17 marca 2026

PLECIUGOWYCH POGADUCH NIECO

Zbliża się czas wiosennego naturalnego święta astronomicznego, ale tu nasz Czas Rzeczywisty nieco się opóźnił, więc akcja dzieje się w czwartek tuż przed Dniem Kobiet.

Przy stoliku w Pleciudze brakowało tylko Maliny, ale wiedźmy i tak zamówiły już dla niej kawę plus rurkę z bitą śmietaną, żeby nie fatygować pani Reni dwa razy. Przy piłce była akurat Roxy, która wyjaśniała pewien aspekt pedagogiki specjalnej wobec facetów.
- Ja do Miśka mam zaufanie, ale tak dla całkowitej pewności rano wbijam w niego porządne śniadanie, przedtem jeszcze daję mu głowy, tak na szybkiego. Chodzi o to, że jak chłopa się puszcza samego, to najlepiej, gdy ma pełny żołądek i puste klejnoty.
- Na zbyt długo to nie działa.
Odparła Anita dodając jeszcze:
- Jak chcesz mieć pewność, to tkasz klątwę kastrującą.
- Taka paranoiczka to ja nie jestem. Poza tym mam tak samo, jak ty z Borkiem. Nie czaruję. Zdobyłam go bez czarów, pedagogizuję go też bez czarów. No, chyba że jest chory, ale to raz tylko się podparłam magią, jak się ostro przeziębił. 
Nagle zmieniła temat i rozmówczynię:
- A, Kasiu. Wiesz, namówiłam taką jedną kobitkę w firmie na Oktagon. Teraz wyobraź sobie, że minęło ze dwa tygodnie, ona do mnie przychodzi, mówi że zapisała się przez net, ale nie widać efektów. Powiedziała, że wreszcie musi się w końcu tam wybrać, żeby zgłosić reklamację.
- Kogo ty zatrudniasz? Ja wiem, że mnóstwo bab to kretynki, ale że aż taki jest ogrom nieszczęścia? Pojęcia nie miałam.
- A faceci, szczególnie żonaci marzą raczej o pięknych i mądrych żonach. Tak mi się przynajmniej wydaje. Nie jest tak?
To wtrąciła nagle Mala i rozejrzała się po wszystkich oczekując odpowiedzi. Ale panie najpierw pośmiały się chwilę, wreszcie Anita odezwała się tak.
- Właśnie. A propos żon, to w pracy mam taką mądrą inaczej. Ostatnio się mnie czepnęła, że na Borka mówię mąż. Bo mówi, że ślubu nie mamy. A jakie to ma znaczenie? Ślub to tylko dodatek do związku. To nawet nie jest kropka nad i tylko ornament.
Na co zareagowała Roxy:
- No, ludzie nieraz mają takie podejście do ślubu. Papierek to dla nich priorytet. Ba, wiele osób po to tylko wchodzi w związki, aby być w związku i po to biorą śluby, żeby być tylko żonaci lub mężaci. A z kim? To już jest sprawa drugorzędna.
Mala zaooponowała:
- Niekoniecznie. Dla mnóstwa bab strasznie kasa się liczy. Czy nawet tylko kasa. Taka inna forma prostytucji. Nie na jedno zlecenie, tylko na etat. Na czas nieokreślony. Za to jak się chłopu noga powinie, zbankrutuje, czy coś, to od razu zmieniają klienta. Mnie się to w głowie nie mieści. Jak byłam jeszcze z Mirkiem, to ja w życiu bym nie odeszła od niego, gdyby stracił robotę i zbiedniał. To by na pewno nie był powód do rozstania.
- Wiesz Młoda. Ty, ja, my wszystkie tu mamy inne priorytety. Nie dla kasy się wkręciłyśmy w nasze związki. Same umiemy zarabiać na swoje rachunki.
To dorzuciła Kaśka, kontynuując spojrzawszy na Anitę:
- A ta twoja znajoma z firmy to zwykła legalistka. Legalizm to nie tylko samo słuchanie się prawa, stosowanie się do niego. To jeszcze nie jest legalizm. Ważne są motywacje. Ktoś się na przykład trzyma prawa, nawet jak mu się jakieś nie podoba, bo nie chce ryzykować. Ustępuje przed siłą. Za to legalizm polega na tym, że człowiek nie ma własnego systemu wartości i pozwala prawu, aby mu je narzucało. Czyli, aby inni ludzie decydowali za niego, jaki on ma mieć gust moralny. Legalista myli centralnie uczciwość z posłuszeństwem wobec prawa, utożsamia te pojęcia. Taki defekt mentalny, może niedorozwój?
- Trudno powiedzieć, jak to zakwalifikować.
Odpowiedziała Roxy, za to przy stoliku pojawiła się Malina.
- No, cześć Grażynki. Korek był.
- Czegoś nie rozumiem.
Odparła Roxy mówiąc dalej:
- Razem wyszłyśmy z roboty. Ja wsiadłam do swojego auta, ty do swojego. Potem cię zgubiłam z oczu. Jak ty, którędy tu jechałaś? Ja już tu jestem od pół godziny.
- Normalnie, tak jak zwykle. Ale kochane jesteście bardzo. Nawet za bardzo nie wystygło. Do picia bez wiatru pod nosem.
Malina już siedziała przy stoliku pijąc za bardzo nie wystygłą kawę. Gdy odstawiła filiżankę chwyciła za rurkę i zwracając się do Mali zagaiła zaaferowanym tonem:
- Siostro, zapomniałam spytać w niedzielę, czy też nie było okazji. Mam takie drobne pytanie. Pamiętaj, że mówimy sobie wszystko. Tak? To powiedz mi, jak jest fajniej, z dupą, czy z gamoniem?
- Znaczy... O co ci chodzi?
Mala zatrzepotała powiekami swoich mangowych oczu.
- Już ty dobrze wiesz, o co mi chodzi.
- Aha, o to ci chodzi. Wiesz, nie umiem porównać. Jest po prostu inaczej. Nie chodzi o sprawy techniczne, bo to jest oczywiste, tylko o taką... No... Mentalną stronę. Empatia lepiej działa. Ja tam niewiele wiem, ale baba babę chyba lepiej czuje, niż faceta? Ale nie pytaj, co wolę, bo jedno, czy drugie ma swoje zady i walety. Poza tym to jest moja pierwsza dziewczyna. Pierwsze razy zawsze są wyjątkowe. We wszystkim tak jest.
- Ale bardzo udana chyba?
- Najlepsza.
To wtrąciła Kaśka kontynuując:
- Nie znam jej od tej tartacznej strony, ale tak w ogóle, jako człowiek Zośka jest naprawdę mega. Fajna z was para Maleczko.
- Czy my jesteśmy parą? Wiesz, nie wiem. Ja co prawda niedawno uznałam, że dopóki studiuję to nie mam czasu na żadne związki. Ale bardzo ją lubię. Po prostu sprawy niech same jakoś biegną. Jak się zrobi z tego związek, to nie będę stawiać oporu. Już od pierwszego spotkania, wtedy, co na siłce skarciła tą... Jak jej tam było? No, wyleciało mi z głowy.
- Sabena.
- No. To już wtedy Zosia zrobiła na mnie fajne wrażenie. Ta cała jej ekipa jest na poziomie, fajne dziewuchy sobie dobrała. Tylko robotę mają ryzykowną.
- A co one dokładnie robią? Bo z grubsza coś tam wiem. Ale tak bardziej detalicznie to raczej niewiele.
Spytała Roxy, wyjaśniając dalej:
- Bo ja sobie w niedzielę sporo z nimi gadałam. Ale na temat tego, z czego opłacają rachunki nie rozmawiałam. Najmniej ważne dla mnie to było.
- Sprzedają element baśniowy. Ale nie ten legalny, lecz taki mocno nielegalny. Kolokwialnie mówiąc dilują. Ale z pewnymi zasadami. Pod szkołami na pewno ich nie spotkasz.
- Diler z zasadami to straszna rzadkość.
Na co odparła Kaśka:
- Bo takie jest akurat prawo. Państwo w głównej mierze za to odpowiada. Ale te laski nie pospolitują się z taką typową uliczną dilerką. Mają klientów na wysokim poziomie. Chodzi o ten poziom formalny, toż nie mentalny bynajmniej. Bogatych kretynów na stanowisku jest mnóstwo. Za to one dostarczają im czyściutki towar, nie każdy zresztą. Głównie koka, ale żadnych trutek chemicznych już nie mają na stanie.
- Ja czasem od nich, znaczy od Zochy biorę kokę. Przed jej zniknięciem, a teraz zresztą też. Faktycznie czysta, nie chrzczona niczym. Żadnych wypełniaczy.
- Wiesz co Lalka? Na tobie to one akurat na wodę sodową nawet nie zarabiają. Przy tych drobnych ilościach, które obie z Miolką zużywacie? One głównie zarabiają na nałogowcach, nie na takich niedzielniaczkach, jak wy. Każdy przemysł narkotykowy tak działa. Ktoś kiedyś obliczył, że dziewięćdziesiąt procent alkoholu na świecie kupuje i zużywa dziesięć procent ludzi. Moim zdaniem te liczby są inne, ale zasada ta sama.
Wyjaśniła Kaśka, ale Mala weszła jej w słowo:
- Ale to się już zaczyna kończyć. Dziewczyny się powoli, stopniowo przebranżawiają. Można by rzec, że zmieniają ciemną stronę mocy na jasną stronę mocy.
Roxy spojrzała zaciekawiona:
- Znaczy co? Sprzedają medyczną kokę na legalu? Nie rozumiem.
- Nie w tym sensie. Częściowo się też legalizują, ale tylko tam, gdzie się da. Tu rzecz polega na tym, że zmieniają asortyment, narkotyki na marihuanę. Czyli coś niezdrowego na coś zdrowego. Te ilości, które ty Lalka sporadycznie przyswajasz z Miolą jeszcze się mieszczą jako zdrowe, ale większość klientów używa raczej niezbyt zdrowych ilości. Za to maryśka wiadomo. Bardzo ciężko jest sobie zrobić nią kuku. Tą medyczną półszlachetną mają na legalu, tą szlachetną mają na nielegalu. A z narkotyków faktycznie się wycofują. Wygaszają uprawianie tej gałęzi. Rzecz polega na tym, że coraz mniej czystej, porządnej koki dociera do tego kraju. Więc one nie mają czym handlować. Bo trutkami na szczury nie chcą, mają swoje zasady. To wszystko jest także skutkiem głupiej, nieodpowiedzialnej polityki narkotykowej państwa. To przez nią jest coraz więcej tych trutek na szczury na rynku.
Kaśka dodała wtedy:
- U nas w klubie stoi automat z zielskiem cebede, tym tak zwanym medycznym. Pozwoliłam im wstawić to ustrojstwo do naszego sklepu z suplami. Co prawda Ziele cebede nie ma zbyt szerokiego zastosowania jako supel sportowy, ale jeszcze jakoś się mieści.
Roxy próbowała dopytać:
- I jak to się sprzedaje? Bo klub też w tym macza dziób?
- Jasne. Ale to się dzieje dopiero od jakichś dwóch tygodni. Stryjo się zgodził, ja się zgodziłam, za to detale to już sprawa Jacusia. On prowadzi sklep, ma dużą autonomię, więc on się z Zośką rozlicza. Ja tylko monitoruję po wierzchu ten temat.
Nagle ożywiła się Anita.
- Kasiu, słuchaj. Bo ja mam nadprodukcję. Sama teraz nie używam, Borek odrobinę, porozdawałam od cholery, ale nie mam co z resztą zrobić. Nigdy nie handlowałam, zawsze tylko dawałam prezenty. To może one by mi to sprzedały? Szkoda dobrego stuffu marnować, to się jakoś tam starzeje. Kiedy Bombka będzie teraz w klubie?
- Teraz mają przerwę po gali, od poniedziałku zaczynają zasuwać, ale o której to nie wiem, kiedy będą. One mnóstwo rzeczy ćwiczą same, ja wtedy nad nimi z batem nie stoję. Mają swoje zestawy, programy, które im ustawiłam co mają robić, ale... Wiesz, co? Po prostu zadzwoń do niej. Spotkacie się, dogadacie jakoś, jestem pewna tego.
- Nie mam numeru.
- Ja mam.
Wtrąciła Roxy.
- Ale ci nie dam, bo to nieładnie, choć pewnie by się na to zgodziła. Jak stąd wyjdziemy to zadzwonię do niej, dam jej twój numer. Może tak być?
- Luz. Jasne.
- To dobrze. Teraz czas na ciebie, wiesz na co.
Odezwała się Malina:
- No. Coś obiecywałaś nam ujawnić.
- Ale co?
- Nitka, ja też wiem, że coś masz powiedzieć. Przyszłe ciotki chcą znać imię swojej przyszłej siostrzenicy. Zamieniamy się w słuch.
Dorzuciła Mala, zaś Anita uśmiechnęła się.
- Dobrze. Zacznę od drugiego. Oktawia. Dla swoich Osia, Ośka.
Reszta zebranych mruknęła aprobująco. Tylko Roxy rzuciła:
- Może Osica? No, to czekamy na pierwsze.
- Pierwsze jest oficjalne takie bardziej.
- No?
Ponagliła ją Malina.
- Ste...
- Stefa? Stefania?
- Lalka, zamknij się! Nie przerywaj.
Upomniała Malinę Ruda. Anita powtórzyła:
- Stella.
- Stella. Tiaaa... Stelka. Stelinka. Steleczka. Fajne.
Malina uśmiechnęła się i dodała jeszcze:
- Wiedźma Stella. Pasuje do czarownicy.
- Mnie się też podoba.
Stwierdziła Roxy. Mala i Kaśka tylko kiwnęły aprobująco głowami. Za to Anita westchnęła z wyraźną ulgą i oświadczyła:
- Ulżyło mi. Obawiałam się, że będziecie wybrzydzać.
- Nie, dlaczego? Bardzo ładne imię. Gwiazda. Gwiazdeczka.
- Tak, ale czy ona zostanie naszą, czy się zeskrypci, jak Pati, moja siostra? To już ona zdecyduje sama. Ja jej zmuszać nie planuję.
- Będzie czarować, na pewno. Jako ciotka Lalka na pewno będę ją do tego podpuszczać. Aha, komuś jeszcze mówimy? Na przykład Cioci Lali chyba można?
- Nie. Mowa była tylko o naszej piątce.
- Zaraz. A moja Mariolka? Misiek? Adaś?
- Też nie. Borek się nie zgodził. Tyle wystarczy.
- Dobrze. To ja mam teraz sprawę do naszej studentki. Maleczko, jak dzwoniłam do ciebie w niedzielę rano, to jakbym słyszała nie tylko Zosię, ale też jakiegoś chłopa. Sekret, czy nie?
- Luz. Był chłop. Jeden. Jak już wyszłyśmy z hali, to wpadł nam taki w oko. Ja go delikatnie przyuroczyłam magią, Zosia coś tam do niego zagadała i był już nasz.
- No, to fajna zabawa musiała być?
- Właśnie nie do końca. Bo typ był tak onieśmielony, speszony, że jedna z głównych męskich fantazji mu się nagle spełniła, że...
- Że był do niczego? To się zdarza nawet najlepszym.
- Aż tak źle nie było. Fujarka grała, ale grajek był czemuś taki jakiś bez polotu. Lamusowaty. Głupio było go wypraszać w środku nocy, więc mu posłałam na podłodze, uśpiłam i byłyśmy już same. Jeszcze rano Zosia go ogarnęła tak na szybko, ale mnie się już nie chciało w to wchodzić. Śniadanie poszłam do kuchni robić.
- Czyli ona wie, że czarujesz?
- Chyba nie. Tak mi się jakoś udało subtelnie działać, że się nie zorientowała za bardzo. Nie gadałyśmy też zresztą wcale na ten temat, jakoś nie było okazji, zahaczenia.
Wtedy włączyła się Kaśka wyjaśniając:
- Yakuza nie wierzy w realną magię, tu już trzeba by jej coś zademonstrować spektakularnego. Ale ja nigdy jakoś wcześniej nie kwapiłam się do tego. Prędzej czy później jednak wreszcie się pewnie zorientuje. Tylko ja bym to zostawiła rękom Tao, niech się samo jakoś zadzieje. Tak Niteczko, dobrze mówię?
Anita wzruszyła ramionami, spojrzała pytająco na Roxy, ta zaś tylko machnęłą ręką. Nie było to zbyt ważne, jak widać. Wtedy znowu odezwała się Malina zadając pytanie:
- To co teraz? Kosmetyki, czy ciuchy? Co bierzemy na warsztat?
Na co Mala rzuciła ni z gruchy, ni z pietruchy:
- A duszenie lubicie?
- Znaczy... O co ci chodzi?
- No, takie no... Wiecie, o chodzi.
Nie za bardzo, nie do końca wiedziały tak w pierwszym czytaniu, niby się domyślały, jedna bardziej, druga mniej, ale w końcu się dogadały i do końca tego spotkania było już tylko o tym...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz