20 września 2017

nieprzytomność gadżetnicy revisited (chwilówka)

Nie tak dawno coś wspominałem na temat srajfonowych idiotek, tak?...
To coś jeszcze dodam. Zdarzyło się było jakoś tak zeszłej niedzieli. Wracam do domu na rowerze, trochę mi się spieszy, bo zmierzcha, zaś ja akurat vesty zabacułem. Bo świateł ten grat nie ma, bateria padła rok temu i nic dalej z tego nie wynikło. Może jutro wyniknie. Tymczasem jednak jadę, nagle percepuję jakąś przeszkodę na ścieżce rowerowej na zapleczu wiaty przystanku autobusowego. Chyba żywą, ale mocno nieobecną. Stoi takie cielę na samym środku, oczy wpatrzone w gadżeta, umysł zaś po prostu gdzieś jest, ale gdzie? Konfiguracja akurat jest taka, że nijak przeskoczyć, nijak objechać. Podjeżdżam bliżej, wybieram rodzaj ruchu. Mogę huknąć, opierdolić, ale wybieram inny wariant:
- Skarbie, proponuję się położyć...
Skarb wraca z orbity, patrzy się niby na mnie, niby przeze mnie, po czym schodzi na bok. Coś tylko tam mamrocze pod nosem. Być może jakieś kłamstwo na mój temat, być może lub na temat prowadzenia się mojej rodzicielki, być może wcale nie na temat. To się wyjaśnia dopiero po chwili. Bo ruszam dalej, pokonuję jakieś dwadzieścia metrów, nagle moje tyły osobiste sensują coś dziwnego, tam gdzieś około metr pod sobą, jakąś niestandardowość. Podczas następnych dwudziestu metrów rozpoznaję sytuację, że guma się rozgumiła. Robię stop, sprawdzam ręcznie, diagnoza zostaje potwierdzona. Daję upust emocjom werbalnie:
- Bljad'!...
Poprawiam bardziej narodowo:
- Kurwa!...
Tak ni to adresowane było, ni bezadresowe, chyba jednak to pierwsze, bo oglądam się za siebie. Nikogo jednak nie widzę, bo raz, że lekko ciemnawo, dwa, że autobus rusza zerkając na mnie światłami pozycyjnymi na zadku swym i figlarnie mrugając kierunkowskazem, co wyjaśnia tą sytuację do końca. Nie pozostaje nic innego, jak brać rower pod pachę, po czym dymać przez kładkę na drugą stronę ulicy, też do autobusu. Okay, ale co ja sobie mam o tym wszystkim myśleć? Co ma sobie myśleć przytomny, areligijny, cywilizowany człowiek? POROBISKO! Czyż nie tak?

12 września 2017

Powiedzmy, że jest to notka techniczna

Opuściwszy altanę, jakiś czas przyglądałem się łabędziom. Obok mnie jakiś dziwak rzucał im pocięte kawałki drutu. Powiedziałem mu, że łabędzie nie jadają tego.
- Nie zależy mi na tym, aby go jadły - odparł, kontynuując swą czynność.
- Ale mogą się udławić, byłaby szkoda - rzekłem.
- Nie udławią się, bo drut tonie. Jest cięższy od wody - wyjaśnił rzeczowo.
- Więc po co pan go rzuca?
- Bo lubię karmić łabędzie.

/Stanisław Lem - "Zakład doktora Vliperdiusa"/
=================
Zacznijmy od fotki. Jest to moja nowa kocia fascynacja, tak już mam, że jako osobnik bezdyskusyjnie pierdolnięty na punkcie kotów od czasu do czasu skupiam swoją uwagę na jakimś szczególnym ich gatunku. Tym razem jest to MANUL, dziki kot stepowy, który pojawił się na Ziemi dwa miliony lat temu, gdy Boska Bastet, która jest tylko Jedna, nie miała jeszcze pomysłów na większość innych żyjących obecnie sierściuchów. Rozmiarowo manul niewiele się różni od domowej kici, resztę danych można sobie wyguglać.
To teraz do rzeczy:
Zaistniała taka oto sytuacja, że od dziś wieczór forum tego bloga zostaje zamknięte. To znaczy nie tak zamknięte, że będą zablokowane komentarze, ale zostaną one poddane moderacji dopiero za jakiś czas. Ten czas zresztą nie będzie zbyt długi, tak może gdzieś około tygodnia, niemniej jednak niekoniecznie tyle, bo może też być różnie. Tak więc komentować będzie można, jednak będzie miał miejsce pewien poślizg publikacyjny. Ale czy to stanowi jakiś problem? Bo co tu jest do komentowania na temat kota? Kot jest taki, jaki jest, nawet jeśli jest tak piękny, niczym manul.
Na koniec zagadka muzyczna:
Który klip nie pasuje do pozostałych?
Sugeruję potraktować to jak koan...

=================
dopisek 19/09:
Jakby ktoś się nie zorientował, to forum funkcjonuje znowu normalnie... 

06 września 2017

JESZCZE KULKA NIE ZGINĘŁA

Klub "Koo Chia Poo" prezentował  się raczej dość skromnie na tle innych wypasionych gym i fitness clubów, w których ćwiczono przeróżne sztuki lub sporty walki. Nie był też za bardzo znany na mieście, także w kręgach karateckich i tym podobnych, więcej krążyło o nim mitów, niż prawdziwych informacji. Jednak opowieści o katorżniczych treningach, które tam miały miejsce nie mijały się z prawdą. Sporo mogłaby o tym powiedzieć Iza, która właśnie zmierzała na trening, by wykuwać swoje ciało i ducha w ogniu bólu i wyrzeczeń, którego nie mogły ugasić ani pot, ani łzy, ani krew. Tak już kilka lat to trwało, gdy mozolnie wspinała się od poziomu świeżaka, by wreszcie stać się jedną z "Orłów Wuja", elity klubu. Kim był Wujo? Był po prostu Wujem, który nie był zbyt miły, gdy ktoś się do niego zwracał per "sensei", "sabom", czy per jakiś inny fikuśny tytuł. Tolerował jedynie, gdy najmłodsi mówili doń "panie trenerze", ale oni niewiele mieli do tego okazji.
Do klubu wchodziło się od podwórka, zaś Iza, gdy skręcała w bramę z ulicy zawsze próbowała sobie, bez zbytniego skutku zresztą, policzyć ile razy ją przekraczała. Ileż to razy mijała skromną tablicę ze strzałką i nieco już wyblakłym napisem? Tak naprawdę, nie miało to dla niej znaczenia, zwłaszcza że będąc już na podwórku przestawała o tym myśleć. Jej umysł zmieniał tryb działania na "practice mode", reszta świata zeń znikała. Jeszcze tylko drzwi wejściowe, zaś za nimi jej nos chwytał znajomy zapach potu zmieszany z delikatną wonią kadzidełka sandałowego. Potem jeszcze drzwi do szatni, w której dwóch golasów akurat przestawało nimi być. Iza przywitała sie z nimi, po czym podeszłą do swojej szafki i już po chwili, na chwilę zresztą sama stała się takim golasem. Koedukacyjność szatni nie stanowiła tu żadnego problemu, szokowało to jedynie świeżaków, ale też jedynie na samym początku. Jeszcze tylko szybka wizyta w kibelku i nasza bohaterka dziarsko wkroczyła na główną salę. Pomieszczenie było dość przestronne, miało miejsce na ring, nieco przyrządów do ćwiczeń, trochę przestrzeni, na której asystent Wuja katował świeżaków, z sufitu zaś pod ścianą zwisały worki do obijania, jednym słowem było gdzie ćwiczyć, żadnego tłoku. Izie nie musiał nikt tłumaczyć, co ma robić, znała swój grafik na pamięć, jednak do dobrego tonu należało pójść do Wuja i o to zapytać. Bo nie zawsze odpowiedź brzmiała "rób swoje". Wujo siedział w swoim kantorku studiując uważnie fusy w szklance po herbacie.
- Ziemia do Wuja, co mam dziś robić?
Ten zaś spojrzał na nią z uśmiechem i rzekł:
- Cześć Iza, śliczna jak zwykle.
Dziewczyna zrobiła niewinną minkę i zatrzepotała rzęsami mówiąc:
- Och ten Wujo, jak on potrafi rozmawiać z kobietami.
Wujo jednak przeszedł do konkretów:
- Tyle pieszczot wystarczy, idź się teraz rozgrzej, zaraz do ciebie przyjdę, mam nową kombinację dla ciebie do przećwiczenia. Aha, czy jest już Adam i Tomek? Widziałaś ich po drodze?
- Tak, coś tam marudzą w szatni.
- Rozumiem, że mojej pedagogicznej porażki jeszcze nie ma?
- Jolka? Pewnie że nie. Utrwala porażkę rutynowym spóźnieniem.
- Tak sobie myślę, że ona po prostu lubi te karne pompki. A ty...
- Wiem. Do roboty!
Wychodząc z kantorka wpadła na Adama i Tomka...
Gdy kończyła rozgrzewkę ze swej nory wyłonił się Wujo. Najpierw podszedł do dwóch "średniaków" tłukących w worki, skorygował im techniki, potem zajrzał na "parkiet płaczu" ze świeżakami, potem do rozgrzewających się Adama i Tomka. Coś im tłumaczył chwilę i gestem wysłał na ring. Wreszcie dotarł do Izy i pokazał jej sekwencję ciosów i kopnięć do przećwiczenia. Tymczasem do sali wkroczyła Jola, zaś Wujo na jej widok wyłapał banana od ucha do ucha. Dziewczyna podeszła do niego:
- Ile?
- To ty mi powiedz ile. Jak będzie za mało to...
Tu Wujo zawiesił głos na chwilę, po czym:
- Nie, dziś się bawimy inaczej. Jedziesz dotąd, aż powiem że już.
- Rakarz!

Zanim Jola zabrała się do pompek, zdążyła pokazać Wujowi język...

