Zasadniczo nie uprawiam bloggin' classic, od dawna już zajmuję niszę blogowania literackiego, które jest dość elitarne, bo niewiele osób tak umie. Niewiele osób też pojmuje takie teksty, bo jak wiadomo, literatura nie jest dla idiotek/ów. Więc jeśli ktoś liczy na liczną frekwencję na forum, na duże grono czytających, to się przeliczy. No, ale do rzeczy. Odbyła się taka rozmowa:
- Napiszesz o tym na blogu?
- Nie. To są sprawy prywatne.
- Ale pisujesz czasem o kotach?
- Czasem. Ostatnio rzadziej, niż czasem.
Ale tu zostałem trafiony w miętkie, bo jak by nie było trafiła się okoliczność, aby coś takiego popełnić. Więc jedziemy w te okręty:
Lucjan to czarny kot rasy europejskiej, krótkowłosej, chyba najliczniej występującej na tym kontynencie. Przez wiele lat mieszkał sobie u mojej Mamy na drugim piętrze kamienicy wielkiego miasta. Znałem się z Luckiem świetnie, gdyż podczas jej wyjazdów na kilka dni przeprowadzałem się do tego mieszkania, tak dla czystej wygody, aby mieć oko na kota. Wiadomo, bazowe sprawy, czyli micha, kuweta oraz ludzkie towarzystwo. Bo wbrew stereotypom, większość kotów jest dość towarzyska, aczkolwiek realizują one to po swojemu. Poza tym Lucek to kot specjalnej troski, aczkolwiek mniejszego kalibru, więc zasadniczo tak niewiele jej potrzebuje. Pierwszy powód to dysplazja bioder, której skutkiem jest nieco gorsza kocia mobilność. Ale coś za coś. Lucek umie taki numer, którego nie widziałem nigdy w wykonaniu żadnego dorosłego kota. Jest to przewrót przez głowę, zwany popularnie fikołkiem, który ma miejsce w chwilach najlepszego kociego nastroju. Druga sprawa to kwestia michy. Otóż Lucek za wczesnego młodu miał nieco kłopotów natury urologicznej, więc został przestawiony na medyczną karmę typu urinary. Tą karmę dostawał wyłącznie, więc po pewnym czasie tak się na nią uwarunkował, że przestał postrzegać jako jedzenie to, co postrzega większość kotów. No, ale że większych problemów potem z tym nie było, więc nie ma co dalej rozwijać tematu.
Za to zaistniał inny problem, mianowicie z Mamą. Streszczając temat ograniczmy go stwierdzenia, że ta owa jego opiekunka ostro zachorowała, po czym trafiła do szpitala. Wtedy siłą rzeczy ja się przeprowadziłem do tego mieszkania, tylko tym razem nie na jakieś dwa, trzy dni, tylko na czas nieokreślony. Do chwili, aż sprawy się wyjaśnią. Wreszcie sprawy się wyjaśniły, ale tak się wyjaśniły, że Mama już do domu nie wróciła. Zaś po kilku dniach zamieszania ja wróciłem do siebie, ale zabrałem też kota, to było oczywiste. Tam zaś Lucek poznał nowy, inny świat, stał się też kotem wychodzącym na dwór, aczkolwiek pod pewnym dozorem kontrolującym sytuację. Poznał też innego kota, dokładniej zaś kocicę. Bo nas od lat są jakieś koty, dom bez kota to głupota. To był dla Lucka chwilowy szok, bo do tej pory pojęcia nie miał, że istnieją jeszcze jakieś inne koty. Niemniej jednak...
