Polityka redukcji szkód, cała jej filozofia zaczyna się od spostrzeżenia, że pewnych negatywnych, szkodliwych zjawisk zlikwidować się nie da, zaś próba ich ograniczania metodami restrykcji pobudza jedynie ich rozwój lub rozkwit jeszcze gorszego syfu. Co można tedy zrobić? Można takie zjawisko próbować skanalizować, przejąć na nim kontrolę, popularnie to się nazywa "wybór mniejszego zła", bo do tego de facto cała sprawa się sprowadza.
Przykładem na poziomie indywidualnym może być e-papieros. Ktoś na przykład pali papierosy, co więcej, jest też od tego uzależniony, ma też świadomość, że na dłuższą metę szkodzi sobie plus innym. To "innym" może jeszcze ograniczyć paląc friendly dla otoczenia, niemniej jednak nie czuje się w tym wszystkim komfortowo. Co może więc zrobić? Pierwsza odpowiedź, która przychodzi do głowy, to po prostu "rzucić" to palenie. No tak, ale dla niektórych, nawet wielu, może być to po prostu za trudne. Poza tym skoro ten ktoś lubi palić, sprawia mu to frajdę, to dlaczego ma się jej pozbawiać? Tedy szuka on jakiegoś kompromisu, zaś e-papieros okazuje się takim być. Kwestia otoczenia odpada zupełnie, bo ten przyrząd dymu nie wydziela, więc nikomu on smrodzić nie może. Odpada też sprawa substancji smolistych grożących rakiem. Zostaje tylko sam rytuał, a raczej jego substytut, oraz czysta nikotyna. Tu trzeba zwrócić uwagę na pewien kruczek, bo ten kompromis nie jest tak idealny z uwagi na wspomnianą nikotynę, gdyż za pomocą e-papierosa można się od niej uzależnić mocno głębiej. Niemniej jednak łatwiej jest tu utrzymać samodyscyplinę, niż rzucając palenie. Summa summarum redukcja szkód jest znaczna.
Innych przykładów na dowolnym poziomie, czy dziedzinie każdy może znaleźć wiele, ta cała "polityka redukcji szkód" to de facto nic specjalnego, istniała już od dawien dawna, być może jeszcze od wiele wcześniej. Samo określenie zaś pojawiło się podobno tak gdzieś około lat osiemdziesiątych, gdy w pewnym porcie w Rotterdamie służby celne odkryły spory ładunek przemycanej heroiny. Pomińmy już kwestie natury chemicznej, gdyż medialnie słowo "heroina" niekoniecznie oznacza heroinę, ale jakiś inny produkt tego typu, niemniej jednak teraz tu nie ma to znaczenia. Co prawda policja zajęła się aspektem kryminalnym tej sprawy, pozostał jednak ból głowy, co zrobić z samym ładunkiem. Część jakowąś wzięła sobie policja do celów szkoleniowych, część ukradli sami celnicy oraz policjanci, jednak to było bardzo niewiele, więc ogromna sterta towaru nadal istniała. Przemysł farmaceutyczny tego nie przerobi, bo się po prostu nie opłaca, dla nich ta sterta była za mała, by przestawiać całą produkcję. Spalić lub zatopić? Nie bardzo, niezbyt by to było ekologicznie, więc nikt się nie chciał podjąć. Ale ktoś we władzach miasta Rotterdam wpadł na pomysł, by to wszystko rozdać narkomanom. Co prawda problem narkomanii Holandia rozwiązała była już sporo wcześniej legalizując (semi)narkotyki z konopi, czyli haszysz i marihuanę, jednak to rozwiązanie, choć zaiste znakomite, nie było jednak całkowite. Tedy założono punkty dystrybucji i rozpuszczono wieści do środowiska ćpunów opiatowych /"heroinowych"/, że jest towar do wzięcia. Oczywiście nie wszystko, nie od razu, tylko pod pewnymi warunkami. Każdy amator musiał się zarejestrować, po czym regularnie zjawiał po działkę. Po kilku miesiącach magazyn miejski opustoszał. Jednak cała korzyść nie polegała jedynie na opróżnieniu miejsca, lecz na czymś zupełnie innym. Otóż przez ten czas drobna przestępczość typu kradzieże lub napady osiągnęła poziom około trzydziestu procent poprzedniego jaki był przed tą całą akcją. Zaś miasto zaoszczędziło przy okazji mnóstwo guldenów, gdyż euro jeszcze wtedy nie było. To wszystko podsunęło pomysł, by pociągnąć temat dalej. Co prawda nie co dzień trafia się statek przemytniczy, ale zamiast heroiny można było użyć czegoś innego. Obecnie najpopularniejszy jest syntetyczny opioid zwany metadon, choć są też kraje, gdzie używa się naturalnych opiatów, czyli także wspomnianej heroiny. To ostatnie zresztą popiera wielu lekarzy, tudzież także innych fachowców, gdyż naturalna substancja nie jest wcale toksyczna, gdy się ją porówna ze sztucznymi opioidami. Programy "leczenia substytucyjnego" prowadzone są także w Polsce od wielu lat.
Polityka redukcji szkód to jednak nie tylko te programy, ale wiele innych działalności, związanych z zachowaniami ryzykownymi, długo by tu teraz wymieniać. Do tej pory wywołują one różne kontrowersje, czasem też borykają się z pewnymi przeszkodami prawnymi zależnie od kraju. Oczywiście jak zwykle przysłowiowe diabły potrafią tkwić w detalach, czyli więc innymi słowy "trza umić", generalnie jednak to działa i summa summarum z punktu widzenia kosztów społecznych po prostu się opłaca.
= = =
Do "polityki redukcji szkód", tudzież profilaktyki antynarkomańskiej, można też zaliczyć wspomnianą wcześniej legalizację marihuany. Holandii wyszła ona na zdrowie, wychodzi też na zdrowie innym krajom, które taką, czy inną formę legalizacji, a przynajmniej liberalizacji prawa na temat tej używki wprowadzają, a dokładniej państwa nimi zarządzające..
Argumentacji za takimi rozwiązaniami jest wiele, z opartymi na kwestiach wolności obywatelskiej włącznie. Mocnym także argumentem jest zapytanie o logikę prawa, które promuje jeden wybrany, bardzo szkodliwy zresztą narkotyk, czyli alkohol, wrzuca zaś o wiele, wiele mniej szkodliwy (semi)narkotyk do jednego worka z napisem "zło". Najważniejszy jest jednak inny, bazujący właśnie na filozofii redukcji szkód. To prawda, że stare pijusy, czy inne ćpuny na zioło się już nie przerzucą, oni są już straceni, trzeba jednak patrzeć do przodu. Jak wiadomo, każdy narkoman zaczyna od alkoholu, większość na nim poprzestaje /alkoholizm to też narkomania/, niektórzy jednak szukają dalej. Co znajdują na rynku? Całe mnóstwo różnych rzeczy: klasyczne "twarde" lub dopalacze przeróżne, których wiele można zaliczyć do zwykłych trucizn. Czasem też się trafi "zioło", ale gdy ktoś już zostaje ćpunem, to zwykle ma to zioło w pogardzie, co najwyżej jako okazjonalny dodatek. Zresztą cóż to jest za zioło? Często jest to jakiś syf, konopie podrasowane dodatkami nieznanego pochodzenia. Taki jest skutek obecnego prawa, tudzież jego praktyki. Obecną polską politykę narkotykową /jako całość/ można śmiało uznać za sabotaż oraz zbrodnię dokonywaną na narodzie. Redukcja szkód na poziomie lokalnych pojedynczych programów ginie w morzu szkód, kosztów społecznych generowanych na poziomie ogólnokrajowym, pełnym topionych w tymże pieniędzy podatnika. Legalizacja marihuany to morze wybitnie wysusza, gdyż wielu potencjalnych ćpunów mając legalny dostęp do zdrowego, gwarantowanego jakościowo ziela tymi ćpunami się nie stanie. Jeśli będą używać alkoholu, to o wiele mniej, zaś na inne dragi większość z nich nawet nie spojrzy. A jeśli już tego ziela nadużyją, to wiele sobie nie zaszkodzą, zaś innym tym bardziej nie i o to właśnie chodzi! Tak to dokładnie działa, gdyby ktoś nie wiedział, a od teraz już wie.
To prawda jest, że /oby/ chwilowe realia są takie, że można sobie tylko poteoretyzować. Obecny reżim cierpi nie tylko na narkofobię /poza jednym wyjątkiem - alkoholem/, lecz także i przeważnie na marihuanofobię. Nawet leków z konopi się boi, czego dowodem jest obecna wykastrowana postać tak zwanej "Ustawy Liroya", więc co tu gadać, szkoda słów. Jednak chyba warto gadać, wręcz trzeba, by ogłupiani ludzie nie zgłupieli do reszty.
