13 grudnia 2024

PREZENT DLA MALINY(?)

Kiedy samochód zajechał był na parking nieopodal Pleciugi Borek nie gasił silnika, lecz Anita jakoś nie kwapiła się do wysiadania.
- No, Pupcia, co jest z tobą?
- Poznajesz to auto, co tam stoi?
- Pewnie. To nasze, znaczy twoje auto.
- Dobra tam, nasze, moje, kwestie własności chyba mamy przerobione. Ale pytanie jest za to, dlaczego ono tam stoi?
- Testujesz mój poziom inteligencji? Stoi, bo Malina nim przyjechała. 
- Brawojasiu, ale gdzie tak naprawdę powinno stać?
- Na szrocie?
- Nie, no weź. Aż taki rzęch to chyba jeszcze nie jest. 
Po tych słowach Borek jakby nieco się skrzywił, jednak Anita raczej tego nie dostrzegła i kontynuowała dalej:
- Ponawiam pytanie, gdzie ta fura teraz powinna stać?
- Nie wiem. Dobrze Lalka zaparkowała, równiutko.
- Rozczarowujesz mnie. Czy nie powinna stać u nas pod domem, czy też na podjeździe? Może nie mam racji?
- To by się marnowała. A tak...
- Zaraz mi wyjdzie, że się pukam z idiotą.
- Ależ ja świetnie wiem, o co ci chodzi.
- No?
- Po prostu przypomniałaś sobie nagle, że przed urlopem pożyczyłaś grata Malinie, na miesiąc zresztą i do tej pory nie odebrałaś.
- Ja pożyczyłam, czy myśmy pożyczyliśmy?
- Ja tylko byłem za.
- Jakoś nie przypominam sobie, żebyś kiedykolwiek był przeciw zrobieniu Lalce dobrze. Ale zostawmy to, wszak od tego są młodsze siśki, żeby im robić dobrze. Czy nie myślisz jednak, że termin już dawno minął?
- To czemu się wcześniej nie upomniałaś?
- Ja?
- Przecież nie ja. Ja jej nie widziałem od września, ostatnio na walce Kaśki, ale była zajęta, nawet nie było jak pogadać. Zresztą wtedy jeszcze termin nie minął. Ty ją spotykasz co najmniej dwa razy na tydzień. Więc?
- To ja mam się upominać, czy ona ma tego dopilnować?
- To przecież Malina. Dobrze Pupcia, ale nie srajmy ogniem. Ustalmy kropki. Faktycznie, Lalka się za bardzo przyzwyczaiła do tego auta. Tylko powiedz mi, dlaczego sobie o tym przypomniałaś dopiero...
- My sobie przypomnieliśmy.
- Dobrze, myśmy przypomnieliśmy sobie dopiero teraz? 
- Za mało magnezu jemy?
- Teraz ty świrujesz idiotkę. Sprawa jest trywialna. Po prostu dwa auta tak naprawdę wcale nie są nam potrzebne. Dajemy radę jednym. 
- To czemu kupiliśmy to drugie?
- Bo źle rozpoznaliśmy sytuację. Odbiło nam. Albo coś tam innego. Po prostu nam się tak zachciało. To już nie ma znaczenia. Teraz jest bardziej ważne, zresztą komu ja to tłumaczę?
- To co robimy teraz?
- Teraz nic nie robimy. Ty idziesz na kawę, ja jadę po zakupy. Tak jak co każdy czwartek, według procedury.
- A tak w ogóle? Jakiś plan?
- Najlepiej byłoby jej to truchło sprzedać. Stać ją, bo to będą naprawdę jakieś grosze. Nikt ci więcej za to nie da. Ale skoro grosze, to może jej po prostu dajmy. Taki prezent świąteczny.
- Grosze, czyli ile konkretnie?
- Pół twojej, czy mojej pensji?
- Serio?
- Pupcia, zaufaj mi. To jest naprawdę padlina.
- Muszę to przemyśleć.
- Ale na razie z nią o tym nie gadaj.
- Dobrze. To buźka, pa. O! Kaśka z Malą jadą.
Anita wykokosiła się z auta, zaś na parking akurat wtoczył się zielony van ozdobiony logiem klubu Oktagon. Wysiadły zeń wspomniane panie, po czym cała trójka po rytualnych obściskach ruszyła razem do kafejki.
= = = = = =
Tegoż dnia wieczorem Anita wróciła do domu stosunkowo wcześniej, niż zazwyczaj. Borek zapytał od razu:
- Jak wróciłaś?
- Normalnie. Lalka mnie podrzuciła po drodze do domu.
- No, i widzisz. Przedtem normalnie było tak, że to ty ją zawoziłaś do niej, co nieco nadkładając drogi. Ale to nie jest istotne. Istotne jest, kto tankuje auto? Wtedy ty, teraz ona. Zaprawdę, Pupcia, ten prezent dla Maliny szybko nam się zwróci. Nie trzeba matematyki, wystarczy porachować.
Kobieta otworzyła szeroko oczy, jakby ze zdumienia.
- Ty wiesz, Słodziaczku, nigdy tak na to nie patrzyłam.
- I kto to mówi? Pierwsza gwiazda działu logistyki naszej firmy. Aha, jest jeszcze coś, czego możesz nie wiedzieć, mimo żeś wiedźma.
- Czyli co?
- Zapunktujesz u teściowej. I tak cię lubi, ale...
- Nie trybię.
- Malina mieszka z mamą. Znaczy moją i jej. Na przedmieściu, tak? Mama nie ma auta, nie prowadzi zresztą. Używa komunikacji. Jednak od początku września Lalka wszędzie ją wozi, znaczy jak sama nie jest w pracy. Mam dalej tłumaczyć? Czy wszystko jasne?
- Wcześniej to wszystko uknułeś?
- No... Tak jakby.
- To ja już przemyślałam.

