Co prawda mamy już nowy rok, ale na razie cofniemy się jeszcze do okresu przedświątecznego, do piątku przed niedzielą zimowego sabatu. Jak doskonale pamiętamy, Anita, Roxy, plus Kaśka na doczepkę postanowiły sobie pojechać do wioski zakonu Benges. Nita miała w tym swój interes, gdyż była na wstępnym etapie szukania dobrej miejscówki, gdzie mogłaby bezpiecznie urodzić. Miała na oku kilka zagranicznych klinik, ale do sprawy wmieszała się Zira, mniszka Benges, z którą jakoś tak mniej więcej od roku mocno się kumplowała, od czasu próby porwania Mali.
- Nigdzie nie szperaj, nie szukaj, tylko wal prosto do nas. Mamy najlepszą porodówkę jaką tylko sobie możesz wyobrazić.
- Nie wiedziałam...
- Nie wiedziałam i nie rozumowałam. A przecież my też rodzimy jakieś dzieci. Więc siostry muszą mieć super warunki do tego. Inne dziewczyny, bezmocki zresztą też. Nie myślisz chyba, że wyślemy taką do jakiegoś szpitala powiatowego?
Tu pora coś wyjaśnić. Takie pojęcia, jak zakon, klasztor, czy też mniszka mogą budzić różne skojarzenia. Ale jedno jest na pewno mocno błędne. Wiedźmy Benges mają pewne swoje reguły gry, niektóre bardzo ostre, wręcz psychopatyczne, ale taka patologia jak deprywacja spraw zasadniczych nie ma tam miejsca. Zaś jak wiadomo, skutkiem tych spraw bywają czasem dzieci. Więcej już dorosłym ludziom tłumaczyć chyba nie trzeba. Więc Anita spytała wtedy jeszcze na koniec tej rozmowy:
- A jaki jest, że tak powiem, rozmiar nieszczęścia?
- Masz na myśli pieczywo?
- Dokładnie.
- Nie mamy umowy z reżimowym funduszem zdrowia bynajmniej. To zresztą nie jest żadna placówka usługowa, tylko tak do naszego wewnętrznego, prywatnego użytku. Ale od czasu do czasu trafia się klientka z zewnątrz. To trochę tak, jak z twoim czarowaniem. Nie jesteś zawodowa, robisz to głównie dla siebie, ale fajnym zleceniem nie pogardzisz.
- Zirka, nie trajluj mnie tu. Ile?
- Dogadamy się. Będzie pani zadowolona.
Anita nie była do końca pewna, czy śmiech Ziry brzmiał dobrze, czy niekoniecznie. Rzuciła więc tylko na koniec rozmowy:
- Jeszcze dodaj, że mam ci zaufać.
- To jest zbędne, w końcu jesteśmy siostrami.
- Zirka, chyba mi nie pomagasz teraz.
Koniec końców, zanim Anita odłożyła telefon obie czarownice dogadały jej wstępną wizytę w wiosce. Tak więc teraz jedzie ich trójka. Kaśki, jak pamiętamy, kwestie natalne mało obchodziły, ale chętnie dołączyła do wycieczki. Była bowiem ciekawa, jak się miewa pewna niedoszła, początkująca ćpunka, imieniem Dżesika zresztą, której uratowała dupę ekspediując ją do wioski Benges. Dorzućmy do tego jeszcze ciekawość ogólną, którą choć rzadko okazywała, to bynajmniej nie była jej obca. Ale gdy już wyjechały na drogę szybkiego ruchu Roxy nagle rzuciła znad kierownicy na zupełnie inny temat:
- Kasiu, jak się skończyła sprawa z tą klątwą, co to ją odbijałyśmy u mnie? Wiesz, z tego wisiorka. Doszłaś już, kto ją rzucił?
Tu wtrąciła Anita:
- Jak to kto? Berta, ta zawodowa, poznałyśmy po sygnaturze.
- Niteczko, nie plącz. Widzę, że ciąża nie robi dobrze na pamięć.
- Ano tak, dobrze, już wiem. Berta tylko utkała i sprzedała.
- No. To wiesz już Kasik, komu sprzedała?
- Prawie. Mam grube poszlaki. Ofiarą miała być...
- Wiem. Ta, jak jej tam, Yakuza. Twoja nowa pupilka.
- Taka nowa stara. Ale mniejsza z tym. Więc ona miała drobną kosę z jedną ze swoich panienek.
Znowu wtarła się Anita:
- Co one tak w ogóle robią? No, ten jej dziewczyński gang? Tylko nie mów, że hałasują motorami i ćwiczą u ciebie mordobicie. Chodzi mi o to, jak zarabiają dutki? Bogate z domu, czy może mają sponsorów, czy cóś?
Zapadła nagle cisza, a Roxy szybko rzuciła okiem w lusterko, zaś widząc zadumaną twarz Kaśki oznajmiła poważnym głosem:
- Jeśli to taki sekret, że nam nie powiesz, to luz. Zero problemu.
- Nie, spoko. To akurat wam mogę. Tylko chciałam to zabawnie ująć. Tak nie po chamsku.
- Ujęłaś?
- No. Otóż dziewczyny sprzedają zabawę.
Ruda i Nita zachichotały, wreszcie ta pierwsza stwierdziła:
- Prowadzą objazdowy teatrzyk bunraku?
- Nie bardzo. Raczej objazdowy sklep monopolowy. Tylko trochę inne produkty mają w ofercie. Takie sporo mniej legalne.
- Czyli, popularnie mówiąc dilują?
- Tak bym tego nie nazwała, bo się brzydko kojarzy z patusami pod szkołami wciskającymi dzieciakom trutki na szczury. One mają inny target. To są dorośli, bogaci ludzie, których uliczny syf nie zadowala. Czyli jak dla mnie wszystko jest w porządku. Chcącemu nie dzieje się krzywda.
- To prawda. Ale zajęcie ryzykowne, mimo wszystko.
- Dorosłe dupy są, wiedzą, co robią. A towar podobno mają dobry, czysty, uczciwy. Lalka ostatnio kokę u nich kupiła, nie miała powodów do reklamacji.
Nie było żadną tajemnicą w tym gronie, że Malina sporadycznie lubi takie zabawki. Ale że sporadycznie, to tylko idiota zrobi z tego problem. Anita jednak miała drobną wątpliwość.
- Lalce gówna nie wcisną, bo ta cała twoja Yakuza wie, że inaczej ty byś jej urwała łeb. Ale co do innych, to ja nie wiem.
- Inni też są władni urwać jej łeb. Źle kombinujesz.
- Tak w ogóle, to ona wie, że czarujesz?
- Nie. I nie musi wiedzieć. Ona zresztą w takie rzeczy kompletnie nie wierzy. A ja nie widzę żadnego powodu, aby to u niej zmieniać.
Piłkę znowu przejęła Roxy:
- No, dobrze, ale co z tą klientką Berty. Domniemaną klientką, jak mówisz. Klątwa ją trafiła, czy co się stało tak w ogóle?
- Uważam, że trafiła, tak na dziewięćdziesiąt ileś procent. Wiem na razie tyle, że laska dostała wysypki jak chuj, po czym trafiła na zakaźny. Gdyby się potwierdziło, że to jakaś zakaźna, egzotyczna choroba, to by znaczyło, że to nie ona. Czaruję od was krócej, dopiero kilka lat, ale już dobrze wiem, że magią nie można takiej choroby wywołać. Można tylko jedynie obniżyć czyjąś odporność, podkręcić podatność, ale nie na tym ta klątwa przecież polegała.
- Wiesz to akurat ode mnie, moja szkoła.
Zaśmiała się Anita, ale Kaśka mówiła dalej.
- Za to akurat dziś się dowiedziałam, że laskę puścili do domu, bo to jakaś alergia tylko była, nic zakaźnego. To jeszcze nie jest dowód, ale kto miał największy interes zrobić Zośce, znaczy Yakuzie kuku?
- Może oszukany klient?
- Tak, oszukany klient dał zaczarowany wisiorek tej panience, żeby ta go dała niedoszłej ofierze. Za mało prawdopodobne, żeby było prawdziwe. Ale żeby być uczciwą, zostawiam te kilka procent niepewności, po czym sprawa dla mnie jest skończona, bo nic więcej nie wytropię.
Przez dłuższy czas w połykającym bieżące kilometry aucie panowało milczenie. Wreszcie Anita zapytała z pewną taką jakby dozą nieśmiałości:
- Gdzie my teraz jesteśmy?
- Zaniedługo mamy zjechać z autostrady, a potem to ja nie wiem, gdzie jesteśmy. Za to dalej to ty masz wiedzieć. Wioski Benges nie ma na żadnej mapie dżipiesu.
- No, mam tą kartkę ze wskazówkami od Ziry.
- Zmieniamy się za kółkiem, czy pilotujesz?
- Chyba lepiej to drugie, ty z tej kartki nic nie pojmiesz.
- No, to zapierdalamy dalej. Przed zjazdem jest stacja benzynowa. Robimy mały postój? Siku, kawa, bąka puścić, oko dorobić, majty poprawić, czy takie tam inne.
- Robimy.