Sala powoli pustoszała. Ktoś jeszcze leniwie tańczył z mopem po parkiecie płaczu, ktoś leniwie obijał worek tak, jakby nie chciał się z nim rozstać, jakichś dwóch świeżaków robiło sobie wzajemny masaż. Czwórka "Orłów Wuja" stała pod kantorkiem, za chwilę jednak weszli do środka. Wujo przerwał swoje ulubione zajęcie i odstawił na bok szklankę z fusami, której kontemplacją zajmował się nagminnie.
- No co tam moje orły?
- I orlice.
- Tak, tak Jolu genderolu i orlice. Jest tak, że jutro nie chcę was tu widzieć na oczy i żadnego ćwiczenia w domu. Ma być luz, relaks, słodkie leżenie bykiem, no, może odrobina spacerku. Za to pojutrze egzamin. Od razu mówię, że to nie będzie żaden turniej, czy zawody, na tym się już znacie nieźle. Pójdziecie do knajpy.
- Do knajpy to chyba po egzaminie?
- Adasiu, nie było przerywać. Ja mówię.
Cała czwórka popatrzyła na siebie niepewnie.
- Wiecie, gdzie jest pub "Narodowy"?
- Ja wiem, to niedaleko mnie. Tam się złażą naziole, kibole, skinole, całe tatałajstwo lewackie, oneery, wszechpolaczki i takie tam inne...
- Otóż to. Wybierzecie się tam wieczorem.
- Co mamy tam robić?
- Wejść i być. Reszta się już zadzieje sama.
- Aha. Po prostu mamy tam komuś spuścić łomot?
- Jolasiu, cukiereczku mój, jak ty mnie doskonale rozumiesz.
Męska część Orłów nie bardzo jednak rozumiała:
- No, ale...
- Komu konkretnie?
- Jakiś scenariusz?
- Żadnych scenariuszy. Scenariusz napisze życie.
Tu Wujo rzucił okiem na szklankę z fusami i dodał:
- Scenariusza nie będzie, scenografia to już sprawa właściciela knajpy, do was jedynie będzie należeć dobór kostiumów. Sikorki mają się ubrać, jakby się same prosiły o gwałt.
- Nikt mnie nigdy nie zgwałcił, ani z proszeniem, ani bez.
- Iza, nie niszcz mi obrazu inteligentnej kobiety.
- Ja ci to potem wytłumaczę.
- No tak, widzę, że Jolasia ma już bojowe kurwiki w oczach.
- Ale mnie też nikt nie zgwałcił.
- Może już pora?
- Tak, Tomuś Dowcipuś się odezwał. Sam się zgwałć mądralo.
- Teraz? Przy ludziach?
- Dobra dzieciaki, koniec bazaru. Pozostaje jeszcze sprawa kreacji dla panów. Tomek może włożyć cokolwiek, wystarczy że jest ciapaty.
- Jaki?
- To jest ich lewackie określenie twojej karnacji cery. Natomiast ty Adasiu, jako typ czysto aryjski ubierzesz się jak rasowy gej.
- Jak się ubierają geje? Rasowe do tego?
Tu całe towarzystwo ryknęło śmiechem. Byli jak w rodzinie, znali więc pewne swoje tajemnice. Na przykład seksualne gusta Adama. Gdy ucichło, Wujo skorygował:
- Fakt, źle to ująłem. Powinno być stereotypowe geje.
- Czyli różowy tiszert? Fe, toż to ohydne!
- Karateka nie narzeka!
- Jolka, prosisz się o gwałt!
Po tych jego słowach Jolasia błyskawicznie odwróciła się, zsunęła z pupy legginsy i wypięła do Adasia. Zaś Iza z Tomkiem zaczęli skandować:
- Jedziesz Adaś, jedziesz!
Wujo odwrócił się dusząc się i krztusząc ze śmiechu. Trochę to trwało, zanim doszedł do siebie, otarł łzy i oświadczył:
- Jolanto, twa zacna pupa nie licuje z powagą dojo.
Zacna pupa została jednak już odziana, zaś Wujo zreasumował:
- Sobota, osiemnasta, wchodzicie do Narodowego. Powtarzam specjalnie do wiadomości naszej punktualnej Jolanty, że OSIEMNASTA. Iza proszona jest o zero chichotu, gdy to mówię.
- A Wujo?
- Wy się już o Wuja nie martwcie, martwcie się o własne...
Tu wymownie spojrzał na Jolasię, która właśnie poprawiała garderobę.

Do pubu "Narodowy" powoli dreptał starszy pan z laseczką. Odziany był on w stylu "Gajowy Marucha", czyli w stary mundur kombatanta z kampanii wrześniowej, buty oficerki, zaś na głowie miał spłowiałą maciejówkę. Stojący na chodniku przy wejściu skini rozstąpili się bez słowa, zaś dziadek wszedł do środka. Podszedł do szynkwasu, zamówił kufel piwa, zapłacił, po czym usiadł przy pustym stoliku w najdalszym kącie sali. Upił tęgi łyk, mimicznie wyraził uznanie dla jakości trunku, rozsiadłszy się zaś wygodnie dyskretnie rozglądał się dookoła. Wystrój był nader ciekawy, stylizowany na monachijski Hofbräuhaus am Platzl. Tylko na ścianach wisiał Orzeł Biały, powstańcza "kotwica", replika bohomazu częstochowskiego, nad barem wielki krucyfiks, zaś nieco poniżej z boku stylowy zegar. Nie pasowała jednak do tego muzyka, która choć niezbyt głośna, mieszała się z gwarem rozmów i rechotliwego śmiechu gości. Po pewnym jednak czasie tandetne tożsamościowe disco polo zastąpił Sabaton, co niewątpliwie zmieniło klimat miejsca na stokroć bogatszy intelektualnie. Sami goście lokalu byli rozmaici, klasycznych, stereotypowych skinów nie było zbyt wielu, było za to nieco ludzi ubranych w tiszerty opacykowane w przeróżne motywy "narodowe". Kobiet było niewiele, ale one też były rozmaite. Oprócz typowych dla tego biotopu babonów, można było dojrzeć niczego sobie dupencje. Nie było jednak cycatych kelnerek, ale to już osobna sprawa.
Starszy pan nie zwracał zbytnio niczyjej uwagi, czasem tylko ktoś rzucił okiem. Na pewno nie były to spojrzenia wrogie ani ciekawskie. Raczej obojętne, choć niektóre mogły przejawiać znamiona dyskretnego szacunku. Minęło około godziny. Dziadek zdążył w tym czasie dopić piwo, zamówić następne, odwiedzić nader czystą toaletę, zaś wskazówki zegara powoli zaczęły tworzyć odcinek zorientowany pionowo do poziomu...
...po kwadransie zaś, tak z grubsza, utworzyły kąt prosty, po następnym, również z grubsza, dłuższa zaczęła pokrywać krótszą. Starszy pan studiował zawartość kufla, wreszcie po cichu zanucił:
- Jolka, Jolka, pamiętasz...
Po tych słowach drzwi wejściowe do pubu otworzyły się, zaś pan "Gajowy Marucha" wyjął smarkfona i wymaćkał go na "video mode"...

To nie mogło zadziałać, choć może warto było spróbować. Wujo zarządził spotkanie "u Chinola", czyli w przemiłej restauracji "Yem To Sam". Miało być na siedemnastą trzydzieści, jedynie Joli przekazał siedemnastą. Ona jednak wybrnęła z tego po swojemu przychodząc o osiemnastej. Karą było, że straciła przystawkę z meduzy, ale dla weganki taka kara jest raczej nagrodą. Po chwili nabożnej ciszy zagaił Wujo:
- No cóż moje orły... Tak tak, orlice też, Jolka cicho bądź. Egzamin zdany na piątkę plus, według starej skali. Co prawda Izka musiała opuścić raz gardę by oberwać w swój śliczny dziobek, ale kilka dni w ciemnych okularach urody jej nie ujmie. Reszta okay. Co było w tym wszystkim piękne, to wdzięk z jakim orlice zdejmowały szpilki.
- Bo ja w szpilkach nie lubię i nie umiem.
Tu Tomek mruknął półgębkiem:
- Bo ty w szpilkach nic nie umiesz, a zwłaszcza chodzić.
- Spokojnie dzieciaki, zanim rozwiniecie ten wątek rzućmy okiem na film. Tam jest jeden taki moment, którego za bardzo nie rozumiem.
Tu Wujo wyciągnął lapciaka z torby i gdy system się podniósł odpalił przegrany nań film. Przewinął prawie do końca i zatrzymał stopklatkę:
- Popatrzcie na tego grubego. Leży...
- Nie miał prawa nie leżeć!
- Cicho, wiem. Popatrzmy jednak dalej. Nasza piękna Iza siada mu na twarz.
- No co? Duszenie "koo chia poo", chyba nienaganne technicznie?
- Tak, tylko zobacz co się z nim potem dzieje? Tak jakoś nietypowo się dławi, tak po przyduszeniu normalny człowiek nie reaguje, a że kiecka przysłoniła wszystko, to nie wiadomo, co się stało.
- To nie jest normalny człowiek, to lewak narodowy.
- Zamknij się Adasiu, Izka kontynuuj.
- Po prostu byłam bez majtek. Dla wygody.
- To nadal nic nie wyjaśnia.
- Ojej, Wujo to musi być taki dociekliwy. Kulki gejszy mi wypadły.
- No, to sprawa wyjaśniona.
- Nie bardzo. Nie odzyskałam tych kulek.
- Kupimy ci drugie. Możemy nawet wsadzić.
To zaproponował Tomek, który dotąd siedział cicho.
- Kulka kulce nierówna.
Ta rezolutna uwaga Joli nie zbiła go z pantałyku:
- Kulka jest okrągła, a dziury są dwie.
- Kulki też są dwie idioto.
Ta walkę dharmy przerwała kelnerka, która jak na chińską knajpę przystało, była rodowitą Ukrainką. Trenując akcent spytała:
- Kula na otlo dlja kawo?
- Miała być kaćka.
Wujo wkroczył do akcji:
- Niech będzie i królik, drób to drób. 
Tu nie sposób przyznać racji, zwłaszcza że czeka nas czas łosia.
Albo innego szakala, złocistego zresztą.
 
