23 sierpnia 2026

OSIEM PROCENT I NIE TYLKO

Do kolejnej gali organizowanej przez federację Mirka Orskiego Kaśka wystawiła Bójkę i Bitkę. Bombka przygotowywała się do innej, wyjazdowej walki, zaś Bęcka dopiero co wznowiła treningi, więc jej starty na razie były wykluczone. Obie wystąpiły w formule K1 nieco zbliżonej regułami do tajskiego boksu, po czym wklepały równo swoim przeciwniczkom. Nie było co zbierać, zaś widownia była tym razem nieco zawiedziona, gdyż były to mecze do jednej bramki. Kaśka jednak była zadowolona z formy swoich Neonówek, gdyż te przeciwniczki wcale nie były palcem robione. To były dobrze wyszkolone, do tego już nieco utytułowane dziewczyny. Ale trenerka miała jeszcze inny powód do dobrego humoru. Otóż na hali nie było bannerów sieci browarów, do tego też w barze nie sprzedawano drinków ani piwa. Za tym stała właśnie Kaśka, której nigdy nie podobało się sponsorowanie sportu przez firmy produkujące i sprzedające narkotyki. Tak wpłynęła na Orskiego oraz cały zarząd federacji, że zerwano współpracę ze wspomnianą siecią. To nie była łatwa decyzja, gdyż takie firmy dysponują naprawdę sporymi pieniędzmi. To kto zatem został sponsorem strategicznym? Ktoś może nieco biedniejszy, ale prowadzący działalność prozdrowotną. Było nim zrzeszenie firm uprawiających konopie na marihuanę oraz inne produkty z tej zacnej rośliny. Nie będziemy dodawać, że medyczną marihuanę, bo każda jest przecież medyczna, jeśli nie dodaje się do niej żadnej chemii. Tak więc na hali było bardzo zielono, nawet jeszcze bardziej, gdyż barwy ośrodka fitness Oktagon są również zielone. Zaś jak wiemy ów ośrodek również sponsoruje gale federacji Fight Show oraz niektóre inne imprezy sportowe.
Zaś następnego dnia, w niedzielę, na tej samej hali odbyły się targi konopne, które zorganizowało wspomniane zrzeszenie. Główną ich częścią były rzecz jasna różne stoiska handlowe, tudzież promocyjne, jedno nawet prowadziły właśnie Neonówki. Jak pamiętamy jakiś czas temu dziewczyny przebranżowiły się. Kiedyś sprowadzały i rozprowadzały narkotyki, takie z wyższej półki, obecnie przerzuciły się na marihuanę. Tą legalną, pod legalnym szyldem zresztą. Ale dla wtajemniczonych miały też w ofercie te mniej legalne, szlachetne odmiany. Oprócz stoisk na targach miała też miejsce działalność edukacyjna. W bocznej sali konferencyjnej można było wysłuchać rożnych prelekcji, prezentacji, wziąć też udział w ewentualnych dyskusjach. Na jedną taką prezentację poszła ekipa znajomych czarownic plus ich bliskie osoby. Co prawda na temat Zioła wiedziały prawie wszystko, ale od przybytku wiedzy głowa nie boli. Temat akurat był dość ciekawy, bo dotyczył marychofobii.
Jak wiemy, nie jest to rzadka przypadłość niestety, to ona blokuje legalizację Zioła, czyli pomaga rozwijać się narkomanii, głównie tej alkoholowej. Marychofobi z reguły mają niewielką wiedzę, do tego wybiórczą, za to mnóstwo poglądów. Zaś dzielą się oni na miękkich i twardych. Miękkiego marychofoba można jeszcze jakoś wyleczyć za pomocą odpowiedniej edukacji. Twardy marychofob to przypadek nieuleczalny, zaś gdy się takiego rozpozna należy od razu przerwać rozmowę, bo jest to strata czasu. Chyba taki właśnie trafił na salę na prezentację. Gdy mówczyni skończyła prelekcję zwyczajowo poprosiła obecnych o ewentualne pytania lub uwagi. No, i zaczęło się. Otóż z tylnego rzędu krzeseł podniósł się pewien pan, który zapodał:
- A ja nie muszę brać narkotyków, żeby sobie poprawić nastrój.
Prelegentka odparła z uśmiechem:
- Bardzo ciekawa autoprezentacja, tylko że my akurat teraz nie rozmawiamy o narkotykach, lecz o marihuanie. Zaś jeśli o nią chodzi, to bardzo niewiele osób jej używa dlatego, że musi. Procent osób uzależnionych jest znikomy, wręcz marginalny. 
- Podobno osiem procent użytkowników.
Rzucił ktoś z sali, na co pani stwierdziła:
- Tak, ta liczba często się pojawia w statystykach, ale należy zwrócić uwagę na to, jak ona powstała, jak ją wyliczono.
- Jak?
- To może kolega odpowie, bo coś wie na ten temat.
Z pierwszego rzędu podniósł się pan, który odwróciwszy się oznajmił zgromadzonym słuchaczom:
- Ja jestem w tych ośmiu procentach, choć wypaliłem tylko jednego jointa w życiu. Nie do końca zresztą. Jeśli państwo pozwolą, to opowiem swoją historię. Otóż za młodu, za studenckich czasów byłem uzależniony od opiatów, konkretnie od brown sugar. Nie będę tego rozwijał, w każdy bądź razie nastąpił moment, w którym postanowiłem coś z tym zrobić. Udałem się do stosownej poradni, po czym trafiłem do miłej pani psycholog, która przepytała mnie z mojej, że tak powiem kariery narkomańskiej. Opowiedziałem jej wszystko, nic nie ukrywałem. Jak każdy ćpun zaczynałem od alkoholu, a potem...
- Podobno to od marychy się zaczyna.
Wtrącił ktoś z sali.
- To jest akurat mit, kompletna nieprawda, ale o tym może już koleżanka opowie. Za to zapytano mnie o tą właśnie marychę. Powiedziałem prawdę, że raz spróbowałem, zakaszlałem się i mi się odechciało. Pani psycholog to pewnie zanotowała, bo po pewnym czasie potrzebne było mi zaświadczenie z poradni, takie pełne, z podaniem rozpoznania. Ku mojemu zdumieniu, już póżniej, przeczytałem na tym świstku, że mam rozpoznane uzależnienie od opioidów i od kanabinoidów, czyli marychy na ten przykład. Takich ludzi jak ja jest naprawdę wielu. Wystarczy wspomnieć podczas wywiadu, że się tylko próbowało, a w historii choroby pojawia się wpis o uzależnieniu. Teraz już wiemy, skąd się wzięło te osiem procent w statystykach.
Piłkę przejęła prowadząca spotkanie:
- Jak widać szanowni państwo błędne statystyki biorą się ze złych diagnoz. To dotyczy zresztą wielu innych uzależnień, ale narkotykami teraz nie będziemy się zajmować. Za to warto jeszcze wspomnieć o tym, że bardzo często maryśka sprzedawana pokątnie wcale nie jest maryśką. Jest to zwykle mix z jakimś narkotykiem i to od niego ludzie się uzależniają. Zaś faktycznie uzależnionych od czystego ziela jest może jakiś ułamek procenta. To skoro jeden mit został obalony, to weźmy się może za ten drugi, o którym ktoś wspomniał.
Kobieta upiła niewielki łyk wody z butelki stojącej na stoliku, po czym zakontynuowała:
- Szanowni państwo, na świecie jest ileś tam procent ludzi uzależnionych od narkotyków, włącznie z alkoholem rzecz jasna. Trzeba o tym wspomnieć, gdyż dla wielu marychofobów alkohol to nie narkotyk, tylko coś innego, jak to oni mówią. Do tego dodajmy procent ludzi używających narkotyki ryzykownie. A teraz wyobraźmy sobie świat, w którym nie istnieje marihuana. Po prostu nie ma jej, nie rośnie nigdzie taki gatunek roślin, jak konopia. Jak myślicie, czy ten wspomniany wcześniej procent uzależnionych i ryzykownych użytkowników zwiększy się, czy zmniejszy? A może wcale się nie zmieni? Kto jest za tym, że się zmniejszy? Ręka w górę proszę. Jakoś nie widzę. Nawet pan, który nie musi jakoś się nie pali do oddania głosu. A teraz ręka w górę za tym, że się zwiększy. Istny las rąk. A kto za tym, że się nie zmieni? Jest kilka osób. O czym to wszystko świadczy? 
Prelegentka znowu napiła się wody.
- Obalany teraz mit czasem nazywa się teorią bramy. Że niby marihuana jest tą bramą do narkotyków. Teoria, którą nauka już dawno wyrzuciła na śmietnik, ale wśród marychofobów wciąż jeszcze trzyma się mocno. Tymczasem jest zupełnie odwrotnie. Tak jakoś jest, że ludzie, jakaś ich część chcą sobie zmienić percepcję. Powody bywają rozmaite. Jedni dla czystej zabawy, rozrywki, drudzy dlatego, że świat na trzeźwo jest dla nich nie do przyjęcia. Ta pierwsza motywacja wygląda na zdrową, ta druga już nie za bardzo, ale zostawmy oceny na boku. Pewna część zapali lub zawapuje Ziela i im to wystarczy. Drugim trzeba większej zmiany, więc sięgają po narkotyki. Gdyby Ziele nie istniało lub było niedostępne, to wszyscy by sięgnęli po narkotyk. Czyli marihuana nie jest żadną bramą, tylko rodzajem zapory na której część amatorów zmiany się zatrzymuje. Proste.
Kobieta zamilkła na chwilę, po czym dodała:
- Dziękuję państwu za uwagę, miłego dnia.
Zabrzmiały gromkie oklaski, ludzie powoli zaczęli wstawać ze swych krzeseł i przemieszczać się w stronę wyjścia. Także wiedźmy. Ale jedna, rudowłosa sięgnęła dyskretnie do torebki by wyjąć zeń mały flakonik. Po czym podeszła do mężczyzny, który rzucił ową żenującą uwagę na temat poprawiania nastroju. 
- Panie ładny, niech pan sobie wyobrazi, że ja i moje przyjaciółki używamy Ziela. Ale nikt i nic nas do tego nie zmusza. Po prostu chcemy to robić. Aha, i jeszcze coś, ale to już na ucho.
Pan ładny pochylił odruchowo głowę, zaś Roxy, gdyż ona to była, musnęła palcami jego skroń i zaczęła mu coś szeptać do wspomnianego ucha. Po czym wróciła do swojej gromadki. Wtedy niewysoka blondynka z bujnymi włosami do samej pupy, czyli Mala, zapytała ją szybko:
- Sugestrix?
- No.
- Co mu powiedziałaś?
- Trochę poglądów zastąpiłam mu odrobiną wiedzy. Sugestrix nigdy nie działa zbyt długo, ale przez dzień, dwa ten pan będzie trochę mądrzejszy. I może potem coś zapamięta.
Mala zachichotała i liznęła Rudą po policzku.

06 sierpnia 2026

I BYŁO SIĘ MARTWIĆ NA ZAPAS?

