20 listopada 2016

W co się bawić, by się bawić w święto narodowe?

Dla co poniektórych kontrowersyjna jest już sama data. Nawet o nią Polacy gotowi dać sobie po dziobach, co dopiero o detale tej konkretnej, która jest. Tak to sobie ongiś pomyślałem, że chyba jedynym wyjątkiem byłaby data bitwy pod Grunwaldem. Więc może to ją przyjąć jako święto narodowe?
Tą ostatnią puentę wypowiedziałem wtedy niestety, a może raczej na szczęście, w gronie "grunwaldowców", tak roboczo, umownie ich nazwę. Reakcja była natychmiastowa:
- Jeszcze tego, kurwa, brakuje do szczęścia, żeby państwo się zaczęło nam mieszać do "Grunwaldu"! To byłby początek końca tej imprezy.
Jakoś wybrnąłem mówiąc, że żartowałem, bo co racja, to racja. De facto sam nic do daty nie mam, dla mnie może być dowolna, jedynie pora roku mi nie pasuje, bo pogoda tego dnia rzadko bywa przyjazna dla ulicznego świętowania. Zaś samo świętowanie? Właście to nie ma się czego czepiać. Mamy oficjalny rytuał państwowy, atrakcję dla turystów, czy innych gapiów, tak jak wszędzie. Co prawda tego roku był wtręt prywatny, obchody pewnej żałoby, ale to było tylko tak, chwilowo, na czas podłej zmiany. Poza tym wszystko jest okay, ludzie obchodzą święto tak, jak chcą, mamy pluralizm, jakby nie było, tak? Jednak prezydentu Maliniaku ten pluralizm chyba przeszkadza, tak ma widać nakazane przez narodowe prezesu narodu. Sam zresztą mówił kiedyś, że chce Polski konserwatywnej, zaś jak wiadomo ta ideologia, konserwatyzm znaczy, niewiele się różni od komunizmu. Czyli wszyscy mają myśleć tak samo, mają mieć taki sam gust, maszerować grzecznie, równo, sztywno, jak bozia nakazała. Ma być ład, porządek, karny posłuch autorytetom moralnym, obyczajowym, tudzież modowym. Celem zaś jest homogenizacja mas ludzkich, społeczeństwo roju. Tak więc za dwa lata ma nie być żadnego "róbta, co chceta", tylko jeden wspólny pochód ku świetlanej przyszłości. No cóż, niech tam sobie próbują, wyjdzie kupa jak zwykle. Zakładając, że podła zmiana dotrwa. Temat już był przerabiany kiedyś, za tak zwanej "komuny". Tak się maszerowało, aż się rozleciało. Czyli powodzenia życzy kominiarz...
...
Jednak pomimo pozytywu, jakim jest ów pluralizm, wiele osób ma z tym świętem pewien problem, że jednak coś jest nie tak. Istota tej sprawy tkwi w samym sposobie, formule świętowania. Wszyscy się uparli na jakieś marsze, czy inne demonstracje, coś chcą nimi załatwić, politycznego lub społecznego. Poważne to jest aż do womitu, zero zabawy, a przecież święta są po to, by było wesoło. Tak? No, może poza Świętem Zmarłych, ale ono też ma swoje Halloween dzień wcześniej, tak dla równowagi. Bawić się marszem, na którym chodzi o to, by drzeć japę, a czasem komuś dać po głowie mogą naziole, ich trzeba zrozumieć, bo inaczej nie umieją. Tak swoją drogą, to nie wiem, co oni mają do Indian, że tak chcą ich tłuc narzędziami, raz rolniczymi, raz kowalskimi. Ale czy normalnych, cywilizowanych ludzi nie stać na to, by wymyśleć coś ciekawszego, niż konkurowanie z naziolami na marsze, sprowadzanie się do poziomu tego buractwa? Czy nie potrafią po prostu spotkać się razem, pośmiać, wyluzować, nawet powariować co nieco? Żeby nie było, to wcale nie znaczy, że marsze