Właściwie to powinien być już koniec tej opowieści, ale problem w tym, że to jeszcze nie jest koniec. Bo jakiś tydzień, może dwa później do klubu "Koo Chia Poo" wmaszerowało narodowym krokiem dwóch kolesi. Jeden wyglądał tak japiszonowato, aczkolwiek inteligentnie, drugi zaś to typowy burak naziolski. Pora była wczesna, sala pustawa, ktoś tam tylko pod ścianą tłukł w worek. Przybysze znanym tylko im sposobem znaleźli drogę do kantorka. Tam akurat siedział Wujo, który dopijając herbatę, ustalał strategię kontemplowania fusów, gdy już ją dopije.
- Dzień dobry.
- Jak słyszę, zna dzień dobry to niech wejdzie i usiądzie. Fizyczny czeka za drzwiami, niech idzie sobie na salę, niech się nie nudzi, niech sobie powali w worek na koszt firmy. W czym mogę pomóc?
- Bo widzi pan, zaistniała taka sytuacja, że był zamach.
- Okay, ale kto mnie informuje o tym zamachu?
- Sorry, nie przedstawiłem się. Jestem właścicielem pubu "Narodowy".
- Znam. Macie niezłe piwo.
- Kraftowe.
- Tylko klientela jest do dupy. Niewarta wcale tego piwa. Ale do rzeczy, o co się zasadniczo i centralnie rozchodzi?
- Bo u nas był zamach.
- Herbaty? Japońskiej, czy chińskiej?
- Nie, dziękuję. To był zamach terrorystyczny.
- Czytałem o wybryku chuligańskim, ale może nie tam czytałem.
- To musiał być akt terroru, bo widziano wśród nich uchodźcę.
- Nadal jednak nie pojmuję, dlaczego pan tu jest.
- Bo robimy remont.
- Ale my się tym nie zajmujemy.
- Po remoncie zdecydowałem zatrudnić ochronę.
- Również pomyłka w adresie, to nie jest agencja ochroniarska.
- No tak, ale mówią na mieście...
- Ileż to rzeczy mówią na mieście.
- Mówią, że jesteście dobrzy.
- To mi akurat pochlebia. Takie jest założenie tego klubu. Wie pan co znaczy dojo po japońsku? To język taki, jakby co.
- Nie wiem.
- Dojo to miejsce, gdzie człowiek staje się dobry. Ale może przyspieszmy temat, bo mam jeszcze sporo ważnych zajęć.
Tu Wujo spojrzał na niedopitą herbatę z jej wspaniałymi fusami.
- Chce pan nam zaproponować pracę? Tak?
- Tak.
- Na posadzie ochrony przed terroryzmem. Tak?
- Tak.
- To ja panu mówię już, że pana nie stać.
- O jakich sumach mówimy?
- Problem w tym, że to nie jest kwestia pieniędzy.
- Nie rozumiem.
- Wiem. Spytam wprost. Lubi pan swoich klientów?
- Szczerze? Chyba nie za bardzo.
- To chyba się zaczynamy dogadywać.
...
Dogadali się. Długo by o tym opowiadać, ale już po roku pub "Narodowy" zmienił nazwę na "Normalny" i zmienił się wystrój sali. Muzyka też, poza Sabatonem, to akurat zostało. Piwo /kraftowe!/ też się nie zmieniło, nawet jest jakby nieco lepsze. Lewaki narodowe nie mają tam wjazdu, chyba że się zachowują. Co poniektórzy zresztą zaczęli trenować w "Koo Chia Poo", po czym stali się dobrymi ludźmi. Stał się nim także gruby skin, ten co go przysiadła kiedyś Iza. Tyle, że nie jest on już gruby, nie jest też skinem, ani żadnym innym naziolem. Kulki Izy zaś nie zginęły, być może się nieco wytarły, ale co ona z nimi robi sama lub pospołu z owym byłym grubym skinem, niech skryje zasłona prywatności.

24 sierpnia 2017

gdy z biurwy byka post wynika (chwilówka)

Literówki... Któż ich nie popełnia? Z pośpiechu, niechlujstwa, gamoństwa, złego usłyszenia, zobaczenia, przeczytania i takie tam jeszcze inne. Czasem kompletnie nie mają znaczenia, czasem wręcz nikt ich nie zauważa, więc nie stanowią problemu. Czasem jest też chwila śmiechu, czyli na zdrowie wychodzi. Niekiedy jednak mogą narobić niezłego kłopotu. Choćby wczoraj. Jakaś biurwa raczyła zmienić mi jedną literę w nazwisku, pierwszą do tego. Okay, nic się przeważnie wtedy nie dzieje, bo chociaż przekręcanie cudzych nazwisk taktownym nie jest, to ja obraźliwy nie jestem. Niestety tym razem się zadziało. Wyszło na to, że mnie nie ma, jest za to ktoś, kogo nie ma, to zaś może pociągnąć za sobą jakieś skutki dla mnie nie za fajne. Daruję już sobie detale sprawy, one są bez znaczenia, puenta jednak wyszła taka, że mam nieco czasu w plecy, bo to na mnie padło, by to odkręcić. No, ni wała, taka jest procedura, zaś ja sobie mogę najwyżej jogę poćwiczyć, asanę "całowanie się w tyłek". Okay, odrobina ruchu na świeżym(?) powietrzu nikomu jeszcze nie zaszkodziła, byle nie padało, bo nie lubię wtedy. Nie chodzi mi teraz o jogę, ale o wycieczkę po jakiś pieprzony papier, który ma przywrócić równowagę świata. Tylko DLACZEGO JA? Toż to biurwę mus gonić, nie mnie, niech odkręca temat, tak? Niestety nie ma, nie ma kurwa /biurwa?/ sprawiedliwości na świecie, a podłość ludzka nie zna granic.

13 sierpnia 2017

2 in 1: edukacja plus promocja (post prospołeczny)

Lato to taka pora, gdy raczej nie można ode mnie oczekiwać zbyt wielkiej aktywności twórczej na własnym blogu. Aby jednak nie wziął i nie zarósł on pleśnią lub pajęczyną niegłupio wydaje się czasem coś opubliczyć.
Tedy więc...

CZĘŚĆ PIERWSZA (edukacyjna):
Dlaczego marihuana jest nielegalna?
/przedruk z "Super Trawka - portal konopny"/

Marihuana przynosi wiele korzyści, leczy choroby związane z układem krwionośnym, odpornościowym i nerwowym, a nawet może leczyć raka. Już są odpowiednie badania naukowe na ten temat. Dodatkowo nie wywołuje szkodliwych działań w organizmie, w przeciwieństwie do innych środków odurzających sprzedawanych w sklepach, takich jak papierosy i alkohol, jest nawet zdrowsza od tego, co dostajemy w marketach – zmodyfikowanej żywności pełnej chemicznych polepszaczy i konserwantów. Dlaczego w takim razie jest zakazana? Dlaczego nie można jej kupić w każdym kiosku, tak jak chociażby papierosów?
Cofnijmy się o prawie wiek
Logicznie myśląc, najprościej uznać, że naukowcy dokładnie zbadali marihuanę i wspólnie doszli do wniosku, działając w interesie całej ludzkości, że marihuana jest szkodliwa i powinno się jej zakazać. Tak jednak nie było, a marihuana stałą się oficjalnie zakazana już w 1930 roku. Żeby odpowiedzieć sobie na pytanie zawarte w tytule, cofnijmy się do tego czasu.
Jest rok 1929, Harry Anslinger objął stanowisko szefa Departamentu Prohibicji w Waszyngtonie. Były to czasy prohibicji, która wiemy jak się skończyła. Alkohol miał zniknąć z życia ludzi, a stało się jeszcze gorzej. Był znacznie popularniejszy, tańszy i bardziej dostępny. Zmieniło się jedynie to, że jego rozprowadzaniem i zbieraniem pieniędzy zajmowała się mafia a nie rząd.
Prohibicja alkoholowa została zatem zakończona i okazałą się wielką porażką. Co zatem z Departamentem Prohibicji w Waszyngtonie? Tyle ludzi nagle miałoby stracić pracę? No właściwe, co się wtedy stało? Szef departamentu zaczął szukać nowej misji – nowego celu i zarazem powodu, dla którego departament mógłby istnieć i działać dalej.
Padło na marihuanę
Harry Anslinger zaczął głosić tezy, że popularna i jak sądzono nieszkodliwa marihuana, może zmienić człowieka w potwora. Rozpowszechniał swoje twierdzenia, jakoby marihuana miała odbierać rozum i prowadzić do trwałej niepoczytalności, a nawet śmierci.
Harry Anslinger dał się w szczególności pochłonąć obsesji na temat jednego przypadku. Na Florydzie chłopiec imieniem Victor Lacata zarąbał swoją rodzinę na śmierć siekierą. Przypadek został nagłośniony, a rodzice w całym USA byli przerażeni. Harry Anslinger zwalił winę za ten brutalny czyn nie na otoczenie i chorobę nastolatka, a właśnie na marihuanę. Co ciekawe, nikt nawet nie wspomniał o tym, że nastolatek był pod jej wpływem. Psychiatrzy nastoletniego mordercy nie wspominali o tym słowa w swoich raportach, wspominali natomiast fakt, że w jego rodzinie występowały liczne przypadki chorób psychicznych. Ciekawe prawda?
Medyczne dowody na szkodliwe działanie marihuany
Spytacie, co wtedy sądził świat nauki o marihuanie? Był zdania, że nie jest szkodliwa. Harry Anslinger zlecił badania 30 niezależnym naukowcom z całego świata i aż 29 jasno stwierdziło, że nie ma żadnego zagrożenia.
Oczywiście Anslinger zaakceptował tylko jedno z badań. Nie zgadniecie które. Oczywiście rozpowszechniono badania jednego z 30 naukowców, który stwierdził, że marihuana może powodować zmiany psychicznie u ludzi.
Media podłapały temat
Media szybko powiązały wyniki badań „potwierdzające” szkodliwość marihuany z przypadkiem brutalnej serii mordów na Florydzie i panice, która ogarnęła USA, marihuana została błyskawicznie zakazana. Inne kraje poszły wzorem „mądrzejszego” i również wydały podobne zakazy.
Oczywiście nie wszystkie kraje się z tym zgadzały. Dla przykładu Meksyk zlecił badania własnym lekarzom, którzy także stwierdzili, że nie widzą zagrożenia w konopi indyjskiej, nie było więc powodu do niepokoju, a tym bardziej potrzeby zakazu i utworzenia jednostki do walki z nią.
Meksyk się wyłamał
Władze USA nie były zadowolone z tego, że ich najbliższy sąsiad nie zgadza się z ich polityką. Obawiano się, że obywatele USA będą częstymi gośćmi w Meksyku – w kraju, w którym marihuana jest legalna oraz tego, że będą z niej przemycać „nielegalne narkotyki”.
Jak postąpiły władze USA? Dopuściły się szantażu. Do Meksyku szybko zostały wstrzymane dostawy środków przeciwbólowych. Kiedy pacjenci w meksykańskich szpitalach umierali w bólu, wtedy władze Meksyku również zgodziły się zakaz marihuany.
Lekarze przez lata bronili marihuany
Wielu lekarzy przez lata usilnie próbowało odmienić sytuację. Przeprowadzali własne badania, które „oczyszczały marihuanę z zarzutów”. Niestety było już za późno. Ludzie szybko przyjęli fakt, że marihuana jest szkodliwa, a rząd był głuchy na zdanie lekarzy.
Dziś większość świata wciąż boryka się z dotyczącymi marihuany zakazami, które wprowadził Harry Anslinger.
Chyba już czas obalić ten mit? W USA, w kraju, w który ten mit stworzył dzieje się to na naszych oczach. A co z innymi krajami?
A co z Polską? (dopisek redakcji)...
/link do Super Trawka: ===TU=== oraz na szpalcie bocznej bloga/

