Jeszcze jakieś półtora roku temu Kaśka nie miała zbyt dobrego zdania na temat freak fightów. Mówiła wtedy nieraz, że:
- Nie ma równowagi. Za dużo tu widowiska, za mało sportu.
Dopiero gdy pojawił się niejaki Mirek Orski i zaproponował jej udział w takim widowisku sytuacja zaczęła się nieco zmieniać. Pamiętamy tą walkę, nie pora jednak teraz na jej przewijanie. Ważne jest to, że ów Orski nawiązał potem współpracę biznesową z Kaśką. Dokładniej zaś federacja Fight Show z klubem Oktagon. To dotyczyło różnych rzeczy, na przykład szkoleń zawodników, czy tez wynajmu sal do treningów. Przy okazji też zaistniało nieco relacji stricte prywatnych. Choćby nieistniejąca już para Mirek plus szefowa techniczna klubu, czyli znana nam Mala aka Turbina. Zaś Kaśka zaczęła dowiadywać się więcej na temat samej idei freak fight, tudzież różnych jej realizacyj. Co prawda nie zmieniła stanowiska całkowicie, ale mocno je zmodyfikowała.
Tu zróbmy przerwę na takie śródsłowie, aby wyjaśnić czytającym, o co w tym wszystkim chodzi. Jak wiemy, sporty walki nie są żadną przemocą, nie są realną walką, tylko umowną grą, podlegającą pewnym regułom. Odmian tych reguł jest stosunkowo sporo, mamy na przykład boks, zapasy, kick boxing, różne zresztą wersje, sumo, judo, czy też olimpijskie taekwondo. Są one przyjęte wśród jakiejś większej grupy ludzi, jednolite, zaś koordynują to wszystko różne federacje, czy też związki sportowe. Freak fight działa nieco inaczej. Każda walka przebiega według reguł ustalonych osobno, indywidualnie. Czasem są one takie same, jak te wspomniane już wcześniej, ale czasem też bywają jakoś tam zmodyfikowane. Te modyfikacje bywają dość różne, nieraz też przekraczają pewne granice, co dla wielu osób, zależnie od ich pojmowania sportu, może być nie do przyjęcia. Przykładem może byś starcie wielkiej baby z małym chłopem lub spotkanie trzech na jednego. Takie właśnie sytuacje miała na myśli Kaśka. Zacytujmy inną jej wypowiedź:
- To nie jest już żaden boks, tylko zabawa w pokaż cycki.
Tak więc podczas różnych dyskusji z Mirkiem Kaśka poznawała coraz lepiej ten temat, ale przy okazji miała też pewien wpływ na niego samego, na jego pracę. Po jakimś więc czasie okazało się, że galom walk organizowanym przez jego federację coraz bliżej jest do sportu, za to gale innych firm sterowały w kierunku jarmarcznego widowiska. Zaś konsekwencją tego była polaryzacja wśród widowni. Na gale Fight Show chodzili głównie fani walk na poziomie, ciekawych od sportowej strony, znający się jakoś na rzeczy, zaś na pozostałe gawiedź żądna widoku spadających gaci lub krwi cieknącej po kafelkach. Różnica analogiczna do sytuacji metal versus disco polo lub marihuana versus narkotyki.
Tak więc Kaśka rozważając z Bombką Yakuzą różne opcje była już pewna, że walka jej pupilki na gali Fight Show to tak samo dobry pomysł, jak walka na gali regularnego boksu, ka-jeden, czy ememej. Pozostało więc już tylko omówić warunki, reguły gry.
I wtedy nagle, niczym takie straszydełko z pudełka wyskoczył wspomniany już Mirek Orski zapraszając Kaśkę i Zośkę do kafejki niedaleko klubu, gdzie serwowano lepszą kawę, niż w klubowym barku. Zaczął z kopyta:
- Co powiecie moje panie na partyjkę boksu birmańskiego?
Wyjaśniamy, że boks birmański co do reguł gry jest jak tajski, tylko że wolno walić głową. Inne sprawy są już do uzgodnienia. Co innego Mirek mógł zaproponować takiej żylecie, jak Zośka Yakuza? Może olimpijskie taekowondo? Bardzo fajny, godny szacunku sport, ale dla niej to jest tylko macanie się po cipkach. Bombka aż podskoczyła na pupie.
- Mnie się to podoba. Ale Kasia rządzi.
Nieprawda. W takich kwestiach to zawodniczka jest szefem, ona ma ostatnie słowo. Ale w praktyce bywa inaczej. Zwykle bowiem przeważa autorytet trenera, czy też trenerki. Zaś gdy jest nią Kaśka, to w ogóle nie ma debaty. Mimo, że jest skromną, nie puszącą się osobą, to jej charyzma w tych sprawach jest nie do podważenia. Ale ona akurat nie polemizowała.
