22 lutego 2019

Ostateczne rozwiązanie kwestii krasnoludzkiej

Jak się za bardzo nie ma (chwilowo) o czym pisać, wtedy pisze się o krasnoludkach. Tytuł posta może brzmi dość buńczucznie, ktoś więc może stworzyć sobie jakieś zbędne oczekiwania, tedy od razu mu je zniknę, bo po co ma sobie robić problem z niczego? Bo nie będzie to bynajmniej żadne grube naukowe rozwalenie tematu "krasnoludki", realia blogowe zresztą na to nie pozwalają, tylko tak sobie gawęda na luzie. Jak zwykle zresztą, bo luz to podstawa.
Zacznijmy od pytania, a raczej zarzutu, który czasem pada podczas dyskusyj, iż ktoś wierzy w krasnoludki, w ich istnienie. Zwykle funkcjonuje to jako chwyt erystyczny ad personam, aby przypisać adwersarzowi naiwność. Bo jak to tak? Toć normalny, trzeźwo myślący człowiek w krasnoludki wierzyć nie może. Okazuje się jednak, że sprawa nie jest wcale taka prosta. Bo kto to jest ten krasnoludek? Mitologia wielu nacji zawiera taką to postać pod wieloma synonimicznymi nazwami w wielu językach. Długo by je tu wymieniać, za długo zresztą, dlatego ograniczymy się tylko jedynie do niemieckiego "zwerg", do angielskiego "dwarf", zaś polskie ograniczmy może do "skrzat", "gnom" i "karzeł" (lub też zdrobniale "karzełek"). Owego "karła" sobie zakonotujmy, bo jeszcze się nam przyda. Ale czy taka postać istnieje lub kiedyś istniała realnie? Aby tego dociec sięgnijmy po klasykę literatury:
Naród wielce osobliwy.
Drobny — niby ziarnka w bani:
Jeśli które z was nie wierzy,
Niech zapyta starej niani.
W górach, w jamach, pod kamykiem,
Na zapiecku czy w komorze,
Siedzą sobie Krasnoludki
W byle jakiej mysiej norze.

/Maria Konopnicka - "O krasnoludkach i sierotce Marysi"/
Ten opis dość klarownie sugeruje rozmiary takiego stworka. Wyjaśnię tylko po drodze, że "bania" to gwarowa nazwa dyni, dokładnie tej, którą strugamy na Halloween, a której walorów spożywczych negować nie sposób. Otóż Nauka twierdzi, że taki mini człowiek, mający zbliżone proporcje do zwykłej nagiej małpy istnieć nie może. Po prostu fizjologia nie pozwoli, tak to skrótowo można ująć. Na takiej samej zasadzie, tylko na odwrót, nie może istnieć mrówka powiększona do rozmiarów kota. Ni czasu, ni miejsca, aby to rozwijać, niech wystarczy nam, że wiem to od znajomego, który ma znajomego na jakimś wydziale biologii, ergo to musi być prawda. Tak?
Ale to jeszcze nie do koniec, wręcz dopiero początek. Sięgnijmy bowiem po inną klasykę, która powstała zanim pani Konopnicka pojawiła się na świecie:
Zaczęła biec i biegła tak po kamieniach i przez ciernie, a dzikie zwierzęta uchodziły jej z drogi,nie robiąc jej nic złego,aż zabrakło jej tchu, a był już wieczór; wtem ujrzała maleńki domek i weszła do niego chcąc odpocząć. W domku tym wszystko było maleńkie, ale tak czyste i miłe, że trudno opowiedzieć. Pośrodku stał stoliczek nakryty białą serwetką, z siedmioma małymi miseczkami, a przy każdej miseczce leżała łyżeczka, nożyk i widelczyk, a na środku stało siedem kubeczków. Pod ścianami ustawionych było siedem łóżeczek, jedno przy drugim, starannie zaścielonych czyściutką pościelą. Ponieważ Śnieżka była bardzo głodna i spragniona, zjadła  z każdej miseczki po odrobinie jarzynki i po kawałeczku chleba, a z każdego kubeczka upiła kropelkę wina, gdyż nie chciała jednemu zjeść wszystkiego. Potem chciała się położyć do jednego z łóżeczek, ale ani jedno nie było odpowiednie, jedno za długie, drugie za krótkie, aż wreszcie, wypróbowawszy wszystkie, ułożyła się w siódmym, gdyż to jedno było w sam raz, i oddawszy się w opiekę Bogu - zasnęła.
Kiedy się już zupełnie ściemniło, przyszli gospodarze tego domku. Było to siedmiu karzełków, którzy do tej pory pracowali w górach, wydobywając drogie kruszce.