Przykładem na poziomie indywidualnym może być e-papieros. Ktoś na przykład pali papierosy, co więcej, jest też od tego uzależniony, ma też świadomość, że na dłuższą metę szkodzi sobie plus innym. To "innym" może jeszcze ograniczyć paląc friendly dla otoczenia, niemniej jednak nie czuje się w tym wszystkim komfortowo. Co może więc zrobić? Pierwsza odpowiedź, która przychodzi do głowy, to po prostu "rzucić" to palenie. No tak, ale dla niektórych, nawet wielu, może być to po prostu za trudne. Poza tym skoro ten ktoś lubi palić, sprawia mu to frajdę, to dlaczego ma się jej pozbawiać? Tedy szuka on jakiegoś kompromisu, zaś e-papieros okazuje się takim być. Kwestia otoczenia odpada zupełnie, bo ten przyrząd dymu nie wydziela, więc nikomu on smrodzić nie może. Odpada też sprawa substancji smolistych grożących rakiem. Zostaje tylko sam rytuał, a raczej jego substytut, oraz czysta nikotyna. Tu trzeba zwrócić uwagę na pewien kruczek, bo ten kompromis nie jest tak idealny z uwagi na wspomnianą nikotynę, gdyż za pomocą e-papierosa można się od niej uzależnić mocno głębiej. Niemniej jednak łatwiej jest tu utrzymać samodyscyplinę, niż rzucając palenie. Summa summarum redukcja szkód jest znaczna.
Innych przykładów na dowolnym poziomie, czy dziedzinie każdy może znaleźć wiele, ta cała "polityka redukcji szkód" to de facto nic specjalnego, istniała już od dawien dawna, być może jeszcze od wiele wcześniej. Samo określenie zaś pojawiło się podobno tak gdzieś około lat osiemdziesiątych, gdy w pewnym porcie w Rotterdamie służby celne odkryły spory ładunek przemycanej heroiny. Pomińmy już kwestie natury chemicznej, gdyż medialnie słowo "heroina" niekoniecznie oznacza heroinę, ale jakiś inny produkt tego typu, niemniej jednak teraz tu nie ma to znaczenia. Co prawda policja zajęła się aspektem kryminalnym tej sprawy, pozostał jednak ból głowy, co zrobić z samym ładunkiem. Część jakowąś wzięła sobie policja do celów szkoleniowych, część ukradli sami celnicy oraz policjanci, jednak to było bardzo niewiele, więc ogromna sterta towaru nadal istniała. Przemysł farmaceutyczny tego nie przerobi, bo się po prostu nie opłaca, dla nich ta sterta była za mała, by przestawiać całą produkcję. Spalić lub zatopić? Nie bardzo, niezbyt by to było ekologicznie, więc nikt się nie chciał podjąć. Ale ktoś we władzach miasta Rotterdam wpadł na pomysł, by to wszystko rozdać narkomanom. Co prawda problem narkomanii Holandia rozwiązała była już sporo wcześniej legalizując (semi)narkotyki z konopi, czyli haszysz i marihuanę, jednak to rozwiązanie, choć zaiste znakomite, nie było jednak całkowite. Tedy założono punkty dystrybucji i rozpuszczono wieści do środowiska ćpunów opiatowych /"heroinowych"/, że jest towar do wzięcia. Oczywiście nie wszystko, nie od razu, tylko pod pewnymi warunkami. Każdy amator musiał się zarejestrować, po czym regularnie zjawiał po działkę. Po kilku miesiącach magazyn miejski opustoszał. Jednak cała korzyść nie polegała jedynie na opróżnieniu miejsca, lecz na czymś zupełnie innym. Otóż przez ten czas drobna przestępczość typu kradzieże lub napady osiągnęła poziom około trzydziestu procent poprzedniego jaki był przed tą całą akcją. Zaś miasto zaoszczędziło przy okazji mnóstwo guldenów, gdyż euro jeszcze wtedy nie było. To wszystko podsunęło pomysł, by pociągnąć temat dalej. Co prawda nie co dzień trafia się statek przemytniczy, ale zamiast heroiny można było użyć czegoś innego. Obecnie najpopularniejszy jest syntetyczny opioid zwany metadon, choć są też kraje, gdzie używa się naturalnych opiatów, czyli także wspomnianej heroiny. To ostatnie zresztą popiera wielu lekarzy, tudzież także innych fachowców, gdyż naturalna substancja nie jest wcale toksyczna, gdy się ją porówna ze sztucznymi opioidami. Programy "leczenia substytucyjnego" prowadzone są także w Polsce od wielu lat.
Polityka redukcji szkód to jednak nie tylko te programy, ale wiele innych działalności, związanych z zachowaniami ryzykownymi, długo by tu teraz wymieniać. Do tej pory wywołują one różne kontrowersje, czasem też borykają się z pewnymi przeszkodami prawnymi zależnie od kraju. Oczywiście jak zwykle przysłowiowe diabły potrafią tkwić w detalach, czyli więc innymi słowy "trza umić", generalnie jednak to działa i summa summarum z punktu widzenia kosztów społecznych po prostu się opłaca.
= = =
Do "polityki redukcji szkód", tudzież profilaktyki antynarkomańskiej, można też zaliczyć wspomnianą wcześniej legalizację marihuany. Holandii wyszła ona na zdrowie, wychodzi też na zdrowie innym krajom, które taką, czy inną formę legalizacji, a przynajmniej liberalizacji prawa na temat tej używki wprowadzają, a dokładniej państwa nimi zarządzające..
Argumentacji za takimi rozwiązaniami jest wiele, z opartymi na kwestiach wolności obywatelskiej włącznie. Mocnym także argumentem jest zapytanie o logikę prawa, które promuje jeden wybrany, bardzo szkodliwy zresztą narkotyk, czyli alkohol, wrzuca zaś o wiele, wiele mniej szkodliwy (semi)narkotyk do jednego worka z napisem "zło". Najważniejszy jest jednak inny, bazujący właśnie na filozofii redukcji szkód. To prawda, że stare pijusy, czy inne ćpuny na zioło się już nie przerzucą, oni są już straceni, trzeba jednak patrzeć do przodu. Jak wiadomo, każdy narkoman zaczyna od alkoholu, większość na nim poprzestaje /alkoholizm to też narkomania/, niektórzy jednak szukają dalej. Co znajdują na rynku? Całe mnóstwo różnych rzeczy: klasyczne "twarde" lub dopalacze przeróżne, których wiele można zaliczyć do zwykłych trucizn. Czasem też się trafi "zioło", ale gdy ktoś już zostaje ćpunem, to zwykle ma to zioło w pogardzie, co najwyżej jako okazjonalny dodatek. Zresztą cóż to jest za zioło? Często jest to jakiś syf, konopie podrasowane dodatkami nieznanego pochodzenia. Taki jest skutek obecnego prawa, tudzież jego praktyki. Obecną polską politykę narkotykową /jako całość/ można śmiało uznać za sabotaż oraz zbrodnię dokonywaną na narodzie. Redukcja szkód na poziomie lokalnych pojedynczych programów ginie w morzu szkód, kosztów społecznych generowanych na poziomie ogólnokrajowym, pełnym topionych w tymże pieniędzy podatnika. Legalizacja marihuany to morze wybitnie wysusza, gdyż wielu potencjalnych ćpunów mając legalny dostęp do zdrowego, gwarantowanego jakościowo ziela tymi ćpunami się nie stanie. Jeśli będą używać alkoholu, to o wiele mniej, zaś na inne dragi większość z nich nawet nie spojrzy. A jeśli już tego ziela nadużyją, to wiele sobie nie zaszkodzą, zaś innym tym bardziej nie i o to właśnie chodzi! Tak to dokładnie działa, gdyby ktoś nie wiedział, a od teraz już wie.
To prawda jest, że /oby/ chwilowe realia są takie, że można sobie tylko poteoretyzować. Obecny reżim cierpi nie tylko na narkofobię /poza jednym wyjątkiem - alkoholem/, lecz także i przeważnie na marihuanofobię. Nawet leków z konopi się boi, czego dowodem jest obecna wykastrowana postać tak zwanej "Ustawy Liroya", więc co tu gadać, szkoda słów. Jednak chyba warto gadać, wręcz trzeba, by ogłupiani ludzie nie zgłupieli do reszty.