- Wchodzimy w to.
Tak się składa, że ostatnio obejrzała sobie kilka walk tej nowinki na rynku i wyszło jej, że jest mniej urazogenna, niż tajski boks. Pomijając garstkę świrów to ludzie wcale się nie kwapią do zbyt bliskiego kontaktu. Mniej jest zwarć, klinczów, czyli okazji do technicznych nokautów. Więcej walki na dystans, więc dla znawcy jest to ciekawsze widowisko.
- Masz już jakieś propozycje personalne?
Mirek bez słowa odbezpieczył telefon i podsunął jej pod nos.
- Nooo... Daj się chwilę przyjrzeć.
Zaś po chwili:
- Niezła jest. Ulicznica, tak jak my. Zocha, dasz radę?
Mówiąc to podała Bombce telefon.
- Ja słoniowi i orce dam radę, więc...
- Dobra, nie szalej dzidzia, nie szalej. Mireczku, masz tego więcej?
- Jej walk?
- Nie. Filmów jak szydełkuje, je zupę i robi loda. Idiota.
- No, jest tego trochę.
- To przerzuć mi to. My to sobie obejrzymy i jutro ci powiemy.
- Ale to nie wszystko. Co powiecie na rzymską klatkę?
To jest kolejna nowinka na rynku sportów walki. Pole gry jest ograniczone do obszaru trzy metry na trzy metry. Kaśka zabrała Zosi telefon, spojrzała jeszcze raz.
- Ni chuja. Nie tym razem.
Bombka zaprotestowała:
- Kasiu, ale dlaczego? Ja sobie poradzę.
- Nie poradzisz sobie. Już widzę po ruchach, że dziewczyna ma bazę wing tsun. Ty tego nigdy nie ćwiczyłaś. W takiej klatce to ona cię wyrucha na wszystkie sposoby, a ty tego nawet nie zauważysz. Ja cię w miesiąc nie przygotuję do takiej walki, nie ma takiej opcji.
Tu nagle wtrącił się Mirek:
- Co to jest wing tsun?
- To jest odmiana chińskiego wushu. Kiedyś ją wynalazła kobieta do potrzeb walk w ciasnych uliczkach miasta. Ja tego trochę uczę panienki na kursach samoobrony przed gwałtem. To działa, ale miesiąc to zdecydowanie za mało, żeby ogarnąć same podstawy. Ja nie przestawię teraz Zosi całego rozkładu jazdy do góry kołami tak z dnia na dzień. Czyli rzymska klatka tak, ale nie tym razem.
- Więc jutro się zdzwaniamy?
- Dokładnie, a potem ogarniaj spotkanie menadżerskie. Zresztą co mnie to obchodzi? To twoja działka, ja się nie muszę na tym znać. Ta kawa faktycznie jest lepsza, niż u nas w klubie. Kogo ja tam zatrudniam w barze? Muszę to przemyśleć.
Do spotkania doszło, omówiono wszystkie kwestie, także finansowe, ale nas interesuje aspekt sportowy. Ustalono boks birmański, ale po europejsku, czyli trzy rundy po trzy minuty, oraz na okoliczność remisu dogrywka do pierwszej gleby. Tylko tu trzeba jeszcze pamiętać o jednej rzeczy. Każda formuła sportów walki to także kwestia sędziowania. Te sporty nie są tak do końca wymierne. Kiedyś próbowano ściśle, odcinając aspekt intuicyjny wymierzyć boks olimpijski, zwany amatorskim i wyszła lipa. Ale to już jest na osobną dyskusję, uznajmy na razie, że federacja Fight Show jakoś ogarnęła ten temat.
Teraz więc jesteśmy w hali, gdzie się dzieje gala łomotu. Zanim jednak dojdzie do przedostaniej walki, tej, co nas interesuje, zajrzyjmy na vipowską lożę. Ciasno tam, bo zleciały się wszystkie wiedźmy, psiapsie Kaśki plus ich dwa gamonie oraz jedna dziewczyna. Dotarła więc rzecz jasna Mala, co prawda sama, ale po zdanych na uczelni egzaminach. Na szóstki zresztą zdanych, bo ona tak akurat ma, że tylko tak zdaje. Zaś na samym brzegu siedział Adaśko, jak wiemy Kaśki chłop, czy raczej mega chłop. Nagle się zrobił zgiełk, bo pojawiły się trzy Neonówki, zaś pracownik ochrony nie chciał ich wpuścić na tą lożę. Nie na chama nie chciał, był nawet dość asertywny.