Koty mają to do siebie, że bardzo nie lubią zmian swojego otoczenia. Za to jednak, gdy zmiana się utrwali, to szybko się adaptują. Tak więc Lucek też się jakoś adaptował, zaakceptował swój nowy dom, tudzież nową koleżankę. Nie było to jakieś zażyłe kolegowanie się, ale drak też raczej nie było. Za to wyszła bardzo ciekawa sprawa. Otóż kocia karma medyczna ma to do siebie, że ma sporo dodatków smakowych. Tak musi być, bo inaczej żaden kot nawet by na nią nie spojrzał. Ale te dodatki powodują, że kotu się odmienia, że to jedzonko staje się bardzo atrakcyjne. Także dla kotów, które jej nie potrzebują. Więc dla nowej koleżanki Lucka również, zaś ze względów ekonomicznych trzeba było pilnować, aby mu jej nie wyjadała.
No, ale jedziemy dalej. Otóż po jakimś roku nastąpiła kolejna gruba zmiana. Mianowicie wielka przeprowadzka na wieś na drugim końcu kraju. Wieś? Wieś to mało powiedziane. To jest wiocha zabita dechami, gdzie przysłowiowe psy dupami szczekają. Tu pomińmy kwestie tej zmiany dotyczącej ludzkiej części rodzimy, bo tematem tej pracy jest kot. Otóż kot Lucek trafił nagle do kociego raju. Kawał naprawdę wielkiego terenu do jego dyspozycji, bardzo bezpiecznego zresztą, gdzie ruch aut jest wręcz symboliczny. Zaś jak wiemy, to owe auta są największym wrogiem kotów. Jednak Lucek nie do końca korzystał ze wszystkich dobrodziejstw tej sytuacji. Od dziecka był ostrym domatorem, więc zbyt daleko nigdy się nie zapuszczał, zaś większość czasu spędzał na ulubionej kociej czynności. Czyli na eksploatacji łóżka. Zaś gdy nie spał, był aktywnym eksploratorem okolic domu lub głośno mruczącym kumplem. Miał jeszcze drugiego kumpla kota, wspomniałem też coś na temat koleżanki, ale to już osobna historia, warta być może osobnego opracowania, jak koty działają w grupie.
Tak minęło jakieś ponad pięć lat. W pewnym momencie jednak Lucek zaczął się zachowywać bardzo nietypowo. To, że sypiał dziennie jeszcze dłużej, niż zwykle nie było jeszcze niczym aż tak bardzo dziwnym. Dziwne za to było to, że przestał jeść, ale zaczął tyć. Nietypowo jednak tyć. Bardziej puchnąć po bokach. To już wystarczyło, aby capnąć Lucka do kontenera, po czym pojechać do weta. Na miejscu sprawy nie wyglądały dobrze. Zapalenie otrzewnej, ale od czego się tak porobiło? Badania wykluczyły nowotwór, wykluczyły też, choć nie na sto procent FIP, bardzo paskudną wirusową chorobę kotów. Potem dalsze badania, terapia lekami raczej w ciemno, czas płynął, ale nic nie szło ku lepszemu. Zaś Lucek, wciąż odmawiający jedzenia, słabł dzień po dniu. Wyraźnie też cierpiał, choć po kotach tak łatwo tego nie widać. Nadszedł więc moment, którego nienawidzi większość opiekunów kotów, psów, czy innych zwierzaków będących członkami rodziny. Czas decyzji, czas ostatniej jazdy do weta. To po prostu trzeba było zrobić. Inne opcje nie miały już sensu.
- Napiszesz o tym na blogu?
- Nie. To są sprawy prywatne.
- Ale pisujesz czasem o kotach?
- Czasem. Ostatnio rzadziej, niż czasem.
