19 listopada 2017

Zazen dla leniuchów, łamagów i zbyt sprytnych

Na zazen czasem się patrzy jak na odmianę medytacji albo jakąś technikę zmieniania świadomości. Wielkim błędem to być może nie jest, ale zbyt prawidłowym podejściem również. Tu nie ma wcale żadnego zmieniania, nic specjalnego się nie dzieje. Po prostu umysł trzeźwo ogląda świat oraz siebie, zupełnie nie ingerując w jedno i drugie. Jedyne, co jest do zrobienia, to tylko siedzieć i być. Tak naprawdę, to nawet siedzieć nie trzeba, można stać, leżeć, chodzić, robić mnóstwo różnych rzeczy, ale skupmy się może na tym siedzeniu, jako najoptymalniejszym. Tak swoją drogą, to zawsze uważałem, że świeżym świeżakom lepiej jest nie mówić nic na temat leżenia. Bo leżeć jest najwygodniej, więc od tego zwykle zaczną, po czym zen zamienia się w sen. A to wcale nie o spanie chodzi.
Czyli ustaliliśmy na wstępie, że nie leżymy, nie zmienia to jednak faktu, iż nawet największy napaleniec na zazen jest mniej lub bardziej leniuchem. Lenistwo to integralna część natury ludzkiej, można wręcz uznać, że motor rozwoju i postępu. Niby powinna to być okoliczność sprzyjająca, gdyż zazen jest czystą formą realizacji tego lenistwa, bo przecież nic się wtedy nie robi. Okazuje się jednak, że nie za bardzo tak jest. Leniuch chce praktykować, ale nie chce mu się. Jak wiadomo, takie nie chce się zwane jest też brakiem czasu lub miejsca. Albo też odwrotnie. Nie ma czasu, bo akurat leci jakiś debilny serial w telewizji. Nie ma też miejsca, bo zajmuje je jakiś równie debilny grat, który wcale nam nie jest potrzebny, ale mimo to kupiliśmy go, by go sobie mieć. Czy trzeba tedy mówić, co robić ze swoim lenistwem? To chyba proste. Telepudło wyłączyć, zaś grata najlepiej komuś oddać albo chociaż odstawić gdzieś na... No właśnie, na ile? Do sesji zazen wystarczy nam jakieś dwadzieścia minut oraz niecały metr kwadratowy powierzchni płaskiej. Cały zaś sprzęt to jakiś kocyk i poduszka lub wałek pod tyłek. Strój już nie jest potrzebny żaden, można siedzieć na golasa.
Tak więc przechodzimy do technikaliów samego zazen. Stereotyp jest taki, że siedzi się w pozycji lotosu, półlotosu lub chociażby ćwierć. Jest to po prostu nieprawda. Gdyby tak było, to większość ludzi w Europie nie byłaby do zazen zdolna, gdyż są to łamagi. Tu trzeba wtrącić, że nie ma sensu się obrażać o to określenie. Bycie taką łamagą to żaden jest obciach. Czasem owszem, jest to wynik lenistwa za młodu, ale są też ludzie, nawet bardzo sprawni, którzy lotosu nie mogą. Tak są po prostu zbudowani, tego nie zmienią, nie ma sensu robienie tego na siłę. Dodajmy jeszcze osoby, które miały kiedyś pecha, kontuzji doznały lub są po jakimś zabiegu kończyn dolnych. To jednak nie są wcale przeszkody, by zazen nie uprawiać. Oprócz owych lotosów równie dobrą, wartościową pozycją jest seiza, zwane też siadem japońskim. To jest takie coś, co na filmach samuraje robią, jeśli chcą pogadać zanim się zaczną szlachtować nawzajem. Dla wygody można użyć wspomnianej już poduszki, czasem nawet trzeba. Ludzie po wymianie biodra powinni się pilnować, by kąt pomiędzy tułowiem i udami nie był mniejszy, niż prosty. Co jednak robić, gdy nawet po samurajsku nie daje rady? Nadal nic straconego, gdyż wtedy używamy stołeczka, taboretu. Nie za niskiego, tu znowu osoby mające problem z biodrami powinny na to uważać. Na koniec, już tak dla formalności przypomnijmy, że bez względu na sposób siedzenia podstawą ma być wyprostowany, pionowy kręgosłup. Zero garbienia się, przykurczów pokracznych, tudzież niezdrowych.
To by było na temat ciała, ale cóż ma robić umysł? NIC! To chyba jest najtrafniejsza odpowiedź. Jednak może ona nie wystarczyć ludziom chorym na przywiązanie do słów, tedy trzeba to nieraz leczyć słowami właśnie. Na początku sesji nieźle jest policzyć sobie oddechy. Od jednego do dziesięciu na przykład albo odwrotnie. Choć zasadą jest mieć lekko otwarte oczy, to na tą chwilę można je nawet przymknąć. Okay, ale co dalej? Wszystkie drogi są tu otwarte. Można liczyć te oddechy dalej, aż do końca sesji. Można powtarzać jakąś inną mantrę. Można przejść do jakiejś formy medytacji lub wizualizacji. Ale skoro ma być zazen, to róbmy ten zazen. Jeden koncept to wałkowanie koanu w umyśle. Ale najprostszy, jednocześnie zaś będący taki najbardziej zen to tak zwane "shikan taza", czyli po prostu siedzimy. Umysł stara się nie tworzyć myśli, zaś gdy się pojawiają spokojnie je ogląda, nie skupia się jednak na nich. Czasem słyszymy jakieś dźwięki, na przykład za ścianą lub za oknem. Nie zwracamy na nie uwagi, nie tworzymy sobie obrazu ich źródła. Nie udajemy jednak, że ich nie ma, bo skoro są, to są. Czasem też podczas dłuższych sesji umysł tworzy coś, czego nie ma, jakiś obraz, wizję. To się nazywa "makyo" i nie zawsze bywa miłe. Nie walczymy z tym, nie analizujemy. Traktujemy to tak, jak wszystko inne. Czyli jak? Oglądamy sobie wszystko spokojnie, takim, jakie jest. Zazen nie polega na żadnych odlotach, hajach, transach. Podczas zazen jesteśmy, tu i teraz będąc, a nawet bez tu i teraz, tylko samo jesteśmy. Chyba nic prostszego już istnieć nie może. Ciekawostką więc jest, że shikan taza ma opinię najtrudniejszej odmiany praktyki z własnym umysłem.
Niektórzy jednak próbują być sprytni i sobie co nieco ułatwić przy pomocy różnych ułatwiaczy. Na przykład używając najpopularniejszego narkotyku, czyli alkoholu. Albo jakiegoś innego, jest ich całe mnóstwo rodzajów, odmian. Nie pora jednak się tym teraz zajmować, podsumowanie zresztą jest zawsze takie samo. Nie! Bez sensu jest takie coś. Już na wstępie było, że umysł na trzeźwo wszystko ogląda, to po jaką cholerę zaburzać sobie widok? To bynajmniej nie znaczy, by nigdy niczego nie używać, gdyż może to być pozytywne doświadczenie, tu chodzi tylko o to, by nie robić tego przed zazen, bo jest to z ową praktyką sprzeczne. Niczego nie ułatwi, na pewno zaś utrudni. Co prawda znane są opowieści zen na temat mistrzów wiecznie pijanych w trzy dupy, ale pomijając już sam fakt, że są to tylko opowieści, to są one na temat mistrzów. Mistrz zen dlatego jest mistrz, bo panuje nad swoim umysłem nawet będąc pijany w trzy dupy. Przeciętny adept zen raczej mistrzem nie jest, więc nie jemu to oceniać.
Okay, jest taka grupa zacnych substancyj zwana "narkotyki twórcze" lub "psychodeliki". Przy odpowiednim stosowaniu mogą one wspomóc rozwój umysłu, otworzyć wrota percepcji, pojąć to, co jest niepojęte, osiągnąć transcendencję. Podkreślmy to jeszcze raz, że przy odpowiednim. Jednak nic to nie zmienia, jeśli chodzi o kwestię zazen. Praca nad sobą z użyciem psychodelików to jest po prostu inna praktyka, zupełnie od zazen odrębna.
Na koniec może dwa słowa na temat MJ, czyli marihuany (lub haszyszu). Co prawda trudno ją uznać za narkotyk w pełni, ale nie można też zaprzeczyć, że całkiem nim nie jest. Bo jednak subtelnie percepcję zmienia. Ma też niewielką dozę psychodelii w sobie. Jednak ta cała lajtowość MJ to za mało, by ją uznać za dopuszczalną w temacie zazen. Czyli równiez odpada. Trzeba wybrać, albo danego wieczoru siedzimy zen, albo palimy faję. Chyba, że najpierw zazen, potem faja, tak od biedy jeszcze może być, też jednak są wątpliwości, czy to ma sens. Intuicja sugeruje, by był jakiś odstęp czasowy.
Za to MJ jest ciekawym dodatkiem, gdy ćwiczymy formy taichi chuan, zwane też czasem "medytacją w ruchu", ale to już jest kompletnie osobna bajka, która stanowczo wykracza poza obszar tematyczny tego posta.
Wspomnieć jednak warto o zielonej herbacie, która bywa wręcz zalecana do zazen, zwłaszcza przy dłuższych sesjach. To jest jedyny wyjątek, gdyż percepcji prawie wcale nie zmienia, za to pomaga zwalczyć ewentualną senność. Skoro są uzasadnione wątpliwości, czy wrzucać MJ do jednego wora z takimi narkotykami, jak na przykład wspomniany alkohol, to przy zielonej herbacie nawet myśl na ten temat nie ma sensu. Zaś tak już na koniec można też dopuścić yerba mate. Jest ona analogiem tejże herbaty, równorzędnym zamiennikiem, więc choć kiedyś na Dalekim Wschodzie go nie znano, to teraz chyba niczemu nie powinien przeszkadzać.
Jak ścisły wręcz jest związek zen i herbaty voila legenda:
Otóż kiedyś niejaki Daruma, zaiste ostry zakapior w temacie zen, siedział dziewięć lat w jaskini, ale miał ten problem, że przysypiał czemuś czasem, tedy odciął sobie powieki, zaś tam, gdzie je był wyrzucił, wzięły one były puściły korzenie, po czym wyrósł sobie krzak herbaty właśnie.
Tak to jednym zdaniem można opowiedzieć.

10 listopada 2017

Portal Pecha

Świt. Ulica Pusta wcale nie jest pusta. Na chodniku, na rogu Krzaczej siedzi kot, miejscowy miejski łazik. Jego uszy, niczym anteny łowią odgłosy ciszy, która dla niego wcale nie jest bynajmniej cicha. Dochodzi do nich lekki, niezbyt regularny stukot od ulicy Koytasa, coraz głośniejszy i zza jej rogu wyłania się młoda dziewczyna z rozmazanym makijażem. Kot tego tak nie percepuje, sensuje jedynie pewną drobną porcję złej energii, która od niej emanuje. Otwiera szeroko oczy, by rozpoznać, czy coś może mu zagrażać. Nie zna też znaczenia artykułowanych gniewnie słów:
- To picza jebana! Takie ciacho mi z przed nosa...
Dziewczyna nie dokańcza, potyka się nagle z głośnym:
- Nożkurwa!
Kot zabiera się nagle za lizanie futerka na łapce, jednakże jego ucho nadal łowi uważnie dalsze złorzeczenia. Tym razem słyszy:
- No masz, jeszcze tego... Aaaa!
Kot odwraca głowę, patrzy jakby zdziwiony. Źródło dźwięku i negatywnej energii zniknęło. Chodnik po drugiej stronie jest pusty. Pod murem leży tylko jakiś przedmiot. Kot się na tym nie zna, więc nie wie, że jest to but ze złamanym obcasem. Po chwili znowu słychać jakiś odgłos, tym razem jest to równy krok dwojga ludzi od strony Krzaczej. Para idących policjantów skręca w Pustą, po chwili dochodzi do samotnego buta.
- Zobacz, jakiemuś Kopciuszkowi się śpieszyło.
- Kopciuszkowi?
- To taka postać z bajki dla dzieci. Nie czytałeś?
- Zobacz, jaki fajny kot!
No tak, trzeba było jakoś zmienić temat. Ale fajny kot ma chyba plan. Wstaje i rusza na swój koci patrol znikając za rogiem Krzaczej.
= = = = = =
- Halt! Halt! Du verfluchte schweine!
Głośny tupot przerywa ciszę godziny policyjnej. Jest już na tyle jasno, by zobaczyć biegnącą postać, zaś za nią widać w pewnej odległości dwóch żandarmów Orpo. Jeden przystaje, unosi broń. Pada strzał. Uciekający człowiek chwieje się, opiera ręką o mur kamienicy, prze jednak dalej i znika za rogiem. Po chwili do zbiegu ulic docierają ścigający i zatrzymują się nagle. Nikogo nie widać, przecznica jest pusta. Żandarmi patrzą na siebie zdumieni, słusznie poniekąd, gdyż do następnej ulicy nie ma żadnej bramy, nie ma też nic, żadnego innego miejsca do ukrycia się. Jest tylko gładko otynkowany mur i wysoko zlokalizowane okna.
- Schajsse!
Żandarmi idą jeszcze kilka kroków podejrzliwie patrząc w te okna.
- Unmoglich.
Po tej konstatacji zawracają już bez słowa do skrzyżowania.
= = = = = =
- Panie policjancie, chciałam zgłosić zaginięcie!
- Co pani zginęło, w czym możemy pomóc?
- Nie co, tylko kto.
- A więc kto?
- Bo on poszedł te mazaje tak tego...
- Ale kto poszedł?
- Mąż!
- Kiedy to się stało? Proszę po kolei, od początku.
- Wczoraj, a po kolei dzisiaj. Nie wrócił na noc do tego.
- Dobrze. Znaczy niedobrze. Proszę mówić, ja słucham.
- Od początku?
- Dokładnie tak. Od samego początku.
- Od początku to Anielakowa jestem, z domu...
- Może już bez tego domu.
- Jak to bez domu? Toż to on z domu wyszedł.
- Gdzie wyszedł? Do sklepu? Do pracy?
- O, właśnie to! Do pracy wyszedł, na chwilę.
- Jak to na chwilę? Do pracy na chwilę?
- Ano na chwilę. Bo on jest dozorcą tego domu, co wie pan.
- Tego jeszcze nie wiem.
- Koytasa osiemnaście, ta narożna kamienica. No, i on wziął takie tam różne, żeby te mazaje zetrzeć, te na murze, od Pustej...
- Mazaje?
- Te, co gówniarze na murach malują.
- Aha. Graffiti.
- Jakie tam grafiki? Mazaje zwykłe i tyle.
- No, i co dalej? Starł te mazaje?
- Ano nie starł. Mazaje są, a męża nie ma. Tylko wiadro zostało pod ścianą. Bo on wziął to wiadro, do wiadra takie zajzajery różne, mopa, szmaty. To wszystko zostało, nikt nic nie ukradł. Nawet mopa, choć nowiutko kupiony był. Ale już wszystko schowałam. Bo jak za długo stoi, to nóg dostanie.
- Pani Anielakowa, pani tam sobie usiądzie, poczeka, ktoś zaraz do pani zejdzie. Dowód pani ma jakiś ze sobą?
- No, jakżeby nie? Męża też dowód mam. Nie wziął ze sobą, bo po co? On przecież tylko na chwilę wyszedł, żeby te mazaje...

Kobieta przerywa, zanosi się głośnym szlochem.
= = = = = =
Południe. Chodnikiem powoli idzie ksiądz - zwykle tak się mówi na kapłana popularnej w tym kraju religii. Obserwuje dwójkę dzieci idących pod opieką kobiety, być może matki, po drugiej stronie ulicy. Przechodzi w pewnym momencie na tą samą stronę, idzie za nimi. Jego uwagę przykuwa starsze dziecko, dziewczynka. Matka z dziećmi dochodzą do przecznicy, przechodzą na jej drugą stronę. Idą dalej, zaś ksiądz wkracza na jezdnię. Dziewczynka ogląda się, chwyta matkę za rękę:
- Mamo, czemu ten pan tak wciąż idzie za nami?
- Jaki pan, kochanie?
- Ten pan ksiądz. Idzie za nami już od rynku.
- Słoneczko, zdaje ci się.
- Sama zobacz, proszę. No, zobacz.
Matka przystaje, ogląda się, ale ułamek sekundy wcześniej ksiądz szybko umyka za róg przecznicy. Kobieta uśmiecha się:
- Zobacz córciu, nikogo nie ma.
- Bo się schował.
- Idziemy.
- Nie! Proszę! On tam jest! Powiedz mu coś.
- Co mam mu powiedzieć?
- Żeby nie szedł za nami.
Tymczasem ksiądz cofa się w głąb przecznicy, opiera o mur.
- No, dobrze. Chodźmy.
Cała trójka wraca. Mijają węgieł kamienicy, skręcają w przecznicę. Ulica jest pusta, nikogo nie ma. Dziecko patrzy, potem spogląda bezradnie na matkę.
- Gdzie on jest?
- Widać poszedł już sobie.
- Ale gdzie?
Kobieta zaczyna się niecierpliwić.
- Może poszedł do kościoła.
Dziewczynka marszczy brwi, namyśla się. Matka dodaje:
- Jak to był ksiądz, to na pewno szedł do kościoła.
To musiało być przekonywujące, bo na twarzy dziecka pojawia się wyraz ulgi. Za to młodsze przypomina o sobie, o swojej obecności wtrącając:
- Mama, chodźmy już.
- Tak, tak, idziemy.
Matka chwyta dzieci za ręce, wszyscy ruszają razem, przed siebie. Tylko dziewczynka na chwilę jeszcze przystaje, cofa się, patrzy w głąb pustej przecznicy. Po chwili rusza i cała trójka kontynuuje marsz chodnikiem...
= = = = = =
Skwerek, ławka, na ławce dwóch mężczyzn, którzy nie sprawiają wrażenia, by posiadali zbyt stabilne miejsca zamieszkania. Rozmawiają, od czasu do czasu pociągając z butelki wciśniętej pomiędzy nich, ukrytej starannie przed wzrokiem niepowołanych. Czyli policji i straży miejskiej, których powołano, między innymi, do wypatrywania takich butelek właśnie.
- Coś Staśka dawno nie widziałem.
- Którego Staśka? Aaa, tego Staśka, co zniknął?
- Pewnie, że zniknął, jeśli go nie widziałem.
- No tak, ale on podobno zniknął inaczej.
- Jak to inaczej? A jak się znika nieinaczej?
- No, zwyczajnie tak. Stasiek zniknął bezpośrednio.
- Czyli kurwa jak? Jak to jest bezpośrednio inaczej?
- O rany, ale ty jesteś męczący...
- Bo chcę wiedzieć. Nie wolno mi?
- Żebyś ty w szkole miał taki głód wiedzy.
- To co wtedy by było?
- To byś tu ze mną na tej ławce nie siedział.
- Ty nie zmieniaj tematu, tylko mów, co z tym Staśkiem.
- Właśnie idzie.
- Stasiek? Gdzie?
- Nie Stasiek, tylko Siwy. On wie. Znaczy mówi, że wie.
- To wie, czy nie wie?
- Jak tam mu kurwa nie wierzę.
Do ławki podchodzi Siwy.
- Ty, jak to było z tym Staśkiem?
- To ten wieśniak ci już nie mówił?
- Ten wieśniak ci nie wierzy.
Mężczyzna nazwany "wieśniakiem" wtrąca:
- Tak, wieśniak ci nie wierzy.
- Ale opowiedzieć mogłeś.
- Nie, nie mogłem. Dbam o swoją wiarygodność.
Drugi z siedzących nie ukrywa poirytowania:
- Przestańcie się, kurwa, kłócić, tylko Siwy opowiadaj.
- No, bo to było kurwa tak, że idziemy ze Staśkiem Koytasa i jemu się lać zachciało, to weszliśmy w Pustą, ciemno już było, Stasiek staje pod ścianą, wyciąga rękę, by się oprzeć, ja się odwracam i...
- I co?
- Tak cicho się jakoś zrobiło, to ja się odwracam i patrzę, a jego nie ma.
- Nie ma?
- No, nie ma. Stoi tu Stasiek?
- Nie stoi.
- To on też tam tak samo tam nie stał, jak teraz nie stoi.
- To gdzie był?
- Zniknął. Jak w ruskim cyrku. Było i nie ma.
Tym razem cicho się jakoś zrobiło na ławce i obok ławki.
...
Ulica Pusta, róg Koytasa. Od strony Krzaczej zbliża się trzech mężczyzn nie sprawiających wrażenia, by posiadali zbyt stabilne miejsca zamieszkania. Przystają przy ścianie nieopodal narożnika kamienicy.
- To tu było?
- Tu było.
- To co teraz?
- Nie wiem.
- To po chuj tu przyszliśmy?
- Mieliśmy zrobić wizję lokalną.
- No, to robimy właśnie.
- Więc, kurwa, Staśka nie ma, taka jest wizja.
- A miał być?
- Wiecie co, ja może zmienię temat.
- Na jaki?
- Myślimy co?
Cała trójka zaczyna przeglądać kieszenie.
- Wiele tego nie ma.
- To prawda, ale złoty do złotego...
- I coś będzie z tego.
- No, to idziemy, bo nam zaraz Żabę zamkną.
...
Skwerek, ławka, na ławce dyskusja.
- Tam pod tą ścianą, to nie tak miało być.
- A niby jak?
- Niedowiarek powinien się oprzeć o tą ścianę.
- Było być mądrym wtedy. Teraz sam sobie idź i się opieraj.
- A Stasiek?
- Jak Stasiek się znajdzie, to nie będzie problemu.
- A teraz?
- A teraz też nie ma, bo nie ma Staśka.
- Od opierania się o ścianę Staśka by nie przybyło.
- No, nareszcie ktoś powiedział coś mądrego.
- Zdrowie Staśka!
- Zdrowie ściany...
= = = = = =
= = = = = =
Nie wiadomo, czy portale są tworem (para)naturalnym, czy też powstały jako efekt pracy jakiegoś maga. Tak naprawdę, to nie wiadomo, czy w ogóle istnieją, czy są tylko kolejną urban legend. Ale wydają się być niegłupim konceptem w obliczu przeludnienia. Nie ma co teraz dywagować, czy owo przeludnienie już jest, czy jeszcze zbyt niewielu ludzi widzi, że jest. Pewne jest za to, że będzie, do tego tak będzie, że będzie widziane. Odpowiednio duża ilość portali rozwiązuje problem elegancko, ekologicznie, w miarę humanitarnie. Dodajmy tylko jeszcze do kompletu, że powinny one co jakiś czas zmieniać losowo swoją lokalizację. Tłok na Ziemi będzie rozładowany powoli, subtelnie, niepostrzeżenie, naprawdę równo i sprawiedliwie na raz. Zaś co najważniejsze, nikt do nikogo nie będzie miał pretensji, przeżywać bowiem będą ci, którzy nie mają pecha. Pech to coś, za czym nikt nie stoi.