wszystko jest tylko i wyłącznie złudzeniem, absolutnie doskonałym, które nie ma nic wspólnego z dobrem ani ze złem, akceptacją ani odrzuceniem... wszystkie rzeczy nie są takie, jakie wydają się być... nie są także inne... można więc roześmiać się w głos i nie pytać, komu bije dzwon... bije, bo komuś płacą za szarpanie sznurem...
26 czerwca 2020
21 czerwca 2020
Babcia i salwa powitalna /remake/
Obudził mnie telefon, dokładniej esemes. Babcia nadaje:
- Czy masz bletki?
Odpowiedziałem:
- Mam. Zaraz.
Zanim zaniosłem babci rzeczone bletki, skonstatowałem, że jest niedzielne południe. Tak to zresztą miało być, taki był plan, aby tegoż dnia porządnie się wyspać. Wszedłem do babci pokoju, wręczyłem jej to, co chciała, zapytałem tylko:
- Coś babci jeszcze potrzeba? Bo do łazienki muszę.
Generalnie babcia wyznawała jakąś swoją wersję buddyzmu, więc wiele nie potrzebowała. Do tego była dość zaradna, jak na swój wiek, więc moje pytanie było raczej kurtuazyjne. Ale babcia pokręciła tylko głową, po czym zajęła się kręceniem blanta. Gdy już wychodziłem z pokoju, nagle za oknem padły strzały, taka zgodna, chóralna salwa karabinowa. Babcia nie przerywając swojego zajęcia zapytała szybko:
- To jakaś wojna?
Akurat coś tam przypadkiem wiedziałem na temat dzisiejszych wydarzeń na mieście, więc wyprowadziłem babcię z błędu:
- Nie, to tylko prezydent przyjechał.
- Który?
- Ten taki niby polski, ale nie nasz, nie wszystkich Polaków. Ten, co ostatnio pomylił obraz Picassa z lustrem w muzeum. Ten, co na ludzi mówi, że to ideologia.
- Aha, budyń, rozumiem.
Nagle salwa za oknem huknęła jeszcze raz.
- A teraz to co? Już wojna?
- Nie babciu, to ta sama kompania honorowa.
- Jakieś ciapciaki. Nie umieli trafić za pierwszym razem?
- Czy masz bletki?
Odpowiedziałem:
- Mam. Zaraz.
Zanim zaniosłem babci rzeczone bletki, skonstatowałem, że jest niedzielne południe. Tak to zresztą miało być, taki był plan, aby tegoż dnia porządnie się wyspać. Wszedłem do babci pokoju, wręczyłem jej to, co chciała, zapytałem tylko:
- Coś babci jeszcze potrzeba? Bo do łazienki muszę.
Generalnie babcia wyznawała jakąś swoją wersję buddyzmu, więc wiele nie potrzebowała. Do tego była dość zaradna, jak na swój wiek, więc moje pytanie było raczej kurtuazyjne. Ale babcia pokręciła tylko głową, po czym zajęła się kręceniem blanta. Gdy już wychodziłem z pokoju, nagle za oknem padły strzały, taka zgodna, chóralna salwa karabinowa. Babcia nie przerywając swojego zajęcia zapytała szybko:
- To jakaś wojna?
Akurat coś tam przypadkiem wiedziałem na temat dzisiejszych wydarzeń na mieście, więc wyprowadziłem babcię z błędu:
- Nie, to tylko prezydent przyjechał.
- Który?
- Ten taki niby polski, ale nie nasz, nie wszystkich Polaków. Ten, co ostatnio pomylił obraz Picassa z lustrem w muzeum. Ten, co na ludzi mówi, że to ideologia.
- Aha, budyń, rozumiem.
Nagle salwa za oknem huknęła jeszcze raz.
- A teraz to co? Już wojna?
- Nie babciu, to ta sama kompania honorowa.
- Jakieś ciapciaki. Nie umieli trafić za pierwszym razem?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