Ale tu zostałem trafiony w miętkie, bo jak by nie było trafiła się okoliczność, aby coś takiego popełnić. Więc jedziemy w te okręty:
Lucjan to czarny kot rasy europejskiej, krótkowłosej, chyba najliczniej występującej na tym kontynencie. Przez wiele lat mieszkał sobie u mojej Mamy na drugim piętrze kamienicy wielkiego miasta. Znałem się z Luckiem świetnie, gdyż podczas jej wyjazdów na kilka dni przeprowadzałem się do tego mieszkania, tak dla czystej wygody, aby mieć oko na kota. Wiadomo, bazowe sprawy, czyli micha, kuweta oraz ludzkie towarzystwo. Bo wbrew stereotypom, większość kotów jest dość towarzyska, aczkolwiek realizują one to po swojemu. Poza tym Lucek to kot specjalnej troski, aczkolwiek mniejszego kalibru, więc zasadniczo tak niewiele jej potrzebuje. Pierwszy powód to dysplazja bioder, której skutkiem jest nieco gorsza kocia mobilność. Ale coś za coś. Lucek umie taki numer, którego nie widziałem nigdy w wykonaniu żadnego dorosłego kota. Jest to przewrót przez głowę, zwany popularnie fikołkiem, który ma miejsce w chwilach najlepszego kociego nastroju. Druga sprawa to kwestia michy. Otóż Lucek za wczesnego młodu miał nieco kłopotów natury urologicznej, więc został przestawiony na medyczną karmę typu urinary. Tą karmę dostawał wyłącznie, więc po pewnym czasie tak się na nią uwarunkował, że przestał postrzegać jako jedzenie to, co postrzega większość kotów. No, ale że większych problemów potem z tym nie było, więc nie ma co dalej rozwijać tematu.
Za to zaistniał inny problem, mianowicie z Mamą. Streszczając temat ograniczmy go stwierdzenia, że ta owa jego opiekunka ostro zachorowała, po czym trafiła do szpitala. Wtedy siłą rzeczy ja się przeprowadziłem do tego mieszkania, tylko tym razem nie na jakieś dwa, trzy dni, tylko na czas nieokreślony. Do chwili, aż sprawy się wyjaśnią. Wreszcie sprawy się wyjaśniły, ale tak się wyjaśniły, że Mama już do domu nie wróciła. Zaś po kilku dniach zamieszania ja wróciłem do siebie, ale zabrałem też kota, to było oczywiste. Tam zaś Lucek poznał nowy, inny świat, stał się też kotem wychodzącym na dwór, aczkolwiek pod pewnym dozorem kontrolującym sytuację. Poznał też innego kota, dokładniej zaś kocicę. Bo nas od lat są jakieś koty, dom bez kota to głupota. To był dla Lucka chwilowy szok, bo do tej pory pojęcia nie miał, że istnieją jeszcze jakieś inne koty. Niemniej jednak...
Koty mają to do siebie, że bardzo nie lubią zmian swojego otoczenia. Za to jednak, gdy zmiana się utrwali, to szybko się adaptują. Tak więc Lucek też się jakoś adaptował, zaakceptował swój nowy dom, tudzież nową koleżankę. Nie było to jakieś zażyłe kolegowanie się, ale drak też raczej nie było. Za to wyszła bardzo ciekawa sprawa. Otóż kocia karma medyczna ma to do siebie, że ma sporo dodatków smakowych. Tak musi być, bo inaczej żaden kot nawet by na nią nie spojrzał. Ale te dodatki powodują, że kotu się odmienia, że to jedzonko staje się bardzo atrakcyjne. Także dla kotów, które jej nie potrzebują. Więc dla nowej koleżanki Lucka również, zaś ze względów ekonomicznych trzeba było pilnować, aby mu jej nie wyjadała.
No, ale jedziemy dalej. Otóż po jakimś roku nastąpiła kolejna gruba zmiana. Mianowicie wielka przeprowadzka na wieś na drugim końcu kraju. Wieś? Wieś to mało powiedziane. To jest wiocha zabita dechami, gdzie przysłowiowe psy dupami szczekają. Tu pomińmy kwestie tej zmiany dotyczącej ludzkiej części rodzimy, bo tematem tej pracy jest kot. Otóż kot Lucek trafił nagle do kociego raju. Kawał naprawdę wielkiego terenu do jego dyspozycji, bardzo bezpiecznego zresztą, gdzie ruch aut jest wręcz symboliczny. Zaś jak wiemy, to owe auta są największym wrogiem kotów. Jednak Lucek nie do końca korzystał ze wszystkich dobrodziejstw tej sytuacji. Od dziecka był ostrym domatorem, więc zbyt daleko nigdy się nie zapuszczał, zaś większość czasu spędzał na ulubionej kociej czynności. Czyli na eksploatacji łóżka. Zaś gdy nie spał, był aktywnym eksploratorem okolic domu lub głośno mruczącym kumplem. Miał jeszcze drugiego kumpla kota, wspomniałem też coś na temat koleżanki, ale to już osobna historia, warta być może osobnego opracowania, jak koty działają w grupie.
