28 maja 2017

Konopielka, czyli na Marszu, jak to na Marszu...

Sorry Gregory, ale z całego materiału zdjęciowego tylko to, co jest powyżej nadawało się do publikacji. Tak to jest, gdy uparciuch uprze się na Nokię 108 Dual SIM i odrzuca go od mizianych, wypasionych piczfonów, czy czego tam jeszcze. Po co mu to, jeszcze by sobie takim sprzętem krzywdę zrobił jakowąś próbując klikać fotki.
Zaś na Marszu, jak to na Marszu. Marszowo było se tak, konopnie, fajnie, wesoło, na luzie, czyli tak jak miało być. Tego roku trafiło mi się dubeltowo, bo w dwóch miastach stołecznych. Aby mieć to już z głowy, zacznę od gorszego końca, czyli od frekwencji. Blado to wypadło moim zdaniem, gdy porównam z Marszami kilka lat temu. Według moich szacunków, to Kraków = 1000, Warszawa = 1500, w porywach zresztą. Rzecz jasna jest to z grubsza, bo fachowcem od takich pomiarów nie jestem, ale jednak jest to bardziej wiarygodne, niż fachowe pomiary policyjne, według których to, jak zwykle zresztą bywa przy imprezach antysystemowych, nikogo nie było. Czemu tak, skoro pogoda była super? Chyba nie dlatego, że spadła nagle populacja ludzi high class brained. Spadł jednak chyba poziom wiary w powodzenie Sprawy. No cóż, skoro obecny reżim podłej zmiany jest jeszcze gorszy od poprzedniego, to mowy nie ma o żadnym powodzeniu teraz, zaraz, jutro. To już od dawna było wiadome, że tak nie będzie. Zresztą same Marsze to nie wszystko. Skoro Sprawa chwilowo jest conieco zamrożona co do terminu realizacji, to tym bardziej trzeba więcej pracy edukacyjnej. Informować, motywować do używania mózgu. Na przykład zadając pytania typu "Czy chcesz, by chorzy chorowali na dysfunkcje, na które ziele MJ /wersja "medical"/ może im pomóc?". Albo na przykład takie: "Czy chcesz się czuć bezpieczniej, bo mniej ćpunów będzie cię próbowało okraść?". To drugie dotyczy ziela wersji "common", gdyż jasne jest, że gdy będzie ono legalne, to ilość tych ćpunów się zmniejszy. Niestety nie dla każdego jest to jasne. Owszem, jest wielu betonołbowych buraków, którzy po prostu CHCĄ, by panował obecny syf, a nawet większy. Ale jest też sporo ludzi, skądinąd niegłupich, którzy pewnych zależności jeszcze nie widzą. Od tego jest właśnie edukacja, by to wreszcie zobaczyli.
Wróćmy jednak do Marszu. Co na takim Marszu można robić? Niby głupie pytanie, bo od tego są Marsze, by maszerować. Nie dosłownie rzecz jasna, takie dosłowne marsze niech sobie uprawiają naziole narodowe. Konopie zaś się wyzwala krokiem wyluzowanym, czasem nawet tanecznym, ale zanim jeszcze do tego kroku dojdzie, trzeba przyjść lub przyjechać i być. Popatrzeć na konopne dziewczyny, których nigdy nie brakuje, porobić jakieś fotki /nawet jeśli skutek tego robienia jest mizerny/, pobujać się przy godnej muzie, oraz przede wszystkim pogadać sobie. Ze znajomymi lub kimkolwiek innym, właściwie z każdym, bo na Marsze hołota raczej nie przychodzi. Choć z tym ostatnim to różnie ongiś bywało, tym razem jednak tak nie było. Ani w Krakowie, ani w Warszawie. Trochę tego gadania było, ale ograniczę się tu do jednej osoby, za to jako partner /a raczej partnerka/ do pogadania nader wdzięcznej.
Ula /imię ściemnione, polityka ochrony danych i takie tam/ była kiedyś narkomanką. Jak każdy /prawie/ narkoman zaczęła od alkoholu, jednak nie pisane jej było zostać ćpunem alkoholowym, które to ćpuny, zwane "alkoholikami" dla wyróżnienia, stanowią większość w populacji ćpunów. Miała inne "gusta". Jej problemem stał się "hel" plus "feta" jako dodatek, dość częsty model swojego czasu. Na dopalacze /te hardkorowe/ się nie załapała. Co jest akurat dość istotne, bo w tych przypadkach trudno mówić o uzależnieniu, gdyż wcześniej kłania się "duża psychiatria", czyli psychozy lub takie tam jeszcze inne odpały w mózgu.
Tak. Tu w ramach dygresji trzeba wyjaśnić laikom, że tak zwana "terapia uzależnień" obecnie niekoniecznie zajmuje się uzależnieniami. To znaczy, zajmuje się, owszem, ale owi co poniektórzy "uzależnieni" nie są wcale uzależnieni, są to regularne czubki. Tak to sobie można nazwać po laicku. Zawdzięczamy to między innymi polskiemu prawu, ale zostawmy to może na razie. Tyle tylko wspomnę, że nie ma innego kraju w Europie mającego taki problem dopalaczy /typu hardcore/, jak Polska.
Jednak Ulę ten syf ominął jakoś, u niej poszło to bardziej "klasycznie". Pierwszy raz ją spotkałem w ośrodku, gdy po bardzo długim namyśle oraz intensywnych namowach zdecydowałem się dorobić w nim parę groszy ekstra. Od razu mówię, że są to naprawdę grosze, nie ma co się ślinić, jeśli kasa jest dla kogoś priorytetem życiowym. Mnie wyszło, że chcę przyłożyć ręki, by parę ofiar polskiego prawa wyszło na prostą. Ula zaś była na wylocie, kończyła zakładany turnus, więc terapeutycznie nie mieliśmy żadnych relacji. Pogadaliśmy jednak tak bardziej prywatnie, w ramach czasu wolnego przy kawie, czy herbacie i robiła wrażenie fajnej, sensownej osoby. Czy była/jest wyleczona? To jest idiotyczne pytanie, bo tego nie wiadomo nigdy, do końca życia. Oficjalne kryteria mówią coś na temat iluś tam lat abstynencji, ale choć lepszego kryterium nie ma, to jest to kulawe kryterium. Abstynencja jest bowiem środkiem, nie celem.
Po wymiksowaniu się Uli z ośrodka spotkałem ją na Marszu rok temu. Było dużo do pogadania. Generalnie szło jej świetnie. Na przykład zmotywowała ojca do leczenia. Bo to też był ćpun. Tylko akurat alkoholowy, ale jaka to różnica? Swoje sprawy referowała nieźle, zaś poza tym została konopną aktywistką, wyzwala te konopie jak należy.
To akurat się zdarza, że niektórzy neofici trzymają się tematu i pomagają innym. Jakiś wolontariat, czasem praca zawodowa jako terapeuta, jakieś studia psychologiczne lub pedagogiczne. Nie wszyscy się do tego nadają, nie wszystkim to służy, ale neofita jest pomocny w tej robocie, bo zna temat tak, jak inni go nie znają. Ula akurat poszła w profilaktykę narkomanii, bo Sprawa /wyzwolenia konopi/ to także owa profilaktyka, do tego dorabia ostatnio na pestkach, co również jest zajęciem godziwym. Bo choć pestka to jeszcze nie ziele /tak jak zygota to jeszcze nie dziecko/, jednak oleum zawiera, a czy Iskra Jah w niej zaistnieje, to już problem ogrodnika.
Aha. Gdyby ktoś chciał zapytać, to odpowiadam, że Ula ziela nie używa. Może użyje kiedyś wariantu "medical", ale na razie jest zdrowa. Ziela nie używała nigdy, zwłaszcza będąc praktykująca ćpunką, bo jak większość praktykujących ćpunów, zielem gardziła. Obecnie nadal nie używa, bo nie lubi. Ale ma na tyle endogennego oleum w głowie, by nie dyktować innym, co mają lubić, czego nie. Zresztą mnóstwo zwolenników legalizacji ziela nie używa go, mają mimo to wspomniane oleum, więc rozumieją, dlaczego ziele powinno być legalne. Żeby w przyszłości było mniej ćpunów na świecie oraz bałwaństw, które z tego ćpuństwa wynikają. Rzecz jasna legalizacja MJ nie jest warunkiem dostatecznym, ale koniecznym, by tak się właśnie centralnie wreszcie stało.
No, i właściwie tyle. Marsz dotarł do jądra ciemności podłej zmiany, pod sam komitet centralny. De facto nic do tego jądra nie dotarło, bo dotrzeć nie mogło z definicji, ale w klimacie pozytywnej energii spotkało się sporo sensownych ludzi, zaś tak spędzony czas w tak zacnym gronie na pewno nie był czasem zmarnowanym.
Bayo Ula, spotkamy się za rok i życzmy sobie wzajemnie, tudzież urbi et orbi, by następny Marsz był marszem ostatnim, a kolejne były zbędne.
Mamy prawo do szczęścia!
Nie mamy jednak szczęścia do prawa... i sprawiedliwości.
Oby się to szybko zmieniło.
Sadzić! Palić! Zalegalizować!

