07 września 2025

BRAKUJĄCE SŁOWO

Jak pamiętamy, Magda Maczuga i Mirek Orski ulegli wypadkowi samochodowemu, zaś okoliczności, sytuację tuż przed nim można uznać za dość ciekawe, czy też wręcz pikantne. Gdy tylko Mala dowiedziała się, co się wydarzyło, od razu ruszyła do szpitala, motywując też przy okazji pozostałą czwórkę psiapś, żeby jej towarzyszyły. Po drodze, już pod szpitalem podzieliły role, ustaliły że na pierwszy ogień pójdą na ojom Anita i Roxy, jako najstarsze, doświadczone, mające najlepszą orientację w magii medycznej. Wiadomo, że zaklęcia pomocowe, szczególnie te medyczne bywają najtrudniejsze, najbardziej złożone, często też nie działają od razu, zwykle też nie można ich stosować za jednym zamachem, tylko raczej etapowo, aby osiągnąć oczekiwany skutek. Bywa też, że czasem magia potrafi być bezradna. Są choroby, dysfunkcje, które są oporne na magię, są też oporne na medycynę. Bywają też oporne na jedno oraz drugie.
Ale zanim wspomniane czarownice dobrały się tak poważniej do poszkodowanych pierwsza na zwiady poszła Mala. Bez żadnych czarów, tylko swą magią naturalną, używając tylko takiego uroku bardzo, bardzo ładnie poprosiła lekarza prowadzącego, żeby zapomniał na chwilę o tajemnicy lekarskiej, przekonała go do tego, że tu akurat ta tajemnica nie ma żadnego sensu, oraz aby zgodził się na odwiedzenie chorych, których stan nie był zbyt zabawny. Mając już niezbędne informacje Nita i Ruda zaczęły działać. Po tej wizycie było już widać pierwsze efekty, ale na razie to był dopiero początek. Przez kolejne dni wiedźmy zaczęły przyjeżdżać na zmianę, co uważały za dość dobry pomysł, że przysłowie na temat sześciu kucharek nie ma tu zastosowania, gdyż każda mogła korygować ewentualne błędy innej, poza tym miało to też walor edukacyjny dla wszystkich. Pewnego dnia do szpitala pojechała Kaśka oraz Mala. Leczenie Maczugi progresowało dość szybko, jednak Orski wciąż jeszcze nie wybudzał się ze śpiączki. Tak więc Kaśka siedząc przy Magdzie zrobiła już to, co miała tego dnia do zrobienia, obie prowadziły dość luźną raczej pogawędkę, za to Mala przy Mirku miała drobne urwanie piczy, ładowała weń mnóstwo mocy. Już była bliska poproszenia psiapsi o wsparcie, gdy nagle pacjent otworzył oczy. Turbinka poczuła, że jego umysł szybko rozkręca się próbując rozpoznać sytuację. Chciała wezwać jakiś personel oddziału, gdy mężczyzna przemówił:
- Jestem w szpitalu?
- Tak, jesteś w szpitalu.
- Magda żyje?
- Żyje. Leży w sali obok, ma się już dość nieźle.
- Ile czasu już...
Przerwał nagle trochę odpływając, ale Mala położyła jedną dłoń na jego brzuchu, nieco poniżej pępka, tam, gdzie jest punkt dan joen, drugą na jego czole, sycząc przy tym hisslangiem jakieś zaklęcie. Mirek wreszcie wrócił do siebie, znów zakontaktował. Patrzył na twarz dziewczyny, słyszał jak syczy, zatrybił już, że ona czaruje. Widział już ją taką parę razy, gdy jeszcze byli razem. Ale jedna rzecz mu się nie zgadzała. Toć ona nie była lekarką, nie była pracowniczką szpitala, zaś ich relacje od pewnego czasu nie były już takie, jak kiedyś. Co więcej, on wiedział, że zachował się wtedy niefajnie, że odeszła od niego, że ma prawo mieć doń żal. Jak brzmi to pytanie, jak brzmi to słowo? Gdy otworzyła oczy, przestała syczeć, wtedy zadał jej pytanie, ale zupełnie inne:
- Leczysz mnie?
- Próbuję tylko pomóc.
- Tymi swoimi czarami?
- Tak. Swoimi czarami.
Zamilkł, spojrzał na sufit nad sobą. Zamknął oczy, po chwili otworzył. Spojrzał na jej jak zwykle uśmiechniętą radośnie buzię, choć tym razem bardziej skupioną, niż radosną. Odetchnął kilka razy głęboko, wreszcie... Umysł mu eksplodował, bo miał już to słowo, mógł zadać to pytanie.
- Dlaczego?
- Co dlaczego?
- Dlaczego to robisz?
Wielkie, mangowe oczy młodej wiedźmy otworzyły się nagle na całą ich szerokość, brwi uniosły się do góry, a cała jej twarz wyrażała bezgraniczne zdumienie. Wreszcie Mala uśmiechnęła się do niego i odpowiedziała:
- Bo jesteś chory.

04 września 2025

CIACHO W GALERII

- Misiaczku, pojedziemy do galerii?
Roxy zwykle miała dość szczególnisty sposób zadawania pytań swojemu chłopu. To były raczej konstatacje, gotowe odpowiedzi, które zawierały dość jednoznaczny przekaz, że próba polemiki jest niezbyt fortunnym pomysłem. Więc Misiek tak już bardziej dla formalności zapytał:
- Znowu na zakupy? Byliśmy niedawno.
- No coś ty? W takich butach?
To była dobra wiadomość, gdyż Ruda mówiąc to uniosła do góry jedną ze swoich nienagannych nóg prezentując gotową do wyjścia stopę. Generalnie nie przepadała za szpilkami, jak większość czarownic, uważając je za niepraktyczne, do tego niezdrowe na kręgosłup. Ale czasami, na krótkie wyjścia obuwała je, co więcej, perfekcyjnie umiała ich używać. Bo jak wiadomo, większość kobiet niezbyt nadzwyczajnie potrafi się w nich przemieszczać. Sednem dobrej wiadomości dla Miśka było centralnie to, że nie czeka go upiorne łażenie od sklepu do sklepu, ani równie upiorny obchód hipermarketu powożąc nurkowózkiem, tylko dumna przechadzajka z mega dupencją u boku przy akompaniamencie sfrustrowanych spojrzeń panów oraz zawistnych zerknięć pań. Do tego jeszcze, co najważniejsze, niezbyt długa, bo od nadmiaru chodzenia nogi mu się za bardzo psuły.
- Masz jakiś konkretny pomysł?
Pewnie, że miała. Świetnie wiedział, że Roxy nigdy nie wychodziła bez jakiejś koncepcji, pojęcie połażenia dla samego połażenia było dla niej obce. Nawet relaksacyjny spacer po parku musiał mieć jakiś tam cel. Na przykład wręczenie haraczu wiewiórkom, albo rzucenie się Miśkowi na szyję zwieńczone penetracją językiem jego jamy gębowej na środku głównej alejki. Ruda zupełnie inaczej pojmowała spontaniczność, niż na przykład Anita, jej najlepsza psiapsia, zaś jeszcze zupełniej, niż anitowa szwagierka, Malina.
- Pomysł jest taki, żeby posadzić zadki w takiej nowej kafejce, którą Lalka odkryła niedawno, oraz wymienić lekką ręką nieco ciężko zarobionej kasy na ciacha, które są tam zajebiste. Nie mówię ponoć, bo Malina mi nigdy nie kłamie.
Po niedługim czasie oboje znaleźli się w galerii, przechadzka nie była jednak tak bardzo krótka, gdyż otrzymane namiary na cel misji nie były zbyt precyzyjne. Doszło nawet do tego, że Roxy musiała sięgnąć po telefon.
- Lalka, no gdzie te twoje ciacha, co mówiłaś?
- ...
- Apteka? Tu nie ma żadnej apteki. 
- ...
- Nie. Pet shopu też nie ma.
- ...
- Tak, są jakieś ciuchy, ale dla dzieciaków.
- ...
- No, jest stoisko, ale rolki sushi to nie są e-papierosy.
- ...
- Bankomat jest, ale to jakiś inny, jakiś murzyński bank.
- ...
- Co widzę? Empik widzę.
- ...
- Ahaaa... To było tak od razu. Już tam idziemy.
- ...
- Ja ciebie też.
Ruda schowała telefon ze słowami:
- To nie to piętro. Misiaczku, źle poprowadziłeś.
- Ja????
- Nie dyskutuj mi tu. Idziemy.
Dotarli wreszcie. Co prawda na miejscu okazało się, że jest deficyt wolnych stolików, był tylko jeden taki bardziej na zewnątrz, ale dla żądnej uciech podniebienia Roxy nie miało to znaczenia. Za to ciacha okazały się nader znakomite, choć jak na jej gust trochę za duże. Efekt był taki, że spytała:
- Misiaczku, dokończysz? Te pół mi wystarczyło.
- Czyli razem jedno. Dobrze oszacowali wymiary.
- Jak to jedno? Nie rozumiem.
- Bo jeszcze moje pół.
- Nie dramatyyyzuj. Twojego trochę tylko spróbowałam.
Nagle Ruda zmieniła temat:
- Czekaj, coś się dzieje.
Uwagę jej bowiem zwróciła grupka nastolatków stojąca nieopodal na galeryjnej alejce. Troje ich tam było: dwóch dorostków plus jakby nieco młodsza dziewczyna, tak niżej pogranicza legalnego wieku. Wszyscy mieli na sobie żółte, odblaskowe kamizelki. Ten sam napis wieńczył ich plecy, nie było to jednak słowo "ochrona", logo firmy budowlanej, czy coś tam podobnego. Otaczali czwartą osobę, też młodą dziewczynę zresztą, ale ich szturchańce palcami, tudzież gniewne głosy nie dawały przesłanki przypuszczać, aby miała tam miejsce miła, kumplowska pogawędka.
- Misiaczku, czego oni od niej chcą?
- A, to takie, czytałem coś w necie na ten temat, że...
