24 maja 2026

ŁAPAJ ZŁODZIEJA /1/2/

Tego czwartku do Pleciugi pierwsza przyszła Mala. To wiedziały na pewno Anita i Roxy, które razem tam weszły nieco później. Nie wiedziały już tego jednak Malina i Kaśka, które przyszły jeszcze później, ale trudno powiedzieć, czy je to w ogóle interesowało. Za to wszystkie wiedziały na pewno, że Turbi nie siedzi przy tym stoliku, co zawsze, tylko przy innym. Oraz rozmawia z jakąś paniusią też tam siedzącą. Aczkolwiek co do Roxy sprawa jest dyskusyjna, bo była bardzo zajęta opowiadaniem Nicie, co ostatnio jej zrobił Misiek oraz co też ona zrobiła jemu. Relację przerwało dopiero nadejście Maliny i Kaśki. Zaś po chwili pani Reni z chyba dość niegłupim pytaniem, co podać? Bo choć wiedźmy zawsze zamawiały to samo, to nic na tym świecie pewne nie jest. Potem wszystkie cztery patrzyły zaciekawione tam, gdzie siedziała Mala, zapewne intrygowało je, co ona tam robi. Nawet Anitę, która miała już wiele rzeczy dosyć pod koniec siódmego miesiąca ciąży, więc niewiele ją intrygowało. Może więc patrzyła tam tylko tak dla sportu, czy może dla towarzystwa? Choć niewykluczone jest, że żadnej nic nie intrygowało, tylko patrzyły tam tylko dlatego, że lubiły patrzeć na Malę. Bo kto nie lubi? Mala jest zaiste bardzo ładną dupeczką, więc wszyscy na nią patrzą, gdy tylko mają ku temu jakąś sposobność.
Wreszcie jednak się napatrzyły, Mala zaś nagadała z oną paniusią, po czym przyszła do tego stolika, co trzeba, lecz jakby mniej roześmiana całą sobą. Cała siedząca czwórka nadstawiła policzki do powitalnego polizania, także Kaśka, mimo że godzinę wcześniej widziały się w pracy. Zaś gdy Mala się rozmościła na krzesełku zagaiła tak oto do tej czwórki:
- No, to już chyba wszystko wiem.
Pierwsza zareagowała Ruda:
- Wiedźma wie. A co jest to wszystko?
- Mam mnemofotkę i sygnaturę zaklęcia. Dziwna jakaś.
Anita spojrzała na nią jakby niecozmęczonym wzrokiem.
- Możesz jaśniej? Bo jedna wiedźma ostatnio niewiele wie.
- Całość, czy puentę?
- Puentę, ale po zwięzłym wstępie.
To rzuciła Kaśka, zaś Malina dodała:
- No.
- Bo ja zapłaciłam tej pani za kawę.
Po czym Mala zamilkła, więc Roxy odparła szybko:
- No, tośmy się kurwa dowiedziały ważnych rzeczy.
- Gryzoń, nie przerywaj jej.
Wtrąciła Malina, ale Ruda zaprotestowała:
- Przecież ona nic nie mówi.
- Organizuje resztę wypowiedzi.
- Tak długo? To nie w jej stylu.
- Może na chwilę zmieniła styl?
Wtedy odezwała się Mala:
- Jak mi nie dacie mówić, to niczego się nie dowiecie.
- To mów!
- Już, już. Musiałam jeden taki wątek sobie ogarnąć. Więc tą panią okradziono, więc nie miała na kawę, na zapłacenie. Płakała, więc jej pomogłam. Fajnie jest pomagać.
- Cała Mala, cała ona.
Mruknęła Malina, po czym spytała:
- To jak ona tak na tą kawę przyszła? Na sępa, bez kasy?
- Bo się zorientowała dopiero przy płaceniu, że nie ma. Ale już wiadomo, kto jej to skubnął. Jedna nasza siostra. Mówię puentę, potem powiem jak to się stało. Na razie nie ma to znaczenia.
- Ile tego było?
Spytała rzeczowo Roxy.
- W chuj. Gotówka, karta, telefon. Ale już zdążyła zastrzec sobie konto z mojego. Więc tylko chyba trochę gotówki, parę setek.
- Parę setek to trochę? Dla niej chyba nie za bardzo, jeśli strzeliła w bek. Ja bym nie beczała za żadną kasą.
Skomentowała Kaśka, ale Roxy skomentowała ten komentarz:
- Bo prawdziwe Kasie nie płaczą. Za to ja płaczę czasami jak się rucham. Na przykład wtedy, jak na przykład...
- Wiewióra, zamknij się!
Syknęła Anita dodając:
- O kradzeniu jest, nie o twoim ruchaniu teraz.
- Dziękuję Niteczko. To od słowa do słowa dowiedziałam się od tej pani, że stało się to dość niedawno. Znaczy sama się domyśliłam, bo zaklęcie jeszcze nie wywietrzało do końca, dlatego zdążyłam złapać sygnaturę. Od pani zaś mnemofotkę.
- Pokaż.
Mala uniosła się z krzesełka i dotknęła głową głowy Roxy. Zaś ta od razu się skrzywiła mówiąc wszem i wobec:
- O kurwa!
- Nie, czemu? Nawet ładna babka.
- Nie o babkę chodzi, tylko o sygnaturę.
Ruda pochyliła się w stronę Anity, a gdy zetknęły się głowami ta również się skrzywiła mówiąc też wszem i wobec:
- Ujujuj... Rzeczywiście o kurwa. Grube.
Wtedy odezwała się Malina:
- Czy my i Kasia też możemy prosić ten przekaz? Bo siedzimy jak te picze głupie, deprywacja danych nas uwiera w poślady.
Gdy Mala spełniła tą prośbę odezwała się Kaśka:
- Dupa jak dupa, ale o co chodzi z tą całą sygnaturą? Dla mnie wszystkie są jakieś dziwne, nawet moja własna. Anitko, możesz?
- Twoja sygnatura pochodzi od mojej, a moja od Ciociolalowej. Kiedyś ci tłumaczyłam, jak to wszystko działa. Za to dziwność to kwestia gustu.
- A co w tej jest nie tak, że was wzdrygło?
- Bo to jest Shiagu, wyjątkowe paskudztwo.
- Czarownice złodziejki.
Dorzuciła Roxy i zakontynuowała:
- Naprawdę chujowa linia przekazu nauki magii.
- Możesz więcej?
- Mogę. Ale najpierw zacznę tak, że się zapytam. Czy wiesz, jak najłatwiej zarabiać czarami na życie? To takie proste, prostsze niż sikanie. Rzucasz szybki urok na frajera, po czym sam ci oddaje portfel. Wpadało ci to Kasiu kiedyś do głowy?
- Wpadać wpadało, ale nigdy tego nie robiłam.
- Bo my tego nie robimy, większość sióstr tego nie robi. Trzeba mieć ambicję. Ale są też takie, które to robią. To jest ich sposób na jedzonko i całą resztę.
- Ja tak robiłam.
Wtrąciła Mala kontynuując.
- Zanim was poznałam. Jak przyjechałyśmy z ma... Z Pamalą do miasta, to było marnie z kasą. Ona mnie goniła żebym zarabiała dupą, to ja zamiast tego okradałam bojków. Szybki, prosty urok, po czym dupa takiego była moja. To znaczy jego portfel, nie dupa, metafora taka. Higieniczniej było jakoś tak.
- Maleczko, kochanie, nie musisz się tym już dręczyć.
- Luz. Już się nie dręczę. Kiedyś nie umiałam o tym wszystkim nawet myśleć, ale teraz mam to wszystko przepracowane do spodu. Cały siusiarski okres życia. Pojęcia nie macie, jak ja was wszystkie kocham.
Mala mówiąc to szybko przesunęła się na krzesełku w stronę Maliny i przytuliła do niej. Ta zaś ją objęła mówiąc:
- Mamy, mamy. Ale teraz ja chcę o tych, jak im tam?
- Shiagu.
Anita wzięła głęboki oddech i zaczęła:
- Shiagu to są takie czarownice, jak z moich starych majtek gęś wyścigowa, ogólnie to one nic nie umieją. To Mala już lepiej czarowała zanim do nas przyszła. Ale pewien rodzaj uroków mają opanowane do perfekcji. No, i jakieś klątwy obronne do kompletu, to raczej logiczne. Są bardzo, bardzo wąsko wyspecjalizowane. Oraz odizolowane. Żadna inna siostra nawet na taką nie pierdnie. To wszystko, więcej mi się nie chce o nich mówić.
W tym momencie ożywiła się Malina.
- Ej, bratowa! Oraz ty też Ruda gwiazdo porno! Mentorki nasze najdroższe. Czemu nam, znaczy mnie i Kasi nigdy nic o nich nie mówiłyście podczas szkoleń? 
Piłkę przejęła Roxy:
- Bo ich właściwie nie ma. Taka fama chodziła, że ta linia wygasła. Więc po co strzępić dzioba gadaniem o gównie? A ty Lalka nie obrażaj, dobre? Znaczy wróć, sorry, bzdury gadam. W filmach dla dorosłych granie to żadna ujma. Praca jak inne, wcale nie taka łatwa. Tylko, że z nas wszystkich ty jedynie wypinałaś kiedyś brochę do obiektywu na rozkładówki trzepaków. Tak?
- Nie tak.
To wtrąciła Kaśka dodając:
- Ja też kiedyś wypinałam.
- Yoł! I ja nic o tym nie wiem? Przecież mówimy sobie wszystko, tak? Prawdziwe psiapsie... No?
- Tak i nie tak. Ale zostawmy może na boku filozofię. A o tym po prostu zapomniałam, bo to była tylko jedna sesja. Ale nie do trzepaka, tylko do reklamówki. Poza tym takie fotki to nie jest porno. Ty też nie wiesz, co to jest porno? Bo większość ludzi nie wie, nie ma pojęcia.
- Przepraszam, a co się reklamuje piczką? Wibratory?
- Na przykład biżuterię intymną. No, kto jak to... Rudzielcu, rozczarowujesz mnie czasami. Ty powinnaś najlepiej się na tym znać. Sama zresztą masz kolczyk na tej swojej nie do zdarcia. Nie widziałam, ale mówiłaś, a ja ci wierzę. Siostro.
- Czekaj! Ale ty przecież nie uznajesz piercingu.
- To były akurat klipsy. Przeważnie takie rzeczy prezentuje się na manekinach z żelu balistycznego. Ale tu akurat był taki pomysł. Na żywą modelkę. A ja wstydzić się nie mam czego. W poprzek nie jest bynajmniej przynajmniej.
- Zaskakujesz mnie Kasiu. Zawsze myślałam, że zbyt za szybko to ty z majtek nie wyskakujesz. Malina owszem, ale ty? A masz kopie fotek? Tylko nie myśl sobie, żem twojej Zuzi ciekawa. Te klipsy mnie zaintrygowały.
- W pewnym sensie dobrze myślałaś, w pewnym sensie źle myślałaś. Jeszcze nie wszystko o mnie wiesz. A kopie mam, znaczy cały folderek taki. Gdzieś tam leży w domu. Mogę przynieść jutro na sabat.
- No? To poproszę. Muszę jak Mala, bardzo, bardzo ładnie?
- Nie jesteś Mala, nie umiesz. Więc nie musisz.
- No, dobrze.
Wtrąciła nagle Anita i spytała od razu:
- Malciu, a właściwie po co ci te dane tej Shiagu?
- Jak to po co? Chcę odzyskać kasę tej pani. Namierzymy babsko twoją szklaną kulą, potem ją dopadniemy, całą zgrają, osaczymy, potem usadzimy, ujajimy...
- Co? Kochanie, zapomnij. Znaczy kuli mogę użyczyć, ale w dalszej akcji ci nie pomogę, nawet bez brzucha bym nie pomogła, bo to jest bardzo zły pomysł. Nikt nigdy nie zobaczył kasy, którą mu skubnęła Shiagu. Takie rzeczy tylko w bajkach fantasy o złych wróżkach i dobrych jędzach. Albo o tym nerdzie w okularach.
Roxy dodała:
- Ja też nie pomogę. Spraw beznadziejnych się nie dotykam. Levate dalocu ludere nescis idiota recede. Odpuść Turbinko, odpuść, to naprawdę nie ma sensu. Nita zdaje się wspominała coś na temat ich klątw obronnych? Możemy cię opancerzyć amuletami, przeżyjesz tą wojnę, nawet paznokcia nie złamiesz, ale grosza nie powąchasz, to masz pewne. Ile tego było?
- Parę setek, mówiłam.
- Parę setek to ja mam przy sobie. Masz i daj tej pani.
Roxy sięgnęła po torebkę.
- Robię to dla ciebie, nie dla niej, żeby nie było.
- No nieeee... Co wy odwalacie teraz? 
Kaśce wyraźnie się to nie podobało.
- Ratujemy równowagę świata.
Nagle do akcji weszła Malina.
- Czekajcie, mam zajebisty pomysł. Skoro dziewczyny coś mówią na poważnie, to jest na poważnie. Więc ty się Młoda ich słuchaj. 
- Puenta Lalka, puenta! Jaki masz ten pomysł?
Spytała Ruda i usłyszała:
- Kasa mnie nie obchodzi. Jest twoja, daj ją komu chcesz, ile chcesz. Byle nie za dużo, bo ci firma splajtuje i ja robotę stracę. Ale mówiłaś też o ratowaniu równowagi świata, więc...
Malina zawiesiła głos, co zirytowało Roxy.
- Zaraz ci jebnę tą torebką.
- Cicho! Więc... Wyrwiemy chwasta. Po prostu.
Zapadła cisza. Krótka, bo przerwała ją Kaśka:
- No! Brawo Lalka! Lubię prace growerskie. Wchodzę w to.
Anita i Roxy spojrzały na siebie, po czym ta druga podsumowała:
- Zajebiście. Do ujebania kogoś Kaśka zawsze pierwsza.
- Przecież wiesz, że ja tylko nie lubię chamstwa.
DOKOŃCZENIE WKRÓTCE POKRÓTCE