24 maja 2017

Co to jest ekoterroryzm? Definicja prawdziwa

Mam wiadomość, a brzmi ona sobie tak:
JESTEM ZA ŻYCIEM...
...popieram więc protest przeciw MASAKRZE Puszczy Białowieskiej.
Właściwie na tym można by tekst tego posta zakończyć, ale co szkodzi jeszcze pogadać? Tak? Nawet jest o czym, bo właśnie dziś w realu dotarł do mnie tekst, jakoby ów protest był dziełem... "ekoterrorystów".
Taka oto ogarnęła mnie wtedy refleksja, jakichże to głupich, chorych, złych popaprańców, czyli dupków innymi słowy, mijamy na ulicy, w  sklepie, czy gdzieś tam indziej na mieście i pojęcia nie mamy, kogo mijamy. Dopóki takie coś się nie odezwie i nie wyjaśni, czym jest.
Ekoterrorysta. Co to słowo tak naprawdę, kurwa, znaczy? No cóż, istnieje taka mentalnie porąbana grupa, fragment populacji zamieszkujący ten kraj, zwana różnie, chwilowo umówmy się tu na określenie "konserwatywne buractwo narodowe". Używają oni specyficznego, poprawnego politycznie żargonu, w którym /na przykład/ chamskie zbluzganie kogoś bez powodu to "nazywanie rzeczy po imieniu". Zostawmy jednak analizę lingwistyczną owej prawdziomowy, skupmy się na "ekoterroryzmie". Otóż według nich ekoterrorysta to każdy normalny człowiek szanujący przyrodę, używający mózgu /chociaż trochę/, mający więc jako taką świadomość, że nie jest on właścicielem Natury, lecz tylko tejże to Natury elementem. Ideologia polskiego konserwatywnego buractwa narodowego, zwana także też marksizmem narodowym, ze swoim postulatem: "nasyfić tak, by zniszczyć wszelkie życie", ma pewne umocowanie religijne, ale obecnie nawet lider tej religii, tudzież formalny szef firmy nią zarządzającej /niejaki Franciszek zresztą/ coś już zaczyna kojarzyć, trybić, ogarniać, pojmować. Ale to również chwilowo zostawmy. Poza tym prawdziomowa wspomnianego szemranego towarzycha nie jest żadną wartością, nie jest ona językiem uniwersalnym, lecz slangiem dupków jedynie.
Są, istnią jeszcze inne definicje, wikipedyczne lub słownikowe terminu "ekoterroryzm", ale tak na zdrowy rozum są one mało logiczne. Bo kto jest ekoterrorystą, tak naprawdę centralnie? Ten /lub ta/, kto terroryzuje, zasyfia, niszczy ekosystem. Na przykład /co zresztą nie podlega dyskusji/ podła zmiana uosobiona, zaś jej komisarzem, szefem tej konkretnej misji jest pewien Szyszko. Ekoterrorystą jest też każdy, kto mu pomaga, a także każdy, kto nie chce widzieć, co ten zbrodniarz wyprawia. Tak?
Styka..
Wychodzi na to, że swoje już pogadałem. Przeczytaliście, dowiedzieliście się i teraz już wiecie więcej. Ipso facto wiedzieliście już to wcześniej, tylko nie mieliście tego uświadomionego.
...
Jeszcze jedno. Post nie odnosi się centralnie wcale do ostatnich wydarzeń w Puszczy. Jego przekaz jest raczej ogólniejszej natury, zaś wspomniane wydarzenia /które wciąż się dzieją/ posłużyły jedynie jako inspiracja.

15 maja 2017

Czwarta tajemnica

Owa czwarta tajemnica polega na tym, że był jeszcze czwarty pastuszek. Tylko on tych grzybków nie jadł. Gdy zobaczył zaś, że z resztą coś hula nie tak i nie mógł się z nimi dogadać, to poszedł sobie. Podobno doszedł do Aveiro, zamustrował na statek jako chłopiec okrętowy i wyruszył na wiking. Potem przekonwertował  się na asatru, harmonijnie rozwijał ciało i ducha budując karierę wojownika, zaś gdy zginął walcząc ze złem i występkiem trafił jako heros do Walhalli. Tam zaś wiadomo: dużo zdrowego ruchu na świeżym powietrzu, tudzież rogi pełne miodu oraz miłość z Walkiriami na wszelkie możliwe sposoby. Wychodzi centralnie na to, że lepiej skończył, niż pozostała trójka pastuszków. Tak to bywa, gdy dzieciaki zbyt wcześnie sięgają po zabawki dla dorosłych, miast żyć w trzeźwości do pełnoletności.

11 maja 2017

ankieta - dokończenie, podsumowanie (chwilówka/?/)

Zwykle nikomu się nie tłumaczę ze swoich ruchów na blogu, ale "zwykle" to bynajmniej nie znaczy "zawsze/nigdy", zaś tym razem to tłumaczenie jest uzasadnione. Rzecz w tym, że skracam termin ankiety o jakiś tydzień. Powodem tego jest real oraz inny projekt netowy mający swój deadline. Ten cały deadline i tak przekroczę, ale to już osobna sprawa. Tyle tłumaczeń wystarczy, pora teraz na główny tekst posta.
Temat ankiety nie jest bynajmniej nowy, pojawia się od czasu do czasu to tu, to tam, w  przeróżnych dyskusjach tak w necie, jak też i w realu. Sama zaś ankieta, tak jak każda inna tego typu, naukowej wartości nie ma i mieć nie może. Próbka statystyczna jest porażająco zbyt mała, zero możliwości dopilnowania, by była ona reprezentatywna, poza tym bardzo łatwo jest "ocyganić", wystarczy skasować cookies w przeglądarce i metodą iteracji nabić dowolny wynik, jaki mamy kaprys nabić. Tym razem takie coś chyba nie miało miejsca, ale to podpowiada mi tylko intuicja, na którą co prawda nie mam powodów narzekać, ale niekoniecznie zawsze ma ona rację. Samo układanie ankiety było jednak dla mnie ciekawą zabawą, której core polegał na tym, by tak sformułować pytanie i dobrać odpowiedzi, aby respondent nie doznał chwilowej schizofrenii podczas procesu decyzyjnego. To jest akurat problem, który nie zawsze potrafią trafnie rozwiązać układacze ankiet aspirujących do miana bardziej poważnych.
Sorry, ale bez dygresji politycznej ani rusz, mianowicie takiej, jak sobie poradzą twórcy pytań do referendum, o którym wspomniał niejaki Maliniak, gdy rozbawiał publikę swoją próbą przekonania jej, jak bardzo jest ważny.
Wróćmy jednak do tematu konstrukcji naszej ankiety. Otóż gdy ukazała się ona w pierwszej wersji, dotarła do mnie mailem ciekawa uwaga /zacytuję ją w skrócie, ale z zachowaniem sensu/:
"Nie wiem, co odpowiedzieć, bo dorosłemu dam kasę, ale dziecku nie dam, spróbuję mu pomóc inaczej"
To jest jedna ze wspomnianych schizofrenicznych sytuacji spowodowana podświadomie ukrytym założeniem, że osoba prosząca o drobne jest osobą dorosłą. Późniejsza modyfikacja ankiety nie do końca uwzględniła tą uwagę. Nadal pozostawał wybór, czy iść na skróty wybierając odpowiedź trzecią, czy oprzeć się na fakcie, iż częściej jednak prosi osoba dorosła. Tu pojawia się inne ukryte założenie, że sytuacja dotyczy polskich warunków. Czyli poprawiona wersja ankiety nadal nie była jeszcze idealna.
Ale zostawmy to już, jedziemy dalej. Może ta ankieta nie była naukowa, ale ignorować jej wyników, traktować je jako zupełnie losowe również nie ma sensu. Tedy przypomnijmy, jak było i co się zadziało:
Pytanie /a raczej opis sytuacji/:
Ktoś Ci nieznany prosi Cię na ulicy o wsparcie jakimiś drobnymi. Jeśli chcesz i możesz, to...
Odpowiedzi /warianty reakcji na sytuację/:
...przeważnie wręczasz te drobne - 7 (46%)
...próbujesz jakoś pomóc, ale raczej nie dajesz pieniędzy - 3 (20%)
...nie preferujesz żadnej formy pomocy, zbyt wiele zależy od konkretnej sytuacji - 4 (26%)
...będąc w takiej sytuacji przeważnie nie pomagasz takim osobom - 1 (6%)
razem - 15 (procenty liczył system Blogspota, więc reklamacje nie do mnie)
Czyli jakaś dominująca opcja istnieje. Wyznam szczerze, że ten wynik nieco mnie zaciekawił, gdyż zwykle do tej pory jako dominującą /również tak gdzieś do 50% z grubsza licząc/ spotykałem opcję DRUGĄ. Zwykle też towarzyszyło temu uzasadnienie, że proszący wyda te drobne na narkotyki - przeważnie na alkohol, jako ten najbardziej popularny. Co równie zwykle pobudza mnie do pytania: "Nawet jakby, to co z tego?"...
Stop.
W ramach przerywnika klasyczny już kawał:
Pewnego jegomościa zaczepił typ z ankiety prosząc o drobne. Jegomość miał dobry humor, więc wręczył mu nieco grubszą sumę. Gdy po godzinie wracał tą samą drogą, ujrzał, jak ów typ stoi w bramie i wykonuje "hejnał" butlą jakiegoś trunku. Podchodzi bliżej i pyta:
- Co ty tam lejesz w siebie?
- Koniak.
- Co to za koniak? To po to ci dałem tyle kasy? Kurwa, przecież nawet ja tego na co dzień nie piję, bo za drogie!
- Ja na co dzień też tego nie piję. Ale nie rozumiem szefie, o co tyle rabanu? Jak nie mam kasy, nie mogę pić tego koniaku. Jak mam kasę, też nie mogę. To kiedy, kurwa, mam pić ten cały pierdolony koniak?