lub pochody są złe, jako takie. Ale na wesoło, bez tej całej nadętej, napuszonej powagi. Tej powagi nie ma na corocznym Woodstocku, tej powagi też nie było na Światowych Dniach Młodzieży /nie licząc części oficjalnej, gdy miał miejsce jakiś tam rytuał religijny/, tej powagi nie ma na Wolinie podczas Festiwalu Słowian i Wikingów, nie ma jej również na wspomnianym na początku "Grunwaldzie". Na tym ostatnim jest co najwyżej wzmożona uwaga, by koledze za mocno żelastwem nie przyłożyć. Czyli można? Można, Polak potrafi, jak widać na załączonych przykładach.
Skoro mamy odpowiedź na pytanie "czy?", pora uruchomić pytanie "jak?". Tu pomysłów może być wiele. Najprostszy, to po prostu zakazać wszelkich manifestacji politycznych. No, ale to chyba raczej, do tego na pewno, nie tędy droga. Jest to antypomysł, przykład "maliniaczego myślenia" właśnie, próba dekretowania sposobu świętowania. A przecież nie w tym rzecz, by państwo robiło za ludzi coś, co jak zwykle będzie bez sensu. Tu o spontan chodzi, inicjatywy, pomysły niejako "oddolne", od samych świętujących.
Kilka lat temu, bodajże pięć, miała miejsce niezła zadyma na warszawskim eM-De-eM-ie. Nie wiadomo do końca, kto zaczął, czy naziole, czy jakieś łby na usługach policji, ale gdy podłączyło się jeszcze, tak dla sportu kilku miejscowych rozrabiaków, było już zaiste ciekawie, aż za ciekawie. Zaś wygrana była wtedy policja, która potem dostała podwyżki. Roztoczyłem wtedy taką wizję, fantazję, że nagle ze wszystkich bram wyskakują różne wesołe przebierańce, klowni, artyści uliczni, grajkowie, performerzy, tudzież sprzedawcy balonów, czy innych jarmarcznych gadżetów. To by dopiero było! Wyobraźmy sobie zamaskowanego, zakapturzonego naziola, który nagle wychodzi na kompletnego już idiotę, gdy go dookoła otaczają postacie z zupełnie innej bajki. Taki łeb może się tylko popłakać, pochlastać, albo wyluzować i dołączyć do wesołej zabawy.
Obecnie by to raczej nie przeszło, kolumny marszowe są zbyt zwarte na taki wjazd freaków, ale można prościej. Przy minimalnej pomocy władz miasta, bo tak całkiem bez nich się nie da. Jakieś służby publiczne, ratownictwo medyczne, policja, straż pożarna, coś tam jeszcze, za to się w końcu płaci podatki. Ale na tym koniec. Teraz po prostu wystarczy odgrodzić większy obszar centrum miasta od ruchu aut i niech się dzieje. Tylko naziolom można wydzielić zamknięty kawałek ulicy, bo skoro nie umieją inaczej, to niech sobie maszerują gdzie chcą, na drugi brzeg Wisły na ten przykład, jak do tej pory i niech się tam kiszą. Umieją, czy nie umieją, to jednak też są obywatelami, nie karzmy ich za chorobę, tylko za ewentualne rozrabianie. Zaś centrum miasta niech pozostanie strefą wolną dla różnych pomysłów, działań artystycznych, spotkań towarzyskich, różnych takich innych. Jest wesoło, kolorowo, twórczo, na luzie. Tak?
...
Teraz zaś pora, by każdy odpowiedział sobie na pytanie, jak chce się bawić podczas święta narodowego za rok, czy za dwa. Tak, jak lubi, czy tak, jak mu system każe, że ma lubić? Nikt tak naprawdę nie wie, ile jeszcze potrwa to całe nieporozumienie, zwane powszechnie "podłą zmianą", więc trzeba być otwartym, tudzież gotowym na każdy wariant tego, co być może.

10 listopada 2016

to say, or not to say, czyli zuch dziewczyna (chwilówka)

Jak wspominałem onegdaj, prolajf kompulsywnie tworzy sobie wroga, tedy jako wisienkę na torcie wykoncypował sobie antyidola. Któż to zacz? 
Może zacznę od początku. Jakiś rok temu słuchałem radia jadąc na rowerze i wpadł mi w ucho cover Czesława Niemena "Kwiaty ojczyste". Zajebiście to było zaśpiewane, mocno manierycznie, tak właśnie po niemenowsku. Spodobało mi się. Nie kojarzyłem wykonawczyni, ale głos jakby znajomy. To jest niestety tak, że "wszystkich ciastek nie zjesz, wszystkich filmów nie obejrzysz, wszystkich książek nie przeczytasz, wszystkich zaś kobiet nie... etc...". To samo też dotyczy muzyki. Tego stuffu jest po prostu za dużo na świecie. Nawet w swoim ulubionym dziale nie jestem na bieżąco, to co tu dopiero mówić o całości tematu. Niemniej jednak znalazłem wolną chwilę, pogmerałem po necie, znalazłem. Skojarzyłem też wcześniejsze produkcje, posłuchałem nieco nowych. Fajne to było, nie powiem, ale na tym sprawa w sumie się zakończyła. Do czasu...
Jakoś temu niedawno patrzę, a w necie huczy. Ano huczy, bo jest o czym. Kobitki się wkurzyły, nie tylko zresztą one, uznały że mają dość traktowania ich jak ścierki i towarzystwo wyległo na ulice. Zgiełk więc prolajferski się rozległ wielki. Czytam sobie tych czubków i dowiaduję się, że pewna pani udzieliła wywiadu w pewnym piśmie, zaś podczas tego wywiadu ponoć "chwaliła się zabójstwem dziecka", do tego jeszcze "zachęcała, namawiała" inne panie do takiegoż czynu. Znając tytuł pisma, tudzież nazwisko tej pani znalazłem stosowny tekst, przyswoiłem go. Wyszło mi na to, że owe czubki czytały jakąś kompletnie alternatywną wersję tego wywiadu, opublikowaną w równoległej wersji tego pisma w ich urojonym świecie. Aby się upewnić, że to nie ja zwariowałem, popytałem tu i tam różnych skądinąd niegłupich, normalnych, zdrowych na umyśle, do tego przyzwoitych ludzi, jak sprawy się mają? Okazało się było, że ani ja, ani oni nie znaleźli w tym wywiadzie żadnego "chwalenia się", "zachęcania", "namawiania", tym bardziej też nie było tam ani jednego cienia słowa na temat "zabijania dzieci". Owa pani wspomniała jedynie chwile, gdy usunęła ciążę, miała zresztą ku temu dość sensowne powody. To w sumie tyle. Tylko czubki mają teraz antyidola, ale w końcu to są tylko czubki i inaczej być nie chce. Tak?
Być może powinienem jeszcze wspomnieć o teorii, jakoby wywiad miał na celu wypromowanie siebie i własnej twórczości. Nie wspomnę jednak. Nie siedzę w głowie tej pani, nie ma więc takiej wiedzy, jak ci, którzy "wszystko wiedzą najlepiej". Niech się masturbują spekulacjami na ten temat sami we własnym gronie. Mnie w tej dyskusji nie ma.
Okay, ale dlaczego "zuch dziewczyna"? No cóż. To jest tak, że nie ma czego się bać, tudzież krępować wspominając publicznie wizytę u lekarza, pobyt w szpitalu, czy poddanie się jakiemuś zabiegowi. Jednak zabieg zabiegowi nierówny, zaś każdy sam ustala kryteria, sam też zakreśla granice swojej prywatności, sam więc decyduje, co komuś opowiedzieć, czego nie, tym bardziej zaś publicznie. Czasem ktoś może się obawiać czyjejś krytyki za sam fakt owej opowieści. Nie jest to być może do końca zdrowe, ale tak to funkcjonuje. Tym bardziej, jeśli jest mowa o zabiegu usunięcia ciąży, gdyż istnieją świry, które po takiej relacji wyłapują stany skrajnego przerażenia, zaś jak wiadomo, lęk jest jądrem zła, które to jedna naga małpa może wyrządzić drugiej. Tak więc można tu mówić o odwadze, gdy kobieta publicznie mówi o tym, że tego zabiegu dokonała.
Jaka jest puenta? Puenta brzmi: "nie lękajcie się zacne Panie". Nie lękajcie się mówić głośno, gdy którejś się taki zabieg przydarzył. Owszem, to nie jest normalne, to jest wręcz chore, gdy nagle mnóstwo kobiet przekracza granice swojej prywatności, by o tym światu oznajmić. Ale czasy są chore, ten jest kraj jest chory, zaś leczenie choroby czasem wymaga chorych metod. Po to właśnie, by było zdrowo, by kobieta mająca pecha mogła legalnie, na pełnym luzie dokonać takiego zabiegu, zaś problem "mówić komuś, czy nie mówić?" nie zaprzątał niczyjej uwagi. Zaś gdy już powie, nikomu nie przyjdzie do głowy dopisywać do tego żadnej pierdologii.