- Sorry dziewczyny, ale tam już nie ma miejsca.
Obserwował to Adaśko, a Bęcka podchwyciła jego spojrzenie.
- Daśku, zrób coś. Proszę.
Dasiek nie kazał się wiele prosić. Znał już te dziewczyny, uczennice Kaśki. Ale niewiele zrobił. Po prostu wziął i wstał. Wstał i spojrzał, bardzo zresztą łagodnie, przyjaźnie i życzliwie na ochroniarza, któremu nagle odechciało się pracować pod presją tego spojrzenia. Bo jak wiemy, facet Kaśki to jest naprawdę wielki mężczyzna. Niemniej jednak pozostały pewne kwestie techniczne do ogarnięcia. Jednak problem, jak większość problemów tego świata okazał się być fikcyjny. Adaśko rozsadził dziewczyny na kolanach Borka i Miśka, dla siebie zostawiając, tak gwoli sprawiedliwości wizualnie najcięższą Bęckę. Po czym otrzymał od niej buziola wszechczasów. Na ten widok odezwała się Mariolka:
- To słaby pomysł. Jak Kaśka się dowie...
Wtedy zareagowała Malina:
- Nie obrażaj Kaśki. Taki buziak się nie liczy. Za to ja mam inną uwagę. Do bratowej. Nitka! Słyszysz mnie?
Anita, do której zwróciła się Malina zareagowała:
- Mniej więcej. A co chcesz?
- Bo może Borek ciebie powinien wziąć na kolana?
- Mnie tu wygodnie, a ja się robię trochę już za ciężka.
W tym momencie uruchomiła się Roxy:
- Lalka, ja wiem, że ty bierzesz kokę tylko raz na miesiąc, więc to nie jest jeszcze nałóg, ale może spróbuj robić to rzadziej.
- Bo niby co?
- Wiadro! Bo robisz dokładnie ten sam problem z niczego, co Miola przed chwilą. A ty Misiek pocałuj czule swoją damę w karczek. Jak się zgodzi. Młoda, zgadzasz się? Rozważ to, bo to mój chłop. Ale ja za to nie jestem zazdrosna, więc mu krzywdy za to nie zrobię.
- Cicho siostry, sznurujcie piczki! Nasze idą.
To już odezwała się Mala, obserwująca sytuację na boisku.
Sytuacja zaś zaistniała taka, że po wstępnych rytuałach do oktagonu wkroczyła Zośka Yakuza aka Bombka oraz Piorunella. Bo taką ksywę sceniczną obrała sobie jej przeciwniczka. Zośka od razu zabrała się do roboty, bez pierdolenia się w tańcu. Prostą jak budowa kija kombinacją, sztampową wręcz, świeżacką. Prawy low kick, lewy okrężny na głowę, potem doskok i grad ciosów góra dół. Co jakiś czas zmiana stron, prawe na lewe. Zero zwarć, zero kliczów, czy innych przepychanek. Trudno powiedzieć, czy to Bombka miała dobry dzień, czy Piorunka zły. Tak, czy owak po pierwszej rundzie Kaśka oświadczyła Zosi:
- Jest dobrze. Rób dalej to samo, nic nie udziwniaj. Jej dupa jest twoja, masz ją jak kaczkę na ruszcie. Utyka już na lewą nogę. Napierdalaj tam dalej. Kopnięcie na górę tylko symuluj, tam się nie przedrzesz. Za to potem wal jak do tej pory. Na zmianę, góra dół. Na japę i po żebrach, pod cycki, ile fabryka dała.
Co najważniejsze, to Bombka nie zaliczyła ani jednego ciosu na swoją śliczą buzię. Jednak nie do końca realizowała zalecenia trenerki. Miała nieco inny, swój prywatny plan na drugą rundę. Problemem większości fighterek i fighterów jest to, że ta druga strona złośliwie przeszkadza im realizować plan walki. Ale Piorunella była już nieźle rozebrana. Aczkolwiek wciąż duchem jakoś tam mocna, wciąż też stojąca nogach. Yakuza za bardzo nie kwapiła się, aby to zmieniać. Tańczyła jedynie bawiąc się bezradnością swojej przeciwniczki. Cios, kopniak, cios, kopniak. Do kompletu brakowało tylko ściągnięcia jej spodenek. Dla widza, niezależnie od jego poziomu ogarnięcia tematu wyglądało to dość ciekawie, ale Kaśka nie była tym wszystkim zachwycona. Po drugiej rundzie wyraziła to tak:
- Dzidzia, to już jest sadyzm. Znęcasz się, bijesz bezbronne mięso. Ten jej sekundant to jest chuj obgęgany, powinien ją już poddać. Zrób coś dla mnie. Kończ ją i wstydu kurwa oszczędź. Bo jak cię ona nagle trafi rozpaczliwcem, to... To ja już nie wiem.