Gdy w jakimś związku pojawi się ich wspólne bobo, to statystyki mówią, iż nieraz dochodzi do pewnego kryzysu. Czasem jest on tak gruby, że związek zaczyna trzeszczeć w szwach, czasem nawet rozwala się z hukiem wielkim. Czemu tak? Pokrótce briefując to temu tak, że on jej nie kocha, bo za mało pomaga, woli uciekać na metaforyczne piwo uogólnione, zaś ona go nie kocha, bo mu metaforycznej, uogólnionej dupy nie daje. Zaś empatii wtedy brakuje, tudzież zrozumienia po obu stronach.
Falibor sporo nasłuchał się i naczytał na ten temat, więc miał centralnie spore obawy. Tak jakoś tuż przed wyjazdem Anity zwierzył się z nich swojej siostrze Malinie. Ta go wysłuchała uważnie, przybrawszy swoją ulubioną minę słodkiej idiotki, tym razem w zadumanej wersji. Gdy skończył, to najpierw oznajmiła:
- Eh...
Po czym wzięła głęboki wdech, niczym owa Nita i oznajmiła:
- Boreczku mój ozdobny. Czasem jestem dumna, że mam mądrego brata, czasem jednak czuję krindż, że jest to kompletny idiota. Teraz widzę tego drugiego, nie wiedzieć czemu.
- No, ale...
- Coś mówię teraz, nie przerywaj! Po pierwsze, to ja wcale się nie martwię o ciebie w roli taty. Już po kilku dniach będziesz przewijał Ośkę nader wprawnie, szybciej, niż komandos składa i rozkłada kałacha. Nie przerywaj, wiem, że nie o to cię dupa boli. Ale jak omawiać temat, to porządnie. To teraz odpowiedz mi na pytanie, czy przez te wasze pięć lat razem Nitę kiedykolwiek bolała głowa? Mów śmiało, ja wiem wszystko na wasz temat.
- Jak to wszystko?
- Ogólnie wszystko. Detali nie znam. Nita to nie Roxy, detali nie opowiada. Ale detale są tu zbędne akurat, nie ma potrzeby ich poruszać. No? Więc jak z tą bolącą głową mojej bratowej?
- No... Nie... Znaczy wszystko jest prawidłowo. Co prawda Pupcia jest obecnie nieznośna, upierdliwa jak złośliwy krasnolud, ale jak przychodzi co do czego...
- Właśnie. Przychodzi. I o to chodzi. Poza tym wiesz, jakie jest jej największe zmartwienie. Żeby jej agnieszki nie zepsuto, więc dlatego jedzie rodzić do najlepszej firmy. Tylko po co jej taka sprawna agnieszka? Przecież nie do kopania kartofli, tak? Tylko do twojego osobistego użytku.
- Lalka, ja to wszystko dobrze rozumiem. Ale jakby nie było, nawet najzdrowszej psychicznie kobiecie może się zdarzyć, że jej odbije po porodzie. Tak?
- Nita jest zdrowsza od zdrowieja.
- Szkoda, że tu nie mieszkasz.
- Chciana ciąża to nie choroba. Więc takie ciążowe padanie na dekiel się nie liczy. Za to jak pojedzie, urodzi, przyjedzie, to będzie zdrowa do spodu. W tych sprawach też.
- Przecież nie jesteś wróżką, bo wróżek nie ma. Sama mówiłaś.
- Ale wiedźma wie. Po prostu zaufaj mi i myśl pozytywnie.
Tu Malina nagle chwyciła Borka za głowę i pocałowała go tak nie do końca po siostrowemu, tylko w sposób na który tylko Anita ma autoryzację. Ale siostrze wolno, tak od czasu do czasu dla sportu.
Jak już wiemy Anita pojechała, urodziła, przyjechała. Sporo się działo. Borek był tak przejęty całą zaszłą sytuacją, że jakby zapomniał o problemie, który sam sobie stworzył z niczego. Za to wieczorem, gdy wyszedł z łazienki Anita dopadła go susem. 
- Gdy Ośka śpi, rodzice harcują.
Tylko po chwili owych harców rzuciła nagle:
- Tam mi jeszcze nie grzeb na razie.
Mimo to poradzili sobie dość szybko. Zaś już po wszystkim, tuż przed zaśnięciem Borek westchnął jakby do siebie:
- Czasem głupia ta moja siostra. A czasem głupia inaczej.
A potem ni z gruchy, ni z pietruchy Ośka rozdarła się po całości bez uprzedzenia. Anita uniosła się na łóżku i oświadczyła:
- Miłosna noc po miłosnym wieczorze. No, to kurwa pospaliśmy.

31 lipca 2026

LWIĄTKO

Sobotnia walka Bombki Zosi Yakuzy była bez cienia wątpliwości ważnym wydarzeniem, przykryło ją jednak inne, nieco ważniejsze. Zbriefujmy więc tylko, że to była naprawdę porywająca walka dla znawców, koneserów sportów walki, choć gawiedź bez pojęcia, żądna tylko rzeźni mogła czuć się nieco zawiedziona. Ale federacja Mirka Orskiego odpuściła już sobie dawno ten target, jako jedyna zresztą wśród innych firm freak fightowych. Więc zdanie gawiedzi jest tu niczym. Zaś sama walka zakończyła się remisem. Bardzo ciekawym zresztą remisem, gdyż wszyscy, naprawdę wszyscy byli zadowoleni. Wszyscy oprócz gawiedzi, ale to już wyjaśniono.
Zanim jednak doszło do owej soboty był jeszcze czwartek. Jak wiemy, czwartkowe popołudnia nasze czarownice spędzają sobie w Pleciudze, ale tym razem przy stoliku były obecne tylko trzy. Czemu? Temu:
- Chyba już dojechały?
Spytała nagle Malina. Na co odparła Kaśka:
- Chyba jeszcze nie dojechały.
- Ruda lubi przycisnąć na trasie.
- Tym swoim rzęchem? Weeeź. Poza tym wiezie kobietę w ciąży. Takie się chyba powinno wozić z wyczuciem, nie? Bez furii.
- Chyba, żeby zaczęła już rodzić.
Rzuciła nagle Mala. Ale Kaśka odparła szybko:
- Nita jeszcze nie zaczynała rodzić, jak dobrze wiem.
- Ciekawe skąd?
Spytała nagle Malina.
- Przecież nie z witchneta. Lalka, co jest z tobą dzisiaj?
Mala też nie odpuszczała:
- To może zadzwońmy?
- Próbuj, powodzenia. Ale ja miejscu obu wyłączyłabym telefon. Nigdy nie rodziłam, ale jakbym jechała rodzić, to bym nie chciała, żeby mi ktoś dupę wtedy zawracał.
Tu znowu włączyła się Malina:
- To może zadzwoń do Gajki, czy już przyjechały?
- Dobrze, spróbuję.
Kaśka sięgnęła po telefon. To trwało chwilę, bo rozmowa toczyła się hisslangiem. Ale nic z niej za bardzo nie wynikło:
- Tak, jak myślałam. Gajka nawet pojęcia nie ma bladego, że któraś od nas się do nich wybiera. Ale obiecała, że się dowie.
- Czemu tak myślałaś?
- Lalka, co cię nagle napadło? Masz dziś jakiś dzień głupich pytań wpisany do grafika? Temu myślałam, bo Gajka ma tam teraz inne zajęcia, niż pilnowanie bramy. Czy też porodówki. Ona jest tam teraz szycha, bardzo zajęta osoba, nie jakaś tam sobie tylko szeregowa wiedźma.
- Ale wiedźma wie. A poza tym nie ma szeregowych czarownic, do tego jeszcze niezajętych. Kto to słyszał takie rzeczy?
- I kto to mówi? To jeżeli wiedźma Malina wie, to niech wiedźma Malina sama się wywie i nam powie, czy już dojechały, czy nie.
Gaja okazała się być jeszcze bardziej zajętą, niż bardzo zajętą osobą, bo zadzwoniła do Kaśki dopiero sobotnim wieczorem. Ale Kaśka pracowała wtedy w narożniku Bombki, więc nawet nie miała jak usłyszeć telefonu. Gala sportów walki to nie opera. Tam widownia nie trzyma jap na kłódkę, tylko je pruje. Koneserzy również. Dopiero po walce przeczytała esemesa:
- Są.
Wiedźmy Benges bywają czasem dość lakoniczne.
Ale tak, czy owak nikt już potem nie próbował nigdzie dzwonić. Podczas jakiejś gdzieś rozmowy Kaśka skwitowała to tak:
- Co się ma urodzić, to się urodzi. Jak się urodzi, to samo do nas zadzwoni. Więc nie ma powodów do żadnej paniki.
Więc nikt panikował. Tylko Malinę coś nagle tknęło we wtorek po pracy, żeby zajrzeć do swojego brata Borka, przyszłego tatusia zresztą. Swoim zwyczajem wpadła jak bomba do domu Anity, ale już w salonie stanęła nagle jak wryta.
- Okurwajapierdolę! Co to za chlew? Boreczku, jak ty możesz tak mieszkać? Była akademia jakaś tu, czy co? Możesz mi coś opowiedzieć o tym wszystkim?
Faktycznie, salon wyglądał jak niezłe poimprezowisko. Najbardziej rzucały się w oczy opakowania po różnych fastfudach oraz plastikowe butelki po napojach. Siedzący na sofie Falibor z kotem Dredkiem na kolanach zaprotestował:
- Nie było żadnej akademii, żadnego imprezowania. Przeważnie byłem tu tylko ja, nasz magiczny kot i mój ulubiony ostatnio Święty Spokój. I robiliśmy nic.
Malina zasępiła się na chwilę, po czym odparła:
- Zasadniczo nie ma przesłanek, aby ci nie wierzyć. Nitka zawsze cię chwali, że ma dobrego chłopa. Tylko ten śmietnik mi nie pasuje. Oko mnie boli od niego.
- Jeść trzeba. Się je, to się śmieci.
Malina jakby trochę odpuściła. Spytała tylko:
- Ogarniesz to jakoś?
- Teraz? Mowy nie ma.
- A czemu to?
- No, rusz żesz trochę tą swoją tęczową blondi. Anita jeszcze nie urodziła. Za to jak urodzi, to tak od razu się nie pojawi. Jeszcze musi połóg odbębnić, czy jak mu tam. Więc po co mam robić dwa razy to samo?
- Nie można zaprzeczyć pewnej logice tego rozumowania. Ale tak od drugiej strony... Nie przeszkadza ci ten bajzel teraz?
- Nie. Gdy ma się Święty Spokój, to nic nie przeszkadza.
- Chyba odwrotnie?
- Odwrotnie też mi nie przeszkadza.
Tak naprawdę, to Malina jednym prostym magicznym urokiem mogła zmienić Borka w maszynę do sprzątania, ale miała też zasady, aby nie nadużywać czarów. Zwłaszcza wobec bliskich. Więc tylko wetchnęła:
- Dobrze, ja pas. To zrób mi chociaż coś do picia. Bo ja do kuchni boję się wchodzić. Tam musi być jeszcze gorzej.
W tym momencie nagle pisnęły dwa telefony równocześnie. Oboje rzucili okiem na swoje aparaty, po czym padło, też równocześnie:
- Nitka!
- Ruda!
Pierwszy przeczytał Borek:
- Kochanie, masz córę.
Malina zaś:
- Jesteśmy ciotkami.
Popatrzyli oboje na siebie, wreszcie Malina oznajmiła:
- Wiesz, co teraz zrobimy?
- Na pewno nie będziemy jeszcze nic sprzątać.
- Właśnie że będziemy. Tak kontrolnie, żeby siary nie było.
- Ale po co?
- Ty dzwonisz do chłopaków, ja do dziewczyn i robimy pępkowe.
- Nie kojarzy mi się to dobrze.
- Rozumiem. Żyjemy w ćpuńskim kraju, gdzie każda okazja jest dobra do nawalenia się. Ale my się nie nawalimy. Zero narkotyków. Kawa jest? Jest? Herbata jest? Jest. Marycha jest? Jest. Zamówi się pizzę i nic więcej nie trzeba.
- Pikolo dla Mali nie ma.
- Jest. Nita zawsze trzyma jakiś zapas dla niej, jak wpadnie coś pomóc. Ech, te chłopy, dać im babę na stałe, to potem nie wiedzą, co mają we własnej spiżarni. No, ojciec! Ruchy!
Tak więc pępkowe się odbyło, potem Borek miał jeszcze kilka dni na swój Święty Spokój, zaś tuż przed przyjazdem Anity z pierogiem na ręku, zwanym Stella Oktawia, przyjechała Mala i sama ogarnęła całe sprzątanie. Bo Mala to Mala i wszystko jasne.
Skoro o Mali mowa, to dodajmy jeszcze, że gratulując Borkowi jako jedyna nie zadała kretyńskiego pytania brzmiącego:
- Ile waży?
Po latach Falibor z pewną dozą rozrzewnienia wspominał te dni:
- Pierwsze dni ojcostwa są najlepsze. A potem niestety wraca baba z porodówki i Święty Spokój wynosi się z domu na bardzo, bardzo długo. Za to pęta się po nim rozwydrzona, rozpuszczona do szpiku kości smarkula i ciągle chce jakichś pieniędzy.
A dlaczego Lwiątko
C'mon...
Ta literatura nie jest tworzona dla idiotek, ni idiotów.
Za to niniejsze oto dziełko dedykowane jest pewnej Jubilatce na okoliczność Jej ostatnich...
Czego Jej?
Brawojasiu, skoro Jubilatce, to przecież nie Imienin.