Koniec przerywnika, jedziemy dalej:
Akurat mnie ta druga opcja najmniej się podoba. Wychodzę z założenia, że skoro mogę i uznałem, że CHCĘ takiemu ptysiowi pomóc, to nie widzę żadnych powodów, by wciskać mu taki rodzaj pomocy, której być może nie chce. Uszczęśliwianie kogoś na siłę to nie pomoc. Zaś gdy już mu dam te drobne, to przestają być moje, więc co mnie obchodzi, co z nimi zrobi? Tak?
Tyle na razie ode mnie, zaś ankieta trwa dalej, pytanie się nie zmienia, tylko zmienia się formuła na "pytanie otwarte" rzucone na forum. Plus drugie pytanie, nader istotne zresztą: "Dlaczego?"...

02 maja 2017

ogłoszenie, jak zwykle niezwykle parafialne (chwilówka)

Pomysł nie jest mój, ale to nie ma żadnego znaczenia. Natomiast mój jest pomysł, by ten nie mój pomysł uskutecznić teraz, tu zresztą. Na szpaltę boczną blogów raczej rzadko się zagląda. Zwłaszcza stali bywalcy mają na to kompletnie wyrąbane i tylko świeżaki zwracają większą uwagę na te rejony. W sumie jest to raczej zrozumiałe, bo tam rzadko się coś zmienia. Tym razem jednak pojawiła się pewna nowinka w postaci ankiety. Nie sądzę, by stało się to jakąś nową świecką tradycją na tym blogu, ale od czasu do czasu czemu nie? Taka ankieta rzecz jasna nie ma żadnej wartości naukowej, ale może być ciekawym zahaczeniem do jakiegoś kolejnego posta i ewentualnej dyskusji na forum blogowym, gdy upłynie zaplanowany termin ważności ankiety. To by w sumie było na tyle tego ogłoszenia, bo co tu więcej rozwijać? A jak pomysł nie chwyci, to...
To po prostu nie chwyci, a wtedy już całkiem nie będzie o czym gadać.
...
Dopisek trzeciomajowy:
Co prawda nadrzędnym celem tej ankiety jest zabawa /potem dopiero jakaś ewentualna dyskusja nad meritum sprawy/, jednak pośpiech sprawił, że pierwsza jej wersja okazała się niezbyt spójnie skonstruowana, nawet zakładając duży stopień luzu. Dlatego startujemy jeszcze raz od nowa, zaś respondentów, którzy zdążyli oddać swój głos przepraszamy i zapraszamy raz jeszcze do wzięcia udziału.
Natomiast cała ta historia pokazuje, jak ważne jest dobre sformułowanie pytania i staranne opracowanie zbioru opcji odpowiedzi, gdy planuje się poważniejsze badanie naukowe, sondaż lub referendum

27 kwietnia 2017

Słów nieco o dziewictwie i aspektach tegoż

Słowo "dziewictwo" wraz z pojęciem "dziewiczości" funkcjonuje w wielu kontekstach, często jako żartobliwa metafora. Jednak jest to sprawa wtórna, zaś bazowe znaczenia są dwa. Choć nieco ze sobą skorelowane, to jednak nie tożsame. Różnic jest bowiem mnóstwo, na ich czele zaś taka, że to drugie znaczenie dotyczy centralnie tylko kobiet. Bo jakoś do tej pory nie odkryto męskiego odpowiednika hymenu. Co nie oznacza bynajmniej, że sprawa ich nie dotyczy, zabawne jest jednak, że większy problem z nią związany potrafią sobie stworzyć mężczyźni właśnie. A przecież hymen to tylko atawizm, coś zupełnie nieistotnego, czym nie warto sobie zawracać głowy. Pozostaje jeszcze jednak sprawa dziewictwa rozumianego jako brak doświadczeń bliskości z drugą osobą, bez względu na stronę techniczną owej bliskości. Tu faktycznie pewne napięcie psychiczne wydaje się być naturalne, gdyż powstaje ono przy każdym pierwszym razie czegokolwiek, jakiegokolwiek doświadczenia dowolnego rodzaju. Owe napięcia zaś, jak to napięcia, bywają różne i różnie z nimi bywa.
Wróćmy jednak do tematu samego dziewictwa. Każdy człowiek ma swoje podejście do sprawy, zaś różnorodność poglądów, postaw i zachowań bywa różnorodna. Wszystko jest okay, dopóki nie wpadnie on na pomysł, że jego podejście jest najmojsze. Potem ta mojszość może się klonować i w końcu powstają takie pokraczne obyczaje, jak obowiązkowe wystawianie publice do wglądu prześcieradeł po nocy poślubnej lub równie pokraczne kulty, jak kult dziewictwa. Stado zaś pilnuje, by ową mojszość wszyscy przyjęli jako swoją mojszość. Jako, że każda akcja rodzi jakąś reakcję, zaś świat dąży do pewnej homeostazy, to powstają stada, których mojszość jest zupełnie na odwrót. W tych stadach dla odmiany dziewictwo funkcjonuje jako obciach. Takie stada są raczej rzadkością, niemniej jednak spełniają rolę ważnego czynnika równoważącego, co można traktować jako pewną wartościową wartość. Szczególnie obecnie, gdy państwowa edukacja ma być coraz mniej edukacją, coraz bardziej zaś indoktrynacją pewnej mojszości, której kult dziewictwa jest dość istotnym elementem. Ale to już jest inszy, sporo rozleglejszy temat, na osobniejszą dyskusję przy inszej okazji.
Teraz zaś pora na jakąś zabawną puentę. Zacznijmy od truizmu, że człowiek jest zwierzęciem, czasem lepszym, czasem gorszym od innych zwierząt. Nie wiadomo, jaki jest sumaryczny bilans, bo zależy on od indywidualnego systemu kryteriów oceny, a także od chwilowego humoru oceniającego. Niemniej jednak w temacie tworzenia sobie problemów z niczego /na przykład hymenu/ jest najlepszy bezdyskusyjnie. Efektem zaś tego bywają pewne chore mojszości ideologiczne, które postulują, by jeden człowiek dyktował drugiemu, co ma ze sobą robić /lub nie/ i kiedy ma to zrobić po raz pierwszy. Co zresztą zbyt zabawne nie jest.