Miała rację. Rozpaczliwiec to taka akcja, która potrafi zmienić wszystko, wręcz przenicować i przywołać do porządku niejednych, za bardzo zadufanych w swoją przewagę. Tylko że wtedy już jest za późno. Jest tylko cucone.
- Dobrze mamuśka, będę już grzeczna cipka.
Bombka wstała z zydelka i ucałowała usta swojej mentorki ze zdecydowanym języczkiem, czulej, niż jakichś tam różnych swoich gamoni. Po czym weszła na boisko. Gdy tylko zawodniczki stuknęły się rękawicami, to wykonała jeden szybki krok i rozgarniając gardę Piorunelli uderzyła ją głową. Szybko, konkretnie, skutecznie, ulicznie tak. Ulicznie, ale nie byle jak, nie po chuligańsku, tylko profesjonalnie. Sędzia nie liczył do końca. Od razu machnął na lekarza. Cucone było na pewno konieczne.
Zasadniczo to jest koniec tej całej opowiastki.
Ale... Są jeszcze pewne wątki poboczne.
Zajrzyjmy do szatni, już po walce. Otóż stało się tak, że w tej szatni Bombka rzuciła swoje ciało w objęcia Kaśki. Rozpłakała się przy tym należycie, niczym Roxy Miśkowi przy którymś tam orgazmie, już po fazie apogeum wrzasków, ale jeszcze przed finałowym lodem. Nagle ktoś zapukał do drzwi i nie czekając na pozwolenie zajrzał do środka głową Mirka. Ale Kaśka zareagowała zdecydowanie i nieasertywnie:
- Gdzie?! Wypierdalaj! Nie teraz!
Za plecami Orskiego do szatni wśliznęła się Mala. Na nią Kaśka nie zareagowała. Więc Turbinka usiadła obok Zosi, przytulila ją do siebie, po czym zaczęła ją czule i starannie lizać po buzi. Akurat Kaśka dobrze znała ten styl. Mala zawsze tak okazywała swoje pozytywne nastawienie do swoich psiapsiółek, robiła to bez skrępowania. Na przykład podczas spotkań w Pleciudze. Więc Kaśka poszła do toalety pod drodze zamykając drzwi szatni na zasuwkę od wewnątrz, aby żadne Mirki, czy inne muchomorki już nie zaglądały do środka. Ale gdy wróciła, zastała scenkę, której się nie spodziewała. Otóż Zosia była już bez tiszerta, zaś Mala zdejmowała z niej ochraniacz na piersi. Gdy już to zrobiła przystąpiła do starannego lizania sterczących triumfalnie sutków wojowniczki, która kilka minut wcześniej właśnie wygrała walkę. Co prawda Kaśkę trudno jest zaskoczyć takim, czy innym ludzkim zachowaniem, ale tym razem...
- Wiem, że się polubiłyście, ale że aż tak?
Akurat Yakuza stała, zaś Mala powoli, bez pośpiechu pozbawiła ją zielonego tiszerta z herbem Oktagonu, potem ochraniacza na piersi, zaś całując ją po brzuchu zajęła ręce jej spodenkami oraz ochraniaczem na krok, zwanym też czule napizdnikiem. Kaśka obserwując tą sytuację zdejmowała z siebie poszczególnie części swojej garderoby mówiąc:
- Dobrze dziewczyny, róbcie swoje, ja idę pod prysznic.
Ale gdy pozbywała się majtek coś ją nagle uderzyło.
- Ej, Mala! Zośka! Czemu tak dziwnie na mnie patrzycie?
Zapadła chwila ciszy, podczas której Mala redukowała swoją garderobę. Zaś gdy zdjęła już wszystko obie dziewczyny zamrugały do siebie powiekami i spojrzały na Kaśkę bardzo wymownie, wręcz pożądliwie. Zagaiła Bombka:
- No, co jest z tobą Kasiu? Chodź do nas.
- Nie ma równowagi. Za dużo tu widowiska, za mało sportu.
