01 lutego 2017

APE-CALYPSO: AGONIA

"...abyście zaludnili Ziemię i czynili ją sobie poddaną..."
(Księga Rodzaju)

Kiedyś, dawno temu, była to potężna hala fabryczna. Albo magazyn. Albo hipermarket. Albo... Obecnie był to już zrujnowany, zdewastowany budynek z mrocznym, brudnym wnętrzem, które wypełniały porozrzucane bezładnie obiekty, przedmioty nikomu nie znanego przeznaczenia, nie poddające się żadnej identyfikacji. Niektóre jego rejony porastały szare porosty, pleśń, pajęczyny. Szary, duży, wychudzony, pręgowany kocur bacznie obserwował otoczenie przyczajony w ukryciu. Jego wielkie, zmutowane uszy bacznie łowiły każdy najmniejszy szmer, każdą drobną falę akustyczną, każdej częstotliwości. Długie wibrysy chwytały każdy ruch powietrza, każdy infradźwięk. Wielkie oczy wyłapywały wszelkie światło, wszystkie impulsy, od podczerwieni aż po ultrafiolet. Obrazu świata w mózgu kota dopełniały dane z ultra czułych nozdrzy. Co prawda ten świat nie epatował bogactwem zapachów, ale superczuły węch znakomicie potrafił wyczuć najdrobniejsze niuanse. Miejsce do obserwacji było znakomite, było również co obserwować. Na popękanej betonowej posadzce gromadka szczurów obrabiała coś pracowicie. Krzątały się dosyć żwawo, ocierając się o siebie wzajem, cicho popiskując. Mózg kota analizował sytuację, szacował szanse sukcesu polowania. Nie wyglądały one zbyt dobrze. Takie stadko szczurów, znakomicie mających opanowane działanie w grupie to dla kota było za wiele. Atak na nie bez wątpienia byłby samobójczy, myśliwy od razu stałby się ofiarą. Do tego coś wisiało w powietrzu. Wisiało dosłownie, nad szczurami. Co prawda, mimo swojej inteligencji, kot nie rozpoznawał do końca tej sytuacji, ale jakiś dodatkowy zmysł ostrzegał go, że coś jest nie tak. Ale to jeszcze nie koniec. Uszy kota wychwyciły jakieś szmery z boku, zaś nozdrza poczuły nową woń, znaną już mu zresztą. Jedno było pewne, że oprócz kota ktoś jeszcze poluje w okolicy, do tego namierza się na obiekt jego obserwacji. Tylko same szczury nie zwracały uwagi na otoczenie, pochłonięte swoim zajęciem. To wszystko jednak dla kota było zbyt wiele, jednak chęć wycofania się uległa instynktowi drapieżcy, zaś kocia intuicja podpowiadała, że ta sytuacja nadal ma szanse przynieść mu jakąś korzyść.
Trach!!! Kot prawie całkiem się spłaszczył w swojej kryjówce na ten odgłos, nadal jednak bacznie obserwował. Wiszący przedmiot spadł na gromadkę szczurów, zaś z boku wyskoczyło kilka nagich małp. Ów przedmiot odmianą klatki skleconej z pordzewiałych prętów, w której potrzasku znalazła się szczurza ferajna. Małpy uwijały się dookoła, dźgając długimi prętami głośno piszczącą zawartość pułapki. Po chwili zamieszanie ucichło. Myśliwi pozbierali swą zdobycz i z radosnym rechotem skierowali do do wyjścia hali.
Kot posilał się w kocim stylu, cichutko, skrzętnie, metodycznie ogryzając szczura. Intuicja go nie zawiodła. Jeden szczur wymknął się w zamieszaniu, niestety miał pecha, spotkał maszynę do zabijania i niechcący stał się nagrodą za cierpliwość.

Ziemia.
Rok...
Tego nie można określić. Wtedy już nikt nie używał kalendarza, nikt nie znał takiego narzędzia. Zostało ono zapomniane.

Pustynny krajobraz pełen jest diun, a może raczej hałd szarego, tłustego szarego piachu skrywającego pod sobą niezmierzone masy plastikowego śmiecia i przeżartego korozją metalowego złomu. Nie ma jednak rąk, które mogłyby ten piach rozgrzebać, nie ma też oczu, które mogłyby ujrzeć to, co jest pod nim, ani na powierzchni samych hałd. Nie ma zresztą żadnego innego życia, które by się mogło poruszać lub rosnąć na hałdach. Ani w ich wnętrzu. I tak jest wszędzie...
Prawie wszędzie...
Bo jest jeszcze coś. Są miejsca, które zajmuje miasto. Wielkie miasto. Bardzo wielkie miasto. Rozległe megalopolis, które zajęło potężny obszar, gdy kiedyś połączyły liczne aglomeracje. Tylko to megalopolis jest doszczętnie zrujnowane i próżno by się doszukać w nim jakichkolwiek przejawów życia typowych dla miasta. Próżno by nadsłuchiwać odgłosów świadczących o tym życiu. Czy tu tak naprawdę  w ogóle jakieś życie istnieje?

To kiedyś mogła być ważna, ruchliwa ulica miasta. Teraz była już tylko przestrzenią pomiędzy murami zrujnowanych budowli. Może banków? Może hoteli lub galerii handlowych? Skruszałe, popękane chodniki porastały gdzieniegdzie szare porosty, po niektórych słupach pięły się rachityczne, rzadko ulistnione pnącza. Uliczną florę uzupełniało jeszcze marne drzewko ze strzępiastymi, szarozielonymi liśćmi na szczycie, którego nasiono przyniesione podmuchem wiatru znalazło wyrwę w asfalcie, a w niej nieco zatrutej gleby, wystarczająco niezatrutej, by mogło zakiełkować. Palma olejowa była ostatnim gatunkiem, które jeszcze można było spotkać. Ludzie konsekwentnie pozbyli się na Ziemi wszelkich innych drzew, by sadzić właśnie ją. Obecnie już nikt o to nie dbał, ale niektórym jeszcze udawało się przetrwać. Właśnie do niej zbliżała się trójka prawie nagich ludzkich postaci. Dwie kobiety plus jeden mężczyzna. Długowłosi, o zszarzałej skórze, nieco wynędzniali, ale zachowujący jeszcze sporą ilość energii życiowej. Podeszli do drzewa, spojrzeli do góry, a jedna z kobiet powiedziała:
- Nie, jeszcze za wcześnie, jeszcze niedobre.
Owoce palmy były niezłym źródłem pożywienia, ale to jeszcze nie była odpowiednia pora na to. Mężczyzna potrząsnął pakunkiem trzymanym w starej, postrzępionej z folii ze  słowami:
- Żarcia i tak mamy jak rzadko. Wrócimy tu później. Akurat wcale nie było to takie pewne, gdyż nie zagrzewali oni zbyt długo miejsca w jednej kryjówce. Tworzyli razem niewielką rodzinę, wędrowną grupkę koczowników, która przeczesywała metodycznie okolice poszukując jedzenia i użytecznych przedmiotów. Zaś po jakimś czasie zmieniali lokum.
- Chodźmy już.
Minęli dwie przecznice, po czym skręcili w następną. Po krótkim marszu weszli do zrujnowanego budynku, jeszcze tylko nieco schodów i weszli do pomieszczenia. Kiedyś mógł to być pokój hotelowy. Teraz na podłodze leżał wielki kawał syntetycznej gąbki. Być może ongiś była częścią eleganckiego materaca, ale obicie dawno już zmurszało, rozleciało się. Pokrywał ją tylko pył i brud. Nie przeszkadzało to bynajmniej przybyszom, by na nim pospołu legnąć. Musieli chwilę odpocząć, zanim dobiorą się do pakunku rzuconego w kąt. Nie spieszyło im się, choć byli głodni. Zniknęło całe napięcie powstałe podczas polowania, które było nadzwyczaj udane. Bardzo rzadko zdarzał się taki obfity łup, gdyż niewiele było już zwierzyny. Najczęściej ludzie jedli szare porosty, najczęstszą formę życia. Można też było zapuścić się w głąb kanałów, tam można było znaleźć wiele pożywnego robactwa. Ale to było bardzo ryzykowne, gdyż fauna kanałów często była mocno zatruta. Nie było to smaczne, można się było mocno rozchorować po takim daniu. Poza tym do kanałów łatwo było wejść, ale nie każdy wychodził. Za to któregoś dnia trafił się im dziwny okrągły, pordzewiały przedmiot. Długo go rozbijali, by poznać zawartość, ale warta była tego wysiłku. 
Jedna z kobiet poruszyła się i przylgnęła do leżącego obok ciała. Mężczyzna przygarnął ją do siebie i już po chwili dwoje ludzi splotło się w miłosnym uścisku. Druga z kobiet dołączyła do nich, po czym cała trójka głośno, wesoło baraszkowała na materacu odreagowując napięcie po wyprawie. Jednak po jakimś czasie zabawa straciła na dynamice, tulili się jedynie leniwie do siebie. Nagle mężczyzna otworzył szeroko oczy. Uniósł się, usiadł, odsunął głowę jednej z kobiet, która skrzętnie wylizywała z jego ciała efekty zabawy. Wstał ze słowami:
- Muszę wracać.
- Co się stało?
- Skarb zostawiłem.
"Skarb" był jedynie zwykłym nożem, ale dla nich wszystkich to była naprawdę cenna rzecz. Taki kawałek metalu, tak niewiele naruszony rdzą, nie trafiał się często wśród znajdywanych rzeczy. Był też wyjątkowo pomocny jako narzędzie, także do zabijania. Po chwili więc kobiety zostały same i szybko zabrały się do zawiniątka. Wysypały na podłogę martwe szczury, nagle do pomieszczenia zajrzała głowa ze słowami:
- Nie zjedzcie mi wszystkiego.

...
Skarb znalazł się dość szybko, leżał tu obok zaimprowizowanej pułapki na szczury. Jego właściciel już miał wracać, ale coś przykuło jego uwagę, coś leżało w kącie hali. Podszedł bliżej. Na posadzce leżał niedojedzony szczur, obok zaś duży, szary kot. Był martwy. Mężczyzna patrzył na zmianę, to na kota, to na resztki jego uczty. Pochylił się i nagle zrozumiał:
- Nieeee...
Obrócił się i szybko wybiegł z hali. Jednak tuż za wyjściem coś go uderzyło w nogę, zaś drugie uderzenie, tym razem w głowę, sprawiło, że świat mu nagle zawirował i zniknął.

Trzech półnagich mężczyzn stało nad leżącym na brzuchu ciałem. W rękach mieli krótkie, nieco pordzewiałe, stare pręty zbrojeniowe, a ich włosy były związane w sterczące do góry czuby. Przyglądali się ofierze, wreszcie jeden trącił ją nogą. Drugi zapytał:
- Dycha jeszcze?
- To bez znaczenia.
Pochylił się, rozchylił nogi leżącemu, przyklęknął między nimi. Już po chwili dwóch pozostałych pokrzykiwało kibicując odbywającemu się gwałtowi.
- Jedziesz, jedziesz!
- Tylko mu dziecka nie zrób!
- Hehehehe...
Obleśny śmiech rozlegał się głośno po okolicy. Gdy już było po wszystkim, jeden z oprawców zapytał:
- Może to ma znaczenie, czy żyje? Żywy lepszy.
- Żyje, czy nie, sam i tak nie pójdzie.
- To kto go będzie niósł?
Nieśli na zmianę. Dosyć szybko dotarli do zrujnowanego niskiego budynku, z którego wyszło kilka nagich, chudych kobiet. Otoczyły rzuconego przed wejściem człowieka, obmacując pożądliwie jego ciało.
- Dobry jest, dużo jedzenia.
- Wystarczy dla wszystkich.
- Trzeba zanieść go do starszej.
- Nie trzeba, tu obejrzę.
Kobieta, która nagle się pojawiła, odróżniała się od innych. Choć także naga, to jej całe ciało pokrywały dość liczne blizny. Nie były to jednak ślady po przypadkowych ranach, regularność wzorów wyraźnie wskazywała na skaryfikacje. W ręku trzymała długi, zaostrzony kawałek kości, zapewne ludzkiej, gdyż innych tak dużych zwierząt nikt w mieście nie widywał. Dźgnęła nim leżącego, który drgnął i wydał z siebie cichy jęk. Spojrzała na mężczyzn i pokiwała głową z aprobatą.
- Mówiłem, że żywy lepszy.

Autor tych słów natychmiast zamilkł i skulił się pod karcącym spojrzeniem kobiety. Dalej wszystko odbywało się już w ciszy, przerywanej jedynie odgłosem kaszlu. Taki kaszel nie był obcy żadnej nagiej małpie w mieście. Tak reagowały ich płuca na wszechobecne drażniące, lepkie powietrze. Starsza wydawała bezgłośne polecenia swoją batutą, ale była to tylko formalność. Wszyscy zdawali się wiedzieć, co mają robić. Kobiety weszły do budynku i wyniosły zeń plastikowe, mocno sfatygowane wiadra wypełnione mulistą cieczą wydzielającą dziwną woń, przez którą przebijał zapach alkoholu. Mężczyźni obrócili jeńca na plecy, ułożyli w kręgu utworzonym przez wiadra, po czym rozłożyli mu ręce i nogi, tak, aby każda dłoń i stopa była przy jednym naczyniu. Piąte stało za głową leżącego. Wszyscy nagle rozbiegli się, po czym szybko wrócili niosąc w rękach różne przedmioty. Metalowe prętów, zaostrzone kości, kawałki plastiku. Stanęli dookoła. Starsza zajęła miejsce za głową pojmanego, mając jedno z wiader przed sobą. Uniosła ręce chrapliwym głosem inkantując:
- Voluntas tua, regnum tuum...
Wszyscy powtórzyli te słowa, po czym zaczęli je skandować, miarowo wybijając rytm trzymanymi w dłoniach przedmiotami. Coraz szybciej, coraz głośniej. Gdy kobieta machnęła swoją batutą wszystko ucichło. Przykucnęła nad wiadrem, zaczerpnęła dłonią narkotycznego płynu, siorbnęła go głośno. Gdy powtórzyła to trzy razy, na jej znak wszyscy przykucnęli przy wiadrach, by również się napić. Starsza strzepnęła resztki z dłoni na leżącego, przyklęknęła przy jego boku i wbiła weń ostrze kości. Nieruchome dotąd ciało drgnęło, ale najbliżej stojący przytrzymali je mocno za ręce i nogi. Kobieta sprawnie operując ostrzem rozkroiła ranę, zanurzyła w niej dłonie i wyjęła krwawy ochłap wątroby. Wgryzła się weń i gdy już przeżuła i przełknęła kęs, otworzyła ociekające krwią usta, mówiąc swym chrapliwym głosem:
- Voluntas tua, regnum tuum. Czyńmy to na naszą pamiątkę.
Po tych słowach wszyscy rzucili się na leżące ciało, zaczęli je dźgać, szarpać, walcząc ze sobą o jak najlepszy kąsek. Już po chwili nic z niego nie pozostało, zaś gdy horda nasyciła pierwszy głód, każde usiadło dookoła racząc się spokojnie wyszarpanymi kawałkami. Co chwila któreś pochylało się nad naczyniami, by zaczerpnąć ich zawartości zmieszanej z krwią kapiącą obficie ze wszystkich ust i dłoni. Nikt nie wiedział, czy taka uczta znowu się przytrafi, taka zdobycz trafiała się coraz rzadziej.

Tegoż wieczoru:
Megalopolis, zupełnie inne miejsce. Nabrzeże morskie. Kiedyś być może był tu port morski. Albo przystań klubu sportowego. Albo przetwórnia ryb na mączkę lub surimi. Albo...
Wśród ruin siedzi w kręgu kilka postaci ludzkich. Oczy patrzą gdzieś nie widzącym nic wzrokiem. Ich wychudzone ciała kiwają się niespiesznie, monotonnie. W przód... W tył... W przód... W tył... Tylko czasem którymś wstrząsa paroksyzm suchego kaszlu. Nabrzmiałe usta szepcą:
- Voluntas tua, regnum tuum, voluntas tua, regnum tuum...
Martwi za życia czekają na śmierć...
Nieopodal w zatrutej wodzie poddaje się jej leniwym ruchom, niczym martwa meduza, strzęp torebki foliowej. Jeszcze nie rozbity na drobiny martwego, polimerycznego piasku zalegającego dna mórz planety...  

19 stycznia 2017

W kraju konserwatywnym kobiety mają wszystko. Są schody...

Agata, jak to w czwartek po południu, po wyjściu z pracy nie skierowała się do domu, lecz do Ewy, swojej siostry. Akurat córka wracała później, bo po szkole szła na pływalnię, stamtąd zaś już odbierał ją mąż. Była więc wtedy okazja na chwilę babskich plot, tak między siostrami. Tego dnia musiała chwilę zostać po godzinach, więc spieszyła się, by zdążyć, zanim wróci mąż Ewy. Niestety nie zdążyła. Spotkała go przy wejściu do klatki.
- No, to sobie z Ewcią nie pogadam.
Tak sobie mruknęła do siebie, tymczasem on na jej widok zawołał:
- Cześć Agatko. Do nas idziesz? Ewka się ucieszy.
- Cześć Adam.
Odparła cicho, nie siląc się bynajmniej na entuzjazm w głosie. Adam jednak nie zwrócił był na to uwagi. Wszedł pierwszy, ona zaś odczekała chwilę, by minęła ją chmura woni alkoholu, która towarzyszyła mężczyźnie. Po chwili jednak dogoniła go na schodach i stanęli przed drzwiami mieszkania na pierwszym piętrze. Po drugiej chwili byli już w środku. Adam zdjął z głowy beret, powiesił go na wieszaku, po czym ryknął w głąb mieszkania:
- Co się dzieje, kurwa!? Zasuwka była nie zamknięta! Złodzieje, różne nurki śmietnikowe łażą po domach, tylko patrzeć, jak wszystko wyniosą, a ty nic nie zauważysz! No, rozbieraj się, na co czekasz?
To ostatnie zdanie było już skierowane do Agaty. Ewa wyszła do nich, była w płaszczu, w chustce na głowie:
- Sama dopiero weszłam, ręki wolnej nie miałam, zakupy chciałam tylko położyć w kuchni. O, witaj siostrzyczko, co tam u was?
- Nie pyskuj, tylko zdejmuj ten swój paltocik, obiad mi grzej. Agacie też coś daj, czym chata bogata.
- Ja tylko herbaty, jeśli można.
Agata powiesiła kurtkę i szybko wśliznęła się do kuchni. Usiadła w kąciku na taborecie i w milczeniu patrzyła na krzątaninę siostry przy kuchence. Nie umknęło jej wzrokowi, że Ewa jakoś dziwnie stara się nie patrzeć na nią, odwraca się. Dla Agaty wszystko było jasne, wstała i podeszła do siostry. Odwróciła jej twarz w swoim kierunku, po czym szepnęła:
- No tak...
Ewa nic jej nie odpowiedziała, szarpnęła tylko głową, by uwolnić się od uchwytu. Sięgnęła po talerz i nabrała chochlą porcję zupy z garnka. Z pokoju dobiegł gniewny głos:
- Kurwa, ile mam czekać!? I piwo mi przynieś z lodówki!
- Agatko kochanie, obsłużysz się sama z herbatą? Wiesz, gdzie co jest. Ja nie za bardzo teraz mogę, jak widzisz.
- Widzę, widzę. I słyszę...
Gdy już minęło zamieszanie obiadowe, kobiety siedziały w kuchni przy stole. Milczenie przerwała Agata:
- To może zły moment, by o tym mówić, ale wiesz, znowu odmówili dotacji na moją fundację, tam gdzie pracuję. Nie wiem, co teraz dalej będzie.
/Ewa wiedziała o co chodzi, ale Czytelnik nie, więc narrator informuje, że ta fundacja to Centrum Praw Kobiet, Agata zaś miała na myśli to: ===TU===/
Już Ewa miała coś odpowiedzieć, ale do kuchni wszedł Adam. Podszedł do lodówki, wyjął puszkę piwa.
- Było mówić, że chcesz nowe, przyniosłabym.
- Ależ gadajcie sobie kobietki, Ewcia nie ma psiapsiółek, nie ma z kim potrajkotać, a jej przecież też się coś od życia należy. Tak Ewuś?
Adam zarechotał rubasznie, Agata zaś z trudem ukryła grymas niesmaku. On tymczasem otworzył puszkę z piwem, wychylił tęgiego łyka i dodał:
- Wiesz, Agata, ja naprawdę cię lubię, lubię, jak do nas przychodzisz. Miła jesteś, fajna...
Agata widząc obleśne spojrzenie Adama szybko obciągnęła spódnicę, ten zaś kontynuował:
- Tylko jednego nie rozumiem. Zawsze, gdy zajrzysz, to Ewcia taka jakaś dziwna jest potem. Stawia się i w ogóle...
- I w ogóle...
Agata powtórzyła machinalnie. Adam perorował dalej:
- Powiedz mi, co wy tam w ogóle robicie w tej waszej robocie? Marnujesz się. Mogłabyś się zająć czymś naprawdę potrzebnym...
Tu Adam znów rzucił okiem na kolana Agaty, ta zaś odparła:
- Przemoc domowa to poważny problem, tym kobietom naprawdę jest potrzebna pomoc. Więc jej udzielamy.
- Jak przemoc, kurwa, jaka przemoc? Tak było może kiedyś. Ale teraz nasz prezydent powiedział, że teraz kraj ma być konserwatywny. A w takim kraju żadnej przemocy domowej nie ma.
- Nie ma, kurwa, nie ma?! A to?!!!
Przy tych słowach Agata szybko wstała, chwyciła Ewę za brodę i skierowała ją twarzą w stronę Adama. Po czym wyszła z kuchni i skierowała się do przedpokoju. Gdy sięgała po kurtkę z wieszaka, dobiegły ją z kuchni słowa:
- Oj tam, oj tam. Ewcia ze schodów spadła. To przez te jej szpilki. Na płaskim obcasie chodziłaby jak normalna kobieta.
- Problem w tym, że Ewa nie chodzi w szpilkach.
Jednak Agata nie widziała już sensu, by to na głos mówić.
...
Ewa stała w łazience przed lustrem. Do oczu cisnęły jej się łzy, zaś usta szeptały w kółko, niczym mantrę, jedno pytanie:
- Co ja tu robię? Co ja tu, kurwa, jeszcze robię?
Z transu wyrwało ją nieco bełkotliwe wołanie:
- Ewcia, no chodź do tatuśka, co tak długo marudzisz?
- Już idę, kochanie.
Kobieta sięgnęła do klamki drzwi łazienki ze słowami:
- A teraz, normalna kobieto, czas zamknąć oczy i myśleć o Polsce.
...
W kuchni stała szklanka z niedopitą herbatą. Rano się umyje...