CZĘŚĆ DRUGA (promocyjna):
Promocja związana jest z faktem, że część polskich lekarzy nie zapomniała, co to jest HONOR, co to jest ETOS zawodu lekarza oraz wciąż pamięta, co to jest SZACUNEK dla życia, a szczególnie zaś dla życia kobiety. Aby /mimo utrudnień prawnych tworzonych przez reżim podłej zmiany/ móc godnie realizować misję pomagania ludziom podczas wykonywania swojej pracy zawiązali oni inicjatywę "LEKARZE KOBIETOM". Więcej informacji pod tym linkiem ===TU===, który również znajduje się na szpalcie bocznej bloga.
======
Część muzyczną dedykujemy lekarzom "klauzulowym":

29 lipca 2017

nieprzytomność gadżetnicy (chwilówka)

To było jakoś tak chyba wczoraj. Jadę sobie na rowerze, grzecznie, ścieżką rowerową, dojeżdżam do pasów na jezdni, karnie sobie przystaję, jak Weles przykazał, bo czerwone. Żeby nie było, to ja taki legalista nie jestem, bo jak są warunki, to nie przystaję. Ale nie było, więc zero tematu. Jest już zielone, jadę więc dalej. Plan jest taki, by skręcić potem w prawo, ale...
Kursem kolizyjnym idzie Ona, jakoś tak się pojawiła była. Szybko ogarniam wzrokiem wszelkie jej detale, które normalny chłop ogarnia wzrokiem. Jest nieźle, ale nie w tym rzecz. Patrzę na pysio, na cielęcy zachwyt na nim się malujący, gdyż oczy jej wpatrzone są w srajfona, ajajfona, czy jakieś tam inne miziadło. Ona też chyba przycięła kątem oka, że coś może być nie tak, więc oboje rozpoczynamy próby manewrów wymijających. To się długo opisuje, de facto jednak sytuacja jest dynamiczna, trwająca ułamki sekund. Suma sumarum, stało się! Dupencja włazi mi okrakiem na przednie koło od rowera. Kolejny ułamek sekundy to taka stopklatka. Ona wpatrzona w swój gadżet, ja w dekolt gadżetnicy. Dekolt skromny, gustowny, choć narodowy burakonserwatysta skłamałby politpoprawnie, że "cycki na wierzchu". Taki to ma wyobraźnię, nieprawdaż? A mówi się, że to debile. Wróćmy jednak do sytuacji. Nawiązuje się, dość krótki zresztą dialog:
- No żesz!
- Pszaszam.
Dupinka włącza wsteczny, odkracza mi koło roweru, rusza dalej. Odwracam się, rzucam nieco okiem na jej zaplecze gdy wchodzi na pasy, nagle pisk hamulców. Nic się na szczęście nie stało, jadę dalej, dla mnie ta sytuacja już się skończyła. Sprawa jednak jest. Bo to nie pierwszy raz tak. Pcha się taka sierota pod koła auta, wpada mi na rower, albo też na osobę, gdy akurat naginam z bambosza. Elementy wspólne to gadżet i nieprzytomność na twarzy. Poza tym zawsze jest to TA sierota, a nie TEN sierot. Tu nie ma żadnego seksizmu, tu jest czysta, żywa nauka, naga prawda, naga niczym modelka z rozkładówki Hustlera. Do tego bez retuszu krosty na pupie, czyli jeszcze prawdziwsza od prawdziwejki.
Seksizm byłby wtedy, gdyby na tej podstawie dowodzić wyższości bab nad chłopami lub na odwrót. Tymczasem ja nie wiem jak to ocenić. Czy lepsze są baby, bo na mnie wciąż wpadają, czy gorsze są chłopy, bo oni na mnie nie wpadają, czego zresztą akurat wcale nie chcę.
...
Pora na część muzyczną, ale najpierw nieco wstępu. Od zawsze uważam, że sercem metalu jest bembę, a raczej fizyczny, który ten sprzęt obsługuje. Bez fizycznego zero metalu, tylko jakieś tam brzdąkanie, szarpanie druta to jest. Pytanie jednak, co jest esencją tegoż metalu od strony duchowej? Tu również od zawsze uważam, że poczucie humoru, dystans do...
Do wszystkiego zresztą. Tyle ględzenia, teraz słuchamy...
Aha, jest na YT nowsza płyta, ale tak po chamsku pochlastana reklamami, że wątroba by mi zgniła, gdybym ją na tym blogu zamieścił. Płytę, rzecz to jasna, nie wątrobę. Mimo to też polecam.

Zaś na bis nieco klasyki, takie special guest star.

30 czerwca 2017

bez pojęcia (chwilówka)

Wizyty w tej księgarni stały się u mnie jakąś tam tradycją,  świecką rzecz jasna, a tu nagle taki zonk. Bo jak to? Było otwarte, a teraz zamknięte. To tak nie może być. Ale jest. Trudno, co robić. Niemniej jednak już odchodząc pomyślałem sobie, że coś tu się odbywa dość mocno bez pojęcia. No, bo załóżmy, że lokal zamknął czynszobiorca. Bez sensu to jednak upieprzać dłużnikowi opcję szybszej spłaty długu. Ale być może też, że firma sama zamknęła swój lokal. Jednak wydaje się to być ruchem samobójczym, tak? Ale tu akurat nie bardzo. Bo potem się dowiedziałem, że firma ma grubsze problemy natury finansowej, więc może być także i tak, że otwarty sklep przynosi straty. Poza tym kto powiedział, że ktoś chce w ogóle ten czynsz płacić? Tak, czy owak uznałem, że ta sprawa mnie przerasta, więc nie ma co sobie nią zawracać głowy. Taka mi wyszła puenta, niemniej jednak i mimo wszystko upieram się, że treść kartki jest bez pojęcia.
...
Tegoż dnia miałem okazję zobaczyć jeszcze jedno bez pojęcia. To było tak, że zajechał pick-up jakichś służb miejskich, chyba po gałęzie, które burza zwaliła na ulicę. Bo tam akurat jeszcze jakieś drzewa są, rzeźnik Natury nie zdążył ich podle zmienić. Fura zaparkowała, ale coś chyba źle zaparkowała, a szofer uznał, że trzeba tą sytuację poprawić. Jego prawy wysiadł, chyba miał posterować przy cofaniu, ale nagle wpadł na pomysł, by sobie gdzieś zadzwonić. Gadżetuje przy telefonie, zaczyna bajerę, zaś samochód cofa. Teoretycznie miał cofać, aż kierowca usłyszy, że już, że stop. Nie usłyszał. Za to wjechał tyłem na znak drogowy. Tak wjechał, że go przygiął jakieś czterdzieści pięć stopni. Prawy tego nie widzi, gada dalej, dopiero szofer się zorientował, że coś nie tak. Dał więc do przodu, wyskoczył z wozu, zaś jego kumpel dopiero wtedy zauważył, co się dzieje. Od tego momentu zaczyna się kolejny odcinek kultowego serialu "Sąsiedzi", czyli ubaw po całości. Najpierw chłopaki patrzą po sytuacji. Wreszcie jeden łapie za telefon, ale drugi mu nie daje. Bo jak to tak? Kapować nie wolno, zaś pomocy wołać obciach. Sami dadzą radę. Jeden próbuje znak postawić na powrót, ale coś mu nie idzie. Drugi chce mu pomóc, ale nie ma podejścia. No, to czas pogadać, co dalej. Jeden się drapie po głowie, drugi po tyłku, wreszcie wydrapali, że jest koncepcja. Rąsią nie dało rady, ale zadkiem, zadkiem auta zresztą, powinno się udać. Kierowca wraca za fajerę, robi oberka, potem przymierza się tym zadkiem od drugiej strony. Tym razem prawy kooperuje, dyryguje uważnie. Wóz się cofa, cofa, pomalutku, spokojnie... Wreszcie pierdolnęło. Stało się to, co miało się stać. Kto miał w ręku cienką metalową rurkę, ten wie, że jak się ją zegnie, potem zaś odegnie na powrót to zrobią się wtedy dwie krótsze. Tak to działa. Czyli był znak, nie ma znaku. Co było dalej, tego nie wiem. Ta sprawa również mogła mnie przerosnąć i głupio byłoby tak z mokrymi od śmiechu portkami naginać po ulicy. Trza mieć ambicję, dbać o opinię, tak?
Roztropnie tedy poszedłem sobie.
No nieee... Teraz już żartowałem, bo dbanie o opinię też jest bez pojęcia. No, może nie zawsze, ale tak mnóstwo przeważnie na pewno.
...
Filmik jest w dwóch wersjach, ale przyznam szczerze, jak zwykle zresztą, że ta druga, choć również zabawna, to jednak inna bajka. Zresztą oceńcie sami.

