No, dobrze. Święta 8/3 i po Świętach. To teraz się cofnijmy na osi czasu nieco nazad, tak do poprzedniej niedzieli, nazajutrz po omawianych już wydarzeniach sportowych. Wtedy też miało miejsce małe, lokalne święto, za sprawą Roxy, która uznała kilka wydarzeń oraz osób wartych uczczenia.
Na samym wstępie jednak odnalazły się Mala i Bombka. Nigdzie też zresztą nie zaginęły, ich telefony wcale nie były głuche, gdy do nich zadzwoniono niedzielnego poranka. Kto to zrobił pierwszy, do kogo, tego centralnie do końca nie wiadomo, ale po kilku krótkich rozmowach w eterze wszystkich ze wszystkimi jasne było, że obie dziewczyny były w domu u Mali i całe, zdrowe, pełne pozytywnej energii właśnie zaczynały poranne ruchy. Krążyła też taka plotka, że w tle słyszano jakiś męski głos, podobno Malina tak mówiła, ale czy słyszała, czy tylko mówiła, że ktoś mówił, że słyszał, lub słyszał, że mówił, tego już nie wiedział nikt. Ale tak, czy owak, obie rzekome zaginione dowiedziały się, co dziś się kroi i że do południa dowiedzą się detali.
Jednak dla telefonu Roxy to był dopiero początek. Nadeszła pora, aby użyć go do tego, co miała zrobić jego właścicielka. Jak wiemy, jest ona kobietą biznesu, nie jakimś tam politykiem, który gdy mówi, że coś zrobi, to mówi. Skoro mówiła, że ogarnie lokal na bankiet, to tak miało być. Trzeba więc było wziąć sprawę na cycki, bardzo zresztą jędrne, prężne, dorodne, godne tego zadania. Co prawda w niedzielne poranki te cycki, nie tylko zresztą one miały inne zajęcia, z ważnym udziałem Miśka do tego jeszcze, bardzo rozbudowane zresztą, zwykle do południa, ale tym razem sprawy miały się potoczyć inaczej. Wspomniany pan został co prawda zbudzony, wypionowany, tudzież też zmotywowany do zrobienia porannej kawy, którą jak wiemy robił najlepszą, lepszą nawet niż słynne pleciugato, ale nie został potem na powrót wciągnięty do łóżka, tylko wysłany do sklepu. Miał nie wracać bez kartonu pikolo. To taki napój gazowany imitujący szampana swoim opakowaniem, bardzo niepedagogiczny wynalazek zresztą, który akurat Mala, mająca jak wiemy zerową skłonność do narkotyków bardzo lubiła. Bo ten karton to właśnie miał być dla niej prezent.
Gdy Misiek wrócił kwestię lokalu Roxy miała już ogarniętą. Jak tego dokonała? No cóż. Dzięki wielu znajomościom wśród knajpiarzy, gdyż jej firma, Latająca Miotła, była na topie providerów usług polegających na generalnym sprzątaniu wszelkich obiektów. Sporo lokali gastronomicznych stanowiło jej stałą klientelę. Gdy dodamy jeszcze moc przekonywania, jaką dysponowała Roxy, bynajmniej bez czarów, samą tylko magią mniejszą, naturalną, to nikt nie tworzył problemu z tego, że jest niedziela rano, zaś czasu na wykonanie zamówienia niezbyt wiele.
Była godzina jedenasta, gdy Ruda oświadczyła swojemu chłopu:
- Kochanie, sytuacja jest wyjątkowa, więc mamy tylko godzinę do dyspozycji. Bo potem kobieta twojego życia będzie się laszczyć oraz rytualnie lamentować, że nie ma co na siebie włożyć. No, co się tak gapisz gamoniu? Twoja laleczka czeka na ciebie.
Misiek nic nie odpowiedział, bo jakoś nieręcznie mu było gadać do pupy, którą Roxy nagle doń wypięła. Poza tym ów obiekt ma lepsze zastosowania, niż gadanie do niego, zwłaszcza tak perfekcyjny, jak zadek Rudej. Zaś nam niezręcznie jest się gapić na to, co się potem działo przez tą najbliższą godzinę. Aczkolwiek być może niejedne lub niejedni mogliby się czegoś nauczyć.
Przed godziną piętnastą faktycznie wszystko gotowe. To był dość miły lokalik na przemieściach miasta. Miał dwie sale, z których jedną dość często rezerwowano na różne prywatne ewenty. Jako że knajpa zlokalizowana jest niedaleko cmentarza, to są to głównie stypy, ale Roxy, jak większość czarownic, nie jest przesądna, więc nie rzutowało jej to. Teraz właśnie przechadzając się po sytuacji kiwała aprobująco głową.
- Doskonale, panie Remigiuszu, doskonale. Tak właśnie miało być.
Szpakowaty mężczyzna był cały w skowronkach słysząc te pochwały, jednocześnie też widać było, że nie umie oderwać wzroku od dekoltu wiedźmy, której kreację buractwo nazwałoby cyckami na wierzchu. Ale dla Rudej nie stanowiło to zagadnienia, nie było w niej nawet krztyny obłudy histerycznych paniusiek, dla których podziw dla kobiecej urody to przedmiotowe kobiet traktowanie. Tą jej urodę potwierdziła za chwilę wchodząca na salę wraz Borkiem u boku Anita:
- Ja pierdolę, Wiewióra, wyglądasz jak bilion dirhamów! No, no, fajnie to wszystko zorganizowałaś. Tak, szwedzki stół to najlepsza koncepcja na taką imprezę.
