Co prawda śmierć Jarka, już ex-faceta Maliny, była tylko żartem, jednak potwierdził to dopiero dzwoniący telefon. Borek spojrzał na wyświetlacz, po czym schował aparat z powrotem do kieszeni.
- W dupę se zadzwoń lamusie.
Taką miał umowę z siostrą, że ignorują gościa do czasu jej powrotu. Potem wrócił do studiowania puszki po piwie rozpłaszczonej ma pniu pobliskiego drzewa. Takiego efektu nie mogło spowodować nawet tornado. Borek rozejrzał się za dogodnym obiektem do kolejnej próby, ale nic takiego nie znalazł. Przyszedł mu za to do głowy teren po rozbiorce starego budynku, wystarczyło tylko trochę zboczyć po drodze do domu. To mógłby być dobry poligon na takie eksperymenty. Ale telefon znów się odezwał. Tym razem była to Anita, jego koleżanka z pracy. Ostatnio coś jej odbiło, wyraźnie postanowiła go zaliczyć. Właściwie był już bliski nagrodzić jej starania, umówić się z nią właśnie na dziś, był piątek, ale nagła wizyta Maliny, ta cała sprawa odsunęła temat dalej na liście priorytetów.
- No, co tam?
- ...
- Nie, dobrze się czuję.
- ...
- Dokładnie, musiałem wziąć na żądanie.
- ...
- Nie, nie pochlałem, tylko sprawy rodzinne, takie tam.
- ...
- Tak, to jest zabawne, że jak ktoś bierze taki dzień wolny, to znaczy że koniecznie musiał się uwalić poprzedniego dnia. Co za dziwny naród?
- ...
- Ja wiem, że głównie po to wymyślono, ale bywają też inne ważne powody, coś może wyskoczyć nagle.
- ...
- Żadna tragedia, po prostu siostrze musiałem pomóc.
- ...
- Tak, już wszystko załatwione. Ale tak sobie teraz pomyślałem, skoro już zadzwoniłaś, że może byśmy razem coś zjedli wieczorem?
- W dupę se zadzwoń lamusie.
Taką miał umowę z siostrą, że ignorują gościa do czasu jej powrotu. Potem wrócił do studiowania puszki po piwie rozpłaszczonej ma pniu pobliskiego drzewa. Takiego efektu nie mogło spowodować nawet tornado. Borek rozejrzał się za dogodnym obiektem do kolejnej próby, ale nic takiego nie znalazł. Przyszedł mu za to do głowy teren po rozbiorce starego budynku, wystarczyło tylko trochę zboczyć po drodze do domu. To mógłby być dobry poligon na takie eksperymenty. Ale telefon znów się odezwał. Tym razem była to Anita, jego koleżanka z pracy. Ostatnio coś jej odbiło, wyraźnie postanowiła go zaliczyć. Właściwie był już bliski nagrodzić jej starania, umówić się z nią właśnie na dziś, był piątek, ale nagła wizyta Maliny, ta cała sprawa odsunęła temat dalej na liście priorytetów.
- No, co tam?
- ...
- Nie, dobrze się czuję.
- ...
- Dokładnie, musiałem wziąć na żądanie.
- ...
- Nie, nie pochlałem, tylko sprawy rodzinne, takie tam.
- ...
- Tak, to jest zabawne, że jak ktoś bierze taki dzień wolny, to znaczy że koniecznie musiał się uwalić poprzedniego dnia. Co za dziwny naród?
- ...
- Ja wiem, że głównie po to wymyślono, ale bywają też inne ważne powody, coś może wyskoczyć nagle.
- ...
- Żadna tragedia, po prostu siostrze musiałem pomóc.
- ...
- Tak, już wszystko załatwione. Ale tak sobie teraz pomyślałem, skoro już zadzwoniłaś, że może byśmy razem coś zjedli wieczorem?
- ...
- Po prostu u mnie.
- ...
- Tak, rano też...
- ...
- Powiedzmy, że o dwudziestej.
- ...
- To czekam.
Anita znała adres, była już kiedyś u niego na jakiejś większej imprezie. Przyniosła wtedy świetną marychę, bardzo dobry pomysł zresztą, bo dzięki temu nikt się za bardzo nie uwalił, nikt nie narobił bydła. Jednak za tym zaproszeniem nie stała tylko sama czysta chuć, tylko jeszcze coś innego. Dziewczyna interesowała się magią, zjawiskami paranormalnymi, ezoteryką i tym podobnymi sprawami. Nawet miała ksywkę "Wróżka", bo wszystkie laski w firmie ganiały do niej na wyścigi, żeby im stawiać karty. Jego ten temat nigdy nie kręcił, ale tym razem...
Tak sobie wizualizując walory cielesne Anity doszedł do zaplanowanego miejsca akcji. Nie dojrzał żadnych pijaczków, którzy czasem również tam zaglądali, więc teren był czysty. Za to obiektów do celowania wiele, jakieś cegły, stare beczki, różne inne bliżej niezidentyfikowane graty. Pierwsza próba na leżącym pustaku była niewypałem.
- Za bardzo usiłujesz, Borek, za dużo myślisz.
Na chwilę zamknął oczy, rozluźnił się, po czym nagle znów wyciągnął dłoń w kierunku pustaka. Ten zaś odskoczył na kilka metrów. Za nim następny, po nich przyszła kolej na starą skrzynkę po czymś tam. Truchło uderzyło o ścianę, po czym się rozleciało. Tak się bawił około godziny odkrywając różne możliwości. Okazało się, że nie tylko dłonie ułożone w shotei dają żądany efekt. Palce emitowały skupioną wiązkę dziwnej mocy. Odkrył to celując w szyby, które jakimś cudem przetrzymały demolkę. Każda próba była udana, Borek czuł się jak w jakimś transie, problemem była jeszcze intensywność impulsu. Bo to były właśnie impulsy, nie dawało niestety rady utrzymać dłuższego oddziaływania. Wreszcie Borek poczuł się mocno zmęczony, wręcz bardzo mocno zmęczony. Za bardzo go to nie dziwiło, ta moc skądś się przecież musiała brać, zaś to, że to była jego własna energia życiowa wydawało się dość oczywiste.
- Na dziś fajrant.
Na placyk Borek szedł dość dziarskim krokiem, ale do domu już po prostu człapał. Gdy dotarł do siebie, od razu rzucił się do lodówki. Gdy gastrofaza minęła, poczuł się bardzo śpiący. Zważywszy na jego wieczorne plany zwalenie się na łóżko było najlepszym pomysłem. Ostatnią czynnością było nastawienie alarmu telefonu na dziewiętnastą.
...
- Borek, masz jakieś krople?
- Do czego?
- Do dupy! Musiałeś w oko? Całe mam czerwone.
Anita stała nabzdyczona w drzwiach łazienki ubrana w płaszcz kąpielowy Borka strojąc nienawistne miny. On zaś zarechotał obleśnym śmiechem.
- Niestety nie jestem iksmenem. Nie kontroluję aż tak tych spraw.
- Iksmenem mówisz?
- Pewnie jest jakiś taki, z taką specjalnością.
- Supercumshooter. Byłby pewnie gwiazdorem porno.
- Już widzę powybijane oczy i zęby jego panienek.
Tym razem Anita zaśmiała się równie obleśnie. Borek nie bez powodu wspomniał o iksmenach. Chciał dziewczynę naprowadzić na temat super mocy. Przy okazji nie mógł sam się zdradzić. To postanowił sobie już podczas ćwiczeń na placyku. Że nikt nie pozna jego sekretu, bo kłopoty będą nie do przewidzenia. Za to rybka połknęła haczyk i od tego momentu mieli oboje temat do rozmowy, właśnie ten, na który Borek liczył, że wiele się dowie. Doszło wręcz do tego, że Anita wpadła w goniosłowomatyzm, on zaś tylko od czasu do czasu wtrącał jakieś zdawkowe pytanie. Dowiedział się na przykład, że moce magiczne zwykle są wrodzone, ale musi zaistnieć coś, jakiś czynnik, aby komuś się ujawniły. Tych zaś bywa wiele różnych, rozmaitych. Na przykład regularne praktyki medytacyjne takiego, czy innego typu. Albo doświadczenie psychodeliczne. Albo też jeszcze jakiś gwałtowny wstrząs, tak psychiczny, jak fizyczny. Niestety Borkowi nic nie pasowało. Próbował kiedyś jakichś medytacji, ale nigdy go to nie kręciło, nie wciągnęło. Nie próbował za to psychodelików. Jedyny narkotyk, jaki znał, to alkohol. No, i może jeszcze marychę, pod warunkiem, że ktoś się uprze tak ją nazywać. Ale to też wszystko niedogłębnie, bez większego zaangażowania. Według Anity czynnikiem wyzwalającym siddhi, czyli dziwne moce, mógł być też seks. Ale tylko taki wyjątkowy seks, po tybetańsku. Gdyby nie własne doświadczenie, to Borek uznałby wykład Anity za kompletne banialuki, teraz jednak słuchał jej bardzo skupiony. Tylko przy tym seksie stracił powagę na chwilę:
- A jak to jest po tybetańsku?
