03 czerwca 2017

(Anty)koncepcja draństwa

Wstęp samokrytyczny:
Kiedyś zdarzało mi się wyznawać i wyrażać pogląd, że państwo ma prawo zakazywać kobietom usuwania wczesnej ciąży /pierwszy trymestr/ tylko pod warunkiem, że dostarczy ono obywatelom idealnej antykoncepcji, stuprocentowo skutecznej, stuprocentowo nieupierdliwej, stuprocentowo obojętnej dla zdrowia, do tego, rzecz jasna darmowej. No cóż. Jedynym usprawiedliwieniem tworzenia sobie w głowie, tudzież artykułowania takiej głupoty jest fakt, że taka antykoncepcja nie istnieje i nie zaistnieje. Głupoty, bo prawda jest inna. Państwo nawet wtedy nie ma prawa tego zakazywać. Bo jakby nie było, kobieta ma prawo się rozmyślić, nawet, gdy ciąża była chciana. Mogą się też zmienić jej uwarunkowania, sytuacja. Tak? Ergo, państwo, które jej tego zakazuje to nie państwo, tylko draństwo. Takiego państwa nie można brać na poważnie.

Tyle wstępu, jedziemy dalej:
Tak szczerze mówiąc, to nie za specjalnie chce mi się bawić w ekspresje artystyczne, więc streszczę jedynie tak z grubsza sytuację, która zresztą nie jest zbyt ciekawa, co więcej i co gorsza, jest za ciekawa:
- Zakaz usuwania ciąży. Stary temat od ponad ćwierćwiecza.
-  In vitro. Mało dostępne, tylko dla wybranych.
Podła zmiana dorzuca do pieca w trybie "z bomby":
- Kwestia landrynek dla dziewczynek, którymi to ponoć te dziewczynki obżerają się do porzygu. Bogate te dziewczynki muszą być, co więcej całe ich mnóstwo. Kto nie zatrybił, to podpowiem, że chodzi o pigułki "po".
- Medialny szum na temat wspomnianych landrynek przysłonił sprawę nonoksynolu. Zawierają go takie produkty, jak Patentex Oval, Kolpotex lub jeszcze inne w tym guście. Czyli globulki albo żele plemnikobójcze. Nie zawsze skuteczne (pi razy drzwi jakieś 80%), nieco upierdliwe, jak każda antykoncepcja zresztą, ale były. Były, bo nie ma. Zniknęły jak sen jakiś złoty z aptek, z sex shopów, zaś w hurtowniach nikt nic nie wie. Urzędasy na wyższym szczeblu administracji palą głupa, oficjalna zaś wersja jest, że firma dostarczająca ten produkt wycofała się z dostaw. Ciekawe. Sama się wycofała, nikt jej nie pomógł podjąć takiej decyzji? Wszystkie takie firmy? Wszystkie podobne produkty dostępne na rynku przed podłą zmianą?
Co prawda dziennikarskie śledztwo na ten temat jeszcze trwa, więc każda wersja wyjaśnienia tej sprawy jest możliwa, ale...
Chyba wystarczy tego punktu streszczenia.
- Do kompletu jeszcze dodajmy zniesienie standardów zwanych w skrócie "rodzić po ludzku" za sprawą tego samego łgarza, który sobie wymyślił wspomniane już landrynki masowo zjadane przez dziewczynki.
Co teraz? Co podła zmiana nowego zapoda, by dalej udowadniać, że kobieta jest dla niej rzeczą, a nie człowiekiem? Pewne (anty)koncepcje już są. Na przykład ogumienie na recepty i jego nielegal w dalszej kolejności. Przy okazji zaś znikną z polskiego rynku testy ciążowe, żeby taki żywy inkubator nie połapał się w porę i nie wyjechał sobie na przykład za granicę, aby (jak to nazywa politpoprawny żargon) "zabić dziecko nienarodzone". Jednym zdaniem to wszystko podsumowując, to zaiste druga Rumunia się szykuje w ramach podłej zmiany. Narodowej, ma się rozumieć.
Dygresja wyjaśniająca:
Chodzi o Rumunię za rządów Ceausescu. Wtedy tam również obowiązywał zakaz usuwania ciąży, tudzież też antykoncepcji. Polscy przyjezdni byli wypytywani przez tubylców namolnie o "antybejbi", zaś karierę robił lek Biseptol. Co prawda nie na spuchnięty brzuch on działał, lecz na spuchnięty dziób, gdy ząb bolał, ale wśród Rumunów rządziła urban legend, że jest to panaceum na wszystko. Wcale teraz nie żartuję, tak było naprawdę.

Po tej dygresji pozostała jeszcze wisienka na torcie zwana viagrą bez recepty, namiętnie obecnie reklamowana w kurwizji, tudzież na innych kanałach. Pod innymi brandami, ale to akurat detal, nie rzutuje. Niby fajnie, niejedna pani lub pan powinni być zadowoleni, ale gdy się spojrzy na cały ten porypany tort to się chce...
To się chce po prostu wyjść z kina, które Kinem Wolność nie jest na pewno i coraz bardziej być nim nie chce.

28 maja 2017

Konopielka, czyli na Marszu, jak to na Marszu...

Sorry Gregory, ale z całego materiału zdjęciowego tylko to, co jest powyżej nadawało się do publikacji. Tak to jest, gdy uparciuch uprze się na Nokię 108 Dual SIM i odrzuca go od mizianych, wypasionych piczfonów, czy czego tam jeszcze. Po co mu to, jeszcze by sobie takim sprzętem krzywdę zrobił jakowąś próbując klikać fotki.
Zaś na Marszu, jak to na Marszu. Marszowo było se tak, konopnie, fajnie, wesoło, na luzie, czyli tak jak miało być. Tego roku trafiło mi się dubeltowo, bo w dwóch miastach stołecznych. Aby mieć to już z głowy, zacznę od gorszego końca, czyli od frekwencji. Blado to wypadło moim zdaniem, gdy porównam z Marszami kilka lat temu. Według moich szacunków, to Kraków = 1000, Warszawa = 1500, w porywach zresztą. Rzecz jasna jest to z grubsza, bo fachowcem od takich pomiarów nie jestem, ale jednak jest to bardziej wiarygodne, niż fachowe pomiary policyjne, według których to, jak zwykle zresztą bywa przy imprezach antysystemowych, nikogo nie było. Czemu tak, skoro pogoda była super? Chyba nie dlatego, że spadła nagle populacja ludzi high class brained. Spadł jednak chyba poziom wiary w powodzenie Sprawy. No cóż, skoro obecny reżim podłej zmiany jest jeszcze gorszy od poprzedniego, to mowy nie ma o żadnym powodzeniu teraz, zaraz, jutro. To już od dawna było wiadome, że tak nie będzie. Zresztą same Marsze to nie wszystko. Skoro Sprawa chwilowo jest conieco zamrożona co do terminu realizacji, to tym bardziej trzeba więcej pracy edukacyjnej. Informować, motywować do używania mózgu. Na przykład zadając pytania typu "Czy chcesz, by chorzy chorowali na dysfunkcje, na które ziele MJ /wersja "medical"/ może im pomóc?". Albo na przykład takie: "Czy chcesz się czuć bezpieczniej, bo mniej ćpunów będzie cię próbowało okraść?". To drugie dotyczy ziela wersji "common", gdyż jasne jest, że gdy będzie ono legalne, to ilość tych ćpunów się zmniejszy. Niestety nie dla każdego jest to jasne. Owszem, jest wielu betonołbowych buraków, którzy po prostu CHCĄ, by panował obecny syf, a nawet większy. Ale jest też sporo ludzi, skądinąd niegłupich, którzy pewnych zależności jeszcze nie widzą. Od tego jest właśnie edukacja, by to wreszcie zobaczyli.
Wróćmy jednak do Marszu. Co na takim Marszu można robić? Niby głupie pytanie, bo od tego są Marsze, by maszerować. Nie dosłownie rzecz jasna, takie dosłowne marsze niech sobie uprawiają naziole narodowe. Konopie zaś się wyzwala krokiem wyluzowanym, czasem nawet tanecznym, ale zanim jeszcze do tego kroku dojdzie, trzeba przyjść lub przyjechać i być. Popatrzeć na konopne dziewczyny, których nigdy nie brakuje, porobić jakieś fotki /nawet jeśli skutek tego robienia jest mizerny/, pobujać się przy godnej muzie, oraz przede wszystkim pogadać sobie. Ze znajomymi lub kimkolwiek innym, właściwie z każdym, bo na Marsze hołota raczej nie przychodzi. Choć z tym ostatnim to różnie ongiś bywało, tym razem jednak tak nie było. Ani w Krakowie, ani w Warszawie. Trochę tego gadania było, ale ograniczę się tu do jednej osoby, za to jako partner /a raczej partnerka/ do pogadania nader wdzięcznej.
Ula /imię ściemnione, polityka ochrony danych i takie tam/ była kiedyś narkomanką. Jak każdy /prawie/ narkoman zaczęła od alkoholu, jednak nie pisane jej było zostać ćpunem alkoholowym, które to ćpuny, zwane "alkoholikami" dla wyróżnienia, stanowią większość w populacji ćpunów. Miała inne "gusta". Jej problemem stał się "hel" plus "feta" jako dodatek, dość częsty model swojego czasu. Na dopalacze /te hardkorowe/ się nie załapała. Co jest akurat dość istotne, bo w tych przypadkach trudno mówić o uzależnieniu, gdyż wcześniej kłania się "duża psychiatria", czyli psychozy lub takie tam jeszcze inne odpały w mózgu.
Tak. Tu w ramach dygresji trzeba wyjaśnić laikom, że tak zwana "terapia uzależnień" obecnie niekoniecznie zajmuje się uzależnieniami. To znaczy, zajmuje się, owszem, ale owi co poniektórzy "uzależnieni" nie są wcale uzależnieni, są to regularne czubki. Tak to sobie można nazwać po laicku. Zawdzięczamy to między innymi polskiemu prawu, ale zostawmy to może na razie. Tyle tylko wspomnę, że nie ma innego kraju w Europie mającego taki problem dopalaczy /typu hardcore/, jak Polska.
Jednak Ulę ten syf ominął jakoś, u niej poszło to bardziej "klasycznie". Pierwszy raz ją spotkałem w ośrodku, gdy po bardzo długim namyśle oraz intensywnych namowach zdecydowałem się dorobić w nim parę groszy ekstra. Od razu mówię, że są to naprawdę grosze, nie ma co się ślinić, jeśli kasa jest dla kogoś priorytetem życiowym. Mnie wyszło, że chcę przyłożyć ręki, by parę ofiar polskiego prawa wyszło na prostą. Ula zaś była na wylocie, kończyła zakładany turnus, więc terapeutycznie nie mieliśmy żadnych relacji. Pogadaliśmy jednak tak bardziej prywatnie, w ramach czasu wolnego przy kawie, czy herbacie i robiła wrażenie fajnej, sensownej osoby. Czy była/jest wyleczona? To jest idiotyczne pytanie, bo tego nie wiadomo nigdy, do końca życia. Oficjalne kryteria mówią coś na temat iluś tam lat abstynencji, ale choć lepszego kryterium nie ma, to jest to kulawe kryterium. Abstynencja jest bowiem środkiem, nie celem.
Po wymiksowaniu się Uli z ośrodka spotkałem ją na Marszu rok temu. Było dużo do pogadania. Generalnie szło jej świetnie. Na przykład zmotywowała ojca do leczenia. Bo to też był ćpun. Tylko akurat alkoholowy, ale jaka to różnica? Swoje sprawy referowała nieźle, zaś poza tym została konopną aktywistką, wyzwala te konopie jak należy.
To akurat się zdarza, że niektórzy neofici trzymają się tematu i pomagają innym. Jakiś wolontariat, czasem praca zawodowa jako terapeuta, jakieś studia psychologiczne lub pedagogiczne. Nie wszyscy się do tego nadają, nie wszystkim to służy, ale neofita jest pomocny w tej robocie, bo zna temat tak, jak inni go nie znają. Ula akurat poszła w profilaktykę narkomanii, bo Sprawa /wyzwolenia konopi/ to także owa profilaktyka, do tego dorabia ostatnio na pestkach, co również jest zajęciem godziwym. Bo choć pestka to jeszcze nie ziele /tak jak zygota to jeszcze nie dziecko/, jednak oleum zawiera, a czy Iskra Jah w niej zaistnieje, to już problem ogrodnika.
Aha. Gdyby ktoś chciał zapytać, to odpowiadam, że Ula ziela nie używa. Może użyje kiedyś wariantu "medical", ale na razie jest zdrowa. Ziela nie używała nigdy, zwłaszcza będąc praktykująca ćpunką, bo jak większość praktykujących ćpunów, zielem gardziła. Obecnie nadal nie używa, bo nie lubi. Ale ma na tyle endogennego oleum w głowie, by nie dyktować innym, co mają lubić, czego nie. Zresztą mnóstwo zwolenników legalizacji ziela nie używa go, mają mimo to wspomniane oleum, więc rozumieją, dlaczego ziele powinno być legalne. Żeby w przyszłości było mniej ćpunów na świecie oraz bałwaństw, które z tego ćpuństwa wynikają. Rzecz jasna legalizacja MJ nie jest warunkiem dostatecznym, ale koniecznym, by tak się właśnie centralnie wreszcie stało.
No, i właściwie tyle. Marsz dotarł do jądra ciemności podłej zmiany, pod sam komitet centralny. De facto nic do tego jądra nie dotarło, bo dotrzeć nie mogło z definicji, ale w klimacie pozytywnej energii spotkało się sporo sensownych ludzi, zaś tak spędzony czas w tak zacnym gronie na pewno nie był czasem zmarnowanym.
Bayo Ula, spotkamy się za rok i życzmy sobie wzajemnie, tudzież urbi et orbi, by następny Marsz był marszem ostatnim, a kolejne były zbędne.
Mamy prawo do szczęścia!
Nie mamy jednak szczęścia do prawa... i sprawiedliwości.
Oby się to szybko zmieniło.
Sadzić! Palić! Zalegalizować!