14 lipca 2026

Był sobie kot

Zasadniczo nie uprawiam bloggin' classic, od dawna już zajmuję niszę blogowania literackiego, które jest dość elitarne, bo niewiele osób tak umie. Niewiele osób też pojmuje takie teksty, bo jak wiadomo, literatura nie jest dla idiotek/ów. Więc jeśli ktoś liczy na liczną frekwencję na forum, na duże grono czytających, to się przeliczy. 
No, ale do rzeczy. Odbyła się taka rozmowa:
- Napiszesz o tym na blogu?
- Nie. To są sprawy prywatne.
- Ale pisujesz czasem o kotach?
- Czasem. Ostatnio rzadziej, niż czasem.
Ale tu zostałem trafiony w miętkie, bo jak by nie było trafiła się okoliczność, aby coś takiego popełnić. Więc jedziemy w te okręty:
Lucjan to czarny kot rasy europejskiej, krótkowłosej, chyba najliczniej występującej na tym kontynencie. Przez wiele lat mieszkał sobie u mojej Mamy na drugim piętrze kamienicy wielkiego miasta. Znałem się z Luckiem świetnie, gdyż podczas jej wyjazdów na kilka dni przeprowadzałem się do tego mieszkania, tak dla czystej wygody, aby mieć oko na kota. Wiadomo, bazowe sprawy, czyli micha, kuweta oraz ludzkie towarzystwo. Bo wbrew stereotypom, większość kotów jest dość towarzyska, aczkolwiek realizują one to po swojemu. Poza tym Lucek to kot specjalnej troski, aczkolwiek mniejszego kalibru, więc zasadniczo tak niewiele jej potrzebuje. Pierwszy powód to dysplazja bioder, której skutkiem jest nieco gorsza kocia mobilność. Ale coś za coś. Lucek umie taki numer, którego nie widziałem nigdy w wykonaniu żadnego dorosłego kota. Jest to przewrót przez głowę, zwany popularnie fikołkiem, który ma miejsce w chwilach najlepszego kociego nastroju. Druga sprawa to kwestia michy. Otóż Lucek za wczesnego młodu miał nieco kłopotów natury urologicznej, więc został przestawiony na medyczną karmę typu urinary. Tą karmę dostawał wyłącznie, więc po pewnym czasie tak się na nią uwarunkował, że przestał postrzegać jako jedzenie to, co postrzega większość kotów. No, ale że większych problemów potem z tym nie było, więc nie ma co dalej rozwijać tematu.
Za to zaistniał inny problem, mianowicie z Mamą. Streszczając temat ograniczmy go stwierdzenia, że ta owa jego opiekunka ostro zachorowała, po czym trafiła do szpitala. Wtedy siłą rzeczy ja się przeprowadziłem do tego mieszkania, tylko tym razem nie na jakieś dwa, trzy dni, tylko na czas nieokreślony. Do chwili, aż sprawy się wyjaśnią. Wreszcie sprawy się wyjaśniły, ale tak się wyjaśniły, że Mama już do domu nie wróciła. Zaś po kilku dniach zamieszania ja wróciłem do siebie, ale zabrałem też kota, to było oczywiste. Tam zaś Lucek poznał nowy, inny świat, stał się też kotem wychodzącym na dwór, aczkolwiek pod pewnym dozorem kontrolującym sytuację. Poznał też innego kota, dokładniej zaś kocicę. Bo nas od lat są jakieś koty, dom bez kota to głupota. To był dla Lucka chwilowy szok, bo do tej pory pojęcia nie miał, że istnieją jeszcze jakieś inne koty. Niemniej jednak...
Koty mają to do siebie, że bardzo nie lubią zmian swojego otoczenia. Za to jednak, gdy zmiana się utrwali, to szybko się adaptują. Tak więc Lucek też się jakoś adaptował, zaakceptował swój nowy dom, tudzież nową koleżankę. Nie było to jakieś zażyłe kolegowanie się, ale drak też raczej nie było. Za to wyszła bardzo ciekawa sprawa. Otóż kocia karma medyczna ma to do siebie, że ma sporo dodatków smakowych. Tak musi być, bo inaczej żaden kot nawet by na nią nie spojrzał. Ale te dodatki powodują, że kotu się odmienia, że to jedzonko staje się bardzo atrakcyjne. Także dla kotów, które jej nie potrzebują. Więc dla nowej koleżanki Lucka również, zaś ze względów ekonomicznych trzeba było pilnować, aby mu jej nie wyjadała.
No, ale jedziemy dalej. Otóż po jakimś roku nastąpiła kolejna gruba zmiana. Mianowicie wielka przeprowadzka na wieś na drugim końcu kraju. Wieś? Wieś to mało powiedziane. To jest wiocha zabita dechami, gdzie przysłowiowe psy dupami szczekają. Tu pomińmy kwestie tej zmiany dotyczącej ludzkiej części rodzimy, bo tematem tej pracy jest kot. Otóż kot Lucek trafił nagle do kociego raju. Kawał naprawdę wielkiego terenu do jego dyspozycji, bardzo bezpiecznego zresztą, gdzie ruch aut jest wręcz symboliczny. Zaś jak wiemy, to owe auta są największym wrogiem kotów. Jednak Lucek nie do końca korzystał ze wszystkich dobrodziejstw tej sytuacji. Od dziecka był ostrym domatorem, więc zbyt daleko nigdy się nie zapuszczał, zaś większość czasu spędzał na ulubionej kociej czynności. Czyli na eksploatacji łóżka. Zaś gdy nie spał, był aktywnym eksploratorem okolic domu lub głośno mruczącym kumplem. Miał jeszcze drugiego kumpla kota, wspomniałem też coś na temat koleżanki, ale to już osobna historia, warta być może osobnego opracowania, jak koty działają w grupie. 
Tak minęło jakieś ponad pięć lat. W pewnym momencie jednak Lucek zaczął się zachowywać bardzo nietypowo. To, że sypiał dziennie jeszcze dłużej, niż zwykle nie było jeszcze niczym aż tak bardzo dziwnym. Dziwne za to było to, że przestał jeść, ale zaczął tyć. Nietypowo jednak tyć. Bardziej puchnąć po bokach. To już wystarczyło, aby capnąć Lucka do kontenera, po czym pojechać do weta. Na miejscu sprawy nie wyglądały dobrze. Zapalenie otrzewnej, ale od czego się tak porobiło? Badania wykluczyły nowotwór, wykluczyły też, choć nie na sto procent FIP, bardzo paskudną wirusową chorobę kotów. Potem dalsze badania, terapia lekami raczej w ciemno, czas płynął, ale nic nie szło ku lepszemu. Zaś Lucek, wciąż odmawiający jedzenia, słabł dzień po dniu. Wyraźnie też cierpiał, choć po kotach tak łatwo tego nie widać. Nadszedł więc moment, którego nienawidzi większość opiekunów kotów, psów, czy innych zwierzaków będących członkami rodziny. Czas decyzji, czas ostatniej jazdy do weta. To po prostu trzeba było zrobić. Inne opcje nie miały już sensu.
Lucjana pochowaliśmy w zeszły poniedziałek. Miał piętnaście lat.

08 lipca 2026

ANITA NA OSTATNIEJ PROSTEJ: PRZYPADEK BĘCKI

Twórczość blogowa ma to do siebie, że real rulez, więc nigdy nie wiadomo, kiedy będzie następny odcinek baśni. Mówimy rzecz jasna o hobbystach, a nie o nałogowych pasjonatach.
No, ale do rzeczy:
Otóż następnego dnia po walce Zośki Yakuzy odbył się letni sabat kwartalny. Nie było jednak całej piątki naszych wiedźm w całym komplecie. Wyłamała się Mala, która miała sesję na uczelni, więc zdawała egzaminy. Nie dało się tych terminów przeskoczyć, nawet tak zdolnej czarownicy jak ona. Za to była ona na tyle zdolna, że zaliczyła dwa lata po jednym roku jedynie. Gdy ją psiapsie zapytały potem w Pleciudze, co tak skromnie, odparła:
- Ostatnio jestem bardzo zajętą osobą.
Po czym ta bardzo zajęta osoba zabrała swoją arcysexy dupinę wew troki i pojechała do innego miasta udzielać jej niejakiemu Łukaszowi. Na cały następny weekend plus poniedziałek. Jak pamiętamy, Łukasz to jest jeden z jej dwóch przydupasów na bieżące potrzeby, to się teraz nazywa fuckin' friends. Początkujący młody lekarz na rubieży oraz niewydarzony mag. Ale w innych sprawach jest on nieźle wydarzony, zaś Mala nie pojechała do niego przecież, aby praktykować magię, tylko pooglądać jego kolekcję motyli. Wespół wzespół, czy jakoś tak.
Ale wróćmy może do sprawy sabatu, bo wcześniej było pewne zamieszanie dookoła tegoż. Trzeba jednak najpierw wrócić do wcześniejszego sabatu, tego, na którym dekatyzowano złodziejkę Shiagu. Otóż po tej imprezie niejaka Mila, wiedźma o anielskim pysiu poczuła natchnienie liderskie i uznała, że urządzi letni sabat kwartalny na którym ma być obecne pół miasta. Znaczy nie dosłownie, chodzi o czarownice tego miasta, bardzo wielkiego zresztą. Jak na ten kraj wielkiego. Na ten sabat zaprosiła rzecz jasna naszą piątkę, ale Roxy, w imieniu swoim oraz całej reszty pokazała jej wała. Poszło głównie o termin. Bo jak wiemy, nasze wiedźmy są ortodoksyjne w temacie sabatów kwartalnych. Muszą być one epicentralnie w porach astronomicznych. W tym roku była to dziesiąta dwadzieścia cztery. Trochę trudno jest w biały dzień zebrać na opuszczonym lotnisku gromadę, jakby nie było wystrzałowych kobietek tak, aby nie zwróciło to uwagi osób postronnych. Tu kopuła niewidka na wiele się nie zda. 
Poza tym była też kwestia Anity, która jest na ostatniej prostej przebiegu ciąży, ale jest też na ostatnich nogach psychicznie. Poza tym z definicji nie wolno jej uprawiać zbyt ostrych czarów. To teraz weź tu człowieku wlecz taką zmaltretowaną paniunię po nocy na drugi koniec miasta. Takie coś nie może dobrze działać, nie może też się dobrze skończyć. No, ni bolca, nie da się.
Tu chyba nie trzeba przypominać, że to jest uniwersum, gdzie działa magia realna, nie jakieś tam bajeczki fantasy, gdzie garnki same się szorują. Magia magią, ale rąsią też nieraz trzeba.
Tak więc cała czwórka, bo już bez Mali, ale plus jeszcze parę znajomych po linii magii od Cioci Lali, zrobiła taki szybki sabat pompujący. Dobrymi vibami pompującymi Anitę. Trochę też dostał Borek, tak na odległość, na prośbę Maliny zresztą, bo on też miał już dość marudnej baby w chałupie. Co prawda to chłop cierpliwy, nie skarżący się, ale Lalka, jako siostra świetnie czuła, że coś jest z nim nie tak do końca.
Czy zabieg zadziałał? Na Borka jakoś na pewno, bo zaczął brać nadgodziny. Trochę też dlatego zaczął, bo Anita poszła na zwolnienie, co wyjaśniła potem w Pleciudze tak:
- Pierdolę, nie chce mi się.
Może to też była kwestia chwilowej fali upałów, bo tego czwartkowego popołudnia wszystkie wiedźmy przy stoliku robiły wrażenie, że im też się nic nie chce. Poza Malą, która wierciła się na krześle wyjątkowo wiertliwie. Ale ona żyła wyjazdem do Łukasza, więc nasterydowane osy, znane jako szerszenie dawały jej w odwłoku wyjątkowo do wiwatu. 
Ale przy wspomnianym stoliku jeszcze coś innego było nie tak. Za sprawą Kaśki. Bo z Kaśką jest ogólnie jest tak, że ją nigdy nie boli głowa. Nie chodzi bynajmniej o sprawy bazowe, tylko o taki ogólny ból głowy o coś. Może inaczej. Kaśki bóle głowy to trochę tak, jak chodzenie prawdziwej hrabiny do ubikacji. Czy ktoś kiedyś widział prawdziwą hrabinę idącą do ubikacji? Lub ją opuszczającą? No, właśnie. Można o to co prawda zapytać Malinę, ale tylko można. Bo działać nie będzie. Tym razem jednak boleść kasinej głowy emanowała po całej okolicy. Co prawda Kaśka umie dobrze maskować aurę, ale nie przed na przykład Anitą, czy Roxy. Ta pierwsza, jak już wiemy chwilowo ma wyrąbane na całokształt, ale Ruda nie za bardzo. Więc zapytała, tak trochę ostrożnie, jakby nie po swojemu, nie w swoim stylu, z pewną dozą nieśmiałości:
- Kasiu... Powiesz nam? 
Kaśka spojrzała na nią wzrokiem Komancza przy palu męczarni. Czyli jak krowa na pociąg. Tak mają prawdziwi Komancze, którzy mają przesrane. Bo jak inaczej nazwać sytuację takiego Komancza przytroczonego do owego pala? Twarze tych wojowników nie wyrażają wtedy nic. Ale Roxy nie odpuszczała. To było co prawda już ciągnięcie tygrysa za ogon, ale Ruda na ogonach zna się nieźle.
- No? Siostra? Zrelaksuj poślady. Nie droczę się, pytam poważnie.
Malina spojrzała na Kaśkę jakby pytająco. Zrobiła to też Mala, która choć zajęta srayphonem, to percepowała wszystko, co się działo. Za to Ruda kontynuowała:
- Jesteś świeżo po sukcesie. Twoja Zośka wygrała prestiżową walkę. Sama widziałam. To co się zatem kurwa z tobą teraz dzieje?
Kaśce chyba coś puściło, bo westchnęła:
- Zośka wygrała... Ale...
- Ale? Są jakieś Alicje w tej twojej drużynie? O ile dobrze się orientuję, to te twoje drapieżne ślicznotki bojowe wszystkie są na literę Be? Dobrze to rozmawiam?
Roxy urwała na chwilę, po czym dodała:
- Aaaa... Już wiem! Tu cię piczka gryzie! Bęcka?
Kaśka kiwnęła głową.
- Ale przecież to było ponad miesiąc temu?
- Nie. Tamto to było tamto. Każda, nawet najlepsza musi czasem dostać w dziób. Mnie chodzi o to, co jest teraz.
- A co jest teraz, bo chyba nie jestem na bieżąco?
Kaśce puściło całkiem, upiła łyk pleciugato i oznajmiła:
- Fizycznie to ona jest już dawno okay. Ale psychika? Coś koszmarnego. Nie idzie się z nią dogadać. A dłużej już pod tym zaklęciem nie mogę ją trzymać, bo jej się zrobi mózgoplazma. Za to jak znowu wróci na salę, to...
- To się weźmie do roboty. Tak?
- Tylko, że jej jeszcze nie wolno. Przecież nie postawię herodów na wejściu do klubu, żeby jej nie wpuszczali. A jak postawię, to pójdzie gdzie indziej i sobie zrobi kuku. Zaczyna mnie to już trochę przerastać. Bynajmniej i przynajmniej.
- Nooo... Tego jeszcze ta orkiestra tutaj nie grała. Jak nasza Maczeta mówi, że coś ją przerasta, to znaczy, że...
- To znaczy, że mówi o Daśku.
Pisnęła szybko Mala. Ten żart rzucony ni w cipę, ni w oko wywołał nagle huragan śmiechu. Miał on jednak pewien sens, bo jak wiemy, Adaśko, facet Kaśki jest wyjątkowo wielkim kawałem chłopa. Roxy jednak uspokoiła piłkę:
- Nie, nie, nie Maleczko. Z seksem to nasza Kasia na pewno nie ma problemów. Czego nie można powiedzieć o tobie. Zaraz będziesz musiała zwracać za krzesło, bo dupą dziurę wyseksisz.
W tym momencie Anita wyłączyła swoją zblazowaną minę i weszła do akcji, poprzedziwszy to swoim rutynowym głębokim wdechem:
- Czekajcie siostry. Wasze problemy z seksem może odłóżmy na później. Na razie to ja wchodzę w tą Bęckę. Nie znam panienki, ale to bez znaczenia. Uruchomię tylko Pati, ona jest neurolożka, to ją zbada od swojej strony. Tak, żeby wszystko było dopięte. Kasiu, tylko wprowadź mnie w temat, o co chodzi centralnie, opisz mi przypadek. Nudzi mi się w pracy, nudzi mi się na zwolnieniu, to chętnie porobię coś innego. Nie znam się na psychologii sportu, ale to chyba nie ma znaczenia?
- Jasne! Nitka! Czemu ja wcześniej sama na to nie wpadłam?
To wcięła się Mala. Bo to jest tak, że Anita nie jest zawodową psychoterapeutką, tylko raczej naturszczyczką. Ale co pomogła Mali swojego czasu, to pomogła.
Kaśka szybko wyklarowała Anicie przypadek Bęcki. Potem zaś wiedźmy zapłaciły rachunek i wyszły z Pleciugi do swoich innych zajęć. Rozmowy o seksie nie było wcale. Czemu? Bo czarownice nie mają problemów z seksem.

