03 grudnia 2023

Czy koty na pewno jedzą myszy?

"Mysz zjada jedzenie kota, ale kocia miska jest rozbita.
Co to znaczy? O co tu chodzi?"
Powyższy koan mogą znać niektórzy praktykujący zen, ale większość ludzi go nigdy nie słyszała, nie wiedzą oni nawet, co to jest koan. Nie będziemy się tym zajmować, nie będziemy też zajmować się samym zen. Wyjaśnimy tylko, że koan to rodzaj takiej zagadki zen służącej do ćwiczenia umysłu. Koany są jak kawały: nie powinno się ich brać na samo myślenie, tylko bardziej na czucie. Tu pierwsza część zdania jest oparta na pewnej jakby grze słów, bo przecież to mysz jest jedzeniem kota, nieprawdaż?
Ale czy na pewno? Zapomnijmy teraz na razie o koanach, zenach, czy takich tam innych jazdach, skupmy się na samym meritum, na kocie i myszach. To, że koty zjadają myszy wydaje się dla wielu oczywiste, ale gdy ktoś zna się na kotach, obserwuje je uważnie wie, że nie zawsze tak jest. Nieraz zdarza się, że kot upoluje mysz, potem zaś po pewnym czasie irytującej wielu ludzi zabawy zdobyczą zostawia ją nietkniętą. Dlaczego tak jest? Najpłytsza odpowiedź jest taka, że dobrze utrzymany, zadbany kot, regularnie karmiony przez opiekuna nie ma takiej potrzeby, aby uzupełniać swoje menu myszą. Jest to prawda, ale tylko częściowa, która nie wszystko wyjaśnia.
Aby dokładniej rozpracować zagadnienie musimy się przyjrzeć ewolucji gatunku Felis catus silvestris, czyli mówiąc po ludzku kot domowy. Otóż za sprawą jakiejś fluktuacji kwantowej kot jako jedyny przedstawiciel rodziny kotowatych wpadł na taki pomysł, aby zakolegować się z innym gatunkiem, Homo sapiens, czyli człowiekiem rozumnym, znanym też jako naga małpa. Bardzo wrednym gatunkiem zresztą, ale kot wtedy nie wiedział, że sprawy tak się potoczą. Eksperyment się udał. Ludzie wręcz zakochali się w kotach, oddawali im nawet nabożną cześć, choć były też okresy dość mroczne, kiedy to w niektórych rejonach Ziemi traktowali je jako wrogów publicznych. Do tej pory też istnieją lokalne enklawy, gdzie ludzie po prostu jedzą koty. Nie należą oni bynajmniej do jakichś mitycznych, nigdy nie istniejących sekt, tylko realne, zwykle małpiszony. Ale to jest pewien margines, stopniowo zanikający, zaś generalnie sytuacja jest mianowicie taka, że Nauka relację między tymi dwoma gatunkami nazwała sobie (miękką) symbiozą, albo żeby było mądrzej protokooperacją. Realizowane jest to na kilka sposobów.
Najdalej od ludzi żyją wolne koty miejskie, zwane nieraz też dzikimi lub bezdomnymi. One niewiele biorą od człowieka. Wystarcza im schronienie piwnic lub innych zakamarków ludzkich budowli, oraz resztki jedzenia znajdywane na śmietnikach. Bo tak się składa, nagie małpy żyjąc iluzją, że jest im dobrze, że tak będzie zawsze, mnóstwo jedzenia wyrzucają. Za to koty samą swoją obecnością powodują, że hamowany jest rozwój populacji szczurów, które chętnie pasożytują na efektach cywilizacji. Większość ludzi nie czuje obecności tych kotów, nawet nie wiedzą, że żyją obok nich. Aczkolwiek zdarzają się wyjątki, które je dokarmiają lub zajmują się stanem ich zdrowia. Czasem, gdy władze danego miasta są przytomne, rozumieją potrzebę istnienia tych kotów, wtedy ta pomoc bywa bardziej zorganizowana i umocowana prawnie. Koty miejskie zwykle żyją samodzielnie, nie tworzą żadnych społeczności, choć czasem zdarzają się wyjątki. Te wyjątki nazywają się koloniami, które czasem osiągają takie rozmiary, że stają się atrakcjami turystycznymi podlegającymi szczególnej ochronie. Jednak tak, czy owak życie kota miejskiego łatwe nie jest, co przekłada się na bardzo niską średnią długości ich życia. No, ale wróćmy do meritum sprawy, czy takie koty żywią się także myszami? Temat jest szalenie słabo zbadany, ale można by sądzić, że w takim środowisku raczej nic one nie marnują zdatnego do jedzenia. Dochodzi jeszcze dodatkowa trudność: szalenie rzadko widuje się myszy wolno żyjące w mieście, zwłaszcza wielkim. Być może tak jest za sprawą samych kotów, ale być może te myszy nie za bardzo mają czego tam szukać?
