21 stycznia 2026

DZIEŃ BABCI BEZ BABCI

Pomysł Maliny był lekko chybiony, co od razu zauważyła Anita:
- Lalka, czy my mamy jakąś babcię w okolicy?
- No, niby nie mamy, ale możemy mieć.
- Masz jakieś propozycje?
- Moja mama? Znaczy moja i Borka, twoja teściowa zresztą.
- Aha, tędy. Ale to bez sensu. Skoro nie ma jeszcze wnuczęcia...
- Wnuczki. To już akurat wiemy.
- Nieważne. Ale skoro nie ma wnuczki, to nie ma babci.
- Nitka, nie bądź taka logiczna, nawiedzona proczojsówa.
- Jestem proczojsówą.
- Ale nie bądź tak nawiedzona. Takie gadki są dobre na naukowe dyskusje, do tego w innym gronie. Bo ja też jestem proczosojsówa. My teraz możemy sobie dać trochę luzu.
- Dobrze, już dotarło. Taki dzień babci bez babci.
- Po prostu rodzinna kolacja z okazji ustawowego dnia babci.
- Było tak od razu, że nie chodzi o żadną babcię, tylko o okazję.
- Czyli w środę u nas jemy pieczonego łososia?
Wtedy ożywił się milczący do tej pory Borek:
- Łosoś koniecznie. Pupcia, dawno nie robiłaś.
Malina włączywszy jeden z wariantów swoich min słodkiej idiotki dodała jakby nieco retorycznie:
- Cieszysz  się?
Pani Weronika, choć jak każda normalna, zdrowa psychicznie kobieta też była proczojsowa, to była nieco starszej daty, więc gdy dowiedziała się o zmienionym stanie organizmu swojej synowej szybko weszła mentalnie w tryb bycia babcią. Kilka razy miała też okazję poznać rozkosze spożywania pieczonego łososia na sposób Anity. Więc gdy się dowiedziała, co się ma dziać od razu włączyła się do współpracy. Co prawda jej synowa potrafiła sama wykonać swoje dzieło, ale ta uznała, że lepiej, gdy będzie to efekt pracy zespołu. Miała inną opinię, niż Borek, który twierdził, że jego siostra oraz siostrowa pichcić nie umieją, co najwyżej pizzę zamówić przez telefon. Więc myślała pozytywnie na temat powodzenia całego projektu obejmując kierownictwo. Poza tym pieczony łosoś jej sposobem to nie było sobie takie kupić, upiec, potem zeżreć. Ten łosoś nie był tylko samym łososiem, to było mnóstwo innych rzeczy nim nie będących, zaś Anita mimo wszystko nie była Durgą Ośmioramienną. Tak więc szybko podjęła rolę bosmana na jachcie, który pohukuje na załogę, że wszystko jest robione źle. Malina i Mariolka miały naprawdę przesrane, upiekło się tylko Borkowi, który dostał zadanie pilnowania kaszy, co nie wymagało bynajmniej ciągłego tłoczenia się w kuchni pełnej bab, gdy żadnej, nawet swojej nie można uszczypnąć w pupę, bo można dostać po ryju. Poza miał on jeszcze inną misję, jaką było zabawianie Mamy, żeby do tej kuchni, jako gość honorowy nie zaglądała. Za to Mama też miała swoje do roboty. Otrzymała ścierkę do naczyń jako insygnium władzy nad kotem, który im bardziej się pojawiał, tym bardziej miał być przeganiany na zbitą mordę, bez prawa do apelacji.
Wreszcie jednak jacht zawinął do portu i padła komenda finałowa:
- Panie plus pan! Ręce myć i do stołu!
Zaś na stole było naprawdę bogato. Poczesne miejsce zajmowała wielka micha pełna pieczonej łososiny, obok druga micha kaszy gryczanej, którą Borek dopilnował jak należy. Kilka odmian sosów, domowych, nie sklepowych, oraz dwie wersje miksu dodatków roślinnych. Jedna ogórkowa, druga bezogórkowa. Tak musiało być, gdyż akurat Mariolka była bezogórkowa. Pracowała bowiem kiedyś w warzywniaku, co wspominała potem następująco:
