiechu. Miał on jednak pewien sens, bo jak wiemy, Adaśko, facet Kaśki jest wyjątkowo wielkim kawałem chłopa. Roxy jednak uspokoiła piłkę:
- Nie, nie, nie Maleczko. Z seksem to nasza Kasia na pewno nie ma problemów. Czego nie można powiedzieć o tobie. Zaraz będziesz musiała zwracać za krzesło, bo dupą dziurę wyseksisz.
W tym momencie Anita wyłączyła swoją zblazowaną minę i weszła do akcji, poprzedziwszy to swoim rutynowym głębokim wdechem:
- Czekajcie siostry. Wasze problemy z seksem może odłóżmy na później. Na razie to ja wchodzę w tą Bęckę. Nie znam panienki, ale to bez znaczenia. Uruchomię tylko Pati, ona jest neurolożka, to ją zbada od swojej strony. Tak, żeby wszystko było dopięte. Kasiu, tylko wprowadź mnie w temat, o co chodzi centralnie, opisz mi przypadek. Nudzi mi się w pracy, nudzi mi się na zwolnieniu, to chętnie porobię coś innego. Nie znam się na psychologii sportu, ale to chyba nie ma znaczenia?
- Jasne! Nitka! Czemu ja wcześniej sama na to nie wpadłam?
To wcięła się Mala. Bo to jest tak, że Anita nie jest zawodową psychoterapeutką, tylko raczej naturszczyczką. Ale co pomogła Mali swojego czasu, to pomogła.
Kaśka szybko wyklarowała Anicie przypadek Bęcki. Potem zaś wiedźmy zapłaciły rachunek i wyszły z Pleciugi do swoich innych zajęć. Rozmowy o seksie nie było wcale. Czemu? Bo czarownice nie mają problemów z seksem.

20 czerwca 2026

LET THE BODIES HIT THE FLOOR

Dwie wchodzą
Jedna wychodzi
Taki sport
/mikrohaiku to haiku oparte na metrum 3-5-3/
Najpierw cofnijmy się na osi czasu do chwili turnieju tajskiego boksu po którym Bęcka wylądowała była w szpitalu. Na oddziale neurologicznym zresztą, który specjalizuje się w przywracaniu do stanu używalności zawodniczek i zawodników sportów walki zbyt dobrze trafionych. Jak pamiętamy dziewczynie towarzyszyły wtedy Roxy i Kaśka. Nie po temu bynajmniej, aby patrzeć lekarzom na ręce. Ta ekipa na oddziale akurat była zaiste godna zaufania. Ale medycyna medycyną, zaś czary czarami. Taka hybryda zwykle działa dobrze. Jak wiemy bowiem, Roxy magię medyczną ma dobrze opanowaną, Kaśka zresztą też sporo już umie. Efekt całego leczenia był taki, że po trzech dniach Bęcka wypisała się ze szpitala na własne żądanie. Gdy lekarz dyżurny próbował jej to wyperswadować sam nagle został pacjentem swojego szpitala. Bo Bęcka to jest Bęcka. To, że nie trzyma gardy podczas walki wcale nie oznacza, że nie umie porządnie przylać.
To teraz przenosimy się do ośrodka Oktagon. Czwarty dzień po turnieju, po krytycznej walce, poniedziałek, czy wtorek bodajże. Do workowni wchodzą Zośka Yakuza, Bójka, Bitka oraz niejaki Stacho, którego Bójka trzyma za rękę. Stacho to ten cielaczek od Magdy Maczugi. Gdy Bójka poznała go na treningu to od tamtej pory cipki nie może od niego odkleić. I teraz jest tak, że pierwsza odezwała się Bombka Zośka:
- Ej, laska, co ty tu teraz robisz?
Bęcka akurat ćwiczyła frazę bazową, czyli lewy i prawy prosty na worku, który naprawdę miał już dosyć tego lania. Ale nic nie mówił, bo niby czym miał to robić? Dziewczyna jednak na chwilę przerwała i odpowiedziała:
- Jak to co? Trenuję. Mam grafik od Kaśki, to go realizuję.
- No, ja nie wiem. Jak Kaśka tu zaraz zajrzy, to ja nie ręczę za twoje dupsko. Przecież ciebie ma tu nie być. Masz miesiąc przerwy co najmniej, jak nie dłużej.