/J. i W. Grimm - "Schneewittchen und die sieben Zwerge"; 

tłumaczenie: Marceli Tarnowski/
Czyli okazuje się tedy, że krasnoludki (karzełki, zwerge) są sporo większe, jest sugestia, że jeden nawet większy od małolaty, którą była Śnieżka. Co teraz? Jak to wszystko pojąć? Tu znowu pora odwołać się do Nauki, czyli do znajomego mojego znajomego, który jak już wiemy, łgać nie może. Tacy ludzie istnieją po prostu. Po co zresztą pytać Nauki, skoro można się uważnie rozejrzeć po ulicy, oderwać na chwilę wzrok od srajfona, by od czasu do czasu takiego zobaczyć. Zaś jeśli kogoś stać może sobie pojechać do Południowej Afryki. Tam żyje ich cała gromadka, Pigmejami zwana.
Pozostaje jeszcze wyjaśnić, tak gwoli kosmetyki, co owi ludkowie robili w lesie? No tak, mieszkali, wydobywali drogie kruszce, ale nie o to chodzi teraz. Skąd oni w ogóle się tam wzięli? To akurat jest dość proste do wyjaśnienia. Obecnie karły (karzełki) łatwo nie mają, ale jakoś sobie radzą, czasem nawet świetnie robiąc na przykład karierę w branży rozrywkowej. Akcja "Śnieżki" odbywa się w domyśle w czasach średniowiecza. Wtedy tacy ludzie mieli zaiste przechlapane. Co prawda co poniektórzy też pracowali byli w show biznesie, ale zwykle na bardzo niemiłych warunkach. Tedy zebrało się siedmiu chwatów, którzy mieli już tego dość, wzięli sprawy w swoje ręce i udali się do lasu tworząc tam swoją małą społeczność. Co prawda "Śnieżka" to tylko bajka, ale ten detal jest jak najbardziej realny.
Zmierzamy do finału, bo sprawa wydaje się być wyjaśniona, pozostaje jedynie to jakoś spuentować. Otóż prawda jest taka, że krasnoludki istnieją, za to nie ma problemu krasnoludków. To tylko nagie małpy tworząc swój kod komunikacji stworzyły przy okazji taki problem z niczego, jak to nagie małpy zwykły robić. Słowo "krasnoludek" (lub "krasnal") może oznaczać tak istotę realną, jak też urojoną. Za to my mamy oręż, gdy ktoś próbuje sobie drwić pytaniem "No coś ty, w krasnoludki wierzysz?". Nasza riposta jest wtedy masakrująco - miażdżąca, do tego piękna we w swojej prostocie. Jest to odpowiedź pytaniem na pytanie, która brzmi: "Przepraszam, a w które?".
Aczkolwiek nie ma co dramatyzować i tworzyć sobie inny zbędny problem. Homonim to ciekawy twór językowy mogący dostarczyć fajnej zabawy zaiste. Chociażby na ten przykład podczas tworzenia i sensowania percepcyjnie tego posta.

17 lutego 2019

"Trudno o godne rozstania"