12 listopada 2024

WIERNIDŁO

Sabat to słowo pobudzające wyobraźnię, istnieją także, funkcjonują różne stereotypy tegoż, opisują je czasem filmy lub literatura, tymczasem prawda wygląda nieco inaczej. Sabatem jest każde spotkanie co najmniej dwóch czarownic podczas którego wykonują one razem jakieś działania magiczne. To mogą być rozmaite ćwiczenia, eksperymenty, także rzecz jasna konkretne działania mające wywołać określone skutki. Jednak wścibski podglądacz, który miałby okazję być świadkiem sabatu mógłby zwykle poczuć się mocno zawiedziony. Żadnych efektów specjalnych, żadnych spektakularnych zjawisk, po prostu nic niezwykłego przeważnie nie zobaczy.
Tegorocznego Halloweenu piątka naszych ulubionych bohaterek nie odbyła żadnego sabatu. Nie było woli magicznej, aby coś takiego organizować. Ograniczyły się jedynie do skromnej imprezki, tak skromnej, że nie do końca godnej tej nazwy. Po prostu takie tam spotkanie towarzyskie, bynajmniej nie żaden babski comber, bo trzech panów też było obecnych. Kto nie pamięta, nie jest na bieżąco, to przypomnimy: Borek Anitowy, Dasiek Kaśkowy oraz Misiek, ten od Roxy. Do kompletu Ciocia Lala, jak wiadomo mentorka wspomnianej piątki, do tego Najlepsza Pupa Świata, jak mówi Kaśka, która jako fachotrix od wuefu na najwyższym poziomie wie, co mówi. To wszystko jednak nie jest zbyt istotne dla przebiegu akcji tego opowiadania, przejdźmy więc lepiej do niej.
Zero sabatu wiedźmy uzgodniły dwa dni wcześniej podczas spotkania na kawce w ich ulubionej Pleciudze, nie oznacza to jednak, że żaden sabat się odbył. Otóż podczas beztroskiego szczebiotania o szalenie arcyważnych babskich sprawach, czyli o niczym Malina nagle pisnęła:
- A ja mam zlecenie!
Przypomnijmy, że cała piątka nie trudni się magią zawodowo, nie zarabia nią na bieżące rachunki, tylko jest to dla nich raczej hobby, czy wręcz pasja. Co wcale zresztą nie przeczy czarowaniu na iście profesjonalnym poziomie. Tak więc jeśli czasem którejś tym sposobem zdarzy się dorobić coś ekstra do rutynowych dochodów, to jest to jakieś tam wydarzenie, warte omówienia chociaż przez kilkanaście minut.
Sprawa na pewno była bardzo świeża, bo nawet Kaśka, przed którą Lalka nie miała żadnych sekretów uniosła lekko brwi, jakby ze zdziwienia. Roxy, która miała akurat za sobą dwa lata twardego zarabiania czarami zareagowała pierwsza, dość konkretnie:
- Grube? O jakiej sumie mowa?
- Powiedzmy, że dość pulchnej.
- Co konkretnie?
- Wiernidło.
- Ożkurwa!
To już westchnęła Anita, zaś Mala, która nie za specjalnie wiedziała, co jest grane zapytała bystro i wnikliwie:
- Dlaczego ożkurwa?
- Bo to jest syf. 
- Sorry, ale nie pomagasz mi. Nadal nie wiem...
Tu wtrąciła się Roxy:
- Luz kochanie, ja ci to wytłumaczę. Co to jest urok wiesz. Tak po wierzchu, bo detali różnych odmian to już my cię douczymy. Wiernidło jest jakby pokrewnym zaklęciem, choć takim trochę na odwrót. Urok ma wywołać chęć, wiesz jaką, na konkretną osobę, za to wiernidło powoduje, że traci się tą chęć na wszystkie inne. Właśnie, Lalka, to ma być saute, czy combo?
- Znaczy plus urok?
- Przeważnie tak zamawiają. Ale nie zawsze.
- Akurat bez uroku.
- Jesteś już po rozmowach?
- Wstępnych. I po zaliczce.
Mala jednak nie czuła się doinformowana do końca:
- Ale dlaczego syf?
Tym razem Anita zabrała głos:
- Technicznie to jest dość prosta, czysta robótka. Tylko ci kurwa klienci, czy raczej klientki, bo chyba częściej, nie wiem zresztą. Malinko, to chłop, czy baba zamawia tą aferę?