20 czerwca 2026

LET THE BODIES HIT THE FLOOR

Dwie wchodzą
Jedna wychodzi
Taki sport
/mikrohaiku to haiku oparte na metrum 3-5-3/
Najpierw cofnijmy się na osi czasu do chwili turnieju tajskiego boksu po którym Bęcka wylądowała była w szpitalu. Na oddziale neurologicznym zresztą, który specjalizuje się w przywracaniu do stanu używalności zawodniczek i zawodników sportów walki zbyt dobrze trafionych. Jak pamiętamy dziewczynie towarzyszyły wtedy Roxy i Kaśka. Nie po temu bynajmniej, aby patrzeć lekarzom na ręce. Ta ekipa na oddziale akurat była zaiste godna zaufania. Ale medycyna medycyną, zaś czary czarami. Taka hybryda zwykle działa dobrze. Jak wiemy bowiem, Roxy magię medyczną ma dobrze opanowaną, Kaśka zresztą też sporo już umie. Efekt całego leczenia był taki, że po trzech dniach Bęcka wypisała się ze szpitala na własne żądanie. Gdy lekarz dyżurny próbował jej to wyperswadować sam nagle został pacjentem swojego szpitala. Bo Bęcka to jest Bęcka. To, że nie trzyma gardy podczas walki wcale nie oznacza, że nie umie porządnie przylać.
To teraz przenosimy się do ośrodka Oktagon. Czwarty dzień po turnieju, po krytycznej walce, poniedziałek, czy wtorek bodajże. Do workowni wchodzą Zośka Yakuza, Bójka, Bitka oraz niejaki Stacho, którego Bójka trzyma za rękę. Stacho to ten cielaczek od Magdy Maczugi. Gdy Bójka poznała go na treningu to od tamtej pory cipki nie może od niego odkleić. I teraz jest tak, że pierwsza odezwała się Bombka Zośka:
- Ej, laska, co ty tu teraz robisz?
Bęcka akurat ćwiczyła frazę bazową, czyli lewy i prawy prosty na worku, który naprawdę miał już dosyć tego lania. Ale nic nie mówił, bo niby czym miał to robić? Dziewczyna jednak na chwilę przerwała i odpowiedziała:
- Jak to co? Trenuję. Mam grafik od Kaśki, to go realizuję.
- No, ja nie wiem. Jak Kaśka tu zaraz zajrzy, to ja nie ręczę za twoje dupsko. Przecież ciebie ma tu nie być. Masz miesiąc przerwy co najmniej, jak nie dłużej.
- Kaśka może mi skoczyć na kant tego dupska. Jak coś powie nie tak, to ją po prostu zwolnię z pracy i tyle z tego będzie. I chuj!
Formalnie Bęcka miała trochę racji, bo w sportach walki trener jest pracownikiem swojego zawodnika.  Ale nie jest to takie do końca w tym przypadku. Co skonstatowała Zośka:
- Kochanie, to tak chyba raczej nie działa. Coś tobie się chyba popierdoliło w tym twoim dupsku. A zresztą... To nie moje dupsko. Niech Kaśka ci tłumaczy, gdzie jest przód, gdzie tył.
Kaśka istotnie zaraz się tam pojawiła. Rzuciła tylko okiem na sytuację i szybko zarządziła, popierając to do tego ruchem głowy:
- Wyjdźcie mi stąd na chwilę.
Gdy drzwi do sali się zamknęły wszyscy spojrzeli na siebie.
- No, teraz będzie...
Rzuciła szybko Bitka. Nic specjalnego jednak się na wydarzyło. Po kilku minutach drzwi się otworzyły, wyszła przez nie Bęcka, bez słowa minęła wszystkich i ruszyła w stronę szatni. Po chwili wyjrzała Kaśka mówiąc:
- Nie ruszy się z domu przez dwa tygodnie, więc mam prośbę. Zajrzyjcie dziś do niej z jakimiś zakupami. Tak? Jeść trzeba.
- Co jej powiedziałaś?
Spytała Bójka.
- Żeby właśnie poszła do domu i pomieszkała te dwa tygodnie.
- Kasia bywa nieraz bardzo przekonywująca.
Podsumowała Bitka i wszyscy ruszyli do sali...
W istocie rzeczy Kaśka użyła czarów do tego przekonywania. Wystarczył prosty urok plus sugestrix na wszelki wypadek, też rodzaj uroku zresztą. Według zaleceń lekarskich Bęcka miała szlaban na wszelkie aktywności fizyczne przez kilka tygodni, ale jak widać miała je centralnie gdzieś. Wiemy, że była dość mało zdyscyplinowaną zawodniczką.
Tymczasem po kilku dniach do Kaśki przybiegła podniecona Zosia Bombka Yakuza. Wywołała ją z jakichś zajęć aby przekazać pewną bardzo ważną nowinę:
- Gadałam z Orskim, wiesz?
- Mirek to bardzo miły człowiek, fajnie się z nim rozmawia. Ale czy to jest powód, że zawracać mi anus i przerywać pracę z klientką?
- Przepraszam. Ale...
- To idź do barku, wypij sobie soczek na koszt firmy, a ja za dwadzieścia minut przyjdę i wszystko mi opowiesz. Chyba, że ośrodek ktoś nam podpala. Albo ty będziesz rodzić.
- Tak, chyba żyrafę. Ja ostatnio tylko...
- Zosiu, twoje pożycia intymne na pewno mnie nie interesują. Więc bądź grzeczną dziewczynką i zrób to, o co proszę.
Co prawda Bombka nigdy nie była grzeczną dziewczynką, ale dla Kaśki zawsze robiła wyjątki. Spróbowałaby zresztą ich nie robić. Bęcka nie robiła i dostała na ringu bęcki. Dokładnie jedną, ale za to porządną. Zaś po dwudziestu minutach...
- Kasiu, więc jest tak, że... Nie, może inaczej. Wiesz kto to jest Brajagna Bolesna? No, Niezapominajka inaczej.
- No pewnie, to ta, która trafiła Bęckę. Faktycznie niezapominajka, trudno zapomnieć takiego strzała. No, ale co z nią?
- To ona niedługo będzie walczyć.
- Jest czynną zawodniczką, to walczy. Co w tym takiego?
- Tak, ale ona będzie walczyć we freakach.
- Ty też będziesz, tylko nie w bieżącej gali. Niezła jest, więc ja się nie dziwię, że Mirek ją przyuważył. To jest jego praca. W jakiej formule ma się bić ta panienka?
- Czysty boks, ale na gołe.
- I?
- To ja chcę jej spuścić bęcki. Za Bęckę.
- Bęcka oberwała słusznie, bo mnie nie słuchała. Ale zaraz, czegoś nie rozumiem. Jak chcesz to zrobić? Po naszemu, na ulicy? Tak my tłuczemy tylko złoli. 
- Ja chcę jej wlać sportowo. Na tej gali.
- Czekaj Zocha. Po pierwsze, to walczysz dopiero na następnej. Boks birmański w rzymskiej klatce. Pod tą walkę cię szykuję. Ogarnęłam ci wujka od wing tsun, żeby cię trochę tego poduczył. Za roczny abonament do klubu zresztą. To ty nam nagle chcesz zmieniać plany?
- Ale...
- Cicho. Mówię jeszcze. Po drugie, to ta cała Bolesna ma już przeciwniczkę. Kontrakt już pewnie podpisany, więc klamka zapadła. Trudno to odkręcić.
- Kasiu. To jest tak, że do tej walki za dużo mi zmieniać nic nie trzeba. To jest boks, więc co tu reformować? Tą walkę można mi zaliczyć jako sparring przed tamtą następną. Zaś kontrakt można jakoś zachachmęcić. Jakby pogadać z  Mirkiem...
- Tak. Ciekawa koncepcja. Właściwie to... Tylko ma jeden feler. Jak ona cię trafi, to tamta walka idzie się ciurlać. Większość walk tej formuły kończy się przez tekao. Trochę za ładna jesteś do tego. Za to ona ma kopyto, tu akurat nie ma dyskusji.
- Ta, srałpierdział, gryzł wodę, miał w dupie przeszkodę. Teraz za ładna, a na strzały barankiem już nie? Poza tym nikt mnie nie trafi. Maskę mam dziewiczą. W pewnym sensie.
To dodała widząc, jak Kaśka się uśmiechnęła kpiąco.
- No co? Dziób mam nietrafialny, tak jak ty. Od ciebie się uczę, wiesz, że ja jestem pilną uczennicą. Słuchaną. Nie tak, jak Bęcka.
- Właśnie. Muszę do niej zajrzeć, odnudzić jej, że tak powiem czas siedzenia na dupie w chałupie. Ale na Mirka to ty mnie nie napuszczaj. Niech twoja dziewczyna z nim pogada. To jej były facet, przecież wiesz.
- Mala to nie jest moja dziewczyna. Tylko się blisko psiapsiamy.
- Tak, prawdziwa dziewczyńska przyjaźń. Ale mniejsza już z tym. Nie z mojej piczy wióry lecą. Słuchaj, zrobimy tak, że pójdziesz teraz do Mali, jest tu gdzieś na obiekcie. Po coś Graham Bell wynalazł telefon chyba, tak? Jak Mala bardzo, bardzo ładnie Mirka poprosi, to ty mi przyniesiesz kontrakt na tą walkę. Wtedy zrobimy to. Parę groszy ekstra na pewno nie ma prawa zaśmierdzieć. Acha, o jakich sumach jest mowa?
- Dokładnie nie dopytałam. Ale freaki to freaki. Za gieta Ziela tam się nikt nie tłucze. Aha, właśnie. Coś mam dla ciebie. Spodoba ci się. Jest mega, zobaczysz.
Yakuza sięgnęła do kieszeni bojówek i wyjęła małe pudełeczko.
- Co to jest?
- Czekolada. Czarne Maroko. Sześćdziesiąt wolt.
- No? Ile za to?
- Kasiu, nie obrażaj mnie.
- Tylko żartowałam.
- Powiedzmy, że za to, że się zgodziłaś.
Okazało się, że sprawy poszły nadzwyczaj gładko. Mala faktycznie bardzo, bardzo ładnie poprosiła Mirka o zmianę planów. Zrobiła to etapami. Najpierw uderzyła do Magdy Maczugi, jego aktualnej partnerki. Potem we dwie urobiły Orskiego. Ten zaś pomyślał przez chwilę i oznajmił:
- Dobrze moje panie. Spróbuję zrobić z tej walki dwie. Nawet mam jedną dziewczynę na oku. Nie miałem dla niej przeciwniczki, to teraz już mam. Tylko jest jeden szkopuł. Sponsor strategiczny musi wyskoczyć z dodatkowej kasy. Maleczko, pomożesz?
Mirek wiedział, o co prosi, zaś dla Turbinki to było jak małe piwo przed śniadaniem. Bez woltów zresztą, bo jak wiemy Mala narkotyków nie używa. Cała trójka pojechała więc do biura sponsora. Młoda wiedźma utkała magiczny urok, rzuciła go dziarsko i pozamiatane. Zaś po dwóch dniach Yakuza wręczyła Kaśce kontrakt, świeżutki, pachnący, nie prześmigany.
Gala miała odbyć się w sobotę, dzień przed letnim sabatem. Ale dzień przed było jeszcze ważenie oraz konferencja prasowa. Ważenie nie wiadomo po kiego, bo we freak fightach nie praktykuje się raczej kategorii wagowych. Zaś konferencja jest dla gawiedzi, którą czasem bardziej to kręci, niż same walki. Kaśka bardzo tego nie lubiła, ale to nie ona była gwiazdą tego eventu. Aczkolwiek to akurat jest do dyskusji, bo Zośkę znało niewiele osób, zaś do Pięknej od razu ustawiła się kolejka po autograf. Bombka miała swój plan na tą okazję. Zwykle zawodniczki stają na wagę w bikini, choć czasem nieraz fikuśnym, sex shopowym. Zosia stanęła topless w samych stringach, ale takiego typu, że prawie nic już nie zasłaniały. 
- Nie mam się czego wstydzić. 
Oświadczyła podczas ważenia. Ale to był dopiero początek. Bo podczas robienia tradycyjnej fotki face to face podniosła tiszert znowu pokazując piersi, po czym rzuciła do przeciwniczki:
- Brajka, pokaż klasę i jutro walcz bez ochraniaczy.
Tu należy wyjaśnić, że różne federacje mają rożne przepisy dotyczące takiego sprzętu. Ta akurat miała takie, że obowiązywała paszczęka oraz ochraniacz intymmny dla panów. Za to nie wiedzieć czemu panie miały wybór, czy zakładać tak zwany napizdnik i nacycnik. Brajagna odcięła się od razu:
- Mówisz - masz. Zrobię ci z nich hamburgery.
- Sama jesteś jebany hamburger. Narzeczona Frankensteina. Ciebie nawet musztarda nie chciałaby wyruchać. Ani inna Mumia.
To nie było miłe i nie do końca prawdziwe. Co prawda ocena kobiecej urody to sprawa względna, ale Niezapominajka wcale nie była brzydka, co przyznałoby wiele osób na tej sali. Miała urodę swojskiej, czerstwej dziewuchy. Takie Brajagny miewają powodzenie u panów oraz niektórych pań. Ale na pewno nie była tak obrotna paszczą, jak Zośka, więc zamiast ripostować werbalnie przeszła do czynów. Stało się to, co tygrysy lubią najbardziej podczas konferencji. Panie skoczyły sobie do oczu cieleśnie. Ale czterech ochroniarzy było zawodowcami, niejedną taką parę wściekłych kocic już rozdzielali. Tak więc do falstartu walki nie doszło. 
Za to następnego dnia walka Bombki i Brajagny była czwarta od końca. Zosia wkroczyła do klatki odziana w obowiązkowy zielony tiszert Oktagonu oraz majtki z wypisanym imieniem Bęcki. Bo to jej dedykowała ten występ. Zaś w narożniku urzędowała Kaśka, Magda Maczuga jako asysta oraz Roxy jako cutwoman. Po przygodzie wspomnianej Bęcki uznała się za osobę potrzebną jakby co, zaś na brak papierów przymknięto oko pod wpływem czarów. Zaś w loży dla vipów zasiadł Stryjo, Malina, Miolka, Mala oraz Adaśko, Borek, tudzież Misiek. Anita odpuściła sobie to widowisko, ale jak wiemy jest ona marudna od jakiegoś czasu, nie bardzo wie, czego chce. Po czym zaczęło się...
Ta walka nie miała podziału na rundy. Łomot miał trwać dotąd, aż któraś będzie miała dość. Obowiązywały Reguły Gromda, zaś sędzina ringowa oświadczyła bardzo zdecydowanie:
- Jeden faul i wyrzucam na zbitą pizdę!
Plan walki Bombka miała starannie omówiony z Kaśką, ale jak wiemy strona przeciwna jest zwykle złośliwa, nie pozwala na jego realizację. Więc było też miejsce na improwizację. Już po pierwszej minucie Kaśka miała jasność, że jej pupilka raczej nie przegra, ale boks to boks, więc z dużym naciskiem na raczej. Jak na razie Zośka ani razu nie dała się trafić, wszystko zbierała albo na gardę, albo puszczała mimo. To była bardzo dobra decyzja, bo Brajagna nie był z dupy wzięta. Jej ciosy wyglądały na naprawdę okrutne, urywające głowę. Ale wojowniczka ulicy bis, którą była Bombka Yakuza górowała nieco nad nią szybkością, więc kilka ukąszeń uplasowała tam, gdzie trzeba. Tylko ukąszeń. Już przed walką ustalono, że nic na chama, że ma nie być pośpiechu, próby rozstrzygnięcia od razu. Żadnych kujawiaków, ani tym podobnych, to nie był typ przeciwniczki pod taką taktykę. W pewnym momencie Kaśka rzuciła do Magdy:
- Teraz. Widziałaś? Teraz już ją ma.
- No. Jak kaczkę na ruszcie.
To był cios w splot słoneczny widoczny tylko dla wprawnego oka. Taki cios odbierał dużo oddechu. Ktoś inny, niższej klasy zwinąłby się i poprosił o litość, ale Brajagna to była naprawdę wysoka półka. Jednak Zośce to już wystarczyło, aby zacząć drugi etap. Wciąż nie trafiona ani razu sama zaczęła trafiać coraz częściej. Wciąż jednak nie były to ciosy nokautujące, bo wcale takie miały nie być. Plan był zupełnie inny. Polegał na tym, aby Niezapominajkę systematycznie obić, raz koło razu, aby jej ciało zamienić w jeden bolący siniak. Ale żeby nie przegiąć. Klika razy sędzina przerywała starcie, aby przyjrzeć się twarzy Brajagny, czy przypadkiem nie wymaga pomocy cutmana. Zaś każda zbytnio krwawiąca rana mogła być powodem przegranej przez techniczny nokaut. Ale takie zwycięstwo nie byłoby dla Zośki zbyt satysfakcjonujące. Ona postanowiła zrobić hamburger, taki właśnie, który był wspomniany poprzedniego dnia. Po którejś minucie jej przewaga była widoczna już nawet dla laika. Magda odezwała się do Kaśki:
- To już jest powolna egzekucja. Ja bym już chyba rzuciła ręcznik, ale przy tych regułach... Nie wiem w sumie.
- No, dobrze. Kończ Zocha tą zabawę.
Oznajmiła Kaśka i dodała po chwili:
- Jak ja nie lubię widoku bitego człowieka. 
- Chyba że sama bijesz?
Obie wybuchnęły śmiechem. Za to Zośka chyba też już miała dosyć tej zabawy. Odskoczyła na moment aby przyjrzeć się rzeźni, która była jej dziełem, po czym doskoczyła oraz zakończyła temat wspomnianym już kujawiakiem. Brajagna Niezapominajka Bolesna uklęknęła na kolana, po czym upadła twarzą na matę. Sędzina szybko doskoczyła, odepchnęła Bombkę, tak na wszelki wypadek, po czym nachyliła się nad leżącą. Liczenie jej zdaniem nie miało sensu, więc pokazała gestem koniec walki. Machnęła ręką na lekarza, potem podniosła rękę Bombki Yakuzy do góry. Ta zaś szepnęła ni to do siebie, ni to gdzieś:
- To dla ciebie Bęcko.
Następnie zdjęła tiszert. Złożyła go starannie i położyła na ciele pokonanej kobiety, którą właśnie kładziono na nosze.
- Prezent od firmy Oktagon. Wpadnij któregoś dnia na trening, nauczysz się u nas, jak to się robi porządnie.
Sędzina podeszła do niej mówiąc:
- Idź się wysikać do testu. Znasz reguły. 
To już była jednak tylko formalność. Bombka była czysta jak łzy, które płynęły jej z oczu. Co prawda dziewczyny z tej dzielni nie płaczą, ale czasem bywają od tego wyjątki.

