10 listopada 2017

PORTAL PECHA

Świt. Ulica Pusta wcale nie jest pusta. Na chodniku, na rogu Krzaczej siedzi kot, miejscowy miejski łazik. Jego uszy, niczym anteny łowią odgłosy ciszy, która dla niego wcale nie jest bynajmniej cicha. Dochodzi do nich lekki, niezbyt regularny stukot od ulicy Koytasa, coraz głośniejszy i zza jej rogu wyłania się młoda dziewczyna z rozmazanym makijażem. Kot tego tak nie percepuje, sensuje jedynie pewną drobną porcję złej energii, która od niej emanuje. Otwiera szeroko oczy, by rozpoznać, czy coś może mu zagrażać. Nie zna też znaczenia artykułowanych gniewnie słów:
- To picza jebana! Takie ciacho mi z przed nosa...
Dziewczyna nie dokańcza, potyka się nagle z głośnym:
- Nożkurwa!
Kot zabiera się nagle za lizanie futerka na łapce, jednakże jego ucho nadal łowi uważnie dalsze złorzeczenia. Tym razem słyszy:
- No masz, jeszcze tego... Aaaa!
Kot odwraca głowę, patrzy jakby zdziwiony. Źródło dźwięku i negatywnej energii zniknęło. Chodnik po drugiej stronie jest pusty. Pod murem leży tylko jakiś przedmiot. Kot się na tym nie zna, więc nie wie, że jest to but ze złamanym obcasem. Po chwili znowu słychać jakiś odgłos, tym razem jest to równy krok dwojga ludzi od strony Krzaczej. Para idących policjantów skręca w Pustą, po chwili dochodzi do samotnego buta.
- Zobacz, jakiemuś Kopciuszkowi się śpieszyło.
- Kopciuszkowi?
- To taka postać z bajki dla dzieci. Nie czytałeś?
- Zobacz, jaki fajny kot!
No tak, trzeba było jakoś zmienić temat. Ale fajny kot ma chyba plan. Wstaje i rusza na swój koci patrol znikając za rogiem Krzaczej.
= = = = = =
- Halt! Halt! Du verfluchte schweine!
Głośny tupot przerywa ciszę godziny policyjnej. Jest już na tyle jasno, by zobaczyć biegnącą postać, zaś za nią widać w pewnej odległości dwóch żandarmów Orpo. Jeden przystaje, unosi broń. Pada strzał. Uciekający człowiek chwieje się, opiera ręką o mur kamienicy, prze jednak dalej i znika za rogiem. Po chwili do zbiegu ulic docierają ścigający i zatrzymują się nagle. Nikogo nie widać, przecznica jest pusta. Żandarmi patrzą na siebie zdumieni, słusznie poniekąd, gdyż do następnej ulicy nie ma żadnej bramy, nie ma też nic, żadnego innego miejsca do ukrycia się. Jest tylko gładko otynkowany mur i wysoko zlokalizowane okna.
- Schajsse!
Żandarmi idą jeszcze kilka kroków podejrzliwie patrząc w te okna.
- Unmoglich.
Po tej konstatacji zawracają już bez słowa do skrzyżowania.
= = = = = =
- Panie policjancie, chciałam zgłosić zaginięcie!
- Co pani zginęło, w czym możemy pomóc?
- Nie co, tylko kto.
- A więc kto?
- Bo on poszedł te mazaje tak tego...
- Ale kto poszedł?
- Mąż!
- Kiedy to się stało? Proszę po kolei, od początku.
- Wczoraj, a po kolei dzisiaj. Nie wrócił na noc do tego.
- Dobrze. Znaczy niedobrze. Proszę mówić, ja słucham.
- Od początku?
- Dokładnie tak. Od samego początku.
- Od początku to Anielakowa jestem, z domu...
- Może już bez tego domu.
- Jak to bez domu? Toż to on z domu wyszedł.
- Gdzie wyszedł? Do sklepu? Do pracy?
- O, właśnie to! Do pracy wyszedł, na chwilę.
- Jak to na chwilę? Do pracy na chwilę?
- Ano na chwilę. Bo on jest dozorcą tego domu, co wie pan.
- Tego jeszcze nie wiem.