To akurat padło z tyłu, ze strony Kaśki. Zaś jakieś pół godziny później auto jechało już zwykłą drogą, choć której kolejności odśnieżania tego za bardzo nie było wiadomo. Ale na razie szło dobrze, bo też samego śniegu było niewiele. Jedynie co ileś tam kilometrów padała komenda od Anity:
- W lewo. Prosto. Prosto. W prawo. To teraz prosto.
Ale po pewnym czasie sytuacja zaczęła się nieco odpraszczać.
- W lewo.
- Na pewno?
Ruda nagle zatrzymała pojazd.
- Bo zabacz, co się dzieje. Tu jest tylko dwa w prawo, jedno bardziej w prawo, drugie mniej w prawo.
- A to po lewo?
- To nie jest żadne po lewo, to nawet nie jest polna droga.
- Jak nie jest, jak jest?
- To jest jakaś jebana miedza. Ja tam nie wjadę.
- Ale ja mam na kartce w lewo i chuj.
- Czekaj, bo to może to mniej w prawo to jest w lewo?
- Aha, że takie krzywe rozwidlenie?
- No.
- Dobrze, zasuwamy.
Minęło jednak kilka minut, gdy:
- I gdzie teraz?
- Zira mówiła, że teraz ma być piękna, szeroka, szutrowa droga.
- To wyschnięte koryto potoku przed nami to nie jest żadna ani szeroka, ani droga, ani szutrowa. Ani już na pewno piękna. Ja nie wiem, co to kurwa jest.
- Ale mnie się dalej instrukcja skończyła.
W tym momencie odezwała się śpiąca od jakiegoś czasu Kaśka:
- Cipki, gdzie jesteśmy?
- W murzyńskiej dupie jesteśmy!
- Gryzoń, nie uruchamiaj się.
- Ale ja czuję moc. Nie czujecie?
- Niby coś czuję.
- Ja też. Tam na wprost.
- Tyle sióstr na raz to musi walić mocą na kilka kilometrów.
- No, i wali.
- I coś się świeci.
- Coś. Tak jakby.
- Tak jakby.
- Znaczy, że dobrze jedziemy. Teraz tylko abramakabra i do przodu.
- Tym rowem przeciwczołgowym? Chyba cię pojebało.
Kaśka wysiadła z auta, wyjęła telefon i świecąc latarką podeszła nieco do przodu. Po chwili wróciła i otworzyła drzwi od kierowcy.
- Wiewióreczko kochanie, puścisz mnie za kółko?
Roxy zawahała się chwilę i odparła:
- No, dobrze. Ale jak mi pierdolnie zawieszenie, to niesiesz tego całego grata na plecach. Aż do samej tej wiochy.
- Jak chcesz, to idź przodem i odwalaj co większe bambule.
Na całe szczęście odcinek drogi postrzegany przez Rudą jako kryzysowy szybko się skończył, po czym auto jechało już regularną miedzą, aczkolwiek dość przyjazną dla zawieszenia wozu. Po chwili zaś zatrzymało się na jasno oświetlonym podjeździe przed szeroką, palisadową, jednak zamkniętą bramą. Wiedźmy całą trójką wyszły na zewnątrz rozglądając się po okolicy. Dalej też była taka sama palisada. Nagle Anita krzyknęła:
- Patrzcie, jest!
- Co jest?
- Piękna, szeroka, szutrowa droga.
- Gdzie?
- Tu!
- Rzeczywiście. Czyli to stamtąd powinnyśmy przyjechać?
- Na to wygląda.
- Dobrze, to teraz szukamy domofonu. Albo weź Nitka zadzwoń do Ziry. Niech otworzy, gościnie przyjechały.
Zanim jednak Nitka sięgnęła po telefon podwoje rozwarły się szeroko. Na zewnątrz wyjechał quad, zatrzymał się tuż przy samochodzie, po czym wysiadły zeń dwie postacie. Jedna, jak się zaraz okazało Zira podeszła do Anity pytając niepewnym głosem:
- Jak wyście tu tędy dojechały?
- Ściśle według twoich wskazówek.
Kobieta pokręciła głową i wyjęła telefon.
- Pokaż mi na mapie, jak jechałyście.
- Ruda, pokaż jej.
Roxy zerknęła na wyświetlacz.
- Tu zjechałyśmy z hajłeja, a potem jakoś tak...
- Tu zjechałyście?
- No, tu. Coś nie tak?
- To nie był ten zjazd!
- Ale wskazówki jakoś z grubsza się zgadzały.
- Niepojęte. A tak w ogóle to przestrzeni dla waszych ja.
Anita uśmiechnęła się.
- Twoim kosztem. Ale czy musisz tak formalnie?
- Muszę. Młodsza patrzy.
Ale młodsza, czyli druga postać centralnie gdzieś miała te formalności, tylko podbiegła do Kaśki i rzuciła się jej na szyję.
- Pani trenerka! Pani Katarzyna! Mówiono mi o niespodziance, ale nie że aż takiej. Ale ja nie wiedziałam, że pani też jest siostrą.
- Bo nie czułaś jeszcze tego, nie umiałaś. Ale teraz to mnie może puść, bo mnie połamiesz. Nawet mój chłop mnie tak mocno nie ściska. A uwierz mi, że ścisnąć to on umie.
Gdy dziewczyna poluzowała uchwyt Kaśka odsunęła ją od siebie, obrzuciła wzrokiem całą postać, zerknęła na jej twarz ozdobioną niewielkim tatuażem i spojrzawszy w oczy oznajmiła:
- No, Dżesika. Skobieciałaś. Kawał zdrowej dupy z ciebie.
- Już nie Dżesika. Dżesika została tam gdzieś, w rynsztoku, czy też w ćpuńskim szambie. Teraz, po nowicjacie to ja jestem Gaja.
- Rozumiem. To w ramach rewanżu odpuść sobie tą panią.
- To jak ma być?
- Kaśka i tyle.
Obie odeszły na bok mocno roztrajkotane. Anita chwilę patrzyła za nimi, po czym patrząc na Roxy i Zirę oświadczyła:
- Znam Kaśkę jakieś prawie pięć lat dopiero, ale zdążyłam dobrze ją już poznać. Jednak tak wzruszonej to ja nie widziałam jej nigdy. Dobrze Zirka, co dalej? Co robimy teraz?
- Umiesz na quadzie?
- Ja umiem.
Wtrąciła Roxy.
- To my z Nitą zaparkujemy ten wasz czołg, a ty jedź za nami.
- A co z nimi?
- Może je zostawmy? Wygląda na to, że świetnie się bawią ze sobą. Tylko nie wiem, co na to wasze procedury.
- Tym się nie zajmuj. Gaja dostała wolne do waszego wyjazdu, taką jakby przepustkę mówiąc popularnie, może robić co chce, nic nie musi. Ma tylko zok.
- Gaja? Gajka, Gajeczka. Nawet fajnie brzmi. A czemu ma ten zok? Coś przeskrobała? Tak tylko pytam, z turystycznej ciekawości.
- Dostanie jeszcze jedno imię, ale dopiero jak już wejdzie do Sześciokręgu. Zok ma dlatego, że jest dla nas zbyt cenna, a za mało jeszcze umie. Ale to są już detale naszej wiary, nie musi was to ciekawić za bardzo.
Nita szybko przejęła piłkę:
- Po co tu przyjechałam, to akurat wiesz. Ale tak poza tym, to wszystko mnie ciekawi, co tu zobaczę. Na razie jednak, to mnie interesuje jakaś łazienka plus jakiś podkurek, bo ostatnio tak się jakoś porobiło, że jako kobieta przy nadziei więcej zaczęłam jadać.
Wieczór cała piątka spędziła w miejscowym ni to barze, ni to bufecie. Zakon Benges miewał czasami gości, zwykle byli to okoliczni sąsiedzi, z którymi prowadzono jakieś interesy, więc obcy nie byli tu żadnym ewenementem. Ale trzy wiedźmy w towarzystwie bez wątpienia ważnej tu osoby, jaką była Zira budziły pewne zainteresowanie, aczkolwiek, jak zauważyła Anita, bardzo dyskretnie okazywane. Zaś na pokój, który im wyznaczono na kwaterę nie miały one najmniejszego powodu narzekać. Tylko zanim już tam dotarły, Gaja spytała Kaśki:
- Chcesz obejrzeć nasz poranny trening?
- Obejrzeć? Ja chcę sobie z wami poćwiczyć.
Gdy rano Anita i Roxy się obudziły ujrzały Kaśkę owiniętą ręcznikiem wychodzącą z łazienki.
- Hey cipki, widziała tu któraś jakąś suszarkę do włosów?
- To nie idziesz na ten swój trening?
- Już wróciłam.
- To o której ty wstałaś?
- Tak, jak tu się wstaje. Jeszcze przed kurami.
Roxy pokręciła głową.
- Ja rozumiem, że kto rano wstaje i tak dalej, sama to popieram, ale kto aż tak rano wstaje, ten jest po prostu psychopatą.
Anita mruknęła pojednawczo:
- Daj jej spokój. Nasza Kasia nigdy, przenigdy nie mówiła, że nie jest pierdolnięta.
Ale Kaśka sięgając po majtki przerwała ten dialog:
- Dziewczyny, wy naprawdę nie wiecie, gdzie jesteście. Tu jest naprawdę klasztor, a klasztory mają to do siebie, że ma być psychopatycznie. Żebyście widziały, jak te laski tu zapierdalają. Kompanię komandosek mogą sformować. Dawno już tak porządnie nie dostałam w pizdę. A to była grupa początkująca. Tak Gajka mówiła. Ale tego mi było trzeba, takiego właśnie napędu. Jak mi przejdą zakwasy, których się zaniedługo spodziewam.
- Biedny ten Adaśko będzie, jak wrócisz do domu. Wieczorem go zamarudzisz na śmierć, a rano zaruchasz. Też na śmierć.
Wtrąciła Roxy, zaś Anita dodała:
- Ty czekaj. Skoro one tak ostro ćwiczą, jak w tym klasztorze szijałocośtam, to ty sobie Ruda pomyśl, jak one muszą czarować. Wiotkie piczki jesteśmy przy nich.
Ale Ruda zaoponowała:
- Bez przesady. Krzepkie ciało nie musi iść w parze z krzepą umysłu. Tak, Kasieńko? Dobrze snuję swą światłą myśl?
Maczeta nagle przerwała proces ubierania się.
- Może. Choć do niektórych zaklęć też trzeba mieć porządną formę. Ale dlaczego teraz tak się dziwnie na mnie patrzysz?
- Nie dziwnie, tylko z podziwem. Pierwsza!
Mówiąc to Anita wyskoczyła z łóżka i potuptała do łazienki. Za to kompletnie już ubrana Kaśka oświadczyła Roxy, że:
- Spotkałam Zirę, powiedziała, że zjawi się tu u was za jakąś godzinę, tak mniej więcej. Chyba się już wyklujecie do tego czasu? Bo ja teraz idę się gościć.
- Gdzie się idziesz gościć?
- Senseika mnie zaprosiła na śniadanie.
- Sensykto?
- Sabumka inaczej.
- Możesz po ludzku?
- No, główna szefowa od naparzania się i całego wuefu tutaj.
- Rozumiem. To sobie pogadacie. Jak fachurzyca z fachurzycą.
Tak też się wszystko stało. Kaśka spędziła nieco czasu na proszonym śniadaniu, zaś potem Gaja zabrała ją na zwiedzanie wioski. Znaczy tych miejsc, gdzie wolno było zajrzeć gościom. Za to Anita i Roxy zostały zaprowadzone do centrum medycznego, gdzie Nita mogła zajrzeć wszędzie, gdzie chciała i pogadać z kim tylko będzie chciała.
Jako, że potem nie zadziało się nic godnego zbyt wytężonej uwagi, to przeskoczmy do auta, którym cała czwórka wracała już do miasta. Czwórka, bo jak pamiętamy Anita zaprosiła Zirę do siebie, aby ta mogła wziąć udział w kwartalnym sabacie, przy okazji też odświeżyć dawne kontakty z Ciocią Lalą, która kiedyś tam gościła w wiosce Benges. Jechały już jednak prawidłowym szlakiem, począwszy od pięknej, szerokiej, szutrowej drogi.
Tu przy okazji nadmieńmy, że zakon czarownic Benges był kiedyś skrajnie hermetyczny, właściwie zapomniany nawet wśród innych wiedźm. Ale potem uznano tam, że nie ma to za bardzo sensu, że nie służy to dobru zakonu, więc owa hermetyczność stała się jakby bardziej elastyczna. Stąd też się wzięły takie mniszki, jak Zira, bardzo wysoko zresztą stojąca w hierarchii, która to więcej bywa na wyjazdach, niż siedzi na dupie w swojej własnej wiosce. Teraz zaś słuchała, jak cała trójka wymienia się wrażeniami z wycieczki, wreszcie Anita oznajmiła:
- Wszystko fajnie, ale jednego mi jakby brakuje. Nie poznałyśmy głównych szefowych tego całego zamieszania. Czemu tak się stało? Zirka, opowiesz nam coś?
- Nie do końca. Z jedną Matką Przełożoną jadłyście nawet wczoraj kolację przy jednym stole. Nawet podała którejś z was sól, czy jakąś inną musztardę.
- Nie wygłupiaj się. Tam siedziało kilka sióstr, ale która to była? Żadna jakoś mi nie wyglądała na jakąś wyższą szyszkę.
- A jak według ciebie Niteczko powinna wyglądać Matka Przełożona? Ubieramy się wszystkie tak samo, nawet bieliznę nosimy identyczną. Może poznasz taką po wieku? Chyba nie chcesz mnie totalnie rozśmieszyć. Wiesz, że powyżej trzydziestki można zapomnieć o takich sprawach. Sama niedawno skończyłaś, potem przestaniesz już liczyć. Ile wasza Ciocia Lala ma lat? Tysiąc, jak się orientuję, więc ty za rok też będziesz tyle miała.
- Mam!
Wrzasnęła nagle Roxy.
- Co masz?
- Dziary. Tatuaże, znaczy się. To chyba oznaka rangi, jakiegoś stopnia w waszej hierarchii. Tobie akurat przybyło, od czasu jak cię spotkałam rok temu. Więc pewnie jakoś tam awansowałaś. Więc tak sobie pomyślałam, że twarz Matki Przełożonej powinna być jak komiks gęstym drukiem. Tak swoją drogą, to jak wy to robicie, że wcale was to nie szpeci?
- Kwestia gustu. No, ale też kwestia wyczucia estetycznego, gdy się taki tatuaż wzbogaca. Ale faktycznie, Matki Przełożone, jest ich trójka, mają ich najwięcej. Tylko zapomniałaś o jednej rzeczy.
- Metamorfo?
To rzuciła jakby od niechcenia Kaśka.
- Brawo Piękna! Jakież to proste. Matka Przełożona użyła takiego zaklęcia metamorfo, przez które się nie przebije wzrok nawet takich masterek, jak wy. Przysiadła się do was, bo chciała was sobie obejrzeć. Potem poszła do siebie. Podczas weekendów Matki Przełożone są nieosiągalne. Do ich lokum też nikt wtedy nie ma dostępu. To jest nie do przeskoczenia, na pewno nie przez nas. Tak więc nie bierzcie tego osobiście, po prostu miałyście pecha, było przyjechać innego dnia.
- To mnie się pewnie jeszcze trafi.
Odparła Kaśka i dokończyła:
- Bo ja tam jeszcze wrócę.
- Tak, doładowywać akumulatory co jakiś czas. Znam treść tej umowy. Ja tam jestem za, ale chyba najbardziej za będzie Gaja. Nawet nie wiesz, jak ona jest ci wdzięczna za wyrwanie z czarnej, śmierdzącej dupy.
- Kasia już taka jest. Co jakiś czas upatruje sobie taką bidę, po czym steruje ją na czyste wody.
To rzuciła Anita, zaś Roxy zapytała:
- Mam jeszcze taki drobiazg. Wieś jest po prostu normalna, jak zdążyłam zauważyć. Może tylko taka różnica, że więcej jest aktywnych sióstr, nawet mocno więcej. Jak któraś się urodzi, to zawsze od razu wykryjecie, że ma moc. Ale co z chłopakami? Magów u was nie ma. A przecież to jest nieprzewidywalne. Co się dzieje, jak taki się pojawi?
- Nie wiem, czy chcesz to wiedzieć.
- Ujujuj, fatalnie to zabrzmiało.
- Dlatego właśnie muszę wam to powiedzieć.
- A ja nie wiem, czy chcę tego słuchać.
Wtrąciła nagle Anita.
- Więc tym bardziej muszę. Tak naprawdę, to nic tragicznego się wtedy nie dzieje. Po prostu wygaszamy dziecku tą moc.
- Przecież to niemożliwe.
- W tak wczesnym wieku jest to możliwe. Ale trzeba przyznać, że pracochłonne, robota dla kilku sióstr na kilka małych sabatów. Kiedyś, dawno temu robiło się inaczej. Po prostu udawało się, że nic się nie dzieje, chłopak zostawał kryptem. Ale prędzej czy później zawsze jakaś zupa się wylewała, po czym robiła się chryja na pół zakonu.
- Kojarzy mi się z kastracją, nie wiedzieć czemu.
- Anitko, czy twój Borek ma moc?
- Ma pewną mutację, ale to już jest zupełnie osobna sprawa. Magicznej mocy to on na pewno nie ma. Nie jest magiem, ani nawet kryptem.
- To źle ci się kojarzy. Bo przecież nie uważasz go za eunucha, nie traktujesz go jako takiego, nieprawdaż? Jest pełnowartościowym facetem, tak?
W tym to momencie Roxy parsknęła głośnym śmiechem. Zdjęła dłoń z kierownicy i czule poklepała siedzącą obok Anitę po brzuchu. Dodała też przy tym:
- Borek jest bardzo pełnowartościowy, wszystko na to wskazuje.
Wspólny, chóralny rechot rozbrzmiał tak głośno, że być może nawet kierowca wyprzedzanego auta mógł go usłyszeć. Zdawać by się mogło, że niezbyt ciekawy temat znikł, ale nagle odezwała się Kaśka, jakby jej było mało:
- A co, jeśli matka się nie zgodzi?
- Nic na siłę. Dostaje taka nieco czasu do namysłu, a gdy nie zmieni zdania musi opuścić zakon. Tylko żeby nie było. Nie zostawiamy takiej samej, może liczyć na mocną pomoc zakonu, poza tym to dziecko ma przecież jakiegoś ojca, albo ktoś się może poczuwać. Przecież ona wciąż jest siostrą, tyle tylko, że już nie jest siostrą Benges.
- A tatuaż?
- Kasiu. Daj spokój. To ogarniamy bezboleśnie od ręki.
Zira przerwała, ale tylko na ułamek sekundy:
- Nitka, czas na twoją puentę. Podobało się?
- Podobało się. Tak Ruda? Podobało się?
- No.
- To co teraz? Jakieś refleksje?
- Zirka, ja mam jeszcze około pół roku czasu.
- Ale wiesz, miejsce trzeba zarezerwować...
- Czyś ty zgłupiała? Przecież ty i tak mi ogarniesz to miejsce na poczekaniu. Siostro. Tak? No, ale niech ci będzie. Niech będzie, że prawie się zdecydowałam. Rozwalę się w dumie zakonu Benges.
Czarownice powoli zajęły się lżejszymi tematami, a tymczasem na horyzoncie powoli zaczęły się pojawiać światła wielkiego miasta.
A teraz przeskoczmy do chwili z grubsza obecnej, konkretnie zaś do Oktagonu. Jest okres poświąteczny, klub nie działa już na ćwierć gwizdka, stopniowo zapełnia się ludźmi, zaś na dużej sali stoi Kaśka plus czwórka Neonówek.
- Hey harcerzyki, cieszę się, że was widzę.
Pozytywny pomruk.
- Mam dwa pytania na wstępie. Ile wam w dupach przybyło?
Śmiech.
- Spokojnie, zajmiemy się tym skrupulatnie. Drugie pytanie, gdzie jest ta piąta, no, jak jej tam było. Sabena. Dalej chora?
- Nie ma Sabeny. Już zdrowa, ale już jej nie będzie.
- Czyli?
- Wyjechała.
- Daleko?
- Dość daleko. Ojciec jej ogarnął jakąś robotę. Podobno nawet dość ambitną, nie żadne tam zwywanie garów. Nic więcej nie wiem na ten temat.
- To nam wystarczy. Rozgrzejcie się szybko same, potem idziemy na wory, ja pójdę spojrzeć, żeby nikt nam nagle czegoś nie zajął.
Trening Kaśka zaaplikowała swoim zawodniczkom nader okrutny. Znajomy bokser, który jakby od niechcenia obijał worek w kącie sali aż przerwał swoje zajęcie aby się dokładniej przyjrzec sytuacji. Wreszcie podszedł do Maczety i oznajmił:
- Ale rzeźnia. Widzę, że Piękna jest dziś w ostrym sztosie.
Piękna machnęła tylko ręką, tak jakby odganiała muchę.
- Pracuję. Nie rozpraszaj mnie. Idź rób swoje.
Wreszcie spojrzała na telefon.
- Dobrze. Wystarczy na dziś. Jeszcze nieco burpeesów na koniec, aż powiem już. Żebyście sobie nie myślały, że ćwiczycie taichi.
Gdy minęło kilka minut rzuciła:
- Już. Wynocha i widzimy się pojutrze o tej samej porze.
- Tu, czy na sali?
- Na sali. Zosiu poczekaj chwilę.
Kaśka objęła Yakuzę ramieniem i odeszły razem na bok sali.
- Chcesz powalczyć za jakieś trzy tygodnie?
- Co to ma być?
- Są dwie opcje. Zwykły boks, albo tajski. Muszę wiedzieć do jutra, co wybierasz. Raz, że taki mam termin zgłoszenia cię, a dwa, to muszę wiedzieć, jak cię ustawiać.
- Ile można trafić?
- Na razie się jeszcze negocjuje. Nie będą to jednak powalające sumy, w obu wariantach. Ale od czegoś przecież musisz znowu zacząć. Prześpij się dobrze z tym tematem i jutro zadzwoń do mnie tak około dwunastej.
- Dobrze.
- Aha. Uważaj w interesach na tej dzielnicy. Coś się kroi, najlepiej ten rejon sobie odpuść na pewien czas. Bo jak się pośliźniesz, to ja cię nie zdążę tak szybko wydłubać z gówna.
- Dzięki.
Obie wyszły z sali. Yakuza poszła prosto do szatni, zaś Kaśka maszerowała do puszystej pani siedzącej na krześle na korytarzu obdarzając ją uroczym uśmiechem.