12 kwietnia 2017

im szerzej, tym lepiej (chwilówka)

Liczby zapodane na powyższej planszy poglądowej z pewnością się nieco zmieniły od czasu wyborów, nie warto jednak zawracać sobie tym głowy. Przynajmniej na tą chwilę. Kluczowy bowiem jest w tym wszystkim pewien punkt, ściślej zaś mówiąc przesmyk na niej wskazany.

07 kwietnia 2017

głos rozsądku - choć zamilkł, brzmi nadal (chwilówka)

"Chciałbym żyć w społeczeństwie, w którym tak jak dziś idziemy na ciastko, które przecież też jest szkodliwe, będziemy mogli pójść do kawiarni i zapalić marihuanę"
Dziś odszedł do Nawii niezwykły człowiek nauki, profesor Jerzy Vetulani.
/detale sprawy vide via Google/
Wielce szalenie ważna to postać, głos rozsądku w kraju opanowanym przez narkofobię /ale "rzecz jasna" nie obejmującą alkoholu/ oraz marihuanofobię. W kraju, gdzie polityka narkotykowa oparta jest na beznadziejnym prawie, bezsensownym zarówno na poziomie teorii, jak też praktyki. Tu przypomnę, że obecnie bazowe filary tego prawa to:
Ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii.
Ustawa o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi.
Artykuł 208 kodeksu karnego
/dotyczący udzielania alkoholu nieletnim/.
Wspomniane prawo de facto chroni interesy producentów i sprzedawców jednego wybranego narkotyku - alkoholu, jednocześnie sprzyja rozkwitowi zjawiska narkomanii w jego najgorszej formie i z koszmarnymi skutkami. Na przykład przemocą domową mającą w tle nadużywanie alkoholu.
Polska polityka narkotykowa oparta jest na negacji nauki i chorej, obłudnej ideologii. Wykwitem, wybroczyną wręcz tej ideologii może być najgłupsza wypowiedź, jaka kiedykolwiek zaistniała w Internecie:
"Alkohol odurza, ale to nie narkotyk"
/kwestię autorstwa miłosiernie zmilczę/
Profesor Jerzy Vetulani był znanym ekspertem w dziedzinach neurobiologii, biochemii i psychofarmakologii. Postulował był legalizację marihuany
/rzecz jasna w pewnych rozsądnych granicach/ oraz depenalizację narkotyków /innych niż alkohol/. Swoje poglądy opierał na czystej nauce, która odrzuca niczym nie poparte przesądy. Choć jego głos, a także innych fachowców ginął wśród wrzasków polityków oraz wszelakiej innej hołoty odznaczającej się bezdenną ignorancją, to jednak trafiał do ludzi, którym używanie mózgu nie sprawia przykrości. Odejście tak wybitnego naukowca stanowi dotkliwą stratę dla tegoż to grona, opóźniającą proces normalizacji życia w kraju. Bolesne jest to tym bardziej, gdyż mamy czasy podłej zmiany, która jak wiadomo polega na destrukcji tegoż kraju przez państwo.
...
Zamiast segmentu muzycznego proponujemy nieco innego materiału. Są to tylko pewne wybrane przykłady, ale serwis YouTube /tudzież wiele innych miejsc w Internecie/ zawiera ich szeroki zestaw. Chcemy też podkreślić, że choć post skupia się na tematyce "narkotykowo - marihuanowej", jest to jedynie pewien wąski wycinek obszaru, po którym poruszał się Profesor. Na wiele innych tematów również się wypowiadał, wiele innych spraw zbadał, pozostawił też po sobie mnóstwo prac, które warto poznać z korzyścią dla własnego rozwoju. Tak więc zachęcamy do samodzielnych poszukiwań, gdyż czas im poświęcony stracony nie będzie na pewno.
===TU===

27 marca 2017

kot in the mosh (chwilówka)

/Wiosna 2013 - fot.arch/
- Jak się nazywa taka sytuacja, gdy pokój jest cały w ptasich piórach?
- POKOT

08 marca 2017

Akademia na okoliczność komunistycznego(???) święta

Upieramy się, przynajmniej chwilowo, że żadna inna roślinka ładniejszych kwiatów nie wyprodukuje. O gustach się nie dyskutuje, więc w tym temacie polemiki zero. Wspomnieć tylko warto o pewnym genderowym pieprzu, który powyższa laurka zawiera. Otóż tylko jedna z powyższych roślinek to mężczyzna. Reszta to same kobiety. Kto zgadnie who is who?
Teraz krótka przygrywka, po niej jedziemy dalej.

Skoro zaczęliśmy od kwiatów, to powstaje pewne pytanie, jak kobieta ma je przyjmować? Tego dowiemy się za chwilę. Co prawda instruktaż dotyczy kwiatów przeprosinowych, ale czyż nie jest to adekwatne do sytuacji, gdy chłop sobie przypomina o kwiatach tylko w tym jednym dniu?
Dalsza gadanina będzie już krótka, bo o kobietach. Bynajmniej nie dlatego będzie krótka, że nie ma o kim i o czym gadać, ale dlatego, że właśnie jest. Bo kobiety są jak koty, można o nich gadać bez końca, a to z tego powodu, że są po prostu różne...
Bardzo różne...
Bardzo bardzo różne...
Czasem tak różne, że aż samemu zróżnieć można od tego...
 
I to chyba by było chwilowo już na tyle. Pozostaje na koniec złożyć jakieś życzenia. Jako że najoptymalniejszą wydaje się być tu formuła "dziewucha dziewuchom", wyręczy nas więc zatem Naomi Wolf:  "Bądźmy bezwstydne. Bądźmy zachłanne. Szukajmy przyjemności. Unikajmy bólu. Ubierajmy, dotykajmy, jedzmy i pijmy to, na co mamy ochotę. Szanujmy wybory innych kobiet. Szukajmy takiego seksu, jakiego pragniemy i walczmy zaciekle przeciwko takiemu seksowi, jakiego nie chcemy. Znajdźmy swoje własne motywacje. A jeśli uda nam się przebić i zmienić zasady gry tak, by poczucie własnej urody nie mogło zostać zagrożone, wyśpiewajmy tę urodę, ubierzmy ją, afiszujmy się z nią, pokazujmy ją".

01 marca 2017

Za trudne

"Spektakl przeznaczony tylko dla widzów dorosłych.
Zawiera sceny odnoszące się do zachowań seksualnych i przemocy, a także tematyki religijnej, które pomimo ich satyrycznego charakteru mogą być uznane za kontrowersyjne. Wszelkie sceny przedstawione w spektaklu są odzwierciedleniem wyłącznie wizji artystycznej."

/warning note ze strony oficjalnej Teatru Powszechnego/
Uczciwe postawiona sprawa, ale można prościej:
Spektakl może być za trudny dla niektórych widzów.
Zrozumiałe jest jednak, że producent musiał wtrącić coś tam na zanętę, by sprzedać bilety. Nie można rzecz jasna mieć mu tego za złe. Artyści to też ludzie, którzy jedzą, mieszkają, płacą jakieś rachunki.
No, i dla co poniektórych ów spektakl faktycznie okazał się być za trudny...