Dopiero gdy pojawił się niejaki Mirek Orski i zaproponował jej udział w takim widowisku sytuacja zaczęła się nieco zmieniać. Pamiętamy tą walkę, nie pora jednak teraz na jej przewijanie. Ważne jest to, że ów Orski nawiązał potem współpracę biznesową z Kaśką. Dokładniej zaś federacja Fight Show z klubem Oktagon. To dotyczyło różnych rzeczy, na przykład szkoleń zawodników, czy tez wynajmu sal do treningów. Przy okazji też zaistniało nieco relacji stricte prywatnych. Choćby nieistniejąca już para Mirek plus szefowa techniczna klubu, czyli znana nam Mala aka Turbina. Zaś Kaśka zaczęła dowiadywać się więcej na temat samej idei freak fight, tudzież różnych jej realizacyj. Co prawda nie zmieniła stanowiska całkowicie, ale mocno je zmodyfikowała.
Tu zróbmy przerwę na takie śródsłowie, aby wyjaśnić czytającym, o co w tym wszystkim chodzi. Jak wiemy, sporty walki nie są żadną przemocą, nie są realną walką, tylko umowną grą, podlegającą pewnym regułom. Odmian tych reguł jest stosunkowo sporo, mamy na przykład boks, zapasy, kick boxing, różne zresztą wersje, sumo, judo, czy też olimpijskie taekwondo. Są one przyjęte wśród jakiejś większej grupy ludzi, jednolite, zaś koordynują to wszystko różne federacje, czy też związki sportowe. Freak fight działa nieco inaczej. Każda walka przebiega według reguł ustalonych osobno, indywidualnie. Czasem są one takie same, jak te wspomniane już wcześniej, ale czasem też bywają jakoś tam zmodyfikowane. Te modyfikacje bywają dość różne, nieraz też przekraczają pewne granice, co dla wielu osób, zależnie od ich pojmowania sportu, może być nie do przyjęcia. Przykładem może byś starcie wielkiej baby z małym chłopem lub spotkanie trzech na jednego. Takie właśnie sytuacje miała na myśli Kaśka. Zacytujmy inną jej wypowiedź:
- To nie jest już żaden boks, tylko zabawa w pokaż cycki.
Tak więc podczas różnych dyskusji z Mirkiem Kaśka poznawała coraz lepiej ten temat, ale przy okazji miała też pewien wpływ na niego samego, na jego pracę. Po jakimś więc czasie okazało się, że galom walk organizowanym przez jego federację coraz bliżej jest do sportu, za to gale innych firm sterowały w kierunku jarmarcznego widowiska. Zaś konsekwencją tego była polaryzacja wśród widowni. Na gale Fight Show chodzili głównie fani walk na poziomie, ciekawych od sportowej strony, znający się jakoś na rzeczy, zaś na pozostałe gawiedź żądna widoku spadających gaci lub krwi cieknącej po kafelkach. Różnica analogiczna do sytuacji metal versus disco polo lub marihuana versus narkotyki.
Tak więc Kaśka rozważając z Bombką Yakuzą różne opcje była już pewna, że walka jej pupilki na gali Fight Show to tak samo dobry pomysł, jak walka na gali regularnego boksu, ka-jeden, czy ememej. Pozostało więc już tylko omówić warunki, reguły gry.
I wtedy nagle, niczym takie straszydełko z pudełka wyskoczył wspomniany już Mirek Orski zapraszając Kaśkę i Zośkę do kafejki niedaleko klubu, gdzie serwowano lepszą kawę, niż w klubowym barku. Zaczął z kopyta:
- Co powiecie moje panie na partyjkę boksu birmańskiego?
Wyjaśniamy, że boks birmański co do reguł gry jest jak tajski, tylko że wolno walić głową. Inne sprawy są już do uzgodnienia. Co innego Mirek mógł zaproponować takiej żylecie, jak Zośka Yakuza? Może olimpijskie taekowondo? Bardzo fajny, godny szacunku sport, ale dla niej to jest tylko macanie się po cipkach. Bombka aż podskoczyła na pupie.
- Mnie się to podoba. Ale Kasia rządzi.
Nieprawda. W takich kwestiach to zawodniczka jest szefem, ona ma ostatnie słowo. Ale w praktyce bywa inaczej. Zwykle bowiem przeważa autorytet trenera, czy też trenerki. Zaś gdy jest nią Kaśka, to w ogóle nie ma debaty. Mimo, że jest skromną, nie puszącą się osobą, to jej charyzma w tych sprawach jest nie do podważenia. Ale ona akurat nie polemizowała.
- Wchodzimy w to.
