- Tak kochanie, ja ciebie też.
Tyle akurat dotarło do Zuli, gdy weszła do domu, potem już tylko zobaczyła Zoję odkładającą telefon na stolik.
- Komu tak kochaniujesz?
- Karynka się zapowiedziała na niedzielę.
- No. Trochę jej nie było. Stęskniłam się.
- Za nią, czy za jej pierogami? Jeśli to drugie, to od razu uprzedziła, że to nie będą żadne pierogi.
- Jestem otwarta na wszystkie jej wytwory.
- A ja na razie jestem otwarta na ciebie.
- Chwila, daj się ogarnąć. Co jest z tobą?
- Bo też wróciłam godzinę temu z miasta, a na mieście co?
- Mróz?
- Trafiłaś za pierwszym podejściem.
- I co z tego?
- Ten mróz rozpalił we mnie taki wewnętrzny ogień.
- Fascynujące. Na mnie to tak nie działa, wręcz odwrotnie. Ja muszę najpierw iść pod gorący prysznic. Więc może sobie poczekaj z tym swoim otwarciem. Tylko żeby ci wewnętrzny ogień nie zgasł, bo to potrwa.
= = = = =
- No, gdzie ta nasza Karynka? Słyszałam drzwi.
- Tajemniczo utknęła w przedpokoju.
Ale zguba się nagle znalazła:
- Nie utknęłam, tylko się rozdziewałam. Duży mróz to dużo ciuchów. Ale z tym już niedługo koniec. Mam plan.
- Żaden mróz nie trwa wiecznie.
Tak odparła Zula, a Zoja dodała:
- Przynajmniej w naszej strefie geograficznej.
- Nie, to nie o to chodzi. Tylko o to.
Mówiąc to Karyna rzuciła na stolik jakąś ulotkę. Zoja wzięła ją szybko do ręki i zaczęła czytać treść:
- Tummo! Tybetański sposób na srogie mrozy. Specjalna buddyjska technika medytacji wywołująca wewnętrzny ogień. Kurs przyspieszony. Już po trzech tygodniach praktyki w naszym ośrodku całkiem zapomnisz o ciepłej odzieży. Pierwsza sesja za darmo! To wygląda bardzo interesująco. Tak Zuleczko?
- Pojęcia nie mam, nie znam się na buddyzmach.
- Tummo było praktykowane na Tybecie zanim jeszcze tam dotarł buddyzm. Tylko jest jeden pyk. Oni tam nie znali żadnych przyspieszonych metod.
Tyle akurat dotarło do Zuli, gdy weszła do domu, potem już tylko zobaczyła Zoję odkładającą telefon na stolik.
- Komu tak kochaniujesz?
- Karynka się zapowiedziała na niedzielę.
- No. Trochę jej nie było. Stęskniłam się.
- Za nią, czy za jej pierogami? Jeśli to drugie, to od razu uprzedziła, że to nie będą żadne pierogi.
- Jestem otwarta na wszystkie jej wytwory.
- A ja na razie jestem otwarta na ciebie.
- Chwila, daj się ogarnąć. Co jest z tobą?
- Bo też wróciłam godzinę temu z miasta, a na mieście co?
- Mróz?
- Trafiłaś za pierwszym podejściem.
- I co z tego?
- Ten mróz rozpalił we mnie taki wewnętrzny ogień.
- Fascynujące. Na mnie to tak nie działa, wręcz odwrotnie. Ja muszę najpierw iść pod gorący prysznic. Więc może sobie poczekaj z tym swoim otwarciem. Tylko żeby ci wewnętrzny ogień nie zgasł, bo to potrwa.
= = = = =
- No, gdzie ta nasza Karynka? Słyszałam drzwi.
- Tajemniczo utknęła w przedpokoju.
Ale zguba się nagle znalazła:
- Nie utknęłam, tylko się rozdziewałam. Duży mróz to dużo ciuchów. Ale z tym już niedługo koniec. Mam plan.
- Żaden mróz nie trwa wiecznie.
Tak odparła Zula, a Zoja dodała:
- Przynajmniej w naszej strefie geograficznej.
- Nie, to nie o to chodzi. Tylko o to.
Mówiąc to Karyna rzuciła na stolik jakąś ulotkę. Zoja wzięła ją szybko do ręki i zaczęła czytać treść:
- Tummo! Tybetański sposób na srogie mrozy. Specjalna buddyjska technika medytacji wywołująca wewnętrzny ogień. Kurs przyspieszony. Już po trzech tygodniach praktyki w naszym ośrodku całkiem zapomnisz o ciepłej odzieży. Pierwsza sesja za darmo! To wygląda bardzo interesująco. Tak Zuleczko?
- Pojęcia nie mam, nie znam się na buddyzmach.
- Tummo było praktykowane na Tybecie zanim jeszcze tam dotarł buddyzm. Tylko jest jeden pyk. Oni tam nie znali żadnych przyspieszonych metod.
- No wiesz, internetu też nie znali.
To nie była odpowiedź Zuli. Zaś Zoja:
- Jakaś ty Karynko rezolutna. To jeszcze sobie poczytaj, co tam na tej ulotce jest napisane na dole drobnym druczkiem.