- Dzień dobry pani Malwino. Jak upłynęły święta?
- A dziękuję pani Kasiu, pomaleńku.
- Dużo było jedzone?
- Według rozpiski pani dietetyk.
- Bo wie pani, to ona rządzi. Ja tylko pomagam, sama cudu nie zrobię w pani sprawie.
- Wiem, wiem, pani Kasiu. Wszystko było jak należy.
- No, to chodźmy. Popracujemy sobie trochę, pogadamy.
Obie panie ruszyły korytarzem do wyznaczonej sali.

Wygaszanie mocy jest możliwe? dlaczego tylko u magów? czyżby czarownice czuły się zagrożone?
OdpowiedzUsuńSzkoda że nie ma czaru na bezkarne objadanie się...
myślę, że wygaszanie mocy jest możliwe także u dziewczynek, ale rozmowa była na konkretny, dość wąski temat i dalej nie był już rozwijany...
Usuńależ oczywiście, że są czary na apetyt, tak in plus, jak in minus... niewykluczone, że ten wątek kiedyś się pojawi... na razie Kaśka z panią Malwiną pracuje bez magii, ale że czasem używa jej w pracy, na przykład podczas zabiegów rehabilitacyjnych, to może się nią podeprzeć i w tym przypadku...
Ależ jazda - jakby ktoś wrzucił „Wiedźmy na gigancie” do shakera z kroniką drogową, pamiętnikiem z klasztoru ninja i reportażem z sali treningowej. Czyta się to jak road-movie z GPS-em pisanym na kolanie, gdzie „piękna, szeroka, szutrowa droga” okazuje się portalem do innego wymiaru, a Kaśka spokojnie robi z porannego treningu rekolekcje dla mięśni i sumienia. Dialogi - złoto, klimat - jak rosół na spirytusie: rozgrzewa i trochę gryzie. Jeśli Benges kiedyś otworzą biuro podróży, biorę wycieczkę w ciemno 😁
OdpowiedzUsuńi jakie życiowe... któż nie miał takiej wycieczki agroturystycznej, gdy zjeżdżając z autobani wjeżdżał nagle na plan np. "Leśnych Dzieci Kukurydzy"?...
UsuńMagią można załatwić sprawy z uzależnieniem, więc nie dziwie się ,ze Bengeski poradziły sobie z tą dziewczyną i wyprowadziły ją z tego . Rozśmieszyło mnie szukanie tego klasztoru Bengesek jakoś tak dziwnie podały tą ich lokalizacje a może Anita coś pokręciła z zapisaniem tego ich adresu ? Kaśkowy mocny trening po świętach się należa,ł bo wiadomo ,ze za dużo się je w te dni z resztą Kaśka była natchniona tą wizytą klasztorną ...
OdpowiedzUsuńNatomiast to ,ze Bengeski wygaszają moce chłopakom ,to szkoda , to mi przypomniał się film Kult , ale tak w wersji bezkrwawej . Są czarownice którym należałoby trwale odebrać moce choćby za poglądy anty choicowe i facetom ,których warto byłoby doładować w mocy jak Borka , którzy są ok i miogli by pomóc w wielu ważnych zmianach obyczajowych . Rozśmieszył mnie fragment o Pani Malwinie i jej walce z otyłością widać ,ze nawet personel może liczyć na wsparcie .. Opowiadanie świetne i filmik ten drugi o Katarzynie jest super. ;-)
akurat nasze bohaterki nie są specjalistkami od uzależnień, mogą co najwyżej służyć jakąś drobną pomocą, ale bardzo ostrożnie, bo dyletant raczej zaszkodzi, niż pomoże, gdyż nawet rozpoznać uzależnienia nie potrafi... dlatego Kaśka nawet nie myślała o jakimś ewentualnym leczeniu Dżessiki/Gaji, tylko korzystając z okazji wysłała ją tam, gdzie dziewczyna mogła mieć szanse wyprostować sobie życie... i w tym przypadku akurat zadziałało...
Usuń...
pani Malwina nie pracuje w klubie, jest tylko Kaśki klientką... Kaśka jako trenerka osobista jest dość wszechstronna, nie zajmuje się tylko sportami walki, więc tu akurat wspomaga tylko dietetyczkę aplikując owej pani nieco zdrowego ruchu w ramach rehabilitacji...
...
trudno powiedzieć, dlaczego Benges stosuje taką politykę, ale jak pamiętasz opinię Cioci Lali związki magów z wiedźmami to raczej słaby pomysł, więc taka społeczność tym bardziej... za to zwykli faceci świetnie się w tym matriarchacie odnajdują, a jeśli nie, to nikt ich tam siłą nie trzyma...