15 maja 2026

PESTKA

Ostatniego czwartku w Pleciudze, zanim zebrał się komplet, na razie siedziały przy stoliku Anita, Roxy oraz Malina. Nie wiadomo, od czego się zaczęło, bo narrator się spóźnił, wkroczył dopiero na taki moment, że mówi Ruda:
- Niteczko, zaczynasz grubo przeginać z tym marudzeniem. Myśl pozytywnie, wsadźże wreszcie umysł na swoje miejsce. To jeszcze tylko dwa miesiące. Położne Benges poczarują, ja im popatrzę na ręce, coś dodam od siebie, więc nic tej twojej muszelce się nie stanie. Ośka wyskoczy jak pestka z naoliwionej dupy.
Malina zachichotała i dodała:
- Chyba od avokado.
Roxy spojrzała na nią wzrokiem mówiącym:
- Nie lubię cię.
Zaś jej naturalnie zmysłowe usta dodały:
- Lalka, nie pomagasz! To nie było zabawne.
Napięcie nagle spadło, bo do lokalu dostojnie wkroczyła Kaśka, zaś obok niej wpląsnęła tanecznym krokiem Mala, jak zwykle rozradowana całą sobą. Ta druga dzierżyła siatkę, którą położyła na stolik po dojściu doń mówiąc:
- Patrzcie siostry, jaką promochę trafiłam.
- Co to jest?
Spytała Anita.
- Avokado. Trzy w cenie jednej. I jakie ładne.
Zapadła grobowa cisza. Trzy siedzące wiedźmy patrzyły to na siebie nawzajem, to na siatkę... Wreszcie Kaśka spytała:
- Dżesiki, co jest z wami? Co macie takie bezcenne miny? 