Jednak większość kotów wydaje się zdecydowanie lepiej wychodzić na symbiozie z człowiekiem. Mają schronienie, jedzenie, opiekę lekarską i choć nieraz opiekun nie ma kompetencji do zajmowania się nimi, to średnia ich wieku wychodzi wybitnie wyżej, niż ich bezdomnych kolegów. Przyjęło się je dzielić na wychodzące oraz niewychodzące, choć dla ścisłości trzeba by dodać wiejskie koty bezdomne, albo może raczej wielodomne. To jest dość ciekawa grupa. Nie są przypisane do konkretnych opiekunów, tudzież domów, żyją sobie pełnią wolności niczym koty miejskie, można by rzec, że są niczyje, jednak żywią się, czy też nocują raz tu, raz tu, dzięki życzliwości gospodarzy danego obejścia. Obserwacje ich wykazują, iż zwykle są to znakomicie utrzymane koty, czasem wręcz puszyste. Dość podobną sytuację miewają też koty żyjące sobie na podmiejskich działkach. Formalnie bez opiekunów, realnie zaś mają ich wielu.
Koty niewychodzące, całe życie spędzające w mieszkaniu raczej myszy nie jadają, choćby dlatego, że nie mają nigdy żadnej okazji ich sobie upolować. Aczkolwiek zdarzają się czasem marginalne, sporadyczne wyjątki. Pewna mysz zawędrowała kiedyś do mieszkania na szóstym piętrze bloku, po czym została schwytana, tudzież schrupana całkowicie. Są świadkowie.
Za to koty wychodzące mają pełne pole do popisu do rozwijania swoich genetycznie uwarunkowanych zdolności łowieckich. Dużo tutaj zależy od struktury danego terenu, jego zabudowy, czy to jest wieś, miejskie osiedle jednorodzinne, czy też zazielenione blokowisko, zawsze jednak jakaś zdobycz się trafi, kwestia tylko, jak często. Co prawda skupiamy się tu na myszach, ale należy również wiedzieć, że koty polują także na ptaki, ssaki owadożerne, czasem też na gady lub płazy. Co się dzieje dalej, już po udanym polowaniu? Niektóre zdobycze kot zanosi do domu, do swojej grupy rodzinnej, do której mogą się zaliczać ludzie, inne koty, psy, czy też pozostali mieszkańcy. Tu znowu są świadkowie przypadku, gdy kot przyniósł mysz oswojonemu ptakowi drapieżnemu, który zamieszkiwał jego teren. Przy okazji też pada mit, jakoby kot był zwierzakiem asocjalnym, żyjącym samemu tylko dla siebie. Takie koty są, jednak obserwacje większych grupek kocich szacują ich procent na jakieś dwadzieścia do trzydziestu. Jednak pozostała większość to są stworzenia jak najbardziej towarzyskie, rodzinne, choć bynajmniej nie stadne, jak wiele osobników wrednego gatunku naga małpa, więc wciąż zachowujące swój indywidualizm.
Ale wróćmy do sytuacji, gdy kot złapał mysz, lub jakąś inną ofiarę swojego instynktu, po czym nie zaniósł jej do domu, tylko zachował ją dla siebie. Otóż tedy często ma miejsce sytuacja, gdy kot mówiąc kolokwialnie głupieje. Co prawda powodowany uwarunkowaniem genetycznym przez jakiś czas jeszcze maltretuje swoją zdobycz, co akurat jest przygotowaniem jej do konsumpcji, ale po tej fazie jego program się zawiesza. Kot wtedy porzuca łup, gdyż mimo swojej inteligencji po prostu nie wie, że to służy do jedzenia.