- Koytasa osiemnaście, ta narożna kamienica. No, i on wziął takie tam różne, żeby te mazaje zetrzeć, te na murze, od Pustej...
- Mazaje?
- Te, co gówniarze na murach malują.
- Aha. Graffiti.
- Jakie tam grafiki? Mazaje zwykłe i tyle.
- No, i co dalej? Starł te mazaje?
- Ano nie starł. Mazaje są, a męża nie ma. Tylko wiadro zostało pod ścianą. Bo on wziął to wiadro, do wiadra takie zajzajery różne, mopa, szmaty. To wszystko zostało, nikt nic nie ukradł. Nawet mopa, choć nowiutko kupiony był. Ale już wszystko schowałam. Bo jak za długo stoi, to nóg dostanie.
- Pani Anielakowa, pani tam sobie usiądzie, poczeka, ktoś zaraz do pani zejdzie. Dowód pani ma jakiś ze sobą?
- No, jakżeby nie? Męża też dowód mam. Nie wziął ze sobą, bo po co? On przecież tylko na chwilę wyszedł, żeby te mazaje...

Kobieta przerywa, zanosi się głośnym szlochem.
= = = = = =
Południe. Chodnikiem powoli idzie ksiądz - zwykle tak się mówi na kapłana popularnej w tym kraju religii. Obserwuje dwójkę dzieci idących pod opieką kobiety, być może matki, po drugiej stronie ulicy. Przechodzi w pewnym momencie na tą samą stronę, idzie za nimi. Jego uwagę przykuwa starsze dziecko, dziewczynka. Matka z dziećmi dochodzą do przecznicy, przechodzą na jej drugą stronę. Idą dalej, zaś ksiądz wkracza na jezdnię. Dziewczynka ogląda się, chwyta matkę za rękę:
- Mamo, czemu ten pan tak wciąż idzie za nami?
- Jaki pan, kochanie?
- Ten pan ksiądz. Idzie za nami już od rynku.
- Słoneczko, zdaje ci się.
- Sama zobacz, proszę. No, zobacz.
Matka przystaje, ogląda się, ale ułamek sekundy wcześniej ksiądz szybko umyka za róg przecznicy. Kobieta uśmiecha się:
- Zobacz córciu, nikogo nie ma.
- Bo się schował.
- Idziemy.
- Nie! Proszę! On tam jest! Powiedz mu coś.
- Co mam mu powiedzieć?
- Żeby nie szedł za nami.
Tymczasem ksiądz cofa się w głąb przecznicy, opiera o mur.
- No, dobrze. Chodźmy.
Cała trójka wraca. Mijają węgieł kamienicy, skręcają w przecznicę. Ulica jest pusta, nikogo nie ma. Dziecko patrzy, potem spogląda bezradnie na matkę.
- Gdzie on jest?
- Widać poszedł już sobie.
- Ale gdzie?
Kobieta zaczyna się niecierpliwić.
- Może poszedł do kościoła.
Dziewczynka marszczy brwi, namyśla się. Matka dodaje:
- Jak to był ksiądz, to na pewno szedł do kościoła.
To musiało być przekonywujące, bo na twarzy dziecka pojawia się wyraz ulgi. Za to młodsze przypomina o sobie, o swojej obecności wtrącając:
- Mama, chodźmy już.
- Tak, tak, idziemy.
Matka chwyta dzieci za ręce, wszyscy ruszają razem, przed siebie. Tylko dziewczynka na chwilę jeszcze przystaje, cofa się, patrzy w głąb pustej przecznicy. Po chwili rusza i cała trójka kontynuuje marsz chodnikiem...
= = = = = =
Skwerek, ławka, na ławce dwóch mężczyzn, którzy nie sprawiają wrażenia, by posiadali zbyt stabilne miejsca zamieszkania. Rozmawiają, od czasu do czasu pociągając z butelki wciśniętej pomiędzy nich, ukrytej starannie przed wzrokiem niepowołanych. Czyli policji i straży miejskiej, których powołano, między innymi, do wypatrywania takich butelek właśnie.
- Coś Staśka dawno nie widziałem.
- Którego Staśka? Aaa, tego Staśka, co zniknął?
- Pewnie, że zniknął, jeśli go nie widziałem.
- No tak, ale on podobno zniknął inaczej.
- Jak to inaczej? A jak się znika nieinaczej?
