27 maja 2026

ŁAPAJ ZŁODZIEJA /2/2/

- Więc... Wyrwiemy chwasta. Po prostu.
Zapadła cisza. Krótka, bo przerwała ją Kaśka:
- No! Brawo Lalka! Lubię prace growerskie. Wchodzę w to.
Anita i Roxy spojrzały na siebie, po czym ta druga podsumowała:
- Zajebiście. Do ujebania kogoś Kaśka zawsze pierwsza.
- Przecież wiesz, że ja tylko nie lubię chamstwa.
W tym momencie do piłki dorwała się Mala:
- Przepraszam, siostry, o czym wy teraz mówicie?
- To chyba jasne, o czym. Tak?
Malina wyraźnie miała umysł na wojennej ścieżce. Oczy jej płonęły dziwnym, psychopatycznym blaskiem. Nie wiedzieć zresztą czemu, bo Lalka była raczej łagodną osobą. Oprócz momentów, gdy jej odbijało, słusznie zresztą. Kaśka miała minę nieprzeniknioną, za to oczy zionęły szlachtuzem. Jeszcze ciekawiej wyglądało oblicze Roxy. Takie zwykle miewała tuż przed sesją uprawiania miłości, szczególnie gdy miała ochotę na sadomaso. Ale wyrażało jeszcze coś, co jej Miśka na pewno nie zachęciłoby do zabawy. Za to Anita patrzyła na Malę, bardzo wyczekująco jakby, jednak zza woalki pewnego zblazowania, które od jakiegoś już czasu dominowało jej mimikę. Mala, zwykle tak pewna siebie, zwłaszcza wśród swoich sióstr, tym razem robiła wrażenie nieco zagubionej.
- Znaczy, co chcecie zrobić?
- Pójść z nią do muzeum uprawy kartofli, potem do opery na kebab.
To rzuciła Roxy, zaś oczy Kaśki nabrały koloru mrożonego ołowiu. Zaś Malina przybrała swoją ulubioną minę słodkiej idiotki, lecz nie do końca jak Barbie, tylko niczym Tiffany, narzeczona niejakiego Chucky. Mala jest za mądra, żeby tego wszystkiego nie pojąć, więc od razu sypnęła:
- Nie zgadzam się. Nitka powiedz im coś.
Anita rozkładając ręce odparła:
- Coś.
- Kurwa! Jesteś szefową, głową kowenu.
- Chwilowo tylko brzuchem, do tego bez prawa weta.
Zimno wycedziła Roxy dodając jeszcze:
- Jesteś przegłosowana. Nie znamy twojego wniosku, ale jaki by nie był, to wiesz, co nim sobie możesz. A my to zrobimy bez ciebie, damy radę. Jutro miał być tylko skromny, ćwiczebny sabat. To nie będzie. Za to będzie tłoczno.
Ruda pomachała telefonem kontynuując:
- Kwestia godziny i zamelduje się więcej sióstr z okolicy, niż na innych dużych sabatach na których byłaś. Nie musisz być obecna, nie będzie focha.
- U Anity?
- No coś ty? Gdzie? Na starym lotnisku, tam gdzie wiesz.
- Ale to tylko kradzież, nie trzeba jej zabijać.
- Nie tylko. Shiagu mają o wiele, wiele grubiej za uszami, dlatego się je tępi jak kuropiatki. Zero litości. Zero zer.
- Jak co?
- Kuropiatki wytępiono wiele wieków temu, możesz nie wiedzieć. 
Wtrąciła Anita, po czym dodała:
- No, ale skoro pojawiła się Shiagu, ponoć już niebyła, to nie można wykluczyć powrotu kuropiatek. I teraz tak. Naprawdę nie musisz ty w tym brać udziału. Ja akurat nie mogę, bo wiesz, że do porodu nie mogę. Ale nie wierzę, żeby Ciocia Lala cię nie uprzedzała, że jak wchodzisz w czary, to możesz kiedyś mieć trupa na koncie. Właśnie dlatego moja siostra Pati nie weszła piętnaście lat temu, została świadomą kryptą.
- O paru waszych trupach coś tam wiem.
Kaśka nagle rozpogodziła się:
- Mój nie jest tajemnicą. Broniłam siebie i odegrałam się za Roxy.
- O pewnym drugim też wiem. Ruda, Malinka, Kasia... Naprawdę wiem, jak zginęła Pamala. Miałam nigdy się nie dowiedzieć, ale ja naprawdę nie mam o to focha. Kocham was za to też. Matka sratka. Kawał kurwy nie matka. Za to mam cudowne siostry.
Nastąpiła cisza, taka bardziej niezwykła, bo wypełniała ją jedna, wielka konsternacyjność. Cztery czarownice patrzyły na siebie bardzo dynamicznie, wciąż zmieniając obiekty do patrzenia. Po czym Roxy stwierdziła:
- Ciocia Lala nie ma długiego ozora.
- Nie Ciocia Lala. Poznałam kilka sióstr, które były na pogrzebie mamy Nity i Pati. Coś mi tam wspomniały o wybuchającym aucie. Połączyłam kropki. To wszystko.
Znowu cisza. Wreszcie Anita westchnęła:
- Każde majtki tak mają, że czasem spadają same.
Wtedy nagle odezwała się Malina:
- A właściwie dlaczego w witchnecie nie ma żadnej wzmianki na temat tych Shiagu? Nawet na stronkach zawodowych nic nie ma. Przecież im najbardziej powinno zależeć na dobrej opinii o nas wszystkich, o siostrach, więc...
- Bezmoce nie używają witchnetu, nie mają tam wjazdu. Ale faktycznie, ten ostracyzm poszedł chyba za daleko. Efekt jest taki, że młodsze pojęcia nie mają, tak jak my nie miałyśmy, że takie coś może istnieć. Możesz zacząć to naprawiać. Przecież gęsto się tam produkujesz. Machniesz jedną notkę, drugą...
Odpowiedziała jej Kaśka, na co Lalka odparła:
- A żebyś wiedziała. Od soboty zaczynam, mam już pomysła.
Następnego dnia cała piątka zebrała się u Anity. Wielki sabat anty Shiagu miał mieć miejsce dopiero o północy na starym lotnisku, ale trzeba było jeszcze zajrzeć do szklanej kuli, żeby namierzyć wyklętą wiedźmę. Co prawda Mala oświadczyła, że nie wchodzi, przyjechała jednak też, żeby się pouczyć obsługi tego sprzętu. Zanim jednak zaczęły, to nagle Kaśka spytała:
- Właściwie to ile sióstr potrzeba, żeby zabić jedną?
Odpowiedziała jej Roxy:
- Pamala próbowała zabić Nitkę sama.
- I o piczy włos by się jej to udało.
Wtrąciła Anita.
- Tak, tylko w jakiej ty byłaś wtedy formie? Cień dupy, opary mocy. Ale jakby nie było, Pamala choć była głupsza od głupieja, to kawał swojej mocy jednak miała. Jednak tak ogólnie, to musi się dogadać kilka, żeby załatwić jedną. Jedna na jedną to zawsze jest wojna na wyniszczenie, zwykle zakończona jakimś remisem ze wskazaniem. Po czym obie strony bardzo długo dochodzą do siebie. To nie są pieszczoty tajskiego boksu.
Ruda przerwała na chwilę, po czym dodała:
- Tylko żeby nie było. Powtarzam tylko to, co wiem od Cioci Lali. Kiedyś jej zadawałam podobne pytania. No dobrze, Żanetki. Do roboty? Nita, przynieszesz to swoje cacko?
Już po chwili na stole salonu leżała szklana kula. Anita w celach edukacyjnych udostępniła ją wszystkim poprzedziwszy to krótką instrukcją wstępną.
- No, próbujcie same. Każda po kolei.
Próbowały, każda po kolei, wreszcie Kaśce się udało:
- Mam ją. I chyba mam coś więcej. Mam lokalizację.
Szklana kula nie lokalizuje namierzanej osoby, ale nieraz można się zorientować po detalach otoczenia, gdzie ona jest.
- Co więcej, to jest bardzo logiczna lokalizacja. Jak myślicie, gdzie taka swołocz może się chować w tym mieście? To nie jest trudna zagadka, Grażynki moje ozdobne.
Pierwsza odezwała się Mala:
- Bajoro?
- Brawojasiu. Dokładnie tak.
- Jesteś pewna?
- Znam swoją dzielnicę. Poznaję te obiekty.
- Mogę?
- No.
Wszystkie po kolei zaglądały do kuli...
Ja świetnie wiemy, pamiętamy, dzielnica Kaśki od kilku lat już nie jest zakazaną. Bardzo się ucywilizowała. Ale pozostał jeden wyjątek na jej skraju zwany popularnie Bajorem. To jest naprawdę złe miejsce pełne mętów, szumowin, podłych ludzi. Tam nie wchodzi zwykła, krawężnikowa policja, lecz co najmniej cały pluton specjalny specjalnie wyposażony. Tam nie wchodzi nawet Kaśka, dla której cała dzielnica jest jak własny pokój. Nie dlatego, że się boi, bo Kaśka niczego się nie boi. Po prostu nie ma żadnego interesu, żeby tam wchodzić. I tyle.
Tak naprawdę, żeby rzucić skuteczną klątwę wiedźmie nie jest potrzebna lokalizacja celu. Aczkolwiek nie zaszkodzi, bo nikt nie wiedział tak naprawdę, jak mocna jest Shiagu, którą przeznaczono do likwidacji. Zaś co do likwidacji, to Mala jeszcze spróbowała:
- Siostry... A czy nie wystarczyłoby ją po prostu wygnać z miasta? Tak upieprzyć życie, żeby się stąd sama wyniosła?
Spojrzenia pozostałej czwórki nie były przyjazne dla tego pomysłu. Nawet Anita, której udział w całym projekcie był wykluczony nie patrzyła tak, jakby chciała Mala. Do tego powiedziała:
- Maleczko, kochanie. Rozumiem, że wiesz, czego teraz masz nie zrobić? To naprawdę nie miałoby sensu, zaufaj mi.
- Wiem. Mam bardzo, bardzo ładnie nie prosić.
Mala westchnęła i dodała:
- Wiecie co? Chyba już sobie pojadę do domu. Pouczę się jutro do egzaminów. Do sesji mam jeszcze trochę czasu, ale...
- Tak, wiemy, robisz dwa lata w jeden rok.
Odparła Malina, na co Mala skromnie spuściła wzrok.
- Trochę byłam zajęta ostatnio, więc więcej nie da rady.
Gdy Turbi wyszła z domu Anity i wsiadła na motocykl, jakoś długo nie odpalała maszyny. Zamyśliła się, czy też zagapiła, tego akurat nigdy nie wiadomo z kobietami. Wreszcie jednak ruszyła. Gdy dotarła do domu zdjęła kombinezon, usiadła na łóżku i znowu powtórzyła ta samą czynność mózgu. Jej chowaniec, wąż zbożowy Kacperek wpełznął jej na nogę, po czym wspiął się wyżej plasując za dekoltem bluzki. Czas mijał. Wreszcie Mala wstała, poszła na chwilę do łazienki, zaś gdy wyszła włożyła kombinezon i siegnęła po kask. Po czym oznajmiła cicho do swojego dekoltu:
- No, Kacperku. Jedziemy na wycieczkę.
BĘDZIE JESZCZE COŚ DALEJ

1 komentarz:

  1. Oczywiście, że musi być coś dalej, nie zostawia się czytelników w zawieszeniu.
    Z tym: "Każde majtki tak mają, że czasem spadają same." trafiłeś bezbłędnie. Otóż nie wiedziałam, że mam takie majtki! Gdy było zimno, chodziłam w spodniach i nic się nie działo. Po przerzuceniu się na letnie sukienki doznałam wstrząsu: wybrałam się do pracy, a tu... majtki spadają! I przez cały dzień się z nimi mordowałam, podciągając co chwilę. Dramat w siedmiu aktach po prostu.

    OdpowiedzUsuń