Dlaczego tak właśnie się dzieje? Wyjaśnieniem jest sposób postępowania opiekunów, gdy nastąpi taka sytuacja, że ich kotka się okoci. Wielu ludzi rzecz jasna nie dopuszcza do takiej sytuacji, zwykle poprzez sterylizację, niemniej jednak wciąż nie jest ona takim rzadkim wydarzeniem, kiedyś zaś bywała jeszcze częstszym. Mimo wszystko jednak się to zdarza, mamuśka zajmuje sie maluchami ku uciesze domowników, jednak szalenie rzadko jest tak, że dorastające kociaki dalej ten dom zamieszkują. Zwykle więc są odstawiane od matki, po czym rozprowadzane wśród znajomych lub jakimś innym sposobem do innych domów. Popularny pogląd jest taki, że kociaki można zabierać matce już od dwóch do trzech miesięcy po urodzeniu, kiedy już nie są karmione jej mlekiem. Taka też jest przeważnie praktyka, tylko szkopuł polega na tym, że to jest jeszcze za krótko, aby matka mogła swoje dzieci choć trochę posocjalizować, czyli wychować, zaś najprościej mówiąc nauczyć wielu rzeczy, które im mogą się przydać. Tą rolę przejmuje opiekun plus wszelkie okoliczności, uwarunkowania nowego domu, do którego trafi mały kotek. Tym samym jednak nie zdąży on już się nauczyć tego, jak się je mysz, gdyż matka jeszcze mu tego nie pokazała. To rzecz jasna nie oznacza, że pozna on smak myszy, jeśli się go odstawi od matki później, ponieważ bardzo często jest tak, że matka sama tego nie wie, być może nawet nigdy nie widziała myszy, zwłaszcza, gdy była kotem nigdy niewychodzącym. Nigdy też nie dostała takiej lekcji, gdyż pokolenie wcześniej działo się podobnie. Co więcej, linia takiej ignorancji mogła istnieć już od dawna. Dlatego też właśnie, gdy kot niewychodzący nagle zmieni otoczenie, zacznie wychodzić, co zaś za tym idzie, polować, to schwytawszy jakąś zdobycz bardzo często nie będzie kojarzyć związku, że to się w ogóle je.
Aczkolwiek, aby już dokonać kompletacji tej kwestii, nieraz zdarzają się koty samouki, które nagle odkrywają, że ich łup może się nadawać do jedzenia. Jakby nie było, od tego mają przecież zmysły smaku oraz zapachu, żeby to rozpoznać. Nie zawsze jednak jest im dane tego doświadczyć, bo nie zawsze tryska krew podczas tego polowania, szczególnie, gdy są to ptaki. Wracając jednak do myszy, to nawet gdy taki kot ją napocznie, nadal nie staje się ona jego posiłkiem ze względu na przyczyny, które podane zostały na początku.
Reasumując odpowiedź na pytanie tytułowe brzmi "na pewno nie na pewno". Jest to konsekwencja procesu ewolucji kota, jak już wspomniano gatunku wyjątkowego ze wszystkich kotowatych. Kto wie, zakładając optymistycznie, że życie na Ziemi nie ulegnie zagładzie na własne życzenie ludzi, czy kiedyś tam w dalszej przyszłości koty wcale nie będą jeść myszy?
 

26 listopada 2023

CIASTECZKA /miss xero/

Gdy Zoja i Zula przegłosowały Karynę, że co drugą niedzielę one robią diner, ta nie była tym zbyt zachwycona, ale potem szybko odkryła, iż taki układ ma swoją wielką zaletę. Bardzo lubiła gotować, przyrządzać różne różności, najchętniej pierogi, jej ulubioną konkurencję, ale był jeszcze inny sport, który stawiała ponad to wszystko. Rzecz jasna potrzebowała do tego Zenka, ale on wcale nie miał nic przeciwko temu. Więc co drugie niedzielne przedpołudnie szybkie numerki podczas urzędowania w kuchni zastąpiły długie, mocno rozbudowane sesje. Ale wszystko, co miłe ma swój koniec, tedy wreszcie nadeszła ta pora, że oboje zeszli klatką schodową, po czym wykonawszy pospołu czułego buziaka rozdzielili się. Ona poszła na prawo, zaś Zenek na lewo, aby zająć się ważnymi męskimi sprawami, czyli po prostu na piwo ze swoimi kumplami. Pełna dobrych wibracji Karyna w mig przetuptała dystans konieczny do przetuptania, wreszcie dotarła do miejsca przeznaczenia. Drzwi nie stawiały oporu, więc dokonawszy uprzedniej modyfikacji odzieży, tudzież obuwia wkroczyła do pokoju. Oprócz Zoji robiącej zazen pod ścianą nikogo więcej nie dojrzała. Spokojnie umościła się na fotelu, zaś po chwili Zoja obróciła się na poduszce, po czym uśmiechając się spytała:
- No, co tam?
