28 maja 2017

Konopielka, czyli na Marszu, jak to na Marszu...

Sorry Gregory, ale z całego materiału zdjęciowego tylko to, co jest powyżej nadawało się do publikacji. Tak to jest, gdy uparciuch uprze się na Nokię 108 Dual SIM i odrzuca go od mizianych, wypasionych piczfonów, czy czego tam jeszcze. Po co mu to, jeszcze by sobie takim sprzętem krzywdę zrobił jakowąś próbując klikać fotki.
Zaś na Marszu, jak to na Marszu. Marszowo było se tak, konopnie, fajnie, wesoło, na luzie, czyli tak jak miało być. Tego roku trafiło mi się dubeltowo, bo w dwóch miastach stołecznych. Aby mieć to już z głowy, zacznę od gorszego końca, czyli od frekwencji. Blado to wypadło moim zdaniem, gdy porównam z Marszami kilka lat temu. Według moich szacunków, to Kraków = 1000, Warszawa = 1500, w porywach zresztą. Rzecz jasna jest to z grubsza, bo fachowcem od takich pomiarów nie jestem, ale jednak jest to bardziej wiarygodne, niż fachowe pomiary policyjne, według których to, jak zwykle zresztą bywa przy imprezach antysystemowych, nikogo nie było. Czemu tak, skoro pogoda była super? Chyba nie dlatego, że spadła nagle populacja ludzi high class brained. Spadł jednak chyba poziom wiary w powodzenie Sprawy. No cóż, skoro obecny reżim podłej zmiany jest jeszcze gorszy od poprzedniego, to mowy nie ma o żadnym powodzeniu teraz, zaraz, jutro. To już od dawna było wiadome, że tak nie będzie. Zresztą same Marsze to nie wszystko. Skoro Sprawa chwilowo jest conieco zamrożona co do terminu realizacji, to tym bardziej trzeba więcej pracy edukacyjnej. Informować, motywować do używania mózgu. Na przykład zadając pytania typu "Czy chcesz, by chorzy chorowali na dysfunkcje, na które ziele MJ /wersja "medical"/ może im pomóc?". Albo na przykład takie: "Czy chcesz się czuć bezpieczniej, bo mniej ćpunów będzie cię próbowało okraść?". To drugie dotyczy ziela wersji "common", gdyż jasne jest, że gdy będzie ono legalne, to ilość tych ćpunów się zmniejszy. Niestety nie dla każdego jest to jasne. Owszem, jest wielu betonołbowych buraków, którzy po prostu CHCĄ, by panował obecny syf, a nawet większy. Ale jest też sporo ludzi, skądinąd niegłupich, którzy pewnych zależności jeszcze nie widzą. Od tego jest właśnie edukacja, by to wreszcie zobaczyli.
Wróćmy jednak do Marszu. Co na takim Marszu można robić? Niby głupie pytanie, bo od tego są Marsze, by maszerować. Nie dosłownie rzecz jasna, takie dosłowne marsze niech sobie uprawiają naziole narodowe. Konopie zaś się wyzwala krokiem wyluzowanym, czasem nawet tanecznym, ale zanim jeszcze do tego kroku dojdzie, trzeba przyjść lub przyjechać i być. Popatrzeć na konopne dziewczyny, których nigdy nie brakuje, porobić jakieś fotki /nawet jeśli skutek tego robienia jest mizerny/, pobujać się przy godnej muzie, oraz przede wszystkim pogadać sobie. Ze znajomymi lub kimkolwiek innym, właściwie z każdym, bo na Marsze hołota raczej nie przychodzi. Choć z tym ostatnim to różnie ongiś bywało, tym razem jednak tak nie było. Ani w Krakowie, ani w Warszawie. Trochę tego gadania było, ale ograniczę się tu do jednej osoby, za to jako partner /a raczej partnerka/ do pogadania nader wdzięcznej.
Ula /imię ściemnione, polityka ochrony danych i takie tam/ była kiedyś narkomanką. Jak każdy /prawie/ narkoman zaczęła od alkoholu, jednak nie pisane jej było zostać ćpunem alkoholowym, które to ćpuny, zwane "alkoholikami" dla wyróżnienia, stanowią większość w populacji ćpunów. Miała inne "gusta". Jej problemem stał się "hel" plus "feta" jako dodatek, dość częsty model swojego czasu. Na dopalacze /te hardkorowe/ się nie załapała. Co jest akurat dość istotne, bo w tych przypadkach trudno mówić o uzależnieniu, gdyż wcześniej kłania się "duża psychiatria", czyli psychozy lub takie tam jeszcze inne odpały w mózgu.
