Usiądź na wysokim stołku przy barze. Plecy nieco przygarbione, zaś wzrok utkwiony w zawartość naczynia z narkotycznym płynem. Od czasu do czasu modyfikuj stan tej zawartości wlewając płyn przez usta do wnętrza własnego jestestwa. To, czy opróżnisz owe naczynie od razu, czy partiami nie ma żadnego znaczenia, wybór sposobu jest kwestią twojego gustu. Gdy naczynie jest już puste, zaś ty uznasz, że zbyt długo to trwa, poproś barmana, by zmienił tą sytuację. Ilość powtórzeń cyklu od jednego napełnienia szklanki do drugiego jest dowolna, nie istnieją żadne odgórne zalecenia na ten temat. Przez cały czas milcz, nie reaguj na próby nawiązania dialogu przez ewentualnego sąsiada, zaś kontakt z barmanem staraj się ograniczać do niezbędnych gestów. Twoja twarz nie może wyrażać emocji, szczególnie uśmiech jest wykluczony.
Tak oto mniej więcej brzmi instrukcja wykonania ćwiczenia "Przegrany Facet", które to Kracy praktykował już trzeci z rzędu wieczór. Barman, choć wiedział, iż klient wymaga psychoterapii nie narzucał swoich usług w tej kwestii, zachowując profesjonalny takt. Nie zawracał też sobie głowy dociekaniem, skąd Kracy wyłapał pod okiem to, co czasem nazywa się "pizdą" w niektórych kręgach. Ten zaś ani myślał mówić komukolwiek, że owa ozdoba lica jest autorstwa jego własnej żony. Tak naprawdę, to w ogóle niewiele myślał, po to przecież faszerował się narkotykiem, by stłumić myślenie. Coś drgnęło mu w głowie dopiero, gdy doszedł doń gwar głośnej rozmowy gdzieś z boku:
- No, panowie, chyba czas na nas.
- To ja proponuję jeszcze rozchodniaczka.
- Bardzo arcyznakomita koncepcja panie kolego!
- Szeryfie, jeszcze po jednym prosimy!
- Zdrowie śledzika panowie, niech nie myśli, że psy go jedzą!
- Wesołych świąt!
- Najweselszych!
Gdy całe towarzystwo się wyniosło, Kracy spojrzał na barmana:
- Na mnie też już czas. Płacone będzie.
Gdy wyszedł już na zewnątrz i szedł pustą ulicą, uzmysłowił sobie, że nie bardzo wie, co dalej ma ze sobą zrobić. Zapewne iść do domu, ale po co? Inna sprawa, że od czasu, gdy żona Kracego pojechała na święta do matki, powroty do tego domu były nader przyjemne, bezstresowe. Nieobarczone ryzykiem kolejnej "lekcji prawidłowego nastawienia do małżeństwa". Tak ona nazywała zwykłe, prozaiczne strzelenie mu w dziób. Tu Kracy wreszcie się uśmiechnął, miał zresztą do kogo, bo tuż nieopodal na murku przycupnął kot. Taki miejski piwniczny buras z postrzępionym uchem podwórkowego wojownika i spojrzeniem bandyty.
- Cześć kiciuś. Powiesz mi coś w ten wigilijny wieczór?
- Spierdalaj. I nie mów kurwa do mnie "kiciuś" popaprańcu.
Kracy przymknął oczy i potrząsnął głową, a gdy znowu spojrzał na murek, kota już tam nie było. Zapewne uznał dialog za skończony, tedy teleportował gdzieś sobie. Nie pozostało nic innego, jak iść dalej, ale po drodze wesoło zamrugał doń świetlny napis: "ŚWI T AL HOLI - 24/2 h". To była propozycja nie do odrzucenia...
Gdy Kracy dotarł już do domu, włączył telewizor i aby wzmóc swoją kreatywność w temacie komponowania drinka pociągnął najpierw godny łyk prosto "z gwinta". Nagle zdało mu się, że słyszy dziwny głos dochodzący z łazienki. Podszedł do drzwi, otworzył...
- Gościu, chyba musimy pogadać.
Trochę to trwało, by Kracy prawidłowo rozpoznał sytuację, była zaś ona taka, że bez najmniejszej wątpliwości chęć pogadania zgłosił karp. Dorodny okaz kręcił się w wypełnionej wodą wannie dość nerwowo poruszając pokrywami skrzelowymi.