- Baba.
- Aha. Dobrze, Młodej dokończę. Jak myślisz, kto staluje takie zaklęcia? Jaki typ ludzi może chcieć, aby ktoś nie miał chęci na...
- Zdradzane żony? Mężowie? No, partnerzy.
- Też. Głównie jednak osoby zazdrosne w związku. Rozumiesz różnicę? Jak ktoś już jest zdradzany, ma na to dowody, to już nie jest zazdrość, tylko złość zranionego ego. Zazdrość jest wtedy, gdy nie ma tych dowodów, jest tylko urojenie zdrady. Lubisz takie paranoiczne osoby?
- No... Raczej nie bardzo.
- No właśnie. Żadna wiedźma takich nie lubi. Nawet zawodowe, które są bardziej wolne od uprzedzeń wobec klientów. Dlatego też kropimy im pulchne, jak to Lalka ujęła, ceny za takie zaklęcia.
- To dobrze trafiła?
- Niby tak, ale jest haczyk. Zaklęcie działa na sam obiekt, lecz nie leczy takiego klienta z jego paranoi. Dlatego potrzebna jest niezła gadka, żeby potem nie zawracał dupy reklamacjami. Czujesz ten kłopot?
- Aha... Tak jakby.
Tu odezwała się Malina:
- Czekaj Mala, ty nie masz dziś szkoły?
- No, nie...
- To jedź ze mną. Ja dziś jeszcze mam się z nią spotkać, znaczy z tą klientką, bo ma mi wymaz z cipy dostarczyć.
- To jest potrzebne?
- Jakaś jej próbka de-en-a. Tak naprawdę, to wystarczy do tego nawet włos, czy paznokieć, ale taki wymaz poważniej wygląda, robi lepsze wrażenie. Odbierzemy, potem pojedziemy do mnie i poasystujesz mi przy pichceniu dekoktu. Co ty na to, siostrzyczko?
Pomysł Maliny od razu poparła reszta:
- No pewnie. Jedź z nią.
- Przecież masz się szkolić.
- Jeszcze działkę dostaniesz.
Mala, jak zwykle uśmiechnięta całą sobą nigdy nie odmawiała żadnej okazji, gdy było coś do zrobienia, więc odniosła się do tego wręcz entuzjastycznie.
- Kiedy jedziemy?
- Za jakieś pół godziny.
Dziewczyna nagle straciła jakby humor.
- A wiecie. Jest jeszcze jedna grupa klientów. Czasem rodzice mogą to zamówić, żeby niby chronić swoje dzieci, wiecie, o co chodzi.
- Wiem, tylko to jest trochę inne zaklęcie, takie antyamo. Ale z takimi to żadna szanująca się wiedźma nie pogada. Są pewne zasady, ograniczenia co do czarowania dzieciaków.
- Moja ma... Znaczy Pamala pogadała. Kiedyś podsłuchałam taką dziwną rozmowę, teraz już wiem, o co miało wtedy chodzić.
Przy stoliku nagle zrobiło się jakoś niezręcznie cicho. Wreszcie przerwała to Roxy trącającą siedzącą obok Malinę:
- No, Lalka, wyskakuj z kasy. Mówiłaś nam, że wzięłaś zaliczkę? To płacisz rachunek za tą naszą tu dzisiejszą konsumpcję. Potem możesz już jechać.
Dobry klimat jakoś więc wrócił na skutek wymiany różnych żartobliwych, zabawnych docinków, wreszcie Malina z Malą pojechały pracować. Sabatu halloweenowego nie było, ale taki nieduży sabacik dwa dni wcześniej się odbył. Lalka obejrzała pod światło malutką fiolkę wypełnioną jakąś cieczą, wynik wspólnego czarowania, schowała do kieszeni, a z drugiej wyjęła plik banknotów. Odliczyła kilka, zaś wręczając je Turbinie spytała:
- Może być?
- No pewnie. 
- Reszta w sobotę u Anity na imprezie. Jutro oddaję towar klientce, a potem czekamy na ewentualne reklamacje. Niestety, zazdrość w związku to ciężka choroba, czasem nawet magią nie da się jej uleczyć.
Właściwie można by zepilogować to opowiadanie wspomnieniem piątkowej imprezy. Tylko po co? Impreza, jak impreza. Było fajnie i jak zwykle gwiazdą wieczoru okazała się Malina ze swoim tradycyjnym strip teasem. Jak zgodnie stwierdziła widownia równie tradycyjnie coraz lepszym od poprzednich.