Tak. Tu w ramach dygresji trzeba wyjaśnić laikom, że tak zwana "terapia uzależnień" obecnie niekoniecznie zajmuje się uzależnieniami. To znaczy, zajmuje się, owszem, ale owi co poniektórzy "uzależnieni" nie są wcale uzależnieni, są to regularne czubki. Tak to sobie można nazwać po laicku. Zawdzięczamy to między innymi polskiemu prawu, ale zostawmy to może na razie. Tyle tylko wspomnę, że nie ma innego kraju w Europie mającego taki problem dopalaczy /typu hardcore/, jak Polska.
Jednak Ulę ten syf ominął jakoś, u niej poszło to bardziej "klasycznie". Pierwszy raz ją spotkałem w ośrodku, gdy po bardzo długim namyśle oraz intensywnych namowach zdecydowałem się dorobić w nim parę groszy ekstra. Od razu mówię, że są to naprawdę grosze, nie ma co się ślinić, jeśli kasa jest dla kogoś priorytetem życiowym. Mnie wyszło, że chcę przyłożyć ręki, by parę ofiar polskiego prawa wyszło na prostą. Ula zaś była na wylocie, kończyła zakładany turnus, więc terapeutycznie nie mieliśmy żadnych relacji. Pogadaliśmy jednak tak bardziej prywatnie, w ramach czasu wolnego przy kawie, czy herbacie i robiła wrażenie fajnej, sensownej osoby. Czy była/jest wyleczona? To jest idiotyczne pytanie, bo tego nie wiadomo nigdy, do końca życia. Oficjalne kryteria mówią coś na temat iluś tam lat abstynencji, ale choć lepszego kryterium nie ma, to jest to kulawe kryterium. Abstynencja jest bowiem środkiem, nie celem.
Po wymiksowaniu się Uli z ośrodka spotkałem ją na Marszu rok temu. Było dużo do pogadania. Generalnie szło jej świetnie. Na przykład zmotywowała ojca do leczenia. Bo to też był ćpun. Tylko akurat alkoholowy, ale jaka to różnica? Swoje sprawy referowała nieźle, zaś poza tym została konopną aktywistką, wyzwala te konopie jak należy.
To akurat się zdarza, że niektórzy neofici trzymają się tematu i pomagają innym. Jakiś wolontariat, czasem praca zawodowa jako terapeuta, jakieś studia psychologiczne lub pedagogiczne. Nie wszyscy się do tego nadają, nie wszystkim to służy, ale neofita jest pomocny w tej robocie, bo zna temat tak, jak inni go nie znają. Ula akurat poszła w profilaktykę narkomanii, bo Sprawa /wyzwolenia konopi/ to także owa profilaktyka, do tego dorabia ostatnio na pestkach, co również jest zajęciem godziwym. Bo choć pestka to jeszcze nie ziele /tak jak zygota to jeszcze nie dziecko/, jednak oleum zawiera, a czy Iskra Jah w niej zaistnieje, to już problem ogrodnika.
Aha. Gdyby ktoś chciał zapytać, to odpowiadam, że Ula ziela nie używa. Może użyje kiedyś wariantu "medical", ale na razie jest zdrowa. Ziela nie używała nigdy, zwłaszcza będąc praktykująca ćpunką, bo jak większość praktykujących ćpunów, zielem gardziła. Obecnie nadal nie używa, bo nie lubi. Ale ma na tyle endogennego oleum w głowie, by nie dyktować innym, co mają lubić, czego nie. Zresztą mnóstwo zwolenników legalizacji ziela nie używa go, mają mimo to wspomniane oleum, więc rozumieją, dlaczego ziele powinno być legalne. Żeby w przyszłości było mniej ćpunów na świecie oraz bałwaństw, które z tego ćpuństwa wynikają. Rzecz jasna legalizacja MJ nie jest warunkiem dostatecznym, ale koniecznym, by tak się właśnie centralnie wreszcie stało.
No, i właściwie tyle. Marsz dotarł do jądra ciemności podłej zmiany, pod sam komitet centralny. De facto nic do tego jądra nie dotarło, bo dotrzeć nie mogło z definicji, ale w klimacie pozytywnej energii spotkało się sporo sensownych ludzi, zaś tak spędzony czas w tak zacnym gronie na pewno nie był czasem zmarnowanym.
Bayo Ula, spotkamy się za rok i życzmy sobie wzajemnie, tudzież urbi et orbi, by następny Marsz był marszem ostatnim, a kolejne były zbędne.
Mamy prawo do szczęścia!
Nie mamy jednak szczęścia do prawa... i sprawiedliwości.
Oby się to szybko zmieniło.
Sadzić! Palić! Zalegalizować!