- To nie ja, to pan Remigiusz. Ja tylko dałam kilka wskazówek.
Pan Remigiusz ukłonił się mówiąc:
- Tylko kobiety z klasą potrafią to docenić.
Zaś pod wymownym spojrzeniem Roxy dodał:
- To ja wracam do pracy, jakby coś, to... Wiadomo.
Szybko się ulotnił, zaś Nita spytała:
- Czy mogę zachować się bez klasy? Bo jestem bez obiadu, a mi się nie chce czekać, aż reszta się zejdzie. Głodna jestem i chuj.
- Siostro, napierdalaj. Oczami się nie je. Zresztą w dupę ci nie pójdzie, tylko w moją przyszłą siostrzenicę. Mówisz, że jak ma jej być? Balbina? Czy Barbarianna?
- Gryzoń, nie podpuszczaj mnie. Dopiero po sabacie powiem. Ja wiem, jak to pójdzie. Teraz się wygadam tobie, ty Malinie, Malina Mali i Kaśce, a potem...
- No, nie! Kto jak kto, ale Kaśka umie trzymać pizdę na kłódkę.
- Dobrze. Już. Cicho być. Powiem, ale w czwartek w Pleciudze. Stamtąd już dalej nigdzie nie przecieknie. Słodziaczku, może tak być? Zmienimy trochę ustalenia?
Borek wzruszył tylko ramionami ze zrezygnowaną miną znaczącą:
- A czy ja mam jakiś wybór?
Po czym odszedł na bok na spotkanie Maliny i Mariolki. Anita siadła przy stole, sięgnęła po talerzyk i po pierwszy z brzegu półmisek. Za to na salę weszły Neonówki, tylko trzy, bez Yakuzy. Powoli, jakby nieśmiało, ale gdy Roxy rzuciła się do nich obściskując jedną po drugiej, to całe napięcie prysło, zaś salę wypełnił wszechogarniający babski trajkot. Między innymi padło:
- Macie te swoje pucharki z turnieju? To na stół z nimi, niech świat patrzy i podziwia przyszłe mistrzynie. Spokojnie, do zwrotu, nie zginą tu przecież, złomiarzy nie ma.
Choć Roxy od początku przejawiała niezły nastrój, to te trzy dziewczyny, ich obecność jakoś dziwnie na nią działały, że nabrała wręcz szampańskiego humoru. Odciągnęła je szybko na bok, po czym cała czwórka jakby zapomniała reszty świata. Tak więc żadna, zajęta rozmową nie zauważyła wejścia Magdy Maczugi i Mirka Orskiego. Oni zresztą też nie zauważyli, że już weszli do środka, tak byli oboje pochłonięci dyskusją robiącą wrażenie związkowej sprzeczki. Gdy podeszli do stołu Mirek chwycił za jakąś szklankę, nalał sobie jakiegoś soku z najbliższego dzbanka, po czym wychylił duszkiem. Na ten widok siedząca obok Anita otarła wysmarowane sosem usta, przełknęła ich zawartość, po czym spytała lekko zjadliwie:
- Co? Czegoś było za dużo na after party wczoraj?
Magda spojrzała na nią bez słowa, na Mirka wcale, po czym odeszła na bok, akurat w chwili, gdy na salę wkraczała Kaśka, za nią zaś Adaśko niosący jakiś karton pod pachą. Zaś Nita podsunęła Orskiemu krzesło i spytała:
- Dlaczego z tobą zawsze muszą być jakieś kłopoty? Chcesz znowu patelnią po tym swoim głupim łbie? Niech zgadnę. Za dużo wypiłeś po gali i pewnie jeszcze dmuchnąłeś jakąś ringdupę na boku?
Westchnęła ostentacyjnie i sięgnęła do torebki.
- Nie powinnam tego robić, ale masz. No, do dna!
Podała mu niewielki flakonik. Wypił bez słowa i spytał:
- Co to było? Magiczne antyalko?
- Akurat nie. Antyalko też mam na składzie, ale nie noszę ze sobą, bo niby po co? Ale po tym też się trochę lepiej poczujesz.
Po czym dodała:
- Jedna fajna dupa już cię kopnęła, to dalej szukasz guza? Nie znam Magdy za dobrze, ale też jest w porządku tak na moje oko. To po chuj sobie to wszystko robisz? A teraz spierdalaj, apetyt mi psujesz, a mnie się nie wolno stresować. Sałatki by było szkoda.
Po tej perorze Anita wróciła do konsumpcji, zaś Mirek z miną zbitego psa wstał i pożeglował gdzieś w głąb sali. Na sali zaś pojawiły się nowe twarze: trener asystent Kaśki podczas walk oraz cutman klubowy. Bardzo ponoć fajni z nich ludzie, ale postacie marginalne dla tej opowiastki, więc darujemy sobie ich dane identyfikacyjne. Zaś po jakimś czasie przybyły wreszcie może nie tyle główne celebrytki dnia, ale przez niektórych domyślnie za takie uznane. Mala jak zwykle radośnie śmiejąca się całą sobą plus Zosia Yakuza również uśmiechnięta, ale przy Turbi robiło to raczej wrażenie półgębka. Trzymały się za ręce, rozdzieliły je dopiero powitalne uściski obecnych. Gdy do Bombki podeszła Roxy zlustrowała ją bardzo dokładnie:
- Hej, młoda wojowniczko, ja skądś znam tą kieckę.
- Bo nie spałam w domu, więc Mala mi coś tam znalazła.
- Kiedyś to był mój łach, potem dałam jej, ale na tobie chyba leży najlepiej. Lalka! Podejdź proszę do nas. Ja ci się to podoba?
Przywołana Malina zmarszczyła nosek i oświadczyła poważnie:
- No! Taką dupcię tylko lizać.
Po czym odeszła i tak się działa cała impreza. Ludzie tasowali się między sobą, przeważnie na szybkie small talksy, na dłuższe pogaduchy dopiero nadchodził czas, zaś Bombka podeszła wtedy do Mali mówiąc:
- Chodź. Teraz. Tam jest.
- No, to już.
Obie więc podbiły do Kaśki, zajętej chwilowo udkiem wędzonego kurczaka. Spojrzała na nie z uśmiechem, odłożyła ogryzioną kostkę na talerzyk i sięgając po serwetkę spytała:
- No, co tam harcerki? Jak się bawicie?
Jedna spojrzała na drugą, wreszcie Mala zagaiła:
- Bo wiesz Kasiu. Wczoraj to tak dziwnie jakoś wyszło, że...
Maczeta otarłszy palce i usta przerwała jej:
- Niby co dziwnie wyszło?
Wtedy odezwała się Bombka:
- No, że my chciałyśmy z tobą, no, tego...
Nie dokończyła. Za to Kaśka robiąc zdziwioną minę spytała:
- Hej, Grażynki, czy was nie pojebało? Wszystko poszło jak należy, ja się świetnie w tym czułam. Jak każda normalna kobieta, gdy jest pożądana.
- Ale przez kobietę?
- I kto to mówi? Dupa, która niedawno co waliła się z drugą dupą, tak? Zośka, nie rozczarowuj mnie. Chłopy mają ze sobą taki problem, to ja akurat wiem. Ale my nie jesteśmy chłopy, więc nam to koło pizdy lata, że tak się wyrażę oldskulowo, jak się na naszej dzielni gada. Zaś co do mnie centralnie, to powiem tak.
Tu Kaśka napierw odłożyła na talerzyk zużytą serwetkę.
- Strasznie was lubię, ale dopóki się rąbię z tą górą mięcha, która tam stoi, tam co widzicie, bardzo dobry człowiek zresztą, to ja wam mogę tylko tyle.
Mówiąc to wskazała na Adaśka po drugiej stronie sali, po czym szybko ucałowała w usta jedną, potem drugą. Po czym dodała:
- Macie zresztą siebie i tylu chłopów dookoła na dodatek, ile tylko chcecie, że moja piczka wam do szczęścia nie jest potrzebna.
- To co Kasiu, wczoraj nie było sprawy?
Spytała Zosia, na co usłyszała:
- Być było, ale problemu nie ma. Pyszny jest ten wędzony kurczak.
Mówiąc to Kaśka sięgnęła po półmisek ze stołu i podsunęła go dziewczynom częstującym ruchem. Zaś już po chwili okazało się, że obie podzielają jej opinię.
Zaś w międzyczasie Roxy spytała wspomnianego Adaśka:
- Co przyniosłeś w tym pudle?
- Dla Mali. Taki drobiazg. Kasia mówiła, że to dobry pomysł.
- Chyba wiem co. Już jedno stoi tu ode mnie pod stołem.
- Mala podobno tego pochłania mnóstwo.
- Strasznie to jest niezdrowe, ma od cholery cukru. Ale przy jej ruchliwości ona ten cukier spala błyskawicznie. Figurę wciąż ma bez zarzutu. Ty, Daśku, a tak a propos. Misiek mi mówił, że już nie pijesz piwa. Tak?
Tu trzeba przypomnieć, że Adaśko jest mutantem, jego organizm nie metabolizuje narkotyku zawartego w piwie. Tym samym jest jednym z nielicznych ludzi, którzy mogą uczciwie przyznać, że piją piwo, czy też inne trunki tylko dla smaku. Bo jak wiemy, większość tak deklarujących po prostu łże. Zaś Dasiek naprawdę nie zna uczucia rauszu po alkoholu, o uchlaniu się już nie wspominając.
- Właściwie nie. Czasem tak tylko, sporadycznie.
- To przy czym teraz robicie te wasze męskie posiadówy?
- Znaczy kto?
- No, ty, Borek, mój Misiek.
- Nie tylko męskie, bo Miolka też z nami lubi pobajerzyć.
- Tak, ale wiesz, o co mi chodzi. My mamy te nasze czary mary, wy się wtedy za to spotykacie na wasze pogaduchy o dupach, piłce, czy polityce. To teraz już bez piwa?
- No. To się zaczęło od Borka od Nowego Roku, że zero i już. To my z Miśkiem tak solidarnościowo, żeby go nie drażnić. Tylko kawka, herbatka, blancik, polkakola i takie tam inne.
- Ale jak to może drażnić Borka, skoro nie jest uzależniony, nigdy nie był zresztą. Nie bardzo teraz rozumiem sensu tej akcji.
