14 kwietnia 2018

jest fajnie (chwilówka)

Tym razem krótko, semi twitterowo wręcz, bo sprawa jest tak oczywista, jak podłość podłej zmiany. Otóż od pewnego czasu mówi się, że poprzednie reżimowe urzędasy oddadzą kasę, którą im przyznała ich była (formalna) szefowa, popularnie zwana "Broszką". Czy realnie oddadzą, tego to nie wiadomo do końca, bo wiarygodność reżimu jest poniżej zera, wręcz wyskakuje poza skalę w rejony urojone, ale załóżmy, że tak jest. Co dalej? No cóż, logika podpowiada, by hajc wrócił do budżetu państwa, ale tu akurat żadna logika nie działa. To gdzie te dutki mają iść? Mówi się, że na cele charytatywne, co już może być mocno dyskusyjne dla wielu. Ale nieee, jest ponoć jeszcze gorzej, bo mają zasilić konto Caritasu. No, ale zaraz, gdzie tu problem, skoro ta firma też działa charytatywnie? Otóż to nie jest tak do końca. Być może, a nawet na pewno jakieś tam sumy wydawane są na cele pomocowe, ale Caritas to przede wszystkim agenda pewnego związku wyznaniowego, zwanego skrótowo "K.Rz-kat.", którego budżet jest jak czarna dziura. Nikt nic nie wie, co tam się dzieje, może za wyjątkiem jakiejś wierchuszki partyjnej, znaczy kościelnej miało być. Po prostu, co tu dużo ściemniać, niezła porcja walorów materialnych przepłynie lub może już przepłynęła ze skarbu państwa do pazernych łap klechów. Tu należy przypomnieć, że jest to kasa podatnika. Każdego, bez względu na jego nie tyle wyznanie, co identyfikację ze wspomnianym związkiem wyznaniowym. Takich zaś identyfikujących się jest w granicach około czterdziestu procent z niewielkim ogonkiem. No, może nie jest to "przeważająca większość" (przypominam: 12,8%) wyborców PiS, tylko mniejsza połowa populacji, ale nadal mniejsza. Większość podatników zrobiono w wała wręcz na wydrę. Oj tam, oj tam, można by rzec, toć to grosiny są, gdyby sumę tych nagród podzielić na wszystkich. Okay, może to są grosiny, gdy na biednego nie trafiło, ale to wcale nie chodzi o to, czy grosiny, czy nie. Tu chodzi o to, że jest to część całego procederu, który ma miejsce od dawna. Frank do franka, zbierze się szklanka, potem dwie, trzy, potem całe lotnisko tirów cysternowych. To już nie są grosiny, nawet dla krezusa. Takim, czy innym sposobem, rabunek trwa od lat. Ale suweren, dokładniej zaś tak około 60 procent suwerena z haczykiem /pis-lemingi + "leniuchy wyborcze"/ ma na to wyjebane, niczym stalowa małpa na korniki. Kiedyś tam podsłuchałem niechcący debatę polityczną dwóch menelików pod sklepem. Znaczy, nie całą, ale puentę pamiętam, brzmiała ona zaś z grubsza tak:
"Co ty kurwa chcesz? Mózgojeby są po dwa pindziesiąt puszka od kilku lat, więc nie ma co się kurwa burzyć. Jest fajnie".

===
Suplement pisany parę godzin później:
Jak ostatnio zapodało radio TOK FM, jakie by ono nie było, to nieco bardziej wiarygodne, niż skompromitowane do reszty media publiczne /reżimowe/, nie wspomnę już o TV Republika, czy Radyju Maryju, to kwestia Caritasu nie jest jeszcze do końca jasna, a tym bardziej przesądzona. Tylko czy to coś zmienia? Toć tu nie chodzi o jedno korytko, tylko o ten cały system pasienia klechów. Skoro ministry wpadły na pomysł dania na Caritas, to już przepadło, jedną odkrętką całości się nie odkręci. Dla nas wystarczy, że chcieli, że taki koncept w ogóle zaistniał.
 
 

08 kwietnia 2018

O feminizmie (niewyczerpująco bynajmniej - przynajmniej)

Najmniej w tym wszystkim interesują mnie stereotypy na temat feminizmu, choć trudno też o nich wcale nie wspomnieć. Ale to może nieco później, tak po drodze. Na razie może spróbujmy zdefiniować sam feminizm. Co to jest? Zapewne jest to ideologia, skoro zawiera jakieś, takie lub inne postulaty. Ale nie tylko, to by było mocne zawężenie tematu, gdyby się tylko do nich ograniczyć. To także cała otoczka poglądów, postaw, zachowań, które niekoniecznie muszą coś centralnie postulować. Tak najogólniej, do tego obiektywnie, tudzież neutralnie feminizm można zdefiniować jako ruch, którego celem jest, aby kobietom było lepiej, niż jest. To wszystko, cały rdzeń tematu. Po takim stwierdzeniu na forum publicznym wszyscy powinni się rozejść do domów. Tak jednak być nie może, bo jak to tak? To ma być koniec? Tedy zwykle po chwili ciszy rozbrzmiewa istny zgiełk dyskusji, bo naga małpa to takie bydlę, które musi się nagadać do bólu, zaś jeszcze chętniej pokłócić, naukowo zaś mówiąc: uruchomić myślenie dyskursywne nawet nad najprostszą rzeczą, by zrobić problem bez względu na to, czy ten problem jest, czy go nie ma.
Okay, ale nie zajmujemy się jednak teraz naturą ludzką, tylko feminizmem, więc wróćmy do tematu. Faktycznie bowiem tak sformułowana definicja może generować różne pytania, na przykład natury filozoficznej. Bazowe zaś brzmi "czy kobietom jest źle?". Ponieważ obiektywnego zła (tudzież dobra) nie ma, można to pytanie rozumieć jako "czy jest im gorzej, niż mężczyznom?". No cóż, cały feminizm bazuje na konstatacji, że "tak", że jest im gorzej, bo inaczej wcale by nie powstał. Na niej zaś opiera się postulat, aby tak zrobić, co by było im lepiej, a czasem nawet jeszcze lepiej, być może nawet jeszcze lepiej, niż mężczyznom. Co prawda to ostatnie niezbyt często, ale jednak się zdarza. Generalnie jednak celem ma być równowaga przydziału "dobrości" pomiędzy płcie, tudzież przy okazji pewnemu drobnemu marginesu populacji, którego płeć nie jest do końca jasna. To się zwykle nazywa "równouprawnienie", skrótowo zaś "równość". Niezbyt fortunny zresztą jest ten skrót.
Do tematu "równość" jeszcze wrócimy, teraz jednak pora zwrócić uwagę na punkt, w którym feminizm okazuje się nie być jednorodnym, tylko rozjeżdża się na całe mnóstwo kierunków, nurtów, potoków, tudzież strumyczków. Jest to całkiem naturalne, gdyż nikt się przecież nie rozerwie, by zajmować się wszystkim, więc tworzą się różniste priorytety, hierarchie ważności terenów, na których ów feminizm ma się realizować. To mogą być kwestie czysto materialne, dotyczące na przykład rynku pracy, czy też traktowania kobiet w przeróżnych innych sferach życia, tak na poziomie publicznym, jak też czysto prywatnym. Długo by tu wymieniać, gdyż rozmaitość panuje nader rozmaita. Śmiało można uznać, upierając się przy tym stanowczo, iż jest to prawda, że każda feministka tworzy swój feminizm, swoją wersję.
Stop, wróć! Dlaczego zaraz "feministka"? "Ona", znaczy się. Tu pora jest wspomnieć o pierwszym stereotypie, który polega na tym, że feminizm to domena kobiet jedynie. Co ciekawe, współtworzą go także same feministki, nie wszystkie rzecz jasna, tym samym strzelając sobie w stopy. Akurat jest to kompletna bzdura, gdyż jest całe mnóstwo mężczyzn, którzy także chcą, by kobietom było lepiej, czyli feministów.
Wróćmy jednak do owym odmian feminizmu. Różnorodność ich wynika też z faktu, że może być on rozmaicie realizowany. To może być jakaś działalność zawodowa lub też aktywizm społeczny, bardziej lub mniej sformalizowany. Ale może to być także feminizm "common", codzienny, przejawiający się na poziomie prozaicznych przyziemnych czynności. Co więcej, feminizm nie musi się redukować tylko do kwestii samych kobiet, lecz może, czy nawet być może powinien holistycznie patrzeć na sprawy tego świata. Tak więc są jego odmiany, które zajmują się na przykład kwestiami ekologicznymi albo traktowaniem ludzi, którzy mają odmienne od większości gusta seksualne. Tu rzecz jasna można sobie zadać pytanie, co ma feminizm do problemu gejów, który tak wielu ludzi sobie tworzy? Bo leski jako obiekt uwagi to jeszcze można zrozumieć, to też kobiety, ale co "pedały" tu robią? Albo kwestia niszczenia Natury przez nagie małpy, gdzie tu łącznik jakikolwiek? Takich pytań można postawić wiele, wiele też może być nań odpowiedzi, ale to  wszystko razem pokazuje, jak szalenie złożonym tematem jest ten cały feminizm.