13 maja 2026

KONWENT I NIE TYLKO /2/2/

Zaczęło się od tego, że Roxy nagle zepsuło się auto i znakiem tego cały jej poranny misterny plan logistyczny poszedł w pizdu. Generalnie to jest tak, że auta psują się od jeżdżenia, więc zasadniczo nie powinno się nimi jeździć, wtedy nie będą się psuć. Ale to jeszcze nic. Bo auta nie mówią tego w porę, że są już zepsute. Auto Rudej też nie powiedziało, za to Ruda powiedziała mnóstwo słów, których żadne słowniki cywilizowanych ludzi nie zawierają, gdy skonstatowała stan faktyczny. Na szczęście jej telefon jeszcze się nie zepsuł od gadania, więc natychmiast zaczęła realizować plan Be. Darujmy sobie już jego detale, dla wygody skupmy się na efekcie końcowym. Był ona taki, że Roxy zalogowała swoje wspaniałe krągłości obok Kaśki, która powoziła klubowym vanem, którym to cała ekipa Teamu Oktagon jechała na turniej tajskiego boksu. Po drodze jednak Ruda zapomniała sobie, że są tematy, których z Kaśką się nie omawia. Więc nagle zagaiła:
- Baby niektóre to są głupie jakieś. Próbują tresować swoich chłopów szlabanem na dupę, więc same strzelają sobie w kolano. Ja to z Miśkiem robię odwrotnie.
- On ma sobie strzelić w kolano?
- Nie. Po prostu mówię mu, że może więcej.
- A dużo może?
- Może wszystko. I na tym polega cały myk.
- Czyli na czym? Bo ja jakaś nierozgarnięta teraz jestem.
- On po prostu ma wtedy ból głowy, co by tu jeszcze.
- I boli go głowa? To jak on wtedy może więcej, skoro nie chce?
- Kasiu, ty nic nie rozumiesz.
- Wyobraź sobie, że nie zapolemizuję.
Ale wtedy nagle odezwała się Zośka Yakuza, która siedziała od prawej. Co prawda Bombka nie walczyła w tym turnieju, ale Kaśka ją zatrudniła jako asystentkę do narożnika.
- A co on ci wtedy robi, jak go boli głowa?
- Niestety kochana, ale takie detale to ja tylko Anicie opowiadam. Poza tym Kaśka jest pruderyjniczna i mnie od razu stąd wysadzi po pierwszym zdaniu.
Wtedy Kaśka nagle się żachnęła:
- Nie jestem wcale żadna pudernica, czy inna jakaś tam cnotka niewydymka, tylko po prostu nie lubię pierdolenia o pierdoleniu.
- Szkoda.
Westchnęła Zośka i dodała:
- Bo ja to w sumie słaba w te klocki jestem. Więcej napieprzam, niż się pieprzę. To skąd mam czerpać wiedzę na takie tematy? Internet to mało, najlepsza jest relacja z pierwszej ręki.
- Chyba z pierwszej piczki.
Rzuciła nagle Kaśka, ale Roxy odbiła od razu:
- Ręką też się to robi. Zresztą czym się tego nie robi? A ty się Zosiu poucz od Mali. Przecież się kumplujecie. Ona jest młodsza trochę od ciebie, ale przez prawie półtora roku zrobiła takie postępy, że niedługo sama zacznę do niej chodzić po instrukcje. Bo już mi trochę pomysłów zaczyna brakować. Formuła mi się wyczerpuje czasami na taką okoliczność.
- Ja bym to nazwała raczej zmęczeniem materiału.
Yakuza dyplomatycznie spojrzała gdzieś odsie, bo za słabo znała styl poczucia humoru rozmów tych pań. Ale widać było, że ją to rozbawiło. Za to Kaśka spuentowała:
- Koniec pieprzot. Jesteśmy na miejscu.
To nie było tak wypasione miejsce, jak gale organizowane przez firmę Mirka Orskiego, ale po szybkich, wstępnych oględzinach obiektu wszystkie były zgodne:
- Da się żyć, da się bić.
Pierwszą rzeczą, jaką zarządziła Kaśka było wygnanie Roxy na trybunę dla widzów.
- Sorry kochana, ale teraz ja pracuję, więc nikt postronny mi się nie plącze pod nogami. Kibic z dala, kibic niech się nie... Zresztą znasz zasady, takie same jak w twojej firmie.
Po czym się zaczął łomot. 
Tu dygresja. Ta relacja nie jest do końca chronologiczna, ale od strony czysto literackiej to jest kompletnie bez znaczenia. Kogo bowiem interesuje organizacja turnieju tajskiego boksu?
Na pierwszy ogień, jako najlżejsza poszła Bójka. Zawodniczek w tej wadze było tylko cztery, więc drabinka była prosta. Pierwsza jej walka była formalnością. Jak zwykle, po swojemu zasypała przeciwniczkę takim gęstym gradobiciem ciosów i kopniaków, że przerażony sekundant tamtej szybko rzucił ręcznikiem. Tak samo się odbyła druga, finałowa walka. Kaśka skomentowała to krótko:
- No, to mamy pierwszą do kasy.
Wagę wyżej była Bitka. Miała trochę gorzej, bo wojowniczek było sześć, więc cztery musiały odbyć baraże. Tu miała niestety pecha, bo drogą losowania dostała się do tej grupy. Ale dla niej, jak się okazało, to nie miało znaczenia. Łaminoga, jak ją nazwał kiedyś, jak zwykle trafnie Stryjo, skasowała swoimi low kickami dwie panienki od razu, schodami okazał się dopiero finał. Laska nie była chuda w uszach, nie dawała się skosić.
No właśnie. Tak jakoś jest w sportach walki, że często nie daje się zrealizować planu. Czasem zawodnik jest gamoń, więc sam się ogra. Ale Bitka gamoń nie jest, za to przeciwniczka okazała się być złośliwą pizdą, bo nie chciała się dać stłuc. Po pierwszej rundzie wyglądało to na remis, więc Kaśka podczas przerwy rzuciła krótką intrukcję:
- Lewa, prawa, góra, dół.
Nikt nie wie, o co chodzi, ale nie musi. Wystarczyło, że Bitka wie. No, ale tamta była twardą cipą. Prawie nic nie wchodziło, nic nie trafiało. Co prawda sama Bitka też zaliczyła może tylko ze trzy strzały na krzyż, ale przecież nie tak miało być. Znowu pachniało remisem. Czas było na trzeci wariant taktyczny.
- Klincz, łokcie, kolana. Umęcz ją i dokończ kujawiakiem.
Kujawiak to oręże straszne. Najlepiej wychodzi dyletantom, którzy pojęcia nie mają, jak się tłuc, ale Kaśka wprowadziła to od razu do swojego systemu szkolenia. To jest typowa broń uliczna, rzadko stosowana na ringach, nie do końca też legalna przy niektórych formułach. Stryjo, jak zwykle genialnie, nazywał to Pierdolnięciem Zielonej Katarzyny, bo Kaśka faktycznie trochę swoich starć na dzielni rozstrzygnęła tym sposobem, gdy była jeszcze małoletnia.
Plan wypalił. Nie w tym sensie, że trzecia runda skończyła się nokautem. Bitka podchodziła kilka razy, owe razy dochodziły, jednak nie aż tak skutecznie. Ale dawały punkty, co na koniec, po wykonaniu bilansu zakończyło się jednogłośnym werdyktem. Co znowu skomentowała Kaśka:
- Druga do kasy.
Pozostała trzecia, Bęcka. Miała styl najbardziej wszechstronny, Kaśka nigdy nie wymyślała dla niej żadnych spec taktyk, bo dziewczyna i tak robiła zawsze to, co chciała, robiła to zresztą dobrze. Tylko był jeden ciupas natury psychicznej. Bęcka miała swoją idolkę, olimpijską mistrzynię boksu. Jednak zapominała nieraz, że sama żadną mistrzynią jeszcze nie jest, więc kopiowanie tego stylu nie jest dobrym pomysłem.
W tej wadze było tak samo, jak w najlżejszej. Cztery panie, więc trzy walki. Półfinał Bęcka wygrała, poetycko mówiąc tyłem, jednym tylko pośladem. Łupucupu, koniec bajki, choć nie koniec pierwszej rundy. Znaczy koniec, tylko taki jakby szybszy. Ale do finału stanęła naprzeciw niej naprawdę mocna, czerstwa dziewucha, mająca bardzo dobry rekord. Tu nie było żartów, tu się porządnie obrywało od niej. Kaśka tuż przed walką uznała, że nie ma co strzępić buzi. Podniosła tylko wskazujący palec mówiąc do Bęcki krótko, nadzwyczaj zwięźle:
- No!
Pierwszą rundę Bęcka wygrała, choć nie do końca ewidentnie. Nie jest to oczywiście oparte na treści kartek sędziów punktowych, tylko na pobieżnym wrażeniu fachowców. Druga przebiegła mniej więcej podobnie. Przed trzecią Kaśka zdecydowała więc udzielić instrukcji bardziej rozwiniętej werbalnie:
- Młoda, jest dobrze, masz to już. Nic nie kombinuj. Graj na czas. Klincz, klincz, misiabela. Nie próbuj jej oprawiać do spodu, bo nie dasz rady. Możesz stracić wszystko, co urzeźbiłaś.
- Tak Kasiu, tak, aaa...
Bęcka otworzyła usta, dostała ochraniacz na zęby, po czym stanęła do walki. Na razie szło tak, jak miało iść. Ale jakoś po pierwszej minucie...
- Nożeszkurwa! Ona znowu to robi.
Oświadczyła Kaśka stojącej obok niej Bombce. Ta w odpowiedzi rozłożyła ręce i przewróciła oczami mówiąc grobowym głosem:
- Chyba nie chcę tego oglądać.
- Łapy! Podnieś te jebane łapy!
Spokojna dotąd Kaśka stała tuż przy ringu drąc się po całości. Aż sędzia zwrócił jej gestem uwagę, że zbyt głośno podpowiada. Ale Bęcka miała to gdzieś. Wyczyniała te swoje popisy taneczne opuszczając gardę. Po czym... Bęc! Stało się. Dziewczyna leżała na macie, sędzia zaczął liczyć, ale zaraz przestał, za to gestem przywołał lekarza. Kaśka już była tam wcześniej, zaraz po niej Zośka, ale lekarz, który wkroczył na boisko odsunął obie panie zdecydowanym ruchem ramienia. Zaś po chwili na ring weszło dwóch innych panów niosąc nosze...
Sytuacja stała się zbyt dynamiczna, neopisywalna, więc skoczmy kilka minut do przodu. Otóż gdy do karetki wjechały załadowane nosze ratownik medyczny powstrzymał pchającą się do środka Kaśkę pytając kontrolnie:
- Pani jest kto?
- Trenerka, menadżerka.
- W porządku. A pani?
- Wróżka Wydmuszka, zbieram suchy chleb dla konia.
To powiedziała Roxy, która przez te kilka minut, widząc z trybuny, co się dzieje, szybko dotarła do karetki. Jeszcze szybciej rzuciła szybki urok na medyka, taką lajtową wersję głupiego jasia. Po czym zakomenderowała:
- Do wozu! 
Lekko otępiały ratownik zapytał:
- Gdzie jedziemy?
- Do fryzjera! No, właź! Zajmij się nią kasztanie jeden.
Po czym Ruda podeszła do prawych drzwi ambulansu, otworzyła, wsiadła, rzuciła kolejny jakiś urok na kierowcę i sypnęła:
- Wio! Cała naprzód! Według procedury! Z fanfarami!
- Z czym?
- Nie szczym, tylko siusiamy. No włączżesz ten jebany sygnał!
Tu należy przypomnieć, że z piątki naszych głównych bohaterek wiedźm Roxy ma najlepiej opanowaną magię medyczną. Więc jej formalnie nieuprawniona obecność była tu realnie jak najbardziej uprawniona w tych okolicznościach, które się odbywały.
Karetka ruszyła, zaś Kaśka sięgnęła po telefon.
- Zosia, ogarniesz cały bajzel tam i wrócicie same.
- ...
- Nie, cutman jedzie swoją furą. Ale poproś go, niech wam pomoże pozbierać manele. Przecież sam widział, co się stało.
- ...
- Tak, kluczyki od vana są w mojej kurtce w szatni. Ale teraz uważaj. Zanim się do niej dotkniesz powtórz trzy razy wyraźnie: kwadratowy durszlak. Bo inaczej źle się poczujesz.
- ...
- Nie musisz rozumieć. Po prostu zrób to. Potem się odezwę.
Jak się łatwo domyśleć, Kaśka przekazała Yakuzie pin do zaklęcia blokującego dostęp do kurtki, gdzie były wspomniane kluczyki.
Potem nastąpił drugi telefon:
- Lalka, nie przyjeżdżamy. Zaistniała taka sytuacja, że...
- ...
- Coś niefajnego. Jeszcze dam znać, jak się więcej wyjaśni.
Dodała jeszcze szybkie syknięcie hisslangiem...
Czyli już jest wiedziane, czemu Roxy i Kaśka nie zjawiły się na konwencie. Bo zaistniała taka sytuacja.