- Powiedzmy, że profilaktycznie tak. Niedługo go czeka więcej stresów, ma zostać tatą przecież. To jest bardzo odporny chłop, ale wiesz, nowe doświadczenie. Nikt siebie nie zna wtedy, jak się będzie zachowywać. Poza tym jest jeszcze coś. Piwo to nie tylko sam narkotyk, bo większość piwa jest przyprawiana chmielem, za to chmiel ma lupulinę.
- To akurat wiem. To nie narkotyk, tylko takie semi, coś jak marycha, kawa, czy kava kava. Ale do czego zmierzasz? Ta lupulina działa na ciebie?
- Tak, jak na innych. Więc powinnaś wiedzieć, że obniża libido. Innymi słowy, tak między nami, to odkąd przestałem pochłaniać galony piwa, to jeszcze bardziej mi się ruchać chce. Kaśka nic ci nie mówiła? Przecież wy sobie wszystko opowiadacie.
- To prawda, my sobie dużo rzeczy mówimy, ale Kasia jest akurat bardzo dyskretna. Może Malinie mówi coś więcej, ale przy mnie, czy Nitce cipę trzyma na kłódkę. Chodź na zewnątrz, zabakamy.
Tu należy nadmienić, że cała impreza była beznarkotykowa, Roxy bowiem żadnego alkoholu nie zamawiała. Była też bezdymna, ale w tym gronie akurat nikt nie palił papierosów. Za to normalną rzeczą było Zioło, choć inne względy wymuszały pewną dyskrecję. Też zresztą było bezdymnie, bo kto go używał, to tylko za pomocą wapka. Zaś wapki ziołowe są dość podobne do nikotynowych, więc personel knajpy pojęcia nie miał, co się tak naprawdę dzieje.
Już później Roxy ucięła sobie pogaduchy z Anitą. Czy raczej obgadywanki, bo obserwowały Malę i Magdę, które usiadły sobie na boku poważnie coś omawiając.
- Chyba fajnie się dogadują.
- Tak. Poprzednia mirkowa z obecną mirkową.
- Szalenie interesujące. A wiesz, ja go dziś opierdoliłam.
- Chyba wiem, za co.
- Ale ja nie pamiętam, żeby Mala się skarżyła na jego pochlewanie po pracy. Może po prostu nie wiedziała? Bo poza tym to on generalnie jest niepijący.
- Mala nigdy się na nic nie skarży. A co do pracy, wyjazdów na te jego gale walk to o ringowych panienkach akurat wiedziała. Wiedziała to od nich samych, bo kilka poznała, jak pojechała kiedyś z Kaśką na taką galę. Tolerowała to do czasu, gdy przegiął z tą w klubie, jej podwładną zresztą. To o narkotykach też jej musiały powiedzieć.
- Czyli Mireczek teraz testuje granice tolerancji tej drugiej.
- Za to ta druga ma konsultantkę.
Na samym wstępie jednak odnalazły się Mala i Bombka. Nigdzie też zresztą nie zaginęły, ich telefony wcale nie były głuche, gdy do nich zadzwoniono niedzielnego poranka. Kto to zrobił pierwszy, do kogo, tego centralnie do końca nie wiadomo, ale po kilku krótkich rozmowach w eterze wszystkich ze wszystkimi jasne było, że obie dziewczyny były w domu u Mali i całe, zdrowe, pełne pozytywnej energii właśnie zaczynały poranne ruchy. Krążyła też taka plotka, że w tle słyszano jakiś męski głos, podobno Malina tak mówiła, ale czy słyszała, czy tylko mówiła, że ktoś mówił, że słyszał, lub słyszał, że mówił, tego już nie wiedział nikt. Ale tak, czy owak, obie rzekome zaginione dowiedziały się, co dziś się kroi i że do południa dowiedzą się detali.
Jednak dla telefonu Roxy to był dopiero początek. Nadeszła pora, aby użyć go do tego, co miała zrobić jego właścicielka. Jak wiemy, jest ona kobietą biznesu, nie jakimś tam politykiem, który gdy mówi, że coś zrobi, to mówi. Skoro mówiła, że ogarnie lokal na bankiet, to tak miało być. Trzeba więc było wziąć sprawę na cycki, bardzo zresztą jędrne, prężne, dorodne, godne tego zadania. Co prawda w niedzielne poranki te cycki, nie tylko zresztą one miały inne zajęcia, z ważnym udziałem Miśka do tego jeszcze, bardzo rozbudowane zresztą, zwykle do południa, ale tym razem sprawy miały się potoczyć inaczej. Wspomniany pan został co prawda zbudzony, wypionowany, tudzież też zmotywowany do zrobienia porannej kawy, którą jak wiemy robił najlepszą, lepszą nawet niż słynne pleciugato, ale nie został potem na powrót wciągnięty do łóżka, tylko wysłany do sklepu. Miał nie wracać bez kartonu pikolo. To taki napój gazowany imitujący szampana swoim opakowaniem, bardzo niepedagogiczny wynalazek zresztą, który akurat Mala, mająca jak wiemy zerową skłonność do narkotyków bardzo lubiła. Bo ten karton to właśnie miał być dla niej prezent.
Gdy Misiek wrócił kwestię lokalu Roxy miała już ogarniętą. Jak tego dokonała? No cóż. Dzięki wielu znajomościom wśród knajpiarzy, gdyż jej firma, Latająca Miotła, była na topie providerów usług polegających na generalnym sprzątaniu wszelkich obiektów. Sporo lokali gastronomicznych stanowiło jej stałą klientelę. Gdy dodamy jeszcze moc przekonywania, jaką dysponowała Roxy, bynajmniej bez czarów, samą tylko magią mniejszą, naturalną, to nikt nie tworzył problemu z tego, że jest niedziela rano, zaś czasu na wykonanie zamówienia niezbyt wiele.
Była godzina jedenasta, gdy Ruda oświadczyła swojemu chłopu:
- Kochanie, sytuacja jest wyjątkowa, więc mamy tylko godzinę do dyspozycji. Bo potem kobieta twojego życia będzie się laszczyć oraz rytualnie lamentować, że nie ma co na siebie włożyć. No, co się tak gapisz gamoniu? Twoja laleczka czeka na ciebie.
Misiek nic nie odpowiedział, bo jakoś nieręcznie mu było gadać do pupy, którą Roxy nagle doń wypięła. Poza tym ów obiekt ma lepsze zastosowania, niż gadanie do niego, zwłaszcza tak perfekcyjny, jak zadek Rudej. Zaś nam niezręcznie jest się gapić na to, co się potem działo przez tą najbliższą godzinę. Aczkolwiek być może niejedne lub niejedni mogliby się czegoś nauczyć.
Przed godziną piętnastą faktycznie wszystko gotowe. To był dość miły lokalik na przemieściach miasta. Miał dwie sale, z których jedną dość często rezerwowano na różne prywatne ewenty. Jako że knajpa zlokalizowana jest niedaleko cmentarza, to są to głównie stypy, ale Roxy, jak większość czarownic, nie jest przesądna, więc nie rzutowało jej to. Teraz właśnie przechadzając się po sytuacji kiwała aprobująco głową.
- Doskonale, panie Remigiuszu, doskonale. Tak właśnie miało być.
Szpakowaty mężczyzna był cały w skowronkach słysząc te pochwały, jednocześnie też widać było, że nie umie oderwać wzroku od dekoltu wiedźmy, której kreację buractwo nazwałoby cyckami na wierzchu. Ale dla Rudej nie stanowiło to zagadnienia, nie było w niej nawet krztyny obłudy histerycznych paniusiek, dla których podziw dla kobiecej urody to przedmiotowe kobiet traktowanie. Tą jej urodę potwierdziła za chwilę wchodząca na salę wraz Borkiem u boku Anita:
- Ja pierdolę, Wiewióra, wyglądasz jak bilion dirhamów! No, no, fajnie to wszystko zorganizowałaś. Tak, szwedzki stół to najlepsza koncepcja na taką imprezę.
- To nie ja, to pan Remigiusz. Ja tylko dałam kilka wskazówek.
Pan Remigiusz ukłonił się mówiąc:
- Tylko kobiety z klasą potrafią to docenić.
Zaś pod wymownym spojrzeniem Roxy dodał:
- To ja wracam do pracy, jakby coś, to... Wiadomo.
Szybko się ulotnił, zaś Nita spytała:
- Czy mogę zachować się bez klasy? Bo jestem bez obiadu, a mi się nie chce czekać, aż reszta się zejdzie. Głodna jestem i chuj.
- Siostro, napierdalaj. Oczami się nie je. Zresztą w dupę ci nie pójdzie, tylko w moją przyszłą siostrzenicę. Mówisz, że jak ma jej być? Balbina? Czy Barbarianna?
- Gryzoń, nie podpuszczaj mnie. Dopiero po sabacie powiem. Ja wiem, jak to pójdzie. Teraz się wygadam tobie, ty Malinie, Malina Mali i Kaśce, a potem...
- No, nie! Kto jak kto, ale Kaśka umie trzymać pizdę na kłódkę.
- Dobrze. Już. Cicho być. Powiem, ale w czwartek w Pleciudze. Stamtąd już dalej nigdzie nie przecieknie. Słodziaczku, może tak być? Zmienimy trochę ustalenia?
Borek wzruszył tylko ramionami ze zrezygnowaną miną znaczącą:
- A czy ja mam jakiś wybór?
Po czym odszedł na bok na spotkanie Maliny i Mariolki. Anita siadła przy stole, sięgnęła po talerzyk i po pierwszy z brzegu półmisek. Za to na salę weszły Neonówki, tylko trzy, bez Yakuzy. Powoli, jakby nieśmiało, ale gdy Roxy rzuciła się do nich obściskując jedną po drugiej, to całe napięcie prysło, zaś salę wypełnił wszechogarniający babski trajkot. Między innymi padło:
- Macie te swoje pucharki z turnieju? To na stół z nimi, niech świat patrzy i podziwia przyszłe mistrzynie. Spokojnie, do zwrotu, nie zginą tu przecież, złomiarzy nie ma.
Choć Roxy od początku przejawiała niezły nastrój, to te trzy dziewczyny, ich obecność jakoś dziwnie na nią działały, że nabrała wręcz szampańskiego humoru. Odciągnęła je szybko na bok, po czym cała czwórka jakby zapomniała reszty świata. Tak więc żadna, zajęta rozmową nie zauważyła wejścia Magdy Maczugi i Mirka Orskiego. Oni zresztą też nie zauważyli, że już weszli do środka, tak byli oboje pochłonięci dyskusją robiącą wrażenie związkowej sprzeczki. Gdy podeszli do stołu Mirek chwycił za jakąś szklankę, nalał sobie jakiegoś soku z najbliższego dzbanka, po czym wychylił duszkiem. Na ten widok siedząca obok Anita otarła wysmarowane sosem usta, przełknęła ich zawartość, po czym spytała lekko zjadliwie:
- Co? Czegoś było za dużo na after party wczoraj?
Magda spojrzała na nią bez słowa, na Mirka wcale, po czym odeszła na bok, akurat w chwili, gdy na salę wkraczała Kaśka, za nią zaś Adaśko niosący jakiś karton pod pachą. Zaś Nita podsunęła Orskiemu krzesło i spytała:
- Dlaczego z tobą zawsze muszą być jakieś kłopoty? Chcesz znowu patelnią po tym swoim głupim łbie? Niech zgadnę. Za dużo wypiłeś po gali i pewnie jeszcze dmuchnąłeś jakąś ringdupę na boku?
Westchnęła ostentacyjnie i sięgnęła do torebki.
- Nie powinnam tego robić, ale masz. No, do dna!
Podała mu niewielki flakonik. Wypił bez słowa i spytał:
- Co to było? Magiczne antyalko?
- Akurat nie. Antyalko też mam na składzie, ale nie noszę ze sobą, bo niby po co? Ale po tym też się trochę lepiej poczujesz.
Po czym dodała:
- Jedna fajna dupa już cię kopnęła, to dalej szukasz guza? Nie znam Magdy za dobrze, ale też jest w porządku tak na moje oko. To po chuj sobie to wszystko robisz? A teraz spierdalaj, apetyt mi psujesz, a mnie się nie wolno stresować. Sałatki by było szkoda.
Po tej perorze Anita wróciła do konsumpcji, zaś Mirek z miną zbitego psa wstał i pożeglował gdzieś w głąb sali. Na sali zaś pojawiły się nowe twarze: trener asystent Kaśki podczas walk oraz cutman klubowy. Bardzo ponoć fajni z nich ludzie, ale postacie marginalne dla tej opowiastki, więc darujemy sobie ich dane identyfikacyjne. Zaś po jakimś czasie przybyły wreszcie może nie tyle główne celebrytki dnia, ale przez niektórych domyślnie za takie uznane. Mala jak zwykle radośnie śmiejąca się całą sobą plus Zosia Yakuza również uśmiechnięta, ale przy Turbi robiło to raczej wrażenie półgębka. Trzymały się za ręce, rozdzieliły je dopiero powitalne uściski obecnych. Gdy do Bombki podeszła Roxy zlustrowała ją bardzo dokładnie:
- Hej, młoda wojowniczko, ja skądś znam tą kieckę.
- Bo nie spałam w domu, więc Mala mi coś tam znalazła.
- Kiedyś to był mój łach, potem dałam jej, ale na tobie chyba leży najlepiej. Lalka! Podejdź proszę do nas. Ja ci się to podoba?
Przywołana Malina zmarszczyła nosek i oświadczyła poważnie:
- No! Taką dupcię tylko lizać.
Po czym odeszła i tak się działa cała impreza. Ludzie tasowali się między sobą, przeważnie na szybkie small talksy, na dłuższe pogaduchy dopiero nadchodził czas, zaś Bombka podeszła wtedy do Mali mówiąc:
- Chodź. Teraz. Tam jest.
- No, to już.
Obie więc podbiły do Kaśki, zajętej chwilowo udkiem wędzonego kurczaka. Spojrzała na nie z uśmiechem, odłożyła ogryzioną kostkę na talerzyk i sięgając po serwetkę spytała:
- No, co tam harcerki? Jak się bawicie?
Jedna spojrzała na drugą, wreszcie Mala zagaiła:
- Bo wiesz Kasiu. Wczoraj to tak dziwnie jakoś wyszło, że...
Maczeta otarłszy palce i usta przerwała jej:
- Niby co dziwnie wyszło?
Wtedy odezwała się Bombka:
- No, że my chciałyśmy z tobą, no, tego...
Nie dokończyła. Za to Kaśka robiąc zdziwioną minę spytała:
- Hej, Grażynki, czy was nie pojebało? Wszystko poszło jak należy, ja się świetnie w tym czułam. Jak każda normalna kobieta, gdy jest pożądana.
- Ale przez kobietę?
- I kto to mówi? Dupa, która niedawno co waliła się z drugą dupą, tak? Zośka, nie rozczarowuj mnie. Chłopy mają ze sobą taki problem, to ja akurat wiem. Ale my nie jesteśmy chłopy, więc nam to koło pizdy lata, że tak się wyrażę oldskulowo, jak się na naszej dzielni gada. Zaś co do mnie centralnie, to powiem tak.
Tu Kaśka napierw odłożyła na talerzyk zużytą serwetkę.
- Strasznie was lubię, ale dopóki się rąbię z tą górą mięcha, która tam stoi, tam co widzicie, bardzo dobry człowiek zresztą, to ja wam mogę tylko tyle.
Mówiąc to wskazała na Adaśka po drugiej stronie sali, po czym szybko ucałowała w usta jedną, potem drugą. Po czym dodała:
- Macie zresztą siebie i tylu chłopów dookoła na dodatek, ile tylko chcecie, że moja piczka wam do szczęścia nie jest potrzebna.
- To co Kasiu, wczoraj nie było sprawy?
Spytała Zosia, na co usłyszała:
- Być było, ale problemu nie ma. Pyszny jest ten wędzony kurczak.
Mówiąc to Kaśka sięgnęła po półmisek ze stołu i podsunęła go dziewczynom częstującym ruchem. Zaś już po chwili okazało się, że obie podzielają jej opinię.
Zaś w międzyczasie Roxy spytała wspomnianego Adaśka:
- Co przyniosłeś w tym pudle?
- Dla Mali. Taki drobiazg. Kasia mówiła, że to dobry pomysł.
- Chyba wiem co. Już jedno stoi tu ode mnie pod stołem.
- Mala podobno tego pochłania mnóstwo.
- Strasznie to jest niezdrowe, ma od cholery cukru. Ale przy jej ruchliwości ona ten cukier spala błyskawicznie. Figurę wciąż ma bez zarzutu. Ty, Daśku, a tak a propos. Misiek mi mówił, że już nie pijesz piwa. Tak?
Tu trzeba przypomnieć, że Adaśko jest mutantem, jego organizm nie metabolizuje narkotyku zawartego w piwie. Tym samym jest jednym z nielicznych ludzi, którzy mogą uczciwie przyznać, że piją piwo, czy też inne trunki tylko dla smaku. Bo jak wiemy, większość tak deklarujących po prostu łże. Zaś Dasiek naprawdę nie zna uczucia rauszu po alkoholu, o uchlaniu się już nie wspominając.
- Właściwie nie. Czasem tak tylko, sporadycznie.
- To przy czym teraz robicie te wasze męskie posiadówy?
- Znaczy kto?
- No, ty, Borek, mój Misiek.
- Nie tylko męskie, bo Miolka też z nami lubi pobajerzyć.
- Tak, ale wiesz, o co mi chodzi. My mamy te nasze czary mary, wy się wtedy za to spotykacie na wasze pogaduchy o dupach, piłce, czy polityce. To teraz już bez piwa?
- No. To się zaczęło od Borka od Nowego Roku, że zero i już. To my z Miśkiem tak solidarnościowo, żeby go nie drażnić. Tylko kawka, herbatka, blancik, polkakola i takie tam inne.
- Ale jak to może drażnić Borka, skoro nie jest uzależniony, nigdy nie był zresztą. Nie bardzo teraz rozumiem sensu tej akcji.
- Powiedzmy, że profilaktycznie tak. Niedługo go czeka więcej stresów, ma zostać tatą przecież. To jest bardzo odporny chłop, ale wiesz, nowe doświadczenie. Nikt siebie nie zna wtedy, jak się będzie zachowywać. Poza tym jest jeszcze coś. Piwo to nie tylko sam narkotyk, bo większość piwa jest przyprawiana chmielem, za to chmiel ma lupulinę.
- To akurat wiem. To nie narkotyk, tylko takie semi, coś jak marycha, kawa, czy kava kava. Ale do czego zmierzasz? Ta lupulina działa na ciebie?
- Tak, jak na innych. Więc powinnaś wiedzieć, że obniża libido. Innymi słowy, tak między nami, to odkąd przestałem pochłaniać galony piwa, to jeszcze bardziej mi się ruchać chce. Kaśka nic ci nie mówiła? Przecież wy sobie wszystko opowiadacie.
- To prawda, my sobie dużo rzeczy mówimy, ale Kasia jest akurat bardzo dyskretna. Może Malinie mówi coś więcej, ale przy mnie, czy Nitce cipę trzyma na kłódkę. Chodź na zewnątrz, zabakamy.
Tu należy nadmienić, że cała impreza była beznarkotykowa, Roxy bowiem żadnego alkoholu nie zamawiała. Była też bezdymna, ale w tym gronie akurat nikt nie palił papierosów. Za to normalną rzeczą było Zioło, choć inne względy wymuszały pewną dyskrecję. Też zresztą było bezdymnie, bo kto go używał, to tylko za pomocą wapka. Zaś wapki ziołowe są dość podobne do nikotynowych, więc personel knajpy pojęcia nie miał, co się tak naprawdę dzieje.
Już później Roxy ucięła sobie pogaduchy z Anitą. Czy raczej obgadywanki, bo obserwowały Malę i Magdę, które usiadły sobie na boku poważnie coś omawiając.
- Chyba fajnie się dogadują.
- Tak. Poprzednia mirkowa z obecną mirkową.
- Szalenie interesujące. A wiesz, ja go dziś opierdoliłam.
- Chyba wiem, za co.
- Ale ja nie pamiętam, żeby Mala się skarżyła na jego pochlewanie po pracy. Może po prostu nie wiedziała? Bo poza tym to on generalnie jest niepijący.
- Mala nigdy się na nic nie skarży. A co do pracy, wyjazdów na te jego gale walk to o ringowych panienkach akurat wiedziała. Wiedziała to od nich samych, bo kilka poznała, jak pojechała kiedyś z Kaśką na taką galę. Tolerowała to do czasu, gdy przegiął z tą w klubie, jej podwładną zresztą. To o narkotykach też jej musiały powiedzieć.
- Czyli Mireczek teraz testuje granice tolerancji tej drugiej.
- Za to ta druga ma konsultantkę.
- Do tego życzliwą i przyjazną, bo Mala mimo słabego finału uważa ich związek za udany i zawsze mówi o Mirku dobrze.