- Ożżż! Gadająca ryba!
- Ożżż! Gadający małpiszon! Toć wigilia jest idioto, macie wtedy zawieszenie monopolu na gadanie. Posłuchaj mnie więc.
Co prawda po spotkaniu z kotem Kracy nie powinien być zbytnio zdumiony, ale jakby nie było karp to nie kot. Aby uporządkować doznania i połączyć wątki wycofał się do kuchni.
- Mnie też przynieś odrobinkę!
Gdy Kracy wrócił pokrzepiony pokrzepił też karpia ową odrobiną. Ten zaś zabulgotał pod wodą, zamachał płetwami, po czym rzekł:
- Sprawa jest taka, byś się zdecydował, co ze mną. Zarzynasz mnie, czy nie? Bo ja tu kibluję już któryś dzień i zaczynam się po prostu dusić. To jak będzie?
- Mowy nie ma o zarzynaniu. To był jej pomysł. A potem zmieniła plany i pojechała do tej swojej mamuśki. Też niezłej zdziry zresztą.
- Co zatem?
- Wolność kolego, wolność! Mam dziś ja, miej i ty.
Od tej chwili wypadki potoczyły się błyskawicznie. Kracy jakby nabrał wiatru w żagle, znalazł cel wieczoru, który do tej pory wydawał mu się bezcelowy, beznadziejny, do dupy jednym słowem mówiąc. Wiaderko, woda do wiaderka, karp do wiaderka, buty na nogi, kurtka na grzbiet, czapka na głowę, po czym sru! Nad rzekę, daleko zresztą zbytnio nie było. Gdy już czas rozstania nadszedł, karp odezwał się tymi słowy:
- Nie jestem Mikołajem, ale dostaniesz jeszcze prezent.
- To ciekawe, kontynuuj...
- Bo widzisz, ja nie jestem tak do końca czystej krwi karpiem. Moja babcia miała kiedyś tam dość zabawną okoliczność z pewnym karasiem, złotym zresztą. Nadążasz?
- Karaś złoty... Złota rybka? O żesz!!!
- No, to ja coś tam genetycznie mam odziedziczone.
- Trzy życzenia?
- Tak dobrze akurat nie jest, bo tylko jedno.
- Czy to znaczy, że...
- Tak, to właśnie znaczy że. Uważaj teraz. Procedura jest taka, że recytujesz formułkę: "Na karpia rozkazanie poniższe niech się stanie". Po czym wypowiadasz życzenie, też musi być do rymu, na koniec klamrujesz to mówiąc: "Na karpia rozkazanie powyższe niech się stanie". Zapamiętasz?
- Nie. Lepiej sobie to zapiszę w telefonie.
Tu znowu wypadki poszły sprawnie: karp do wody, Kracy do domu... Nie! Stop, wróć! Po drodze jeszcze było "Kracy do sklepu". Tego sklepu, co te światła tak wesoło tego tak. W domu nasz bohater usiadł przy stole, wyłączył telewizor, co by nic go nie rozpraszało, wypił jedną lufę, drugą, po czym napisał sobie na brudno, potem na czysto to, co wykoncypował. Na sam koniec wstał i wykonał inkantację:
Na karpia rozkazanie poniższe niech się stanie
Niech z karpia danie dziś zjedzone
Na śmierć zabije moją żonę
Na karpia rozkazanie powyższe niech się stanie
Potem spojrzał na wyświetlacz telefonu i mruknął do siebie:
- Właściwie to chyba już, powinny być po kolacji.
Następnie poszedł do kuchni komponować sobie gratulacyjnego megadrinka, od razu zresztą dwa.
...
Kracy miał rację, bo obie kobiety, czyli jego żona oraz teściowa faktycznie były już po kolacji. Co prawda siedziały jeszcze przy wigilijnym stole pogryzając od czasu do czasu resztki makowca, oglądając wygibasy czipendejlsów na ekranie plazmy, niemniej jednak tą sytuację można było nazwać "po kolacji". W pewnym momencie córka odezwała się tymi słowy:
- Wiesz mamo, ten karp wyjątkowo ci się udał.
- Naprawdę nie zauważyłaś różnicy?
- Jakiej różnicy?
- Takiej, że ja PANGĘ usmażyłam zamiast karpia. Tak dla odmiany.
- I dobrze. Mnie fryzjerka mówiła, ta pani Jadzia, co wiesz...
- Wiem.
