Poniższy przepis jest zasadniczo uniwersalny do większości kiszonek, tym razem jednak nie interesuje nas jarzyna, tylko sok.
Sprzęt:
Słoik systemu twist. Może być dość dowolnych rozmiarów, ale bez jakichś tam przegięć, jednak też bez zbytnich ograniczeń.
Kółeczko wycięte z plastiku, na przykład z talerzyka jednorazowego użytku. Rozmiar ma być tak dobrany, aby pokrywał maksymalnie zawartość słoika.
Kamień. Ideałem jest otoczak w kształcie stożka z zaokrągloną krawędzią, tudzież czubkiem. Ale może być też jakiś plastikowy przedmiot. Niezłym pomysłem jest pusta szpulka po plastrze. Rozmiary takie, żeby przeszło przez wlot słoika, byle nie za małe.
Nóż i deseczka.
Materiał:
Buraki czerwone.
Przyprawy, dodatki smakowe. Pieprz niemielony, czosnek, plasterek cebuli, papryczki chili, kawałek chrzanu, listek laurowy, ziele angielskie, czy coś tam może jeszcze. To są składniki opcjonalne, może ich wcale nie być. To tylko kwestia gustu. Eksperymentujemy, zaś co słabsze mentalnie osoby mogą zapytać autorytetu, jaki mają mieć ten gust.
Sprzęt:
Słoik systemu twist. Może być dość dowolnych rozmiarów, ale bez jakichś tam przegięć, jednak też bez zbytnich ograniczeń.
Kółeczko wycięte z plastiku, na przykład z talerzyka jednorazowego użytku. Rozmiar ma być tak dobrany, aby pokrywał maksymalnie zawartość słoika.
Kamień. Ideałem jest otoczak w kształcie stożka z zaokrągloną krawędzią, tudzież czubkiem. Ale może być też jakiś plastikowy przedmiot. Niezłym pomysłem jest pusta szpulka po plastrze. Rozmiary takie, żeby przeszło przez wlot słoika, byle nie za małe.
Nóż i deseczka.
Materiał:
Buraki czerwone.
Przyprawy, dodatki smakowe. Pieprz niemielony, czosnek, plasterek cebuli, papryczki chili, kawałek chrzanu, listek laurowy, ziele angielskie, czy coś tam może jeszcze. To są składniki opcjonalne, może ich wcale nie być. To tylko kwestia gustu. Eksperymentujemy, zaś co słabsze mentalnie osoby mogą zapytać autorytetu, jaki mają mieć ten gust.
Solanka, czyli roztwór soli w wodzie, tak mniej więcej jedna łyżka zupna na litr tejże wody. Sól najchętniej kamienna, bo najzdrowsza, ale może być też inna kuchenna odmiana.
Starter. To jest sok z jakiejś innej kiszonki lub naturalny jogurt, czy też kefir. Ilościowo jakaś tam łyżka, czy kieliszek. Nie jest konieczny, ale bez niego projekt czasem może nie zahulać.
Procedura:
Higiena to podstawa, nie tylko w miłości, więc cały sprzęt myjemy, potem wyparzamy. Zaś materiał tylko myjemy. Starannie, ale bez chemii.
Buraków nie obieramy, nie pozbywamy się też żadnych ogonków, jeśli są. Za to kroimy je na kostkę, takiej średniej wielkości, jak kostka do gry. Na dno słoika wrzucamy przyprawy, jeśli takie chcemy użyć. Potem kostkę buraczaną, tak do dwóch trzecich naczynia, czy też trzech czwartych. Trzeba tak to dobrać rozmiarowo, aby kamień lub jego substytut nieco wystawał ponad krawędź słoika. Na kostkę kładziemy kółeczko, potem wspomniany kamień. Wlewamy starter, potem do pełna solankę. Tak, żeby było czubato. Zakręcamy słoik, dociskając tym samym kamieniem to, co jest pod nim. Odstawiamy w ciepłe miejsce na jakimś spodeczku, czy głębszym talerzu, ale można lepiej. Słoik plasujemy do wiaderka ciepłej wody, tylko tak, żeby wystawał. Co kilka godzin tą wodę wymieniamy na cieplejszą. Po jakiejś jednej dobie, czy dwóch, jak już się zabuzuje, odkręcamy, po czym uzupełniamy solankę, znowu czubato, bo po buzacji nieco wykipi. Słoik może już stać dowolnie, raczej chłodniejsze miejsce jest wskazane. Po jakiejś dobie temat jest gotowy. Ale niegłupio jest poczekać dzień lub dwa, aby sok bardziej dojrzał.
Starter. To jest sok z jakiejś innej kiszonki lub naturalny jogurt, czy też kefir. Ilościowo jakaś tam łyżka, czy kieliszek. Nie jest konieczny, ale bez niego projekt czasem może nie zahulać.
Procedura:
Higiena to podstawa, nie tylko w miłości, więc cały sprzęt myjemy, potem wyparzamy. Zaś materiał tylko myjemy. Starannie, ale bez chemii.
Buraków nie obieramy, nie pozbywamy się też żadnych ogonków, jeśli są. Za to kroimy je na kostkę, takiej średniej wielkości, jak kostka do gry. Na dno słoika wrzucamy przyprawy, jeśli takie chcemy użyć. Potem kostkę buraczaną, tak do dwóch trzecich naczynia, czy też trzech czwartych. Trzeba tak to dobrać rozmiarowo, aby kamień lub jego substytut nieco wystawał ponad krawędź słoika. Na kostkę kładziemy kółeczko, potem wspomniany kamień. Wlewamy starter, potem do pełna solankę. Tak, żeby było czubato. Zakręcamy słoik, dociskając tym samym kamieniem to, co jest pod nim. Odstawiamy w ciepłe miejsce na jakimś spodeczku, czy głębszym talerzu, ale można lepiej. Słoik plasujemy do wiaderka ciepłej wody, tylko tak, żeby wystawał. Co kilka godzin tą wodę wymieniamy na cieplejszą. Po jakiejś jednej dobie, czy dwóch, jak już się zabuzuje, odkręcamy, po czym uzupełniamy solankę, znowu czubato, bo po buzacji nieco wykipi. Słoik może już stać dowolnie, raczej chłodniejsze miejsce jest wskazane. Po jakiejś dobie temat jest gotowy. Ale niegłupio jest poczekać dzień lub dwa, aby sok bardziej dojrzał.
Ogólna uwaga dotycząca wszystkich kiszeń:
Rzecz polega na tym, aby nic nie wypływało na powierzchnię płynu. Nawet drobny paproch może być zaproszeniem dla inwazji pleśni. Gdy tak się stanie, produkt nadaje się co najwyżej do karmienia kogoś, kogo bardzo nie lubimy. Dlatego jest to kółeczko, dlatego też nie stosujemy zmielonych przypraw. Co prawda przy tak krótkim odcinku czasu pleśń raczej nam nie grozi, jednak warto mieć taki odruch, aby tej sprawy pilnować.
Płyn zlewamy, dociskając kamieniem resztę. Jako, że wyjdzie on dość stężony, można, choć nie trzeba, nieco go rozwodnić. Kwestia gustu. Na początkujących wypicie pierwszej działki soku może zadziałać diareicznie, ale to jest niemęcząca, zdrowa sraczka, taka oczyszczająca kiszkę. Zaś jak już wspomniano, higiena to podstawa. Nie jest to bynajmniej przynajmniej jedyna korzyść zdrowotna, którą betelgeuse wnosi do ludzkiej egzystencji, ale te dane można już sobie wyguglać.
To by było na tyle.
Kto jest za?
Grzeczna, mądra Kawiarnia, więc nie ma co pytać, kto jest przeciw.
Pytania?
Jak będą, to się odpowie.
No, a teraz do roboty. Algorytm jest prosty jak...
Płyn zlewamy, dociskając kamieniem resztę. Jako, że wyjdzie on dość stężony, można, choć nie trzeba, nieco go rozwodnić. Kwestia gustu. Na początkujących wypicie pierwszej działki soku może zadziałać diareicznie, ale to jest niemęcząca, zdrowa sraczka, taka oczyszczająca kiszkę. Zaś jak już wspomniano, higiena to podstawa. Nie jest to bynajmniej przynajmniej jedyna korzyść zdrowotna, którą betelgeuse wnosi do ludzkiej egzystencji, ale te dane można już sobie wyguglać.
To by było na tyle.
Kto jest za?
Grzeczna, mądra Kawiarnia, więc nie ma co pytać, kto jest przeciw.
Pytania?
Jak będą, to się odpowie.
No, a teraz do roboty. Algorytm jest prosty jak...
Jak...
Jak zabieg, którego chętnie metaforycznie udzielamy potworom rządzącej neokomuny, albo ostatnio towarzyszowowu piździnu.
Aha, jeszcze epilog:
Pozostaje na koniec pytanie, co robimy z zawartością słoika po zlaniu soku? Odpowiedź jest prosta: to, co chcemy. Niezłym pomysłem jest zalanie jej wrzątkiem i poczekanie jakąś jedną dobę, Taki wtorak również jest dość wartościowy jako napój lub element zupy, takiego semi barszczyku. Można nawet zrobić trzeciaka. Natomiast cząstki stałe raczej wyrzucamy, gdyż są już za bardzo wyeksploatowane, niekoniecznie jednak. Nie jest bynajmniej błędem ugotowanie tego materiału, wykorzystanie do jakiejś potrawy jako wypełniacz spożywczy. Tam jeszcze coś jest, choćby błonnik, więc to nadal się nadaje do spożycia, nie jest wcale jałowe gastronomiczne. Jest inflacja, żarcie drożeje, zaś strategia "no waste" nie jest wcale żadnym modnym kaprysem, dla niektórych może być wręcz koniecznością.