- Nic. Gdzie Zula?
- Śpi.
- Czemu?
- Bo jej się chciało. Po prostu wróciła jakoś rano, pojechała wczoraj na sabat do Anity, no wiesz, tej co...
- Wiem, tej czarownicy od marychy. To jej nowe hobby? 
- Chyba nie. Tak tylko dała się zaprosić, kontrolnie.
- Fascynujące...
- Bardzo fascynujące. Jak puściła bąka po powrocie, to waliło zwłokami Boba Marleya na całe mieszkanie.
- To jest kurwa nie fair!
Te słowa padły od drzwi do pokoju, w których z nadąsaną miną stała Zula ubrana w stanowczo zbyt dużego na nią tiszerta z nadrukiem "DURA LES - SED LES". Gdy Zoja i Karyna spojrzały na nią dodała:
- Na trawie się skończyło. A durnie wszelakie gadają, że od niej się zaczyna. Tak w ogóle, to czemu nic nie jecie chłopaczki?
- Karynka dopiero weszła, nie zdążyła zobaczyć, co jej przyszykowałaś.
Mówiąc to Zoja wstała z poduszki, podeszła do stolika i jednym szybkim ruchem zdjęła serwetę odsłaniając dwie tace na których...
- Ojej, sushi! Fajnie, dawno nie jadłam.
Mówiąc to Karyna aż podskoczyła pupą na fotelu i dodała.
- Kochane jesteście!
- To wszystko Zulki robota. Zanim poszła spać zamknęła się w kuchni i nie dała mi wejść. Ja tylko wniosłam to na stół.
Na tacach faktycznie dumnie prezentował się równo ułożony nader potężny zestaw maki. Karyna przez chwilę lustrowała to wzrokiem, wreszcie spytała:
- Co jest w środku? Jakieś wege?
- Tak jakby. Indianie mówią na to mięso bogów. Coś mnie naszło na same grzyby, akurat był duży wybór. Te zrobiłam tak, te siak, niektóre były gotowe. Zresztą co ja tu będę detalicznie opowiadać. To jest do jedzenia, nie do ględzenia. Chcesz pałeczki, czy paluchami?
- A wy?
- Spokojnie. Zojka siadaj, jedz. Zaraz dołączę, tylko szybki prysznic wezmę.
- Czekaj Zuluś, zanim pójdziesz, to koniecznie muszę wam coś pokazać.
Karyna szybko wstała, wyszła z pokoju, po chwili wróciła trzymając płaską teczkę na dokumenty. Otworzyła ją, po czym wyjęła z niej plik kartek, który wręczyła Zoji. Ta szybko przejrzała kilka i przekazała wszystko Zuli, która przysiadła półgębkiem na kanapie, a gdy przewertowała je szybko parsknęła śmiechem. Zoja zaś z bliżej nieokreśloną miną zapytała:
- Co to jest?
- Kochanie, rozczarowujesz mnie.
Karyna szybko przerwała ten zaczątek dialogu:
- Bo to było tak. Wujek Zenka ma sklep. Taki mały sklepik, różne takie tam pierdoły, drobiazgi, do tego punkt ksero, wydruki robi klientom, wszystkiego po trochu. Niedawno zrobił remanent, potem chciał gruntownie posprzątać, ale coś się nagle źle poczuł, więc poprosił nas. Znaczy Zenka głównie, nie za darmo bynajmniej, ale mój gamoń się wykręcił czymś tam, więc ja wzięłam Aśkę, taką moją koleżankę i całą sobotę mu ten sklepik ogarnęłyśmy. Na zapleczu stała taka stara oldskulowa kserokopiarka, czynna zresztą, a do mnie dotarło, że spełniło się moje marzenie.
Zoja z wciąż nieokreśloną miną spojrzała na Zulę, która przeglądała plik kartka po kartce, potem na Karynę, wreszcie spytała:
- Jakie niby marzenie?
- Bo widzisz, ja kiedyś tam trochę pracowałam w biurze, tam była podobna kserokopiarka, a ja zapragnęłam na niej usiąść bez majtek. Tylko nigdy nie było okazji, sposobności, żeby to zrobić.