Tytuł jest w "skobkach", gdyż jest to cytat, fragment zdania, które padło podczas dyskusji na pewnym forum blogowym. Jakoś mi się ten zestaw słów spodobał, więc zgapiłem go aby użyć do okrasy artystycznej tego oto posta, bynajmniej mało artystycznego tym razem. Zaś treść tego zestawu konweniuje mi, wręcz pokrywa się z moją prywatną opinią, że nagie małpy nie umią się rozstawać, nie umią tego robić z tak zwaną "klasą". Zapewne nie wszystkie, tak jak nie wszystkie to idiotki/ci ogarnięte manią samobójczą (więc wrogie Ziemi i Naturze), manią stresowania innych nagich małp oraz manią tworzenia sobie problemów z niczego. Tak więc nie wszystkie, toć to tylko tak się mówi skrótowo, w domyśle zaś wiadomo, że "bardzo sporo", tudzież "przeważnie". Tak? Temu już jest dość trudno zaprzeczyć i nie sensu na ten temat dyskutować.
Okay, ale stwierdzenie że "nie umią" samo w sobie jest mało ciekawe, ciekawsza się wydaje próba znalezienia odpowiedzi na pytanie "dlaczego?". Właściwie jest ona dość prosta. Naga małpa /nie każda, ale nie ma co już tego zastrzegać, to już zostało wyjaśnione/ w swoim durnym umyśle tworzy sobie pragnienie, aby coś, co jest okay zawsze było okay, tworzy sobie iluzję stałości tej sytuacji, więc gdy coś tą iluzję zaburza, wtedy naga małpa się zaburza, źle się czuje, wręcz cierpi często - gęsto. Po jaką cholerę jej to? Dobre pytanie. Wrócimy może jeszcze do niego (albo nie), tymczasem zaś popatrzmy na parę przypadków owych zaburzeń. Może nie tyle przypadków, co pewnych wybranych typów sytuacji.
Pierwsza jest taka, że jedna naga małpa wycina drugiej nagiej małpie, tej z którą jest w związku, jakiś bardzo gruby numer. Nie ma sensu analizować, czy ten gruby numer miał miejsce, ani czy tak naprawdę był gruby. Istotne jest tylko to, że ta druga małpa tak to widzi, tak sensuje. Inna sprawa, że to jest ciekawe, czy sensuje prawidłowo, czy tylko coś sobie roi, ale jest to jakby osobny temat. Pierwsza reakcja to zaskoczenie. No, bo jak to tak? Było fajnie, ale przestało nagle być fajnie. Po chwili pojawia się złość. Ta złość to efekt sprzeczności "atak versus ucieczka", tylko bardziej zawikłanej. Czy w tym momencie można mówić o klasie? Chyba raczej nie, bo jest to tak zwany "punkt osobliwy", w którym prawa fizyki nie działają, wręcz tracą swój sens, więc traci też sens pojęcie "klasy", cokolwiek by ono nie znaczyło. W tym momencie pojawia się też pierwsza myśl o rozstaniu, pochodna odruchu ucieczki, zaś jako pochodna odruchu ataku pojawia się pragnienie by dopierdolić sprawcy owego grubego numeru. Dla przypomnienia: numeru faktycznego lub urojonego. Potem bywa już bardzo różnie, bo myśl o rozstaniu, nawet gdy jest to już twarda decyzja, niekoniecznie bywa realizowana. Ale gdy do rozstania jednak dojdzie, to wtedy właśnie zaczyna się kwestia klasy. Jak już wcześniej zasugerowałem nieśmiało, nie ma obiektywnej definicji "klasy". Jest to pojęcie intuicyjne, typu "wiemy, o chodzi", ale można przyjąć, że owa klasa zależy od tego, jak naga małpa potrafi radzić sobie z własną złością, którą sama sobie tak naprawdę funduje. Czy sobie radzi? Na to pytanie niech wszyscy sobie sami odpowiedzą po nader uważnym rozejrzeniu się dookoła, tudzież równie uważnym przyjrzeniu się sobie.
Druga kategoria rozstań, to efekt sytuacji, gdy nikt nikomu numeru nie wyciął, nawet drobnego, niemniej jednak, jak to się czasem popularnie mówi: "coś się w związku pindoli". Nie chodzi tu bynajmniej o nieco grubiańskie określenie pewnych czynności seksualnych, bo ich zwykle w takim związku jest nie za wiele, tylko o pewien synonim słowa "psuje". Czasem nawet bywa zepsute od samego początku, to już jest czysta spekulacja, bo na początku nigdy się tego nie widzi. Taki związek potrafi się pindolić /jakiż to uniwersalny czasownik!/ przez całe lata, nawet aż do końca. Ale często jest tak, że któraś ze stron zaczyna percepować, iż coś tu jest nie tak. Nie tak miało być! Tu po drodze pojawia się motyw pragnień, oczekiwań, które naga małpa potrafi sobie tworzyć nadzwyczaj sprawnie, pojęcia nie mając, że takim sposobem szykuje sobie problemy. Ale wróćmy do kwestii postrzegania tego "nie tak", które ma w związku miejsce, przy czym również jest to drobne zastrzeżenia, że "nie tak" może być faktyczne lub urojone. Wydawać by się mogło, że najlepiej by było o tym po prostu pogadać, skonsultować temat z drugą nagą małpą, która ten związek współtworzy. Ale nieeee! Tak się akurat składa, że naga małpa rozmawiać też nie umi. Cały biologicznie, tudzież kulturowo wykształcony aparat komunikacji jest dla niej za trudny do użycia, po prostu ją przerasta. Poza tym nagiej małpie nie jest łatwo stawić czoła myśli, że może znacząco zmienić swoją, jakby nie było, niezbyt fajną sytuację. Powód już kiedyś został tu (na tym blogu) wyjaśniony. Naga małpa nie tworzy związków po to, aby być, fajnie spędzić swój czas z drugą nagą małpą, ale po to, aby być w związku. Jest to przypadłość typowa dla całego mnóstwa osobników tego gatunku. Bycie tak zwanym "singlem" ją wręcz przeraża. Co prawda bycie singlem nie zawsze bywa takie miodzio, to już zależy od całego mnóstwa różnych czynników, ale naga małpa potrafi sobie stworzyć jeszcze jeden dodatkowy problem, zwany: "co inni powiedzą?". Nadmierne liczenie się ze zdaniem innych nagich małp, bezkrytyczne, pozbawione selekcji według kryterium kto to zdanie wyraża to kolejna choroba całej rzeszy tychże. Jednak czasem dochodzi do takiej sytuacji, gdy jedna naga małpa, albo obie naraz mają tego dość. Niezmiernie jednak rzadko dochodzi do tego, aby realizacja decyzji miała omawianą klasę. Częściej dochodzi do tego, że jedna strona wykonuje różne ruchy bez powiadomienia drugiej, co wynika właśnie z braków komunikacyjnych, a czasem ma miejsce ten wspomniany już wcześniej "gruby numer". Po prostu naga małpa nie potrafi ogarnąć napięcia, które stopniowo rośnie, więc efektem jest cała gama akcji zupełnie klasy pozbawionych. Oczywiście to napięcie nie rośnie samo, tylko ktoś je tworzy, ale pojęcie tego również jest za trudne przeważnie.
Tak przy okazji ciekawym tematem jest kwestia par, które choć już się rozstały i nie ma między nimi pozytywnych wibracji, to nadal łączą je sprawy materialne, które próbują jakoś uregulować. No cóż, egoizm naga małpa ma wbudowane w geny, więc dba o siebie oraz swoje zasoby, ale różne można mieć podejście do tych zasobów, więc czasem dba z klasą, czasem nie, zaś ów brak klasy może być chroniczny. Jeszcze większy kanał potrafi mieć miejsce, gdy łącznikiem jest dziecko. Co prawda sama decyzja o rozstaniu jest wysokiej klasy, ale to, co nieraz dzieje się po rozstaniu to nie tylko kanał, ale wręcz marnota i dyndas. Wynika to z tego, iż naga małpa permanentnie pindoli pewne sprawy, zapomina, że dobro dziecka to ma być dobro dziecka, że nie jest ono rzeczą tak jak auto, chałupa, czy akcje giełdowe. Być może to nie jest żaden defekt nagiej małpy, że to tak właśnie ma być, ale jako że za leniwy jestem na zbyt długie spory, to można uznać, że to ja mam jakiś swój defekt oceniając takie traktowanie dziecka jako kompletne bezklasie. 
Te wszystko, te całe rozważania nie wyczerpują tematu, nie jest to zresztą technicznie możliwe. Nie prowadzą też do zbyt wesołej puenty, bo sytuacja wygląda dość słabo, zresztą inaczej być nie może, bo sama naga małpa to słaby, wręcz idiotyczny gatunek. Wychodzi trochę na to, że podczas rozstań pewne chwile pozbawione klasy są nie do uniknięcia. Ale choć świat po rozstaniu już nie jest taki sam, choćby dlatego, że jutro nigdy nie jest takie samo, jak wczoraj, to jednak się nie kończy, zaś brak klasy to tylko chwilowa sytuacja. Bywają takie pary, które spotykają się po jakimś czasie, przepracowały tamtą sytuację, nabrały do niej dystansu, potrafią się pośmiać ze swoich pozbawionych klasy bałwaństw onego czasu popełnionych. Ba, czasem nawet ich relacje potrafią nabrać nowego wymiaru, kolorytu, na przykład para rozumiana jak para sensu stricte staje się parą dobrych kumpli.
Czyli może nie jest aż tak tragicznie z tym tragicznym gatunkiem, jakim jest naga małpa? Zdarzają się bowiem przypadki, gdy ktoś potrafi zachować się jak osobnik innego, doskonałego wręcz gatunku i z typowym dlań wdziękiem, gracją, tudzież klasą spaść na cztery łapy.