- Nie chcecie wiedzieć, gdzie szefowa plasowała te ogórki na zapleczu, zanim trafiały do klientów. Więc ja za ogórki dziękuję.
W opisie zawartości stołu pomińmy już wszelkie takie tam różne, które tam powinny być, więc były, nie twórzmy zagadnień.
Po zajęciu miejsc nastąpił wreszcie okres ciszy, gdyż paszcze miały coś innego do roboty, niż gadanie. Mimo, że w tym domu nie jadano stylem japońskim, tylko francuskim, gdzie jedzeniu towarzyszy właśnie gadanie, to nie padło ani jedno słowo. Nawet prośby, aby komuś podać coś, co jest akurat poza zasięgiem, artykułowano gestami plus jakimiś ewentualnymi pomrukami. Gdy wreszcie minęła pierwsza fala ekstazy pani Weronika zabrała głos, pokazując na butelkę wina będącą jej wkładem do obiadokolacji.
- Łosoś lubi pływać, więc żeby sobie nie pomyślał, że go koty jedzą, to zajmij się Mioleczko tym pojemnikiem, jako najmłodsza.
Kot tego nie skomentował, choć słyszał wszystko z kuchni, bo sam pałaszował po japońsku swój godziwy bonus, który otrzymał za... Bynajmniej nie za bycie mało upierdliwym, bo akurat był aż za bardzo, ale za to, że jest kotem, ważnym elementem tej rodziny.
Mioleczka otworzyła butelkę, potem pojechała po starszeństwie. Najpierw nalała Mamie, Anitę ominęła, potem się zawahała, jak zwykle przy takiej okazji. Starszy Borek, czy młodsza Lalka, ale jakby nie było dupencja? Lecz ów starszy skrócił jej męki.
- Mioluś, ja dziękuję.
- Okay.
Gdy kieliszek Maliny przestał być pusty, postawiła butelkę na stole. Lalka spojrzała jakby odrobinę zdziwiona na nią, potem na Borka, potem znowu na nią, wreszcie spytała:
- A wy co? Antybiotyki bierzecie?
Brat spojrzał na nią jakby lekko zbulwersowany:
- Siostra, zachowuj się.
Malina przyjęła któryś z wariantów jej ulubionej miny słodkiej idiotki, po czym skromnie spuszczając swe oczęta mruknęła:
- Masz rację. Przepraszam. To było alkochamstwo.
Wtrąciła się jednak Mama:
- Dzieciaki, wyluzujcie. Borek faktycznie ma rację, ale w tym naszym gronie nie musimy podchodzić do spraw aż tak poważnie. Bo mnie akurat zaciekawiło, dlaczego mój syn, który choć zawsze pijał skromnie, to jednak dziób moczył, teraz nagle przyjął opcję zerową. Niteczko, coś wiesz na ten temat?
- Pojęcia nie mam. Sama nie używam tego narkotyku od pewnego czasu, ze względów wszystkim tu wiadomych, więc umknęło to mojej uwadze. Słodziaczku, od kiedy ty tak?
- Od sylwka.
- Postanowienie noworoczne? Nic mi nie mówiłeś.
- Nieee... Może nie aż tak grubo. Po prostu zwykła decyzja.
W tym momencie Malina patrząc uważnie na Mariolkę i pusty kieliszek stojący za jej talerzem oznajmiła:
- Chyba łączę kropki. Na sylwka byłyśmy z Miolą u Borków. Działo się dużo, ogólny rozgardiasz, tańce, hulanki, swawole, wszyscy gadają ze wszystkimi, ale oni nagle złapali jakiś temat we dwoje. Długo go wałkowali zresztą, ale teraz już wiem, co to było.
- Co?
- Nie jestem idiotką, więc wierzę w przypadki, ale dziś akurat taki nie nastąpił. To była ich wspólna, kolektywna decyzja. Też to przegapiłam, bo do tej pory nie było okazji do żadnej wypitki, ale teraz już to widzę.
Wreszcie odezwała się Mariolka:
- Trochę tak, trochę nie. Bo myśmy nic wspólnie nie postanawiali, nie było żadnych projektów wykonawczych. Był tylko wspólny consensus na pewien temat, ale nie szły za tym żadne wzajemne zobowiązania. Tak więc to właśnie przypadek głównie zrządził, że dziś oboje odmówiliśmy spożycia. 
- Jakiż to był consenus? 
Miolka najpierw dołożyła rybiny na talerz, potem nieco sałatki, tej bez ogórka rzecz jasna, zawahała się nad kaszą, ale odpuściła, po czym oznajmiła:
- Paracelsus stwierdził kiedyś, że wszystko jest trucizną, oraz nic nie jest trucizną, że tylko dawka czyni truciznę. Otóż narkotyk zwany alkoholem ma taką dziwną właściwość, że jest trucizną niezależnie od dawki. Nawet orzechówka medyczna, którą się dawkuje na krople daje bilans na minus. Bardziej truje, niż buduje.
Mama spokojnie słuchała sobie tego wywodu, równie spokojnie przeżywając kęs łososia, wreszcie zwróciła swą uwagę na Anitę.
- Kochana, a co ty na to? Wydaje mi się, że masz największą wiedzę na ten temat. Jak dobrze wiesz, nie jestem przemądrzałą teściową, więc chętnie usłyszę twoje zdanie.
- Bez przesady. Nie jestem zbyt wielkim specem. Na temat narkotyków wiem tylko tyle, co powinna wiedzieć czarownica na moim poziomie. Do tego też nie wszystkich. Za to orzechówka medyczna? Zielarstwo, ziołolecznictwo stosuje czasem nalewki na alkoholu, ale ja tu akurat jestem sceptyczna. Tak, jak Miola powiedziała. Więcej trują, niż budują. Doraźnie może mogą pomóc, ale kosztem pewnej destrukcji. Tylko zastrzegam, że magia realna to nie farmakologia. Wiele pytań do niej trzeba kierować.
Wtedy wtrącił się nagle Borek:
- Miola ma rację. Nic nie uzgadnialiśmy. Nic nie koordynowaliśmy. Mnie się tylko zachciało być odpowiedzialnym ojcem za pół roku. Odpowiedzialny ojciec musi dbać o swoją formę bardziej, niż odpowiedzialny partner. Chyba nie przypuszczacie, że Mariolka też chce być ojcem? 
Ta wypowiedź rozwaliła systemy wszystkim przy stole. Zaś dalszej konsumpcji pieczonego łososia towarzyszyła luźna rozmowa na kompletnie inne tematy. Tylko Anita jakby coś sobie przypomniała. Nabiła na widelec spory kawałek rybiny, wtłoczyła go sobie do ust, pochyliła się do siedzącego obok Falibora, przyciągnęła jego głowę do swojej, po czym...
Robiło wrażenie. Malina i Mariolka chwyciły się wzajemnie za uda pod stołem, zaś pani Weronika ze swoim przyjaznym i życzliwym uśmiechem skomentowała:
- Takie jedzenie sobie z dzióbków to musi być prawdziwa miłość.
Po czym odłożywszy widelec chwyciła za butelkę i nalała wina do kieliszków Mariolki, Borka, a także Anity. Na zdziwione spojrzenie Maliny odpowiedziała:
- Czy jest coś, czego nie rozumiesz córeczko?
- Luz. Po prostu nikt się nie przyjrzał etykietce.

1 komentarz:

  1. Zastanawia mnie fenomen szczypania i klepania po pupach kobiet. Czy jako mężczyzna mógłbyś mi naświetlić tę kwestię od swojej strony? Czy to Wam sprawia przyjemność? Jeżeli tak, to jaką? Czy rączki same swędzą i się rwą? No bo np. mnie i jakąś część innych kobiet doprowadza to do piany na ustach i chęci natychmiastowego wykonania egzekucji na szczypiącym/klepiącym. Inna część kobiet zdaje się to lubić i nieodmiennie kojarzą mi się one z kelnerkami, służbą, chłopkami.

    OdpowiedzUsuń