Zula spojrzała na Zoję i spytała:
- Już wiesz, co to jest? 
Zoja sięgnęła po jedną z kartek, rzuciła na nią szybko okiem, po czym lekko się uśmiechając odparła:
- Teraz już wszystko widzę wyraźnie. Tylko pojęcia nie mam, co ja mam o tym wszystkim sobie myśleć?
- I kto to mówi? Moja mistrzyni zen? Nie myśl! Czuj! Sama mi to wbijasz do głowy przy każdej okazji.
Zula oderwała wzrok od kartek, spojrzała na Zoję z dość zafrasowaną miną, pokiwała głową i zwróciła się do Karyny:
- Nie dramatyzuj. Mistrzynie zen też czasem mają słabsze chwile. Ale za to wyjaśnij mi jeden drobiazg...
Mówiąc to podała jej jedną z kartek pytając:
- To chyba nie twoja?
- Pokaż. Nie, to Aśki. Ona też się kserowała. Po prostu zaplątało się jakoś.
- Tylko nie pytaj, po czym poznałam. Dobrze, ale ja idę pod ten prysznic, wy sobie na razie jedzcie, poiskajcie się werbalnie...
- Poczekaj jeszcze chwilę. Bo ja mam do was poważne pytanie na zupełnie inny temat, taki zenowski.
- Czyli jednak idę.
Zanim Karyna zareagowała, Zula zniknęła z pokoju. Przez kilka minut obie panie zajęły się jedzeniem w milczeniu. Wreszcie przerwała je Zoja:
- No, dobrze, wal to pytanie, póki Zulki nie ma, bo czuję, że chodzi o jakieś mocno teoretyczne. Przecież wiesz, że nie do niej z takimi, ona nie filozofuje.
- Bo widzisz. Chodzi o to, jak się ma zen do religii? Do jakiejkolwiek religii. Tylko żeby nie było, ja nie wyznaję żadnej. Przecież wiesz.
- Żeby nie kombinować, to moim zdaniem są to sprzeczne rzeczy. Bo religia, jakakolwiek, to tworzenie iluzji, obracanie się pośród nich. Za to praktyka zen pozbawia nas iluzji, albo przynajmniej pozwala zobaczyć, że iluzja jest tylko iluzją. Bycie wierzącym wyznawcą oznacza, że się tego nie widzi.
- A same iluzje to źle, czy dobrze?
- To już chyba wiesz. Jeśli myślisz, że iluzja jest dobra, to jest dobra, jeśli myślisz, że jest zła, to jest zła, jeśli myślisz, że to jest bez znaczenia, to jest bez znaczenia. Zen nie ocenia niczego.
- To wszystko?
- Dokładnie. Wiem jednak, że jeśli pójdziesz do jakiegokolwiek mistrza, czy nauczyciela zen, takiego dyplomowanego, z papierami, to takiej odpowiedzi raczej nie dostaniesz.
- Czyli to dobrze, że zapytałam ciebie?
Zoja wreszcie po raz pierwszy porządnie się uśmiechnęła od chwili, gdy zobaczyła kartki przyniesione przez Karynę i odparła:
- Odpowiem Ci w stylu Zuli. Rozbrykana małolata siadająca bez majtek na kserokopiarce też może mieć czasem słabszy moment.
- A wiesz, Zenek jak zobaczył te wydruki, to postanowił całą sypialnię nimi oblepić, ale na razie porobił fotki i trzyma je gdzieś w telefonie. A teraz pije piwo i pewnie pokazuje je kolegom.
- Oprócz tej jednej?
- Tą też widział, ale też poznał, że to nie moje.
W tym oto momencie do pokoju weszła Zula ubrana w płaszcz kąpielowy, spojrzała na stół i oświadczyła:
- No, grzeczne dupeczki. Nie wyżarły wszystkiego, zostawiły coś swojej psiapsi. A tak w ogóle, Karynko, to masz jeszcze klucze do tego sklepiku, czy już oddałaś Zenka wujkowi?
Zanim Karyna odpowiedziała, Zoja wtrąciła stanowczo:
- Zero tapetowania ścian w domu. Nie pozwalam! Veto! No pasaran!
- A czy ja coś powiedziałam?
Mówiąc to Zula spojrzała z udawaną urazą na Zoję, po czym usiadła na kanapie i sięgnęła do tacy.