- No, zwyczajnie tak. Stasiek zniknął bezpośrednio.
- Czyli kurwa jak? Jak to jest bezpośrednio inaczej?
- O rany, ale ty jesteś męczący...
- Bo chcę wiedzieć. Nie wolno mi?
- Żebyś ty w szkole miał taki głód wiedzy.
- To co wtedy by było?
- To byś tu ze mną na tej ławce nie siedział.
- Ty nie zmieniaj tematu, tylko mów, co z tym Staśkiem.
- Właśnie idzie.
- Stasiek? Gdzie?
- Nie Stasiek, tylko Siwy. On wie. Znaczy mówi, że wie.
- To wie, czy nie wie?
- Jak tam mu kurwa nie wierzę.
Do ławki podchodzi Siwy.
- Ty, jak to było z tym Staśkiem?
- To ten wieśniak ci już nie mówił?
- Ten wieśniak ci nie wierzy.
Mężczyzna nazwany "wieśniakiem" wtrąca:
- Tak, wieśniak ci nie wierzy.
- Ale opowiedzieć mogłeś.
- Nie, nie mogłem. Dbam o swoją wiarygodność.
Drugi z siedzących nie ukrywa poirytowania:
- Przestańcie się, kurwa, kłócić, tylko Siwy opowiadaj.
- No, bo to było kurwa tak, że idziemy ze Staśkiem Koytasa i jemu się lać zachciało, to weszliśmy w Pustą, ciemno już było, Stasiek staje pod ścianą, wyciąga rękę, by się oprzeć, ja się odwracam i...
- I co?
- Tak cicho się jakoś zrobiło, to ja się odwracam i patrzę, a jego nie ma.
- Nie ma?
- No, nie ma. Stoi tu Stasiek?
- Nie stoi.
- To on też tam tak samo tam nie stał, jak teraz nie stoi.
- To gdzie był?
- Zniknął. Jak w ruskim cyrku. Było i nie ma.
Tym razem cicho się jakoś zrobiło na ławce i obok ławki.
...
Ulica Pusta, róg Koytasa. Od strony Krzaczej zbliża się trzech mężczyzn nie sprawiających wrażenia, by posiadali zbyt stabilne miejsca zamieszkania. Przystają przy ścianie nieopodal narożnika kamienicy.
- To tu było?
- Tu było.
- To co teraz?
- Nie wiem.
- To po chuj tu przyszliśmy?
- Mieliśmy zrobić wizję lokalną.
- No, to robimy właśnie.
- Więc, kurwa, Staśka nie ma, taka jest wizja.
- A miał być?
- Wiecie co, ja może zmienię temat.
- Na jaki?
- Myślimy co?
Cała trójka zaczyna przeglądać kieszenie.
- Wiele tego nie ma.
- To prawda, ale złoty do złotego...
- I coś będzie z tego.
- No, to idziemy, bo nam zaraz Żabę zamkną.
...
Skwerek, ławka, na ławce dyskusja.
- Tam pod tą ścianą, to nie tak miało być.
- A niby jak?
- Niedowiarek powinien się oprzeć o tą ścianę.
- Było być mądrym wtedy. Teraz sam sobie idź i się opieraj.
- A Stasiek?
- Jak Stasiek się znajdzie, to nie będzie problemu.
- A teraz?
- A teraz też nie ma, bo nie ma Staśka.
- Od opierania się o ścianę Staśka by nie przybyło.
- No, nareszcie ktoś powiedział coś mądrego.
- Zdrowie Staśka!
- Zdrowie ściany...
= = = = = =
= = = = = =
Nie wiadomo, czy portale są tworem (para)naturalnym, czy też powstały jako efekt pracy jakiegoś maga. Tak naprawdę, to nie wiadomo, czy w ogóle istnieją, czy są tylko kolejną urban legend. Ale wydają się być niegłupim konceptem w obliczu przeludnienia. Nie ma co teraz dywagować, czy owo przeludnienie już jest, czy jeszcze zbyt niewielu ludzi widzi, że jest. Pewne jest za to, że będzie, do tego tak będzie, że będzie widziane. Odpowiednio duża ilość portali rozwiązuje problem elegancko, ekologicznie, w miarę humanitarnie. Dodajmy tylko jeszcze do kompletu, że powinny one co jakiś czas zmieniać losowo swoją lokalizację. Tłok na Ziemi będzie rozładowany powoli, subtelnie, niepostrzeżenie, naprawdę równo i sprawiedliwie na raz. Zaś co najważniejsze, nikt do nikogo nie będzie miał pretensji, przeżywać bowiem będą ci, którzy nie mają pecha. Pech to coś, za czym nikt nie stoi.