22 czerwca 2017

czas słowiańskich Walentynek (chwilówka)

Właściwie to Kupała, nasze rodzime, słowiańskie święto, miała już miejsce wczoraj. Astronomicznie podchodząc do sprawy, to wtedy powinien mieć miejsce obrzęd. Jednak religia to nie tylko magia, to także pewien aspekt społeczny. Niestety obecne realia zmuszają do wykonania pewnego splitu. Można dokonać rytuału o właściwej mu porze, ale jedynie w otoczeniu tych najbliższych bliskich i to też tylko tych, z którymi daje radę. Jednak w nieco szerszym gronie to już porażka. Trzeba się dogadać jakoś, ustalić wspólny termin. Zwykle jest to najbliższy weekend. Okay, skoro tak ma być, niech będzie, im więcej okazji do świętowania, tym fajniej. Zwłaszcza, że...
Ten blog to nie kurwizja, której dziennik telewizyjny różne fakty uważa za niebyłe, więc uczciwość dyktuje, aby wspomnieć też, że zaraz później ma miejsce Noc Świętojańska. Otóż kiedyś te ziemie zdominowała pewna obca, napływowa religia. Racje polityczne podyktowały wtedy wyrżnięcie nieco narodu, tak w ramach miłości bliźniego rzecz jasna. Powstało nowe święto, a raczej zmutowane stare, bo ta nowa religia niewiele nowego stworzyła tak sama od siebie. Choć starego obrzędu już w nim nie ma, to poszukiwanie Kwiatu Paproci jednak pozostało. No, i zarąbiście! Im więcej szczytowań na świecie, tym więcej pozytywnej energii go przenika. Tak?
Dochodzą jeszcze Wianki do kompletu, taka już bardziej świecka tradycja. Czyli jeszcze lepiej! Zaś smutasom biada! Niech się karmią swoją urban legend na temat dzikich orgii, wyuzdanej rui, tudzież poróbstwu, które ma ponoć wtedy miejsce. Nie ma co tracić czasu na tłumaczenie smętnym dupkom, że tak nie było za czasów naszych przodków, nie ma też teraz. Był i jest tylko zdrowy luz. Tak też będzie.
Tyle...

17 czerwca 2017

intermedium, żeby było jakieś zajęcie (chwilówka)

"Kot pustynny, kot arabski (Felis margarita) – gatunek drapieżnego ssaka ze z rodziny kotowatych. Został se on był odkryty w 1856 roku przez francuską ekspedycję w głąb Sahary. Łacińska nazwa gatunkowa została nadana na cześć komendanta Margueritte'a, dowódcy ekspedycji"
/Wikipedia, cytat odrobinę podrasowany estetycznie/
ale:
margarita = perła (po hiszpańsku)
My to suportować, bo coś w tym jest.
Jeszcze akcent muzyczny na odgrzybienie umysłu.
Tak dla zdrowotności...

03 czerwca 2017

(Anty)koncepcja draństwa

Wstęp samokrytyczny:
Kiedyś zdarzało mi się wyznawać i wyrażać pogląd, że państwo ma prawo zakazywać kobietom usuwania wczesnej ciąży /pierwszy trymestr/ tylko pod warunkiem, że dostarczy ono obywatelom idealnej antykoncepcji, stuprocentowo skutecznej, stuprocentowo nieupierdliwej, stuprocentowo obojętnej dla zdrowia, do tego, rzecz jasna darmowej. No cóż. Jedynym usprawiedliwieniem tworzenia sobie w głowie, tudzież artykułowania takiej głupoty jest fakt, że taka antykoncepcja nie istnieje i nie zaistnieje. Głupoty, bo prawda jest inna. Państwo nawet wtedy nie ma prawa tego zakazywać. Bo jakby nie było, kobieta ma prawo się rozmyślić, nawet, gdy ciąża była chciana. Mogą się też zmienić jej uwarunkowania, sytuacja. Tak? Ergo, państwo, które jej tego zakazuje to nie państwo, tylko draństwo. Takiego państwa nie można brać na poważnie.

Tyle wstępu, jedziemy dalej:
Tak szczerze mówiąc, to nie za specjalnie chce mi się bawić w ekspresje artystyczne, więc streszczę jedynie tak z grubsza sytuację, która zresztą nie jest zbyt ciekawa, co więcej i co gorsza, jest za ciekawa:
- Zakaz usuwania ciąży. Stary temat od ponad ćwierćwiecza.
-  In vitro. Mało dostępne, tylko dla wybranych.
Podła zmiana dorzuca do pieca w trybie "z bomby":
- Kwestia landrynek dla dziewczynek, którymi to ponoć te dziewczynki obżerają się do porzygu. Bogate te dziewczynki muszą być, co więcej całe ich mnóstwo. Kto nie zatrybił, to podpowiem, że chodzi o pigułki "po".
- Medialny szum na temat wspomnianych landrynek przysłonił sprawę nonoksynolu. Zawierają go takie produkty, jak Patentex Oval, Kolpotex lub jeszcze inne w tym guście. Czyli globulki albo żele plemnikobójcze. Nie zawsze skuteczne (pi razy drzwi jakieś 80%), nieco upierdliwe, jak każda antykoncepcja zresztą, ale były. Były, bo nie ma. Zniknęły jak sen jakiś złoty z aptek, z sex shopów, zaś w hurtowniach nikt nic nie wie. Urzędasy na wyższym szczeblu administracji palą głupa, oficjalna zaś wersja jest, że firma dostarczająca ten produkt wycofała się z dostaw. Ciekawe. Sama się wycofała, nikt jej nie pomógł podjąć takiej decyzji? Wszystkie takie firmy? Wszystkie podobne produkty dostępne na rynku przed podłą zmianą?
Co prawda dziennikarskie śledztwo na ten temat jeszcze trwa, więc każda wersja wyjaśnienia tej sprawy jest możliwa, ale...
Chyba wystarczy tego punktu streszczenia.
- Do kompletu jeszcze dodajmy zniesienie standardów zwanych w skrócie "rodzić po ludzku" za sprawą tego samego łgarza, który sobie wymyślił wspomniane już landrynki masowo zjadane przez dziewczynki.
Co teraz? Co podła zmiana nowego zapoda, by dalej udowadniać, że kobieta jest dla niej rzeczą, a nie człowiekiem? Pewne (anty)koncepcje już są. Na przykład ogumienie na recepty i jego nielegal w dalszej kolejności. Przy okazji zaś znikną z polskiego rynku testy ciążowe, żeby taki żywy inkubator nie połapał się w porę i nie wyjechał sobie na przykład za granicę, aby (jak to nazywa politpoprawny żargon) "zabić dziecko nienarodzone". Jednym zdaniem to wszystko podsumowując, to zaiste druga Rumunia się szykuje w ramach podłej zmiany. Narodowej, ma się rozumieć.
Dygresja wyjaśniająca:
Chodzi o Rumunię za rządów Ceausescu. Wtedy tam również obowiązywał zakaz usuwania ciąży, tudzież też antykoncepcji. Polscy przyjezdni byli wypytywani przez tubylców namolnie o "antybejbi", zaś karierę robił lek Biseptol. Co prawda nie na spuchnięty brzuch on działał, lecz na spuchnięty dziób, gdy ząb bolał, ale wśród Rumunów rządziła urban legend, że jest to panaceum na wszystko. Wcale teraz nie żartuję, tak było naprawdę.

Po tej dygresji pozostała jeszcze wisienka na torcie zwana viagrą bez recepty, namiętnie obecnie reklamowana w kurwizji, tudzież na innych kanałach. Pod innymi brandami, ale to akurat detal, nie rzutuje. Niby fajnie, niejedna pani lub pan powinni być zadowoleni, ale gdy się spojrzy na cały ten porypany tort to się chce...
To się chce po prostu wyjść z kina, które Kinem Wolność nie jest na pewno i coraz bardziej być nim nie chce.

28 maja 2017

Konopielka, czyli na Marszu, jak to na Marszu...