Gdy Karyna pochyliła się nad kartką, Zula dodała:
- Drobnym, czy nie drobnym, ja się na to i tak nie piszę. Pójdę na ten kurs, zapłacę ile chcą, ukończę go na szóstkę, tymczasem mrozy się skończą, a ja zostanę jak ta pizda uszata z tym całym tummo. Powiedz lepiej moja piękna, co tam masz w koszyczku.
Karyna odłożyła ulotkę i wyjęła z torby sporawy pojemnik. Gdy go otworzyła, Zula szybko zajrzała do środka:
- Mówiłaś Zojce, że ma nie być pierogów? Jak nie ma, jak są?
- To nie żadne pierogi, to samosy. Pierogów nalepiłam się w grudniu, mam chwilowo dość, czas było na małą odmianę.
- Wiem, co to samosy, jadłam już kiedyś, nawet nieraz, choć nie karynkowe, tylko knajpowe. Ale to nie zmienia faktu, że to są pierogi.
- Nie. To są samosy.
Zula westchnęła, po czym odparła:
- Karynko, czy jeśli z Zenkiem...
- Zula, stop! Może ja jej wyjaśnię. Czy jeśli z Zenkiem idziecie na spacer, to trzymacie się za ręce, czy jakoś tak inaczej?
- Różnie. Najczęściej to...
- Dobrze, mniejsza z tym. Ale tak, czy owak, czy inaczej, to nadal jest to jakiś spacer. Tak? Zgadza się?
- No... Tak.
- Zojka, ale ja jej to samo chciałam powiedzieć.
- To samo, tylko inaczej? Świetnie wiem, co chciałaś powiedzieć.
Tu wtrąciła Karyna:
- Już rozumiem. Samosy to pierogi, tylko prawie inaczej. Ale ja mam lepszy pomysł. Pójdę do kuchni, odgrzeję, a wy sobie dogadacie detale.
Zoja i Zula spojrzały na nią, potem na siebie. Nie wiadomo za bardzo, która pierwsza kiwnęła głową, ale na pewno równocześnie uznały:
- Dooobra jest!
Po kilku minutach cała trójka zajadała prawie inaczej pierogi, wreszcie Zula przerwała, głośno po chamsku beknęła i oświadczyła:
- Mam haiku. Uwaga. Cicho ma być. Mówię.
- Jakaś ty Karynko rezolutna. To jeszcze sobie poczytaj, co tam na tej ulotce jest napisane na dole drobnym druczkiem.
Gdy Karyna pochyliła się nad kartką, Zula dodała:
- Drobnym, czy nie drobnym, ja się na to i tak nie piszę. Pójdę na ten kurs, zapłacę ile chcą, ukończę go na szóstkę, tymczasem mrozy się skończą, a ja zostanę jak ta pizda uszata z tym całym tummo. Powiedz lepiej moja piękna, co tam masz w koszyczku.
Karyna odłożyła ulotkę i wyjęła z torby sporawy pojemnik. Gdy go otworzyła, Zula szybko zajrzała do środka:
- Mówiłaś Zojce, że ma nie być pierogów? Jak nie ma, jak są?
- To nie żadne pierogi, to samosy. Pierogów nalepiłam się w grudniu, mam chwilowo dość, czas było na małą odmianę.
- Wiem, co to samosy, jadłam już kiedyś, nawet nieraz, choć nie karynkowe, tylko knajpowe. Ale to nie zmienia faktu, że to są pierogi.
- Nie. To są samosy.
Zula westchnęła, po czym odparła:
- Karynko, czy jeśli z Zenkiem...
- Zula, stop! Może ja jej wyjaśnię. Czy jeśli z Zenkiem idziecie na spacer, to trzymacie się za ręce, czy jakoś tak inaczej?
- Różnie. Najczęściej to...
- Dobrze, mniejsza z tym. Ale tak, czy owak, czy inaczej, to nadal jest to jakiś spacer. Tak? Zgadza się?
- No... Tak.
- Zojka, ale ja jej to samo chciałam powiedzieć.
- To samo, tylko inaczej? Świetnie wiem, co chciałaś powiedzieć.
Tu wtrąciła Karyna:
- Już rozumiem. Samosy to pierogi, tylko prawie inaczej. Ale ja mam lepszy pomysł. Pójdę do kuchni, odgrzeję, a wy sobie dogadacie detale.
Zoja i Zula spojrzały na nią, potem na siebie. Nie wiadomo za bardzo, która pierwsza kiwnęła głową, ale na pewno równocześnie uznały:
- Dooobra jest!
Po kilku minutach cała trójka zajadała prawie inaczej pierogi, wreszcie Zula przerwała, głośno po chamsku beknęła i oświadczyła:
- Mam haiku. Uwaga. Cicho ma być. Mówię.
Bez żadnych tummo
Płonie mi dynamicznie
Wewnętrzny ogień.
____________
Redakcja bloga nie ponosi żadnej odpowiedzialności za cudze iluzje, jakoby to miał być post o seksie. Za wszelkie inne również.
Płonie mi dynamicznie
Wewnętrzny ogień.
____________
Redakcja bloga nie ponosi żadnej odpowiedzialności za cudze iluzje, jakoby to miał być post o seksie. Za wszelkie inne również.