Tak minęło jakieś ponad pięć lat. W pewnym momencie jednak Lucek zaczął się zachowywać bardzo nietypowo. To, że sypiał dziennie jeszcze dłużej, niż zwykle nie było jeszcze niczym aż tak bardzo dziwnym. Dziwne za to było to, że przestał jeść, ale zaczął tyć. Nietypowo jednak tyć. Bardziej puchnąć po bokach. To już wystarczyło, aby capnąć Lucka do kontenera, po czym pojechać do weta. Na miejscu sprawy nie wyglądały dobrze. Zapalenie otrzewnej, ale od czego się tak porobiło? Badania wykluczyły nowotwór, wykluczyły też, choć nie na sto procent FIP, bardzo paskudną wirusową chorobę kotów. Potem dalsze badania, terapia lekami raczej w ciemno, czas płynął, ale nic nie szło ku lepszemu. Zaś Lucek, wciąż odmawiający jedzenia, słabł dzień po dniu. Wyraźnie też cierpiał, choć po kotach tak łatwo tego nie widać. Nadszedł więc moment, którego nienawidzi większość opiekunów kotów, psów, czy innych zwierzaków będących członkami rodziny. Czas decyzji, czas ostatniej jazdy do weta. To po prostu trzeba było zrobić. Inne opcje nie miały już sensu.



Ojej, biedne kocisko. Chociaż przyznam, że miało całkiem udane życie. Dziwne, że na tej medycznej karmie wylądował wcale nie na starość, tylko wcześniej. Śliczne kocisko. Czarniusieńkie i błyszczące. Przykro mi, że cierpiał. Ale dobrze, że już nie musi.
OdpowiedzUsuńkocury po sterylizacji mają czasami potem problemy urologiczne... tu jednak trafiło się wyjątkowo pechowo wcześnie... potem już jednak nie było w tych sprawach kłopotów...
UsuńWspółczuję. Wiem, jak człowiek potrafi się przywiązać do takiego uroczego stworzenia. Mnie się łezka w oku kręciła nawet po żółwiu, z którym przeciez nie dało się nawiązać żadnego bliższego kontaktu.
OdpowiedzUsuńbyło faktycznie smutno... niby kilka zwierzaków już pochowałem, ale jakoś trudno się do tego przyzwyczaić...
UsuńNAWET po żółwiu?! Czemu "nawet"? To są bardzo mądre zwierzaki, z własnym charakterem, oczywiście jeśli się im stworzy warunki, żeby go ujawnić, a nie trzyma w terrarium.
UsuńTo był żółw wodny. Trudno było go trzymać poza akwaterrarium.
Usuń15 lat to ... wiekowy kociak. Dożył pięknego wieku i w dobrych warunkach. Z tego się trzeba cieszyć. Gdyby był bezdomny żyłby o wiele krócej. Doszedł końca swojego czasu, niech odpoczywa w spokoju.
OdpowiedzUsuńNagrobek całkiem, całkiem.
tak, warunki koty mają u nas znakomite, szczególnie te w wieku emerytalnym...
UsuńPiętnaście lat pięknego kociego życia. Niech Lucek śpi spokojnie tam, gdzie zawsze świeci słońce, trawa jest miękka, a miski nigdy nie są puste.