07 października 2017

Nie dla kota

"Tradycja to najbardziej nudna ze wszystkich form wyrażania impotencji"
/Adam Wiśniewski Snerg - "Robot"/
.................
Zacznę trochę nie po męsku, raczej tak po kobiecemu bardziej, czyli nie na temat. Otóż nie znoszę mleka, od dziecka już go nie znosiłem. Bo serek, jogurcik jakiś, ba, nawet zsiadłe mleko przyswoję nawet chętnie, ale mleko raw oraz gotowane jest fuj, be, po prostu syf. Fakt, że kiedyś mleko było mlekiem, zaś obecnie być nim przestało nie ma tu znaczenia. Pamiętam, gdy za bardzo młodych lat chodziłem byłem do przedszkola. Nawet miło to wspominam, ale niekoniecznie wszystko. Bo każdy dzień tam spędzony równał się konieczności rozwiązania dwóch bazowych problemów. Jak przeżyć tak zwany "pacierz" i jak się wykręcić od wypicia obowiązkowego kubka gorącego mleka. Skąd ten pacierz, ktoś zapyta. Ano stąd, że Tata miał wtedy małą firmę budowlaną, zaś jako dziecku "prywaciarza" państwowe przedszkole mi nie przysługiwało. Właściwie to nie było takiej strasznej konieczności, bym tam chodził, ale uznano, że mam się /mówiąc obecnym naukowym językiem/ socjalizować. Samo podwórko miało być za mało. Tedy poszedłem do urszulanek. No, i dobrze, mnie to nie przeszkadzało, problem zaczynał się dopiero, gdy zbliżała się godzina dwunasta. Bo wtedy cała gromadka dzieci miała przyjąć pozycję klęczną i klepać jakieś magiczne formułki. Upierdliwe to było, więc każdy kombinował tak, by przyjąć jakąś wygodniejszą pozycję poza zasięgiem wzroku pani zwanej "siostrą". Drugim punktem krytycznym było śniadanie, zwane też obiadem. Bo połowa dzieciaków miała te obiady wykupione, połowa zaś przynosiła swoje papu. Teraz to by się nazywało lancz. Należałem do tych drugich i tu się zaczynały schody, bo każdy dostawał kuban gorącego mleka. Nie było, że "nie lubię", więc trzeba było to paskudztwo wypić. W domu wszyscy byli przytomni, więc szybko się nauczyli, że mnie się mleka nie daje, ale pani siostra była nieedukowalna w tym temacie. Trzeba więc było sposobem. Sposobów było sporo, ale głównie trzy. Czmychnięcie, by się zaszyć gdzieś na czas posiłku. Symulacja bólu brzucha, by otrzymać herbatę zamiast. Pominę już taki uśmiech losu, jak wpadnięcie muchy do mleka. Trzecim sposobem było jego  rozlanie. Bo dolewek nie było, było tylko tyle mleka, ile pani siostra przyniosła w bańce z kuchni po drugiej stronie ulicy. Okay, ale rozlać trza umić, do tego tak rozlać, by nie musieć potem sprzątać. To było akurat proste, aczkolwiek perfidne. Kuban z mlekiem podsuwało się pod łokieć sąsiadowi przy stole. Dalej już chyba wyjaśniać nie trzeba? Te wszystkie sposoby jednak miały pewną wadę. Nie można było ich stosować ani często, ani regularnie, bo pani siostra by się ścięła, zresztą i tak powoli podejrzewała, że coś jest nie tak, więc od czasu do czasu trzeba było to cholerne mleko wypić. Tak summa summarum szacując udało mi się jednak uniknąć wypicia jednej trzeciej mleka we mnie wmuszanego, co poczytuję sobie za niezły wynik. Ale najbardziej w tym wszystkim wkurzający był element propagandy promlecznej, który za wzór do naśladowania stawiał koty, które to tradycyjnie już miały lubić mleko. No, i czas więc teraz, po tym rozbudowanym wstępie nie na temat przejść do meritum...