Jak zwykle w takich przypadkach bywa, najbardziej za trudny był nie dla samych widzów, ale dla tych, którzy wcale go nie widzieli. Co najwyżej poznali jakieś odpryski informacji, niekoniecznie zresztą prawdziwych. Na przykład narodowi lewacy, którzy jakoś tak parę dni po premierze narobili zgiełku pod teatrem. Czy ktoś z nich widział spektakl? Jak wiadomo, dla nich teatr jako taki jest już za trudny. Ale nie generalizujmy zbytnio. Naziol naziolowi nierówny i choć jest to grupka bardzo homogeniczna, to mógł jednak któryś kiedyś do teatru zabłądzić. Nie ma co się jednak nad tym za bardzo skupiać. Można tu jedynie dodać, że grono użytecznych idiotów wypowiadających lub wypisujących pełne świętego gniewu opinie na temat czegoś im nieznanego jest o wiele większe liczebnie od wspomnianej subkultury. Dla kogo użytecznych? To chyba nie jest za trudna zagadka.
Zostawmy to już jednak, zostawmy też sam konkretny spektakl. Niech go omawiają we własnym gronie ludzie bardziej kompetentni, czyli widzowie. Warto jednak obejrzeć samo zjawisko. Polega ono na tym, że raz na jakiś czas ma miejsce jakieś wydarzenie artystyczne, albo pojawia się produkt tak dla kogoś za trudny, że aż się źle poczuł od tego. To może być koncert, film, widowisko jakoweś, może też być płyta, książka, czy obraz. Albo coś jeszcze innego tego typu. Zaś niedługo potem jest jeden wielki zgiełk. Gdy zgiełk się już wyzgiełczy, jego energia opada, sytuacja się uspokaja. Tylko promieniowanie szczątkowe pęta się jeszcze po okolicy. Na przykład jakieś sprawy sądowe wleką się latami, albo rehabilitacje poszpitalne po zbyt dynamicznych dyskusjach. Do następnego razu, gdy coś się wydarzy.
I tak to się właśnie kręci, niczym koło życia i śmierci...
Mnie w tym wszystkim ciekawią dwie sprawy:
Pierwsza, naukowej natury, to kto zacz jest tym drugim, który ten proces uruchamia, niekoniecznie świadomie zresztą? Bo pierwszy zapłon to samo wydarzenie twórcze. Ale co dalej? Czy ten, kto poznał, zobaczył, usłyszał, doświadczył całości, po czym źle się poczuł, bo okazała się za trudna? Czy ten, kto miał do czynienia jedynie z odpryskiem informacji?
Druga wydaje się być ciekawsza, bo łączą się z nią pewne emocje. Można ją ująć takim pytaniem: Co kogo obchodzi nagle, co ktoś inny czyta, ogląda, słucha i takie tam inne? Czyżby stała za tym prozaiczna zawiść o to, że nie jest to dla niego za trudne i może się po tym dobrze poczuć?
I na sam koniec, nieco na skróty, pytanie dodatkowe, taka refleksja natury bardziej ogólnej. Czy to naprawdę aż taki obciach przyznać, że coś jest za trudne? Niekoniecznie publicznie, niekoniecznie też przed wybranymi, bo takiego obowiązku nie ma. Ale przynajmniej przed sobą samym.

17 lutego 2017

"Chcę pomóc Marcelowi" (chwilówka)

Zaistniała taka sytuacja, że ten post jest właśnie taki, jaki jest, czyli:
Marcel ma dopiero siedem lat, niestety jednak przytrafił mu się przypadek białaczki. Jak z doświadczeń medycyny wynika, ratunkiem dlań może być przeszczep szpiku kostnego. Niestety ów szpik to nie MJ, wyhodować się tego stuffu nie da, ani indoor, ani outdoor. Przynajmniej do tej pory nikt tego jeszcze nie umie. Pozostaje pomoc drugiego człowieka, który podzieli się własnym. Co najciekawsze, to on sam nic na tej pomocy nie straci. Nie ma sensu teraz przynudzać, kto komu i pod jakimi warunkami może takiej pomocy udzielić. To lepiej każdemu opowie fachowiec, gdy się do niego zgłosimy. Bliższe informacje na temat sprawy:
===TU===
===TU===
Zaś tak w skrócie, to wystarczy zadzwonić:
22 882 94 02
- Dzień dobry, chcę pomóc Marcelowi.
/Lub coś w tym guście./
Dalej już powiedzą, co i jak...
Aha. Marcel nie ma zbyt wiele CZASU. Mowa jest o dwóch miesiącach, ale to chyba jasne, że im szybciej, tym lepiej.

01 lutego 2017

APE-CALYPSO: AGONIA

"...abyście zaludnili Ziemię i czynili ją sobie poddaną..."
(Księga Rodzaju)

Kiedyś, dawno temu, była to potężna hala fabryczna. Albo magazyn. Albo hipermarket. Albo... Obecnie był to już zrujnowany, zdewastowany budynek z mrocznym, brudnym wnętrzem, które wypełniały porozrzucane bezładnie obiekty, przedmioty nikomu nie znanego przeznaczenia, nie poddające się żadnej identyfikacji. Niektóre jego rejony porastały szare porosty, pleśń, pajęczyny. Szary, duży, wychodzony, pręgowany kocur bacznie obserwował otoczenie przyczajony w ukryciu. Jego wielkie, zmutowane uszy bacznie łowiły każdy najmniejszy szmer, każdą drobną falę akustyczną, każdej częstotliwości. Długie wibrysy chwytały każdy ruch powietrza, każdy infradźwięk. Wielkie oczy wyłapywały wszelkie światło, wszystkie impulsy, od podczerwieni aż po ultrafiolet. Obrazu świata w mózgu kota dopełniały informacje z niezwykle czułych nozdrzy. Co prawda ten świat nie epatował bogactwem zapachów, ale superczuły węch znakomicie potrafił wyczuć najdrobniejsze niuanse. Miejsce do obserwacji było znakomite, a było co obserwować. Na popękanej betonowej posadzce gromadka szczurów obrabiała coś pracowicie. Krzątały się dosyć żwawo, ocierając się o siebie wzajem, cicho popiskując. Mózg kota analizował sytuację, szacował szanse sukcesu polowania. Nie wyglądały one zbyt dobrze. Takie stadko szczurów, znakomicie mających opanowane działanie w grupie to dla kota było za wiele. Atak na nie bez wątpienia byłby samobójczy, myśliwy od razu stałby się ofiarą. Do tego coś wisiało w powietrzu. Wisiało dosłownie, nad szczurami. Co prawda, mimo swojej inteligencji, kot nie rozpoznawał do końca tej sytuacji, ale jakiś dodatkowy zmysł ostrzegał go, że coś jest nie tak. Ale to jeszcze nie koniec. Uszy kota wychwyciły jakieś szmery z boku, zaś nozdrza poczuły nową woń, znaną już mu zresztą. Jedno było pewne, że oprócz kota ktoś jeszcze poluje w okolicy, do tego namierza się na obiekt jego obserwacji. Tylko same szczury nie zwracały uwagi na otoczenie, pochłonięte swoim zajęciem. To wszystko jednak dla kota było zbyt wiele, jednak chęć wycofania się uległa instynktowi drapieżcy, zaś kocia intuicja podpowiadała, że ta sytuacja nadal ma szanse przynieść mu jakąś korzyść.
Trach!!! Kot prawie całkiem się spłaszczył w swojej kryjówce na ten odgłos, nadal jednak bacznie obserwował. Wiszący przedmiot spadł na gromadkę szczurów, zaś z boku wyskoczyło kilka nagich małp. Ów przedmiot był ażurowym pudłem, klatką skleconą z pordzewiałych prętów. A jednocześnie potrzaskiem, w którym znalazła się szczurza ferajna. Małpy uwijały się dookoła, dźgając długimi prętami głośno piszczącą zawartość pułapki. Po chwili zamieszanie ucichło. Myśliwi pozbierali swą zdobycz i z radosnym rechotem skierowali do do wyjścia hali.
Kot posilał się w kocim stylu, cichutko, skrzętnie, metodycznie ogryzając szczura. Intuicja go nie zawiodła. Jeden szczur wymknął się w zamieszaniu, niestety miał pecha, spotkał maszynę do zabijania i niechcący stał się nagrodą za cierpliwość.

Ziemia.
Rok...
Tego nie można określić. Wtedy już nikt nie używał kalendarza, nikt nie znał takiego narzędzia. Zostało ono zapomniane.

Pustynny krajobraz pełen jest diun, a może raczej hałd szarego, tłustego szarego piachu skrywającego pod sobą niezmierzone masy plastikowego śmiecia i przeżartego korozją metalowego złomu. Nie ma jednak rąk, które mogłyby ten piach rozgrzebać, nie ma też oczu, które mogłyby ujrzeć to, co jest pod nim, ani na powierzchni samych hałd. Nie ma zresztą żadnego innego życia, które by się mogło poruszać lub rosnąć na hałdach. Ani w ich wnętrzu. I tak jest wszędzie...
Prawie wszędzie...
Bo jest jeszcze coś. Są miejsca, które zajmuje miasto. Wielkie miasto. Bardzo wielkie miasto. Rozległe megalopolis, które zajęło potężny obszar, gdy kiedyś połączyły się w jedno liczne aglomeracje. Tylko to megalopolis jest doszczętnie zrujnowane i próżno by się w doszukać jakichkolwiek przejawów życia typowych dla miasta. Próżno by nadsłuchiwać odgłosów świadczących o tym życiu. Czy  w ogóle jakieś życie tu istnieje?

To kiedyś mogła być ważna, ruchliwa ulica miasta. Teraz była już tylko przestrzenią pomiędzy murami zrujnowanych budowli. Może banków? Może hoteli lub galerii handlowych? Skruszałe, popękane chodniki porastały gdzieniegdzie szare porosty, po niektórych słupach pięły się rachityczne, rzadko ulistnione pnącza. Uliczną florę uzupełniało jeszcze marne drzewko ze strzępiastymi, szarozielonymi liśćmi na szczycie, którego nasiono przyniesione podmuchem wiatru znalazło wyrwę w asfalcie, a w niej nieco zatrutej gleby, wystarczająco niezatrutej, by mogło zakiełkować. Palma olejowa była ostatnim gatunkiem, które jeszcze można było spotkać. Ludzie konsekwentnie pozbyli się na Ziemi wszelkich innych drzew, by sadzić właśnie ją. Obecnie już nikt o to nie dbał, ale niektórym jeszcze udawało się przetrwać. Właśnie do niej zbliżała się trójka prawie nagich ludzkich postaci. Dwie kobiety i jeden mężczyzna. Długowłosi, o zszarzałej skórze, nieco wynędzniali, ale zachowujący jeszcze sporą ilość energii życiowej. Podeszli do drzewa, spojrzeli do góry, zaś jedna z kobiet powiedziała:
- Nie, jeszcze za wcześnie, jeszcze niedobre.
Owoce palmy były niezłym źródłem pożywienia, ale to jeszcze nie była odpowiednia pora, by je mogły zawierać. Mężczyzna potrząsnął pakunkiem trzymanym w starej, postrzępionej z foli mówiąc:
- Żarcia i tak mamy jak rzadko. Wrócimy tu później. Akurat wcale nie było to takie pewne, gdyż nie zagrzewali oni zbyt długo miejsca w jednej kryjówce. Tworzyli razem niewielką rodzinę, wędrowną grupkę koczowników, która przeczesywała metodycznie okolice poszukując jedzenia i użytecznych przedmiotów. Zaś po jakimś czasie zmieniali lokum.
- Chodźmy już.
Minęli dwie przecznice, po czym skręcili w następną. Po krótkim marszu weszli do zrujnowanego budynku, jeszcze tylko nieco schodów i weszli do pomieszczenia. Kiedyś mógł to być pokój hotelowy. Teraz na podłodze leżał wielki kawał syntetycznej gąbki. Być może ongiś była częścią eleganckiego materaca, ale obicie dawno już zmurszało, rozleciało się. Pokrywał ją tylko pył i brud. Nie przeszkadzało to bynajmniej przybyszom, by na nim pospołu legnąć. Musieli chwilę odpocząć, zanim dobiorą się do pakunku rzuconego w kąt. Nie spieszyło im się, choć byli głodni. Zniknęło całe napięcie powstałe podczas polowania, które było nadzwyczaj udane. Bardzo rzadko zdarzał się taki obfity łup, gdyż niewiele było już zwierzyny. Najczęściej ludzie jedli szare porosty, najczęstszą formę życia. Można też było zapuścić się w głąb kanałów, tam można było znaleźć wiele pożywnego robactwa. Ale to było bardzo ryzykowne, gdyż fauna kanałów często była mocno zatruta. Nie było to smaczne, można się było mocno rozchorować po takim daniu. Poza tym do kanałów łatwo było wejść, ale nie każdy wychodził. Za to któregoś dnia trafił się im dziwny okrągły, pordzewiały przedmiot. Długo go rozbijali, by poznać zawartość, ale warta była tego wysiłku. 
Jedna z kobiet poruszyła się i przylgnęła do leżącego obok ciała. Mężczyzna przygarnął ją do siebie i już po chwili dwoje ludzi splotło się w miłosnym uścisku. Druga z kobiet dołączyła do nich i cała trójka głośno, wesoło baraszkowała na materacu odreagowując napięcie po wyprawie. Jednak po jakimś czasie zabawa straciła na dynamice, tulili się jedynie leniwie do siebie. Nagle mężczyzna otworzył szeroko oczy. Uniósł się, usiadł, odsunął głowę jednej z kobiet, która skrzętnie wylizywała z jego ciała efekty zabawy. Wstał ze słowami:
- Muszę wracać.
- Co się stało?
- Skarb zostawiłem.
"Skarb" był jedynie zwykłym nożem, ale dla nich wszystkich to była naprawdę cenna rzecz. Taki kawałek metalu, tak niewiele naruszony rdzą, nie trafiał się często wśród znajdywanych rzeczy. Był też wyjątkowo pomocny jako narzędzie, także do zabijania. Po chwili więc kobiety zostały same i szybko zabrały się do zawiniątka. Wysypały na podłogę martwe szczury, nagle do pomieszczenia zajrzała głowa ze słowami:
- Nie zjedzcie mi wszystkiego.

...
Skarb znalazł się dość szybko, leżał tu obok zaimprowizowanej pułapki na szczury. Jego właściciel już miał wracać, ale coś przykuło jego uwagę, coś leżało w kącie hali. Podszedł bliżej. Na posadzce leżał niedojedzony szczur, obok zaś duży, szary kot. Był martwy. Mężczyzna patrzył na zmianę, to na kota, to na resztki jego uczty. Pochylił się i nagle zrozumiał:
- Nieeee...
Obrócił się i szybko wybiegł z hali. Jednak tuż za wyjściem coś go uderzyło w nogę, zaś drugie uderzenie, tym razem w głowę, sprawiło, że świat mu nagle zawirował i zniknął.

Trzech półnagich mężczyzn stało nad leżącym na brzuchu ciałem. W rękach mieli krótkie, nieco pordzewiałe, stare pręty zbrojeniowe, a ich włosy były związane w sterczące do góry czuby. Przyglądali się ofierze, wreszcie jeden trącił ją nogą. Drugi zapytał:
- Dycha jeszcze?
- To bez znaczenia.
Pochylił się, rozchylił nogi leżącemu, przyklęknął między nimi. Już po chwili dwóch pozostałych pokrzykiwało kibicując odbywającemu się gwałtowi.
- Jedziesz, jedziesz!
- Tylko mu dziecka nie zrób!
- Hehehehe...
Obleśny śmiech rozlegał się głośno po okolicy. Gdy już było po wszystkim, jeden z oprawców zapytał:
- Może to ma znaczenie, czy żyje? Żywy lepszy.
- Żyje, czy nie, sam i tak pójdzie.
- To kto go będzie niósł?
Nieśli na zmianę. Dosyć szybko dotarli do zrujnowanego niskiego budynku, z którego wyszło kilka nagich, chudych kobiet. Otoczyły rzuconego przed wejściem człowieka, obmacując pożądliwie jego ciało.
- Dobry jest, dużo jedzenia.
- Wystarczy dla wszystkich.
- Trzeba zanieść go do starszej.
- Nie trzeba, tu obejrzę.
Kobieta, która nagle się pojawiła, odróżniała się od innych. Choć także naga, to jej całe ciało pokrywały dość liczne blizny. Nie były to jednak ślady po przypadkowych ranach, regularność wzorów wyraźnie wskazywała na skaryfikacje. W ręku trzymała długi, zaostrzony kawałek kości, zapewne ludzkiej, gdyż innych tak dużych zwierząt nikt w mieście nie widywał. Dźgnęła nim leżącego, który drgnął i wydał z siebie cichy jęk. Spojrzała na mężczyzn i pokiwała głową z aprobatą.
- Mówiłem, że żywy lepszy.

Autor tych słów natychmiast zamilkł i skulił się pod karcącym spojrzeniem kobiety. Dalej wszystko odbywało się już w ciszy, przerywanej jedynie odgłosem kaszlu. Taki kaszel nie był obcy żadnej nagiej małpie w mieście. Tak reagowały ich płuca na wszechobecne drażniące, lepkie powietrze. Starsza wydawała bezgłośne polecenia swoją batutą, ale była to tylko formalność. Wszyscy zdawali się wiedzieć, co mają robić. Kobiety wyniosły z budynku plastikowe, mocno sfatygowane wiadra wypełnione mulistą cieczą wydzielającą dziwną woń, przez którą przebijał zapach alkoholu. Mężczyźni obrócili jeńca na plecy, ułożyli w kręgu utworzonym przez wiadra, po czym rozłożyli mu ręce i nogi, tak, aby każda dłon i stopa była przy jednym naczyniu. Piąte stało za głową leżącego. Wszyscy nagle rozbiegli się, po czym szybko wrócili niosąc w rękach różne przedmioty. Metalowe prętów, zaostrzone kości, kawałki plastiku. Stanęli dookoła. Starsza zajęła miejsce za głową pojmanego, mając jedno z wiader przed sobą. Uniosła do góry ręce chrapliwym głosem wypowiadając:
- Voluntas tua, regnum tuum...
Wszyscy powtórzyli te słowa, po czym zaczęli je skandować, miarowo wybijąc rytm trzymanymi w dłoniach przedmiotami. Coraz szybciej, coraz głośniej. Nagle kobieta machnęła swoją batutą i wszystko ucichło. Przykucnęła nad wiadrem, zaczerpnęła dłonią narkotycznego płynu, siorbnęła go głośno. Gdy powtórzyła to trzy razy, na jej znak wszyscy przykucnęli przy wiadrach, by również się napić. Starsza strzepnęła resztki z dłoni na leżącego, przyklęknęła przy jego boku i wbiła weń ostrze kości. Ciało drgnęło, ale najbliżej stojący przytrzymali je za ręce i nogi. Kobieta sprawnie operując ostrzem rozkroiła ranę, zanurzyła w niej dłonie i wyjęła krwawy ochłap wątroby. Wgryzła się weń i gdy już przeżuła i przełknęła kęs, otworzyła ociekające krwią usta, mówiąc swym chrapliwym głosem:
- Voluntas tua, regnum tuum. Czyńmy to na naszą pamiątkę.
Po tych słowach wszyscy rzucili się na leżące ciało, zaczęli je dźgać, szarpać, walcząc ze sobą o jak najlepszy kąsek. Już po chwili nic z niego nie pozostało, zaś gdy horda nasyciła pierwszy głód, każde usiadło dookoła racząc się spokojnie wyszarpanymi kawałkami. Co chwila któreś pochylało się nad naczyniami, by zaczerpnąć ich zawartości zmieszanej z krwią skapującą obficie z ust i dłoni. Nikt nie wiedział, czy taka uczta znowu się przytrafi, taka zdobycz trafiała się coraz rzadziej.

Tegoż wieczoru:
Megalopolis, zupełnie inne miejsce. Nabrzeże morskie. Kiedyś być może był tu port morski. Albo przystań klubu sportowego. Albo przetwórnia ryb na mączkę lub surimi. Albo...
Wśród ruin siedzi w kręgu kilka postaci ludzkich. Oczy patrzą gdzieś nie widzącym nic wzrokiem. Ich wychudzone ciała kiwają się niespiesznie, monotonnie. W przód... W tył... W przód... W tył... Tylko czasem którymś wstrząsa paroksyzm suchego kaszlu. Nabrzmiałe usta szepcą:
- Voluntas tua, regnum tuum, voluntas tua, regnum tuum...
Martwi za życia czekają na śmierć...
Nieopodal w zatrutej wodzie poddaje się jej leniwym ruchom, niczym martwa meduza, strzęp torebki foliowej. Jeszcze nie rozbity na drobiny martwego, polimerycznego piasku zalegającego dna mórz planety...  

19 stycznia 2017

W kraju konserwatywnym kobiety mają wszystko. Są schody...

Agata, jak to w czwartek po południu, po wyjściu z pracy nie skierowała się do domu, lecz do Ewy, swojej siostry. Akurat córka wracała później, bo po szkole szła na pływalnię, stamtąd zaś już odbierał ją mąż. Była więc wtedy okazja na chwilę babskich plot, tak między siostrami. Tego dnia musiała chwilę zostać po godzinach, więc spieszyła się, by zdążyć, zanim wróci mąż Ewy. Niestety nie zdążyła. Spotkała go przy wejściu do klatki.
- No, to sobie z Ewcią nie pogadam.
Tak sobie mruknęła do siebie, tymczasem on na jej widok zawołał:
- Cześć Agatko. Do nas idziesz? Ewka się ucieszy.
- Cześć Adam.
Odparła cicho, nie siląc się bynajmniej na entuzjazm w głosie. Adam jednak nie zwrócił był na to uwagi. Wszedł pierwszy, ona zaś odczekała chwilę, by minęła ją chmura woni alkoholu, która towarzyszyła mężczyźnie. Po chwili jednak dogoniła go na schodach i stanęli przed drzwiami mieszkania na pierwszym piętrze. Po drugiej chwili byli już w środku. Adam zdjął z głowy beret, powiesił go na wieszaku, po czym ryknął w głąb mieszkania:
- Co się dzieje, kurwa!? Zasuwka była nie zamknięta! Złodzieje, różne nurki śmietnikowe łażą po domach, tylko patrzeć, jak wszystko wyniosą, a ty nic nie zauważysz! No, rozbieraj się, na co czekasz?
To ostatnie zdanie było już skierowane do Agaty. Ewa wyszła do nich, była w płaszczu, w chustce na głowie:
- Sama dopiero weszłam, ręki wolnej nie miałam, zakupy chciałam tylko położyć w kuchni. O, witaj siostrzyczko, co tam u was?
- Nie pyskuj, tylko zdejmuj ten swój paltocik, obiad mi grzej. Agacie też coś daj, czym chata bogata.
- Ja tylko herbaty, jeśli można.
Agata powiesiła kurtkę i szybko wśliznęła się do kuchni. Usiadła w kąciku na taborecie i w milczeniu patrzyła na krzątaninę siostry przy kuchence. Nie umknęło jej wzrokowi, że Ewa jakoś dziwnie stara się nie patrzeć na nią, odwraca się. Dla Agaty wszystko było jasne, wstała i podeszła do siostry. Odwróciła jej twarz w swoim kierunku, po czym szepnęła:
- No tak...
Ewa nic jej nie odpowiedziała, szarpnęła tylko głową, by uwolnić się od uchwytu. Sięgnęła po talerz i nabrała chochlą porcję zupy z garnka. Z pokoju dobiegł gniewny głos:
- Kurwa, ile mam czekać!? I piwo mi przynieś z lodówki!
- Agatko kochanie, obsłużysz się sama z herbatą? Wiesz, gdzie co jest. Ja nie za bardzo teraz mogę, jak widzisz.
- Widzę, widzę. I słyszę...
Gdy już minęło zamieszanie obiadowe, kobiety siedziały w kuchni przy stole. Milczenie przerwała Agata:
- To może zły moment, by o tym mówić, ale wiesz, znowu odmówili dotacji na moją fundację, tam gdzie pracuję. Nie wiem, co teraz dalej będzie.
/Ewa wiedziała o co chodzi, ale Czytelnik nie, więc narrator informuje, że ta fundacja to Centrum Praw Kobiet, Agata zaś miała na myśli to: ===TU===/
Już Ewa miała coś odpowiedzieć, ale do kuchni wszedł Adam. Podszedł do lodówki, wyjął puszkę piwa.
- Było mówić, że chcesz nowe, przyniosłabym.
- Ależ gadajcie sobie kobietki, Ewcia nie ma psiapsiółek, nie ma z kim potrajkotać, a jej przecież też się coś od życia należy. Tak Ewuś?
Adam zarechotał rubasznie, Agata zaś z trudem ukryła grymas niesmaku. On tymczasem otworzył puszkę z piwem, wychylił tęgiego łyka i dodał:
- Wiesz, Agata, ja naprawdę cię lubię, lubię, jak do nas przychodzisz. Miła jesteś, fajna...
Agata widząc obleśne spojrzenie Adama szybko obciągnęła spódnicę, ten zaś kontynuował:
- Tylko jednego nie rozumiem. Zawsze, gdy zajrzysz, to Ewcia taka jakaś dziwna jest potem. Stawia się i w ogóle...
- I w ogóle...
Agata powtórzyła machinalnie. Adam perorował dalej:
- Powiedz mi, co wy tam w ogóle robicie w tej waszej robocie? Marnujesz się. Mogłabyś się zająć czymś naprawdę potrzebnym...
Tu Adam znów rzucił okiem na kolana Agaty, ta zaś odparła:
- Przemoc domowa to poważny problem, tym kobietom naprawdę jest potrzebna pomoc. Więc jej udzielamy.
- Jak przemoc, kurwa, jaka przemoc? Tak było może kiedyś. Ale teraz nasz prezydent powiedział, że teraz kraj ma być konserwatywny. A w takim kraju żadnej przemocy domowej nie ma.
- Nie ma, kurwa, nie ma?! A to?!!!
Przy tych słowach Agata szybko wstała, chwyciła Ewę za brodę i skierowała ją twarzą w stronę Adama. Po czym wyszła z kuchni i skierowała się do przedpokoju. Gdy sięgała po kurtkę z wieszaka, dobiegły ją z kuchni słowa:
- Oj tam, oj tam. Ewcia ze schodów spadła. To przez te jej szpilki. Na płaskim obcasie chodziłaby jak normalna kobieta.
- Problem w tym, że Ewa nie chodzi w szpilkach.
Jednak Agata nie widziała już sensu, by to na głos mówić.
...
Ewa stała w łazience przed lustrem. Do oczu cisnęły jej się łzy, zaś usta szeptały w kółko, niczym mantrę, jedno pytanie:
- Co ja tu robię? Co ja tu, kurwa, jeszcze robię?
Z transu wyrwało ją nieco bełkotliwe wołanie:
- Ewcia, no chodź do tatuśka, co tak długo marudzisz?
- Już idę, kochanie.
Kobieta sięgnęła do klamki drzwi łazienki ze słowami:
- A teraz, normalna kobieto, czas zamknąć oczy i myśleć o Polsce.
...
W kuchni stała szklanka z niedopitą herbatą. Rano się umyje...

14 stycznia 2017

uboczny efekt pomocowy (chwilówka)

Spotykają się dwa lemingi, wyznawcy podłej zmiany:
- Myślimy coś? Poniedziałek jest.
- Ja już nie piję.
- Nie może być! Chory jesteś?
- Zaczynam mieć omamy. Wracam sobie wczoraj z kościoła i spotykam dwie dziewczyny z puszkami. Takie czerwone serduszka na nich miały.
- No, i co?
- Przecież ich nie ma!
- Jak to nie ma?
- W narodowej telewizji nie zapowiadali, więc nie ma!

10 stycznia 2017

kebab - krótki szkic futurologiczny (chwilówka)

Wychodzi na to, że rozwój punktów gastronomicznych, w których można nabyć i zjeść produkt zwany "kebab" podąży dwoma różnymi nurtami:
= Kierunek pierwszy /target - zwykli, przeciętni przechodnie/
Elegancki fast food według standardów europejskich. Można by rozważyć kwestię obsługi przez personel przy stoliku, ale raczej niekoniecznie. Czyli po prostu samoobsługa, tak jak w innych sieciach. Czysto i schludnie, bo klienci nie robią syfu w lokalu. Jednak przy wejściu masywnie zbudowany selekcjoner taksuje uważnie potencjalnych gości. Kryterium są ich twarze pod kątem stopnia tępoty i napięcia psychicznego. Te, które wyrażają zbyt wysoki poziom lęku, tudzież frustrację zapowiadającą narobienie jakiegoś bydła, typu atak agresji /słownej, nie mówiąc już o fizycznej/ lub próbę aktu złodziejstwa, dyskwalifikują aspiranta na potencjalnego klienta. Innymi słowy, kebab w tych lokalach nie dla lewackiej, czyli naziolskiej poprawnej politycznie hołoty, tylko dla w miarę normalnych ludzi.
= Kierunek drugi /target - tak zwani "polaczkowie narodowi"/
Ascetyczne pomieszczenie, gładziutkie, metalowe ściany bez możliwości zdjęcia i oderwania od nich czegokolwiek. Przy wejściu okienko, dokładniej zaś wąziutka szczelina, przez którą wkłada się pieniądze po złożeniu zamówienia. Po uregulowaniu spraw finansowych klient z dowodem wpłaty udaje się do okienka wydającego zamówione i zapłacone danie. Jest ono skonstruowane jak śluza. Kwit wkłada się do niszy, po czym drzwiczki powoli się zasuwają. Powoli, by zatopionemu w twórczych, narodowych, pełnych nabożnego skupienia rozważaniach klientowi nie przytrzasnąć ręki. Po chwili drzwiczki się otwierają i gotowe danie czeka na odebranie. Co dwie godziny lokal jest zamykany na kilka minut, po czym automatyczny system dokładnie sprząta i dezynfekuje pomieszczenie. Wszystko w takt muzyki tożsamościowej przygrywającej z niewidocznych, opancerzonych głośników, zabezpieczonych przed ewentualną kradzieżą i zniszczeniem.
Suplement:
Owa wspomniana już na końcu muzyka przez lata ulegała wielu zmianom. Początkowo były to pieśni patriotyczne oparte na motywach marszy wojskowych z czasów dawnej Trzeciej Rzeszy oraz Związku Radzieckiego. Potem były czasy kopiowania stylu punk, ale w bardzo uproszczonej wersji, pozbawionej też pozytywnej energii, tak zwanego "czadu", który zawiera oryginał. Kolejny etap to próby naśladowania hip hopu, ale to jest dla narodowych lewaków za trudne. Za trudne jest również disco polo. Czego więc będzie słuchać kolejna generacja polskich nazioli? Można by sobie domniemywać, że skoro docelowym ideałem państwa według ich ideologii jest Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna, to muzyka również powinna być podobna do tamtejszej. Istnieją jednak realia, które mocno przekonują, że monotonny hałas generowany przez wuwuzele to jedyne, co percepcja narodowego bezmózga jest w stanie przyswoić.

05 stycznia 2017

Wydłubane ze z prezenta świątecznego

Pytanie: Czy praktyka /praktyka zen - przyp. PK/ może pomóc nam, abyśmy mniej szkodzili innym, nawet nieświadomie? 
Odpowiedź: Praktyka w ogóle w niczym nie pomaga. Kiedy praktykujemy, możemy szkodzić wszystkim, jest to dozwolone. Możesz szkodzić komu chcesz. A co, masz zamiar komuś zaszkodzić? 
Pytanie: ...no, nawet nieświadomie, a zwłaszcza nieświadomie... 
Odpowiedź: Aha... to mi tak szkodzisz... Kiedy praktykujemy zazen, nie zawracamy sobie głowy tym, czy szkodzimy, czy nie. Jeśli myślę, że mi szkodzisz, to opieprzę cię lub uderzę... jak chcesz, możesz mi oddać... To proste, szczególnie, gdy dzieje się nieświadomie. Przestańcie ciągle mieć do czynienia ze swoim sumieniem. Nie ma sumienia, niczemu nie jesteśmy winni. /.../ Czasami macie takie miny, jakbyście wlekli za sobą armię generałów, którzy wewnątrz was toczą wojnę... "to jest dobre, a tamto nie"... "jestem genialny"... "jestem zły"... "chciałbym się obudzić"... "czemu nie jestem obudzony"... "czemu nic nie rozumiem"... To wszystko jest niepotrzebnym gadulstwem myśli, które się nudzą. Nie trzeba za nimi iść, trzeba po prostu istnieć. Co to znaczy szkodzić komuś? Coś takiego nie istnieje. /.../  Pozbądźcie się tych wszystkich istot, które przeszkadzają wam w środku, które uważacie za wyższe nad wami, których się boicie i do których się modlicie - wyrzućcie te wszystkie demony. Kiedy pozbędziecie się wszystkich i nie będzie już nikogo, zostaniecie tylko wy, wasze czyny, wasze odpowiedzialności, jedyny Umysł całego wszechświata. Wtedy zaczniecie istnieć naprawdę, nie tylko w tym życiu, ale poprzez wieczność. Musicie pozbyć się wszystkich strachów, idoli, bogów, strażników, aniołów, wszystkich patriarchów nękających wasz umysł. /.../ Kiedy rozumiemy, że jesteśmy całym wszechświatem, nie mamy już myśli o tym, czy komuś szkodzimy, czy nie. 
/.../ 
Nigdy nie róbcie niczego ze strachu, ani z obowiązku. Róbcie to, co macie do zrobienia, harmonizując się z miejscem, czasem i przestrzenią.
/Kaisen - "Podróż w Pustce"/
...
Mile będą widziane komentarze /jeśli będą/ w postaci niezwerbalizowanej, na przykład link do obrazka, fotki, ewentualnie do klipu muzycznego. Bo zawsze przeważnie są jakieś słowa, słowa i słowa, a przecież słowa to tylko słowa, tak niewiele w sumie znaczą, tak niewiele z nich wynika...