Choć ta praca nie ma ambicji bycia jakimś tam "complete", to nie sposób pominąć w niej kwestii praw reprodukcyjnych. Mniej lotnym wyjaśniam, że chodzi o aborcję. Choć w łonie samego feminizmu jest mnóstwo różnic zdań, sporów, kłótni wręcz na takie, czy inne tematy, to tu raczej można śmiało mówić o pewnym consensusie, wspólnocie poglądów. Odbieranie kobietom prawa do usuwania ciąży jest czymś zaiste paskudnym, tu sporu zero, zaś jedyny jaki może zaistnieć, to czy ktoś, kto godzi się na narzucanie sobie politycznie poprawnej narracji "anti-choice", tudzież na wszelkie zgniłe kompromisy prawne godzien jest używania etykietki "feminist(k)a", identyfikowania się z samym ruchem? Mam swoje zdanie na ten temat, ale pozwolę sobie go nie artykułować pozostawiając pytanie otwartym...
Feminizm, taki czy inny, niekiedy zajmuje się seksem. Nic dziwnego, gdyż obok michy należy on do grona spraw zasadniczych. Tu mamy też przykład tego, że feminizm to nie tylko zachowania, ale także same postawy, które bywają bardzo zróżnicowane. De facto jest to wynik bardziej ogólnego zjawiska, iż są one zróżnicowane na poziomie ogółu populacji ludzkiej. Są ludzie mający niskie libido, wręcz aseksualni, są też ludzie obdarzeni jego nadmiarem. Są ludzie, którzy tworzą sobie z seksu problem, są mocno zblokowani w tej materii, istnieją też wyluzowani, można by rzec zdrowsi psychicznie, którzy go nie tworzą. Temat to dość złożony, gdyż seks to nie tylko seks /cokolwiek by to słowo miało znaczyć/, ale cała sfera zachowań, postaw oraz relacji międzyludzkich, które się tak lub owak o ten seks ocierają. Tedy nie będziemy się tym zajmować, ograniczmy się tylko do spostrzeżenia, że na obszarze feminizmu istnieją wręcz całe nurty, które wręcz antagonizują ze sobą odmiennie patrząc na całą sprawę. Warto jednak nieco wspomnieć o kolejnym stereotypie mówiącym o rzekomej oziębłości feministek. Tu akurat można się dopatrzyć pewnego ziarnka prawdy, gdyż istotnie co poniektóre paniusie plotą czasem coś na temat "traktowania kobiet przedmiotowo", jeśli ktoś spojrzy przychylnie na ich powierzchowność, co więcej, robią one wiele, by nie być "sexy". Nie jest to jednak cecha feminizmu, lecz cecha osobnicza. Bo są także feministki nie mające takich problemów ze sobą, które za naturalny przyjmują fakt, iż jeśli ktoś chce im cieleśnie okazać sympatię z uwagi na ich urodę, to tylko punkt dla nich, mają z czego być dumne.
Pora na wspomnianą wcześniej "równość". Tak naprawdę jest to tylko skrót myślowy od "równouprawnienie", niestety słówko się palnęło kiedyś tam komuś i do tej pory sam feminizm ma z nim problem. Jak pamiętam, to polewka z tego słówka miała miejsce już za czasów poprzedniej komuny, dociec zaś nie sposób, kto pierwszy go użył. Myślę jednak po prostu, że to było tak, jak z gadaniem do mało rozgarniętej gawiedzi, która przyszła na jakąś prelekcję z góry nastawiona na "nie" mając kieszenie pełne zgniłych pomidorów i zamiast słuchać, by się czegoś dowiedzieć czeka na moment, aż prelegent powie jakieś zdanie, bodajże jedno słowo, które może posłużyć jako pretekst, by gościa udupić.
Ostatni temat to tak zwane "feminazistki". To słowo zgapiłem kiedyś od jakiegoś nader niefajnego ptysia, który sam bidulek do końca nie wiedział, kogo ono ma określać. Czy feministki, czy kobiety przynajmniej jako tako używające mózgu, czy może (jako ewidentny mizogin) wszystkie kobiety? Tego naprawdę nie wiadomo, ale mamy tu na boku zaiste ciekawy problem natury psychiatryczno - filozoficznej, gdyż miał on rozpoznane zaburzenia urojeniowe, zaś takie ptysie żyją w swoich światach równoległych, które zaludniają tylko im znane postacie, zapewne też takie, które nazywają "kobietami". Ale jakby nie było, samo słowo fajnie brzmi, nieźle pasuje do pewnej drobnej grupy kobiet, które przejechały się na takim, czy innym kolesiu, potem zaś ich ambicją jest to odreagować dowalając wszystkim mężczyznom jak leci podłączając się pod feminizm. Okay, ale nie w tym problem, że są feminazistki, bo skoro są, to są. Problem jest we łbach, które ich działania pojmują jako "feminizm". Nie można jednak wykluczyć, że wśród feminazistek są jakieś feministki, ale to jest osobna sprawa.
Więcej innych stereotypów nie będzie już omawianych, bo to miał być post traktujący centralnie /choć z grubsza/ o feminizmie, a nie o "feminizmie urojonym" krytykowanym przez większość krytyków, która tak naprawdę nic nie krytykuje, tylko pobekuje zgodnie ze stadem.