Sorry Gregory, ale z całego materiału zdjęciowego tylko to, co jest powyżej nadawało się do publikacji. Tak to jest, gdy uparciuch uprze się na Nokię 108 Dual SIM i odrzuca go od mizianych, wypasionych piczfonów, czy czego tam jeszcze. Po co mu to, jeszcze by sobie takim sprzętem krzywdę zrobił jakowąś próbując klikać fotki.
Zaś na Marszu, jak to na Marszu. Marszowo było se tak, konopnie, fajnie, wesoło, na luzie, czyli tak jak miało być. Tego roku trafiło mi się dubeltowo, bo w dwóch miastach stołecznych. Aby mieć to już z głowy, zacznę od gorszego końca, czyli od frekwencji. Blado to wypadło moim zdaniem, gdy porównam z Marszami kilka lat temu. Według moich szacunków, to Kraków = 1000, Warszawa = 1500, w porywach zresztą. Rzecz jasna jest to z grubsza, bo fachowcem od takich pomiarów nie jestem, ale jednak jest to bardziej wiarygodne, niż fachowe pomiary policyjne, według których to, jak zwykle zresztą bywa przy imprezach antysystemowych, nikogo nie było. Czemu tak, skoro pogoda była super? Chyba nie dlatego, że spadła nagle populacja ludzi high class brained. Spadł jednak chyba poziom wiary w powodzenie Sprawy. No cóż, skoro obecny reżim podłej zmiany jest jeszcze gorszy od poprzedniego, to mowy nie ma o żadnym powodzeniu teraz, zaraz, jutro. To już od dawna było wiadome, że tak nie będzie. Zresztą same Marsze to nie wszystko. Skoro Sprawa chwilowo jest conieco zamrożona co do terminu realizacji, to tym bardziej trzeba więcej pracy edukacyjnej. Informować, motywować do używania mózgu. Na przykład zadając pytania typu "Czy chcesz, by chorzy chorowali na dysfunkcje, na które ziele MJ /wersja "medical"/ może im pomóc?". Albo na przykład takie: "Czy chcesz się czuć bezpieczniej, bo mniej ćpunów będzie cię próbowało okraść?". To drugie dotyczy ziela wersji "common", gdyż jasne jest, że gdy będzie ono legalne, to ilość tych ćpunów się zmniejszy. Niestety nie dla każdego jest to jasne. Owszem, jest wielu betonołbowych buraków, którzy po prostu CHCĄ, by panował obecny syf, a nawet większy. Ale jest też sporo ludzi, skądinąd niegłupich, którzy pewnych zależności jeszcze nie widzą. Od tego jest właśnie edukacja, by to wreszcie zobaczyli.
Wróćmy jednak do Marszu. Co na takim Marszu można robić? Niby głupie pytanie, bo od tego są Marsze, by maszerować. Nie dosłownie rzecz jasna, takie dosłowne marsze niech sobie uprawiają naziole narodowe. Konopie zaś się wyzwala krokiem wyluzowanym, czasem nawet tanecznym, ale zanim jeszcze do tego kroku dojdzie, trzeba przyjść lub przyjechać i być. Popatrzeć na konopne dziewczyny, których nigdy nie brakuje, porobić jakieś fotki /nawet jeśli skutek tego robienia jest mizerny/, pobujać się przy godnej muzie, oraz przede wszystkim pogadać sobie. Ze znajomymi lub kimkolwiek innym, właściwie z każdym, bo na Marsze hołota raczej nie przychodzi. Choć z tym ostatnim to różnie ongiś bywało, tym razem jednak tak nie było. Ani w Krakowie, ani w Warszawie. Trochę tego gadania było, ale ograniczę się tu do jednej osoby, za to jako partner /a raczej partnerka/ do pogadania nader wdzięcznej.
Ula /imię ściemnione, polityka ochrony danych i takie tam/ była kiedyś narkomanką. Jak każdy /prawie/ narkoman zaczęła od alkoholu, jednak nie pisane jej było zostać ćpunem alkoholowym, które to ćpuny, zwane "alkoholikami" dla wyróżnienia, stanowią większość w populacji ćpunów. Miała inne "gusta". Jej problemem stał się "hel" plus "feta" jako dodatek, dość częsty model swojego czasu. Na dopalacze /te hardkorowe/ się nie załapała. Co jest akurat dość istotne, bo w tych przypadkach trudno mówić o uzależnieniu, gdyż wcześniej kłania się "duża psychiatria", czyli psychozy lub takie tam jeszcze inne odpały w mózgu.
Tak. Tu w ramach dygresji trzeba wyjaśnić laikom, że tak zwana "terapia uzależnień" obecnie niekoniecznie zajmuje się uzależnieniami. To znaczy, zajmuje się, owszem, ale owi co poniektórzy "uzależnieni" nie są wcale uzależnieni, są to regularne czubki. Tak to sobie można nazwać po laicku. Zawdzięczamy to między innymi polskiemu prawu, ale zostawmy to może na razie. Tyle tylko wspomnę, że nie ma innego kraju w Europie mającego taki problem dopalaczy /typu hardcore/, jak Polska.
Jednak Ulę ten syf ominął jakoś, u niej poszło to bardziej "klasycznie". Pierwszy raz ją spotkałem w ośrodku, gdy po bardzo długim namyśle oraz intensywnych namowach zdecydowałem się dorobić w nim parę groszy ekstra. Od razu mówię, że są to naprawdę grosze, nie ma co się ślinić, jeśli kasa jest dla kogoś priorytetem życiowym. Mnie wyszło, że chcę przyłożyć ręki, by parę ofiar polskiego prawa wyszło na prostą. Ula zaś była na wylocie, kończyła zakładany turnus, więc terapeutycznie nie mieliśmy żadnych relacji. Pogadaliśmy jednak tak bardziej prywatnie, w ramach czasu wolnego przy kawie, czy herbacie i robiła wrażenie fajnej, sensownej osoby. Czy była/jest wyleczona? To jest idiotyczne pytanie, bo tego nie wiadomo nigdy, do końca życia. Oficjalne kryteria mówią coś na temat iluś tam lat abstynencji, ale choć lepszego kryterium nie ma, to jest to kulawe kryterium. Abstynencja jest bowiem środkiem, nie celem.
Po wymiksowaniu się Uli z ośrodka spotkałem ją na Marszu rok temu. Było dużo do pogadania. Generalnie szło jej świetnie. Na przykład zmotywowała ojca do leczenia. Bo to też był ćpun. Tylko akurat alkoholowy, ale jaka to różnica? Swoje sprawy referowała nieźle, zaś poza tym została konopną aktywistką, wyzwala te konopie jak należy.
To akurat się zdarza, że niektórzy neofici trzymają się tematu i pomagają innym. Jakiś wolontariat, czasem praca zawodowa jako terapeuta, jakieś studia psychologiczne lub pedagogiczne. Nie wszyscy się do tego nadają, nie wszystkim to służy, ale neofita jest pomocny w tej robocie, bo zna temat tak, jak inni go nie znają. Ula akurat poszła w profilaktykę narkomanii, bo Sprawa /wyzwolenia konopi/ to także owa profilaktyka, do tego dorabia ostatnio na pestkach, co również jest zajęciem godziwym. Bo choć pestka to jeszcze nie ziele /tak jak zygota to jeszcze nie dziecko/, jednak oleum zawiera, a czy Iskra Jah w niej zaistnieje, to już problem ogrodnika.
Aha. Gdyby ktoś chciał zapytać, to odpowiadam, że Ula ziela nie używa. Może użyje kiedyś wariantu "medical", ale na razie jest zdrowa. Ziela nie używała nigdy, zwłaszcza będąc praktykująca ćpunką, bo jak większość praktykujących ćpunów, zielem gardziła. Obecnie nadal nie używa, bo nie lubi. Ale ma na tyle endogennego oleum w głowie, by nie dyktować innym, co mają lubić, czego nie. Zresztą mnóstwo zwolenników legalizacji ziela nie używa go, mają mimo to wspomniane oleum, więc rozumieją, dlaczego ziele powinno być legalne. Żeby w przyszłości było mniej ćpunów na świecie oraz bałwaństw, które z tego ćpuństwa wynikają. Rzecz jasna legalizacja MJ nie jest warunkiem dostatecznym, ale koniecznym, by tak się właśnie centralnie wreszcie stało.
No, i właściwie tyle. Marsz dotarł do jądra ciemności podłej zmiany, pod sam komitet centralny. De facto nic do tego jądra nie dotarło, bo dotrzeć nie mogło z definicji, ale w klimacie pozytywnej energii spotkało się sporo sensownych ludzi, zaś tak spędzony czas w tak zacnym gronie na pewno nie był czasem zmarnowanym.
Bayo Ula, spotkamy się za rok i życzmy sobie wzajemnie, tudzież urbi et orbi, by następny Marsz był marszem ostatnim, a kolejne były zbędne.
Mamy prawo do szczęścia!
Nie mamy jednak szczęścia do prawa... i sprawiedliwości.
Oby się to szybko zmieniło.
Sadzić! Palić! Zalegalizować!

24 maja 2017

Co to jest ekoterroryzm? Definicja prawdziwa

Mam wiadomość, a brzmi ona sobie tak:
JESTEM ZA ŻYCIEM...
...popieram więc protest przeciw MASAKRZE Puszczy Białowieskiej.
Właściwie na tym można by tekst tego posta zakończyć, ale co szkodzi jeszcze pogadać? Tak? Nawet jest o czym, bo właśnie dziś w realu dotarł do mnie tekst, jakoby ów protest był dziełem... "ekoterrorystów".
Taka oto ogarnęła mnie wtedy refleksja, jakichże to głupich, chorych, złych popaprańców, czyli dupków innymi słowy, mijamy na ulicy, w  sklepie, czy gdzieś tam indziej na mieście i pojęcia nie mamy, kogo mijamy. Dopóki takie coś się nie odezwie i nie wyjaśni, czym jest.
Ekoterrorysta. Co to słowo tak naprawdę, kurwa, znaczy? No cóż, istnieje taka mentalnie porąbana grupa, fragment populacji zamieszkujący ten kraj, zwana różnie, chwilowo umówmy się tu na określenie "konserwatywne buractwo narodowe". Używają oni specyficznego, poprawnego politycznie żargonu, w którym /na przykład/ chamskie zbluzganie kogoś bez powodu to "nazywanie rzeczy po imieniu". Zostawmy jednak analizę lingwistyczną owej prawdziomowy, skupmy się na "ekoterroryzmie". Otóż według nich ekoterrorysta to każdy normalny człowiek szanujący przyrodę, używający mózgu /chociaż trochę/, mający więc jako taką świadomość, że nie jest on właścicielem Natury, lecz tylko tejże to Natury elementem. Ideologia polskiego konserwatywnego buractwa narodowego, zwana także też marksizmem narodowym, ze swoim postulatem: "nasyfić tak, by zniszczyć wszelkie życie", ma pewne umocowanie religijne, ale obecnie nawet lider tej religii, tudzież formalny szef firmy nią zarządzającej /niejaki Franciszek zresztą/ coś już zaczyna kojarzyć, trybić, ogarniać, pojmować. Ale to również chwilowo zostawmy. Poza tym prawdziomowa wspomnianego szemranego towarzycha nie jest żadną wartością, nie jest ona językiem uniwersalnym, lecz slangiem dupków jedynie.
Są, istnią jeszcze inne definicje, wikipedyczne lub słownikowe terminu "ekoterroryzm", ale tak na zdrowy rozum są one mało logiczne. Bo kto jest ekoterrorystą, tak naprawdę centralnie? Ten /lub ta/, kto terroryzuje, zasyfia, niszczy ekosystem. Na przykład /co zresztą nie podlega dyskusji/ podła zmiana uosobiona, zaś jej komisarzem, szefem tej konkretnej misji jest pewien Szyszko. Ekoterrorystą jest też każdy, kto mu pomaga, a także każdy, kto nie chce widzieć, co ten zbrodniarz wyprawia. Tak?
Styka..
Wychodzi na to, że swoje już pogadałem. Przeczytaliście, dowiedzieliście się i teraz już wiecie więcej. Ipso facto wiedzieliście już to wcześniej, tylko nie mieliście tego uświadomionego.
...
Jeszcze jedno. Post nie odnosi się centralnie wcale do ostatnich wydarzeń w Puszczy. Jego przekaz jest raczej ogólniejszej natury, zaś wspomniane wydarzenia /które wciąż się dzieją/ posłużyły jedynie jako inspiracja.

