06 kwietnia 2022

Koty na blaszanym dachu głowy

Jak wiadomo Kawiarni nie bloguję w klasycznej formule, czyli raczej nie poruszam na tych łamach swoich własnych spraw. Ale za to lubię pogadać o kotach, także wtedy, gdy są to własne koty. Dom bez kota to głupota, aczkolwiek rozumiem pewne uzasadnione przypadki, gdy brak kota jest do przyjęcia. Jednak u nas koty były praktycznie zawsze, od jednego do kilku, rekord to chyba dziewięć. Przy czym ten konkretny przypadek to nie były nasze koty, bo kilka należało do chwilowych sublokatorów. Nie, wróć! Co ja plotę? Kota się nie ma, nie posiada, ma się go tylko pod opieką. Nie ma czegoś takiego, jak "właściciel kota", jest to fraza niepoprawna politycznie, wręcz nielegalna, zakazana.
Obecnie koty są trzy. Najdłużej, choć nie najstarsza, od samego początku jest Krajka. Ósmego marca skończyła właśnie dziewiąty rok życia. Mała, czarna koteczka, nie do końca legalnie poczęta, bo przez własnego wujka. Ktoś kiedyś nie dopilnował pewnego tematu, więc się tak jakoś porobiło. Mimo jednak takiego wsobnego początku Krajka jest pełnosprawnym, nigdy nie chorującym sierściuchem, zawsze jest pełna energii, dobrego humoru, odwagi i przyjaznego nastawienia do świata. Jej stan umysłu można śmiało określić jako "kocie mojo", według terminologii Jakcsona Galaxy. To widać zresztą po ogonie, który podczas marszu zawsze jest na baczność, co jak wiadomo jest objawem wspomnianego dobrego humoru, pewności siebie, tudzież przyjazności. Nikt nigdy ni putasa nie widział Krajki wkurzonej, czy wystraszonej. Tą przyjazność okazuje ona również psiakom. Bo trzeba tu wtrącić, że w domu jest i funkcjonuje też psiak. Bywały też czasem dwa, gdyż przez pewien okres czasu prowadziliśmy dom zastępczy dla bidulków ze schroniska, do czasu znalezienia dla nich stałego domu. Taki psiak był socjalizowany przez naszego, tudzież też przez kota. Tak więc jak widać, temat "psy" dla Krajki jest niestraszny. Niestraszny jej też jest deszcz, czy śnieg, jest wodoodporna, co wśród kotów jest cechą raczej rzadką. Każda pora, także deszczowa jest dla niej dobra, aby połazić po dworze, poddać teren patrolowi. Czasem efektem takiego patrolu jest ptaszek, mysz lub ryjówka. Gdy Krajka przynosi taki łup anonsuje to wrzaskiem, co oznacza, że chwilowo ma zakaz wjazdu do domu. Za to inny typowy koci odgłos, czyli mruczenie, kocica produkuje bardzo cichutko, subtelnie.
Jednak bilans mruczenia równoważy Lucek, który gdy się włączy, to wali jak traktor. Lucek ma w papierach, kociej książeczce zdrowia, pierwotnie było Lucyfer, ale rzadko używane, bo za długie. Ale bywa też Lucjan. Ma chyba jakieś dziesięć, jedenaście lat, u nas jest od półtora roku. Trafił się na okoliczność spadku po zmarłej opiekunce. To było tak, że gdy udała się ona do szpitala, ja zamieszkałem w jej domu, aby mieć Lucka na oku. Był on kotem niewychodzącym, mieszkającym na drugim piętrze kamienicy, zaś gdy pobyt szpitalny owej opiekunki zakończył się fiaskiem, trzeba było kota zabrać, zmienił więc automatycznie status na "wychodzący". Bardzo się do mnie przywiązał przez ten czas do chwili zmiany domu, więc to głównie ja się teraz nim zajmuję. Dodać należy, że Lucek jest kotem specjalnej troski. Gdy miał jakieś dwa lata, był problem z jego kanalizacją, zaś od tamtej pory jest wciąż na specjalnej, weterynaryjnej karmie, przyjaznej urologicznie. Nic innego nie je, nawet nie kojarzy, że to coś innego jest jedzeniem. Za to Krajka świetnie kojarzy, że jego karma jest miodzio, więc trzeba pilnować, żeby mu nie wyjadała, bo nie są to zbyt tanie rzeczy. Lucek nie jest też do końca sprawny fizycznie, ma dysplazję bioder. Za jego młodu nie było za bardzo warunków, aby to ogarnąć, obecnie zaś taka operacja nie ma zbytnio sensu. Jednak Lucek świetnie sobie radzi w temacie mobilności, ma tylko nieco ograniczoną skoczność.
Po zmianie lokum oba koty doskonale się dogadały, obecnie można już mówić nawet o sporej wzajemnej sympatii. Być może niewykluczone, że ich więź scementowała wspólna podróż przez ponad pół Polski. To było tak, że my ludzie postanowiliśmy zmienić lokum. Opuściliśmy wielkie miasto, aby osiedlić się na kompletnym zapizdowie. Ostatnim kursem pojechały koty. Wymagało to jednak pewnych przygotowań. Co prawda są i takie, które dobrze znoszą podróż, ogólnie jednak jest to przeważnie stresujące dla nich doświadczenie. Mimo, że znam się na kotach, to trochę wiedzy więcej nie zaszkodzi, skonsultowałem więc cały ten temat z kilkoma behawiorystkami lansującymi się w necie. Szczerze mówiąc, to za wiele to nie wniosło, nic nowego się nie dowiedziałem poza truizmami. Zakupiłem tylko feromon do spryskania transporterów oraz wnętrza auta, a także jakieś ziołowe kapsułki sedacyjne. Na koniec wpadłem na pomysł, aby koty po prostu uśpić. Nie eutanazyjnie rzecz jasna, tylko tak na czas jazdy. Udałem się do pani doktor, najlepszej wetki, jaka tylko istnieje, ona zawołała anestezjologa, efektem narady była tabletka plus instrukcja, któremu kotu ile zapodać. Feromon rozpyliłem odpowiednio wcześniej, aby ulotnił się zapach alkoholu, bo jak wiadomo, koty tego narkotyku nie znoszą. Potem zwierzaki dostały nic do jedzenia oraz zakaz opuszczania koszar. Lucek okazał niesubordynację teleportując się na dwór, efektem czego było opóźnienie wyjazdu. Wreszcie się znalazł, oba sierściuchy nafaszerowane zostały usypiaczem, po czym zapakowane do transporterów, transportery zaś do szoferki wana. Ruszyliśmy około dziesiątej wieczór, jakoś tak.
Usypiacz nie zadziałał. Przez pięć godzin jazdy koty niezmordowanie darły japy. Co prawda miałem jeszcze inne, rezerwowe piguły, ale nie chciałem ryzykować przeholowania, jakiegoś zatrucia pasażerów. Przez całą drogę było może tylko kilka minut ciszy, dominował chóralny koci wrzask. Różne tonacje, różne melodie, słychać było, jak zwierzaki nakręcają się nawzajem, znakomicie im szła ta współpraca. Zamknęły się dopiero po dotarciu na miejsce, gdy opuściły swoje kapsuły podróżne.
Dalej już było proste. Trzy dni zamknięcia w domu na czas adaptacji, potem pierwsze wyjścia na pole. Najpierw zginęła Krajka, odnalazła się po jakiejś dobie. Potem w akcji zaginął Lucjan, wcięło go tak jakoś na trzy czwarte doby. Wreszcie jednak sytuacja się ustabilizowała. Krajka objęła rządy nad terenem, zaś Lucek jako domator wychodzi rzadko i na krótko. Najchętniej towarzyszy Krajce, która ma już na koncie łowieckim kilka myszy i ryjówek, ale potem sam szybko wraca. Obce koty pojawiają się rzadko, mimo że wiocha jest dość gęsto zakocona. Na widok człowieka uciekają, ale...
Jakiś miesiąc temu pod domem pojawił się nowy kot. Nie uciekał, co więcej lgnął do nas gruchając przyjaźnie. Wyraźnie też pchał się do domu. Młody, ledwo ponad roczny kocurek, tak na oko. Przez pewien okres czasu jego status był nieokreślony, wreszcie jednak wyszło nam, że mamy trzeciego kota. Ale istnieje hipoteza, że robi na kilka domów, że jeszcze gdzieś się dożywia. Sąsiedzi okoliczni nie przyznają się do niego, tedy wyszło mi, że pewnie go ktoś z miasta przywiózł i porzucił. Kicek jest grzeczny, wie co to kuweta, tylko strasznie namolny na michę. Imienia konkretnego nie ma, ale po co mu imię, skoro do tej michy sam biegnie, wcale nie trzeba go wołać. Roboczo mówimy na niego "Bury", mimo że wcale nie jest bury, za to podobny bardzo do naszego dawnego kota imieniem Bury, który też nie był bury. Nasze stałe koty szybko go zaakceptowały, tylko Lucek czasem fuknie na niego, jak ma gorszy humor. Ale generalnie wszystko gra. Tylko psiak go molestuje czasami, ale ten psiak też jest tu nowy, do tego chyba nawet deko młodszy od Burego, więc to jest takie szczenięce, zabawowe molestowanie, nic groźnego.
I to by było właściwie na tyle.
Na fotkach: małe czarne z białą plamką to Krajka, duże czarne to Lucjan, zaś biało - szare to Bury, cała nasza kociarnia razem i osobno.

02 kwietnia 2022

SZUM LASU CIASTECZKOWEGO (part three)

TRIBUTE TO Ph.K.Dick

=====================
- Ja chyba wiem, co to jest!
- Zaczarowany wieloryb?
- Sama jesteś zaczarowany wieloryb.
Drobiazg, który Zoja trzymała w palcach nie był niczym nadzwyczajnym. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak maleńki cukierek pakowany maszynowo.
- Pomacaj, w środku jest jakaś pigułka. Jak otworzę...
- To nagle wybuchnie. Albo urośnie ci grzyb na głowie.
- Co ty pleciesz?
- Albo jeszcze lepiej. Zniknie z ciebie ubranie.
- Nie, cicho idiotko! To może być nasz bilet do domu.
- Niby jak?
- Antidotum. Łykasz pigułkę i cziułzet przestaje działać.
Zoja ostrożnie rozdarła pakiecik.
- Zobacz sobie.
Zieloną drażetkę na jej dłoni ozdabiał...
- Kurwa! Sygil Alicji. Skąd wiedziałaś?
- Nie masz monopolu na dobre relacje z własną intuicją.
Zula otworzyła szybko swoją paczuszkę.
- Zobacz, to samo.
- Tak, to samo. A co miało być? Czekoladowy tort?
- To co? Łykamy?
- No, chyba tak. Na czopek to nie wygląda. Ale może nie od razu. Dopijmy spokojnie piwo, dojedzmy orzeszki. Ma zostać i się zmarnować? Zróbmy jeszcze spacer po okolicy, strzelmy sobie fotki pamiątkowe. Ja nie mam telefonu, został w domu, ale ty masz.
- Ty wiesz, jakoś mi się przestało spieszyć do tego domu.
- Ciekawe. Piguła zaczęła działać jeszcze przed użyciem.
- Jak to?
- Normalnie. Uwierzyłaś w iluzję, że furtka ewakuacyjna istnieje. Za to zrobi się nam trochę głupio, gdy po tych tabsach dostaniemy tylko sraczki, na ten przykład. Albo te grzyby na czołach nam urosną.
- To co, spacerek?
Gdy wróciły, rozsiadły się na swoich fotelach, a gdy ich puszki z piwem zaczynały być puste, Zula zapytała:
- Masz swojego procha? Nie zgubiłaś?
- No, coś ty?
- To zapinamy pasy i oby nam się. Na trzy!
@ @ @
Obudziły się prawie równocześnie. Rozejrzały się dookoła i wychodziło na to, że zielone pigułki zadziałały zgodnie z oczekiwaniami. W pokoju oprócz nich była jeszcze Marta, która spała w fotelu, a w drzwiach tegoż to pokoju pojawiła się Tamara z pytaniem:
- Chcecie kawy?
Zoja zerwała się na równe nogi.
- Chcę kawy, ale jeszcze bardziej chcę Alicji!
- Kogo?
- Gdzie ta wydra jest?!
Zula również wstała i poszła do kuchni, gdzie krzątała się Iwona.
- Gdzie jest ta twoja Alicja?
- Jaka moja Alicja?
- Ta twoja dżaga, którą przyprowadziłaś.
Iwona zrobiła wielkie, zdziwione oczy.
- Nikogo nie przyprowadzałam. Sama przyszłam przecież.
- Nie rób ze mnie idiotki, co?
- Nie znam żadnej Alicji.
Do kuchni weszła Zoja.
- Co tu się dzieje? Tami upiera się, że żadnej Alicji tu z nami nie było. Chodźcie do pokoju, musimy pogadać.
Zbudzona Marta potrzebowała nieco czasu, aby ogarnąć się percepcyjnie, po czym również wyraziła swoje szczere i bezgraniczne zdziwienie, gdy Zoja z Zulą zaczęły ją pytać o Alicję.
- Słuchajcie laski, to jest już jakiś kurwa Oblęcin! Chcecie nam wmówić, że balowałyśmy w piątkę, że nie było żadnej Alicji? A to, to co to kurwa jest?
Mówiąc to Zoja sięgnęła po telefon. Zaczęła mazać palcem po wyświetlaczu, ale im dłużej mazała, tym bardziej zmieniała jej się mina.
- Zulka! Nie ma!
- Czego nie ma?
- Nie ma fotek z Alicją. Są fotki z imprezy, ale na żadnej nie ma tej suki. Nie ma też tej fotki, gdzie ty z nią...
- Jak to nie ma?
- No, nie ma i już! Ale jest jeszcze coś.
- No?
- Nie ma fotek z lasu. Tych, co robiłam na koniec. Ale jest jeszcze jedno, drugie coś. Spójrz na dzisiejszą datę.
- Wow! Dziesiąty marca! A był przecież jedenasty.
Pozostałe dziewczyny zerkały na siebie informując się nawzajem minami, że nie wiedzą, nie rozumieją, o co chodzi. Tymczasem Zula spojrzała przez okno. Raz, potem drugi raz, tylko już nieco dłużej.
- Zojka, rzuć tam okiem.
- Co jest?
- Co widzisz po drugiej stronie ulicy?
- Aptekę?
- A co powinno być?
- Powinno... Było... Jest... Księgarnia.
- Jak jest, jak nie ma?
- Wczoraj była. Zawsze była.
- I co? Przez jedną noc się przebranżowiła?
- To niemożliwe. Dajcie fajka, która ma?
Zoja przypaliła papierosa, zaciągnęła się kilka razy, po czym spojrzawszy na Zulę zapytała trochę nieswoim głosem:
- Czy myślisz to, co ja myślę?
- Myślę, że chyba tak.
- Czyli, że co?
- Ja sobie tak myślę, że czy my...
- No?
- Czy my na pewno...
- Czy my na pewno wróciłyśmy do domu?
- Dobre pytanie.
- Na razie, to ja muszę do klopa.
Gdy Zoja siedziała na sedesie, jej uwagę przykuła glazura, którą pokryte były ściany łazienki, a raczej centralnie jedna jej płytka. Na tejże płytce, zapewne szminką, narysowano...
- ZULKAAAAA!!!!!
Ten krzyk spowodował, że nasz ulubiony DALSZY CIĄG, niczym księgarnia na aptekę, przebranżowił się na KONIEC.
  
Philip Kindred DICK zmarł drugiego marca 1982-go roku.