07 października 2022

CIASTECZKA /verba non olet?/

Gwoli przypomnienia:
Cały ten cykl "ciasteczkowy" kręci się wokół duetu Zula and Zoja, które są parą, do tego jeszcze mieszkają razem, zaś przy okazji są mistrzyniami zen. Nieprofesjonalnymi bynajmniej, mają inne źródła utrzymania, ale tak dla sportu, zwykle przypadkiem, tak raczej mimochodem kogoś nauczą, choć niekoniecznie skutecznie.

Tym razem jednak żadnych zenów nie było, tylko kolacja. Nasze ulubione bohaterki znowu jadły pierogi. To wcale nie jest tak, że one są na jakiejś diecie pierogowej. Po prostu narrator, gdy do nich zagląda, to akurat trafia na takie menu. Do kompletu miały Karynę, to taka ich znajoma, był taki odcinek, która ma pecha do facetów, bo hoduje krzaczory w kroku. Trudno było jej nie zaprosić do stołu, bo toć to ona przyniosła te pierogi. Z krabami zresztą a la surimi, które sama ponoć zrobiła. Tak sobie wszystkie jadły, jadły, do tego jeszcze gadały. Jak najbardziej prawidłowo zresztą, według zaleceń pewnego mądrego wujka, który zalecał: "jak jesz, to jedz, jak gadasz, to gadaj, a jak jesz i gadasz, to jedz i gadaj". Gdy wyczerpały temat, jakiś nieistotny zresztą, Karyna zapytała:
- A wiecie co?
- Tego może nie, ale sprawdźmy.
- Bajden, ten co...
- Wiemy, kto to Bajden, to możesz pominąć.
- To on ułaskawił wszystkich, co siedzą za zioło.
Zula pokręciła głową mówiąc:
- Nie wszystkich, tylko tych z wyroku sądów federalnych. Do tego nie ułaskawił, tylko na razie powiedział, że ułaskawi. Wielka mi nowina, wszystkie media to trąbią. No, może nie wszystkie media. Portale konopne nie trąbią, bo one zawsze mają poślizg. Za dużo jarają te ich redakcje.
Zoja wtrąciła pojednawczo:
- Ale to chyba jednak dobra wiadomość?
- Ho pehnie...
Tu Zula przełknęła kęs pieroga, zanim dokończyła:
- ...że dobra. Sprawy idą w dobrym kierunku. Tylko powoli.
Karyna pociągnęła wątek:
- Ale w końcu świat jakoś znormalnieje.
Tu Zula poparła ją częściowo:
- Może nie całkiem, ale...
Karyna przerwała jej kontynuując myśl:
- Gdy już wszędzie zalegalizują ten narkotyk...
Nie dokończyła, bo teraz Zula jej przerwała. Dynamicznie.
- Co ty kurwa powiedziałaś?!!!
Karyna ze spłoszoną miną spytała:
- Nocooo?
Zoja wtrąciła wyjaśniająco:
- Chodzi o to ostatnie słowo w twojej kwestii. Tak się na zioło nie mówi w porządnym towarzystwie, do tego przy jedzeniu.
Zula dodała:
- To tak, jakbyś powiedziała, że sraja smrodek jest za życiem.
Karyna ze zdziwioną miną i pierogiem w ustach spytała:
- Ha ne hest?
Tego dla Zuli było za wiele:
- Zojka trzymaj mnie, bo jej zaraz jebnę!
- Zuleczko, kochanie, nie dramatyzuj. To tylko słowa.
- Tylko słowa? Hohwash! To jest najdokładniej tak, jakby wykonać nieautoryzowanego pierda przy cesarzycy Japonii. Tego się kurwa nie robi! Są jakieś chyba zasady, tak?
- Niemniej jednak słowa są jak pieniądze: nie śmierdzą.
- To ja mam w takim razie synestezję.
Gdy dialog ustał Karyna spytała ze łzami w oczach:
- Co ja znowu robię nie tak?
- WSZYSTKO!
- Pierogi też?
- Też. Bo za mało.

03 października 2022

GŁĘBOKI ODDECH CZAROWNICY /praktyka zen/

Anita mocno wciągnęła powietrze i zaczęła wykład:
- Żyjemy wszyscy, no, może prawie wszyscy, na ciągłym tripie, takim nieco dynamicznym, bo fazy ma różne. Prawie, bo ludzie trwale oświeceni widzą sprawy takie, jakimi one centralnie są lub przynajmniej, według innej teorii, widzą je najwyraźniej. Dobrym narzędziem, aby to osiągnąć, dokładniej zaś powrócić do tego, może być praktyka zen, która może niekoniecznie jest konieczna, dla niektórych nawet jest szkodliwa, ale summa summarum, tak statystycznie rzecz ujmując, jest to wcale nienajgłupszy pomysł. Praktyka zen, jej bazowa forma, popularnie zwana jest medytacją, nie jest to jednak do końca trafne określenie. Co prawda samo japońskie słowo "zen" pochodzi od chińskiego "chan", co ma oznaczać właśnie medytację, ale ponoć nie jest to zbyt dobra translacja. Poza tym medytacja to zawsze jakiś inny trip, inny odlot od tego common, zaś podczas zenowania nigdzie się nie odlatuje, tylko przylatuje. Tu jeszcze należy dodać, że praktyka po narkotykach lub marihuanie to nie jest to, o co chodzi, to nadal będzie jakaś medytacja. Ze środków zmieniających stan umysłu mądrzy wujkowie dopuszczają jedynie zieloną herbatę, żeby nie przysypiać podczas ewentualnych dłuższych sesji, tudzież dla zdrowotności, bo herbata to zdrowe zioło, choć rzecz jasna nie tak zdrowe, jak konopia. Technika shikan taza, tak to się fachowo nazywa pozwala nam zbliżyć się do tego co jest, choć cały myk polega na tym, żeby nie tworzyć sobie zadania z tego zbliżenia, bo inaczej ta cała robota nie działa. To jest jeden z paradoksów zen, którego nie ma jak dokładniej wyjaśnić słowami. Po prostu nie szukaj, bo nie znajdziesz, tylko znajduj. Najkrótsza instrukcja to "siadaj i siedź". Rzecz jasna umysł niekoniecznie trawi taki prosty przekaz, więc dodano do tego kilka zaleceń technicznych, coś jak ulotka przy leku. Poza tym różni mądrzy, mniej lub bardziej, wujkowie wyjaśniają komu mogą, na piśmie lub paszczą, jak to ma działać, co trzeba robić lub raczej czego nie robić. Najładniej, metaforycznie to ujął pewien taki właśnie wujek kiedyś, żeby nie częstować herbatą myśli, które wlatują przez otwarte okna lub drzwi naszego umysłu. Natomiast pojawia się pytanie, czy trzeba to robić, czy w ogóle trzeba być oświeconym? Na to pytanie jest dość prosta, zaiste zenowska odpowiedź w stylu innego jeszcze mądrego wujka: "jeśli myślisz, że trzeba, to trzeba, jeśli myślisz, że nie trzeba, to nie trzeba, teraz sobie wybierz". Co prawda błąd się pojawił już na początku gdy pojawiło się owo pytanie, ale jest też dobra wiadomość, że świat się nie zawalił, że nie jest tak marnie, aby nie można było tego odkręcić. Wystarczy mniej myśleć, nie szukać odpowiedzi na nie, bo to nie ma żadnego sensu. Jeśli już myśleć, to lepiej na przykład nad tym, jak opowiedzieć własne milczenie, albo jak obejrzeć swoim okiem to właśnie swoje oko, tylko bez oszukaństwa, żadnych luster, czy takich tam innych obejść. To też pewna bazowa technika zen, to już jest medytacja, jakby trochę przeciwny kierunek do poprzedniego "tylko siedzieć". Ale to też działa, umysł przegrzany intensywnym myśleniem nad rozkminką paradoksu nagle eksploduje, nagle się okazuje, że stół jest stołem na ten przykład. Jak widać nie ma tu żadnej religii, żadnej ideologii, żadnej filozofii, choć przy  tym ostatnim można się nieco pospierać. Bo jakaś minimalna baza teoretyczna istnieje, nie jest ona jednak najważniejsza. Zbytnie skupienie się na niej to tak, jak jedzenie obiadu za pomocą czytania książki kucharskiej. Inni za to z kolei wujkowie twierdzą, że człowiek oświecony zawsze prawidłowo rozpoznaje sytuację, właściwie też na nią reaguje. To jest akurat lekka przesada, taki chwyt reklamowy, bo ipso facto życie jest jak brydż - grą strategiczną z ograniczoną informacją, więc czasem jest tak, że najlepsze zagranie nie zawsze jest skuteczne. Są też palcówki, tak to nazywa żargon brydżowy, czyli sytuacje "albo - albo i znikąd pomocy", co prawda dobry brydżysta stara się ich unikać, ale nie zawsze tak się da. Na pewno jednak oświeconemu, tak znowu statystycznie rzecz ujmując, żyje się lepiej, bo rzadziej myśli nadmiarowo, więc mniej tworzy pustych, urojonych problemów, zaś przy okazji również lepiej się żyje jego otoczeniu. Tu mamy kolejny paradoks, bo zen generalnie, ex cathedra, nie wyjaśnia, czy uprawianie go to dobrze, czy źle, ale moim zdaniem bilans wychodzi na plus, mimo że czasem ktoś może zwariować, gdy zobaczy jak sprawy dokładnie się mają. Ale to są marginalne, pojedyncze przypadki, rzadkie niczym kliniczne, uczciwie rozpoznane uzależnienie od Świętego Zioła. Jak mawiał kolejny mądry wujaszek: "w każdym miodzie jest chociaż odrobina gówna". Dość wiele osób uważa, że zen ma na celu osiągnięcie Świętego Spokoju. To akurat jest zwykła nieprawda, bo zen nie ma żadnego celu. Za to nie można zaprzeczyć, iż ów Święty Spokój często bywa skutkiem ubocznym praktyki, błędem jest jednak staranie się go osiągnąć, bo im bardziej się staramy, tym bardziej się od niego oddalamy. To trochę tak, jak z facetem, któremu nie stanął wtedy, gdy miał stanąć. Zwykle nie jest to fajne wydarzenie, ale gdy taki facet za dużo zaczyna o tym myśleć, gdy czyni jakieś paniczne starania, aby naprawić tą niefajną sytuację, to tym gorzej dla sytuacji. Za to kiedy już ten Święty Spokój osiągniemy, to marnym pomysłem jest przywiązywanie się do niego, bo bardziej boli, gdy nagle go stracimy. Można.
To ostatnie słowo było sygnałem, że gdy ktoś się odezwie, to nie będzie się liczyć jako przerwanie, bo właśnie skończyła. Pierwsza wychyliła się Kaśka, psiapsióła Maliny, siostry Borka, faceta Anity:
- To znaczy co? Zioła nie można?
- Zwariowałaś? Generalnie to oczywiście można, tak dla sportu, dla higieny psychicznej. Mówiłam tylko, że do praktyki zen się nie zaleca tej zabawki.
- Bo co się wtedy stanie?
- Nic, tylko to wtedy nie będzie już praktyka zen, tylko kolejny trip. Też wartościowe ćwiczenie, niemniej jednak samo bezpośrednio do oświecenia nie prowadzi, to taka jakby lektura uzupełniająca jedynie, nieobowiązkowa bynajmniej. Zen w paski rasta.
- To fajnie, bo ja akurat po zielsku widzę najlepiej, jak się sprawy mają. Poza tym real bez zioła jest dla mnie nie do przyjęcia.
- Nie mów tego zbyt głośno, bo jakiś jebany marychofob przybije ci jeszcze uzależnienie lub jakąś nałogowość.
- Ja się z idiotami nie zadaję i mam wyjebane na te ich diagnozy.
W tym momencie odezwała się Mariola:
- To co laski? Co teraz robimy?
Anita zmarszczyła czoło i odparła:
- Borka nie ma, pojechał do matki fachurzyć, coś przykręcić, coś przybić, coś przenieść, to mamy teraz istny babski comber. To może w takim razie byśmy... Byśmy... Co byśmy?
Mariola wtrąciła:
- Jest nas czwórka, ale ja nie umiem w brydż.
Milcząca dotąd Malina zakrzyknęła nagle:
- Piżama party!!!
Kaśka zaoponowała:
- Chyba beze mnie, bo ja sypiam na golasa.
- To będziesz na golasa. Piżama zerowa to się nazywa.
- To ja też chcę na golasa, tak po solidarności.
- Jak wszyscy, to wszyscy, Baba Jaga też. Robimy tak: Kaśka kręci blanty, Malina idzie do kuchni po ciasteczka, tam leżą na wierzchu, Mariola nic nie robi, czyli to, co najbardziej lubi, ja zapuszczam Motley'ów, przy nich się fajnie z majtek wyskakuje, a narrator niech oddali się szybciutko, bo babskie sprawy będą grane.
Narrator posłuchał, bo Anita mogłaby go w żabę zamienić, zaś zanim by do tego doszło, to Kaśka by go zdzieliła, ona potrafi, bo to fitneska jest, do tego ememej, krav maga, czy tam coś jeszcze, więc żartów zero. Ale na koniec opowie anegdotę o wspomnianych Motley'ach. Ponoć do którejś swojej płyty dołączyli byli ulotkę zawierającą jakiś adres oraz tekst: "przyślij nam zdjęcie swojej cipki". Sytuacja ich centralnie przerosła, bo listów przyszło jakieś kilkadziesiąt razy więcej, niż na początku szacowali.