OdpowiedzUsuńCzasem największym wyrazem miłości jest właśnie podjęcie tej najtrudniejszej decyzji, żeby oszczędzić cierpienia kochanemu pupilowi. Wiem, jak to boli. Sama musiałam pomóc odejść mojej Sprytce, kiedy dalsze leczenie stało się już tylko przedłużaniem jej cierpienia. To była jedna z najtrudniejszych decyzji, jaką przyszło mi podjąć...
najtrudniej było pierwszy raz, gdy odwlekało się tą decyzję jak najdłużej, potem człowiek już się uczy, że nie ma sensu czekać... ale moment samej decyzji jest niezmiennie paskudny w przeżywaniu go...
UsuńŚliczna kicia bardzo szkoda ,ze odszedł . Nie wspomniałeś jakie miał relacje z Hamletem tym dużym puchatym kotem . A właściwie jaki był powód odejścia Lucka ? Wet postawił jakąś konkretną diagnozę ?
OdpowiedzUsuńpominąłem już relacje z innymi kotami, bo gdyby się wpuścił w anegdoty, to nigdy bym tego posta nie skończył...
Usuńto było zapalenie otrzewnej nieustalonego pochodzenia, tak w skrócie...
Biedny kociak. Chociaż 15 lat to piękny wiek.
OdpowiedzUsuńprzeciętny wiek kota miejskiego, bez ludzkiego domu szacuje się na kilka lat, maksimum do czterech, w porywach do pięciu...
UsuńMieliśmy kota narkomana, wykradał ojcu Neospasminę, potrafił nawet odkręcić nakrętkę, a resztki wyciągnąć wkładanym do butelki ogonem. Gdy rozjechał go samochód został pochowany w ogródku pod wiśnią. Ale po pochówku następnego dnia kot znowu znalazł się przed drzwiami. Ponownie więc trafił do tego samego grobu, gdzie na wierzchu położyliśmy duży kamień. Ale rano kot ponownie znalazł się przed drzwiami. Tu już nie było wątpliwości, winnym był jego przyjaciel pies, który go wykopywał z grobu, mył językiem i przynosił pod drzwi domu ...
OdpowiedzUsuńhistoria zaiste niesamowita, bo i samo zjawisko przyjaźni międzygatunkowych ma w sobie coś niesamowitego...
Usuńno, i ta kocia inteligencja, dzięki której kot potrafi użyć ogona do innych celów, niż tylko komunikacja...
Dobrze, że napisałeś, historia Lucka niezwykle ciekawa, choć zakończenie smutne.
OdpowiedzUsuńTakich momentów ze zwierzakami nie cierpię, może podświadomie od tego uciekam i nie mam obecnie żadnego.
niestety żyją one od nas krócej, więc chcąc się nimi opiekować trzeba mieć świadomość, że takie momenty będą miały miejsce...
UsuńFreddy mojego Kima odszedł dzisiaj za tęczowy most, jak to mówi moja koleżanka, prawie równy miesiąc po śmierci pana. Bardzo tęsknił, nie jadł prawie nic. Jeszcze wczoraj byłam z nim u wterynarza, który powiedział, że to tragiczny "behavioral".
OdpowiedzUsuńbo jak pisała pewna polska noblistka: tego się nie robi kotu...
Usuńi nie tylko zresztą kotu...
Również mnie ten wiersz stale towarzyszył. Teraz przyjechała do mnie wnuczka, wnosi trochę radości i obowiązków, miedzy moim ciągłym pakowaniem, albo wyrzucaniem różnych rzeczy, bo dom wystawiony na sprzedaż.
UsuńTo naprawdę mocna historia i chyba właśnie takie opowieści o zwierzakach najbardziej pokazują, że kot to nie jest „tylko kot”, ale pełnoprawny członek rodziny. Lucek miał sporo zmian w życiu, a mimo wszystko za każdym razem potrafił odnaleźć swoje miejsce — chyba ta kocia zdolność adaptacji jest czymś niesamowitym. Najbardziej uderza mnie ten moment, kiedy człowiek musi podjąć tę najtrudniejszą decyzję, bo czasem miłość do zwierzaka oznacza też pozwolenie mu odejść, kiedy dalsza walka przynosi już tylko cierpienie.
OdpowiedzUsuńtak, członek rodziny, do tego szczególny, bo z nim się zawsze dobrze wychodzi, nie tylko na zdjęciu...
UsuńNaprawdę bardzo przykro mi z powodu Twoich strat.
OdpowiedzUsuńCzęsto myślę o naszej Kocie...Mam nadzieję, że uciekła tym nowym właścicielom ;)(
koty nie mają właścicieli, tylko opiekunów...
Usuńniestety opiekunowie bywają różni...
Już go opłakałam po Twojej wiadomości na WhatsAppie, a teraz ponownie serce mi pęka. Zazdroszczę Ci w tej sytuacji jednego - że miałeś gdzie go pochować. Ja moje koty muszę zostawiać w lecznicy...
OdpowiedzUsuńPrzypominają mi się teraz wszystkie odejścia: Kini, Aguni, Niuniusia, Michiko... To jest chwila, w której idzie oszaleć. Nie wiem, jak to zniosłeś, ale jakkolwiek by to było, rozumiem Twoje cierpienie.
P. S. To skandal że u nas, w mieście wojewódzkim, nie ma cmentarza dla zwierząt.
Usuńjakoś dało radę znieść, choć było ciężko, mimo że teoretycznie powinienem być już oswojony z takimi sytuacjami...
Usuńdziwaczne jest to, że sam zabieg kosztuje mniej, niż zostawienie zwierzaka w lecznicy w celu tzw. "utylizacji" /cóż za obrzydliwe słowo w tym kontekście sytuacyjnym/...
mieliśmy gdzie pochować Lucka, do tego na nielegalu, ale nie jestem legalistą, więc złe, głupie, do tego martwe prawo mam po prostu gdzieś i dbam wtedy tylko o to, żeby nie dać się złapać...
natomiast masz rację, że skandal, bo status miasta wojewódzkiego powinien do czegoś zobowiązywać...
Strasznie to smutne.
UsuńWspółczuję Ci Piotrze- co prawda nie byłam nigdy wielką wielbicielką kotów i miałam psa, czyli szorstkowłosego jamnika karłowego (nie mylić z jamnikiem miniaturowym) i był z nami 16,5 roku. Ogromnie trudny jest ten moment, gdy człowiek uświadamia sobie,że dla dobra zwierzęcia musi podjąć tę decyzję o zafundowaniu mu snu wiecznego. Miałam to szczęście, że mój jamnior szalenie lubił swojego weta, którego znal "od zawsze" więc nie był zestresowany wizytą lekarską i spokojnie zasnął na moich rękach. Ogromnie razem z mężem przeżyliśmy to rozstanie, bo to był nasz ukochany psiak. Pod Warszawą w miejscowości Konik Nowy, jest cmentarz dla zwierzątek i tam nasz piesio ma swoje wieczyste posłanko. Odszedł w sierpniu 2010 roku a ja do dziś za nim płaczę. Za nim konkretnie a za jakimś psem.
OdpowiedzUsuńto nie ma znaczenia, czy kot, czy pies, czy też chomik... odchodzi po prostu domownik, członek rodziny...
Usuńco do wetów, to wszystkie nasze koty zawsze zachowywały się spokojnie, ale przy podawaniu pigułki z Luckiem już bywało grubo...
Biedny Lucek, łączę się z Tobą w bólu i przytulam...♥️
OdpowiedzUsuńthx :)
UsuńGdy opiekowałem się kiedyś kotem koleżanki, ledwie mnie tolerował. A o tym by kot zamieszkał u mnie nawet nie było mowy - za nic w świecie nie zmieniłby miejsca zamieszkania bez właścicielki.
OdpowiedzUsuńkoty tak jak ludzie, czasem "czemuś" kogoś nie lubią i nie wiadomo centralnie czemu...
Usuń