- Kaśka może mi skoczyć na kant tego dupska. Jak coś powie nie tak, to ją po prostu zwolnię z pracy i tyle z tego będzie. I chuj!
Formalnie Bęcka miała trochę racji, bo w sportach walki trener jest pracownikiem swojego zawodnika.  Ale nie jest to takie do końca w tym przypadku. Co skonstatowała Zośka:
- Kochanie, to tak chyba raczej nie działa. Coś tobie się chyba popierdoliło w tym twoim dupsku. A zresztą... To nie moje dupsko. Niech Kaśka ci tłumaczy, gdzie jest przód, gdzie tył.
Kaśka istotnie zaraz się tam pojawiła. Rzuciła tylko okiem na sytuację i szybko zarządziła, popierając to do tego ruchem głowy:
- Wyjdźcie mi stąd na chwilę.
Gdy drzwi do sali się zamknęły wszyscy spojrzeli na siebie.
- No, teraz będzie...
Rzuciła szybko Bitka. Nic specjalnego jednak się na wydarzyło. Po kilku minutach drzwi się otworzyły, wyszła przez nie Bęcka, bez słowa minęła wszystkich i ruszyła w stronę szatni. Po chwili wyjrzała Kaśka mówiąc:
- Nie ruszy się z domu przez dwa tygodnie, więc mam prośbę. Zajrzyjcie dziś do niej z jakimiś zakupami. Tak? Jeść trzeba.
- Co jej powiedziałaś?
Spytała Bójka.
- Żeby właśnie poszła do domu i pomieszkała te dwa tygodnie.
- Kasia bywa nieraz bardzo przekonywująca.
Podsumowała Bitka i wszyscy ruszyli do sali...
W istocie rzeczy Kaśka użyła czarów do tego przekonywania. Wystarczył prosty urok plus sugestrix na wszelki wypadek, też rodzaj uroku zresztą. Według zaleceń lekarskich Bęcka miała szlaban na wszelkie aktywności fizyczne przez kilka tygodni, ale jak widać miała je centralnie gdzieś. Wiemy, że była dość mało zdyscyplinowaną zawodniczką.
Tymczasem po kilku dniach do Kaśki przybiegła podniecona Zosia Bombka Yakuza. Wywołała ją z jakichś zajęć aby przekazać pewną bardzo ważną nowinę:
- Gadałam z Orskim, wiesz?
- Mirek to bardzo miły człowiek, fajnie się z nim rozmawia. Ale czy to jest powód, że zawracać mi anus i przerywać pracę z klientką?
- Przepraszam. Ale...
- To idź do barku, wypij sobie soczek na koszt firmy, a ja za dwadzieścia minut przyjdę i wszystko mi opowiesz. Chyba, że ośrodek ktoś nam podpala. Albo ty będziesz rodzić.
- Tak, chyba żyrafę. Ja ostatnio tylko...
- Zosiu, twoje pożycia intymne na pewno mnie nie interesują. Więc bądź grzeczną dziewczynką i zrób to, o co proszę.
Co prawda Bombka nigdy nie była grzeczną dziewczynką, ale dla Kaśki zawsze robiła wyjątki. Spróbowałaby zresztą ich nie robić. Bęcka nie robiła i dostała na ringu bęcki. Dokładnie jedną, ale za to porządną. Zaś po dwudziestu minutach...
- Kasiu, więc jest tak, że... Nie, może inaczej. Wiesz kto to jest Brajagna Bolesna? No, Niezapominajka inaczej.
- No pewnie, to ta, która trafiła Bęckę. Faktycznie niezapominajka, trudno zapomnieć takiego strzała. No, ale co z nią?
- To ona niedługo będzie walczyć.
- Jest czynną zawodniczką, to walczy. Co w tym takiego?
- Tak, ale ona będzie walczyć we freakach.
- Ty też będziesz, tylko nie w bieżącej gali. Niezła jest, więc ja się nie dziwię, że Mirek ją przyuważył. To jest jego praca. W jakiej formule ma się bić ta panienka?
- Czysty boks, ale na gołe.
- I?
- To ja chcę jej spuścić bęcki. Za Bęckę.
- Bęcka oberwała słusznie, bo mnie nie słuchała. Ale zaraz, czegoś nie rozumiem. Jak chcesz to zrobić? Po naszemu, na ulicy? Tak my tłuczemy tylko złoli. 
- Ja chcę jej wlać sportowo. Na tej gali.
- Czekaj Zocha. Po pierwsze, to walczysz dopiero na następnej. Boks birmański w rzymskiej klatce. Pod tą walkę cię szykuję. Ogarnęłam ci wujka od wing tsun, żeby cię trochę tego poduczył. Za roczny abonament do klubu zresztą. To ty nam nagle chcesz zmieniać plany?
- Ale...
- Cicho. Mówię jeszcze. Po drugie, to ta cała Bolesna ma już przeciwniczkę. Kontrakt już pewnie podpisany, więc klamka zapadła. Trudno to odkręcić.
- Kasiu. To jest tak, że do tej walki za dużo mi zmieniać nic nie trzeba. To jest boks, więc co tu reformować? Tą walkę można mi zaliczyć jako sparring przed tamtą następną. Zaś kontrakt można jakoś zachachmęcić. Jakby pogadać z  Mirkiem...
- Tak. Ciekawa koncepcja. Właściwie to... Tylko ma jeden feler. Jak ona cię trafi, to tamta walka idzie się ciurlać. Większość walk tej formuły kończy się przez tekao. Trochę za ładna jesteś do tego. Za to ona ma kopyto, tu akurat nie ma dyskusji.
- Ta, srałpierdział, gryzł wodę, miał w dupie przeszkodę. Teraz za ładna, a na strzały barankiem już nie? Poza tym nikt mnie nie trafi. Maskę mam dziewiczą. W pewnym sensie.
To dodała widząc, jak Kaśka się uśmiechnęła kpiąco.
- No co? Dziób mam nietrafialny, tak jak ty. Od ciebie się uczę, wiesz, że ja jestem pilną uczennicą. Słuchaną. Nie tak, jak Bęcka.
- Właśnie. Muszę do niej zajrzeć, odnudzić jej, że tak powiem czas siedzenia na dupie w chałupie. Ale na Mirka to ty mnie nie napuszczaj. Niech twoja dziewczyna z nim pogada. To jej były facet, przecież wiesz.
- Mala to nie jest moja dziewczyna. Tylko się blisko psiapsiamy.
- Tak, prawdziwa dziewczyńska przyjaźń. Ale mniejsza już z tym. Nie z mojej piczy wióry lecą. Słuchaj, zrobimy tak, że pójdziesz teraz do Mali, jest tu gdzieś na obiekcie. Po coś Graham Bell wynalazł telefon chyba, tak? Jak Mala bardzo, bardzo ładnie Mirka poprosi, to ty mi przyniesiesz kontrakt na tą walkę. Wtedy zrobimy to. Parę groszy ekstra na pewno nie ma prawa zaśmierdzieć. Acha, o jakich sumach jest mowa?
- Dokładnie nie dopytałam. Ale freaki to freaki. Za gieta Ziela tam się nikt nie tłucze. Aha, właśnie. Coś mam dla ciebie. Spodoba ci się. Jest mega, zobaczysz.
Yakuza sięgnęła do kieszeni bojówek i wyjęła małe pudełeczko.
- Co to jest?
- Czekolada. Czarne Maroko. Sześćdziesiąt wolt.
- No? Ile za to?
- Kasiu, nie obrażaj mnie.
- Tylko żartowałam.
- Powiedzmy, że za to, że się zgodziłaś.
Okazało się, że sprawy poszły nadzwyczaj gładko. Mala faktycznie bardzo, bardzo ładnie poprosiła Mirka o zmianę planów. Zrobiła to etapami. Najpierw uderzyła do Magdy Maczugi, jego aktualnej partnerki. Potem we dwie urobiły Orskiego. Ten zaś pomyślał przez chwilę i oznajmił:
- Dobrze moje panie. Spróbuję zrobić z tej walki dwie. Nawet mam jedną dziewczynę na oku. Nie miałem dla niej przeciwniczki, to teraz już mam. Tylko jest jeden szkopuł. Sponsor strategiczny musi wyskoczyć z dodatkowej kasy. Maleczko, pomożesz?
Mirek wiedział, o co prosi, zaś dla Turbinki to było jak małe piwo przed śniadaniem. Bez woltów zresztą, bo jak wiemy Mala narkotyków nie używa. Cała trójka pojechała więc do biura sponsora. Młoda wiedźma utkała magiczny urok, rzuciła go dziarsko i pozamiatane. Zaś po dwóch dniach Yakuza wręczyła Kaśce kontrakt, świeżutki, pachnący, nie prześmigany.
Gala miała odbyć się w sobotę, dzień przed letnim sabatem. Ale dzień przed było jeszcze ważenie oraz konferencja prasowa. Ważenie nie wiadomo po kiego, bo we freak fightach nie praktykuje się raczej kategorii wagowych. Zaś konferencja jest dla gawiedzi, którą czasem bardziej to kręci, niż same walki. Kaśka bardzo tego nie lubiła, ale to nie ona była gwiazdą tego eventu. Aczkolwiek to akurat jest do dyskusji, bo Zośkę znało niewiele osób, zaś do Pięknej od razu ustawiła się kolejka po autograf. Bombka miała swój plan na tą okazję. Zwykle zawodniczki stają na wagę w bikini, choć czasem nieraz fikuśnym, sex shopowym. Zosia stanęła topless w samych stringach, ale takiego typu, że prawie nic już nie zasłaniały. 
- Nie mam się czego wstydzić. 
Oświadczyła podczas ważenia. Ale to był dopiero początek. Bo podczas robienia tradycyjnej fotki face to face podniosła tiszert znowu pokazując piersi, po czym rzuciła do przeciwniczki:
- Brajka, pokaż klasę i jutro walcz bez ochraniaczy.
Tu należy wyjaśnić, że różne federacje mają rożne przepisy dotyczące takiego sprzętu. Ta akurat miała takie, że obowiązywała paszczęka oraz ochraniacz intymmny dla panów. Za to nie wiedzieć czemu panie miały wybór, czy zakładać tak zwany napizdnik i nacycnik. Brajagna odcięła się od razu:
- Mówisz - masz. Zrobię ci z nich hamburgery.
- Sama jesteś jebany hamburger. Narzeczona Frankensteina. Ciebie nawet musztarda nie chciałaby wyruchać. Ani inna Mumia.
To nie było miłe i nie do końca prawdziwe. Co prawda ocena kobiecej urody to sprawa względna, ale Niezapominajka wcale nie była brzydka, co przyznałoby wiele osób na tej sali. Miała urodę swojskiej, czerstwej dziewuchy. Takie Brajagny miewają powodzenie u panów oraz niektórych pań. Ale na pewno nie była tak obrotna paszczą, jak Zośka, więc zamiast ripostować werbalnie przeszła do czynów. Stało się to, co tygrysy lubią najbardziej podczas konferencji. Panie skoczyły sobie do oczu cieleśnie. Ale czterech ochroniarzy było zawodowcami, niejedną taką parę wściekłych kocic już rozdzielali. Tak więc do falstartu walki nie doszło. 
Za to następnego dnia walka Bombki i Brajagny była czwarta od końca. Zosia wkroczyła do klatki odziana w obowiązkowy zielony tiszert Oktagonu oraz majtki z wypisanym imieniem Bęcki. Bo to jej dedykowała ten występ. Zaś w narożniku urzędowała Kaśka, Magda Maczuga jako asysta oraz Roxy jako cutwoman. Po przygodzie wspomnianej Bęcki uznała się za osobę potrzebną jakby co, zaś na brak papierów przymknięto oko pod wpływem czarów. Zaś w loży dla vipów zasiadł Stryjo, Malina, Miolka, Mala oraz Adaśko, Borek, tudzież Misiek. Anita odpuściła sobie to widowisko, ale jak wiemy jest ona marudna od jakiegoś czasu, nie bardzo wie, czego chce. Po czym zaczęło się...
Ta walka nie miała podziału na rundy. Łomot miał trwać dotąd, aż któraś będzie miała dość. Obowiązywały Reguły Gromda, zaś sędzina ringowa oświadczyła bardzo zdecydowanie:
- Jeden faul i wyrzucam na zbitą pizdę!
Plan walki Bombka miała starannie omówiony z Kaśką, ale jak wiemy strona przeciwna jest zwykle złośliwa, nie pozwala na jego realizację. Więc było też miejsce na improwizację. Już po pierwszej minucie Kaśka miała jasność, że jej pupilka raczej nie przegra, ale boks to boks, więc z dużym naciskiem na raczej. Jak na razie Zośka ani razu nie dała się trafić, wszystko zbierała albo na gardę, albo puszczała mimo. To była bardzo dobra decyzja, bo Brajagna nie był z dupy wzięta. Jej ciosy wyglądały na naprawdę okrutne, urywające głowę. Ale wojowniczka ulicy bis, którą była Bombka Yakuza górowała nieco nad nią szybkością, więc kilka ukąszeń uplasowała tam, gdzie trzeba. Tylko ukąszeń. Już przed walką ustalono, że nic na chama, że ma nie być pośpiechu, próby rozstrzygnięcia od razu. Żadnych kujawiaków, ani tym podobnych, to nie był typ przeciwniczki pod taką taktykę. W pewnym momencie Kaśka rzuciła do Magdy:
- Teraz. Widziałaś? Teraz już ją ma.
- No. Jak kaczkę na ruszcie.
To był cios w splot słoneczny widoczny tylko dla wprawnego oka. Taki cios odbierał dużo oddechu. Ktoś inny, niższej klasy zwinąłby się i poprosił o litość, ale Brajagna to była naprawdę wysoka półka. Jednak Zośce to już wystarczyło, aby zacząć drugi etap. Wciąż nie trafiona ani razu sama zaczęła trafiać coraz częściej. Wciąż jednak nie były to ciosy nokautujące, bo wcale takie miały nie być. Plan był zupełnie inny. Polegał na tym, aby Niezapominajkę systematycznie obić, raz koło razu, aby jej ciało zamienić w jeden bolący siniak. Ale żeby nie przegiąć. Klika razy sędzina przerywała starcie, aby przyjrzeć się twarzy Brajagny, czy przypadkiem nie wymaga pomocy cutmana. Zaś każda zbytnio krwawiąca rana mogła być powodem przegranej przez techniczny nokaut. Ale takie zwycięstwo nie byłoby dla Zośki zbyt satysfakcjonujące. Ona postanowiła zrobić hamburger, taki właśnie, który był wspomniany poprzedniego dnia. Po którejś minucie jej przewaga była widoczna już nawet dla laika. Magda odezwała się do Kaśki:
- To już jest powolna egzekucja. Ja bym już chyba rzuciła ręcznik, ale przy tych regułach... Nie wiem w sumie.
- No, dobrze. Kończ Zocha tą zabawę.
Oznajmiła Kaśka i dodała po chwili:
- Jak ja nie lubię widoku bitego człowieka. 
- Chyba że sama bijesz?
Obie wybuchnęły śmiechem. Za to Zośka chyba też już miała dosyć tej zabawy. Odskoczyła na moment aby przyjrzeć się rzeźni, która była jej dziełem, po czym doskoczyła oraz zakończyła temat wspomnianym już kujawiakiem. Brajagna Niezapominajka Bolesna uklęknęła na kolana, po czym upadła twarzą na matę. Sędzina szybko doskoczyła, odepchnęła Bombkę, tak na wszelki wypadek, po czym nachyliła się nad leżącą. Liczenie jej zdaniem nie miało sensu, więc pokazała gestem koniec walki. Machnęła ręką na lekarza, potem podniosła rękę Bombki Yakuzy do góry. Ta zaś szepnęła ni to do siebie, ni to gdzieś:
- To dla ciebie Bęcko.
Następnie zdjęła tiszert. Złożyła go starannie i położyła na ciele pokonanej kobiety, którą właśnie kładziono na nosze.
- Prezent od firmy Oktagon. Wpadnij któregoś dnia na trening, nauczysz się u nas, jak to się robi porządnie.
Sędzina podeszła do niej mówiąc:
- Idź się wysikać do testu. Znasz reguły. 
To już była jednak tylko formalność. Bombka była czysta jak łzy, które płynęły jej z oczu. Co prawda dziewczyny z tej dzielni nie płaczą, ale czasem bywają od tego wyjątki.