Koty lubiłem od zawsze za ich piękno i mądrość, zaś ich inklinacje do mleka traktowałem z pokorą, nie jako objaw głupoty, lecz jako cechę immanentnie kocią. Wielu na tym oto etapie rozwoju się zatrzymuje uznając, że kot tak ma i tyle, po czym nie zawraca już tym sobie głowy. Ale ja to nie "wielu", czasem więc miewam problem z tą pokorą, jestem raczej taki "wątpiący - niewierzący", więc nadal borykałem się z pytaniem, czy kot aby na pewno musi pić mleko? Odpowiedź nadeszła, gdy pojawił się pierwszy kot, kotka zresztą, który był "mój", czyli taki, za którego byłem sam odpowiedzialny. Utrzymanie kota, takiego zwykłego kota rasy "kot" nigdy zbyt drogie nie było i nie jest, nie było problemu "za co?", ale onymi czasy był za to problem "co?". Chrupków kocich wtedy jeszcze nie sprzedawano, na rynku pojawiały się dopiero prototypy pod nazwą "Filemon" /oraz psie chrupki "Canis"/, to jednak nie rozwiązywało mi nic. Spożywania zaś kaszanki kot stanowczo odmawiał, zresztą zawsze uważałem, że ludzkiej karmy, nawet takiej wyższego gatunku kot jeść nie powinien, chyba że tatar jeszcze przed doprawieniem. Jako bonus od czasu do czasu może owszem, ale tylko od czasu do czasu. Kot zresztą też miał coś wtedy do powiedzenia, na przykład czasem kradł pomidory z kanapek, ale nie mogła to być baza jego diety. Na szczęście polska flota wypływała coraz dalej, więc na rynku pojawiły się kalmary, które były nie dość, że tanie, to porażająco zdrowe, tak dla ludzi, jak dla kotów. Do tego jeszcze reżim w swej łaskawości wielkiej zezwolił na tak zwane "wolne jatki", czyli prywatne stoiska mięsne poza państwowym monopolem, można więc było ogarnąć dla kota mnóstwo wartościowych kąsków, do tego za darmo. Okay, ale dość tych peerlowskich wspominek, wróćmy do kwestii mleka. Otóż w naszym domu raczej mało używano wtedy mleka, co też przekładało się na to, że kota rzadko się załapywała na ów towar. Zaś gdy trafił jej się taki bonus, to... Daruję sobie opisy kuwety po owym bonusie. Ergo mleko zostało wreszcie skreślone z kociej diety. Zaś po latach... Dużo by tu opowiadać, bo wiele się zmieniało. Na przykład dom, w którym kota stała się kotem wychodzącym, przybywało też kotów. Jedno jest natomiast pewne, że dożyła ona zaiste pięknego, jak na kota, wieku dziewiętnastu lat, awansując też przy okazji na bohaterkę licznych legend rodzinnych, ale to już był wynik nie jej diety, lecz barwnego, niepojętego czasem behawioru, tudzież wybitnej osobowości.
Czy to jest jednak dowód na to, by kotu nie dawać mleka? Oczywiście, że nie. Jest to jedynie pojedynczy przykład kota, który to sobie bez mleka świetnie poradził. Zresztą mnóstwo innych kotów również śmiało może się bez tegoż mleka obejść. Tu dopiero nauka może coś więcej powiedzieć na ten temat, jednogłośnym chórem wetów i innych speców kocich(*). Mówi zaś tyle, iż /szkicowo ujmując/ co prawda mlekiem kota otruć raczej trudno, ale mimo to dla dorosłych kotów jest ono mocno niewskazane. Pomińmy już /po raz drugi zresztą/ taką delikatną kwestię, jak ta, że obecnie dostępne na rynku mleko przeważnie nazywa się tylko "mleko", zaś czym jest naprawdę to wiedzą tylko technolodzy przemysłu spożywczego. Zaś ja prywatnie kotom mleka nie daję, nawet jako sporadyczny bonus, gdyż nie chcę fundować im prozaicznej sraczki, która dla tak szlachetnego oraz dystyngowanego zwierza, jak kot, byłaby czymś wysoce nieeleganckim, nie wspomnę już o innych niedogodnościach prostszej natury. Co prawda nasza obecna, aktualna kota chadza za przysłowiową stodołę, zaś kuweta służy do innych celów w tym domu /ostatnio suszyły się w niej orzechy/, ale tu zasada "czego oko nie widzi..." po prostu nie proceduje.
Na koniec pozostaje jeszcze kwestia tradycji. No, bo jak to tak, panie dzieju? Kotu nie zapodawać mleka? Kto to widział takie rzeczy? Toż to nawet piszą w książeczkach dla dzieci, że kot pije mleko. Babcia dawała kotu mleko, jej babcia też dawała, prababcia prababci tudzież, zaś kociska były zdrowe, zadowolone, aż popierdywały(!) z uciechy. No właśnie, popierdywały. Okay, ale zostawmy już to popierdywanie, dodam tylko, że niezmiernie rzadko zdarzało mi się percepować popierdującego kota, chyba może ze dwa razy w życiu zgoła jedynie, do tego bardzo dawno temu, w porywach do nieprawdy. Cała ta argumentacja za to przypomina mi wręcz bardziej, niż łudząco dyskusje na temat bezstresowego bicia dzieci, które notabene zresztą obrywają wtedy za sam fakt bycia dzieckiem, bo za cóż innego? To bardzo znany motyw, gdy taki mądrusiński peroruje z grubsza tak, że jego ociec tłukł, a jakże, aż pas wrzał, zaś on sam mimo to, a nawet dzięki temu wyrósł na przyzwoitego człowieka. Zawsze sobie wtedy myślę, że może taki ptyś jest nawet przyzwoity, ale są ważniejsze sprawy, niż ta cała jego przyzwoitość, na przykład bycie zdrowszym (psychicznie), zaś od walenia pasem tego zdrowia walonemu raczej nie przybywa.
Oczywiście jak to jest ze zdrowiem psychicznym kotów pojonych lub nie pojonych mlekiem, to chyba jedyna Bastet tylko wie, zwłaszcza, że każdy przyzwoity kot jest na swój sposób zdrowo(!) rąbnięty. Nauka raczej skupia się na zdrowiu somatycznym, tu zaś sprawa jest prosta i mnie z bilansu ogólnego wychodzi, że mleko nie jest dla kotów i już. No, i niech to będzie uproszczoną, aczkolwiek nie zubożoną nawet o ani ćwierć kwanta rdzenia przekazu puentą całego posta centralnie.
Tak swoją drogą, to pomimo groźnie brzmiącego motto na samym przedzie tekstu, generalnie nic nie mam do tradycji. Niektóre nawet bardzo lubię, tudzież popieram. Ale to, że coś jest tradycją nie zwalnia nikogo bynajmniej zez używania mózgu właściwie, co tu akurat oznacza weryfikację danej tradycji pod kątem jej sensowności. Tradycja pojenia kota mlekiem nie spełnia znamion tradycji sensownej, tedy do hasa z nią. Tak?
Aha, jeszcze jedno. Zapewne, choć bardzo niekoniecznie, komuś może przyjść do głowy, że projektuję(**) na koty swoją niechęć do mleka. Otóż jeśli tak przyszło, to od razu już uzgodnijmy, że głupio przyszło. Gdy się uważnie wczyta w tekst, to nie sposób przeoczyć słów, że moje wspominki przedszkolne są nie na temat. Pojawiły się trochę na zasadzie kolorowej waty słownej, żeby było coś niecoś więcej do poczytania, niż sama tylko sucha teza bazowa bez żadnego artyzmu.
Drugie "aha" jest takie, że zaistnienie drugiego pod rząd posta na temat kotów wcale nie oznacza, iż ten blog steruje w kierunku "kociego" bloga. Także zaistnienie trzeciego, jeśli takie nastąpi. Takich planów nie ma, nawet cień myśli tego typu się wziął mi był nie pojawił. Ja zasadniczo niewiele planuję na temat formuły tego bloga, ale kwestia braku monotematyczności owego jest wykrystalizowana nader klarownie.
_________________
(*) Guglamy "kot mleko" i mamy temat szerzej rozwinięty, niż w tym poście.
(**) Chodzi o "projektowanie" w sensie terminologii psychologicznej.