Tak się składa, że ostatnio obejrzała sobie kilka walk tej nowinki na rynku i wyszło jej, że jest mniej urazogenna, niż tajski boks. Pomijając garstkę świrów to ludzie wcale się nie kwapią do zbyt bliskiego kontaktu. Mniej jest zwarć, klinczów, czyli okazji do technicznych nokautów. Więcej walki na dystans, więc dla znawcy jest to ciekawsze widowisko.
- Masz już jakieś propozycje personalne?
Mirek bez słowa odbezpieczył telefon i podsunął jej pod nos.
- Nooo... Daj się chwilę przyjrzeć.
Zaś po chwili:
- Niezła jest. Ulicznica, tak jak my. Zocha, dasz radę?
Mówiąc to podała Bombce telefon.
- Ja słoniowi i orce dam radę, więc...
- Dobra, nie szalej dzidzia, nie szalej. Mireczku, masz tego więcej?
- Jej walk?
- Nie. Filmów jak szydełkuje, je zupę i robi loda. Idiota.
- No, jest tego trochę.
- To przerzuć mi to. My to sobie obejrzymy i jutro ci powiemy.
- Ale to nie wszystko. Co powiecie na rzymską klatkę?
To jest kolejna nowinka na rynku sportów walki. Pole gry jest ograniczone do obszaru trzy metry na trzy metry. Kaśka zabrała Zosi telefon, spojrzała jeszcze raz.
- Ni chuja. Nie tym razem.
Bombka zaprotestowała:
- Kasiu, ale dlaczego? Ja sobie poradzę.
- Nie poradzisz sobie. Już widzę po ruchach, że dziewczyna ma bazę wing tsun. Ty tego nigdy nie ćwiczyłaś. W takiej klatce to ona cię wyrucha na wszystkie sposoby, a ty tego nawet nie zauważysz. Ja cię w miesiąc nie przygotuję do takiej walki, nie ma takiej opcji.
Tu nagle wtrącił się Mirek:
- Co to jest wing tsun?
- To jest odmiana chińskiego wushu. Kiedyś ją wynalazła kobieta do potrzeb walk w ciasnych uliczkach miasta. Ja tego trochę uczę panienki na kursach samoobrony przed gwałtem. To działa, ale miesiąc to zdecydowanie za mało, żeby ogarnąć same podstawy. Ja nie przestawię teraz Zosi całego rozkładu jazdy do góry kołami tak z dnia na dzień. Czyli rzymska klatka tak, ale nie tym razem.
- Więc jutro się zdzwaniamy?
- Dokładnie, a potem ogarniaj spotkanie menadżerskie. Zresztą co mnie to obchodzi? To twoja działka, ja się nie muszę na tym znać. Ta kawa faktycznie jest lepsza, niż u nas w klubie. Kogo ja tam zatrudniam w barze? Muszę to przemyśleć.
Do spotkania doszło, omówiono wszystkie kwestie, także finansowe, ale nas interesuje aspekt sportowy. Ustalono boks birmański, ale po europejsku, czyli trzy rundy po trzy minuty, oraz na okoliczność remisu dogrywka do pierwszej gleby. Tylko tu trzeba jeszcze pamiętać o jednej rzeczy. Każda formuła sportów walki to także kwestia sędziowania. Te sporty nie są tak do końca wymierne. Kiedyś próbowano ściśle, odcinając aspekt intuicyjny wymierzyć boks olimpijski, zwany amatorskim i wyszła lipa. Ale to już jest na osobną dyskusję, uznajmy na razie, że federacja Fight Show jakoś ogarnęła ten temat.
Teraz więc jesteśmy w hali, gdzie się dzieje gala łomotu. Zanim jednak dojdzie do przedostaniej walki, tej, co nas interesuje, zajrzyjmy na vipowską lożę. Ciasno tam, bo zleciały się wszystkie wiedźmy, psiapsie Kaśki plus ich dwa gamonie oraz jedna dziewczyna. Dotarła więc rzecz jasna Mala, co prawda sama, ale po zdanych na uczelni egzaminach. Na szóstki zresztą zdanych, bo ona tak akurat ma, że tylko tak zdaje. Zaś na samym brzegu siedział Adaśko, jak wiemy Kaśki chłop, czy raczej mega chłop. Nagle się zrobił zgiełk, bo pojawiły się trzy Neonówki, zaś pracownik ochrony nie chciał ich wpuścić na tą lożę. Nie na chama nie chciał, był nawet dość asertywny.
- Sorry dziewczyny, ale tam już nie ma miejsca.
Obserwował to Adaśko, a Bęcka podchwyciła jego spojrzenie.
- Daśku, zrób coś. Proszę.
