17 lutego 2017

"Chcę pomóc Marcelowi" (chwilówka)

Zaistniała taka sytuacja, że ten post jest właśnie taki, jaki jest, czyli:
Marcel ma dopiero siedem lat, niestety jednak przytrafił mu się przypadek białaczki. Jak z doświadczeń medycyny wynika, ratunkiem dlań może być przeszczep szpiku kostnego. Niestety ów szpik to nie MJ, wyhodować się tego stuffu nie da, ani indoor, ani outdoor. Przynajmniej do tej pory nikt tego jeszcze nie umie. Pozostaje pomoc drugiego człowieka, który podzieli się własnym. Co najciekawsze, to on sam nic na tej pomocy nie straci. Nie ma sensu teraz przynudzać, kto komu i pod jakimi warunkami może takiej pomocy udzielić. To lepiej każdemu opowie fachowiec, gdy się do niego zgłosimy. Bliższe informacje na temat sprawy:
===TU===
===TU===
Zaś tak w skrócie, to wystarczy zadzwonić:
22 882 94 02
- Dzień dobry, chcę pomóc Marcelowi.
/Lub coś w tym guście./
Dalej już powiedzą, co i jak...
Aha. Marcel nie ma zbyt wiele CZASU. Mowa jest o dwóch miesiącach, ale to chyba jasne, że im szybciej, tym lepiej.

01 lutego 2017

APE-CALYPSO: AGONIA

"...abyście zaludnili Ziemię i czynili ją sobie poddaną..."
(Księga Rodzaju)

Kiedyś, dawno temu, była to potężna hala fabryczna. Albo magazyn. Albo hipermarket. Albo... Obecnie był to już zrujnowany, zdewastowany budynek z mrocznym, brudnym wnętrzem, które wypełniały porozrzucane bezładnie obiekty, przedmioty nikomu nie znanego przeznaczenia, nie poddające się żadnej identyfikacji. Niektóre jego rejony porastały szare porosty, pleśń, pajęczyny. Szary, duży, wychodzony, pręgowany kocur bacznie obserwował otoczenie przyczajony w ukryciu. Jego wielkie, zmutowane uszy bacznie łowiły każdy najmniejszy szmer, każdą drobną falę akustyczną, każdej częstotliwości. Długie wibrysy chwytały każdy ruch powietrza, każdy infradźwięk. Wielkie oczy wyłapywały wszelkie światło, wszystkie impulsy, od podczerwieni aż po ultrafiolet. Obrazu świata w mózgu kota dopełniały informacje z niezwykle czułych nozdrzy. Co prawda ten świat nie epatował bogactwem zapachów, ale superczuły węch znakomicie potrafił wyczuć najdrobniejsze niuanse. Miejsce do obserwacji było znakomite, a było co obserwować. Na popękanej betonowej posadzce gromadka szczurów obrabiała coś pracowicie. Krzątały się dosyć żwawo, ocierając się o siebie wzajem, cicho popiskując. Mózg kota analizował sytuację, szacował szanse sukcesu polowania. Nie wyglądały one zbyt dobrze. Takie stadko szczurów, znakomicie mających opanowane działanie w grupie to dla kota było za wiele. Atak na nie bez wątpienia byłby samobójczy, myśliwy od razu stałby się ofiarą. Do tego coś wisiało w powietrzu. Wisiało dosłownie, nad szczurami. Co prawda, mimo swojej inteligencji, kot nie rozpoznawał do końca tej sytuacji, ale jakiś dodatkowy zmysł ostrzegał go, że coś jest nie tak. Ale to jeszcze nie koniec. Uszy kota wychwyciły jakieś szmery z boku, zaś nozdrza poczuły nową woń, znaną już mu zresztą. Jedno było pewne, że oprócz kota ktoś jeszcze poluje w okolicy, do tego namierza się na obiekt jego obserwacji. Tylko same szczury nie zwracały uwagi na otoczenie, pochłonięte swoim zajęciem. To wszystko jednak dla kota było zbyt wiele, jednak chęć wycofania się uległa instynktowi drapieżcy, zaś kocia intuicja podpowiadała, że ta sytuacja nadal ma szanse przynieść mu jakąś korzyść.
Trach!!! Kot prawie całkiem się spłaszczył w swojej kryjówce na ten odgłos, nadal jednak bacznie obserwował. Wiszący przedmiot spadł na gromadkę szczurów, zaś z boku wyskoczyło kilka nagich małp. Ów przedmiot był ażurowym pudłem, klatką skleconą z pordzewiałych prętów. A jednocześnie potrzaskiem, w którym znalazła się szczurza ferajna. Małpy uwijały się dookoła, dźgając długimi prętami głośno piszczącą zawartość pułapki. Po chwili zamieszanie ucichło. Myśliwi pozbierali swą zdobycz i z radosnym rechotem skierowali do do wyjścia hali.
Kot posilał się w kocim stylu, cichutko, skrzętnie, metodycznie ogryzając szczura. Intuicja go nie zawiodła. Jeden szczur wymknął się w zamieszaniu, niestety miał pecha, spotkał maszynę do zabijania i niechcący stał się nagrodą za cierpliwość.