11 maja 2026

KONWENT I NIE TYLKO /1/2/

Konwent się odbył, bo czemu nie, ale że nikt nikogo nie zabił, nie było żadnego pożaru, powodzi, ni trzęsienia ziemi, to tak naprawdę nie ma nic ciekawego do opowiadania. No, ale może chwila plus moment? Jak przebiegło spotkanie Roxy oraz tej wiedźmy, co to kiedyś tam coś się wydarzyło między nimi? Na razie to zjawiła się tam tylko Malina i Mala, nie bardzo jednak jest jasne, czy ta druga zabrała ze sobą jakąś przyjemność, tak jak zapowiadała. Już na miejscu na dzień dobry wyściskały się z Ciocią Lalą, Różą, oraz jeszcze paroma znajomymi czarownicami. Potem Turbinka i Róża niczym papużki nierozłączki nie oddalały się od siebie ani na krok, nawet do toalety chodziły razem, bo wciąż miały sobie coś do powiedzenia, czy omówienia. Tylko raz Mala odbiła na chwilę, tak na początku do Cioci Lali, bo miała do niej zapytywanie:
- Cioteczko najdroższa, powiedz mi, bardzo, bardzo ładnie proszę, która z tych sióstr, które się kręcą po obiekcie nie lubi Roxy?
- Rudej żadna nie lubi. Znaczy wróć. Źle powiedziałam. Nie lubią jej zawodowe, których jest tu sporo. To przecież Gildia organizuje ten konwent. To im zapłaciłaś za kartę wstępu, tak?
- No, ale jakże to można nie lubić Rudej? Przecież ona jest taka kochana. Wszystkie siostry ją lubią, to ja tego nie rozumiem.
- Tak Maleczko, ja wiem, że ty kochasz cały świat, choć tak naprawdę wcale mu się to nie należy. Ale teraz to ja akurat mówię o zawodowych. Ty nie znasz tego środowiska, więc...
- Trochę znam. W końcu moja ma... Znaczy Pamala też zarabiała czarami na życie. Miała różne swoje kontakty, układy. Coś tam podpatrzyłam, coś tam podsłuchałam.
- Córciu moja. Jak zarabiała Pamala na życie i nie tylko, to już ja świetnie wiem. Poza tym ona chyba nie jest twoim ulubionym tematem do rozmowy, tak? Zaś świata zawodowych wiedźm to ty naprawdę nie znasz, może tylko jakieś drobiazgi. Za to Roxy była zawodową długo przed twoim pierwszym okresem. Na szczęście krótko, bo Anicie udało jej się to wybić z jej ognistej głowy. Ale mimo tego zdążyła naprawdę mocno narozrabiać. Więc ja się wcale nie dziwię, że wiele mogło ją znielubić. Jedna szczególnie, bo Ruda jej wtedy wykręciła zaiste gruby numer. Jak ona już tu przyjedzie, jak się spotkają, to ja się w męskiej ubikacji zamknę.
- Co Ciocia będzie robić w męskiej ubikacji?
- To ty nie wiesz, co się robi w ubikacji?
- Ale ja się pytam, co Ciocia chce robić w męskiej ubikacji?
- Ojtamojtam, nie chwytaj mnie za słówka. Poza tym tu nie ma męskiej ubikacji. Na czas konwentu wszystkie są damskie. Taka procedura teraz tu jest.
- Ja się o Roxy nie boję, Kaśka ma z nią przyjechać.
- Zajebiście! Jeszcze tej rzeźniczki brakuje do szczęścia.
- Ale za to Roxy włos z głowy nie spadnie.
- Za to połowa Gildii te głowy straci jak Kaśka się uruchomi.
- Ciociu, a która to jest? No, ta co najbardziej nie lubi Rudej?
- A po co ci to?
- Bo może ja z nią pogadam? Pogodzą się...
- Tak? I co jeszcze? Już zadzieram kiecę i lecę was zapoznać ze sobą. Potem dokonacie negocjacji, rozmów pokojowych. Wtedy przyjedzie Roxy, obie zapalą jointa pokoju na zgodę, potem jeszcze się podotykają intymnie. Maleczko, tak jak cię bardzo lubię, tak bardzo, bardzo ładnie gorąco cię proszę. Zapomnij tą sprawę. Tak w ogóle, to kiedy się można ich spodziewać?
- Kaśka mówiła, że tak jakoś do obiadu. Bo teraz rano walczą dziewczyny, po południu chłopaki. Dziewczyn jest podobno nie za dużo, a im więcej walk skończy się przed czasem, tym szybciej ta część turnieju się skończy.
- Możemy do was?
To spytała Malina, która wraz z Różą podeszła do rozmawiających.
- No pewnie. Co się głupio pytasz?
Ciocia Lala rozejrzawszy się dookoła dodała:
- Tam!
Tam po prostu była ławeczka. A gdy wszystkie na niej usiadły...
- To teraz posłuchajcie moje córcie, co ja wam powiem. Jak posłuchacie, to się już czegoś dowiecie, a wtedy będziecie już to wiedziały. Ja przeważnie żartuję, ale teraz będzie bardziej na poważnie. Najpierw powiem wam, czego sama nie wiem. Nie wiem, czemu Roxy nagle wzięła i tak przypanikowała? To do niej kompletnie niepodobne. Nie wiem, czemu do mnie nie zadzwoniła przed samym konwentem? Ale to drugie to ja już z nią sama. Za to cała ta sprawa jest już dawno przedawniona i w ogóle.
- Tak też sugerowała Anita.
Znienacka odezwała się Malina pytając jeszcze dodatkowo:
- Ciociu, a o co w ogóle poszło? Tak ogólnie.
- Tak ogólnie, to o to, co zawsze. Albo o ruchanie, albo o pieniądze. Tu raczej o to drugie, ale motyw ruchania też był na rzeczy.
- O ruchaniu zawsze się fajnie słucha.
To nagle wrzuciła Róża, a reszta grzmotnęła śmiechem.
- To był wtedy boczny wątek, ale faktycznie. Znacie zresztą Rudą.
- Ja akurat mniej, niż średnio.
- To jeszcze zdążysz ją średniej poznać Różyczko, a teraz mi nie przerywaj. Tak naprawdę, to nie jest już ważne, co się centralnie wtedy stało. Ważne jest, że jeśli ja tu dziś jestem, to nawet cała Gildia żadnej mojej córci nie podskoczy. Poza tym pomyślcie logicznie. Gdyby ta sprawa wciąż była taka ważna, to Roxy by od dawna nie istniała już na świecie. Koniec tematu. Teraz idźcie sobie, bawcie się dobrze. Ja mam tu jeszcze parę innych swoich spraw do ogarnięcia.
Ale około południa Malina zaczęła zbierać wszystkie razem. 
- No, co się znowu urodziło nagle? Jadą już?
Zagderała dobrodusznie Ciocia Lala.
- Nie jadą i nie dojadą. Kaśka dzwoniła...
Dlaczego Kaśka dzwoniła do Maliny? Dlaczego obie z Roxy nie dojadą na konwent? Tego się dowiemy za drugim posiedzeniem. Ale jak się dowiemy, to będziemy wiedzieć.

01 maja 2026

WYJAZDOWO

Marychofobia
Sporo jej jest w tym kraju
Więc musi być syf
To wstępne haiku nie ma nic wspólnego z opowiadaniem, ale leżało już tak długo w szufladzie, że się kiedyś musiało doczekać publikacji. A teraz przenosimy się do Pleciugi, jest czwartek przed długim weekendem:
- To co, Grażynki, jedziemy na ten konwent, czy nie?
Zapytała Malina.
- Jaki znowu konwent? Aha, na ten. To nie jedziemy.
Skomentowała Anita, po czym dodała:
- Znaczy ja nie jadę, a wy róbta co chceta.
- A ja, jeśli panie pozwolą, z przyjemnością.
Wtrąciła Mala, lecz nagle włączyła się Kaśka:
- Ja też nie jadę. Turniej mam, swoich dupek muszę doglądać. Poza tym znacie moje zdanie na temat tych konwentów. Więc i tak bym nie pojechała.
- Wszystkie walczą?
Spytała nagle Roxy.
- Tylko młode. Zośkę ustawiam na grubszy łomot.
- No! Yaki jest najlepsza! Grubo łomocze.
Oświadczyła Mala.
- Pewnie, o swojej dziewczynie trzeba mieć dobrą opinię.
To wrzuciła Roxy, na co Mala zmarszczyła nosek mówiąc:
- Ty tak naumyślnie mi dokuczasz. Ciągle mi wmawiasz, że to moja dziewczyna. A to jest moja bliska koleżanka akurat tylko.
- Jak regularnie bliska, to chyba już nie tylko. Poza tym wcale ci nie dokuczam, tylko się droczę, tak kontrolnie, dla sportu. Odkąd jesteś już pełnoletnia tak naprawdę, to fajnie się fochujesz.  
Wtedy odezwała się Malina:
- Pełnoletnie tak mają. Ale my chyba odbiegłyśmy od tematu? 
Tu odezwała się Anita:
- Przecież wszystko jasne. Ja nie jadę, Kasia też, Mala jedzie, do tego jeszcze nie sama, bo z wibratorem, Ruda... Hm... Ruda jest ruda, tyle na razie wiesz na ten temat. Okay, cofam wszystkie sęki świata, te światowe przede wszystkim.
- No właśnie, mnie nikt nie zapytał.
Ożywiła się nagle Roxy, na co zareagowała Malina:
- Gryzoń, nie wkurwiaj mnie, co? Pytałam wszystkie Grażynki, więc ciebie też. Ale dobrze, jestem w pokojowym nastroju, ceny trumien na rynku są na razie stabilne, więc spokojnie zapytam jeszcze raz. Czy to rude cipsko planuje ruszyć swoje rude cipsko na konwent, czy nie planuje?
Roxy jakby na chwilę się nastroszyla, ale nagle jej puściło.
- No, to rude cipsko się właśnie zastanawia. Bo raz zabrało ze sobą swoją uczennicę, taką blond lalunię na konwent, a ta lalunia się tam napierdoliła jak stary, zardzewiały szpadel, narobiła siary, po czym... Zreszta wiecie, jak było.
- Ciotka, nie uruchamiaj się, zrób to dla mnie, co?
Wtrąciła się nagle Anita i zakontynuowała:
- Wspominasz jakąś zamierzchłą epokę, gdy Lalka jeszcze nie wiedziała, gdzie jest przód, gdzie tył. Kiedy moja szwagierka ostatni raz się tak napierdoliła?
- Właśnie wtedy.
- No! To może już czas przestać jej to wypominać, co?
- Dokładnie!
Teraz włączyła się Mala dodając:
- Nasza siostra już jest grzeczna. Tylko seks i marihuana. Żadnych narkotyków. Narkotyki to zło. Zero trujących płynów. Tak, Malinko?
Ale zanim Malinka zareagowała, Turbinka dorzuciła:
- Krecha koki raz na miesiąc się nie liczy.
Słuchająca tej żartobliwej przekomarzanki Kaśka jak zwykle miała ze sobą problem przy takich rozmowach. Jej absolutna lojalność wobec Maliny oraz nie zawsze do końca stabilne poczucie humoru wystawiane były wtedy na próbę. Podjęła jednak wreszcie decyzję:
- Te krechy też się niedługo skończą. Yakuza lada dzień zamyka ten dział swojego sklepiku, wyprzedaje resztki, więc...
- Więc co?
Roxy wyraźnie nie miała dosyć, szukała dalszych haczyków.
- Moje źródełka jeszcze nie wyschły. Jakby co, to Lalka może przyjść do mnie. Załatwimy to jak zwykle, żadne gangsterki, tajskie bokserki nie będą potrzebne. Tak kochanie?
Uśmiechnęła się czule do Maliny.
- Jak zwykle, czyli jak?
Nagle zainteresowała się Mala, na co usłyszała:
- Normalnie, a co?
Anita pod stołem ścisnęła Roxy za udo i syknęła coś hisslangiem. Co prawda mowę czarownic znały wszystkie obecne przy stole, ale tego archaicznego idiomu te młodsze akurat nie zrozumiały. Tak akurat był syknięty. Zaś oznaczał on niewiele:
- Przeginasz!
Na szczęście Mala nie chwyciła sensu tej całej gry, mimo swej nadzwyczajnej bystrości oraz ponadprzeciętnej inteligencji. Na szczęście, bo mogło nagle zrobić się niefajnie. Spytała więc tylko:
- Bierzesz od niej za to kasę?
Roxy uśmiechnęła się chytrze i rzuciła:
- Żart.
Anita rzecz jasna wiedziała, o co w tym wszystkim chodzi. Roxy faktycznie sypiała z Maliną od czasu do czasu, nie za kokę rzecz jasna, tylko dla sportu, ale tego Mala nie mogła się dowiedzieć. Od czasu, gdy pogodziła Lalkę ze swoją dziewczyną Miolką nabrała obsesji na punkcie tego, czy miewa ona inne bliskie, te bardzo bliskie relacje z kimś innym. Za to wiedziała Kaśka, bo Malina jej mówi naprawdę wszystko, ale dowiedzieć się czegoś od Kaśki na temat sekretów Maliny? Nie ma niemożliwszej rzeczy na świecie. Zaś Mala chyba straciła nagle ochotę na głębsze rozkminki, bo oznajmiła tylko:
- Głupi żart. Malina nie jest żadną ćpunką. Ćpuny to regularnie osuszają małpki pod moim domem na przystanku. Ja co prawda nie używam nic, oprócz seksu, trawy i szampana dla dzieci, ale wiem, że taka kreska czystej koki raz na miesiąc nikogo nie truje. Koka to nie alkohol.
Po tej perorze sytuacja zrobiła wrażenie bycia rozładowaną, ale nadal nie była jasna kwestia wstępna, od której się ta cała dyskusja zaczęła. Więc Malina podjęła próbę jej rozciemnienia:
- To jedziesz Lisico, czy nie jedziesz?
Roxy jakby się zasępiła:
- Bym pojechała, ale wiem, że będzie tam ktoś, kogo nie chcę spotkać. Takie tam stare porachunki, zaszłości, jeszcze z moich zawodowych czasów.
- Poprzednim razem nie miałaś takich obiekcji.
- Bo wtedy wiedziałam, że jej nie będzie. Teraz wiem, że będzie. Może być naprawdę nieprzyjemnie. Nie mnie tylko, tak ogólnie też.
Anita pokręciła głową:
- Taki stary trup pewnie się już rozleciał w szafie.
- Nie jestem tego taka pewna.
Malina i Kaśka dyplomatycznie milczały. Jakby nie było, to ich wtedy jeszcze nie było w tej bajce. Mali zresztą też, ale ona się akurat odezwała, bo to jest Mala, co wszystko wyjaśnia:
- Kochanie, to takie stare czasy. A teraz ma być Ciocia Lala, Róża też przyjedzie, parę innych fajnych dziewczyn. Będzie czad...
- Róża to raczej twoja kumpela, nie moja. Ty z nią zresztą może trochę uważaj, ta siusiara jest jeszcze małoletnia.
Po tych słowach Rudej Nita parsknęła śmiechem i rzuciła:
- I kto to mówi? My miałyśmy po czternaście. A ta cała Róża ma już piętnastaka, stara dupa jest z niej, to o co ci teraz chodzi? Znowu szukasz zaczepki? Co jest z tobą dzisiaj?
Mala skonstatowała:
- Wiewióra się kogoś najwyraźniej boi.
Kaśka spojrzała zdziwiona na całokształt. Bo ona niczego się nie boi. Nawet własnej maczety, wcale nie czarowskiej bynajmniej. Za to Anita spoważniała nagle bardzo poważnie:
- Młoda, jak ty nic nie rozumiesz. Czarujesz dopiero dwa lata, głównie dupą zresztą. Spoko, od tego każda zaczyna. Ale może wróćmy do sprawy.
Wzięła głęboki oddech. Nikomu nie kalkuluje się wtedy odezwać. Gdy się przerywa Anicie podczas narracji, to ceny trumien od razu podskakują w całym mieście. Nawet Kaśka nie piśnie, nawet ze swoimi Neonówkami na zapleczu. Zresztą, tak dla przypomnienia, Neonówki nie czarują, nie mają mocy. Ale za to po mordzie umieją dać, jak prawdziwe kobiety. Wróćmy jednak do tematu, czyli co Nita wszystkim oznajmiła:
- Kurwa! Ruda nigdzie nie jedzie. I chuj!
Zrobiło się naprawdę poważnie. Anita jest kobietą z taką klasą, że wszystkie królowe całej Galaktyki mogą jej na kant pizdy skoczyć, tedy więc bardzo rzadko operuje słowami publicznymi. Skoro jednak użyła... Do tego jeszcze syknęła hisslangiem, ale już takim common, zrozumiałym też dla młodszych stażem wiedźmulek. Nie wiemy co, ale wszystkie nagle poszły zrobić oko, czy też może kupę, ale ten detal nie jest zbyt istotny. Gdy wróciły, Mala jak zwykle śmiejąca się całym swoim jestestwem spytała bezczelnie:
- Wodzu, ale co wódz? Czemu tak?
Odpowiedź nadeszła hisslangiem, bo akurat przyszła pani Renia przynieść powtórkę pleciugato, które to Nita była zamówiła ciupasem, gdy jej psiapsie poszły do kibla. Ale poszła sobie, więc...
- Możesz po ludzku? Nie po naszemu? Bo ja jeszcze dzidzia, cienka pusia jestem, nie wszystko chwytam tak, jak należy.
Odparła Mala, wciąż bezczelnie. Anita odbiła od razu:
- Bo będzie bardzo, bardzo źle. Będzie taka jazda, że...
Tu przerwała, ale migiem przerwała przerwę:
- Będzie grubo. Bardzo grubo. Grubiej od grubieja.
Zapadła cisza. Przerwała ją Malina:
- Weź bratowa, nie męcz już. Ja już wiem, co jest na rzeczy. Podobno jestem tu najsłodszą idiotką, ale kurwa żesz...
Spojrzała na Kaśkę, lojalną do spodu, jak dobrze wiemy. Ale ta tylko wzruszyła ramionami. Mózg Wojowniczki Ulicy miał już to pięć razy przehetane. Więc usta Pięknej nim sterowane rzuciły:
- Siedź Lalka na dupie i słuchaj. Ciocia Nita mówi.
Dobrze powiedziała, bo Anita zaczęła mówić.
- Sprawa jest taka, że jak Ruda pojedzie, to ja też muszę pojechać. Ale ja nie mogę, bo wiecie, że nie mogę. Do lipca mam zakaz czarowania tak na poważniej.
W tym momencie wzbudziła się Kaśka.
- Ja pojadę. Zaraz po walkach. Po walkach to ja im nie jestem już potrzebna. Ale to oznacza, że Rudzielec też wcześniej nie pojedzie. Szkoda tylko, że na tym turnieju nie będzie ringowych dupek, bo by sobie zarobiła dodatkowo.
Roxy spojrzała zdziwiona:
- Takie stare próchna jak ja też wpuszczają na tą funkcję?
Na co zareagowała Malina:
- Chyba faktycznie stare, skoro nas tak debilnie kokietujesz.
Za to sytuację podsumowała Mala:
- Kasia dawno nikomu nie spuściła porządnego wpierdolu.
Wtedy Anita rozłożyła ręce.
- Trudno. Co robić. Jak mus, to mus.
Czwartkowy rechot finałowy zakończył cały ten temat. Tylko Roxy dorzuciła, bardzo filozoficznie, kompletnie ni w brochę, ni w oko:
- Tyle szmat na świecie, a podłogi dalej brudne. Na świecie istnieją trzy rodzaje ludzi. Tacy, co umieją liczyć, oraz tacy, co nie potrafią.