15 maja 2017

Czwarta tajemnica

Owa czwarta tajemnica polega na tym, że był jeszcze czwarty pastuszek. Tylko on tych grzybków nie jadł. Gdy zobaczył zaś, że z resztą coś hula nie tak i nie mógł się z nimi dogadać, to poszedł sobie. Podobno doszedł do Aveiro, zamustrował na statek jako chłopiec okrętowy i wyruszył na wiking. Potem przekonwertował  się na asatru, harmonijnie rozwijał ciało i ducha budując karierę wojownika, zaś gdy zginął walcząc ze złem i występkiem trafił jako heros do Walhalli. Tam zaś wiadomo: dużo zdrowego ruchu na świeżym powietrzu, tudzież rogi pełne miodu oraz miłość z Walkiriami na wszelkie możliwe sposoby. Wychodzi centralnie na to, że lepiej skończył, niż pozostała trójka pastuszków. Tak to bywa, gdy dzieciaki zbyt wcześnie sięgają po zabawki dla dorosłych, miast żyć w trzeźwości do pełnoletności.

11 maja 2017

ankieta - dokończenie, podsumowanie (chwilówka/?/)

Zwykle nikomu się nie tłumaczę ze swoich ruchów na blogu, ale "zwykle" to bynajmniej nie znaczy "zawsze/nigdy", zaś tym razem to tłumaczenie jest uzasadnione. Rzecz w tym, że skracam termin ankiety o jakiś tydzień. Powodem tego jest real oraz inny projekt netowy mający swój deadline. Ten cały deadline i tak przekroczę, ale to już osobna sprawa. Tyle tłumaczeń wystarczy, pora teraz na główny tekst posta.
Temat ankiety nie jest bynajmniej nowy, pojawia się od czasu do czasu to tu, to tam, w  przeróżnych dyskusjach tak w necie, jak też i w realu. Sama zaś ankieta, tak jak każda inna tego typu, naukowej wartości nie ma i mieć nie może. Próbka statystyczna jest porażająco zbyt mała, zero możliwości dopilnowania, by była ona reprezentatywna, poza tym bardzo łatwo jest "ocyganić", wystarczy skasować cookies w przeglądarce i metodą iteracji nabić dowolny wynik, jaki mamy kaprys nabić. Tym razem takie coś chyba nie miało miejsca, ale to podpowiada mi tylko intuicja, na którą co prawda nie mam powodów narzekać, ale niekoniecznie zawsze ma ona rację. Samo układanie ankiety było jednak dla mnie ciekawą zabawą, której core polegał na tym, by tak sformułować pytanie i dobrać odpowiedzi, aby respondent nie doznał chwilowej schizofrenii podczas procesu decyzyjnego. To jest akurat problem, który nie zawsze potrafią trafnie rozwiązać układacze ankiet aspirujących do miana bardziej poważnych.
Sorry, ale bez dygresji politycznej ani rusz, mianowicie takiej, jak sobie poradzą twórcy pytań do referendum, o którym wspomniał niejaki Maliniak, gdy rozbawiał publikę swoją próbą przekonania jej, jak bardzo jest ważny.
Wróćmy jednak do tematu konstrukcji naszej ankiety. Otóż gdy ukazała się ona w pierwszej wersji, dotarła do mnie mailem ciekawa uwaga /zacytuję ją w skrócie, ale z zachowaniem sensu/:
"Nie wiem, co odpowiedzieć, bo dorosłemu dam kasę, ale dziecku nie dam, spróbuję mu pomóc inaczej"
To jest jedna ze wspomnianych schizofrenicznych sytuacji spowodowana podświadomie ukrytym założeniem, że osoba prosząca o drobne jest osobą dorosłą. Późniejsza modyfikacja ankiety nie do końca uwzględniła tą uwagę. Nadal pozostawał wybór, czy iść na skróty wybierając odpowiedź trzecią, czy oprzeć się na fakcie, iż częściej jednak prosi osoba dorosła. Tu pojawia się inne ukryte założenie, że sytuacja dotyczy polskich warunków. Czyli poprawiona wersja ankiety nadal nie była jeszcze idealna.
Ale zostawmy to już, jedziemy dalej. Może ta ankieta nie była naukowa, ale ignorować jej wyników, traktować je jako zupełnie losowe również nie ma sensu. Tedy przypomnijmy, jak było i co się zadziało:
Pytanie /a raczej opis sytuacji/:
Ktoś Ci nieznany prosi Cię na ulicy o wsparcie jakimiś drobnymi. Jeśli chcesz i możesz, to...
Odpowiedzi /warianty reakcji na sytuację/:
...przeważnie wręczasz te drobne - 7 (46%)
...próbujesz jakoś pomóc, ale raczej nie dajesz pieniędzy - 3 (20%)
...nie preferujesz żadnej formy pomocy, zbyt wiele zależy od konkretnej sytuacji - 4 (26%)
...będąc w takiej sytuacji przeważnie nie pomagasz takim osobom - 1 (6%)
razem - 15 (procenty liczył system Blogspota, więc reklamacje nie do mnie)
Czyli jakaś dominująca opcja istnieje. Wyznam szczerze, że ten wynik nieco mnie zaciekawił, gdyż zwykle do tej pory jako dominującą /również tak gdzieś do 50% z grubsza licząc/ spotykałem opcję DRUGĄ. Zwykle też towarzyszyło temu uzasadnienie, że proszący wyda te drobne na narkotyki - przeważnie na alkohol, jako ten najbardziej popularny. Co równie zwykle pobudza mnie do pytania: "Nawet jakby, to co z tego?"...
Stop.
W ramach przerywnika klasyczny już kawał:
Pewnego jegomościa zaczepił typ z ankiety prosząc o drobne. Jegomość miał dobry humor, więc wręczył mu nieco grubszą sumę. Gdy po godzinie wracał tą samą drogą, ujrzał, jak ów typ stoi w bramie i wykonuje "hejnał" butlą jakiegoś trunku. Podchodzi bliżej i pyta:
- Co ty tam lejesz w siebie?
- Koniak.
- Co to za koniak? To po to ci dałem tyle kasy? Kurwa, przecież nawet ja tego na co dzień nie piję, bo za drogie!
- Ja na co dzień też tego nie piję. Ale nie rozumiem szefie, o co tyle rabanu? Jak nie mam kasy, nie mogę pić tego koniaku. Jak mam kasę, też nie mogę. To kiedy, kurwa, mam pić ten cały pierdolony koniak?

Koniec przerywnika, jedziemy dalej:
Akurat mnie ta druga opcja najmniej się podoba. Wychodzę z założenia, że skoro mogę i uznałem, że CHCĘ takiemu ptysiowi pomóc, to nie widzę żadnych powodów, by wciskać mu taki rodzaj pomocy, której być może nie chce. Uszczęśliwianie kogoś na siłę to nie pomoc. Zaś gdy już mu dam te drobne, to przestają być moje, więc co mnie obchodzi, co z nimi zrobi? Tak?
Tyle na razie ode mnie, zaś ankieta trwa dalej, pytanie się nie zmienia, tylko zmienia się formuła na "pytanie otwarte" rzucone na forum. Plus drugie pytanie, nader istotne zresztą: "Dlaczego?"...

02 maja 2017

ogłoszenie, jak zwykle niezwykle parafialne (chwilówka)

Pomysł nie jest mój, ale to nie ma żadnego znaczenia. Natomiast mój jest pomysł, by ten nie mój pomysł uskutecznić teraz, tu zresztą. Na szpaltę boczną blogów raczej rzadko się zagląda. Zwłaszcza stali bywalcy mają na to kompletnie wyrąbane i tylko świeżaki zwracają większą uwagę na te rejony. W sumie jest to raczej zrozumiałe, bo tam rzadko się coś zmienia. Tym razem jednak pojawiła się pewna nowinka w postaci ankiety. Nie sądzę, by stało się to jakąś nową świecką tradycją na tym blogu, ale od czasu do czasu czemu nie? Taka ankieta rzecz jasna nie ma żadnej wartości naukowej, ale może być ciekawym zahaczeniem do jakiegoś kolejnego posta i ewentualnej dyskusji na forum blogowym, gdy upłynie zaplanowany termin ważności ankiety. To by w sumie było na tyle tego ogłoszenia, bo co tu więcej rozwijać? A jak pomysł nie chwyci, to...
To po prostu nie chwyci, a wtedy już całkiem nie będzie o czym gadać.
...
Dopisek trzeciomajowy:
Co prawda nadrzędnym celem tej ankiety jest zabawa /potem dopiero jakaś ewentualna dyskusja nad meritum sprawy/, jednak pośpiech sprawił, że pierwsza jej wersja okazała się niezbyt spójnie skonstruowana, nawet zakładając duży stopień luzu. Dlatego startujemy jeszcze raz od nowa, zaś respondentów, którzy zdążyli oddać swój głos przepraszamy i zapraszamy raz jeszcze do wzięcia udziału.
Natomiast cała ta historia pokazuje, jak ważne jest dobre sformułowanie pytania i staranne opracowanie zbioru opcji odpowiedzi, gdy planuje się poważniejsze badanie naukowe, sondaż lub referendum