Dasiek nie kazał się wiele prosić. Znał już te dziewczyny, uczennice Kaśki. Ale niewiele zrobił. Po prostu wziął i wstał. Wstał i spojrzał, bardzo zresztą łagodnie, przyjaźnie i życzliwie na ochroniarza, któremu nagle odechciało się pracować pod presją tego spojrzenia. Bo jak wiemy, facet Kaśki to jest naprawdę wielki mężczyzna. Niemniej jednak pozostały pewne kwestie techniczne do ogarnięcia. Jednak problem, jak większość problemów tego świata okazał się być fikcyjny. Adaśko rozsadził dziewczyny na kolanach Borka i Miśka, dla siebie zostawiając, tak gwoli sprawiedliwości wizualnie najcięższą Bęckę. Po czym otrzymał od niej buziola wszechczasów. Na ten widok odezwała się Mariolka:
- To słaby pomysł. Jak Kaśka się dowie...
Wtedy zareagowała Malina:
- Nie obrażaj Kaśki. Taki buziak się nie liczy. Za to ja mam inną uwagę. Do bratowej. Nitka! Słyszysz mnie?
Anita, do której zwróciła się Malina zareagowała:
- Mniej więcej. A co chcesz?
- Bo może Borek ciebie powinien wziąć na kolana?
- Mnie tu wygodnie, a ja się robię trochę już za ciężka.
W tym momencie uruchomiła się Roxy:
- Lalka, ja wiem, że ty bierzesz kokę tylko raz na miesiąc, więc to nie jest jeszcze nałóg, ale może spróbuj robić to rzadziej.
- Bo niby co?
- Wiadro! Bo robisz dokładnie ten sam problem z niczego, co Miola przed chwilą. A ty Misiek pocałuj czule swoją damę w karczek. Jak się zgodzi. Młoda, zgadzasz się? Rozważ to, bo to mój chłop. Ale ja za to nie jestem zazdrosna, więc mu krzywdy za to nie zrobię.
- Cicho siostry, sznurujcie piczki! Nasze idą.
To już odezwała się Mala, obserwująca sytuację na boisku.
Sytuacja zaś zaistniała taka, że po wstępnych rytuałach do oktagonu wkroczyła Zośka Yakuza aka Bombka oraz Piorunella. Bo taką ksywę sceniczną obrała sobie jej przeciwniczka. Zośka od razu zabrała się do roboty, bez pierdolenia się w tańcu. Prostą jak budowa kija kombinacją, sztampową wręcz, świeżacką. Prawy low kick, lewy okrężny na głowę, potem doskok i grad ciosów góra dół. Co jakiś czas zmiana stron, prawe na lewe. Zero zwarć, zero kliczów, czy innych przepychanek. Trudno powiedzieć, czy to Bombka miała dobry dzień, czy Piorunka zły. Tak, czy owak po pierwszej rundzie Kaśka oświadczyła Zosi:
- Jest dobrze. Rób dalej to samo, nic nie udziwniaj. Jej dupa jest twoja, masz ją jak kaczkę na ruszcie. Utyka już na lewą nogę. Napierdalaj tam dalej. Kopnięcie na górę tylko symuluj, tam się nie przedrzesz. Za to potem wal jak do tej pory. Na zmianę, góra dół. Na japę i po żebrach, pod cycki, ile fabryka dała.
Co najważniejsze, to Bombka nie zaliczyła ani jednego ciosu na swoją śliczą buzię. Jednak nie do końca realizowała zalecenia trenerki. Miała nieco inny, swój prywatny plan na drugą rundę. Problemem większości fighterek i fighterów jest to, że ta druga strona złośliwie przeszkadza im realizować plan walki. Ale Piorunella była już nieźle rozebrana. Aczkolwiek wciąż duchem jakoś tam mocna, wciąż też stojąca nogach. Yakuza za bardzo nie kwapiła się, aby to zmieniać. Tańczyła jedynie bawiąc się bezradnością swojej przeciwniczki. Cios, kopniak, cios, kopniak. Do kompletu brakowało tylko ściągnięcia jej spodenek. Dla widza, niezależnie od jego poziomu ogarnięcia tematu wyglądało to dość ciekawie, ale Kaśka nie była tym wszystkim zachwycona. Po drugiej rundzie wyraziła to tak:
- Dzidzia, to już jest sadyzm. Znęcasz się, bijesz bezbronne mięso. Ten jej sekundant to jest chuj obgęgany, powinien ją już poddać. Zrób coś dla mnie. Kończ ją i wstydu kurwa oszczędź. Bo jak cię ona nagle trafi rozpaczliwcem, to... To ja już nie wiem.