08 czerwca 2026

ŁAPAJ ZŁODZIEJA /5/2/

Cała gromadka nagle zniknęła z oczu ewentualnego obserwatora.
Pojawiła się znowu po upływie jakiejś pół godziny. Wszystkie dotąd siedzące wiedźmy przestały siedzieć. Kilka odeszło na bok, aby ukryć się wśród tytoniowego dymu, bo jak wiadomo czarownice też bywają palące. Niektóre. Kilka odeszło dalej, aby ukucnąć za pobliskimi krzaczorami. Reszta powoli otrząsała się po przebytym transie. Roxy zagaiła do Mili:
- No, i co teraz? Szefowo?
- Weź, jaka znowu szefowo? To ty tu rządzisz, ty to rozkręciłaś. Tylko nagle jakiś nieogar cię na chwilę opanował. Jakbyś była niedorżnięta. Aż cię nie poznaję ruda cipo.
- Powiedzmy, że się na chwilę zamyśliłam.
- Chyba zagapiłam?
Mimo tych słów twarz Mili wciąż wyrażała kosmiczną łagodność, przyjazne nastawienie ogólne. Zaś usta zakontynuowały:
- Dobrze. Jak sobie chcesz. Jak nie wiesz, co dalej, to ja ci powiem, co dalej. Pójdziesz teraz do auta i przyniesiesz szklaną kulę. Bo chyba wzięłaś ją od Anity? Musimy przecież zobaczyć, co zwojowałyśmy. Klątwa poszła na chama, jak stalowy pindol, ale pojęcia nie mamy, jak się laska opancerzyła. Mogła wyjść nawet kompletna kupa. Ale nie sądzę. Po takim ataku nawet Ciocia Lala by zmoczyła stringi. No, ruchy, bo dnieje niedługo. Ja mam jeszcze wczorajsze pranie do rozwieszenia.
Po paru minutach Roxy wróciła niosąc sporą drewnianą szkatułę.
- To teraz odpal to ustrojstwo, bo ja się na tym nie znam.
Roxy zasiadła przed leżącą przed nią szklaną kulą. Za plecami miała Malinę i Kaśkę, które nagle oznajmiły zgodnym chórem:
- Jest! Mamy ją!
- Co widać?
Spytała Mila.
- Chodź sama zobacz. Powiem tak, że jest noc, ale spania to na pewno ona nie uskutecznia. Miota się po pokoju, jakieś ruchy Browna odwala, czy coś w tym guście.
Wokół Rudej nagle zatłoczyło się od wiedźm.
- Siostry, nie tak ostro. Po kolei. Oddychać nie można, po kolei, każda zobaczy. Tylko nie dotykać sprzętu. Oczkami się patrzy, nie palcyma. Kula nie piczka, nie ma macania.
Czarownice w milczeniu zaglądały do kuli, gdy jedna nagle spytała:
- Zaraz, ale dlaczego jej tak płoną dłonie?
- No właśnie. Tego nie było w programie.
Dodała druga. Ale Ruda tylko wzruszyła ramionami mówiąc.
- Zapytaj Milusińskiej. Pewnie wcisnęła coś od siebie. Jakąś klątwę plus, bonus taki jakby. Dobrze mówię siostro, dobrze ogarniam sytuację?
- No. Jakaś kara musi być. Ale spokojnie, nie okaleczy jej to. To nie jest żywy ogień, tylko niebylica. Iluzja taka. Zaraz jej to przejdzie.
- Nawet trafny komunikat dostała. Jak do złodzieja.
Rzuciła któraś wiedźma. Za to inna, nieco młodsza spytała:
- Tylko ja mam pytanie. Na jak długo...
- Blokada mocy? Pojęcia nie mam. Tego i Ciocia Lala nie obliczy.
Co prawda nie wszystkie zebrane wiedźmy uczyły się u Cioci Lali, ale autorytet tej mega czarownicy był niepodważalny nawet łomem atomowym. Jak ona czegoś nie wie, nie umie, to nikt inny nie poradzi. Za to Mila dodała jeszcze:
- Po prostu nie wiemy, jak była chroniona przed atakiem. Ale przy takiej załodze, jak my tutaj, to do jutra jej na pewno nie przejdzie. 
- No, dobrze siostry. Kończymy zabawę.
Roxy dotknęła kuli dłonią, wygasiła ją, po czym powoli zaczęła zawijać w czarny aksamit i chować do skrzyneczki. 
- Kto do domu, to do domu. Kto na piwo, to na piwo. Jak mawia nasza siostra Katarzyna, praca razem pospołu była dla mnie rozkoszą. Dobrze to ujęłam?
- Trochę inaczej mówię. Ale niech ci będzie.
Uśmiechnęła się Kaśka. Za to milcząca dotąd Mala szybko liznęła swoim zwyczajem kilka najbliżej stojących czarownic, po czym oddaliła się w stronę zaimprowizowanego parkingu. Zaś za nią pobiegła Cizia. Na ten widok Roxy mruknęła:
- Wygląda na to, że Mala ma nową koleżankę.
- Normalne. Swój do swego, siusiara do siusiary.
Skomentowała Malina, która dodała jeszcze:
- Nie jestem wróżką, bo wróżek nie ma, ale ja wiem, co ona teraz zrobi. Znaczy nie teraz, tylko jutro, jak się wyśpi. 
Zebrane wiedźmy powoli ruszyły do swoich aut. Na miejscu zostały jeszcze Roxy, Malina, Kaśka. Oraz Mila stojąca nieco dalej, ale też blisko. Za to Roxy spytała Maliny:
- Co Mala jutro zrobi?
- To zrobi, że ruszy na Bajoro, znajdzie tamtą niunię i zaproponuje jej robotę w Oktagonie. Na stanowisku młodszej operatorki mopa.
- Tak. To do niej podobne. Co ty na to Kasiu?
- Ja?
- Ty. Jesteś jej szefową w ośrodku.
- Ja do Mali mam w robocie takie zaufanie, że płacę jej czekami in blanco, bez wpisanej sumy. Co jeszcze w tym temacie?
Mila podeszła bliżej.
- Mogę?
- Zależy co. Dupy daję tylko swojemu Miśkowi.
- No! Ruda odzyskuje fason. Ile już czaruje ta wasza Mala?
- Regularnie od dwóch lat. A co?
- Nie znam jej, ale czuję, że to jest perełka perełek. Jak przekroczy trzydziechę, to przebije nawet Ciocię Lalę. Wszystkie będziemy za nią umklajder nosić.
- Co ty nam nie powiesz?
Odparła Roxy i dodała:
- Twoje pranie w domu pytało się o ciebie. Nie wiem, jak wy, ale ja stąd spadam. Agnieszka mnie swędzi. A wy róbta, co chceta.
- Jak się kiedyś dowiem, że cię agnieszka nie swędzi, to znaczy, że mam kupić wieniec, włożyć żółte majtki i zapytać w witchnecie na który cmentarz mam jechać.
- Dlaczego żółte?
- Z radości. Że już cię nie ma żmijówo. I żeby nie było widać, że się posikałam z tej radości. Chodźmy już stąd faktycznie, bo w dupę zimno za bardzo. Moc nam się jeszcze zmrozi.
- Moc się mrozi - moc truchleje.
Więc poszły...