24 maja 2017

Co to jest ekoterroryzm? Definicja prawdziwa

Mam wiadomość, a brzmi ona sobie tak:
JESTEM ZA ŻYCIEM...
...popieram więc protest przeciw MASAKRZE Puszczy Białowieskiej.
Właściwie na tym można by tekst tego posta zakończyć, ale co szkodzi jeszcze pogadać? Tak? Nawet jest o czym, bo właśnie dziś w realu dotarł do mnie tekst, jakoby ów protest był dziełem... "ekoterrorystów".
Taka oto ogarnęła mnie wtedy refleksja, jakichże to głupich, chorych, złych popaprańców, czyli dupków innymi słowy, mijamy na ulicy, w  sklepie, czy gdzieś tam indziej na mieście i pojęcia nie mamy, kogo mijamy. Dopóki takie coś się nie odezwie i nie wyjaśni, czym jest.
Ekoterrorysta. Co to słowo tak naprawdę, kurwa, znaczy? No cóż, istnieje taka mentalnie porąbana grupa, fragment populacji zamieszkujący ten kraj, zwana różnie, chwilowo umówmy się tu na określenie "konserwatywne buractwo narodowe". Używają oni specyficznego, poprawnego politycznie żargonu, w którym /na przykład/ chamskie zbluzganie kogoś bez powodu to "nazywanie rzeczy po imieniu". Zostawmy jednak analizę lingwistyczną owej prawdziomowy, skupmy się na "ekoterroryzmie". Otóż według nich ekoterrorysta to każdy normalny człowiek szanujący przyrodę, używający mózgu /chociaż trochę/, mający więc jako taką świadomość, że nie jest on właścicielem Natury, lecz tylko tejże to Natury elementem. Ideologia polskiego konserwatywnego buractwa narodowego, zwana także też marksizmem narodowym, ze swoim postulatem: "nasyfić tak, by zniszczyć wszelkie życie", ma pewne umocowanie religijne, ale obecnie nawet lider tej religii, tudzież formalny szef firmy nią zarządzającej /niejaki Franciszek zresztą/ coś już zaczyna kojarzyć, trybić, ogarniać, pojmować. Ale to również chwilowo zostawmy. Poza tym prawdziomowa wspomnianego szemranego towarzycha nie jest żadną wartością, nie jest ona językiem uniwersalnym, lecz slangiem dupków jedynie.
Są, istnią jeszcze inne definicje, wikipedyczne lub słownikowe terminu "ekoterroryzm", ale tak na zdrowy rozum są one mało logiczne. Bo kto jest ekoterrorystą, tak naprawdę centralnie? Ten /lub ta/, kto terroryzuje, zasyfia, niszczy ekosystem. Na przykład /co zresztą nie podlega dyskusji/ podła zmiana uosobiona, zaś jej komisarzem, szefem tej konkretnej misji jest pewien Szyszko. Ekoterrorystą jest też każdy, kto mu pomaga, a także każdy, kto nie chce widzieć, co ten zbrodniarz wyprawia. Tak?
Styka..
Wychodzi na to, że swoje już pogadałem. Przeczytaliście, dowiedzieliście się i teraz już wiecie więcej. Ipso facto wiedzieliście już to wcześniej, tylko nie mieliście tego uświadomionego.
...
Jeszcze jedno. Post nie odnosi się centralnie wcale do ostatnich wydarzeń w Puszczy. Jego przekaz jest raczej ogólniejszej natury, zaś wspomniane wydarzenia /które wciąż się dzieją/ posłużyły jedynie jako inspiracja.