- Czy ona w ogóle o kimś mówi źle?
- O swojej mamuśce?
- O Pamali to ona niewiele mówi, najchętniej nic.
Z kolei w innym kącie sali siedział obgadywany pan Orski oraz właśnie Adaśko, według słów Kaśki dobry człowiek. Trudno orzec co omawiali, ale trochę wyglądało to na knucie. Czy coś uknuli lub wyknuli, tego nie wiadomo, ale może się jeszcze okaże. Jako że Kaśka rzadko kłamie, a jeśli już, to nigdy dla funu, to raczej nic podłego się nie powinno zadziać po tym ich knuciu. Co najwyżej jakieś inne opowiadanie kiedyś tam.
Tak się toczyły różne pogaduchy bankietowe, których nie sposób przytoczyć wszystkich, choć pewnie wszystkie były jakoś tam ciekawe. Dla formalności wspomnijmy tylko, że pod sam koniec pojawił się sam imć Stryjo plus imcinia Stryjna, zawodowo księgowa Oktagonu. Zapraszała go tak Roxy, jak też Kaśka, choć mocno za późno, miał już swoje plany, więc obiecał tylko, że zajrzy. Zajrzał, bo to też słowny jegomość. Gdy wszedł rozejrzał się po sali, kiwnął na Adaśka, po czym wręczył mu kluczyki ze słowami:
- Mam w wozie prezent dla naszej studentki. Byłbyś tak dobry przynieść go nam tu? Takie kartonowe pudło na tylnym siedzeniu.
Zaś gdy posłaniec wrócił Anita nagle parsknęła śmiechem.
- Co jest mamucho? Znaczy przyszła mamucho.
Spytała Roxy, na co usłyszała:
- Bo razem cztery.
- Jak to cztery?
- Pierwsze pudło od ciebie, drugie od Kaśki, trzecie teraz od szefa szefów, a czwarte jest od nas, tyle tylko, że Borkowi nie chciało się tego z wozu tachać.
W tym momencie odezwała się Malina:
- Ej, bratowa, jesteś tego pewna?
- Czego?
- No, że cztery. Miola powiedz jej.
Więc Mariolka powiedziała:
- Bo zaistniała taka sytuacja, że nam się też nie chciało tachać.
Za to najzabawniej już zareagowała sama obdarowana. Najpierw zaczęła głośno myśleć, jak ona to zawiezie motorem do domu. Czy kosz to pomieści. W pewnym zaś momencie ktoś zażartował:
- Może stragan założysz przy cmentarzu?
Jej riposta była bardzo rzeczowa:
- Co? Sprzedać? Nigdy. Przecież to moje.
Zaś już wracając do domu Roxy oświadczyła Miśkowi:
- Wiesz, bardzo fajne są te kaśkowe aniołki bojowe.
- W sumie głównie o to ci chodziło, żeby je poznać.
- No.
KONIEC DRUGIEJ CZĘŚCI
A TRZECIEJ NIE BĘDZIE, BO NIE MIAŁO BYĆ
Tak się toczyły różne pogaduchy bankietowe, których nie sposób przytoczyć wszystkich, choć pewnie wszystkie były jakoś tam ciekawe. Dla formalności wspomnijmy tylko, że pod sam koniec pojawił się sam imć Stryjo plus imcinia Stryjna, zawodowo księgowa Oktagonu. Zapraszała go tak Roxy, jak też Kaśka, choć mocno za późno, miał już swoje plany, więc obiecał tylko, że zajrzy. Zajrzał, bo to też słowny jegomość. Gdy wszedł rozejrzał się po sali, kiwnął na Adaśka, po czym wręczył mu kluczyki ze słowami:
- Mam w wozie prezent dla naszej studentki. Byłbyś tak dobry przynieść go nam tu? Takie kartonowe pudło na tylnym siedzeniu.
Zaś gdy posłaniec wrócił Anita nagle parsknęła śmiechem.
- Co jest mamucho? Znaczy przyszła mamucho.
Spytała Roxy, na co usłyszała:
- Bo razem cztery.
- Jak to cztery?
- Pierwsze pudło od ciebie, drugie od Kaśki, trzecie teraz od szefa szefów, a czwarte jest od nas, tyle tylko, że Borkowi nie chciało się tego z wozu tachać.
W tym momencie odezwała się Malina:
- Ej, bratowa, jesteś tego pewna?
- Czego?
- No, że cztery. Miola powiedz jej.
Więc Mariolka powiedziała:
- Bo zaistniała taka sytuacja, że nam się też nie chciało tachać.
Za to najzabawniej już zareagowała sama obdarowana. Najpierw zaczęła głośno myśleć, jak ona to zawiezie motorem do domu. Czy kosz to pomieści. W pewnym zaś momencie ktoś zażartował:
- Może stragan założysz przy cmentarzu?
Jej riposta była bardzo rzeczowa:
- Co? Sprzedać? Nigdy. Przecież to moje.
Zaś już wracając do domu Roxy oświadczyła Miśkowi:
- Wiesz, bardzo fajne są te kaśkowe aniołki bojowe.
- W sumie głównie o to ci chodziło, żeby je poznać.
- No.
KONIEC DRUGIEJ CZĘŚCI
A TRZECIEJ NIE BĘDZIE, BO NIE MIAŁO BYĆ

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz