19 marca 2026

PORANEK DNIA GAMONI I DZIEŃ RÓWNOCY - PARADOKSALNIE

Dzień Kobiet odbył się bez większych historii w światku naszych wiedźm. No, może pewną ciekawostką było to, że Roxy zbiegiem okoliczności miała tego dnia taki antyból głowy, że Misiek poprosił o litość. Gdy potem w pleciugowy czwartek opowiedziała o tym Anicie, to ta tylko pokręciła głową.
- Gryzoń, ty mu kiedyś zrobisz krzywdę.
- Ale on tak lubi.
- Pewnie, że lubi. Normalny chłop powinien to lubić. Ale musisz znać granicę między gospodarką intensywną i rabunkową. Jak go wykończysz, to bardzo długo takiego drugiego nie znajdziesz. Tyle lat szukałaś, wreszcie masz, należało ci się. Nie spierdolisz tego?
- No, ale w sumie nie było aż tak tragicznie. Bo tak poza tym, to Misiek mi urządził naprawdę zajebisty dzień kobiet. I nie o tych sprawach mówię tym razem. Ale potem był wtorek, dzień chłopa. Myślę sobie, że w ramach rewanżu dam mu totalny luz. Niech działa po swojemu, ja niczego nie roszczę. Do tego jeszcze na dodatek to ja zrobiłam poranną kawę, po czym przyniosłam mu do łóżka. Tak jak on zawsze mi.
Anita aż się wzdrygnęła.
- Ja chędożę! A za co taka kara? Przecież twoja kawa nawet na lewatywę się nie nadaje. To on robi najlepszą na świecie, lepszą od pleciugowej. Wiem, bo piłam nieraz u ciebie. Ale tobie trzeba tego ustawowo zakazać. Coś mi się ten plan nie za specjalnie podoba. No, ale opowiadaj dalej.
- No, to ja mu tą kawę, buziaczek na dzień dobry, ale potem chcę się wycofać. Nic nie forsuję, nawet nic nie sugeruję. To on bierze tą kawę, powaniał, pociumkał, fruknął, tak po wieśniacku...
- Powinnam teraz rozmawiać z nieboszczką.
- Jakoś przeżyłam, ale posłuchaj, co zrobił. Chwycił mnie za rękę, wciągnął do wyra, po czym... Wiesz, ja od czasu do czasu tak lubię, byle delikatnie. Ale to było lata świetlne od delikatnie.
- I co zrobiłaś?
- Nic, myślałam o Anglii. Niech ma mój Misiaczek ten swój dzień chłopa. Jest taki kochany. Inna sprawa, że oboje spóźniliśmy się do pracy, każde do swojej, bo to wcale nie był szybciorny numerek. Tylko bez zaklęcia analgetycznego na razie na krześle nie usiedzę.
- Masakra.
To Anita powiedziała bardzo ironicznym tonem z dobrotliwą miną Snoop Doga in normalis conditio, czyli po kolejnym joincie. Dalsze intymne zwierzenia Rudej, jak wiemy przenaczone tylko dla uszu tej jednej psiapsi przerwało nadejście pozostałych...
Teraz przeskoczmy o tydzień na osi czasu pozostawiając to samo miejsce akcji. Jest czwartek tuż przed wiosennym kwartalnym sabatem. Gdy na stoliku pojawiło się to, co zawsze Malina zagaiła:
- Bratowa, co masz taką niewyraźną minę? 
Już miała coś dopowiedzieć żartobliwego, ale Roxy powstrzymała ją gestem dłoni. Po czym odpowiedziała za Anitę:
- Temat jest poważny. Dredek ma się marnie.
Dredek, jak pamiętamy lub nie, to kot rasy miałkun będący pod opieką Anity oraz jej siostry Pati. Jak wiemy obie dzielą ten sam budynek bliźniak. Tak więc nie jest do końca jasne, czyj to jest kot, ale nikomu, także samemu kotu nie zależy, aby zbyt dokładnie to ustalać. Sprawa jest tylko taka, że nie jest to zbyt młody kociak, tylko zdecydowanie senior. Seniorzy mają to do siebie, że czasem coś im się psuje. Ludziom dolegają siątki, zaś kotom nastki. Dredek ma mniej więcej tyle lat, co Anita i Roxy zajmują się czarami. Do tego jest on chowańcem tej pierwszej. Kim jest chowaniec dla wiedźmy to już było kiedyś wyjaśniane parę razy. 
- No, dobrze. Znaczy niedobrze. Co jest kotu?
Spytała Mala, na co Nita odparła ponuro:
- Chuj wie.
Po czym dodała:
- Pati była z nim u weta, bardzo dobry lekarz zresztą, ale na razie zeznaje tak mętnie, że to może być prawie wszystko. Porobił badań, wydoił z kota na dobre śniadanie dla Draculi...
- A od was kasy.
Rzuciła Kaśka.
- To akurat najmniej istotne. Jutro odbieramy wyniki, zobaczymy.
- Mogę coś powiedzieć?
Spytała Mala, której wiadomość o chorym kocie nieco przygasiła jej standardowe rozradowanie. Zaczęła bardzo spokojnie:
- Ja wiem, że magia realna na Naturę zasadniczo nie działa. Kiedyś podobno było inaczej, można było leczyć choroby zakaźne na ten przykład, albo szkolić słonie bojowe, teraz już nie można, ale...
Malina weszła jej w słowo.
- Młoda, streszczaj się. Bo my to wszystko wiemy. Nie tylko ciebie Ciocia Lala uczyła. Jaki masz pomysł? Rozumiem, że chcesz spróbować poleczyć kota czarami, tak?
- Można spróbować. Jutro mamy sabat kwartalny. Plan jakiś niby jest, ale zawsze można go zmienić. Będzie jeszcze parę innych sióstr, Róża przyjedzie...
Tu Kaśka parsknęła śmiechem.
- Tą Różą to żeś teraz pojechała.
Przypomnijmy dla wyjaśnienia. Róża była ostatnią uczennicą Cioci Lali, młodziutką pietnastoletnią wiedźmulką, która to zaczęła szkolenie po letnim kwartalnym sabacie, zaś inicjację miała podczas zimowego. Mieszkała w innym mieście, czasem tylko przyjeżdżała do swojej mentorki na konsultacje, wtedy zaś gościła ją zawsze Mala, której zdolności do wyczuwania ludzi wartych zakoleżankowania są poza dyskusją.
- Akurat teraz nie masz racji Kasiu, bo Róża właśnie ma taki kontakt z Naturą, jak żadna z nas. Dlatego moim zdaniem ona też jest tu ważna.
- No, dobrze. Co mnie to zresztą? Mnie i tak nie będzie na sabacie, bo jeszcze dzisiaj jadę do wioski Benges. Żal mi kota, ale ja akurat najmniej bym wniosła do sprawy, więc wyjazdu nie odkręcę.
- Tak Kasiu, wiemy. Dogadane. Nie ma problemu.
Przejęła piłkę Roxy, która zaraz dodała:
- Ja myślę, że można spróbować. Moment jest zresztą znakomity. Na pewno kotu nie zaszkodzimy. Poza tym to jest chowaniec. To jest trochę inna sytuacja, niż zwykłe żywe stworzenia. Zwykły kot, pies, czy marchewka na czary nie reagują, ale status chowańca sporo zmienia. Ale jest też zła wiadomość w tej baśni. Nita jest wyłączona z tej zabawy. Mam opowiadać czemu?
- Nie, nie trzeba.
Odparła Malina, która wiedziała to, co pozostałe. Ale wyjaśnijmy czytającym. Czarownica w ciąży, jak każda inna kobieta jest nieco upośledzona. Pewne czynności są dla niej zbyt ryzykowne. Choćby noszenie zbyt ciężkich rzeczy. To samo też dotyczy czarów. Taka wiedźma traci w tym okresie mnóstwo swojego potencjału. Roxy ogarniała, że podczas takiego sabatu mogą być używane zaklęcia, od których Anita powinna trzymać się z daleka.
- Tak więc Niteczko my się zajmiemy sierściuchem, a ty wtedy pójdziesz do siebie na górę, poczytasz sobie książkę lub porobisz coś tam innego.
Anita kiwnęła głową, ale nie tylko.
- Dobrze, nie dyskutuję, ale mam jeszcze pomysł.
- No?
- Weźcie Pati na ten sabat. Ona też wibruje z Dredkiem.
- To jest do zrobienia. Tylko z nią dziś jeszcze pogadaj.
Na większość sabatów nie ma wstępu nikt, kto nie jest wiedźmą. To implikuje już sama definicja. Sabat to spotkanie co najmniej dwóch czarownic w celu wykonania jakowychś tam magicznych czynności. Zdarza się jednak czasem, że dopuszcza się udział osoby trzeciej, nawet faceta, jeśli tego wymaga owa czynność. Prozaiczny przykład to magia medyczna, gdy wiedźmy robią sabat przy pacjencie. Zaś siostra Anity była kryptą, więc można było włączyć do akcji jej nieczynną moc. Poza tym lekarką, znakomitą zresztą, młodą na rubieży. Co prawda tylko od ludzi, ale to też coś tam wnosiło do tematu.
- No, to tyle dziewczyny. Jutro się ustali dalszy plan jak wet zobaczy wyniki, powie coś tam konkretniej. Na razie pozostaje pozytywne myślenie. Mamy duże szanse powodzenia, zwłaszcza, że ma być Róża na sabacie. Tak, Maleczko?
Roxy uśmiechnęła się do Turbiny, która się nabzdyczyła uciesznie nader udając focha.
- No co? Jeszcze zobaczycie, co Róża pokaże.
- Ależ kochanie, wszystkie jej tego życzymy.
Zaś dnia następnego było wiadomo już coś więcej. Była godzina piętnasta, do momentu zero jeszcze czterdzieści sześć minut. Roxy, która kierownikowała całej akcji uważnie studiowała opis przywieziony od weta. 
- No, dobrze prosiaczki. Coś już wiemy więcej. Samą magią to my tego kota nie wyleczymy, ale jest szansa wspomóc skuteczność pana doktora. To teraz tak.
Przeszła na hisslang, szybko przekazała instrukcje wiedźmom zebranym w salonie w domu Anity. Potem zwróciła się już po ludzku do niej właśnie.
- Nitka, bądź na początku, ale jak ci dam znać ewakuujesz się.
Spojrzała na kota leżącego na kolanach Pati, potem na nią.
- No, to idziemy do baraku. Łapiduch i kłaki przodem.
Potem uśmiechnęła się do Róży, a stojącej obok Mali pokazała język. Chyba raczej myślała pozytywnie, bo humor miała zaiste szampański. Gdy już ruszały rzuciła:
- Aha, dupeczki. Tak na okoliczność, bo potem może być za późno. To nie ma być nekropsja. Niech mi się kurwa żadna nie pomyli.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz