13 marca 2024

Trochę o związkach, trochę o idiotyczności

Ludzie się dzielą na takich, z którymi da się rozmawiać i z którymi się nie da. Ostatnio zaistniała konieczność odpuścić sobie pewną Panią, bo po pewnym czasie blogowej znajomości okazało się jednak, że Ona rozmawiać nie umie. Jakiś defekt mentalny posiada, czy cóś. Zostawmy to jednak, zajmijmy się przypadkami pozytywnymi. Za taki postrzegamy blogerkę B.K./=TU=/, która nie wali brudnymi chwytami ad personam, nie wykręca naszych słów na odwyrtkę, nie wmawia nam, nie wciska, że powiedzieliśmy coś, czego nie powiedzieliśmy, zaś rozmowa z Nią potrafi sprawić przyjemność, mimo że niekoniecznie kaszlemy tak samo. Ostatnio naszło nas, tak trochę bocznie od głównego wątku Jej posta, na temat związków na odległość. Teza, którą uznaliśmy za stosowne nieco podważyć jest taka, iż takie związki są idiotyczne. Jakoś trudno nam to zaaprobować, jako że istnieje sporo takich związków, które są bardzo sensowne. Za to równie sporo związków, czy raczej układów razem mieszkających bywa kompletnymi idiotyzmami. Nie wspólna chata tworzy związek. Mieszkać razem i być ze sobą niekoniecznie oznacza to samo, te rzeczy potrafią się nieraz mocno różnić.
Zacznijmy od definicji związku na odległość. To jest wtedy, gdy taka para nie mieszka ze sobą, nie dzieli wspólnego lokum na stałe, a jedynie okresowo, na czas, kiedy ze sobą przebywają. To tyle, nic poza tym. Za to otwarta jest kwestia tej odległości. Tu bywa naprawdę różnie. Od sąsiednich domów do niesąsiednich miast, czy nawet kontynentów. Przy czym czasy obecne są takie, że tej odległości wcale nie mierzymy metrami, tylko upierdliwością doprowadzenia do takiej sytuacji, aby do poprzebywania ze sobą doszło. Im bardziej jest to upierdliwe, tym szybciej taki związek się rozwala. Sytuacja jest na ogół wtedy jasna.
Za to bardzo niejasna bywa nieraz przy wspólnym mieszkaniu. Taka para, gdy przestaje być ze sobą często nadal jeszcze ze sobą mieszka, bardzo często udając, że ich związek istnieje, mimo, że już go wcale nie ma. To są nieraz bardzo zawikłane sprawy, gdyż jako że komunikację, bazę związku, dawno już szlag trafił, to ci ludzie mają niedogadane, jak to w ogóle z nimi jest. Aczkolwiek nie zawsze tak jest, bo czasem obie strony dobrze wiedzą, co jest grane, czy raczej co jest nie grane.
Przejdźmy teraz do kwestii tej idiotyczności jednego, czy drugiego rodzaju związku. Otóż idiotyczność nie jest cechą naukową, zaś kompetencje do określenia, czy dany związek jest idiotyczny, czy nie, mają tylko te dwie osoby, które dany układ tworzą. Obserwator zewnętrzny ma tu guzik do gadania, jego zdanie, jakie by nie było, po prostu się nie liczy. Więc dyskusja na temat, czy jakiś związek, jego rodzaj, czy też konkretny przypadek jest idiotyczny, czy nie, nie ma żadnego sensu. Wynika z niej tylko tyle, co ze wzajemnego opowiadania sobie kawałów.
Natomiast co można naukowego wycisnąć z tego tematu? Na przykład to, że związek na odległość nie jest dobrą opcją dla ludzi lękowych, którzy mają ambicję posiadania maksymalnej kontroli nad tą drugą osobą. Okresy, gdy nie przebywają razem będą im ubarwiać ataki paranoi, że partnerka, czy partner spędza czas nie tak, jak według nich powinna. Czyli na przykład mizia się z kimś trzecim na boku. Za to taki związek może być niezły dla indywidualistów, którzy chcą mieć trochę czasu dla siebie, żeby nikt im się nie wpieprzał, nawet ta druga, najbliższa osoba. To oczywiście można nieźle zorganizować mieszkając razem, ale wydaje się być jednak nieco trudniejsze. Związek na odległość nie jest też zbyt dobrym pomysłem dla par ludzi mających skrajnie wysokie libido, którzy nie potrafią kroczy od siebie odkleić. Ale jest druga strona tego medalu. Otóż według jakichś badań, gdy się mieszka razem, ten piękny sport po pewnym czasie zaczyna być nudny. Zaś jako, że jest kluczowym filarem związku, to gdy ten filar słabnie, to cała konstrukcja zaczyna się mniej lub bardziej chwiać. Taka sytuacja mniej grozi przy związku na odległość. Przy każdej okazji bycia razem mizianko jest głównym punktem programu. Mniejszą ilość kompensuje większa jakość. To zaś wzmacnia, cementuje wzajemną więź, co powoduje, że obie strony nadal chcą się tak bawić. Co prawda celem związków nie jest bynajmniej trwałość, ale to, żeby było fajnie, niemniej jednak ta trwałość jest pewnym miernikiem tego, czy jest fajnie, czy nie. Mowa jest rzecz jasna o trwałości bycia ze sobą, a nie mieszkania razem.
To może na razie tyle w temacie, choć pewnie można by więcej. Ale oddamy teraz piłkę Kawiarni, która zapewne również coś ciekawego opowie.
Aha, tekst posta zawiera lokowanie innego, też fajnego bloga.

08 marca 2024

NA OLIMPIE JAK NA OLIMPIE

Żadne święto nie jest wcale niczym nadzwyczajnym, to tylko ludziom czasem odbija (albo zdrowieją - kwestia POV), a ta lub inna branża przy okazji notuje chwilowy wzrost obrotów i wzdryg akcji na giełdzie.

/Pewien Starożytni Filozof Grecki, choć nie wiadomo za bardzo który to był, bo wtedy, w  tamtych czasach to oni podobno cały stadami łazili po mieście, więc nie było łatwo rozpoznać who is who./
- - - Co za cholera wymyśliła ten cały Dzień Kobiet? Przecież wszystkich ich na raz nie przelecę, tak? To wcale nie jest takie łatwe być bogiem na stanowisku kierownika kierowników zamieszania.
Tak oto utyskiwał Zeus, użalał się nad sobą przy kuchennym stole gapiąc się w talerz owsianki. Jego małżonka Hera odwróciwszy się od lodówki łypnęła nań ironicznie, po czym spytała kąśliwie:
- To ty sobie myślisz, że one wszystkie nie mają nic do roboty, tylko wciąż marzą o tym, żebyś je przelatywał? Mikołaj święty się znalazł. A może któraś zamiast miętosić się z jakimś obleśnym, brodatym, zrzędliwym dziadem woli poczytać sobie książkę? Tak na ten przykład.
- O tak, dobra książka to fajna sprawa, lepsza niż facet.
Wtrąciła Atena i dodała:
- Czyńmy książki, nie wojnę!
Zeus uniósł brwi jakby zdziwiony:
- Córcia, o jakiej wojnie mówisz? Ja te dupy kocham.
- Połowa wojen na świecie jest o dupy. Najpierw jest dużo gadania o miłości, a potem się z tego robi jedna, wielka, jebana napierdalanka.
- Siostra, nie wyrażaj się!
Hefajstos wyraźnie wstał kulawą nogą tego poranka. Patrzył na swój kubek kawy tak, jakby ten mu żonę zerżnął. Za to Ares tryskał dobrym humorem. 
- Ja tam już swoje zrobiłem. Nie trzeba poprawiać. I to wcale nie była żadna wojna. Trupów i strat materialnych nie zanotowano. Tylko zdaje się jedna gumka od majtek pękła. Ale to się da ogarnąć.
Jakby na potwierdzenie tych słów do kuchni wdzięcznie nader weszła Afrodyta, cała w skowronkach. Do tego bez majtek, ale jej mąż udał, że tego nie widzi. Wstał od stołu i mruknął:
- Idę do roboty.
- Chyba do pracy. Robotę Ares już wykonał.
Ale zanim Hefajstos się zamierzył sękatym kułakiem na Hermesa, który rzucił tą uwagą, ten już był w dalekim sektorze przestrzeni Hilberta. Za to Zeus jakby się nieco skrzywił i spytał:
- Czyli co? Książka ma być lekiem na ból głowy? To chyba nie jest najlepszy pomysł. Jak boli głowa, to się idzie do lekarza. Albo proszek bierze. Gdzie mój wnuczek? Tak w ogóle.
- Który?
Spytała Hera, zaś Zeus odparł:
- Ten od leczenia. Asklepios, czy jak mu tam. Apek, weź zawołaj mi tu tego swojego zasrańca, misję mam dla niego.
Apollo zaprotestował:
- Tato, nie ta chronologia. On dopiero jest w starszakach. Studia medyczne ma zrobić za jakieś ileś tam lat dopiero. 
- Niby tak. Trochę za młody na leczenie bab. Ale czekaj. W doktora to już się chyba bawią w tym przedszkolu? To coś tam umie?
Hera spojrzała z politowaniem i westchnęła:
- To jest właśnie ten mój małżonek. Ojciec dzieciom, dziadek wnukom, niby poważny facet, a tu znowu sprowadził temat monogamicznie do jednej.
- Za to ty to mnie tak wspierasz, jak poważna, oddana żona. Myślałby kto. Masz jakąś konstruktywną propozycję? Tylko nie mów nic na temat starych sprawdzonych, przetestowanych sposobów.
- Goździk i rajstopy zawsze działały.
- Chyba w innym ustroju dyrba.
Zeus zamyślił się na chwilę, po czym zadeklarował:
- Najchętniej to bym odwołał ten cały Dzień Kobiet, ale nie mogę, bo mnie Mojry zabiją i rower zabiorą. Więc zrobimy tak, że każdej kobiecie damy po książce, po wibratorze i po proszku od bólu głowy. Niech same rozporządzą sobie tym całym zestawem. Wolność ma być.
Apollo szybko wtrącił:
- Ale grającym jeszcze gitary?
- - - Może tak być. Po gitarze na dupę. I po talii. Znaczy po talii kart. Gry bywają różne. Dytka, przestań mi tu świecić tymi pośladami, tu się ważne decyzje podejmowuje. To nie kiosk Ruchu, ja tu mięso mam. Tak?
Dla potwierdzenia powagi swoich słów Zeus wymierzył Afrodycie gorącego klapsa, po którym bogini miłości wybiegła z kuchni z wrzaskiem:
- Metoo mi tu robią! Ja się nie zgadzam!
- Poszła won landryna jedna!
Potem Gromowładny sięgnął po telefon:
- Dionek! Jestem u ciebie za parę minut. Bo zaraz mnie tu jasny szlag trafi na miejscu. A niech was wszyscy...
Po czym zniknął. Hera westchnęła:
- Znowu wróci w dupę centralnie wypiwszy. Wola boska i skrzypce.
Wytarła dłonie o fartuch i oświadczyła:
- Dzieciaki! Gumkuję tą gamońską uchwałę. Ma być stary, wypróbowany tryb. Goździki i rajstopy. Tak było, jest i będzie. Dzień Kobiet ma być po bożemu. Jak baba nie zarządzi, to zawsze jakieś gówno z tego wychodzi.
- Mamo! Jem!
Kwestia Artemidy zamknęła tą dyskusję. Zasadniczo zamknęła, bo jeszcze Apollo mruknął pod nosem, jakby do siebie:
- Chyba macocho. Mitów greckich nie czytała, czy co?
Rodzinne śniadanie dobiegało końca. Zanim jednak wszystkie bogostwo obecne w kuchni rozeszło się już do swoich zajęć, coś pstrykło, piardło, błysło, zaśmierdziało ozonem, zaś na stole pojawiło się wielkie pudło pełne paczek rajstop ACME oraz równie niemały snopek goździków. Też ze szklarni ACME zresztą. Do tego wszystkie brudne talerze ze zlewu zalśniły czystością na suszarce. Hera szlochnęła cicho i przetarła szybko oczy rąbkiem fartucha.
- Pijak, dupiarz, ale w sumie dobre chłopisko. Wzruszyłam się.
Po czym spojrzała bystro, menadżerskim wzrokiem na siedzących jeszcze przy stole bogów ze słowami:
- To teraz trzeba to wszystko powielić i rozdać.
Ares dłubiąc sobie w zębach kopisem spytał:
- Niby kto to ma zrobić?
- No, przecież chyba nie my!?
Mówiąc to chórem Artemida i Atena wstały od stołu, każda sięgnęła do pudła, wzięły sobie po paczce rajstop i po goździku, po czym uniosły dumnie głowy, obróciły się na piętach i ująwszy się pod ramiona, boskim krokiem stąpając opuściły część kuchenną obiektu. Tylko kot spał, jak spał. Koty tak mają, że jak się nażrą, to idą pospać. Na Olimpach też.
Była część artystyczna, zaś w tej takiej bardziej oficjalnej życzymy Paniom, żeby rajstopy darły się z klasą, a goździki więdły z gracją i wdziękiem.😃
Bulba!