Anita jednak nie dała się zbić z pantałyku:
- Tobie to chyba nie grozi. Trzeba być z jedną dupą przez długi czas, ale to dopiero przedwstępny warunek.
- Czy to propozycja?
Dziewczyna nadal zachowywała powagę:
- Tylko informacja. Zaproponować mogę najwyżej kolejną rundkę, tylko proszę cię o jakiś inny finał. Oko dalej mnie piecze.
Ale zanim doszło do tej rundki, nie po tybetańsku bynajmniej, to Borek jeszcze się dowiedział, że czynnikiem wyzwalającym może być dowolna kwantowa spontaniczna fluktuacja lokalna w mózgu, bez określonego, widocznego powodu. Potem Anita zawiesiła dalszy wykład, ale zanim przeszła do rzeczy, usprawiedliwiła się ludową mądrością:
- Z pełną buzią się nie gada.
- Chyba że po tybetańsku?
- Khetyh...
...
Poranek mieli oboje również nietybetański. Potem znowu słowotok Anity, ale Borka to bynajmniej nie nużyło. I tak na zmianę, całą sobotę z przerwami na jakieś jedzenie. Co prawda ciągnęło go też trochę na placyk, poćwiczyć, ale uznał, że taka randka tylko dobrze wpłynie na jego dalsze postępy. Za to w niedzielę rano Anita pogmerała w swojej torebce i wygrzebała pięknie, profesjonalnie ukręconego spliffa.
- Z tego wszystkiego zapomniałam, że to mam.
Dym świętego zioła spowodował, że zrobiło się jakby trochę bardziej tybetańsko. Dla Borka zaś zaszło jeszcze jedno wydarzenie. Gdy Anita okupowała łazienkę, postawił na parapecie puste pudełko po papierosach, po czym wycelował weń palec. Kartonik ani myślał nawet drgnąć.
- Tak, rano też...
- ...
- Powiedzmy, że o dwudziestej.
- ...
- To czekam.
Anita znała adres, była już kiedyś u niego na jakiejś większej imprezie. Przyniosła wtedy świetną marychę, bardzo dobry pomysł zresztą, bo dzięki temu nikt się za bardzo nie uwalił, nikt nie narobił bydła. Jednak za tym zaproszeniem nie stała tylko sama czysta chuć, tylko jeszcze coś innego. Dziewczyna interesowała się magią, zjawiskami paranormalnymi, ezoteryką i tym podobnymi sprawami. Nawet miała ksywkę "Wróżka", bo wszystkie laski w firmie ganiały do niej na wyścigi, żeby im stawiać karty. Jego ten temat nigdy nie kręcił, ale tym razem...
Tak sobie wizualizując walory cielesne Anity doszedł do zaplanowanego miejsca akcji. Nie dojrzał żadnych pijaczków, którzy czasem również tam zaglądali, więc teren był czysty. Za to obiektów do celowania wiele, jakieś cegły, stare beczki, różne inne bliżej niezidentyfikowane graty. Pierwsza próba na leżącym pustaku była niewypałem.
- Za bardzo usiłujesz, Borek, za dużo myślisz.
Na chwilę zamknął oczy, rozluźnił się, po czym nagle znów wyciągnął dłoń w kierunku pustaka. Ten zaś odskoczył na kilka metrów. Za nim następny, po nich przyszła kolej na starą skrzynkę po czymś tam. Truchło uderzyło o ścianę, po czym się rozleciało. Tak się bawił około godziny odkrywając różne możliwości. Okazało się, że nie tylko dłonie ułożone w shotei dają żądany efekt. Palce emitowały skupioną wiązkę dziwnej mocy. Odkrył to celując w szyby, które jakimś cudem przetrzymały demolkę. Każda próba była udana, Borek czuł się jak w jakimś transie, problemem była jeszcze intensywność impulsu. Bo to były właśnie impulsy, nie dawało niestety rady utrzymać dłuższego oddziaływania. Wreszcie Borek poczuł się mocno zmęczony, wręcz bardzo mocno zmęczony. Za bardzo go to nie dziwiło, ta moc skądś się przecież musiała brać, zaś to, że to była jego własna energia życiowa wydawało się dość oczywiste.
- Na dziś fajrant.
Na placyk Borek szedł dość dziarskim krokiem, ale do domu już po prostu człapał. Gdy dotarł do siebie, od razu rzucił się do lodówki. Gdy gastrofaza minęła, poczuł się bardzo śpiący. Zważywszy na jego wieczorne plany zwalenie się na łóżko było najlepszym pomysłem. Ostatnią czynnością było nastawienie alarmu telefonu na dziewiętnastą.