Miała rację. Rozpaczliwiec to taka akcja, która potrafi zmienić wszystko, wręcz przenicować i przywołać do porządku niejednych, za bardzo zadufanych w swoją przewagę. Tylko że wtedy już jest za późno. Jest tylko cucone.
- Dobrze mamuśka, będę już grzeczna cipka.
Bombka wstała z zydelka i ucałowała usta swojej mentorki ze zdecydowanym języczkiem, czulej, niż jakichś tam różnych swoich gamoni. Po czym weszła na boisko. Gdy tylko zawodniczki stuknęły się rękawicami, to wykonała jeden szybki krok i rozgarniając gardę Piorunelli uderzyła ją głową. Szybko, konkretnie, skutecznie, ulicznie tak. Ulicznie, ale nie byle jak, nie po chuligańsku, tylko profesjonalnie. Sędzia nie liczył do końca. Od razu machnął na lekarza. Cucone było na pewno konieczne.
Zasadniczo to jest koniec tej całej opowiastki.
Ale... Są jeszcze pewne wątki poboczne.
Zajrzyjmy do szatni, już po walce. Otóż stało się tak, że w tej szatni Bombka rzuciła swoje ciało w objęcia Kaśki. Rozpłakała się przy tym należycie, niczym Roxy Miśkowi przy którymś tam orgazmie, już po fazie apogeum wrzasków, ale jeszcze przed finałowym lodem. Nagle ktoś zapukał do drzwi i nie czekając na pozwolenie zajrzał do środka głową Mirka. Ale Kaśka zareagowała zdecydowanie i nieasertywnie:
- Gdzie?! Wypierdalaj! Nie teraz!
Za plecami Orskiego do szatni wśliznęła się Mala. Na nią Kaśka nie zareagowała. Więc Turbinka usiadła obok Zosi, przytulila ją do siebie, po czym zaczęła ją czule i starannie lizać po buzi. Akurat Kaśka dobrze znała ten styl. Mala zawsze tak okazywała swoje pozytywne nastawienie do swoich psiapsiółek, robiła to bez skrępowania. Na przykład podczas spotkań w Pleciudze. Więc Kaśka poszła do toalety pod drodze zamykając drzwi szatni na zasuwkę od wewnątrz, aby żadne Mirki, czy inne muchomorki już nie zaglądały do środka. Ale gdy wróciła, zastała scenkę, której się nie spodziewała. Otóż Zosia była już bez tiszerta, zaś Mala zdejmowała z niej ochraniacz na piersi. Gdy już to zrobiła przystąpiła do starannego lizania sterczących triumfalnie sutków wojowniczki, która kilka minut wcześniej właśnie wygrała walkę. Co prawda Kaśkę trudno jest zaskoczyć takim, czy innym ludzkim zachowaniem, ale tym razem...
- Wiem, że się polubiłyście, ale że aż tak?
Akurat Yakuza stała, zaś Mala powoli, bez pośpiechu pozbawiła ją zielonego tiszerta z herbem Oktagonu, potem ochraniacza na piersi, zaś całując ją po brzuchu zajęła ręce jej spodenkami oraz ochraniaczem na krok, zwanym też czule napizdnikiem. Kaśka obserwując tą sytuację zdejmowała z siebie poszczególnie części swojej garderoby mówiąc:
- Dobrze dziewczyny, róbcie swoje, ja idę pod prysznic.
Ale gdy pozbywała się majtek coś ją nagle uderzyło.
- Ej, Mala! Zośka! Czemu tak dziwnie na mnie patrzycie?
Zapadła chwila ciszy, podczas której Mala redukowała swoją garderobę. Zaś gdy zdjęła już wszystko obie dziewczyny zamrugały do siebie powiekami i spojrzały na Kaśkę bardzo wymownie, wręcz pożądliwie. Zagaiła Bombka:
- No, co jest z tobą Kasiu? Chodź do nas.
- Nie jestem pewna, czy powinnam, ale...
Mala uśmiechnęła do niej uroczo mówiąc:
- Zrób sobie przerwę, zapomnij na chwilę o naszych oficjalnych, formalnych relacjach. Przejdź z trybu służbowego na prywatny.
C.D.N.N.
Nie wykluczony jest jednak pewien suplement, bo nie wszystko zostało opowiedziane. To jest do ogarnięcia. Wystarczy tylko miło się zachować, czyli po prostu bardzo, bardzo ładnie poprosić.
C.D.N.N.
Nie wykluczony jest jednak pewien suplement, bo nie wszystko zostało opowiedziane. To jest do ogarnięcia. Wystarczy tylko miło się zachować, czyli po prostu bardzo, bardzo ładnie poprosić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz