21 grudnia 2017

okolicznościowo, świątecznie tak... (chwilówka)

Niezbyt ciepło na dworzu
Słońce umiera
Słońce powraca

/wersja warszawska/

Niezbyt ciepło na polu
Słońce umiera
Słońce powraca

/wersja krakowska/
 
Noc to szczególna, wynikająca z rytmu Kosmosu. Naturalne święto, które rozpoczyna okres zwany umownie "świątecznym". Czyli po prostu ŚWIĘTA. Zaś kończy się ów okres niczym ogon kota, który jest, jest, jest, aż wreszcie ustaje. Jako, że koty bywają różne i różne miewają ogony, nie wiadomo centralnie kiedy, choć z pewnością najwcześniej w styczniu.
Zwykle wtedy odpuszczam sobie blogosferę, jednakże nie na sztywno, zero psychopatii, bo zdarza się zajrzeć tu lub tam. Na pewno jednak mowy nie ma o żadnej twórczości postowej. Tak więc kolejny projekt będzie dopiero po Świętach. Też niekoniecznie od razu, tylko jak mi się zachce.
Na okoliczność rychłego powrotu Słońca oraz wspomnianych wcześniej Świąt, wszystkim Czytelni(cz)kom, bardziej lub nie za bardziej regularnym, sporadycznym, kompletnie przypadkowym, mniej, bardziej aktywnym lub też wcale się nie udzielającym na forum tego bloga życzone jest aby... aby...
Ojtamojtam, nie ma co kombinować: CZUJCIE SIĘ DOBRZE! Podczas Świąt, tudzież po Świętach i w ogóle. Jakby nie było, to w życiu chodzi o to, by się dobrze czuć, tak? Moc niech będzie z Wami. Moc powracającego Słońca...

18 grudnia 2017

Moda na seksizm, czyli pojebanie pojęć

Zaznaczę od razu, że nie chodzi o modę na seksizm jako na seksizm, ale na słowo "seksizm". Ostatnio słyszę je i czytam dość często, rzecz jednak nie w tym, że często, lecz w tym, że bywa, iż pada ono bez pojęcia. Bez pojęcia w temacie, co to słowo w ogóle znaczy. Tedy przypomnijmy, że seksizm to zachowania oparte na poglądzie, iż jedna płeć jest lepsza od drugiej. Lepsza tak w ogólności, bez precyzowania pod jakim względem. Nie muszę chyba dodawać, że wypowiedź to też zachowanie. Okay, czas teraz na mały test:
Przychodzi mężczyzna do domu z pełną siatką zakupów. Kładzie je w kuchni na stole, wchodzi jego partnerka, ogarniają ten cały bałagan, nagle pada tekst od strony owej partnerki, żony, czy jakoś tam:
- Kochanie, a gdzie masło?
- No, przecież jest, kupiłem.
- Roślinne miało być.
- Ups...
- No tak, puścić chłopa samego do sklepu!

Stop! Jest seksizm, czy nie? Nie ma, ale znam takich, co się go tu dopatrzą. Tymczasem nie jest to bynajmniej żaden seksizm, tylko wyrażenie poglądu, iż mężczyźni nie potrafią robić zakupów. Kobieta jednak kontynuuje:
- Do niczego się nie nadajecie. Nie powinno się was wpuszczać do sklepów. Co ja gadam, nigdzie nie powinno się was wpuszczać!
Pytanie teraz zadajmy sobie centralnie, które z powyższych trzech zdań nosi znamiona seksistowskie? Ja chyba wiem, ale czy wszyscy tak samo wiedzą? Nie jestem tego taki pewien.
Dla zachowania równowagi płciowej przenieśmy się na ulicę, centralnie zaś na jezdnię. Stoją sobie auta na czerwonym, ale po zmianie świateł pierwsze nie rusza. No tak, przypadek "ja mu na gaz, a on zgasł". Kierowca drugiego za nim zaczyna się niecierpliwić, trąbi /lub nie/, w końcu skręca na sąsiedni pas i omija zawalidrogę. Pasażer rzuca nań okiem i mówi:
- No tak, baba, można było się spodziewać.
Kierowca również spogląda i dodaje:
- Do tego jakąś niedorżniętą minę ma.

Panowie wpadają w rechot, auto jedzie dalej, zaś my odpowiedzmy sobie na pytanie, czy tu miał miejsce jakiś seksizm? Moim zdaniem nie miał, ale coś mi się wydaje, że w tym przypadku nie wszyscy ze wszystkimi będą się zgadzać w tym temacie.
Jedziemy dalej, czyli znany, zaistniały jakiś czas temu casus "Jurek Owsiak vs. Plugawy Krystyn". Jak pamiętamy, to z grubsza poszło o to, iż miała miejsce diagnoza pewnych braków, zaległości pewnej posłanki w bardzo bliskich kontaktach cielesnych, tudzież pomysł, by je nadrobiła dla dobra swego, tudzież ogólnego. Zahuczało gromko dookoła: jedni - że "nietakt", drudzy - że "należało się". Tak się składa, że podzielam oba zdania, ale nie to nas teraz interesuje. Otóż padały też zarzuty, iż miał miejsce seksizm właśnie. Że zarzuty, to można się zgodzić, bo seksizm to przecież zło, ale rzecz w tym, że nie miał on wcale miejsca.
Tak naprawdę, to już od dłuższego czasu miałem wrażenie, że coś z tym seksizmem jest mocno nie tak. To się zaczęło, gdy jakąś reklamę uznano za "seksistowską". Okazuje się, że takich reklam jest sporo. Jeśli ktoś nie wie, o co chodzi, niech wygugluje sobie "reklamy seksistowskie" i kliknie opcję "grafika". Oglądam se te fotki, oglądam, ale seksizmu nijak tam nie widzę. Niemniej jednak rozkminiłem i zatrybiłem istotę nieporozumienia, iż ma ona naturę lingwistyczną. Otóż słowo "sex" po angielsku jest homonimem, ma dwa znaczenia: albo "płeć", albo "seks" /czyli bardzobliskość cielesna/. Podobno "Polak potrafi", więc tym razem potrafił popierdolić pojęcia i każde nawiązanie do seksu nazywa "seksizmem". Ostatnio doszło już do takiej paranoi dziwacznej, że chamskie zaczepki na ulicy nie są już chamskie, lecz seksistowskie. Znaczy, tak są nazywane, do tego nawet te do seksu nie nawiązujące, co już przegina paranoję do spodu.
Oczywiście jestem w stanie pojąć, że język ewoluuje. Czasem niektórzy próbują tej ewolucji pomagać tworząc nowomowy, prawdziomowy, albo politycznie poprawny żargon konserwatystów, czy też jakichś tam innych porąbanych narodowych lewaków, katolskich zresztą. Zostawmy to jednak, bo w przypadku "seksizmu" to chyba raczej samo się tak porobiło. Być może tak ma być, ale konsekwencje tego mogą być co najmniej idiotyczne. Bo skoro gadanie o seksie jest seksistowskie, to sam seks tym bardziej jest seksistowski, a przecież seksizm to zło. Tak?
Niejaki Saul z Tarsu siedzi sobie w Nawii napruty winem i paląc jakieś zioła brecha się z frajerów, którzy sami się wpuszczają w jeszcze większy kanał, niż ten, w który on ich kiedyś wpuścił.

======
Suplement (19/12, 01:00)...
Kto to jest islamista?
Otóż okazuje się, że to taki naukowiec /kulturoznawca, religioznawca/, który zajmuje się tematem islamu. Ciekawe, nieprawdaż? 

05 grudnia 2017

szczerość szczerością, ale ma być fikcja (chwilówka)

Ludziom się wydaje, że jak stworzą instytucję, to będzie dobrze. A jak już mają tą instytucję, to okazuje się, że nie jest dobrze. I rozumieją wtedy, że tak naprawdę nie chcieli mieć instytucji, tylko chcieli, żeby było dobrze. Siedzą w tym tylko dlatego, bo nie wiedzą, co z tym zrobić.
/Tomasz Piątek - "Heroina"; trawestacja cytatu oryginalnego/
=======
Ludzie lubią fikcję.
/Marian Opania - trawestacja kwestii z jakiejś tam reklamy/
=======
Gdy wetknąłem słuchawki w uszy i włączyłem radio w telefonie, news już był w trakcie, więc nie wiedziałem zaprawdę, czy to dopiero pomysł z tymi podwyżkami opłat sądowych, czy tak już ma być. Skwitowałem to jedynie werbalnie frazą: "Chyba ich popierdoliło do końca", po czym przeniosłem uwagę na coś tam innego. Dopiero po paru dniach wróciłem do sprawy, by się dowiedzieć co i jak. Okazało się, że nijak, że ma nie być tych podwyżek. Ot, po prostu kolejna akcja reżimu podłej zmiany, by pokazać, jakie to one fajne są wszystkie. Zagrywka się nazywa: "Zobacz, mam kij, ale ci nim nie przyjebię, więc kochaj mnie". Co prawda pisowski leming kocha małego nawet wtedy, gdy oberwie tym kijem, ale tym się już zajmować na tą chwilę nie będziemy. Mnie bardziej zainteresował pewien detal, który wyczaiłem czytając uzasadnienie projektu. Cytuję za prawo.gazetaprawna.pl:
W uzasadnieniu napisano też m.in., że obowiązujący obecnie przepis przewiduje opłatę stałą od pozwu o rozwód w wysokości 600 zł. "W celu wzmocnienia instytucji małżeństwa oraz w celu zbliżenia opłaty sądowej do rzeczywistych kosztów postępowania w takiej sprawie uzasadnione wydaje się zatem podwyższenie opłaty stałej od pozwu o rozwód. Projektowana kwota 2000 złotych uwzględnia średni rzeczywisty koszt postępowania sądowego w sprawie o rozwód" - dodano.
Pierwsze pytanie brzmi, czy w ogóle powinny istnieć jakieś opłaty sądowe? Bo niby od czego do cholery są podatki? Zostawmy to jednak na boku, jako temat dygresyjny i skupmy na razie uwagę na tym "wzmocnieniu instytucji małżeństwa". Jak wiadomo, małżeństwo to tylko taki dodatek do związku, polegający na jego rejestracji i zawarciu umowy powodującej pewne skutki prawne zapisane w kodeksie cywilnym. Takie coś nazywa się "ślub". Tu trzeba dodać dla porządku, że państwo polskie nie udziela go wszystkim związkom, a jedynie dwuosobowym, różnopłciowym i tak dalej, ale nie róbmy zagadnienia, to nas tu nie obchodzi. Ogólnie rzecz biorąc związek pary ludzi to odpowiedzialność, ale wiele osób ma jej niedostatki, stąd potrzeba im wykonania takiego aktu okazania sobie nieufności, jakim jest ów ślub. De facto motywy są jednak bardziej złożone. Na przykład para ulega naciskowi otoczenia albo chce zrobić przyjemność rodzinie. Istnieją też inne profity takiej akcji, długo by wymieniać, ale przeważnie bywa ona dość bezmyślna, automatyczna, ot, taki stadny odruch pod tytułem "bo tak się robi". Bywa czasem też tak, że niektórym się to mocno pieprzy, tak już pieprzy, że czasem małżeństwo jest im priorytetem, zaś to co ich łączy odchodzi na dalszy plan. Zaś gdy już się tak wszystko popieprzy całkiem pomiędzy nimi, to pora na rozwód. Jednak okazuje się, że po drodze jest schodek mający wysokość 600 złotych. Dla jednych to dużo, dla drugich niewiele, ale zawsze jest. Tu nagle wkracza do akcji jakiś idiota, który sobie wymyślił, żeby ten schodek podwyższyć, by było jeszcze trudniej. Bo na tym de facto polega owo "wzmocnienie instytucji małżeństwa", na tym, by jeszcze bardziej popieprzyć sytuację ludzi, którzy poszli po rozum do głowy i uznali, że wystarczy już tego popieprzenia w jakim tkwili do tej pory. Czyż nie jest to chore? Tak zapytajmy kontrolnie.
Tu zaznaczmy dygresyjnie, że nie wnikamy  w temat "dlaczego i po co ten związek"? To jest całkiem osobna sprawa, prywatna do tego. Skupmy się na samym aspekcie prawnym. Pytanie brzmi, czysto prawne zresztą, po kiego szyszkę utrzymywać na chama stan prawny, skoro ustały przesłanki faktyczne, by umowa nadal była w mocy? Wychodzi na to, że ma być fikcja. W normalnym państwie to...
Ups!
Chyba się rozpędziłem. Toć wycofali pomysła i jest git.
Tak?
Słuchamy:

19 listopada 2017

Zazen dla leniuchów, łamagów i zbyt sprytnych

Na zazen czasem się patrzy jak na odmianę medytacji albo jakąś technikę zmieniania świadomości. Wielkim błędem to być może nie jest, ale zbyt prawidłowym podejściem również. Tu nie ma wcale żadnego zmieniania, nic specjalnego się nie dzieje. Po prostu umysł trzeźwo ogląda świat oraz siebie, zupełnie nie ingerując w jedno i drugie. Jedyne, co jest do zrobienia, to tylko siedzieć i być. Tak naprawdę, to nawet siedzieć nie trzeba, można stać, leżeć, chodzić, robić mnóstwo różnych rzeczy, ale skupmy się może na tym siedzeniu, jako najoptymalniejszym. Tak swoją drogą, to zawsze uważałem, że świeżym świeżakom lepiej jest nie mówić nic na temat leżenia. Bo leżeć jest najwygodniej, więc od tego zwykle zaczną, po czym zen zamienia się w sen. A to wcale nie o spanie chodzi.
Czyli ustaliliśmy na wstępie, że nie leżymy, nie zmienia to jednak faktu, iż nawet największy napaleniec na zazen jest mniej lub bardziej leniuchem. Lenistwo to integralna część natury ludzkiej, można wręcz uznać, że motor rozwoju i postępu. Niby powinna to być okoliczność sprzyjająca, gdyż zazen jest czystą formą realizacji tego lenistwa, bo przecież nic się wtedy nie robi. Okazuje się jednak, że nie za bardzo tak jest. Leniuch chce praktykować, ale nie chce mu się. Jak wiadomo, takie nie chce się zwane jest też brakiem czasu lub miejsca. Albo też odwrotnie. Nie ma czasu, bo akurat leci jakiś debilny serial w telewizji. Nie ma też miejsca, bo zajmuje je jakiś równie debilny grat, który wcale nam nie jest potrzebny, ale mimo to kupiliśmy go, by go sobie mieć. Czy trzeba tedy mówić, co robić ze swoim lenistwem? To chyba proste. Telepudło wyłączyć, zaś grata najlepiej komuś oddać albo chociaż odstawić gdzieś na... No właśnie, na ile? Do sesji zazen wystarczy nam jakieś dwadzieścia minut oraz niecały metr kwadratowy powierzchni płaskiej. Cały zaś sprzęt to jakiś kocyk i poduszka lub wałek pod tyłek. Strój już nie jest potrzebny żaden, można siedzieć na golasa.
Tak więc przechodzimy do technikaliów samego zazen. Stereotyp jest taki, że siedzi się w pozycji lotosu, półlotosu lub chociażby ćwierć. Jest to po prostu nieprawda. Gdyby tak było, to większość ludzi w Europie nie byłaby do zazen zdolna, gdyż są to łamagi. Tu trzeba wtrącić, że nie ma sensu się obrażać o to określenie. Bycie taką łamagą to żaden jest obciach. Czasem owszem, jest to wynik lenistwa za młodu, ale są też ludzie, nawet bardzo sprawni, którzy lotosu nie mogą. Tak są po prostu zbudowani, tego nie zmienią, nie ma sensu robienie tego na siłę. Dodajmy jeszcze osoby, które miały kiedyś pecha, kontuzji doznały lub są po jakimś zabiegu kończyn dolnych. To jednak nie są wcale przeszkody, by zazen nie uprawiać. Oprócz owych lotosów równie dobrą, wartościową pozycją jest seiza, zwane też siadem japońskim. To jest takie coś, co na filmach samuraje robią, jeśli chcą pogadać zanim się zaczną szlachtować nawzajem. Dla wygody można użyć wspomnianej już poduszki, czasem nawet trzeba. Ludzie po wymianie biodra powinni się pilnować, by kąt pomiędzy tułowiem i udami nie był mniejszy, niż prosty. Co jednak robić, gdy nawet po samurajsku nie daje rady? Nadal nic straconego, gdyż wtedy używamy stołeczka, taboretu. Nie za niskiego, tu znowu osoby mające problem z biodrami powinny na to uważać. Na koniec, już tak dla formalności przypomnijmy, że bez względu na sposób siedzenia podstawą ma być wyprostowany, pionowy kręgosłup. Zero garbienia się, przykurczów pokracznych, tudzież niezdrowych.
To by było na temat ciała, ale cóż ma robić umysł? NIC! To chyba jest najtrafniejsza odpowiedź. Jednak może ona nie wystarczyć ludziom chorym na przywiązanie do słów, tedy trzeba to nieraz leczyć słowami właśnie. Na początku sesji nieźle jest policzyć sobie oddechy. Od jednego do dziesięciu na przykład albo odwrotnie. Choć zasadą jest mieć lekko otwarte oczy, to na tą chwilę można je nawet przymknąć. Okay, ale co dalej? Wszystkie drogi są tu otwarte. Można liczyć te oddechy dalej, aż do końca sesji. Można powtarzać jakąś inną mantrę. Można przejść do jakiejś formy medytacji lub wizualizacji. Ale skoro ma być zazen, to róbmy ten zazen. Jeden koncept to wałkowanie koanu w umyśle. Ale najprostszy, jednocześnie zaś będący taki najbardziej zen to tak zwane "shikan taza", czyli po prostu siedzimy. Umysł stara się nie tworzyć myśli, zaś gdy się pojawiają spokojnie je ogląda, nie skupia się jednak na nich. Czasem słyszymy jakieś dźwięki, na przykład za ścianą lub za oknem. Nie zwracamy na nie uwagi, nie tworzymy sobie obrazu ich źródła. Nie udajemy jednak, że ich nie ma, bo skoro są, to są. Czasem też podczas dłuższych sesji umysł tworzy coś, czego nie ma, jakiś obraz, wizję. To się nazywa "makyo" i nie zawsze bywa miłe. Nie walczymy z tym, nie analizujemy. Traktujemy to tak, jak wszystko inne. Czyli jak? Oglądamy sobie wszystko spokojnie, takim, jakie jest. Zazen nie polega na żadnych odlotach, hajach, transach. Podczas zazen jesteśmy, tu i teraz będąc, a nawet bez tu i teraz, tylko samo jesteśmy. Chyba nic prostszego już istnieć nie może. Ciekawostką więc jest, że shikan taza ma opinię najtrudniejszej odmiany praktyki z własnym umysłem.
Niektórzy jednak próbują być sprytni i sobie co nieco ułatwić przy pomocy różnych ułatwiaczy. Na przykład używając najpopularniejszego narkotyku, czyli alkoholu. Albo jakiegoś innego, jest ich całe mnóstwo rodzajów, odmian. Nie pora jednak się tym teraz zajmować, podsumowanie zresztą jest zawsze takie samo. Nie! Bez sensu jest takie coś. Już na wstępie było, że umysł na trzeźwo wszystko ogląda, to po jaką cholerę zaburzać sobie widok? To bynajmniej nie znaczy, by nigdy niczego nie używać, gdyż może to być pozytywne doświadczenie, tu chodzi tylko o to, by nie robić tego przed zazen, bo jest to z ową praktyką sprzeczne. Niczego nie ułatwi, na pewno zaś utrudni. Co prawda znane są opowieści zen na temat mistrzów wiecznie pijanych w trzy dupy, ale pomijając już sam fakt, że są to tylko opowieści, to są one na temat mistrzów. Mistrz zen dlatego jest mistrz, bo panuje nad swoim umysłem nawet będąc pijany w trzy dupy. Przeciętny adept zen raczej mistrzem nie jest, więc nie jemu to oceniać.
Okay, jest taka grupa zacnych substancyj zwana "narkotyki twórcze" lub "psychodeliki". Przy odpowiednim stosowaniu mogą one wspomóc rozwój umysłu, otworzyć wrota percepcji, pojąć to, co jest niepojęte, osiągnąć transcendencję. Podkreślmy to jeszcze raz, że przy odpowiednim. Jednak nic to nie zmienia, jeśli chodzi o kwestię zazen. Praca nad sobą z użyciem psychodelików to jest po prostu inna praktyka, zupełnie od zazen odrębna.
Na koniec może dwa słowa na temat MJ, czyli marihuany (lub haszyszu). Co prawda trudno ją uznać za narkotyk w pełni, ale nie można też zaprzeczyć, że całkiem nim nie jest. Bo jednak subtelnie percepcję zmienia. Ma też niewielką dozę psychodelii w sobie. Jednak ta cała lajtowość MJ to za mało, by ją uznać za dopuszczalną w temacie zazen. Czyli równiez odpada. Trzeba wybrać, albo danego wieczoru siedzimy zen, albo palimy faję. Chyba, że najpierw zazen, potem faja, tak od biedy jeszcze może być, też jednak są wątpliwości, czy to ma sens. Intuicja sugeruje, by był jakiś odstęp czasowy.
Za to MJ jest ciekawym dodatkiem, gdy ćwiczymy formy taichi chuan, zwane też czasem "medytacją w ruchu", ale to już jest kompletnie osobna bajka, która stanowczo wykracza poza obszar tematyczny tego posta.
Wspomnieć jednak warto o zielonej herbacie, która bywa wręcz zalecana do zazen, zwłaszcza przy dłuższych sesjach. To jest jedyny wyjątek, gdyż percepcji prawie wcale nie zmienia, za to pomaga zwalczyć ewentualną senność. Skoro są uzasadnione wątpliwości, czy wrzucać MJ do jednego wora z takimi narkotykami, jak na przykład wspomniany alkohol, to przy zielonej herbacie nawet myśl na ten temat nie ma sensu. Zaś tak już na koniec można też dopuścić yerba mate. Jest ona analogiem tejże herbaty, równorzędnym zamiennikiem, więc choć kiedyś na Dalekim Wschodzie go nie znano, to teraz chyba niczemu nie powinien przeszkadzać.
Jak ścisły wręcz jest związek zen i herbaty voila legenda:
Otóż kiedyś niejaki Daruma, zaiste ostry zakapior w temacie zen, siedział dziewięć lat w jaskini, ale miał ten problem, że przysypiał czemuś czasem, tedy odciął sobie powieki, zaś tam, gdzie je był wyrzucił, wzięły one były puściły korzenie, po czym wyrósł sobie krzak herbaty właśnie.
Tak to jednym zdaniem można opowiedzieć.

10 listopada 2017

Portal Pecha

Świt. Ulica Pusta wcale nie jest pusta. Na chodniku, na rogu Krzaczej siedzi kot, miejscowy miejski łazik. Jego uszy, niczym anteny łowią odgłosy ciszy, która dla niego wcale nie jest bynajmniej cicha. Dochodzi do nich lekki, niezbyt regularny stukot od ulicy Koytasa, coraz głośniejszy i zza jej rogu wyłania się młoda dziewczyna z rozmazanym makijażem. Kot tego tak nie percepuje, sensuje jedynie pewną drobną porcję złej energii, która od niej emanuje. Otwiera szeroko oczy, by rozpoznać, czy coś może mu zagrażać. Nie zna też znaczenia artykułowanych gniewnie słów:
- To picza jebana! Takie ciacho mi z przed nosa...
Dziewczyna nie dokańcza, potyka się nagle z głośnym:
- Nożkurwa!
Kot zabiera się nagle za lizanie futerka na łapce, jednakże jego ucho nadal łowi uważnie dalsze złorzeczenia. Tym razem słyszy:
- No masz, jeszcze tego... Aaaa!
Kot odwraca głowę, patrzy jakby zdziwiony. Źródło dźwięku i negatywnej energii zniknęło. Chodnik po drugiej stronie jest pusty. Pod murem leży tylko jakiś przedmiot. Kot się na tym nie zna, więc nie wie, że jest to but ze złamanym obcasem. Po chwili znowu słychać jakiś odgłos, tym razem jest to równy krok dwojga ludzi od strony Krzaczej. Para idących policjantów skręca w Pustą, po chwili dochodzi do samotnego buta.
- Zobacz, jakiemuś Kopciuszkowi się śpieszyło.
- Kopciuszkowi?
- To taka postać z bajki dla dzieci. Nie czytałeś?
- Zobacz, jaki fajny kot!
No tak, trzeba było jakoś zmienić temat. Ale fajny kot ma chyba plan. Wstaje i rusza na swój koci patrol znikając za rogiem Krzaczej.
= = = = = =
- Halt! Halt! Du verfluchte schweine!
Głośny tupot przerywa ciszę godziny policyjnej. Jest już na tyle jasno, by zobaczyć biegnącą postać, zaś za nią widać w pewnej odległości dwóch żandarmów Orpo. Jeden przystaje, unosi broń. Pada strzał. Uciekający człowiek chwieje się, opiera ręką o mur kamienicy, prze jednak dalej i znika za rogiem. Po chwili do zbiegu ulic docierają ścigający i zatrzymują się nagle. Nikogo nie widać, przecznica jest pusta. Żandarmi patrzą na siebie zdumieni, słusznie poniekąd, gdyż do następnej ulicy nie ma żadnej bramy, nie ma też nic, żadnego innego miejsca do ukrycia się. Jest tylko gładko otynkowany mur i wysoko zlokalizowane okna.
- Schajsse!
Żandarmi idą jeszcze kilka kroków podejrzliwie patrząc w te okna.
- Unmoglich.
Po tej konstatacji zawracają już bez słowa do skrzyżowania.
= = = = = =
- Panie policjancie, chciałam zgłosić zaginięcie!
- Co pani zginęło, w czym możemy pomóc?
- Nie co, tylko kto.
- A więc kto?
- Bo on poszedł te mazaje tak tego...
- Ale kto poszedł?
- Mąż!
- Kiedy to się stało? Proszę po kolei, od początku.
- Wczoraj, a po kolei dzisiaj. Nie wrócił na noc do tego.
- Dobrze. Znaczy niedobrze. Proszę mówić, ja słucham.
- Od początku?
- Dokładnie tak. Od samego początku.
- Od początku to Anielakowa jestem, z domu...
- Może już bez tego domu.
- Jak to bez domu? Toż to on z domu wyszedł.
- Gdzie wyszedł? Do sklepu? Do pracy?
- O, właśnie to! Do pracy wyszedł, na chwilę.
- Jak to na chwilę? Do pracy na chwilę?
- Ano na chwilę. Bo on jest dozorcą tego domu, co wie pan.
- Tego jeszcze nie wiem.
- Koytasa osiemnaście, ta narożna kamienica. No, i on wziął takie tam różne, żeby te mazaje zetrzeć, te na murze, od Pustej...
- Mazaje?
- Te, co gówniarze na murach malują.
- Aha. Graffiti.
- Jakie tam grafiki? Mazaje zwykłe i tyle.
- No, i co dalej? Starł te mazaje?
- Ano nie starł. Mazaje są, a męża nie ma. Tylko wiadro zostało pod ścianą. Bo on wziął to wiadro, do wiadra takie zajzajery różne, mopa, szmaty. To wszystko zostało, nikt nic nie ukradł. Nawet mopa, choć nowiutko kupiony był. Ale już wszystko schowałam. Bo jak za długo stoi, to nóg dostanie.
- Pani Anielakowa, pani tam sobie usiądzie, poczeka, ktoś zaraz do pani zejdzie. Dowód pani ma jakiś ze sobą?
- No, jakżeby nie? Męża też dowód mam. Nie wziął ze sobą, bo po co? On przecież tylko na chwilę wyszedł, żeby te mazaje...

Kobieta przerywa, zanosi się głośnym szlochem.
= = = = = =
Południe. Chodnikiem powoli idzie ksiądz - zwykle tak się mówi na kapłana popularnej w tym kraju religii. Obserwuje dwójkę dzieci idących pod opieką kobiety, być może matki, po drugiej stronie ulicy. Przechodzi w pewnym momencie na tą samą stronę, idzie za nimi. Jego uwagę przykuwa starsze dziecko, dziewczynka. Matka z dziećmi dochodzą do przecznicy, przechodzą na jej drugą stronę. Idą dalej, zaś ksiądz wkracza na jezdnię. Dziewczynka ogląda się, chwyta matkę za rękę:
- Mamo, czemu ten pan tak wciąż idzie za nami?
- Jaki pan, kochanie?
- Ten pan ksiądz. Idzie za nami już od rynku.
- Słoneczko, zdaje ci się.
- Sama zobacz, proszę. No, zobacz.
Matka przystaje, ogląda się, ale ułamek sekundy wcześniej ksiądz szybko umyka za róg przecznicy. Kobieta uśmiecha się:
- Zobacz córciu, nikogo nie ma.
- Bo się schował.
- Idziemy.
- Nie! Proszę! On tam jest! Powiedz mu coś.
- Co mam mu powiedzieć?
- Żeby nie szedł za nami.
Tymczasem ksiądz cofa się w głąb przecznicy, opiera o mur.
- No, dobrze. Chodźmy.
Cała trójka wraca. Mijają węgieł kamienicy, skręcają w przecznicę. Ulica jest pusta, nikogo nie ma. Dziecko patrzy, potem spogląda bezradnie na matkę.
- Gdzie on jest?
- Widać poszedł już sobie.
- Ale gdzie?
Kobieta zaczyna się niecierpliwić.
- Może poszedł do kościoła.
Dziewczynka marszczy brwi, namyśla się. Matka dodaje:
- Jak to był ksiądz, to na pewno szedł do kościoła.
To musiało być przekonywujące, bo na twarzy dziecka pojawia się wyraz ulgi. Za to młodsze przypomina o sobie, o swojej obecności wtrącając:
- Mama, chodźmy już.
- Tak, tak, idziemy.
Matka chwyta dzieci za ręce, wszyscy ruszają razem, przed siebie. Tylko dziewczynka na chwilę jeszcze przystaje, cofa się, patrzy w głąb pustej przecznicy. Po chwili rusza i cała trójka kontynuuje marsz chodnikiem...
= = = = = =
Skwerek, ławka, na ławce dwóch mężczyzn, którzy nie sprawiają wrażenia, by posiadali zbyt stabilne miejsca zamieszkania. Rozmawiają, od czasu do czasu pociągając z butelki wciśniętej pomiędzy nich, ukrytej starannie przed wzrokiem niepowołanych. Czyli policji i straży miejskiej, których powołano, między innymi, do wypatrywania takich butelek właśnie.
- Coś Staśka dawno nie widziałem.
- Którego Staśka? Aaa, tego Staśka, co zniknął?
- Pewnie, że zniknął, jeśli go nie widziałem.
- No tak, ale on podobno zniknął inaczej.
- Jak to inaczej? A jak się znika nieinaczej?
- No, zwyczajnie tak. Stasiek zniknął bezpośrednio.
- Czyli kurwa jak? Jak to jest bezpośrednio inaczej?
- O rany, ale ty jesteś męczący...
- Bo chcę wiedzieć. Nie wolno mi?
- Żebyś ty w szkole miał taki głód wiedzy.
- To co wtedy by było?
- To byś tu ze mną na tej ławce nie siedział.
- Ty nie zmieniaj tematu, tylko mów, co z tym Staśkiem.
- Właśnie idzie.
- Stasiek? Gdzie?
- Nie Stasiek, tylko Siwy. On wie. Znaczy mówi, że wie.
- To wie, czy nie wie?
- Jak tam mu kurwa nie wierzę.
Do ławki podchodzi Siwy.
- Ty, jak to było z tym Staśkiem?
- To ten wieśniak ci już nie mówił?
- Ten wieśniak ci nie wierzy.
Mężczyzna nazwany "wieśniakiem" wtrąca:
- Tak, wieśniak ci nie wierzy.
- Ale opowiedzieć mogłeś.
- Nie, nie mogłem. Dbam o swoją wiarygodność.
Drugi z siedzących nie ukrywa poirytowania:
- Przestańcie się, kurwa, kłócić, tylko Siwy opowiadaj.
- No, bo to było kurwa tak, że idziemy ze Staśkiem Koytasa i jemu się lać zachciało, to weszliśmy w Pustą, ciemno już było, Stasiek staje pod ścianą, wyciąga rękę, by się oprzeć, ja się odwracam i...
- I co?
- Tak cicho się jakoś zrobiło, to ja się odwracam i patrzę, a jego nie ma.
- Nie ma?
- No, nie ma. Stoi tu Stasiek?
- Nie stoi.
- To on też tam tak samo tam nie stał, jak teraz nie stoi.
- To gdzie był?
- Zniknął. Jak w ruskim cyrku. Było i nie ma.
Tym razem cicho się jakoś zrobiło na ławce i obok ławki.
...
Ulica Pusta, róg Koytasa. Od strony Krzaczej zbliża się trzech mężczyzn nie sprawiających wrażenia, by posiadali zbyt stabilne miejsca zamieszkania. Przystają przy ścianie nieopodal narożnika kamienicy.
- To tu było?
- Tu było.
- To co teraz?
- Nie wiem.
- To po chuj tu przyszliśmy?
- Mieliśmy zrobić wizję lokalną.
- No, to robimy właśnie.
- Więc, kurwa, Staśka nie ma, taka jest wizja.
- A miał być?
- Wiecie co, ja może zmienię temat.
- Na jaki?
- Myślimy co?
Cała trójka zaczyna przeglądać kieszenie.
- Wiele tego nie ma.
- To prawda, ale złoty do złotego...
- I coś będzie z tego.
- No, to idziemy, bo nam zaraz Żabę zamkną.
...
Skwerek, ławka, na ławce dyskusja.
- Tam pod tą ścianą, to nie tak miało być.
- A niby jak?
- Niedowiarek powinien się oprzeć o tą ścianę.
- Było być mądrym wtedy. Teraz sam sobie idź i się opieraj.
- A Stasiek?
- Jak Stasiek się znajdzie, to nie będzie problemu.
- A teraz?
- A teraz też nie ma, bo nie ma Staśka.
- Od opierania się o ścianę Staśka by nie przybyło.
- No, nareszcie ktoś powiedział coś mądrego.
- Zdrowie Staśka!
- Zdrowie ściany...
= = = = = =
= = = = = =
Nie wiadomo, czy portale są tworem (para)naturalnym, czy też powstały jako efekt pracy jakiegoś maga. Tak naprawdę, to nie wiadomo, czy w ogóle istnieją, czy są tylko kolejną urban legend. Ale wydają się być niegłupim konceptem w obliczu przeludnienia. Nie ma co teraz dywagować, czy owo przeludnienie już jest, czy jeszcze zbyt niewielu ludzi widzi, że jest. Pewne jest za to, że będzie, do tego tak będzie, że będzie widziane. Odpowiednio duża ilość portali rozwiązuje problem elegancko, ekologicznie, w miarę humanitarnie. Dodajmy tylko jeszcze do kompletu, że powinny one co jakiś czas zmieniać losowo swoją lokalizację. Tłok na Ziemi będzie rozładowany powoli, subtelnie, niepostrzeżenie, naprawdę równo i sprawiedliwie na raz. Zaś co najważniejsze, nikt do nikogo nie będzie miał pretensji, przeżywać bowiem będą ci, którzy nie mają pecha. Pech to coś, za czym nikt nie stoi.

02 listopada 2017

Mur w dziurze otaczającej umysł

Najpierw wstępne, kontrolne haiku, tak dla rozgrzewki:
Kosmiczne jajko sztybucla
Tańczy na diamentowej górze ognia
Pachnie codzienność

=================
Oświecenie...
Wyzwolenie...
Zbawienie...
Szczęście...
/Nieustające, ma się rozumieć/...
Co by tu jeszcze?
Wieczna Ekstaza...
Nieskończony Odjazd...
Ostateczne Spełnienie...
Tudzież wiele, wiele innych umownych nazw, czy też określeń błądzących, kręcących się dookoła czegoś nienazwanego. Jednak nie nienazywalnego, można się na przykład chwilowo umówić, tak dla ustalenia uwagi, na słowo "TO". Krótkie i piękne w swojej prostocie. Okay, ale co to jest TO, gdzie TO jest, kiedy TO jest? To chyba coś istotnego, skoro ludzie tak tego szukają, próbują osiągnąć i mieć. Niektórzy nawet jakąś bozię sobie wymyślają do pomocy. Luz, spoko, ani to jest dobre, ani też złe, czasem pomaga, czasem przeszkadza. Nie ma jednak sensu tym się teraz zajmować. Nas aktualnie interesuje TO, które zresztą nie jest wcale takie nadzwyczajne. TO ma każda i każdy. Tylko trzeba to sobie wykuć. Ale co wykuć konkretnie? Ano wykuć dziurę w murze otaczającym umysł. To już wystarczy, aby TO wysensować, zapercepować, zobaczyć, poczuć. TO jest TU, TO jest TERAZ. Gdy ktoś mi TO zabiera, to bierze mnie cholera. Pytanie zresztą jest, czy ma to sens, czy ktokolwiek może nam TO zabrać? Za to sami sobie chyba raczej możemy, bo ta dziura w murze potrafi się oddziurzyć, zasklepić nie pilnowana.
Na koniec koan /czyli raczej nic na logikę/, małokalibrowy zresztą:
Tak naprawdę nie ma nic do osiągania, bo TO jest puste. Zatem skoro azaliż owo TO takie właśnie jest, to co widzimy przez dziurę w murze?
Podpowiedź /ale również koan, jakby co, do tego z wyższej półki/:
Po ujrzeniu własnych oczu odpowiedź pojawia się niejako sama. Tylko bez cwaniakowania, bez oszukaństwa ma być, czyli bez żadnych fotek, żadnych odbić w lustrze. To tak nie proceduje. Już lepiej jest nic nie robić. Nie po to wymykamy się z pułapki werbalnego myślenia, by głębiej w niej grzeznąć.
-----------------
W tekście zaistniał /wyrwany z kontekstu/ cytat z ====TU====

-----------------

29 października 2017

bliżej nieokreślona porcja aprobaty (chwilówka)

No, i ładnie, koniec świata zgoła. Można by rzec, że Halloween za pasem, więc na mózg mi się zaczyna rzucać. Bo kto to słyszał, panie dzieju, bym chwalił podłą zmianę? To się co poniektórym może w głowie nie mieścić. Ale easy, easy, spokojnie, pomalućku, zaraz się zmieści. Nie podłą zmianę chwalę, lecz tylko jedną konkretną. Toć w każdym IN zawsze istnieje jakieś YANG, tudzież na odwrót. Nie ludzi zresztą chwalę, lecz czyny. Bo to, że ci ludzie sumarycznie są z dupy, tego bynajmniej nie dementuję. Poza tym nie ich to koncept, jeno unijny, napoczęty zresztą jeszcze przed podłą zmianą. Szyszko, czy jakieś tam inne takie, nigdy by na to nie wpadło. Skonstatujmy jeszcze na koniec, tak gwoli doprecyzowania, że nie żadne "chwalę", tylko wyrażam pewną bliżej nieokreśloną porcję aprobaty. Na chwalenie jeszcze przyjdzie pora, być może zresztą. Najpierw trzeba to wszystko dokładnie przeczytać, przeanalizować, zbadać pod kątem istnienia haczyka. Bo nie ufam im, kurwa, jak... Powiedzmy, że jak mojej kocurnicy, która podobno WIE, że nie wolno jej włazić na kuchenny stół. Ale tylko podobno, bo gdy nie widzę, to od razu zapomina sobie czemuś i nie wie.
Jedno jest pewne, że nie działa na mnie wcale kontrargument, iż jest to dodatkowy podatek. Pierwsza sprawa, to nie będą go płacić wszyscy, tylko jałopy mające szyszki w głowach, którym się nie chce nosić swojej torby na zakupy. Niekoniecznie zresztą torby, mała siatczyna taka wystarczy, którą wszędzie można wetknąć. Tak więc niech to się nazywa "podatek", nie bójmy się tego słowa. Na mój gust i tak jest on za niski. Inna sprawa, że to nie jest wcale takie mało istotne, gdzie te dutki mają trafić, bo jeżeli na finansowanie miesiączek, to trochę pisdowato. Ale to już jest osobny temat. Nie zmienia to jednak istoty, core'a tej sprawy, iż mniej zwierzaków ucierpi, no, i w ogóle mniej syfiasto będzie. Nieco kotów i ptaków zdarzyło mi się wyplątywać z plastiku, więc wiem, co piszę. A jeśli ktoś nie umie myśleć ekologicznie, to niech myśli ekonomicznie. Puenta więc reasumacyjna jest taka, że jestem na "tak". Tak w ogólności na razie, potem się zobaczy...
Jak zwykle nie wiem, kiedy będzie następny post, tedy więc prewencyjnie:
W E S O Ł E J   D Y N I ! ! !

07 października 2017

Nie dla kota

"Tradycja to najbardziej nudna ze wszystkich form wyrażania impotencji"
/Adam Wiśniewski Snerg - "Robot"/
.................
Zacznę trochę nie po męsku, raczej tak po kobiecemu bardziej, czyli nie na temat. Otóż nie znoszę mleka, od dziecka już go nie znosiłem. Bo serek, jogurcik jakiś, ba, nawet zsiadłe mleko przyswoję nawet chętnie, ale mleko raw oraz gotowane jest fuj, be, po prostu syf. Fakt, że kiedyś mleko było mlekiem, zaś obecnie być nim przestało nie ma tu znaczenia. Pamiętam, gdy za bardzo młodych lat chodziłem byłem do przedszkola. Nawet miło to wspominam, ale niekoniecznie wszystko. Bo każdy dzień tam spędzony równał się konieczności rozwiązania dwóch bazowych problemów. Jak przeżyć tak zwany "pacierz" i jak się wykręcić od wypicia obowiązkowego kubka gorącego mleka. Skąd ten pacierz, ktoś zapyta. Ano stąd, że Tata miał wtedy małą firmę budowlaną, zaś jako dziecku "prywaciarza" państwowe przedszkole mi nie przysługiwało. Właściwie to nie było takiej strasznej konieczności, bym tam chodził, ale uznano, że mam się /mówiąc obecnym naukowym językiem/ socjalizować. Samo podwórko miało być za mało. Tedy poszedłem do urszulanek. No, i dobrze, mnie to nie przeszkadzało, problem zaczynał się dopiero, gdy zbliżała się godzina dwunasta. Bo wtedy cała gromadka dzieci miała przyjąć pozycję klęczną i klepać jakieś magiczne formułki. Upierdliwe to było, więc każdy kombinował tak, by przyjąć jakąś wygodniejszą pozycję poza zasięgiem wzroku pani zwanej "siostrą". Drugim punktem krytycznym było śniadanie, zwane też obiadem. Bo połowa dzieciaków miała te obiady wykupione, połowa zaś przynosiła swoje papu. Teraz to by się nazywało lancz. Należałem do tych drugich i tu się zaczynały schody, bo każdy dostawał kuban gorącego mleka. Nie było, że "nie lubię", więc trzeba było to paskudztwo wypić. W domu wszyscy byli przytomni, więc szybko się nauczyli, że mnie się mleka nie daje, ale pani siostra była nieedukowalna w tym temacie. Trzeba więc było sposobem. Sposobów było sporo, ale głównie trzy. Czmychnięcie, by się zaszyć gdzieś na czas posiłku. Symulacja bólu brzucha, by otrzymać herbatę zamiast. Pominę już taki uśmiech losu, jak wpadnięcie muchy do mleka. Trzecim sposobem było jego  rozlanie. Bo dolewek nie było, było tylko tyle mleka, ile pani siostra przyniosła w bańce z kuchni po drugiej stronie ulicy. Okay, ale rozlać trza umić, do tego tak rozlać, by nie musieć potem sprzątać. To było akurat proste, aczkolwiek perfidne. Kuban z mlekiem podsuwało się pod łokieć sąsiadowi przy stole. Dalej już chyba wyjaśniać nie trzeba? Te wszystkie sposoby jednak miały pewną wadę. Nie można było ich stosować ani często, ani regularnie, bo pani siostra by się ścięła, zresztą i tak powoli podejrzewała, że coś jest nie tak, więc od czasu do czasu trzeba było to cholerne mleko wypić. Tak summa summarum szacując udało mi się jednak uniknąć wypicia jednej trzeciej mleka we mnie wmuszanego, co poczytuję sobie za niezły wynik. Ale najbardziej w tym wszystkim wkurzający był element propagandy promlecznej, który za wzór do naśladowania stawiał koty, które to tradycyjnie już miały lubić mleko. No, i czas więc teraz, po tym rozbudowanym wstępie nie na temat przejść do meritum...
Koty lubiłem od zawsze za ich piękno i mądrość, zaś ich inklinacje do mleka traktowałem z pokorą, nie jako objaw głupoty, lecz jako cechę immanentnie kocią. Wielu na tym oto etapie rozwoju się zatrzymuje uznając, że kot tak ma i tyle, po czym nie zawraca już tym sobie głowy. Ale ja to nie "wielu", czasem więc miewam problem z tą pokorą, jestem raczej taki "wątpiący - niewierzący", więc nadal borykałem się z pytaniem, czy kot aby na pewno musi pić mleko? Odpowiedź nadeszła, gdy pojawił się pierwszy kot, kotka zresztą, który był "mój", czyli taki, za którego byłem sam odpowiedzialny. Utrzymanie kota, takiego zwykłego kota rasy "kot" nigdy zbyt drogie nie było i nie jest, nie było problemu "za co?", ale onymi czasy był za to problem "co?". Chrupków kocich wtedy jeszcze nie sprzedawano, na rynku pojawiały się dopiero prototypy pod nazwą "Filemon" /oraz psie chrupki "Canis"/, to jednak nie rozwiązywało mi nic. Spożywania zaś kaszanki kot stanowczo odmawiał, zresztą zawsze uważałem, że ludzkiej karmy, nawet takiej wyższego gatunku kot jeść nie powinien, chyba że tatar jeszcze przed doprawieniem. Jako bonus od czasu do czasu może owszem, ale tylko od czasu do czasu. Kot zresztą też miał coś wtedy do powiedzenia, na przykład czasem kradł pomidory z kanapek, ale nie mogła to być baza jego diety. Na szczęście polska flota wypływała coraz dalej, więc na rynku pojawiły się kalmary, które były nie dość, że tanie, to porażająco zdrowe, tak dla ludzi, jak dla kotów. Do tego jeszcze reżim w swej łaskawości wielkiej zezwolił na tak zwane "wolne jatki", czyli prywatne stoiska mięsne poza państwowym monopolem, można więc było ogarnąć dla kota mnóstwo wartościowych kąsków, do tego za darmo. Okay, ale dość tych peerlowskich wspominek, wróćmy do kwestii mleka. Otóż w naszym domu raczej mało używano wtedy mleka, co też przekładało się na to, że kota rzadko się załapywała na ów towar. Zaś gdy trafił jej się taki bonus, to... Daruję sobie opisy kuwety po owym bonusie. Ergo mleko zostało wreszcie skreślone z kociej diety. Zaś po latach... Dużo by tu opowiadać, bo wiele się zmieniało. Na przykład dom, w którym kota stała się kotem wychodzącym, przybywało też kotów. Jedno jest natomiast pewne, że dożyła ona zaiste pięknego, jak na kota, wieku dziewiętnastu lat, awansując też przy okazji na bohaterkę licznych legend rodzinnych, ale to już był wynik nie jej diety, lecz barwnego, niepojętego czasem behawioru, tudzież wybitnej osobowości.
Czy to jest jednak dowód na to, by kotu nie dawać mleka? Oczywiście, że nie. Jest to jedynie pojedynczy przykład kota, który to sobie bez mleka świetnie poradził. Zresztą mnóstwo innych kotów również śmiało może się bez tegoż mleka obejść. Tu dopiero nauka może coś więcej powiedzieć na ten temat, jednogłośnym chórem wetów i innych speców kocich(*). Mówi zaś tyle, iż /szkicowo ujmując/ co prawda mlekiem kota otruć raczej trudno, ale mimo to dla dorosłych kotów jest ono mocno niewskazane. Pomińmy już /po raz drugi zresztą/ taką delikatną kwestię, jak ta, że obecnie dostępne na rynku mleko przeważnie nazywa się tylko "mleko", zaś czym jest naprawdę to wiedzą tylko technolodzy przemysłu spożywczego. Zaś ja prywatnie kotom mleka nie daję, nawet jako sporadyczny bonus, gdyż nie chcę fundować im prozaicznej sraczki, która dla tak szlachetnego oraz dystyngowanego zwierza, jak kot, byłaby czymś wysoce nieeleganckim, nie wspomnę już o innych niedogodnościach prostszej natury. Co prawda nasza obecna, aktualna kota chadza za przysłowiową stodołę, zaś kuweta służy do innych celów w tym domu /ostatnio suszyły się w niej orzechy/, ale tu zasada "czego oko nie widzi..." po prostu nie proceduje.
Na koniec pozostaje jeszcze kwestia tradycji. No, bo jak to tak, panie dzieju? Kotu nie zapodawać mleka? Kto to widział takie rzeczy? Toż to nawet piszą w książeczkach dla dzieci, że kot pije mleko. Babcia dawała kotu mleko, jej babcia też dawała, prababcia prababci tudzież, zaś kociska były zdrowe, zadowolone, aż popierdywały(!) z uciechy. No właśnie, popierdywały. Okay, ale zostawmy już to popierdywanie, dodam tylko, że niezmiernie rzadko zdarzało mi się percepować popierdującego kota, chyba może ze dwa razy w życiu zgoła jedynie, do tego bardzo dawno temu, w porywach do nieprawdy. Cała ta argumentacja za to przypomina mi wręcz bardziej, niż łudząco dyskusje na temat bezstresowego bicia dzieci, które notabene zresztą obrywają wtedy za sam fakt bycia dzieckiem, bo za cóż innego? To bardzo znany motyw, gdy taki mądrusiński peroruje z grubsza tak, że jego ociec tłukł, a jakże, aż pas wrzał, zaś on sam mimo to, a nawet dzięki temu wyrósł na przyzwoitego człowieka. Zawsze sobie wtedy myślę, że może taki ptyś jest nawet przyzwoity, ale są ważniejsze sprawy, niż ta cała jego przyzwoitość, na przykład bycie zdrowszym (psychicznie), zaś od walenia pasem tego zdrowia walonemu raczej nie przybywa.
Oczywiście jak to jest ze zdrowiem psychicznym kotów pojonych lub nie pojonych mlekiem, to chyba jedyna Bastet tylko wie, zwłaszcza, że każdy przyzwoity kot jest na swój sposób zdrowo(!) rąbnięty. Nauka raczej skupia się na zdrowiu somatycznym, tu zaś sprawa jest prosta i mnie z bilansu ogólnego wychodzi, że mleko nie jest dla kotów i już. No, i niech to będzie uproszczoną, aczkolwiek nie zubożoną nawet o ani ćwierć kwanta rdzenia przekazu puentą całego posta centralnie.
Tak swoją drogą, to pomimo groźnie brzmiącego motto na samym przedzie tekstu, generalnie nic nie mam do tradycji. Niektóre nawet bardzo lubię, tudzież popieram. Ale to, że coś jest tradycją nie zwalnia nikogo bynajmniej zez używania mózgu właściwie, co tu akurat oznacza weryfikację danej tradycji pod kątem jej sensowności. Tradycja pojenia kota mlekiem nie spełnia znamion tradycji sensownej, tedy do hasa z nią. Tak?
Aha, jeszcze jedno. Zapewne, choć bardzo niekoniecznie, komuś może przyjść do głowy, że projektuję(**) na koty swoją niechęć do mleka. Otóż jeśli tak przyszło, to od razu już uzgodnijmy, że głupio przyszło. Gdy się uważnie wczyta w tekst, to nie sposób przeoczyć słów, że moje wspominki przedszkolne są nie na temat. Pojawiły się trochę na zasadzie kolorowej waty słownej, żeby było coś niecoś więcej do poczytania, niż sama tylko sucha teza bazowa bez żadnego artyzmu.
Drugie "aha" jest takie, że zaistnienie drugiego pod rząd posta na temat kotów wcale nie oznacza, iż ten blog steruje w kierunku "kociego" bloga. Także zaistnienie trzeciego, jeśli takie nastąpi. Takich planów nie ma, nawet cień myśli tego typu się wziął mi był nie pojawił. Ja zasadniczo niewiele planuję na temat formuły tego bloga, ale kwestia braku monotematyczności owego jest wykrystalizowana nader klarownie.
_________________
(*) Guglamy "kot mleko" i mamy temat szerzej rozwinięty, niż w tym poście.
(**) Chodzi o "projektowanie" w sensie terminologii psychologicznej.

30 września 2017

Dla kotów, lecz nie dla idiotów

Jeśli kochasz, to kochaj mądrze. Bo cóż to za miłość, która krzywdzi swój obiekt? Nie, nie będzie o zagłaskaniu kota na śmierć. To znaczy to też pod to podpada, ale nie tym razem. Omówimy inną sprawę. Najlepiej będzie, gdy zaczniemy od początku, a potem po kolei...
Co potrzeba kotu do szczęścia? To najlepiej wie już sam kot, zaś każdy ma swój pomysł na to szczęście, przeważnie mocno odjechany, ale można też mówić o pewnych punktach wspólnych. Przykład bazowy to micha. Micha to podstawa, sprawa zasadnicza. Ale nie samą michą kot żyje. No, bo co? Pojadł sobie taki sierściuch, zwykle to, co zwykle, czasem wyłapał jakiś bonus, ale co dalej? Ma iść sobie spać i na tym koniec? Okay, kto jak kto, ale kot na spaniu się zna znakomicie, to jeden z jego ulubionych sportów, ale to jeszcze nie jest to, o co chodzi. Bo tą michę trzeba jakoś na coś przetworzyć. Samym spaniem się tego nie ogarnie. Tu ruchu jeszcze trzeba, przemiany materii, zaś przy okazji bodźców zewnętrznych, by kot nam nie głupiał, lecz się jakoś sensownie rozwijał. Tak?
Gdy kot jest wychodzący, zaś teren dookoła domu w miarę urozmaicony, to sprawę z grubsza mamy z głowy. Zwierzak już sobie poradzi, sam wszystko zorganizuje. Czasem aż za bardzo, czego dowodem może być jakiś drób, zwierzyna płowa, które potem znajdujemy pod szafą podczas sprzątania, kawałek mięsa na kotlety buchnięty z kuchni sąsiadki lub przynajmniej kontuzjowane ucho. Kotki w porę niewysterylizowane mogą nas uraczyć jeszcze innego sortu prezentem. Ale gdy kot nie wychodzi, wtedy sytuacja zmienia się dość istotnie. Tu już trzeba ruszyć głową, tudzież tyłek, by kotu pomóc. No cóż, pole do popisu jest szerokie, choć de facto środki dość proste. Czasem wystarczy tylko głupia nakrętka butelki po coli lub czymś innym i kot ma już zajęcie. Przy okazji pali kalorie, zaś ruch to samo zdrowie. Można wyliczać długo cały szereg zabawek, od kulki z folii po czekoladzie, po fikuśne sztuczne myszki do nabycia w pet-shopach. Cennym narzędziem jest też "wędka", chyba nie trzeba tłumaczyć, jak to działa. Od pewnego zaś czasu arsenał wzbogaca nam technika podsuwając tak zwany "laserek". Nie zawsze jest to laser sensu stricto, ot po prostu latareczka taka ze skupionym światłem, ale utarło się mówić, że laserek, tedy niech mu już tak będzie. Chyba nie ma kota, który oparłby się magii jaskrawej plamki tańczącej po podłodze, ścianie, czy meblach. Maszyna do zabijania, którą kot po prostu jest, przechodzi na "chasing mode", a cel jest określony nader wyraźnie. Zaś operator laserka ma przy okazji mnóstwo uciechy. Niestety nic nie jest idealne na tym świecie, jak mawiała pewna pani, która złamała kiedyś sobie rękę spadając ze stołu podczas miłosnych igraszek. Laserek też nie jest idealny. Powiedzmy sobie więcej na ten temat poczynając na we wstępie od rzeczowego:
WARNING!!!
Niestety laserek w rękach idioty może stać się narzędziem, którym można "artystycznie" ogłupić kota, nazwijmy to wręcz bardziej hardkorowo: można spierdolić mu psychikę. Tak spierdolić, że nawet Mistrz Jackson Galaxy nic tu nie poradzi, nie poskłada mu jej do kupy i będzie tylko kupa...
Spokojnie, powoli, cierpliwości, już się tłumaczy i objaśnia:
Jak już była wcześniej mowa, kot to perfekcyjna maszyna do zabijania. Nie bójmy się słowa "zabijanie", tak po prostu jest, tak go Bastet skonstruowała i już. Komu ten fakt nie pasuje, niech sobie kupi pluszaka. Bo nawet kot rasy "poduszka" nie przestaje być kotem. Oczywiście kot niewychodzący nie ma za bardzo kogo zabijać, chyba że jakiś motyl, czy inna mucha się zaplącze do domu. Musi jednak to robić, więc jego zabawy to zwykle symulacja tej czynności. Ma ona trzy fazy: namierzyć, podbiec/skoczyć, dopaść. Napięcie rosnące na początku rozładowuje się na końcu. Gdy nie ma ostatniej fazy, kot się frustruje. Nie ma co jednak dramatyzować, polowanie w naturze nie zawsze jest udane, więc Bastet w pewną dozę odporności na takie porażki go wyposażyła. Tak jest jednak do pewnego czasu i gdy kot zbyt długo nie doświadczy fazy "dopaść" może mu się coś zacząć psuć w jego kociej głowie. Gdy poluje na materialną zabawkę, to od czasu do czasu ją dopada, ale co dopadnie, gdy obiektem jest plamka świetlna? Tak więc po takiej sesji z laserkiem kot nigdy nie będzie zaspokojony, co na dłuższą metę mu tylko zaszkodzi. Co tedy robić, by tak nie było? To jest dość proste. Do zabawy używamy dodatku. To może być chociażby taka sztuczna myszka, już raz omawiana. Co jakiś czas światło kierujemy na nią. Kot ma co dopaść, dopada więc i tyle.
Aha. W sprzedaży są również laserki automatyczne. Niestety nie są one jeszcze tak mądre, by spełniać powyższe wymogi, więc póki co, to temu wynalazkowi na razie dziękujemy.
Ale to jeszcze nie koniec. Pewien pan, co to nie zwykł za kołnierz wylewać mawiał zawsze, że wypić może sporo, byle z umiarem. Jako że ów umiar stosował, nigdy ćpunem nie został, od trunków się nie uzależnił. Ale co ma laserek do narkotyków? Otóż tak się właśnie składa, że ma. Uzależnienie behawioralne, mówi to komuś coś? To jest tak, że kulka z folii, czy inne coś tam po jakimś czasie kotu się znudzi. Nie jest tak jednak ze światełkiem laserka, gdyż jest to o wiele silniejszy bodziec. Więc kot może się od tej zabawy naprawdę uzależnić, czyli cierpi, gdy jej nie doświadcza. Jak to się może objawiać? Podam znany mi przykład. Jak wiadomo, kot to szalenie inteligentny stwór, więc szybko kojarzy wątki. Obserwuje nas bacznie, wie takie rzeczy, że do głowy by nam nie przyszło, że wie. Więc związek zabawy świetlnej z gadżetem w dłoni opiekuna dość szybko staje się dlań klarowny. Zaś gdy gadżet powędruje do szuflady, kot "na głodzie" będzie tą szufladę drapał, marudził przy tym głośno, będzie po prostu nieznośny. Można rzecz jasna go przechytrzyć, tak schować laserek, że się nie zorientuje, ale to nie zmieni sytuacji. Kot będzie chodził, szukał, przy okazji hałasując paszczą. Będzie naprawdę źle się czuł, a przecież nie to jest celem kociarza, by jego pupil się męczył, tak? Co tedy robić, by tak się nie zadziało? To też jest proste, zaś słowo kluczowe już wcześniej tu padło. UMIAR się to centralnie nazywa i dalej chyba nic tłumaczyć nie trzeba. Czyli krótkie sesje, niezbyt często, ot, i cała filozofia tego patentu.
Na koniec jeszcze dodajmy, że kociarz "high class minded" powyższego tekstu wcale czytać nie musiał. Jednak okazuje się, że jest tak, iż miłość do kotów nie zawsze z lotnością umysłu, tudzież wiedzą idzie w parze. Do tych właśnie mniej lotnych i mniej wiedzących targetowany jest ten post, jednak miejmy nadzieję, ba, wręcz pewność, że nikt się nim nie poczuł urażony.

28 września 2017

Dziejów PRL skrót błyskawiczny PLUS

Towarzysz Bierut mężem stanu wielkim był
To on reakcję rozbił w drzazgi, w proch i w pył
To on Gomułki spisek zgniótł
On wieś do socjalizmu wiódł
Więc naród kochał go ze wszystkich swoich sił

Lecz kiedy Bierut w kwiecie wieku nagle zgasł
Pojęli wszyscy, że oszukał niecnie nas
Gomułka był niewinny wszak
Sprawiedliwości było brak
Więc w październiku rozrachunku nadszedł czas

Towarzysz Wiesław miał wymowy złoty dar
Rozniecał w sercach entuzjazmu wzniosły żar
On całą prawdę mówił nam
On tysiąc szkół zbudował sam
On syjonizmu hydrę z ziemi polskiej starł

Lecz kiedy w grudniu rozrachunku nadszedł czas
Towarzysz Gierek uświadomił rychło nas
Że ten Gomułka to był kiep
Sklerotyk i zakuty łeb
I że miał w pięcie słuszny gniew roboczych mas

Towarzysz Gierek słabość ma do wielkich słów
Pożyczy forsy i nam da socjalizm ów
Będziemy teraz wszystko mieć
Robotnik kocha go i kmieć
(Przynajmniej prasa nas zapewnia o tym znów)

A naród słucha mądrych słów i światłych rad
I tak przeminie pewnie znowu parę lat
Towarzysz Y, X lub Z
Nam całą prawdę powie wnet
I kraj powiedzie jasną drogą Związku Rad

/Natan Tenenbaum/


...

Tak upłynęło więcej niż te parę lat
Droga zniknęła, bo gdzieś zniknął Związek Rad
Naród wolności poczuł wiew
Choć jej nie było wcale, nie
Lecz nawet bez niej był to jednak inny świat

Aż nagle jakiś psikus losu, dziwny traf
Sprawił, że szansę wielką dostał brata brat
Niczym nie skrępowany był
By dostać to, o czym wciąż śnił
By wzmocnić wciąż niewyłamane zęby krat

W narodzie bowiem wciąż nie znikła dawna chuć
Komuny żądny wołał więc: Komuno wróć!
Powstaje komuna nowa
Nie ruska, lecz narodowa
To widać, słychać też, wyraźnie także czuć

Historia koło zatoczyła, nie tak czyż?
I tylko orła zamiast gwiazdy dusi krzyż
Lecz naród tego nie widzi
Niczego się więc nie wstydzi
Znowu do nikąd gna machina dymiąc z dysz

20 września 2017

nieprzytomność gadżetnicy revisited (chwilówka)

Nie tak dawno coś wspominałem na temat srajfonowych idiotek, tak?...
To coś jeszcze dodam. Zdarzyło się było jakoś tak zeszłej niedzieli. Wracam do domu na rowerze, trochę mi się spieszy, bo zmierzcha, zaś ja akurat vesty zabacułem. Bo świateł ten grat nie ma, bateria padła rok temu i nic dalej z tego nie wynikło. Może jutro wyniknie. Tymczasem jednak jadę, nagle percepuję jakąś przeszkodę na ścieżce rowerowej na zapleczu wiaty przystanku autobusowego. Chyba żywą, ale mocno nieobecną. Stoi takie cielę na samym środku, oczy wpatrzone w gadżeta, umysł zaś po prostu gdzieś jest, ale gdzie? Konfiguracja akurat jest taka, że nijak przeskoczyć, nijak objechać. Podjeżdżam bliżej, wybieram rodzaj ruchu. Mogę huknąć, opierdolić, ale wybieram inny wariant:
- Skarbie, proponuję się położyć...
Skarb wraca z orbity, patrzy się niby na mnie, niby przeze mnie, po czym schodzi na bok. Coś tylko tam mamrocze pod nosem. Być może jakieś kłamstwo na mój temat, być może lub na temat prowadzenia się mojej rodzicielki, być może wcale nie na temat. To się wyjaśnia dopiero po chwili. Bo ruszam dalej, pokonuję jakieś dwadzieścia metrów, nagle moje tyły osobiste sensują coś dziwnego, tam gdzieś około metr pod sobą, jakąś niestandardowość. Podczas następnych dwudziestu metrów rozpoznaję sytuację, że guma się rozgumiła. Robię stop, sprawdzam ręcznie, diagnoza zostaje potwierdzona. Daję upust emocjom werbalnie:
- Bljad'!...
Poprawiam bardziej narodowo:
- Kurwa!...
Tak ni to adresowane było, ni bezadresowe, chyba jednak to pierwsze, bo oglądam się za siebie. Nikogo jednak nie widzę, bo raz, że lekko ciemnawo, dwa, że autobus rusza zerkając na mnie światłami pozycyjnymi na zadku swym i figlarnie mrugając kierunkowskazem, co wyjaśnia tą sytuację do końca. Nie pozostaje nic innego, jak brać rower pod pachę, po czym dymać przez kładkę na drugą stronę ulicy, też do autobusu. Okay, ale co ja sobie mam o tym wszystkim myśleć? Co ma sobie myśleć przytomny, areligijny, cywilizowany człowiek? POROBISKO! Czyż nie tak?

12 września 2017

Powiedzmy, że jest to notka techniczna

Opuściwszy altanę, jakiś czas przyglądałem się łabędziom. Obok mnie jakiś dziwak rzucał im pocięte kawałki drutu. Powiedziałem mu, że łabędzie nie jadają tego.
- Nie zależy mi na tym, aby go jadły - odparł, kontynuując swą czynność.
- Ale mogą się udławić, byłaby szkoda - rzekłem.
- Nie udławią się, bo drut tonie. Jest cięższy od wody - wyjaśnił rzeczowo.
- Więc po co pan go rzuca?
- Bo lubię karmić łabędzie.

/Stanisław Lem - "Zakład doktora Vliperdiusa"/
=================
Zacznijmy od fotki. Jest to moja nowa kocia fascynacja, tak już mam, że jako osobnik bezdyskusyjnie pierdolnięty na punkcie kotów od czasu do czasu skupiam swoją uwagę na jakimś szczególnym ich gatunku. Tym razem jest to MANUL, dziki kot stepowy, który pojawił się na Ziemi dwa miliony lat temu, gdy Boska Bastet, która jest tylko Jedna, nie miała jeszcze pomysłów na większość innych żyjących obecnie sierściuchów. Rozmiarowo manul niewiele się różni od domowej kici, resztę danych można sobie wyguglać.
To teraz do rzeczy:
Zaistniała taka oto sytuacja, że od dziś wieczór forum tego bloga zostaje zamknięte. To znaczy nie tak zamknięte, że będą zablokowane komentarze, ale zostaną one poddane moderacji dopiero za jakiś czas. Ten czas zresztą nie będzie zbyt długi, tak może gdzieś około tygodnia, niemniej jednak niekoniecznie tyle, bo może też być różnie. Tak więc komentować będzie można, jednak będzie miał miejsce pewien poślizg publikacyjny. Ale czy to stanowi jakiś problem? Bo co tu jest do komentowania na temat kota? Kot jest taki, jaki jest, nawet jeśli jest tak piękny, niczym manul.
Na koniec zagadka muzyczna:
Który klip nie pasuje do pozostałych?
Sugeruję potraktować to jak koan...

=================
dopisek 19/09:
Jakby ktoś się nie zorientował, to forum funkcjonuje znowu normalnie... 

06 września 2017

JESZCZE KULKA NIE ZGINĘŁA

Klub "Koo Chia Poo" prezentował  się raczej dość skromnie na tle innych wypasionych gym i fitness clubów, w których ćwiczono przeróżne sztuki lub sporty walki. Nie był też za bardzo znany na mieście, także w kręgach karateckich i tym podobnych, więcej krążyło o nim mitów, niż prawdziwych informacji. Jednak opowieści o katorżniczych treningach, które tam miały miejsce nie mijały się z prawdą. Sporo mogłaby o tym powiedzieć Iza, która właśnie zmierzała na trening, by wykuwać swoje ciało i ducha w ogniu bólu i wyrzeczeń, którego nie mogły ugasić ani pot, ani łzy, ani krew. Tak już kilka lat to trwało, gdy mozolnie wspinała się od poziomu świeżaka, by wreszcie stać się jedną z "Orłów Wuja", elity klubu. Kim był Wujo? Był po prostu Wujem, który nie był zbyt miły, gdy ktoś się do niego zwracał per "sensei", "sabom", czy per jakiś inny fikuśny tytuł. Tolerował jedynie, gdy najmłodsi mówili doń "panie trenerze", ale oni niewiele mieli do tego okazji.
Do klubu wchodziło się od podwórka, zaś Iza, gdy skręcała w bramę z ulicy zawsze próbowała sobie, bez zbytniego skutku zresztą, policzyć ile razy ją przekraczała. Ileż to razy mijała skromną tablicę ze strzałką i nieco już wyblakłym napisem? Tak naprawdę, nie miało to dla niej znaczenia, zwłaszcza że będąc już na podwórku przestawała o tym myśleć. Jej umysł zmieniał tryb działania na "practice mode", reszta świata zeń znikała. Jeszcze tylko drzwi wejściowe, zaś za nimi jej nos chwytał znajomy zapach potu zmieszany z delikatną wonią kadzidełka sandałowego. Potem jeszcze drzwi do szatni, w której dwóch golasów akurat przestawało nimi być. Iza przywitała sie z nimi, po czym podeszłą do swojej szafki i już po chwili, na chwilę zresztą sama stała się takim golasem. Koedukacyjność szatni nie stanowiła tu żadnego problemu, szokowało to jedynie świeżaków, ale też jedynie na samym początku. Jeszcze tylko szybka wizyta w kibelku i nasza bohaterka dziarsko wkroczyła na główną salę. Pomieszczenie było dość przestronne, miało miejsce na ring, nieco przyrządów do ćwiczeń, trochę przestrzeni, na której asystent Wuja katował świeżaków, z sufitu zaś pod ścianą zwisały worki do obijania, jednym słowem było gdzie ćwiczyć, żadnego tłoku. Izie nie musiał nikt tłumaczyć, co ma robić, znała swój grafik na pamięć, jednak do dobrego tonu należało pójść do Wuja i o to zapytać. Bo nie zawsze odpowiedź brzmiała "rób swoje". Wujo siedział w swoim kantorku studiując uważnie fusy w szklance po herbacie.
- Ziemia do Wuja, co mam dziś robić?
Ten zaś spojrzał na nią z uśmiechem i rzekł:
- Cześć Iza, śliczna jak zwykle.
Dziewczyna zrobiła niewinną minkę i zatrzepotała rzęsami mówiąc:
- Och ten Wujo, jak on potrafi rozmawiać z kobietami.
Wujo jednak przeszedł do konkretów:
- Tyle pieszczot wystarczy, idź się teraz rozgrzej, zaraz do ciebie przyjdę, mam nową kombinację dla ciebie do przećwiczenia. Aha, czy jest już Adam i Tomek? Widziałaś ich po drodze?
- Tak, coś tam marudzą w szatni.
- Rozumiem, że mojej pedagogicznej porażki jeszcze nie ma?
- Jolka? Pewnie że nie. Utrwala porażkę rutynowym spóźnieniem.
- Tak sobie myślę, że ona po prostu lubi te karne pompki. A ty...
- Wiem. Do roboty!
Wychodząc z kantorka wpadła na Adama i Tomka...
Gdy kończyła rozgrzewkę ze swej nory wyłonił się Wujo. Najpierw podszedł do dwóch "średniaków" tłukących w worki, skorygował im techniki, potem zajrzał na "parkiet płaczu" ze świeżakami, potem do rozgrzewających się Adama i Tomka. Coś im tłumaczył chwilę i gestem wysłał na ring. Wreszcie dotarł do Izy i pokazał jej sekwencję ciosów i kopnięć do przećwiczenia. Tymczasem do sali wkroczyła Jola, zaś Wujo na jej widok wyłapał banana od ucha do ucha. Dziewczyna podeszła do niego:
- Ile?
- To ty mi powiedz ile. Jak będzie za mało to...
Tu Wujo zawiesił głos na chwilę, po czym:
- Nie, dziś się bawimy inaczej. Jedziesz dotąd, aż powiem że już.
- Rakarz!

Zanim Jola zabrała się do pompek, zdążyła pokazać Wujowi język...

Sala powoli pustoszała. Ktoś jeszcze leniwie tańczył z mopem po parkiecie płaczu, ktoś leniwie obijał worek tak, jakby nie chciał się z nim rozstać, jakichś dwóch świeżaków robiło sobie wzajemny masaż. Czwórka "Orłów Wuja" stała pod kantorkiem, za chwilę jednak weszli do środka. Wujo przerwał swoje ulubione zajęcie i odstawił na bok szklankę z fusami, której kontemplacją zajmował się nagminnie.
- No co tam moje orły?
- I orlice.
- Tak, tak Jolu genderolu i orlice. Jest tak, że jutro nie chcę was tu widzieć na oczy i żadnego ćwiczenia w domu. Ma być luz, relaks, słodkie leżenie bykiem, no, może odrobina spacerku. Za to pojutrze egzamin. Od razu mówię, że to nie będzie żaden turniej, czy zawody, na tym się już znacie nieźle. Pójdziecie do knajpy.
- Do knajpy to chyba po egzaminie?
- Adasiu, nie było przerywać. Ja mówię.
Cała czwórka popatrzyła na siebie niepewnie.
- Wiecie, gdzie jest pub "Narodowy"?
- Ja wiem, to niedaleko mnie. Tam się złażą naziole, kibole, skinole, całe tatałajstwo lewackie, oneery, wszechpolaczki i takie tam inne...
- Otóż to. Wybierzecie się tam wieczorem.
- Co mamy tam robić?
- Wejść i być. Reszta się już zadzieje sama.
- Aha. Po prostu mamy tam komuś spuścić łomot?
- Jolasiu, cukiereczku mój, jak ty mnie doskonale rozumiesz.
Męska część Orłów nie bardzo jednak rozumiała:
- No, ale...
- Komu konkretnie?
- Jakiś scenariusz?
- Żadnych scenariuszy. Scenariusz napisze życie.
Tu Wujo rzucił okiem na szklankę z fusami i dodał:
- Scenariusza nie będzie, scenografia to już sprawa właściciela knajpy, do was jedynie będzie należeć dobór kostiumów. Sikorki mają się ubrać, jakby się same prosiły o gwałt.
- Nikt mnie nigdy nie zgwałcił, ani z proszeniem, ani bez.
- Iza, nie niszcz mi obrazu inteligentnej kobiety.
- Ja ci to potem wytłumaczę.
- No tak, widzę, że Jolasia ma już bojowe kurwiki w oczach.
- Ale mnie też nikt nie zgwałcił.
- Może już pora?
- Tak, Tomuś Dowcipuś się odezwał. Sam się zgwałć mądralo.
- Teraz? Przy ludziach?
- Dobra dzieciaki, koniec bazaru. Pozostaje jeszcze sprawa kreacji dla panów. Tomek może włożyć cokolwiek, wystarczy że jest ciapaty.
- Jaki?
- To jest ich lewackie określenie twojej karnacji cery. Natomiast ty Adasiu, jako typ czysto aryjski ubierzesz się jak rasowy gej.
- Jak się ubierają geje? Rasowe do tego?
Tu całe towarzystwo ryknęło śmiechem. Byli jak w rodzinie, znali więc pewne swoje tajemnice. Na przykład seksualne gusta Adama. Gdy ucichło, Wujo skorygował:
- Fakt, źle to ująłem. Powinno być stereotypowe geje.
- Czyli różowy tiszert? Fe, toż to ohydne!
- Karateka nie narzeka!
- Jolka, prosisz się o gwałt!
Po tych jego słowach Jolasia błyskawicznie odwróciła się, zsunęła z pupy legginsy i wypięła do Adasia. Zaś Iza z Tomkiem zaczęli skandować:
- Jedziesz Adaś, jedziesz!
Wujo odwrócił się dusząc się i krztusząc ze śmiechu. Trochę to trwało, zanim doszedł do siebie, otarł łzy i oświadczył:
- Jolanto, twa zacna pupa nie licuje z powagą dojo.
Zacna pupa została jednak już odziana, zaś Wujo zreasumował:
- Sobota, osiemnasta, wchodzicie do Narodowego. Powtarzam specjalnie do wiadomości naszej punktualnej Jolanty, że OSIEMNASTA. Iza proszona jest o zero chichotu, gdy to mówię.
- A Wujo?
- Wy się już o Wuja nie martwcie, martwcie się o własne...
Tu wymownie spojrzał na Jolasię, która właśnie poprawiała garderobę.

Do pubu "Narodowy" powoli dreptał starszy pan z laseczką. Odziany był on w stylu "Gajowy Marucha", czyli w stary mundur kombatanta z kampanii wrześniowej, buty oficerki, zaś na głowie miał spłowiałą maciejówkę. Stojący na chodniku przy wejściu skini rozstąpili się bez słowa, zaś dziadek wszedł do środka. Podszedł do szynkwasu, zamówił kufel piwa, zapłacił, po czym usiadł przy pustym stoliku w najdalszym kącie sali. Upił tęgi łyk, mimicznie wyraził uznanie dla jakości trunku, rozsiadłszy się zaś wygodnie dyskretnie rozglądał się dookoła. Wystrój był nader ciekawy, stylizowany na monachijski Hofbräuhaus am Platzl. Tylko na ścianach wisiał Orzeł Biały, powstańcza "kotwica", replika bohomazu częstochowskiego, nad barem wielki krucyfiks, zaś nieco poniżej z boku stylowy zegar. Nie pasowała jednak do tego muzyka, która choć niezbyt głośna, mieszała się z gwarem rozmów i rechotliwego śmiechu gości. Po pewnym jednak czasie tandetne tożsamościowe disco polo zastąpił Sabaton, co niewątpliwie zmieniło klimat miejsca na stokroć bogatszy intelektualnie. Sami goście lokalu byli rozmaici, klasycznych, stereotypowych skinów nie było zbyt wielu, było za to nieco ludzi ubranych w tiszerty opacykowane w przeróżne motywy "narodowe". Kobiet było niewiele, ale one też były rozmaite. Oprócz typowych dla tego biotopu babonów, można było dojrzeć niczego sobie dupencje. Nie było jednak cycatych kelnerek, ale to już osobna sprawa.
Starszy pan nie zwracał zbytnio niczyjej uwagi, czasem tylko ktoś rzucił okiem. Na pewno nie były to spojrzenia wrogie ani ciekawskie. Raczej obojętne, choć niektóre mogły przejawiać znamiona dyskretnego szacunku. Minęło około godziny. Dziadek zdążył w tym czasie dopić piwo, zamówić następne, odwiedzić nader czystą toaletę, zaś wskazówki zegara powoli zaczęły tworzyć odcinek zorientowany pionowo do poziomu...
...po kwadransie zaś, tak z grubsza, utworzyły kąt prosty, po następnym, również z grubsza, dłuższa zaczęła pokrywać krótszą. Starszy pan studiował zawartość kufla, wreszcie po cichu zanucił:
- Jolka, Jolka, pamiętasz...
Po tych słowach drzwi wejściowe do pubu otworzyły się, zaś pan "Gajowy Marucha" wyjął smarkfona i wymaćkał go na "video mode"...

To nie mogło zadziałać, choć może warto było spróbować. Wujo zarządził spotkanie "u Chinola", czyli w przemiłej restauracji "Yem To Sam". Miało być na siedemnastą trzydzieści, jedynie Joli przekazał siedemnastą. Ona jednak wybrnęła z tego po swojemu przychodząc o osiemnastej. Karą było, że straciła przystawkę z meduzy, ale dla weganki taka kara jest raczej nagrodą. Po chwili nabożnej ciszy zagaił Wujo:
- No cóż moje orły... Tak tak, orlice też, Jolka cicho bądź. Egzamin zdany na piątkę plus, według starej skali. Co prawda Izka musiała opuścić raz gardę by oberwać w swój śliczny dziobek, ale kilka dni w ciemnych okularach urody jej nie ujmie. Reszta okay. Co było w tym wszystkim piękne, to wdzięk z jakim orlice zdejmowały szpilki.
- Bo ja w szpilkach nie lubię i nie umiem.
Tu Tomek mruknął półgębkiem:
- Bo ty w szpilkach nic nie umiesz, a zwłaszcza chodzić.
- Spokojnie dzieciaki, zanim rozwiniecie ten wątek rzućmy okiem na film. Tam jest jeden taki moment, którego za bardzo nie rozumiem.
Tu Wujo wyciągnął lapciaka z torby i gdy system się podniósł odpalił przegrany nań film. Przewinął prawie do końca i zatrzymał stopklatkę:
- Popatrzcie na tego grubego. Leży...
- Nie miał prawa nie leżeć!
- Cicho, wiem. Popatrzmy jednak dalej. Nasza piękna Iza siada mu na twarz.
- No co? Duszenie "koo chia poo", chyba nienaganne technicznie?
- Tak, tylko zobacz co się z nim potem dzieje? Tak jakoś nietypowo się dławi, tak po przyduszeniu normalny człowiek nie reaguje, a że kiecka przysłoniła wszystko, to nie wiadomo, co się stało.
- To nie jest normalny człowiek, to lewak narodowy.
- Zamknij się Adasiu, Izka kontynuuj.
- Po prostu byłam bez majtek. Dla wygody.
- To nadal nic nie wyjaśnia.
- Ojej, Wujo to musi być taki dociekliwy. Kulki gejszy mi wypadły.
- No, to sprawa wyjaśniona.
- Nie bardzo. Nie odzyskałam tych kulek.
- Kupimy ci drugie. Możemy nawet wsadzić.
To zaproponował Tomek, który dotąd siedział cicho.
- Kulka kulce nierówna.
Ta rezolutna uwaga Joli nie zbiła go z pantałyku:
- Kulka jest okrągła, a dziury są dwie.
- Kulki też są dwie idioto.
Ta walkę dharmy przerwała kelnerka, która jak na chińską knajpę przystało, była rodowitą Ukrainką. Trenując akcent spytała:
- Kula na otlo dlja kawo?
- Miała być kaćka.
Wujo wkroczył do akcji:
- Niech będzie i królik, drób to drób. 
Tu nie sposób przyznać racji, zwłaszcza że czeka nas czas łosia.
Albo innego szakala, złocistego zresztą.
 
Właściwie to powinien być już koniec tej opowieści, ale problem w tym, że to jeszcze nie jest koniec. Bo jakiś tydzień, może dwa później do klubu "Koo Chia Poo" wmaszerowało narodowym krokiem dwóch kolesi. Jeden wyglądał tak japiszonowato, aczkolwiek inteligentnie, drugi zaś to typowy burak naziolski. Pora była wczesna, sala pustawa, ktoś tam tylko pod ścianą tłukł w worek. Przybysze znanym tylko im sposobem znaleźli drogę do kantorka. Tam akurat siedział Wujo, który dopijając herbatę, ustalał strategię kontemplowania fusów, gdy już ją dopije.
- Dzień dobry.
- Jak słyszę, zna dzień dobry to niech wejdzie i usiądzie. Fizyczny czeka za drzwiami, niech idzie sobie na salę, niech się nie nudzi, niech sobie powali w worek na koszt firmy. W czym mogę pomóc?
- Bo widzi pan, zaistniała taka sytuacja, że był zamach.
- Okay, ale kto mnie informuje o tym zamachu?
- Sorry, nie przedstawiłem się. Jestem właścicielem pubu "Narodowy".
- Znam. Macie niezłe piwo.
- Kraftowe.
- Tylko klientela jest do dupy. Niewarta wcale tego piwa. Ale do rzeczy, o co się zasadniczo i centralnie rozchodzi?
- Bo u nas był zamach.
- Herbaty? Japońskiej, czy chińskiej?
- Nie, dziękuję. To był zamach terrorystyczny.
- Czytałem o wybryku chuligańskim, ale może nie tam czytałem.
- To musiał być akt terroru, bo widziano wśród nich uchodźcę.
- Nadal jednak nie pojmuję, dlaczego pan tu jest.
- Bo robimy remont.
- Ale my się tym nie zajmujemy.
- Po remoncie zdecydowałem zatrudnić ochronę.
- Również pomyłka w adresie, to nie jest agencja ochroniarska.
- No tak, ale mówią na mieście...
- Ileż to rzeczy mówią na mieście.
- Mówią, że jesteście dobrzy.
- To mi akurat pochlebia. Takie jest założenie tego klubu. Wie pan co znaczy dojo po japońsku? To język taki, jakby co.
- Nie wiem.
- Dojo to miejsce, gdzie człowiek staje się dobry. Ale może przyspieszmy temat, bo mam jeszcze sporo ważnych zajęć.
Tu Wujo spojrzał na niedopitą herbatę z jej wspaniałymi fusami.
- Chce pan nam zaproponować pracę? Tak?
- Tak.
- Na posadzie ochrony przed terroryzmem. Tak?
- Tak.
- To ja panu mówię już, że pana nie stać.
- O jakich sumach mówimy?
- Problem w tym, że to nie jest kwestia pieniędzy.
- Nie rozumiem.
- Wiem. Spytam wprost. Lubi pan swoich klientów?
- Szczerze? Chyba nie za bardzo.
- To chyba się zaczynamy dogadywać.
...
Dogadali się. Długo by o tym opowiadać, ale już po roku pub "Narodowy" zmienił nazwę na "Normalny" i zmienił się wystrój sali. Muzyka też, poza Sabatonem, to akurat zostało. Piwo /kraftowe!/ też się nie zmieniło, nawet jest jakby nieco lepsze. Lewaki narodowe nie mają tam wjazdu, chyba że się zachowują. Co poniektórzy zresztą zaczęli trenować w "Koo Chia Poo", po czym stali się dobrymi ludźmi. Stał się nim także gruby skin, ten co go przysiadła kiedyś Iza. Tyle, że nie jest on już gruby, nie jest też skinem, ani żadnym innym naziolem. Kulki Izy zaś nie zginęły, być może się nieco wytarły, ale co ona z nimi robi sama lub pospołu z owym byłym grubym skinem, niech skryje zasłona prywatności.

24 sierpnia 2017

gdy z biurwy byka post wynika (chwilówka)

Literówki... Któż ich nie popełnia? Z pośpiechu, niechlujstwa, gamoństwa, złego usłyszenia, zobaczenia, przeczytania i takie tam jeszcze inne. Czasem kompletnie nie mają znaczenia, czasem wręcz nikt ich nie zauważa, więc nie stanowią problemu. Czasem jest też chwila śmiechu, czyli na zdrowie wychodzi. Niekiedy jednak mogą narobić niezłego kłopotu. Choćby wczoraj. Jakaś biurwa raczyła zmienić mi jedną literę w nazwisku, pierwszą do tego. Okay, nic się przeważnie wtedy nie dzieje, bo chociaż przekręcanie cudzych nazwisk taktownym nie jest, to ja obraźliwy nie jestem. Niestety tym razem się zadziało. Wyszło na to, że mnie nie ma, jest za to ktoś, kogo nie ma, to zaś może pociągnąć za sobą jakieś skutki dla mnie nie za fajne. Daruję już sobie detale sprawy, one są bez znaczenia, puenta jednak wyszła taka, że mam nieco czasu w plecy, bo to na mnie padło, by to odkręcić. No, ni wała, taka jest procedura, zaś ja sobie mogę najwyżej jogę poćwiczyć, asanę "całowanie się w tyłek". Okay, odrobina ruchu na świeżym(?) powietrzu nikomu jeszcze nie zaszkodziła, byle nie padało, bo nie lubię wtedy. Nie chodzi mi teraz o jogę, ale o wycieczkę po jakiś pieprzony papier, który ma przywrócić równowagę świata. Tylko DLACZEGO JA? Toż to biurwę mus gonić, nie mnie, niech odkręca temat, tak? Niestety nie ma, nie ma kurwa /biurwa?/ sprawiedliwości na świecie, a podłość ludzka nie zna granic.

13 sierpnia 2017

2 in 1: edukacja plus promocja (post prospołeczny)

Lato to taka pora, gdy raczej nie można ode mnie oczekiwać zbyt wielkiej aktywności twórczej na własnym blogu. Aby jednak nie wziął i nie zarósł on pleśnią lub pajęczyną niegłupio wydaje się czasem coś opubliczyć.
Tedy więc...

CZĘŚĆ PIERWSZA (edukacyjna):
Dlaczego marihuana jest nielegalna?
/przedruk z "Super Trawka - portal konopny"/

Marihuana przynosi wiele korzyści, leczy choroby związane z układem krwionośnym, odpornościowym i nerwowym, a nawet może leczyć raka. Już są odpowiednie badania naukowe na ten temat. Dodatkowo nie wywołuje szkodliwych działań w organizmie, w przeciwieństwie do innych środków odurzających sprzedawanych w sklepach, takich jak papierosy i alkohol, jest nawet zdrowsza od tego, co dostajemy w marketach – zmodyfikowanej żywności pełnej chemicznych polepszaczy i konserwantów. Dlaczego w takim razie jest zakazana? Dlaczego nie można jej kupić w każdym kiosku, tak jak chociażby papierosów?
Cofnijmy się o prawie wiek
Logicznie myśląc, najprościej uznać, że naukowcy dokładnie zbadali marihuanę i wspólnie doszli do wniosku, działając w interesie całej ludzkości, że marihuana jest szkodliwa i powinno się jej zakazać. Tak jednak nie było, a marihuana stałą się oficjalnie zakazana już w 1930 roku. Żeby odpowiedzieć sobie na pytanie zawarte w tytule, cofnijmy się do tego czasu.
Jest rok 1929, Harry Anslinger objął stanowisko szefa Departamentu Prohibicji w Waszyngtonie. Były to czasy prohibicji, która wiemy jak się skończyła. Alkohol miał zniknąć z życia ludzi, a stało się jeszcze gorzej. Był znacznie popularniejszy, tańszy i bardziej dostępny. Zmieniło się jedynie to, że jego rozprowadzaniem i zbieraniem pieniędzy zajmowała się mafia a nie rząd.
Prohibicja alkoholowa została zatem zakończona i okazałą się wielką porażką. Co zatem z Departamentem Prohibicji w Waszyngtonie? Tyle ludzi nagle miałoby stracić pracę? No właściwe, co się wtedy stało? Szef departamentu zaczął szukać nowej misji – nowego celu i zarazem powodu, dla którego departament mógłby istnieć i działać dalej.
Padło na marihuanę
Harry Anslinger zaczął głosić tezy, że popularna i jak sądzono nieszkodliwa marihuana, może zmienić człowieka w potwora. Rozpowszechniał swoje twierdzenia, jakoby marihuana miała odbierać rozum i prowadzić do trwałej niepoczytalności, a nawet śmierci.
Harry Anslinger dał się w szczególności pochłonąć obsesji na temat jednego przypadku. Na Florydzie chłopiec imieniem Victor Lacata zarąbał swoją rodzinę na śmierć siekierą. Przypadek został nagłośniony, a rodzice w całym USA byli przerażeni. Harry Anslinger zwalił winę za ten brutalny czyn nie na otoczenie i chorobę nastolatka, a właśnie na marihuanę. Co ciekawe, nikt nawet nie wspomniał o tym, że nastolatek był pod jej wpływem. Psychiatrzy nastoletniego mordercy nie wspominali o tym słowa w swoich raportach, wspominali natomiast fakt, że w jego rodzinie występowały liczne przypadki chorób psychicznych. Ciekawe prawda?
Medyczne dowody na szkodliwe działanie marihuany
Spytacie, co wtedy sądził świat nauki o marihuanie? Był zdania, że nie jest szkodliwa. Harry Anslinger zlecił badania 30 niezależnym naukowcom z całego świata i aż 29 jasno stwierdziło, że nie ma żadnego zagrożenia.
Oczywiście Anslinger zaakceptował tylko jedno z badań. Nie zgadniecie które. Oczywiście rozpowszechniono badania jednego z 30 naukowców, który stwierdził, że marihuana może powodować zmiany psychicznie u ludzi.
Media podłapały temat
Media szybko powiązały wyniki badań „potwierdzające” szkodliwość marihuany z przypadkiem brutalnej serii mordów na Florydzie i panice, która ogarnęła USA, marihuana została błyskawicznie zakazana. Inne kraje poszły wzorem „mądrzejszego” i również wydały podobne zakazy.
Oczywiście nie wszystkie kraje się z tym zgadzały. Dla przykładu Meksyk zlecił badania własnym lekarzom, którzy także stwierdzili, że nie widzą zagrożenia w konopi indyjskiej, nie było więc powodu do niepokoju, a tym bardziej potrzeby zakazu i utworzenia jednostki do walki z nią.
Meksyk się wyłamał
Władze USA nie były zadowolone z tego, że ich najbliższy sąsiad nie zgadza się z ich polityką. Obawiano się, że obywatele USA będą częstymi gośćmi w Meksyku – w kraju, w którym marihuana jest legalna oraz tego, że będą z niej przemycać „nielegalne narkotyki”.
Jak postąpiły władze USA? Dopuściły się szantażu. Do Meksyku szybko zostały wstrzymane dostawy środków przeciwbólowych. Kiedy pacjenci w meksykańskich szpitalach umierali w bólu, wtedy władze Meksyku również zgodziły się zakaz marihuany.
Lekarze przez lata bronili marihuany
Wielu lekarzy przez lata usilnie próbowało odmienić sytuację. Przeprowadzali własne badania, które „oczyszczały marihuanę z zarzutów”. Niestety było już za późno. Ludzie szybko przyjęli fakt, że marihuana jest szkodliwa, a rząd był głuchy na zdanie lekarzy.
Dziś większość świata wciąż boryka się z dotyczącymi marihuany zakazami, które wprowadził Harry Anslinger.
Chyba już czas obalić ten mit? W USA, w kraju, w który ten mit stworzył dzieje się to na naszych oczach. A co z innymi krajami?
A co z Polską? (dopisek redakcji)...
/link do Super Trawka: ===TU=== oraz na szpalcie bocznej bloga/

CZĘŚĆ DRUGA (promocyjna):
Promocja związana jest z faktem, że część polskich lekarzy nie zapomniała, co to jest HONOR, co to jest ETOS zawodu lekarza oraz wciąż pamięta, co to jest SZACUNEK dla życia, a szczególnie zaś dla życia kobiety. Aby /mimo utrudnień prawnych tworzonych przez reżim podłej zmiany/ móc godnie realizować misję pomagania ludziom podczas wykonywania swojej pracy zawiązali oni inicjatywę "LEKARZE KOBIETOM". Więcej informacji pod tym linkiem ===TU===, który również znajduje się na szpalcie bocznej bloga.
======
Część muzyczną dedykujemy lekarzom "klauzulowym":