14 stycznia 2019

Przemoc związkowa i zaburzone priorytety

Termin "przemoc związkowa" wykoncypowałem po to, by ominąć nim rafę sporu "przemoc domowa" versus "przemoc w rodzinie". Nadmienię tylko, że pozwolę sobie nieco zawęzić znaczenie słowa "związek" odcinając roboczo, na potrzeby tego posta związki typu "fuckin' friends" oraz inne rodzaje luźniejszych relacji. Ominę tym samym inną rafę, mianowicie dyskusję na temat: "czy taki związek to związek". Odetnę też związki więcej, niż dwuosobowe, tak gwoli uproszczenia sytuacji bez zbytniej szkody dla ogólności.
Po tych zabiegach wstępnych można jechać dalej:
Niejaki pan Mateusz Morawiecki twierdzi, iż /cytuję/: "Przemoc pojawia się częściej w związkach nieformalnych, a nie tych usankcjonowanych prawnie". To ja z nim zapolemizuję, spróbuję wykazać, że źle twierdzi. Może nie tyle źle, co nie najlepiej. Tak samo jak on nie mam żadnych danych pod ręką, więc nie mogę postawić tak mocnej tezy, że jest odwrotnie. Wykażę jedynie bazując na własnych obserwacjach otoczenia, że w związkach rejestrowanych jest większe prawdopodobieństwo zaistnienia tejże właśnie przemocy.
Obserwacje zaś są takie, że mnóstwo, a przynajmniej sporo ludzi ma zaburzone priorytety w temacie związków. Wydawać by się mogło, że najważniejsza, na pierwszym miejscu jest osoba, z którą ma się bliskie relacje, z którą się po prostu jest. Związek zaś to sprawa poboczna, niejako przy okazji, to tylko stan bycia razem przez jakiś tam okres czasu. Tymczasem owi ludzie mają jakoś to tak przestawione, że najważniejsze jest dla nich bycie w związku, zaś osoba partnera/ki to tylko przedmiot, narzędzie realizacji tego bycia. Nie potrafią w pełni przeżywać bycia z tą osobą, cieszyć się chwilą obecną, bo uwagę im zaprząta realizacja samego związku. To powoduje, że taki człowiek wkręca się w związek z kimś pierwszym z brzegu. Samo w sobie to nie jest zawsze takie złe, bo ten ktoś naprawdę może być wart tego, by z nim być. Tu rzecz polega na tym, że wartością jest już sam fakt, że ten ktoś jest. Podłoże tego jest czysto lękowe, polega na urojeniu, że kolejne spotkanie tego kogoś już się nigdy nie zdarzy. Czasem też jest to wyraz uległości wobec stada, które naciska, by koniecznie kogoś "mieć", nie bacząc na to, że ktoś woli być singlem i doświadczać jedynie przygód lub wcale nic nie doświadczać. 
Tedy jest sobie związek, ale żeby istniał trzeba się nieco postarać. Dbać o siebie, tudzież o partnera/kę, co dla wielu może być zbyt męczące. Związek to jest odpowiedzialność, zaś wolny związek wymaga jej więcej. Gdy jej zabraknie, partner(ka) po prostu odchodzi. Więc aby tak bardzo się nie męczyć, brany jest ślub. Tu również dochodzi kwestia stada, które na ten ślub ciśnie. Za to po ślubie tak bardzo już się starać nie trzeba, więc często postawa oraz funkcjonowanie jednej osoby, nieraz też obojga, potrafi ulec szybkiej metamorfozie. Na minus zresztą. Czasem znika maska zasłaniająca "teraz cię mam i rządzę". Oczywiście zawsze można odejść, ale jest to mocno utrudnione i o to w ślubie chodzi. Co tedy się dzieje, jeśli ktoś sobie wymyślił, że jak weźmie ślub, to będzie dobrze? Po jakimś czasie okazuje się jednak, że to "nie ta", "nie ten" i że w ogóle wcale nie jest dobrze. Ów ktoś zauważa, że tak naprawdę nie chodziło o ślub, tylko o to, żeby było dobrze. Tkwi jednak w tym nie wiedząc, co z tym zrobić. Pojawia się frustracja, zaś frustracja nieraz rodzi agresję. Sama agresja jako taka nie jest ani dobra, ani zła, ale ta jest akurat dość paskudna i manifestuje się aktami przemocy: fizycznej, psychicznej lub hybrydowej.
Rzecz jasna przyczyny tej przemocy bywają różne i może się ona zdarzyć zarówno w związku wolnym, jak też rejestrowanym. Ale sytuacje jak powyżej opisano zdarzają się tylko w tym drugim przypadku. To zaś oznacza wprost, że bardziej prawdopodobne jest zaistnienie większej ilości przypadków tej przemocy w takich to właśnie związkach. Co było do okazania.
Ale to jeszcze nie koniec. Bo pojawia się sugestia, że małżeństwo jest be, a wolny związek cacy. Ale to akurat jest nieprawda, bo małżeństwo wcale nie jest głupim konceptem. Pod warunkiem jednak, że nie jest ono ani celem, ani priorytetem, lecz jedynie dodatkiem. Bo inaczej może mieć miejsce sytuacja opisana wcześniej. Poza tym jest jeszcze coś. Otóż pan Morawiecki bynajmniej wielkiej głupoty nie palnął, a raczej nie palnąłby, gdyby mówił na temat Kanady. Otóż wydłubały mi się z neta pewne dane: ===TU===. Spory materiał, więc zapewne nikomu nie będzie się chciało weń wnikać, podam więc tylko pewną jego puentę, a jest nią to właśnie, co ów pan powiedział. To oznacza zaś tyle, że mieszkańcy Kanady są średnio mniej lękowi, mniej podatni na nacisk stada, wychodzi też na to, że mają prawidłowe priorytety.
Polecam na koniec poezję śpiewaną, nieźle pasuje do tematu.