03 czerwca 2026

ŁAPAJ ZŁODZIEJA /4/2/

Mala weszła wśród siedzące wiedźmy i oświadczyła:
- Siostry! Nikogo nie trzeba zabijać. Jest sposób.

Cała gromadka spojrzała na dziewczynę wyczekująco. Wreszcie odezwała się Roxy, spokojnym, jakby nieco zmęczonym głosem:
- Co chcesz zrobić skarbie, jaki masz pomysł?
- Nie trzeba zabijać. Wystarczy zablokować jej moc.
Po chwili ciszy jakby coś stęknęło wśród siedzących. Wreszcie odezwała się któraś starsza wiedźma, nie nastolatka bynajmniej:
- Dziecko, ty chyba nie wiesz, o czym ty rozmawiasz teraz?
- No właśnie. Mocy nie można odebrać, ani zniszczyć, anihilować.
Odezwała się druga czarownica obok, ale nagle Mala dostała odsiecz od Mili, zanim Roxy, Malina i Kaśka zdążyły zareagować:
- Siostry, chyba macie problemy z higieną uszek. Młoda dama nic tu nie powiedziała na temat odbierania mocy, ani jej anihilacji. Słoneczko, powiedz, co powiedziałaś?
Mala odparła natychmiast:
- Wystarczy zablokować jej moc. Zamrozić jakby tak.
Tym razem cisza zapadła na trochę nieco dłużej. Wreszcie znowu odezwała się Mila, która robiła wrażenie, jakby świetnie się bawiła tą całą sytuacją:
- Młoda, chyba zaistniał pewien kłopot. Mam takie nieodparte przeczucie, że spośród tu zabranych żadna zacna siostra nie umie tego zrobić. Nie wiem czemu, ale jakoś mnie to dziwnie rozbawiło. No, dziewczęta? Która to potrafi? Rąsia do góry.
Znowu chwila ciszy. Nagle Mila wstała mówiąc:
- No, siostry, co jest nagle z wami? Przecież połowa z was zna to zaklęcie. Ja rozumiem, że żadna nie chce ujawniać co umie, ale tym razem nie ma to za bardzo sensownego sensu. Za to młoda dobrze pomyślała. Więc?
Kaśka i Malina, jako młodsze stażem nie odzywały się. Za to Roxy patrzyła z pewną dozą zaciekawienia. Na Milę, która właśnie przejęła kierownictwo nad całym sabatem. Czas jednak było się odezwać, tak kontrolnie chociaż.
- Milka, nie bardzo rozumiem. Jeszcze parę minut temu chciałaś zabijać. Co się takiego stało, że nagle zmieniłaś zdanie?
- Ta mała ma dar przekonywania. I teraz tak...
Mila zawiesiła głos. Spojrzała na Roxy i spytała:
- Mogę? Siostro?
Ruda skinęła głową, więc Mila oznajmiła:
- No, cipki, krótka piłka. Zabijamy, czy tylko mrozimy?
Pierwsza odezwała się nagle Cizia:
- Mrozimy. Powinno wystarczyć.
- Czy młodzież dobrze gada?
Pomruk zebranych zabrzmiał aprobująco.
- Dobrze. Ty, ty i ty. Kopuła! A ty... Mala, tak? Tkaj zaklęcie. My się wszystkie wprzęgniemy powoli, spokojnie, bez furii.
Cała gromadka nagle zniknęła z oczu ewentualnego obserwatora.
JAK TO SIĘ W KOŃCU SKOŃCZYŁO? O TYM NIEBAWEM

29 maja 2026

ŁAPAJ ZŁODZIEJA /3/2/

Trzeba zacząć od tego, że Roxy bardzo, bardzo mocno przesadziła ze swoją wizją gromadnej frekwencji na tym sabacie. Przede wszystkim nie pojawiła się żadna zawodowa wiedźma, ani z Gildii, ani cichodajka, jak nazywają ten typ gildianki. Niestety, mimo upływu wielu lat Ruda nie jest zbyt lubiana wśród nich, choć dawno już zapomniano dlaczego tak jest. Więc żadna jej alarmu nie potraktowała zbyt poważnie. Gdyby ten spęd zwołała Anita, to mogłoby być całkiem inaczej. Ona jednak, jak wiemy, ma chwilowo swoje sprawy na głowie, czy raczej na łonie, więc daleka jest od zwoływania nawet kwartetu do brydża, czy też trójki do skata. Tak więc na miejscu nie zebrała się nawet ekipa wystarczająco liczna do rozegrania poważnego meczu rugby, aczkolwiek większa niż do szczypiorniaka. Do regularnej gały, takiej po ludzku mogłyby się bowiem śmiało przymierzyć. Ale trzeba też przyznać, że skrajny ostracyzm wobec Shiagu, o którym wspomniała Kaśka też miał coś na rzeczy. Część przybyłych czarownic, tych nieco młodszych, pojęcia nie miała ciapatego, co ma się tu dziać, o co się w ogóle rozchodzi. Za to trójce naszych wiedźm dupy trochę ostygły, zaś głowy zeszły na nieco niższy poziom psychopatii podczas jazdy na miejsce zbiórki. Więc gdy już skład całej ekipy zaczął się nieco ustalać, konstytuować, padły kluczowe pytania:
- Co teraz? Jak się bawimy? Kogo bić?
Niejaka Cizia, chyba najmłodsza z zebranych, wiekowo tak mniej więcej pomiędzy Malą oraz znaną nam już, lecz nieobecną tu Różą, bardzo zdolna wiedźmulka zresztą spytała rzeczowo:
- Będzie Ciocia Lala?
- A co? Nie masz jeszcze autografu? Ja jestem trzecia po niej, więc mogę ci dać swój zapasowy umklajder z dedykacją. Na razie ci musi wystarczyć, bo Ciocia Lala wyjechała. Jak to Ciocia Lala. Lubi wyjeżdżać często gęsto.
- Dokąd?
- Do Huchli. Po magiczny korek do dupy. Ciocia Lala nikomu się nie opowiada, więc zmarnowałaś nieco buzi na to pytanie. Oszczędzaj ją lepiej wiesz do czego. 
- Do czego?
- Ujujuj. Wczesna Malina. Jak przyjedzie Ciocia Lala, to ci powie do czego. Ja wiem, ale ja jestem ruda, wredna, złośliwa zdzira, więc ci nie powiem. 
Cała grupka nagle wzięła zarechotała, zaś bojowy nastrój nieco zapomniał, że w ogóle miał tu być. Nawet Kaśka, jak dotąd najpoważniejsza tym nastrojem chichotała niczym chochlik nad świeżym bykiem zecerskim. Nagle Roxy spoważniała:
- No, dobrze siostry. Cizia, syp krąg, najmłodsza jesteś, a my chwilę pogadajmy. Gleba już ogrzmiała, można siadać pełną buzią, wilk nam niegroźny.
- W dupę jeszcze chłodno.
Pisnęła któraś z też nienajstarszych.
- To sobie pod nią dogrzmij.
Starsze wiedźmy, doświadczone już sabatami na starym lotnisku dzierżyły pod pachami poduszki lub stołki wędkarskie, więc po prostu mościły się po cichu, gdzie każdej pasowało.
Tu powtórzmy, tak osobno, dla ewentualnych kompletnych idiotów. Sabat czarownic nie polega ani trochę na żadnym bieganiu wew kółko, do tego jeszcze na golasa. Takie rzeczy tylko w bajkach dla antyszczepionkowców. Sabat to wspólne czary, przeważnie na spokojnie. Ale najpierw trzeba obgadać sprawę. To są naprawdę poważne rzeczy. Na Ziele przychodzi czas, gdy już przyjdzie. 
Malina od razu ciuknęła Roxy w żebra:
- Trzeba je wprowadzić, połowa naprawdę nie wie, co to jest Shiagu. Opowiedz im to wszystko.
- Kurwa, to robota dla Anity, nie dla mnie.
- No, właśnie, co u Anity, jak się czuje?
Spytała nagle sadowiąca się obok kobieta imieniem Mila, piękna jak każda czarownica, z szalenie miłym, łagodnym wyrazem pysia. Który niejednego już zmylił zresztą, bo ta pani jest specyną od rzucania takich klątw, że moc truchleje, klękajcie narody. Ale to już zupełnie inna historia.
- Nitka ma się dobrze. Trochę marudzi, ale tak podobno ma każda. Za dwa miesiące będziemy wszystkie miały nową, śliczną, pachnącą siostrzyczkę. Chyba, że narżnie w pampersa, takie bąki tak już mają w tym wieku. Ale może o tym później. To teraz tak...
W tym momencie Roxy siąknęła nosem, chrząknęła, odkałsnęła, podrapała się po łonie, po czym niczym Anita wzięła głeboki oddech i zaczęła wykład na temat Shiagu. Dla tych wiedźm, które wiedzą mniej, żeby wiedziały więcej. Na koniec Roxy spytała:
- No, i co druhny Boruchny? Co z tym robimy? Bo to nie jest tylko mój osobisty problem. Myśmy we trzy chciały najpierw utłuc, ale po drodze trochę nam jakby puściło.
Spojrzała na najmłodzą wiedźmę:
- Cizia! Fabrycznie najnowsza z nas, nie prześmigana jeszcze za bardzo. Co ty na to wszystko? Słuchamy uważnie, teraz już na poważnie. Każdy głos się liczy, cipa jest cipa.
- Zajebać i chuj!
To wtrąciła z boku Mila, ta milusia, która tuż przed wykładem pytała o Anitę. Ale Ruda uciszyła ją gestem dłoni i dodała:
- Czekaj chwilę. Kwiat narodu przodem.
Zanim jednak kwiat narodu się odezwał, do uszu wszystkich doszedł głuchy łomot silnika motocyklowego potężniejący chwila za chwilą. Kaśka rzuciła szybko:
- Chyba mamy nową dupę na sabacie, nawet wiem czyją. Huk tego kombajnu jest nie do podrobienia. Sama w końcu wybierałam.
To prawda. Przy zakupie tego motoru Kaśka dołożyła nie tylko swój udział finansowy, lecz jeszcze swoje zdanie, decydujące zresztą. Zaś sam motor zatrzymał się obok innych, stojących nieopodal aut, po czym po chwili przy zgromadzonych pojawiła się Mala. Roześmiana całą sobą, bo bardzo jej się podobał pomysł na który ostatnio wpadła.
- To jednak? Chodź tu do nas.
Siedząca na glebie Malina wyciągnęła do niej rękę. Ale Mala zignorowała to. Weszła wśród siedzące wiedźmy i oświadczyła:
- Siostry! Nikogo nie trzeba zabijać. Jest sposób.
CZYLI BĘDZIE JESZCZE EPILOG