- To ona mówiła, że panga jest zdrowsza, nie tuczy.
- No widzisz...
...
Gdy po kilku dniach Kracy przestał być słomianym wdowcem, znów otrzymał lekcję prawidłowego nastawienia do małżeństwa. Na tym niechaj już będzie koniec tej opowieści, gwoli zabawie jedynie napisanej, bez żadnych ambicji w temacie morałów finalnych. Aczkolwiek zakazu nie ma, kto chce, niech sobie jakiś tam wymyśli, też gwoli zabawy.
Tak oto mniej więcej brzmi instrukcja wykonania ćwiczenia "Przegrany Facet", które to Kracy praktykował już trzeci z rzędu wieczór. Barman, choć wiedział, iż klient wymaga psychoterapii nie narzucał swoich usług w tej kwestii, zachowując profesjonalny takt. Nie zawracał też sobie głowy dociekaniem, skąd Kracy wyłapał pod okiem to, co czasem nazywa się "pizdą" w niektórych kręgach. Ten zaś ani myślał mówić komukolwiek, że owa ozdoba lica jest autorstwa jego własnej żony. Tak naprawdę, to w ogóle niewiele myślał, po to przecież faszerował się narkotykiem, by stłumić myślenie. Coś drgnęło mu w głowie dopiero, gdy doszedł doń gwar głośnej rozmowy gdzieś z boku:
- No, panowie, chyba czas na nas.
- To ja proponuję jeszcze rozchodniaczka.
- Bardzo arcyznakomita koncepcja panie kolego!
- Szeryfie, jeszcze po jednym prosimy!
- Zdrowie śledzika panowie, niech nie myśli, że psy go jedzą!
- Wesołych świąt!
- Najweselszych!
Gdy całe towarzystwo się wyniosło, Kracy spojrzał na barmana:
- Na mnie też już czas. Płacone będzie.
Gdy wyszedł już na zewnątrz i szedł pustą ulicą, uzmysłowił sobie, że nie bardzo wie, co dalej ma ze sobą zrobić. Zapewne iść do domu, ale po co? Inna sprawa, że od czasu, gdy żona Kracego pojechała na święta do matki, powroty do tego domu były nader przyjemne, bezstresowe. Nieobarczone ryzykiem kolejnej "lekcji prawidłowego nastawienia do małżeństwa". Tak ona nazywała zwykłe, prozaiczne strzelenie mu w dziób. Tu Kracy wreszcie się uśmiechnął, miał zresztą do kogo, bo tuż nieopodal na murku przycupnął kot. Taki miejski piwniczny buras z postrzępionym uchem podwórkowego wojownika i spojrzeniem bandyty.
- Cześć kiciuś. Powiesz mi coś w ten wigilijny wieczór?
- Spierdalaj. I nie mów kurwa do mnie "kiciuś" popaprańcu.
Kracy przymknął oczy i potrząsnął głową, a gdy znowu spojrzał na murek, kota już tam nie było. Zapewne uznał dialog za skończony, tedy teleportował gdzieś sobie. Nie pozostało nic innego, jak iść dalej, ale po drodze wesoło zamrugał doń świetlny napis: "ŚWI T AL HOLI - 24/2 h". To była propozycja nie do odrzucenia...
Gdy Kracy dotarł już do domu, włączył telewizor i aby wzmóc swoją kreatywność w temacie komponowania drinka pociągnął najpierw godny łyk prosto "z gwinta". Nagle zdało mu się, że słyszy dziwny głos dochodzący z łazienki. Podszedł do drzwi, otworzył...
- Gościu, chyba musimy pogadać.
Trochę to trwało, by Kracy prawidłowo rozpoznał sytuację, była zaś ona taka, że bez najmniejszej wątpliwości chęć pogadania zgłosił karp. Dorodny okaz kręcił się w wypełnionej wodą wannie dość nerwowo poruszając pokrywami skrzelowymi.
- Ożżż! Gadająca ryba!
- Ożżż! Gadający małpiszon! Toć wigilia jest idioto, macie wtedy zawieszenie monopolu na gadanie. Posłuchaj mnie więc.
Co prawda po spotkaniu z kotem Kracy nie powinien być zbytnio zdumiony, ale jakby nie było karp to nie kot. Aby uporządkować doznania i połączyć wątki wycofał się do kuchni.
- Mnie też przynieś odrobinkę!
Gdy Kracy wrócił pokrzepiony pokrzepił też karpia ową odrobiną. Ten zaś zabulgotał pod wodą, zamachał płetwami, po czym rzekł:
- Sprawa jest taka, byś się zdecydował, co ze mną. Zarzynasz mnie, czy nie? Bo ja tu kibluję już któryś dzień i zaczynam się po prostu dusić. To jak będzie?
- Mowy nie ma o zarzynaniu. To był jej pomysł. A potem zmieniła plany i pojechała do tej swojej mamuśki. Też niezłej zdziry zresztą.
- Co zatem?
- Wolność kolego, wolność! Mam dziś ja, miej i ty.
Od tej chwili wypadki potoczyły się błyskawicznie. Kracy jakby nabrał wiatru w żagle, znalazł cel wieczoru, który do tej pory wydawał mu się bezcelowy, beznadziejny, do dupy jednym słowem mówiąc. Wiaderko, woda do wiaderka, karp do wiaderka, buty na nogi, kurtka na grzbiet, czapka na głowę, po czym sru! Nad rzekę, daleko zresztą zbytnio nie było. Gdy już czas rozstania nadszedł, karp odezwał się tymi słowy:
- Nie jestem Mikołajem, ale dostaniesz jeszcze prezent.
- To ciekawe, kontynuuj...
- Bo widzisz, ja nie jestem tak do końca czystej krwi karpiem. Moja babcia miała kiedyś tam dość zabawną okoliczność z pewnym karasiem, złotym zresztą. Nadążasz?
- Karaś złoty... Złota rybka? O żesz!!!
- No, to ja coś tam genetycznie mam odziedziczone.
- Trzy życzenia?
- Tak dobrze akurat nie jest, bo tylko jedno.
- Czy to znaczy, że...
- Tak, to właśnie znaczy że. Uważaj teraz. Procedura jest taka, że recytujesz formułkę: "Na karpia rozkazanie poniższe niech się stanie". Po czym wypowiadasz życzenie, też musi być do rymu, na koniec klamrujesz to mówiąc: "Na karpia rozkazanie powyższe niech się stanie". Zapamiętasz?
- Nie. Lepiej sobie to zapiszę w telefonie.
Tu znowu wypadki poszły sprawnie: karp do wody, Kracy do domu... Nie! Stop, wróć! Po drodze jeszcze było "Kracy do sklepu". Tego sklepu, co te światła tak wesoło tego tak. W domu nasz bohater usiadł przy stole, wyłączył telewizor, co by nic go nie rozpraszało, wypił jedną lufę, drugą, po czym napisał sobie na brudno, potem na czysto to, co wykoncypował. Na sam koniec wstał i wykonał inkantację:
Na karpia rozkazanie poniższe niech się stanie
Niech z karpia danie dziś zjedzone
Na śmierć zabije moją żonę
Na karpia rozkazanie powyższe niech się stanie
Potem spojrzał na wyświetlacz telefonu i mruknął do siebie:
- Właściwie to chyba już, powinny być po kolacji.
Następnie poszedł do kuchni komponować sobie gratulacyjnego megadrinka, od razu zresztą dwa.
...
Kracy miał rację, bo obie kobiety, czyli jego żona oraz teściowa faktycznie były już po kolacji. Co prawda siedziały jeszcze przy wigilijnym stole pogryzając od czasu do czasu resztki makowca, oglądając wygibasy czipendejlsów na ekranie plazmy, niemniej jednak tą sytuację można było nazwać "po kolacji". W pewnym momencie córka odezwała się tymi słowy:
- Wiesz mamo, ten karp wyjątkowo ci się udał.
- Naprawdę nie zauważyłaś różnicy?
- Jakiej różnicy?
- Takiej, że ja PANGĘ usmażyłam zamiast karpia. Tak dla odmiany.
- I dobrze. Mnie fryzjerka mówiła, ta pani Jadzia, co wiesz...
- Wiem.
- To ona mówiła, że panga jest zdrowsza, nie tuczy.
- No widzisz...
...
Gdy po kilku dniach Kracy przestał być słomianym wdowcem, znów otrzymał lekcję prawidłowego nastawienia do małżeństwa. Na tym niechaj już będzie koniec tej opowieści, gwoli zabawie jedynie napisanej, bez żadnych ambicji w temacie morałów finalnych. Aczkolwiek zakazu nie ma, kto chce, niech sobie jakiś tam wymyśli, też gwoli zabawy.