27 kwietnia 2017

Słów nieco o dziewictwie i aspektach tegoż

Słowo "dziewictwo" wraz z pojęciem "dziewiczości" funkcjonuje w wielu kontekstach, często jako żartobliwa metafora. Jednak jest to sprawa wtórna, zaś bazowe znaczenia są dwa. Choć nieco ze sobą skorelowane, to jednak nie tożsame. Różnic jest bowiem mnóstwo, na ich czele zaś taka, że to drugie znaczenie dotyczy centralnie tylko kobiet. Bo jakoś do tej pory nie odkryto męskiego odpowiednika hymenu. Co nie oznacza bynajmniej, że sprawa ich nie dotyczy, zabawne jest jednak, że większy problem z nią związany potrafią sobie stworzyć mężczyźni właśnie. A przecież hymen to tylko atawizm, coś zupełnie nieistotnego, czym nie warto sobie zawracać głowy. Pozostaje jeszcze jednak sprawa dziewictwa rozumianego jako brak doświadczeń bliskości z drugą osobą, bez względu na stronę techniczną owej bliskości. Tu faktycznie pewne napięcie psychiczne wydaje się być naturalne, gdyż powstaje ono przy każdym pierwszym razie czegokolwiek, jakiegokolwiek doświadczenia dowolnego rodzaju. Owe napięcia zaś, jak to napięcia, bywają różne i różnie z nimi bywa.
Wróćmy jednak do tematu samego dziewictwa. Każdy człowiek ma swoje podejście do sprawy, zaś różnorodność poglądów, postaw i zachowań bywa różnorodna. Wszystko jest okay, dopóki nie wpadnie on na pomysł, że jego podejście jest najmojsze. Potem ta mojszość może się klonować i w końcu powstają takie pokraczne obyczaje, jak obowiązkowe wystawianie publice do wglądu prześcieradeł po nocy poślubnej lub równie pokraczne kulty, jak kult dziewictwa. Stado zaś pilnuje, by ową mojszość wszyscy przyjęli jako swoją mojszość. Jako, że każda akcja rodzi jakąś reakcję, zaś świat dąży do pewnej homeostazy, to powstają stada, których mojszość jest zupełnie na odwrót. W tych stadach dla odmiany dziewictwo funkcjonuje jako obciach. Takie stada są raczej rzadkością, niemniej jednak spełniają rolę ważnego czynnika równoważącego, co można traktować jako pewną wartościową wartość. Szczególnie obecnie, gdy państwowa edukacja ma być coraz mniej edukacją, coraz bardziej zaś indoktrynacją pewnej mojszości, której kult dziewictwa jest dość istotnym elementem. Ale to już jest inszy, sporo rozleglejszy temat, na osobniejszą dyskusję przy inszej okazji.
Teraz zaś pora na jakąś zabawną puentę. Zacznijmy od truizmu, że człowiek jest zwierzęciem, czasem lepszym, czasem gorszym od innych zwierząt. Nie wiadomo, jaki jest sumaryczny bilans, bo zależy on od indywidualnego systemu kryteriów oceny, a także od chwilowego humoru oceniającego. Niemniej jednak w temacie tworzenia sobie problemów z niczego /na przykład hymenu/ jest najlepszy bezdyskusyjnie. Efektem zaś tego bywają pewne chore mojszości ideologiczne, które postulują, by jeden człowiek dyktował drugiemu, co ma ze sobą robić /lub nie/ i kiedy ma to zrobić po raz pierwszy. Co zresztą zbyt zabawne nie jest.

12 kwietnia 2017

im szerzej, tym lepiej (chwilówka)

Liczby zapodane na powyższej planszy poglądowej z pewnością się nieco zmieniły od czasu wyborów, nie warto jednak zawracać sobie tym głowy. Przynajmniej na tą chwilę. Kluczowy bowiem jest w tym wszystkim pewien punkt, ściślej zaś mówiąc przesmyk na niej wskazany.

07 kwietnia 2017

głos rozsądku - choć zamilkł, brzmi nadal (chwilówka)

"Chciałbym żyć w społeczeństwie, w którym tak jak dziś idziemy na ciastko, które przecież też jest szkodliwe, będziemy mogli pójść do kawiarni i zapalić marihuanę"
Dziś odszedł do Nawii niezwykły człowiek nauki, profesor Jerzy Vetulani.
/detale sprawy vide via Google/
Wielce szalenie ważna to postać, głos rozsądku w kraju opanowanym przez narkofobię /ale "rzecz jasna" nie obejmującą alkoholu/ oraz marihuanofobię. W kraju, gdzie polityka narkotykowa oparta jest na beznadziejnym prawie, bezsensownym zarówno na poziomie teorii, jak też praktyki. Tu przypomnę, że obecnie bazowe filary tego prawa to:
Ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii.
Ustawa o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi.
Artykuł 208 kodeksu karnego
/dotyczący udzielania alkoholu nieletnim/.
Wspomniane prawo de facto chroni interesy producentów i sprzedawców jednego wybranego narkotyku - alkoholu, jednocześnie sprzyja rozkwitowi zjawiska narkomanii w jego najgorszej formie i z koszmarnymi skutkami. Na przykład przemocą domową mającą w tle nadużywanie alkoholu.
Polska polityka narkotykowa oparta jest na negacji nauki i chorej, obłudnej ideologii. Wykwitem, wybroczyną wręcz tej ideologii może być najgłupsza wypowiedź, jaka kiedykolwiek zaistniała w Internecie:
"Alkohol odurza, ale to nie narkotyk"
/kwestię autorstwa miłosiernie zmilczę/
Profesor Jerzy Vetulani był znanym ekspertem w dziedzinach neurobiologii, biochemii i psychofarmakologii. Postulował był legalizację marihuany
/rzecz jasna w pewnych rozsądnych granicach/ oraz depenalizację narkotyków /innych niż alkohol/. Swoje poglądy opierał na czystej nauce, która odrzuca niczym nie poparte przesądy. Choć jego głos, a także innych fachowców ginął wśród wrzasków polityków oraz wszelakiej innej hołoty odznaczającej się bezdenną ignorancją, to jednak trafiał do ludzi, którym używanie mózgu nie sprawia przykrości. Odejście tak wybitnego naukowca stanowi dotkliwą stratę dla tegoż to grona, opóźniającą proces normalizacji życia w kraju. Bolesne jest to tym bardziej, gdyż mamy czasy podłej zmiany, która jak wiadomo polega na destrukcji tegoż kraju przez państwo.
...
Zamiast segmentu muzycznego proponujemy nieco innego materiału. Są to tylko pewne wybrane przykłady, ale serwis YouTube /tudzież wiele innych miejsc w Internecie/ zawiera ich szeroki zestaw. Chcemy też podkreślić, że choć post skupia się na tematyce "narkotykowo - marihuanowej", jest to jedynie pewien wąski wycinek obszaru, po którym poruszał się Profesor. Na wiele innych tematów również się wypowiadał, wiele innych spraw zbadał, pozostawił też po sobie mnóstwo prac, które warto poznać z korzyścią dla własnego rozwoju. Tak więc zachęcamy do samodzielnych poszukiwań, gdyż czas im poświęcony stracony nie będzie na pewno.
===TU===

27 marca 2017

kot in the mosh (chwilówka)

/Wiosna 2013 - fot.arch/
- Jak się nazywa taka sytuacja, gdy pokój jest cały w ptasich piórach?
- POKOT

08 marca 2017

Akademia na okoliczność komunistycznego(???) święta

Upieramy się, przynajmniej chwilowo, że żadna inna roślinka ładniejszych kwiatów nie wyprodukuje. O gustach się nie dyskutuje, więc w tym temacie polemiki zero. Wspomnieć tylko warto o pewnym genderowym pieprzu, który powyższa laurka zawiera. Otóż tylko jedna z powyższych roślinek to mężczyzna. Reszta to same kobiety. Kto zgadnie who is who?
Teraz krótka przygrywka, po niej jedziemy dalej.

Skoro zaczęliśmy od kwiatów, to powstaje pewne pytanie, jak kobieta ma je przyjmować? Tego dowiemy się za chwilę. Co prawda instruktaż dotyczy kwiatów przeprosinowych, ale czyż nie jest to adekwatne do sytuacji, gdy chłop sobie przypomina o kwiatach tylko w tym jednym dniu?
Dalsza gadanina będzie już krótka, bo o kobietach. Bynajmniej nie dlatego będzie krótka, że nie ma o kim i o czym gadać, ale dlatego, że właśnie jest. Bo kobiety są jak koty, można o nich gadać bez końca, a to z tego powodu, że są po prostu różne...
Bardzo różne...
Bardzo bardzo różne...
Czasem tak różne, że aż samemu zróżnieć można od tego...
 
I to chyba by było chwilowo już na tyle. Pozostaje na koniec złożyć jakieś życzenia. Jako że najoptymalniejszą wydaje się być tu formuła "dziewucha dziewuchom", wyręczy nas więc zatem Naomi Wolf:  "Bądźmy bezwstydne. Bądźmy zachłanne. Szukajmy przyjemności. Unikajmy bólu. Ubierajmy, dotykajmy, jedzmy i pijmy to, na co mamy ochotę. Szanujmy wybory innych kobiet. Szukajmy takiego seksu, jakiego pragniemy i walczmy zaciekle przeciwko takiemu seksowi, jakiego nie chcemy. Znajdźmy swoje własne motywacje. A jeśli uda nam się przebić i zmienić zasady gry tak, by poczucie własnej urody nie mogło zostać zagrożone, wyśpiewajmy tę urodę, ubierzmy ją, afiszujmy się z nią, pokazujmy ją".