21 kwietnia 2026

JAK FALIBOR ZROBIŁ SOBIE PROBLEM Z NICZEGO

Kilka, może nawet kilkanaście rytmicznych ruchów głową i... I już. Zwykły, standardowy seks, bez żadnych udziwnień. Borek nawet porządnie jeszcze nie otworzył oczu, a miał już zrobiony dzień. Anita chyba też, bo coś tam sobie podśpiewywała z łazienki. Zaś jakąś godzinę później oboje, nafaszerowani poranną kawą... Nie, wróć! Przecież Nita ostatnio nie pije kawy. Nawet herbaty, choć jej psiapsie uważają, że trochę już przegina z tą odstawką kofeiny. Ale ona zwykle wtedy ripostuje ucinając wszelkie dyskusje:
- Mój brzuch, moja sprawa. Howgh.
I ma rację!
Wróćmy jednak do poranka. Otóż po tejże wspomnianej jakiejś godzinie oboje, nafaszerowani pozytywnym vibem jechali dziarsko do firmy budować socjalizm, aby mogli rosnąć w siłę i żyło im się dostatniej. Stop! To taki żart miał być. Tak, czy owak dojechali, po czym równie dziarsko zabrali się do roboty. Każde do swojej, bo jak regularnie, uważnie czytający wiedzą, pracują oni w innych komórkach organizacyjnych. Około pory lunchu spotkali się razem w firmowym bufetobarze. Nie zawsze tak się dzieje, bo nie zawsze im się synchronizują obowiązki służbowe. Poza tym ostatnio Anicie jakoś coraz rzadziej się chce tam schodzić. Budynek firmowy nie ma windy, choć podobno szefowstwo pracuje nad tym. Ale tym razem się jakoś zachciało i zsynchronizowało. Podobno im większy brzuch, tym większa labilność umysłu. A to dopiero szósty miesiąc
Więc tak sobie siedza, jedzą... Jedzą? Znaczy Anita je. Borek tylko dłubie w tych swoich frytkach belgijskich z krewetkami, czy też krewetkach z frytkami belgijskimi, jedzeniem ich jakoś to trudno nazwać. Nita to widzi, ma podzielną uwagę.
- Słodziak, nie jesteś głodny? Ja to chętnie przejmę.
Borek bez słowa podsuwa jej swój talerz. Patrzy gdzieś, czyli nigdzie. Ale Anita nie patrzy. Znaczy nie patrzy nigdzie, tylko na to co ma na swoim talerzu oraz przy okazji zerka na swojego chłopa. Zaczyna mieć minę taką, jaką się czasem miewa, gdy się czuje, że coś chyba jest nie tak.
- Boreczku, co jest z tobą? Rano byłeś hepi.
Milczenie.
Anita zerka sobie to na jeden talerz, to na drugi, to na Boreczka, wreszcie podejmuje decyzję. Żarcie może poczekać. Wystygnięte też się zje. Świń nie ma w tym lokalu.
- Kochanie, tak nie gadamy.
To akurat prawda. Nigdy tak nie gadali. Nita rozważa jak napocząć sytuację, metodą Mali - softcore, czy metodą Roxy - hardcore. To drugie może boleć. Wybiera trzecie wyjście:
- Możesz mi przynieść smufi z bufetu? Jagodowe.
Zadziałało. Przyniósł co prawda marchewkowe, ale to akurat jest kompletnie bez znaczenia. Smufi to tylko jakiś tam gadżet. Anita upija łyka, poprawia drugim.
- Yummy! Spróbujesz?
Spróbował.
- I jak?
- No...
Nareszcie coś drgnęło w rajtuzach. Chłop się odetkał.
- To teraz może mi powiedz proszę Skarbie, co się stało takiego od chwili naszego przyjazdu do firmy do tej chwili teraz.
- No... Bo...
Anita nie ponagla. Jak zaczął, to dokończy. Wreszcie ruszyło:
- Bo przeczytałem dziś w necie, że po urodzeniu się dziecka dwie trzecie związków ma ostry kryzys, zaś jedna piąta to w ogóle się rozpieprza w trzy pizdy.
Kobieta spojrzała na niego. Mala ma duże oczy, ale te oczy, które wykonała Nita to już były oczy trzech Mal na raz. Do tego teraz ją zatkało. Za to Borek dokończył:
- Przeważnie chodzi wtedy o te najważniejsze, bazowe sprawy.
Wiedźma szybko skonsumowała resztę krokieta ze swojego talerza, przegryzła belgijską krewetką z Borkowego, dopchnęła frytką umaczaną w mjanmańskim dipie, popiła smufi. Po czym wreszcie się odetkała czule uśmiechając przy okazji.
- Głuptasie! Z kim ja się pukam od prawie pięciu lat?
To był wstęp. Po czym wzięła głęboki oddech i oznajmiła:
- Meritum omówimy w domu, nie tutaj przy ludziach. Zaś na razie zrobimy tak, że ty wracasz do pracy, a ja idę do zarządu. Pogadam z nimi po swojemu, tak po czarowsku. Bo jak widzę, to masz ostatnio za mało roboty, nudzi ci się i jakieś netowe brednie czytasz za firmowe pieniądze. Już oni ci znajdą konkretne zajęcie. No! Odnieś proszę naczynia, kochanie moje.
Wstała od stolika, ucałowała Borka czule, namiętnie, po czym wyszła z bufetobaru. Jak pamiętamy, Anita była taką szarą, czy raczej niewidzialną eminencją tej firmy, umiała za pomocą magii realnej wpływać na to lub na owo.
Zaś po fajrancie oboje wrócili do domu razem. Popołudniowy, czy też wieczorny seks odbył się tym razem niestandardowo, omówili też wspomniane wcześniej meritum. Tylko po drodze zajrzeli jeszcze na chwilę do galerii, gdzie Anita kupiła sobie nową torebkę. Ale to już bez związku ze sprawą, bo taki plan miała jeszcze przed lunchem.
Notka suplementarna:
Ponieważ nie istnieje coś takiego, jak seks standardowy, więc ustalmy centralnie, albo chociaż tak przynajmniej i bynajmniej kontrolnie, że nie wszystko w tym opowiadaniu należy traktować zbytnio za poważnie.

11 kwietnia 2026

W SZTOSIE /dokończenie obiecane/

Środa, wczesne popołudnie. Na biurku stoi sobie firmowy laptop. Przy biurku siedzi Anita. Czy jest w sztosie? Trudno powiedzieć. Powiedzmy, że dziwnym. Siedzi tak sobie, patrzy na ekran tego laptopa, na odpowiedź na jakiegoś tam swojego służbowego maila do kogoś tam i tak sobie myśli:
- Ludzie to jacyś porąbani są. Coś się do nich mówi, to oni nie słuchają co się do nich mówi, tylko słyszą to, czego się nie powiedziało. Coś się do nich pisze, to się odnoszą do tego, czego się nie napisało. Za to chcą informacji, które właśnie zostały im przekazane. Centralnie do tego jeszcze.
Anita zawsze miała inklinacje do filozofowania, nie tak, jak Roxy, jej najlepsza psiapsia. Ale od czasu wzięcia doznania poczęcia, przeżywając spodziewanie się, zaczęło ją to nachodzić jakby częściej. Jednak broni się przed tym, choćby więcej praktykując zen, ale niekoniecznie wychodzi jej to tak bardzo za skutecznie. Zakontynuowała więc podjętą myśl przenosząc wzrok na leżące przed nią jagodzianki na barowej tacce:
- Zajrzała w porze lunchu Alina. Pyta się, czy czegoś może nie chcę z bufetu, bo idzie coś zjeść. Bardzo chętnie, bo dupa jakoś mniej chętnie chce mi się ruszyć. A przecież jeść trzeba, zwłaszcza teraz. To ja jej mówię, że proszę dwa pączki. Przyniosła, dobra dziewczyna, tylko czemu blondynka, choć nie blondynka? Albo to są faktycznie pączki, tylko ja już głupieję od tej jebanej ciąży, więc widzę jagodzianki. Za to smufi? Bo miało być jeszcze smufi. Smufi się zgadza. Ale tylko połowicznie. Chyba, że na wskutek zmian klimatycznych jagody ze szpinakiem zaczęły być jak gruszki ze spiruliną. Wielkie światowe osmufienie.
Upiła łyka tego smufi, po czym mruknęła do siebie:
- Nie, spoko, nawet może być.
Zaś dalej już jechała na głos. Paszczą znaczy. Akurat miała ten komfort, że jako szefowa działu logistyki miała swój osobny pokój.
- Bo to jest tak, że powiedzieć, czy napisać komuś paczka, to usłyszy taczka, potem powie, że było kaczka. Paczka, taczka, kaczka, sraczka, wykałaczka. Kurwa jego pokurwiona!
Sięgnęła po telefon:
- Boreczkuuu. Słodziaczku móóój...
- ...
- Nie, to już mam. Ale i tak zejdź tu do mnie na chwilę.
Pracują w tej samej firmie, to tak dla przypomnienia.
- Że co? Nie, aż tak nie chcę. Tylko przytulić.
- ...
- Ale ja tak bardzo, bardzo ładnie proszę.
Standardowe zaklęcie Mali było akurat na propsie w tych kręgach.
Chyba jednak nie zadziałało do końca:
- Coooo????!
- ...
- To pierdolnij w czarnek tą jebaną robotę i zaraz mi tu bądź!!!
Odłożyła aparat i westchnęła sobie, tak romantycznie jakby:
- Kochane Borczysko...
Tymczasem, czy też może raczej odrobinę później na jednej z sal Oktagonu było duszno, porno, strosznie i w ogóle. Zwłaszcza to, że w ogóle. Będąca bowiem wciąż w sztosie Kaśka nie otworzyła okien, tak nie złośliwie bynajmniej, bo Kaśka przecież nie jest złośliwa. Tak generalnie, bo czasem dla niektórych bywa. Tu jednak taka była logika metodyki zajęć. Jednak dalszy, detaliczny opis wypadków wymaga pewnej wiedzy fachowej od czytających, zaś narratorowi po prostu nie chce się tego wszystkiego klarować. Darujemy sobie więc opis rzeźni, która działa się na tej sali. Wspomnimy tylko jeden zabawny epizod.
Otóż niektóre ćwiczenia wykonuje się parami, więc muszą się one jakoś dobrać. Po komendzie, aby to zrobić dwaj panowie od razu doskoczyli do siebie, ale bez podtekstów, tak po prostu przeważnie wtedy jest. Za to Bitka jakby unikała zestawienia się z Bombką, więc było co i nieco zamieszania, jednak czarnobrewa Kaśka zmarszczyła swe brwie i zainterweniowała:
- Nynyny, tak się nie bawimy. Bitka do Bombki, a co do reszty, to zrobimy sobie, jak w tej znanej piosence disco polo.
I zanuciła, nawet podobno ładnie jej to wyszło:
- Chłopak, dziewczyna, najlepsza rodzina... Mam wyjaśniać dalej?
Bęcka wzruszyła tylko ramionami i ruszyła do najbliższego kolegi, ale Bójka była szybsza, bo jak wiemy, to ona go sobie upatrzyła jeszcze zanim zaczął się trening. 
- No! I tak ma być.
Dalej sprawy szły gładko, niczym po lubrykancie firmy ACME marki AssMiracle. Dziewczyny znały na pamięć pewne stałe fragmenty treningu, więc Kaśce wystarczał nieraz tylko gest, czy pojedyncze słowo, aby jakoś to koordynować. Zaś chłopacy też nie byli idiotami, żeby tego szybko nie załapać. Jakby nie było Magda przysłała swoich najlepszych tłuków, nie jakieś tam kurze łajno. Ale to dawało pani trenerce pole, aby luzować ekipę, żeby nikomu na pewno nie było smutno. Bo nudzić, to się na pewno nikomu nie nudziło. Otóż pomiędzy jedną, czy drugą taką zwięzłą instrukcją zaczęła opowiadać seksistowkie dowcipy. Jako, że większość ludzi nie wie, co to jest ten seksizm, podciąga pod ten seksizm różne dziwuśne rzeczy, zaś na wykład nie ma tu miejsca, to niechaj wystarczy informacja, że te były akurat naprawdę seksistowskie. Do tego jeszcze przaśne, czerstwe, burackie, tak krindżowe, że aż Zosia Bombka spojrzała na nią wyraźnie zdziwiona, bo Kaśka nigdy takich kwasów nie plotła. Ale sztos wyjaśnia wszystko. Trzeba jednak przyznać, że było po równo. Znaczy po równo obrywały obie płcie, raz jedna, raz druga.
Rzeźnia rzeźnią, jednak wszystko, co ma się kończyć, jakoś się kiedyś kończy. Bardzo zresztą sympatycznie się skończyło, bo Kaśka posumowała tą całą zabawę życzliwym uśmiechem, oraz swoją standardową formułką, którymś jej wariantem:
- Jesteście debeściarstwo. Fajnie mi było z wami pracować.
Za to już potem w babskiej szatni, gdy Neonówki wykąpane, przebrane szykowały się do wyjścia, pierwsza do drzwi skoczyła Bójka, rzucając podczas tego skoczenia:
- Laski, czekajcie chwilę, ja zaraz przyjdę.
Laski zarechotały obleśnie, zaś Bombka Yakuza dodała:
- Dobra, dobra. Wymieńcie tylko numery telefonów, a ty wiesz, gdzie jest kafejka ta obok. Umawiamy się tak, że idziemy bardzo powoli i zanim posadzimy dupy, to ty już jesteś przy nas.
- Zośka, do kogo ty teraz mówisz?
Spytała Bęcka. Dobrze spytała, bo w drzwiach nie było nikogo.
Za to trudno jest powiedzieć, czy subtelne zabiegi Kaśki przy zestawianiu par na treningu były w ogóle konieczne. Czy Bitka musiała unikać Bombki? W końcu, jak świetnie zresztą pamiętamy uważnie czytając, Yakuza jasno powiedziała Bitce, do tego na poważnie, nie żartując bynamniej - przynajmniej:
- Razem posprzątamy tą twoją kupę...
No tak, ale Kaśki już przy tym nie było.
Za to w czwartek w Pleciudze Kaśka robiła wrażenie, jakby ten sztos jej nieco zelżał, aczkolwiek nie było tego zbyt wyraźnie widać. Była zasłonięta pytaniami na temat jej wyjazdu do wioski Benges, które ją zasypywały psiapsie. Choć może niekoniecznie wszystkie, bo Anita była w swoim przewlekłym sztosie, który tu objawiał się niewielkim zainteresowaniem tą całą historią. W lipcu sama się tam wybiera, to jeszcze się nabędzie. Aczkolwiek dużo to ona się nie napatrzy spędzając czas na tamtejszej porodówce.
Wreszcie harpie dały spokój swojej ofierze, pozwoliły jej pójść poprawić oko, którego zresztą, jak wiemy, nigdy nie malowała. Za to gdy wróciła, nachyliła się na Malą coś jej szepcząc. Ta zaś rzuciła:
- Yoop.
Kaśka usiadła i oznajmiła:
- Dziewczyny, Młoda chce wam coś powiedzieć. No?
Mala otworzyła szeroko oczy.
- Kasiu nie tak się umawiałyśmy.
Reszta wiedźm spojrzała zaintrygowana. Nawet Anita ocknęła się ze swojego praktykowanego ostatnio filozoficznego zamyślenia. Też spojrzała, też zaintrygowana jakby tak. Roxy rzuciła:
- Na razie jakoś mało mówi? Tak?
Malina zakręciła się na krześle:
- Co jest? O co tu chodzi?
Kaśka spojrzała na Malę i oświadczyła:
- Dobrze, ja zacznę, a ty opowiesz resztę.
Upiła łyka nieco już niegorącego pleciugato i zakontynuowała:
- To jest tak, że nasza siostrzyczka dowaliła sobie nowe zajęcie.
Roxy wzruszyła ramionami mówiąc:
- Czemu jakoś mnie to nie dziwi? A co to jest?
- Terapia grupowa.
W tym momencie zaprotestował Mala:
- Jaka znowu terapia? Co ty Kasiu opowiadasz? Rozmawiam sobie tylko z nimi tak, drugi raz się dopiero tak spotkałyśmy. Cała sprawa, a ta robi z tego nie wiadomo co.
Kaśka jednak zdania nie zmieniała:
- Moim zdaniem to jest terapia. Bo nie róbmy z tego słowa tego, czym nie jest. Ludziom odbija i jak się mówi terapia, to od razu myślą, że to jest jakaś tajemnicza operacja, za którą jeszcze przeważnie trzeba zapłacić kawał grosza. Nawet jak na koszt państwa. A ja mam teraz terapię, bo mnie kuciapa ostatnio boli od ruchania, a jak z tobą gadam, to mi tak jakby nieco puszcza.
Anita spojrzała ni to przytomnie, ni to nieprzytomnie.
- Słuchajcie, czy ja do lipca mogę nie słuchać nic o kuciapach? Do tego jeszcze bolących? Mnie już to się ostatnio śni po nocach.
Roxy spojrzała nagle na Malinę.
- Lalka, ty kumasz coś z tego wszystkiego w ogóle?
- Jak ty nie kumasz, to jak ja mam kumać?
- No nie, takiej różnicy między nami chyba nie ma?
- Nie ma? Nie ma? A kto mnie dziś w pracy nazwał idiotką?
Lojalna Malinie do bólu Kaśka spojrzała co najmniej niechętnie na Rudą, niechętnym wzrokiem do tego jeszcze.
- Weź Lalka, to wcale nie tak było.
Zaczęła protestować Roxy, a wtedy Mala wstała.
- To ja sobie pójdę użyć kuciapy, a jak wrócę, to jak się będziecie dalej tak tarmosić, to chuja wam powiem i tyle. Co to w ogóle jest, jedna w sztosie, druga w sztosie, jeden wielki sztos kłopotów.
- Ja nie jestem w  sztosie, ja jestem ofiarą mobbingu.
Zaoponowała Malina, na co z kolei zaoponowała Ruda:
- Jaki znowu mobbing? Zwykła służbowa zjeba. 
Ale tego już Mala nie słuchała. Za to gdy wróciła, jak zwykle radośnie roześmiana całą sobą, przy stoliku było cicho. Więc się rozmościła na krzesełku, po czym zaczęła:
- Sprawa faktycznie kręci się wokół kuciapy. Kuciapy plus, bo nie tylko kuciapą się to robi. Wiecie, jak ze mną było. Było, że miałam niefajnie kiedyś z paroma wujkami mojej ma... Znaczy się tej starej kurwy Pamali. Jak kobieta miewa takie akcje, to ma potem uraz do miziana, tak? Ale potem, jak się do was dołączyłam, jak sobie popatrzyłam, posłuchałam, to mi ten uraz zaczął puszczać. Potem jeszcze Mirek, mój były dokończył tematu i jest dobrze.
- Czyli przeszłaś terapię?
Nie pytana odpowiedziała Roxy:
- Kaśka zamknij się! Mów Maleczko, skowronku ty mój.
- Mogę? Dziękuję. Więc ja, jak się w pracy kręcę po klubie, to dużo gadam z ludźmi. Dużo ich poznałam i w ogóle. I trafiło się parę różnych dupek, które jakoś tak mi zaczęły się wyszczerzać. Takie sprawy też mi niektóre wyszczerzały. To ja sobie tak wtedy pomyślałam, żeby tak zebrać kilka, usiąść, pogadać, tak szczerze, od piczki. Moźe coś fajnego wyjdzie. Tylko nie nazywajcie tego terapią, grupą wsparcia, czy jeszcze mądralniej. Bardzo, bardzo ładnie was proszę. Po prostu rozmawiamy sobie, to wszystko.
Pozostałe wiedźmy rozejrzały się po sobie, po sytuacji, popatrzyły sobie na Malę. Wreszcie odezwała się Malina.
- To super. Mega. Mnie się to podoba. Rób to.
Kaśka wtrąciła:
- Toż to ja jej wczoraj to samo powiedziałam.
Anita i Roxy pokiwały głowami. Potem Ruda skwitowała:
- Tak, rób to. Ja tu nie mam nic do dodania.
Zaś Nita spytała:
- To która dziś płaci rachunek?
- Pytka.
- Dlaczego?
- Dlatego. Bez bo i bez że.
KONIEC DOKOŃCZENIA, KONIEC TEJ HISTORYJKI