Ziemia.
Rok...
Tego nie można określić. Wtedy już nikt nie używał kalendarza, nikt nie znał takiego narzędzia. Zostało ono zapomniane.

Pustynny krajobraz pełen jest diun, a może raczej hałd szarego, tłustego szarego piachu skrywającego pod sobą niezmierzone masy plastikowego śmiecia i przeżartego korozją metalowego złomu. Nie ma jednak rąk, które mogłyby ten piach rozgrzebać, nie ma też oczu, które mogłyby ujrzeć to, co jest pod nim, ani na powierzchni samych hałd. Nie ma zresztą żadnego innego życia, które by się mogło poruszać lub rosnąć na hałdach. Ani w ich wnętrzu. I tak jest wszędzie...
Prawie wszędzie...
Bo jest jeszcze coś. Są miejsca, które zajmuje miasto. Wielkie miasto. Bardzo wielkie miasto. Rozległe megalopolis, które zajęło potężny obszar, gdy kiedyś połączyły się w jedno liczne aglomeracje. Tylko to megalopolis jest doszczętnie zrujnowane i próżno by się w doszukać jakichkolwiek przejawów życia typowych dla miasta. Próżno by nadsłuchiwać odgłosów świadczących o tym życiu. Czy  w ogóle jakieś życie tu istnieje?

To kiedyś mogła być ważna, ruchliwa ulica miasta. Teraz była już tylko przestrzenią pomiędzy murami zrujnowanych budowli. Może banków? Może hoteli lub galerii handlowych? Skruszałe, popękane chodniki porastały gdzieniegdzie szare porosty, po niektórych słupach pięły się rachityczne, rzadko ulistnione pnącza. Uliczną florę uzupełniało jeszcze marne drzewko ze strzępiastymi, szarozielonymi liśćmi na szczycie, którego nasiono przyniesione podmuchem wiatru znalazło wyrwę w asfalcie, a w niej nieco zatrutej gleby, wystarczająco niezatrutej, by mogło zakiełkować. Palma olejowa była ostatnim gatunkiem, które jeszcze można było spotkać. Ludzie konsekwentnie pozbyli się na Ziemi wszelkich innych drzew, by sadzić właśnie ją. Obecnie już nikt o to nie dbał, ale niektórym jeszcze udawało się przetrwać. Właśnie do niej zbliżała się trójka prawie nagich ludzkich postaci. Dwie kobiety i jeden mężczyzna. Długowłosi, o zszarzałej skórze, nieco wynędzniali, ale zachowujący jeszcze sporą ilość energii życiowej. Podeszli do drzewa, spojrzeli do góry, zaś jedna z kobiet powiedziała:
- Nie, jeszcze za wcześnie, jeszcze niedobre.
Owoce palmy były niezłym źródłem pożywienia, ale to jeszcze nie była odpowiednia pora, by je mogły zawierać. Mężczyzna potrząsnął pakunkiem trzymanym w starej, postrzępionej z foli mówiąc:
- Żarcia i tak mamy jak rzadko. Wrócimy tu później. Akurat wcale nie było to takie pewne, gdyż nie zagrzewali oni zbyt długo miejsca w jednej kryjówce. Tworzyli razem niewielką rodzinę, wędrowną grupkę koczowników, która przeczesywała metodycznie okolice poszukując jedzenia i użytecznych przedmiotów. Zaś po jakimś czasie zmieniali lokum.
- Chodźmy już.
Minęli dwie przecznice, po czym skręcili w następną. Po krótkim marszu weszli do zrujnowanego budynku, jeszcze tylko nieco schodów i weszli do pomieszczenia. Kiedyś mógł to być pokój hotelowy. Teraz na podłodze leżał wielki kawał syntetycznej gąbki. Być może ongiś była częścią eleganckiego materaca, ale obicie dawno już zmurszało, rozleciało się. Pokrywał ją tylko pył i brud. Nie przeszkadzało to bynajmniej przybyszom, by na nim pospołu legnąć. Musieli chwilę odpocząć, zanim dobiorą się do pakunku rzuconego w kąt. Nie spieszyło im się, choć byli głodni. Zniknęło całe napięcie powstałe podczas polowania, które było nadzwyczaj udane. Bardzo rzadko zdarzał się taki obfity łup, gdyż niewiele było już zwierzyny. Najczęściej ludzie jedli szare porosty, najczęstszą formę życia. Można też było zapuścić się w głąb kanałów, tam można było znaleźć wiele pożywnego robactwa. Ale to było bardzo ryzykowne, gdyż fauna kanałów często była mocno zatruta. Nie było to smaczne, można się było mocno rozchorować po takim daniu. Poza tym do kanałów łatwo było wejść, ale nie każdy wychodził. Za to któregoś dnia trafił się im dziwny okrągły, pordzewiały przedmiot. Długo go rozbijali, by poznać zawartość, ale warta była tego wysiłku. 
Jedna z kobiet poruszyła się i przylgnęła do leżącego obok ciała. Mężczyzna przygarnął ją do siebie i już po chwili dwoje ludzi splotło się w miłosnym uścisku. Druga z kobiet dołączyła do nich i cała trójka głośno, wesoło baraszkowała na materacu odreagowując napięcie po wyprawie. Jednak po jakimś czasie zabawa straciła na dynamice, tulili się jedynie leniwie do siebie. Nagle mężczyzna otworzył szeroko oczy. Uniósł się, usiadł, odsunął głowę jednej z kobiet, która skrzętnie wylizywała z jego ciała efekty zabawy. Wstał ze słowami:
- Muszę wracać.
- Co się stało?
- Skarb zostawiłem.
"Skarb" był jedynie zwykłym nożem, ale dla nich wszystkich to była naprawdę cenna rzecz. Taki kawałek metalu, tak niewiele naruszony rdzą, nie trafiał się często wśród znajdywanych rzeczy. Był też wyjątkowo pomocny jako narzędzie, także do zabijania. Po chwili więc kobiety zostały same i szybko zabrały się do zawiniątka. Wysypały na podłogę martwe szczury, nagle do pomieszczenia zajrzała głowa ze słowami:
- Nie zjedzcie mi wszystkiego.

...
Skarb znalazł się dość szybko, leżał tu obok zaimprowizowanej pułapki na szczury. Jego właściciel już miał wracać, ale coś przykuło jego uwagę, coś leżało w kącie hali. Podszedł bliżej. Na posadzce leżał niedojedzony szczur, obok zaś duży, szary kot. Był martwy. Mężczyzna patrzył na zmianę, to na kota, to na resztki jego uczty. Pochylił się i nagle zrozumiał:
- Nieeee...
Obrócił się i szybko wybiegł z hali. Jednak tuż za wyjściem coś go uderzyło w nogę, zaś drugie uderzenie, tym razem w głowę, sprawiło, że świat mu nagle zawirował i zniknął.

Trzech półnagich mężczyzn stało nad leżącym na brzuchu ciałem. W rękach mieli krótkie, nieco pordzewiałe, stare pręty zbrojeniowe, a ich włosy były związane w sterczące do góry czuby. Przyglądali się ofierze, wreszcie jeden trącił ją nogą. Drugi zapytał:
- Dycha jeszcze?
- To bez znaczenia.
Pochylił się, rozchylił nogi leżącemu, przyklęknął między nimi. Już po chwili dwóch pozostałych pokrzykiwało kibicując odbywającemu się gwałtowi.
- Jedziesz, jedziesz!
- Tylko mu dziecka nie zrób!
- Hehehehe...
Obleśny śmiech rozlegał się głośno po okolicy. Gdy już było po wszystkim, jeden z oprawców zapytał:
- Może to ma znaczenie, czy żyje? Żywy lepszy.
- Żyje, czy nie, sam i tak pójdzie.
- To kto go będzie niósł?
Nieśli na zmianę. Dosyć szybko dotarli do zrujnowanego niskiego budynku, z którego wyszło kilka nagich, chudych kobiet. Otoczyły rzuconego przed wejściem człowieka, obmacując pożądliwie jego ciało.
- Dobry jest, dużo jedzenia.
- Wystarczy dla wszystkich.
- Trzeba zanieść go do starszej.
- Nie trzeba, tu obejrzę.
Kobieta, która nagle się pojawiła, odróżniała się od innych. Choć także naga, to jej całe ciało pokrywały dość liczne blizny. Nie były to jednak ślady po przypadkowych ranach, regularność wzorów wyraźnie wskazywała na skaryfikacje. W ręku trzymała długi, zaostrzony kawałek kości, zapewne ludzkiej, gdyż innych tak dużych zwierząt nikt w mieście nie widywał. Dźgnęła nim leżącego, który drgnął i wydał z siebie cichy jęk. Spojrzała na mężczyzn i pokiwała głową z aprobatą.
- Mówiłem, że żywy lepszy.

Autor tych słów natychmiast zamilkł i skulił się pod karcącym spojrzeniem kobiety. Dalej wszystko odbywało się już w ciszy, przerywanej jedynie odgłosem kaszlu. Taki kaszel nie był obcy żadnej nagiej małpie w mieście. Tak reagowały ich płuca na wszechobecne drażniące, lepkie powietrze. Starsza wydawała bezgłośne polecenia swoją batutą, ale była to tylko formalność. Wszyscy zdawali się wiedzieć, co mają robić. Kobiety wyniosły z budynku plastikowe, mocno sfatygowane wiadra wypełnione mulistą cieczą wydzielającą dziwną woń, przez którą przebijał zapach alkoholu. Mężczyźni obrócili jeńca na plecy, ułożyli w kręgu utworzonym przez wiadra, po czym rozłożyli mu ręce i nogi, tak, aby każda dłon i stopa była przy jednym naczyniu. Piąte stało za głową leżącego. Wszyscy nagle rozbiegli się, po czym szybko wrócili niosąc w rękach różne przedmioty. Metalowe prętów, zaostrzone kości, kawałki plastiku. Stanęli dookoła. Starsza zajęła miejsce za głową pojmanego, mając jedno z wiader przed sobą. Uniosła do góry ręce chrapliwym głosem wypowiadając:
- Voluntas tua, regnum tuum...
Wszyscy powtórzyli te słowa, po czym zaczęli je skandować, miarowo wybijąc rytm trzymanymi w dłoniach przedmiotami. Coraz szybciej, coraz głośniej. Nagle kobieta machnęła swoją batutą i wszystko ucichło. Przykucnęła nad wiadrem, zaczerpnęła dłonią narkotycznego płynu, siorbnęła go głośno. Gdy powtórzyła to trzy razy, na jej znak wszyscy przykucnęli przy wiadrach, by również się napić. Starsza strzepnęła resztki z dłoni na leżącego, przyklęknęła przy jego boku i wbiła weń ostrze kości. Ciało drgnęło, ale najbliżej stojący przytrzymali je za ręce i nogi. Kobieta sprawnie operując ostrzem rozkroiła ranę, zanurzyła w niej dłonie i wyjęła krwawy ochłap wątroby. Wgryzła się weń i gdy już przeżuła i przełknęła kęs, otworzyła ociekające krwią usta, mówiąc swym chrapliwym głosem:
- Voluntas tua, regnum tuum. Czyńmy to na naszą pamiątkę.
Po tych słowach wszyscy rzucili się na leżące ciało, zaczęli je dźgać, szarpać, walcząc ze sobą o jak najlepszy kąsek. Już po chwili nic z niego nie pozostało, zaś gdy horda nasyciła pierwszy głód, każde usiadło dookoła racząc się spokojnie wyszarpanymi kawałkami. Co chwila któreś pochylało się nad naczyniami, by zaczerpnąć ich zawartości zmieszanej z krwią skapującą obficie z ust i dłoni. Nikt nie wiedział, czy taka uczta znowu się przytrafi, taka zdobycz trafiała się coraz rzadziej.

Tegoż wieczoru:
Megalopolis, zupełnie inne miejsce. Nabrzeże morskie. Kiedyś być może był tu port morski. Albo przystań klubu sportowego. Albo przetwórnia ryb na mączkę lub surimi. Albo...
Wśród ruin siedzi w kręgu kilka postaci ludzkich. Oczy patrzą gdzieś nie widzącym nic wzrokiem. Ich wychudzone ciała kiwają się niespiesznie, monotonnie. W przód... W tył... W przód... W tył... Tylko czasem którymś wstrząsa paroksyzm suchego kaszlu. Nabrzmiałe usta szepcą:
- Voluntas tua, regnum tuum, voluntas tua, regnum tuum...
Martwi za życia czekają na śmierć...
Nieopodal w zatrutej wodzie poddaje się jej leniwym ruchom, niczym martwa meduza, strzęp torebki foliowej. Jeszcze nie rozbity na drobiny martwego, polimerycznego piasku zalegającego dna mórz planety...