27 maja 2026

ŁAPAJ ZŁODZIEJA /2/2/

- Więc... Wyrwiemy chwasta. Po prostu.
Zapadła cisza. Krótka, bo przerwała ją Kaśka:
- No! Brawo Lalka! Lubię prace growerskie. Wchodzę w to.
Anita i Roxy spojrzały na siebie, po czym ta druga podsumowała:
- Zajebiście. Do ujebania kogoś Kaśka zawsze pierwsza.
- Przecież wiesz, że ja tylko nie lubię chamstwa.
W tym momencie do piłki dorwała się Mala:
- Przepraszam, siostry, o czym wy teraz mówicie?
- To chyba jasne, o czym. Tak?
Malina wyraźnie miała umysł na wojennej ścieżce. Oczy jej płonęły dziwnym, psychopatycznym blaskiem. Nie wiedzieć zresztą czemu, bo Lalka była raczej łagodną osobą. Oprócz momentów, gdy jej odbijało, słusznie zresztą. Kaśka miała minę nieprzeniknioną, za to oczy zionęły szlachtuzem. Jeszcze ciekawiej wyglądało oblicze Roxy. Takie zwykle miewała tuż przed sesją uprawiania miłości, szczególnie gdy miała ochotę na sadomaso. Ale wyrażało jeszcze coś, co jej Miśka na pewno nie zachęciłoby do zabawy. Za to Anita patrzyła na Malę, bardzo wyczekująco jakby, jednak zza woalki pewnego zblazowania, które od jakiegoś już czasu dominowało jej mimikę. Mala, zwykle tak pewna siebie, zwłaszcza wśród swoich sióstr, tym razem robiła wrażenie nieco zagubionej.
- Znaczy, co chcecie zrobić?
- Pójść z nią do muzeum uprawy kartofli, potem do opery na kebab.
To rzuciła Roxy, zaś oczy Kaśki nabrały koloru mrożonego ołowiu. Zaś Malina przybrała swoją ulubioną minę słodkiej idiotki, lecz nie do końca jak Barbie, tylko niczym Tiffany, narzeczona niejakiego Chucky. Mala jest za mądra, żeby tego wszystkiego nie pojąć, więc od razu sypnęła:
- Nie zgadzam się. Nitka powiedz im coś.
Anita rozkładając ręce odparła:
- Coś.
- Kurwa! Jesteś szefową, głową kowenu.
- Chwilowo tylko brzuchem, do tego bez prawa weta.
Zimno wycedziła Roxy dodając jeszcze:
- Jesteś przegłosowana. Nie znamy twojego wniosku, ale jaki by nie był, to wiesz, co nim sobie możesz. A my to zrobimy bez ciebie, damy radę. Jutro miał być tylko skromny, ćwiczebny sabat. To nie będzie. Za to będzie tłoczno.
Ruda pomachała telefonem kontynuując:
- Kwestia godziny i zamelduje się więcej sióstr z okolicy, niż na innych dużych sabatach na których byłaś. Nie musisz być obecna, nie będzie focha.
- U Anity?
- No coś ty? Gdzie? Na starym lotnisku, tam gdzie wiesz.
- Ale to tylko kradzież, nie trzeba jej zabijać.
- Nie tylko. Shiagu mają o wiele, wiele grubiej za uszami, dlatego się je tępi jak kuropiatki. Zero litości. Zero zer.
- Jak co?
- Kuropiatki wytępiono wiele wieków temu, możesz nie wiedzieć. 
Wtrąciła Anita, po czym dodała:
- No, ale skoro pojawiła się Shiagu, ponoć już niebyła, to nie można wykluczyć powrotu kuropiatek. I teraz tak. Naprawdę nie musisz ty w tym brać udziału. Ja akurat nie mogę, bo wiesz, że do porodu nie mogę. Ale nie wierzę, żeby Ciocia Lala cię nie uprzedzała, że jak wchodzisz w czary, to możesz kiedyś mieć trupa na koncie. Właśnie dlatego moja siostra Pati nie weszła piętnaście lat temu, została świadomą kryptą.
- O paru waszych trupach coś tam wiem.
Kaśka nagle rozpogodziła się:
- Mój nie jest tajemnicą. Broniłam siebie i odegrałam się za Roxy.
- O pewnym drugim też wiem. Ruda, Malinka, Kasia... Naprawdę wiem, jak zginęła Pamala. Miałam nigdy się nie dowiedzieć, ale ja naprawdę nie mam o to focha. Kocham was za to też. Matka sratka. Kawał kurwy nie matka. Za to mam cudowne siostry.
Nastąpiła cisza, taka bardziej niezwykła, bo wypełniała ją jedna, wielka konsternacyjność. Cztery czarownice patrzyły na siebie bardzo dynamicznie, wciąż zmieniając obiekty do patrzenia. Po czym Roxy stwierdziła:
- Ciocia Lala nie ma długiego ozora.
- Nie Ciocia Lala. Poznałam kilka sióstr, które były na pogrzebie mamy Nity i Pati. Coś mi tam wspomniały o wybuchającym aucie. Połączyłam kropki. To wszystko.
Znowu cisza. Wreszcie Anita westchnęła:
- Każde majtki tak mają, że czasem spadają same.
Wtedy nagle odezwała się Malina:
- A właściwie dlaczego w witchnecie nie ma żadnej wzmianki na temat tych Shiagu? Nawet na stronkach zawodowych nic nie ma. Przecież im najbardziej powinno zależeć na dobrej opinii o nas wszystkich, o siostrach, więc...
- Bezmoce nie używają witchnetu, nie mają tam wjazdu. Ale faktycznie, ten ostracyzm poszedł chyba za daleko. Efekt jest taki, że młodsze pojęcia nie mają, tak jak my nie miałyśmy, że takie coś może istnieć. Możesz zacząć to naprawiać. Przecież gęsto się tam produkujesz. Machniesz jedną notkę, drugą...
Odpowiedziała jej Kaśka, na co Lalka odparła:
- A żebyś wiedziała. Od soboty zaczynam, mam już pomysła.
Następnego dnia cała piątka zebrała się u Anity. Wielki sabat anty Shiagu miał mieć miejsce dopiero o północy na starym lotnisku, ale trzeba było jeszcze zajrzeć do szklanej kuli, żeby namierzyć wyklętą wiedźmę. Co prawda Mala oświadczyła, że nie wchodzi, przyjechała jednak też, żeby się pouczyć obsługi tego sprzętu. Zanim jednak zaczęły, to nagle Kaśka spytała:
- Właściwie to ile sióstr potrzeba, żeby zabić jedną?
Odpowiedziała jej Roxy:
- Pamala próbowała zabić Nitkę sama.
- I o piczy włos by się jej to udało.
Wtrąciła Anita.
- Tak, tylko w jakiej ty byłaś wtedy formie? Cień dupy, opary mocy. Ale jakby nie było, Pamala choć była głupsza od głupieja, to kawał swojej mocy jednak miała. Jednak tak ogólnie, to musi się dogadać kilka, żeby załatwić jedną. Jedna na jedną to zawsze jest wojna na wyniszczenie, zwykle zakończona jakimś remisem ze wskazaniem. Po czym obie strony bardzo długo dochodzą do siebie. To nie są pieszczoty tajskiego boksu.
Ruda przerwała na chwilę, po czym dodała:
- Tylko żeby nie było. Powtarzam tylko to, co wiem od Cioci Lali. Kiedyś jej zadawałam podobne pytania. No dobrze, Żanetki. Do roboty? Nita, przynieszesz to swoje cacko?
Już po chwili na stole salonu leżała szklana kula. Anita w celach edukacyjnych udostępniła ją wszystkim poprzedziwszy to krótką instrukcją wstępną.
- No, teraz próbujcie same. Każda po kolei.
Próbowały, każda po kolei, wreszcie Kaśce się udało:
- Mam ją. I chyba mam coś więcej. Mam lokalizację.
Szklana kula nie lokalizuje namierzanej osoby, ale nieraz można się zorientować po detalach otoczenia, gdzie ona jest.
- Co więcej, to jest bardzo logiczna lokalizacja. Jak myślicie, gdzie taka swołocz może się chować w tym mieście? To nie jest trudna zagadka, Grażynki moje ozdobne.
Pierwsza odezwała się Mala:
- Bajoro?
- Brawojasiu. Dokładnie tak.
- Jesteś pewna?
- Znam swoją dzielnicę. Poznaję te obiekty.
- Mogę?
- No.
Wszystkie po kolei zaglądały do kuli...
Ja świetnie wiemy, pamiętamy, dzielnica Kaśki od kilku lat już nie jest zakazaną. Bardzo się ucywilizowała. Ale pozostał jeden wyjątek na jej skraju zwany popularnie Bajorem. To jest naprawdę złe miejsce pełne mętów, szumowin, podłych ludzi. Tam nie wchodzi zwykła, krawężnikowa policja, lecz co najmniej cały pluton specjalny specjalnie wyposażony. Tam nie wchodzi nawet Kaśka, dla której cała dzielnica jest jak własny pokój. Nie dlatego, że się boi, bo Kaśka niczego się nie boi. Po prostu nie ma żadnego interesu, żeby tam wchodzić. I tyle.
Tak naprawdę, żeby rzucić skuteczną klątwę wiedźmie nie jest potrzebna lokalizacja celu. Aczkolwiek nie zaszkodzi, bo nikt nie wiedział tak naprawdę, jak mocna jest Shiagu, którą przeznaczono do likwidacji. Zaś co do likwidacji, to Mala jeszcze spróbowała:
- Siostry... A czy nie wystarczyłoby ją po prostu wygnać z miasta? Tak upieprzyć życie, żeby się stąd sama wyniosła?
Spojrzenia pozostałej czwórki nie były przyjazne dla tego pomysłu. Nawet Anita, której udział w całym projekcie był wykluczony nie patrzyła tak, jakby chciała Mala. Do tego powiedziała:
- Maleczko, kochanie. Rozumiem, że wiesz, czego teraz masz nie zrobić? To naprawdę nie miałoby sensu, zaufaj mi.
- Wiem. Mam bardzo, bardzo ładnie nie prosić.
Mala westchnęła i dodała:
- Wiecie co? Chyba już sobie pojadę do domu. Pouczę się jeszcze do egzaminów. Do sesji mam jeszcze trochę czasu, ale...
- Tak, wiemy, robisz dwa lata w jeden rok.
Odparła Malina, na co Mala skromnie spuściła wzrok.
- Trochę byłam zajęta ostatnio, więc więcej nie da rady.
Gdy Turbi wyszła z domu Anity i wsiadła na motocykl, jakoś długo nie odpalała maszyny. Zamyśliła się, czy też zagapiła, tego akurat nigdy nie wiadomo z kobietami. Wreszcie jednak ruszyła. Gdy dotarła do domu zdjęła kombinezon, usiadła na łóżku i znowu powtórzyła ta samą czynność mózgu. Jej chowaniec, wąż zbożowy Kacperek wpełznął jej na nogę, po czym wspiął się wyżej plasując za dekoltem bluzki. Czas mijał. Wreszcie Mala wstała, poszła na chwilę do łazienki, zaś gdy wyszła włożyła kombinezon i siegnęła po kask. Po czym oznajmiła cicho do swojego dekoltu:
- No, Kacperku. Jedziemy na wycieczkę.
BĘDZIE JESZCZE COŚ DALEJ