15 maja 2017

Czwarta tajemnica

Owa czwarta tajemnica polega na tym, że był jeszcze czwarty pastuszek. Tylko on tych grzybków nie jadł. Gdy zobaczył zaś, że z resztą coś hula nie tak i nie mógł się z nimi dogadać, to poszedł sobie. Podobno doszedł do Aveiro, zamustrował na statek jako chłopiec okrętowy i wyruszył na wiking. Potem przekonwertował  się na asatru, harmonijnie rozwijał ciało i ducha budując karierę wojownika, zaś gdy zginął walcząc ze złem i występkiem trafił jako heros do Walhalli. Tam zaś wiadomo: dużo zdrowego ruchu na świeżym powietrzu, tudzież rogi pełne miodu oraz miłość z Walkiriami na wszelkie możliwe sposoby. Wychodzi centralnie na to, że lepiej skończył, niż pozostała trójka pastuszków. Tak to bywa, gdy dzieciaki zbyt wcześnie sięgają po zabawki dla dorosłych, miast żyć w trzeźwości do pełnoletności.

11 maja 2017

ankieta - dokończenie, podsumowanie (chwilówka/?/)

Zwykle nikomu się nie tłumaczę ze swoich ruchów na blogu, ale "zwykle" to bynajmniej nie znaczy "zawsze/nigdy", zaś tym razem to tłumaczenie jest uzasadnione. Rzecz w tym, że skracam termin ankiety o jakiś tydzień. Powodem tego jest real oraz inny projekt netowy mający swój deadline. Ten cały deadline i tak przekroczę, ale to już osobna sprawa. Tyle tłumaczeń wystarczy, pora teraz na główny tekst posta.
Temat ankiety nie jest bynajmniej nowy, pojawia się od czasu do czasu to tu, to tam, w  przeróżnych dyskusjach tak w necie, jak też i w realu. Sama zaś ankieta, tak jak każda inna tego typu, naukowej wartości nie ma i mieć nie może. Próbka statystyczna jest porażająco zbyt mała, zero możliwości dopilnowania, by była ona reprezentatywna, poza tym bardzo łatwo jest "ocyganić", wystarczy skasować cookies w przeglądarce i metodą iteracji nabić dowolny wynik, jaki mamy kaprys nabić. Tym razem takie coś chyba nie miało miejsca, ale to podpowiada mi tylko intuicja, na którą co prawda nie mam powodów narzekać, ale niekoniecznie zawsze ma ona rację. Samo układanie ankiety było jednak dla mnie ciekawą zabawą, której core polegał na tym, by tak sformułować pytanie i dobrać odpowiedzi, aby respondent nie doznał chwilowej schizofrenii podczas procesu decyzyjnego. To jest akurat problem, który nie zawsze potrafią trafnie rozwiązać układacze ankiet aspirujących do miana bardziej poważnych.
Sorry, ale bez dygresji politycznej ani rusz, mianowicie takiej, jak sobie poradzą twórcy pytań do referendum, o którym wspomniał niejaki Maliniak, gdy rozbawiał publikę swoją próbą przekonania jej, jak bardzo jest ważny.
Wróćmy jednak do tematu konstrukcji naszej ankiety. Otóż gdy ukazała się ona w pierwszej wersji, dotarła do mnie mailem ciekawa uwaga /zacytuję ją w skrócie, ale z zachowaniem sensu/:
"Nie wiem, co odpowiedzieć, bo dorosłemu dam kasę, ale dziecku nie dam, spróbuję mu pomóc inaczej"
To jest jedna ze wspomnianych schizofrenicznych sytuacji spowodowana podświadomie ukrytym założeniem, że osoba prosząca o drobne jest osobą dorosłą. Późniejsza modyfikacja ankiety nie do końca uwzględniła tą uwagę. Nadal pozostawał wybór, czy iść na skróty wybierając odpowiedź trzecią, czy oprzeć się na fakcie, iż częściej jednak prosi osoba dorosła. Tu pojawia się inne ukryte założenie, że sytuacja dotyczy polskich warunków. Czyli poprawiona wersja ankiety nadal nie była jeszcze idealna.
Ale zostawmy to już, jedziemy dalej. Może ta ankieta nie była naukowa, ale ignorować jej wyników, traktować je jako zupełnie losowe również nie ma sensu. Tedy przypomnijmy, jak było i co się zadziało:
Pytanie /a raczej opis sytuacji/:
Ktoś Ci nieznany prosi Cię na ulicy o wsparcie jakimiś drobnymi. Jeśli chcesz i możesz, to...
Odpowiedzi /warianty reakcji na sytuację/:
...przeważnie wręczasz te drobne - 7 (46%)
...próbujesz jakoś pomóc, ale raczej nie dajesz pieniędzy - 3 (20%)
...nie preferujesz żadnej formy pomocy, zbyt wiele zależy od konkretnej sytuacji - 4 (26%)
...będąc w takiej sytuacji przeważnie nie pomagasz takim osobom - 1 (6%)
razem - 15 (procenty liczył system Blogspota, więc reklamacje nie do mnie)
Czyli jakaś dominująca opcja istnieje. Wyznam szczerze, że ten wynik nieco mnie zaciekawił, gdyż zwykle do tej pory jako dominującą /również tak gdzieś do 50% z grubsza licząc/ spotykałem opcję DRUGĄ. Zwykle też towarzyszyło temu uzasadnienie, że proszący wyda te drobne na narkotyki - przeważnie na alkohol, jako ten najbardziej popularny. Co równie zwykle pobudza mnie do pytania: "Nawet jakby, to co z tego?"...
Stop.
W ramach przerywnika klasyczny już kawał:
Pewnego jegomościa zaczepił typ z ankiety prosząc o drobne. Jegomość miał dobry humor, więc wręczył mu nieco grubszą sumę. Gdy po godzinie wracał tą samą drogą, ujrzał, jak ów typ stoi w bramie i wykonuje "hejnał" butlą jakiegoś trunku. Podchodzi bliżej i pyta:
- Co ty tam lejesz w siebie?
- Koniak.
- Co to za koniak? To po to ci dałem tyle kasy? Kurwa, przecież nawet ja tego na co dzień nie piję, bo za drogie!
- Ja na co dzień też tego nie piję. Ale nie rozumiem szefie, o co tyle rabanu? Jak nie mam kasy, nie mogę pić tego koniaku. Jak mam kasę, też nie mogę. To kiedy, kurwa, mam pić ten cały pierdolony koniak?

Koniec przerywnika, jedziemy dalej:
Akurat mnie ta druga opcja najmniej się podoba. Wychodzę z założenia, że skoro mogę i uznałem, że CHCĘ takiemu ptysiowi pomóc, to nie widzę żadnych powodów, by wciskać mu taki rodzaj pomocy, której być może nie chce. Uszczęśliwianie kogoś na siłę to nie pomoc. Zaś gdy już mu dam te drobne, to przestają być moje, więc co mnie obchodzi, co z nimi zrobi? Tak?
Tyle na razie ode mnie, zaś ankieta trwa dalej, pytanie się nie zmienia, tylko zmienia się formuła na "pytanie otwarte" rzucone na forum. Plus drugie pytanie, nader istotne zresztą: "Dlaczego?"...

02 maja 2017

ogłoszenie, jak zwykle niezwykle parafialne (chwilówka)

Pomysł nie jest mój, ale to nie ma żadnego znaczenia. Natomiast mój jest pomysł, by ten nie mój pomysł uskutecznić teraz, tu zresztą. Na szpaltę boczną blogów raczej rzadko się zagląda. Zwłaszcza stali bywalcy mają na to kompletnie wyrąbane i tylko świeżaki zwracają większą uwagę na te rejony. W sumie jest to raczej zrozumiałe, bo tam rzadko się coś zmienia. Tym razem jednak pojawiła się pewna nowinka w postaci ankiety. Nie sądzę, by stało się to jakąś nową świecką tradycją na tym blogu, ale od czasu do czasu czemu nie? Taka ankieta rzecz jasna nie ma żadnej wartości naukowej, ale może być ciekawym zahaczeniem do jakiegoś kolejnego posta i ewentualnej dyskusji na forum blogowym, gdy upłynie zaplanowany termin ważności ankiety. To by w sumie było na tyle tego ogłoszenia, bo co tu więcej rozwijać? A jak pomysł nie chwyci, to...
To po prostu nie chwyci, a wtedy już całkiem nie będzie o czym gadać.
...
Dopisek trzeciomajowy:
Co prawda nadrzędnym celem tej ankiety jest zabawa /potem dopiero jakaś ewentualna dyskusja nad meritum sprawy/, jednak pośpiech sprawił, że pierwsza jej wersja okazała się niezbyt spójnie skonstruowana, nawet zakładając duży stopień luzu. Dlatego startujemy jeszcze raz od nowa, zaś respondentów, którzy zdążyli oddać swój głos przepraszamy i zapraszamy raz jeszcze do wzięcia udziału.
Natomiast cała ta historia pokazuje, jak ważne jest dobre sformułowanie pytania i staranne opracowanie zbioru opcji odpowiedzi, gdy planuje się poważniejsze badanie naukowe, sondaż lub referendum