Roxy nie czekała na dalszy ciąg wyjaśnień, tylko wstała od stolika i podeszła do zgromadzonych. Od razu z marszu poszła na ostro. Nic dziwnego, zjedzone ciacho było przyprawione imbirem, ona zaś miała dość niską tolerancję nań.
- Czego kurwa od niej chcecie?
Jeden chłopak jakby się spłoszył, ale drugi nie pękał:
- Bo ona niestosownie się zachowuje. W publicznym miejscu. Ma nieprzyzwoity ubiór na sobie.
Ruda obrzuciła wzrokiem ofiarę. Szybkim ruchem odpięła guzik bluzki. Ostatni zresztą, który mogła odpiąć, po kolejnym byłaby już topless. Taki miała zresztą styl, lubiła nosić numer za małe bluzki. Zrobiła też ruch, jakby chciała podciągnąć wyżej spódnicę, ale zdała sobie sprawę, że pojechała na miasto bez majtek. Wiadoma sprawa, myć się trzeba, ale nie zaszkodzi też czasem przewietrzyć. To wszystko trwało nanosekundy, mnóstwo krócej, niż czytanie tego opisu. Zwracając wzrok na pechowych, jak widać po sytuacji, napastników spytała:
- Co wy pryszcze wiecie o niestosownym zachowaniu? Zaczepiacie nic złego nikomu nie robiącą dziewczynę w publicznym miejscu. To jest dopiero mega niestosowne zachowanie.
Spojrzała na wspomnianą:
- Idź, rób swoje. Nie przejmuj się. A wy?
Tu znów zwróciła wzrok na pryszczów.
- Ściągajcie to gówno z siebie i pochowajcie do kieszeni. To jest wasze, pewnie za kasę rodziców, nie zabiorę wam. No? Ruchy!
Nagle do zebranych podszedł jakiś dopakowany, krótko ostrzyżony mężczyzna. Miał on na sobie tiszert zdobny herbem narodowym, dwoma kreskami tworzącymi jakiś prymitywny ideogram, oraz logiem znanego klubu piłkarskiego. Ale gdy tylko Roxy rzuciła nań lodowate spojrzenie wiedźmy pozbawionej poczucia humoru od razu zmienił plany. Odszedł szybko udając przy tym, że wcale go tam nie ma i nigdy nie było. 
- No, a teraz wynocha! Nie, wróć! Ty mała zaczekaj. 
Gdy chłopacy odeszli, Ruda podeszła z dziewczyną do stolika. Sięgnęła do torebki wiszącej na krzesełku i wyjęła z niej niewielką ni to ulotkę, ni to wizytówkę.
- Słuchaj uważnie moje dziecko. Zadzwonisz tam, albo jeszcze lepiej po prostu pojedź. Spytasz o panią Katarzynę, powiesz, że Ruda cię przysyła. Zapamiętasz? Ruda. Ona ci już pokaże, jak lepiej zagospodarować swój cenny wolny czas po szkole i lepiej sobie dobierać kolegów. No, uciekaj. Powodzenia.
Gdy Roxy znów umościła się, odezwał się Misiek:
- Akwirujesz Oktagon?
- No. W czynie społecznym, nieodpłatnie, wolontarianistycznie.
- Chyba nie do końca. Bo w klubie wszędzie leżą foldery Latającej Miotły. Też wolo... Tego... Stycznie, tak?
- Cicho. Ciacho dokończ, nie marnuj. Płacone było.
On jednak drążył dalej:
- Ale ona jest chyba za małoletnia? Ja nie wiem dokładnie, ale...
- Spokojnie Misiaczku, Kaśka sobie poradzi. Jakby co, to przekona rodziców. Przecież w fitness klubach ćwiczy mnóstwo dzieciaków. To jest normalny klub sportowy, więc dla nich też mają ofertę. Tak było zawsze. Ja nie rozumiem, co ty teraz kombinujesz?
Po czym rzuciwszy okiem na swe przymierzające się do falowania piersi, które bynajmniej raczej niezbyt chciały, aby zapięła rozpięty parę minut wcześniej guzik dodała: 
- Dobrze, a teraz mamy taki plan, że weźmiemy jeszcze po ciachu...
- Przecież miałaś już dość?
- Na wynos inżynierze, na wynos, nie dałeś mi dokończyć. Potem zapierdalamy dzidą do domu, mamy tam coś bardzo ważnego do zrobienia. Wiesz, ja tak czasem sobie zapominam, co ten imbir, niby taka niewinna roślinka, potrafi ze mnie zrobić. 
Mimo, że przez galerię i potem na parking szli oboje bardzo szybko, to dyktująca tempo płomiennowłosa czarownica nie traciła fasonu. Wciąż bezdyskusyjnie mogła ona być niedoścignionym wzorem dla niejednej uczestniczki kursów chodzenia w szpilkach.
Za to już w aucie, wtulona w ramię swojego kierowcy, kontrolnie rozpraszając go głaskaniem dłonią po udzie westchnęła:
- Co się dziwić, że taki szczyl będzie potem płakał do końca życia, że żadna dupa nie chce mu dać dupy, skoro już teraz zaczyna od ich gnębienia od samego początku tego życia.