...
- Borek, masz jakieś krople?
- Do czego?
- Do dupy! Musiałeś w oko? Całe mam czerwone.
Anita stała nabzdyczona w drzwiach łazienki ubrana w płaszcz kąpielowy Borka strojąc nienawistne miny. On zaś zarechotał obleśnym śmiechem.
- Niestety nie jestem iksmenem. Nie kontroluję aż tak tych spraw.
- Iksmenem mówisz?
- Pewnie jest jakiś taki, z taką specjalnością.
- Supercumshooter. Byłby pewnie gwiazdorem porno.
- Już widzę powybijane oczy i zęby jego panienek.
Tym razem Anita zaśmiała się równie obleśnie. Borek nie bez powodu wspomniał o iksmenach. Chciał dziewczynę naprowadzić na temat super mocy. Przy okazji nie mógł sam się zdradzić. To postanowił sobie już podczas ćwiczeń na placyku. Że nikt nie pozna jego sekretu, bo kłopoty będą nie do przewidzenia. Za to rybka połknęła haczyk i od tego momentu mieli oboje temat do rozmowy, właśnie ten, na który Borek liczył, że wiele się dowie. Doszło wręcz do tego, że Anita wpadła w goniosłowomatyzm, on zaś tylko od czasu do czasu wtrącał jakieś zdawkowe pytanie. Dowiedział się na przykład, że moce magiczne zwykle są wrodzone, ale musi zaistnieć coś, jakiś czynnik, aby komuś się ujawniły. Tych zaś bywa wiele różnych, rozmaitych. Na przykład regularne praktyki medytacyjne takiego, czy innego typu. Albo doświadczenie psychodeliczne. Albo też jeszcze jakiś gwałtowny wstrząs, tak psychiczny, jak fizyczny. Niestety Borkowi nic nie pasowało. Próbował kiedyś jakichś medytacji, ale nigdy go to nie kręciło, nie wciągnęło. Nie próbował za to psychodelików. Jedyny narkotyk, jaki znał, to alkohol. No, i może jeszcze marychę, pod warunkiem, że ktoś się uprze tak ją nazywać. Ale to też wszystko niedogłębnie, bez większego zaangażowania. Według Anity czynnikiem wyzwalającym siddhi, czyli dziwne moce, mógł być też seks. Ale tylko taki wyjątkowy seks, po tybetańsku. Gdyby nie własne doświadczenie, to Borek uznałby wykład Anity za kompletne banialuki, teraz jednak słuchał jej bardzo skupiony. Tylko przy tym seksie stracił powagę na chwilę:
- A jak to jest po tybetańsku?
Anita jednak nie dała się zbić z pantałyku:
- Tobie to chyba nie grozi. Trzeba być z jedną dupą przez długi czas, ale to dopiero przedwstępny warunek.
- Czy to propozycja?
Dziewczyna nadal zachowywała powagę:
- Tylko informacja. Zaproponować mogę najwyżej kolejną rundkę, tylko proszę cię o jakiś inny finał. Oko dalej mnie piecze.
Ale zanim doszło do tej rundki, nie po tybetańsku bynajmniej, to Borek jeszcze się dowiedział, że czynnikiem wyzwalającym może być dowolna kwantowa spontaniczna fluktuacja lokalna w mózgu, bez określonego, widocznego powodu. Potem Anita zawiesiła dalszy wykład, ale zanim przeszła do rzeczy, usprawiedliwiła się ludową mądrością:
- Z pełną buzią się nie gada.
- Chyba że po tybetańsku?
- Khetyh...
...
Poranek mieli oboje również nietybetański. Potem znowu słowotok Anity, ale Borka to bynajmniej nie nużyło. I tak na zmianę, całą sobotę z przerwami na jakieś jedzenie. Co prawda ciągnęło go też trochę na placyk, poćwiczyć, ale uznał, że taka randka tylko dobrze wpłynie na jego dalsze postępy. Za to w niedzielę rano Anita pogmerała w swojej torebce i wygrzebała pięknie, profesjonalnie ukręconego spliffa.
- Z tego wszystkiego zapomniałam, że to mam.
Dym świętego zioła spowodował, że zrobiło się jakby trochę bardziej tybetańsko. Dla Borka zaś zaszło jeszcze jedno wydarzenie. Gdy Anita okupowała łazienkę, postawił na parapecie puste pudełko po papierosach, po czym wycelował weń palec. Kartonik ani myślał nawet drgnąć.
CIĄG DALSZY NASTĄPI