Zaczęło się od tego, że Roxy nagle zepsuło się auto i znakiem tego cały jej poranny misterny plan logistyczny poszedł w pizdu. Generalnie to jest tak, że auta psują się od jeżdżenia, więc zasadniczo nie powinno się nimi jeździć, wtedy nie będą się psuć. Ale to jeszcze nic. Bo auta nie mówią tego w porę, że są już zepsute. Auto Rudej też nie powiedziało, za to Ruda powiedziała mnóstwo słów, których żadne słowniki cywilizowanych ludzi nie zawierają, gdy skonstatowała stan faktyczny. Na szczęście jej telefon jeszcze się nie zepsuł od gadania, więc natychmiast zaczęła realizować plan Be. Darujmy sobie już jego detale, dla wygody skupmy się na efekcie końcowym. Był ona taki, że Roxy zalogowała swoje wspaniałe krągłości obok Kaśki, która powoziła klubowym vanem, którym to cała ekipa Teamu Oktagon jechała na turniej tajskiego boksu. Po drodze jednak Ruda zapomniała sobie, że są tematy, których z Kaśką się nie omawia. Więc nagle zagaiła:
- Baby niektóre to są głupie jakieś. Próbują tresować swoich chłopów szlabanem na dupę, więc same strzelają sobie w kolano. Ja to z Miśkiem robię odwrotnie.
- On ma sobie strzelić w kolano?
- Nie. Po prostu mówię mu, że może więcej.
- A dużo może?
- Może wszystko. I na tym polega cały myk.
- Czyli na czym? Bo ja jakaś nierozgarnięta teraz jestem.
- On po prostu ma wtedy ból głowy, co by tu jeszcze.
- I boli go głowa? To jak on wtedy może więcej, skoro nie chce?
- Kasiu, ty nic nie rozumiesz.
- Wyobraź sobie, że nie zapolemizuję.
Ale wtedy nagle odezwała się Zośka Yakuza, która siedziała od prawej. Co prawda Bombka nie walczyła w tym turnieju, ale Kaśka ją zatrudniła jako asystentkę do narożnika.
- A co on ci wtedy robi, jak go boli głowa?
- Niestety kochana, ale takie detale to ja tylko Anicie opowiadam. Poza tym Kaśka jest pruderyjniczna i mnie od razu stąd wysadzi po pierwszym zdaniu.
Wtedy Kaśka nagle się żachnęła:
- Nie jestem wcale żadna pudernica, czy inna jakaś tam cnotka niewydymka, tylko po prostu nie lubię pierdolenia o pierdoleniu.
- Szkoda.
Westchnęła Zośka i dodała:
- Bo ja to w sumie słaba w te klocki jestem. Więcej napieprzam, niż się pieprzę. To skąd mam czerpać wiedzę na takie tematy? Internet to mało, najlepsza jest relacja z pierwszej ręki.
- Chyba z pierwszej piczki.
Rzuciła nagle Kaśka, ale Roxy odbiła od razu:
- Ręką też się to robi. Zresztą czym się tego nie robi? A ty się Zosiu poucz od Mali. Przecież się kumplujecie. Ona jest młodsza trochę od ciebie, ale przez prawie półtora roku zrobiła takie postępy, że niedługo sama zacznę do niej chodzić po instrukcje. Bo już mi trochę pomysłów zaczyna brakować. Formuła mi się wyczerpuje czasami na taką okoliczność.
- Ja bym to nazwała raczej zmęczeniem materiału.
Yakuza dyplomatycznie spojrzała gdzieś odsie, bo za słabo znała styl poczucia humoru rozmów tych pań. Ale widać było, że ją to rozbawiło. Za to Kaśka spuentowała:
- Koniec pieprzot. Jesteśmy na miejscu.
To nie było tak wypasione miejsce, jak gale organizowane przez firmę Mirka Orskiego, ale po szybkich, wstępnych oględzinach obiektu wszystkie były zgodne:
- Da się żyć, da się bić.
Pierwszą rzeczą, jaką zarządziła Kaśka było wygnanie Roxy na trybunę dla widzów.
- Sorry kochana, ale teraz ja pracuję, więc nikt postronny mi się nie plącze pod nogami. Kibic z dala, kibic niech się nie... Zresztą znasz zasady, takie same jak w twojej firmie.
Po czym się zaczął łomot.
Tu dygresja. Ta relacja nie jest do końca chronologiczna, ale od strony czysto literackiej to jest kompletnie bez znaczenia. Kogo bowiem interesuje organizacja turnieju tajskiego boksu?
Na pierwszy ogień, jako najlżejsza poszła Bitka. Zawodniczek w tej wadze było tylko cztery, więc drabinka była prosta. Pierwsza jej walka była formalnością. Jak zwykle, po swojemu zasypała przeciwniczkę takim gęstym gradobiciem ciosów i kopniaków, że przerażony sekundant tamtej szybko rzucił ręcznikiem. Tak samo się odbyła druga, finałowa walka. Kaśka skomentowała to krótko:
- No, to mamy pierwszą do kasy.
Wagę wyżej była Bęcka. Miała trochę gorzej, bo wojowniczek było sześć, więc cztery musiały odbyć baraże. Tu miała niestety pecha, bo drogą losowania dostała się do tej grupy. Ale dla niej, jak się okazało, to nie miało znaczenia. Łaminoga, jak ją nazwał kiedyś, jak zwykle trafnie Stryjo, skasowała swoimi low kickami dwie panienki od razu, schodami okazał się dopiero finał. Laska nie była chuda w uszach, nie dawała się skosić.
No właśnie. Tak jakoś jest w sportach walki, że często nie daje się zrealizować planu. Czasem zawodnik jest gamoń, więc sam się ogra. Ale Bęcka gamoń nie jest, za to przeciwniczka okazała się być złośliwą pizdą, bo nie chciała się dać stłuc. Po pierwszej rundzie wyglądało to na remis, więc Kaśka podczas przerwy rzuciła krótką intrukcję:
- Lewa, prawa, góra, dół.
Nikt nie wie, o co chodzi, ale nie musi. Wystarczyło, że Bitka wie. No, ale tamta była twardą cipą. Prawie nic nie wchodziło, nic nie trafiało. Co prawda sama Bitka też zaliczyła może tylko ze trzy strzały na krzyż, ale przecież nie tak miało być. Znowu pachniało remisem. Czas było na trzeci wariant taktyczny.
- Klincz, łokcie, kolana. Umęcz ją i dokończ kujawiakiem.
Kujawiak to oręże straszne. Najlepiej wychodzi dyletantom, którzy pojęcia nie mają, jak się tłuc, ale Kaśka wprowadziła to od razu do swojego systemu szkolenia. To jest typowa broń uliczna, rzadko stosowana na ringach, nie do końca też legalna przy niektórych formułach. Stryjo, jak zwykle genialnie, nazywał to Pierdolnięciem Zielonej Katarzyny, bo Kaśka faktycznie trochę swoich starć na dzielni rozstrzygnęła tym sposobem, gdy była jeszcze małoletnia.
Plan wypalił. Nie w tym sensie, że trzecia runda skończyła się nokautem. Bitka podchodziła kilka razy, owe razy dochodziły, jednak nie aż tak skutecznie. Ale dawały punkty, co na koniec, po wykonaniu bilansu zakończyło się jednogłośnym werdyktem. Co znowu skomentowała Kaśka:
- Druga do kasy.
Pozostała trzecia, Bęcka. Miała styl najbardziej wszechstronny, Kaśka nigdy nie wymyślała dla niej żadnych spec taktyk, bo dziewczyna i tak robiła zawsze to, co chciała, robiła to zresztą dobrze. Tylko był jeden ciupas natury psychicznej. Bęcka miała swoją idolkę, olimpijską mistrzynię boksu. Jednak zapominała nieraz, że sama żadną mistrzynią jeszcze nie jest, więc kopiowanie tego stylu nie jest dobrym pomysłem.
W tej wadze było tak samo, jak w najlżejszej. Cztery panie, więc trzy walki. Półfinał Bęcka wygrała, poetycko mówiąc tyłem, jednym tylko pośladem. Łupucupu, koniec bajki, choć nie koniec pierwszej rundy. Znaczy koniec, tylko taki jakby szybszy. Ale do finału stanęła naprzeciw niej naprawdę mocna, czerstwa dziewucha, mająca bardzo dobry rekord. Tu nie było żartów, tu się porządnie obrywało od niej. Kaśka tuż przed walką uznała, że nie ma co strzępić buzi. Podniosła tylko wskazujący palec mówiąc do Bęcki krótko, nadzwyczaj zwięźle:
- No!
Pierwszą rundę Bęcka wygrała, choć nie do końca ewidentnie. Nie jest to oczywiście oparte na treści kartek sędziów punktowych, tylko na pobieżnym wrażeniu fachowców. Druga przebiegła mniej więcej podobnie. Przed trzecią Kaśka zdecydowała więc udzielić instrukcji bardziej rozwiniętej werbalnie:
- Młoda, jest dobrze, masz to już. Nic nie kombinuj. Graj na czas. Klincz, klincz, misiabela. Nie próbuj jej oprawiać do spodu, bo nie dasz rady. Możesz stracić wszystko, co urzeźbiłaś.
- Tak Kasiu, tak...
Bęcka otworzyła usta, dostała ochraniacz na zęby, po czym stanęła do walki. Na razie szło tak, jak miało iść. Ale jakoś po pierwszej minucie...
- Nożeszkurwa! Ona znowu to robi.
Oświadczyła Kaśka stojącej obok niej Bombce. Ta w odpowiedzi rozłożyła ręce i przewróciła oczami mówiąc grobowym głosem:
- Chyba nie chcę tego oglądać.
- Łapy! Podnieś te jebane łapy!
Spokojna dotąd Kaśka stała tuż przy ringu drąc się po całości. Aż sędzia zwrócił jej gestem uwagę, że zbyt głośno podpowiada. Ale Bęcka miała to gdzieś. Wyczyniała te swoje popisy taneczne opuszczając gardę. Po czym... Bęc! Stało się. Dziewczyna leżała na macie, sędzia zaczął liczyć, ale zaraz przestał, za to gestem przywołał lekarza. Kaśka już była tam wcześniej, zaraz po niej Zośka, ale lekarz, który wkroczył na boisko odsunął obie panie zdecydowanym ruchem ramienia. Zaś po chwili na ring weszło dwóch innych panów niosąc nosze...
Sytuacja stała się zbyt dynamiczna, neopisywalna, więc skoczmy kilka minut do przodu. Otóż gdy do karetki wjechały załadowane nosze ratownik medyczny powstrzymał pchającą się do środka Kaśkę pytając kontrolnie:
- Pani jest kto?
- Trenerka, menadżerka.
- W porządku. A pani?
- Wróżka Wydmuszka, zbieram suchy chleb dla konia.
To powiedziała Roxy, która przez te kilka minut, widząc z trybuny, co się dzieje, szybko dotarła do karetki. Jeszcze szybciej rzuciła szybki urok na medyka, taką lajtową wersję głupiego jasia. Po czym zakomenderowała:
- Do wozu!
Lekko otępiały ratownik zapytał:
- Gdzie jedziemy?
- Do fryzjera! No, właź! Zajmij się nią kasztanie jeden.
Po czym Ruda podeszła do prawych drzwi ambulansu, otworzyła, wsiadła, rzuciła kolejny jakiś urok na kierowcę i sypnęła:
- Wio! Cała naprzód! Według procedury! Z fanfarami!
- Z czym?
- Nie szczym, tylko siusiamy. No włączżesz ten jebany sygnał!
Tu należy przypomnieć, że z piątki naszych głównych bohaterek wiedźm Roxy ma najlepiej opanowaną magię medyczną. Więc jej formalnie nieuprawniona obecność była tu realnie jak najbardziej uprawniona w tych okolicznościach, które się odbywały.
Karetka ruszyła, zaś Kaśka sięgnęła po telefon.
- Zosia, ogarniesz cały bajzel tam i wrócicie same.
- ...
- Nie, cutman jedzie swoją furą. Ale poproś go, niech wam pomoże pozbierać manele. Przecież sam widział, co się stało.
- ...
- Tak, kluczyki od vana są w mojej kurtce w szatni. Ale teraz uważaj. Zanim się do niej dotkniesz powtórz trzy razy wyraźnie: kwadratowy durszlak. Bo inaczej źle się poczujesz.
- ...
- Nie musisz rozumieć. Po prostu zrób to. Potem się odezwę.
Jak się łatwo domyśleć, Kaśka przekazała Yakuzie pin do zaklęcia blokującego dostęp do kurtki, gdzie były wspomniane kluczyki.
Potem nastąpił drugi telefon:
- Lalka, nie przyjeżdżamy. Zaistniała taka sytuacja, że...
- ...
- Coś niefajnego. Jeszcze dam znać, jak się więcej wyjaśni.
Dodała jeszcze szybkie syknięcie hisslangiem...
Czyli już jest wiedziane, czemu Roxy i Kaśka nie zjawiły się na konwencie. Bo zaistniała taka sytuacja.
- Baby niektóre to są głupie jakieś. Próbują tresować swoich chłopów szlabanem na dupę, więc same strzelają sobie w kolano. Ja to z Miśkiem robię odwrotnie.
- On ma sobie strzelić w kolano?
- Nie. Po prostu mówię mu, że może więcej.
- A dużo może?
- Może wszystko. I na tym polega cały myk.
- Czyli na czym? Bo ja jakaś nierozgarnięta teraz jestem.
- On po prostu ma wtedy ból głowy, co by tu jeszcze.
- I boli go głowa? To jak on wtedy może więcej, skoro nie chce?
- Kasiu, ty nic nie rozumiesz.
- Wyobraź sobie, że nie zapolemizuję.
Ale wtedy nagle odezwała się Zośka Yakuza, która siedziała od prawej. Co prawda Bombka nie walczyła w tym turnieju, ale Kaśka ją zatrudniła jako asystentkę do narożnika.
- A co on ci wtedy robi, jak go boli głowa?
- Niestety kochana, ale takie detale to ja tylko Anicie opowiadam. Poza tym Kaśka jest pruderyjniczna i mnie od razu stąd wysadzi po pierwszym zdaniu.
Wtedy Kaśka nagle się żachnęła:
- Nie jestem wcale żadna pudernica, czy inna jakaś tam cnotka niewydymka, tylko po prostu nie lubię pierdolenia o pierdoleniu.
- Szkoda.
Westchnęła Zośka i dodała:
- Bo ja to w sumie słaba w te klocki jestem. Więcej napieprzam, niż się pieprzę. To skąd mam czerpać wiedzę na takie tematy? Internet to mało, najlepsza jest relacja z pierwszej ręki.
- Chyba z pierwszej piczki.
Rzuciła nagle Kaśka, ale Roxy odbiła od razu:
- Ręką też się to robi. Zresztą czym się tego nie robi? A ty się Zosiu poucz od Mali. Przecież się kumplujecie. Ona jest młodsza trochę od ciebie, ale przez prawie półtora roku zrobiła takie postępy, że niedługo sama zacznę do niej chodzić po instrukcje. Bo już mi trochę pomysłów zaczyna brakować. Formuła mi się wyczerpuje czasami na taką okoliczność.
- Ja bym to nazwała raczej zmęczeniem materiału.
Yakuza dyplomatycznie spojrzała gdzieś odsie, bo za słabo znała styl poczucia humoru rozmów tych pań. Ale widać było, że ją to rozbawiło. Za to Kaśka spuentowała:
- Koniec pieprzot. Jesteśmy na miejscu.
To nie było tak wypasione miejsce, jak gale organizowane przez firmę Mirka Orskiego, ale po szybkich, wstępnych oględzinach obiektu wszystkie były zgodne:
- Da się żyć, da się bić.
Pierwszą rzeczą, jaką zarządziła Kaśka było wygnanie Roxy na trybunę dla widzów.
- Sorry kochana, ale teraz ja pracuję, więc nikt postronny mi się nie plącze pod nogami. Kibic z dala, kibic niech się nie... Zresztą znasz zasady, takie same jak w twojej firmie.
Po czym się zaczął łomot.
Tu dygresja. Ta relacja nie jest do końca chronologiczna, ale od strony czysto literackiej to jest kompletnie bez znaczenia. Kogo bowiem interesuje organizacja turnieju tajskiego boksu?
Na pierwszy ogień, jako najlżejsza poszła Bitka. Zawodniczek w tej wadze było tylko cztery, więc drabinka była prosta. Pierwsza jej walka była formalnością. Jak zwykle, po swojemu zasypała przeciwniczkę takim gęstym gradobiciem ciosów i kopniaków, że przerażony sekundant tamtej szybko rzucił ręcznikiem. Tak samo się odbyła druga, finałowa walka. Kaśka skomentowała to krótko:
- No, to mamy pierwszą do kasy.
Wagę wyżej była Bęcka. Miała trochę gorzej, bo wojowniczek było sześć, więc cztery musiały odbyć baraże. Tu miała niestety pecha, bo drogą losowania dostała się do tej grupy. Ale dla niej, jak się okazało, to nie miało znaczenia. Łaminoga, jak ją nazwał kiedyś, jak zwykle trafnie Stryjo, skasowała swoimi low kickami dwie panienki od razu, schodami okazał się dopiero finał. Laska nie była chuda w uszach, nie dawała się skosić.
No właśnie. Tak jakoś jest w sportach walki, że często nie daje się zrealizować planu. Czasem zawodnik jest gamoń, więc sam się ogra. Ale Bęcka gamoń nie jest, za to przeciwniczka okazała się być złośliwą pizdą, bo nie chciała się dać stłuc. Po pierwszej rundzie wyglądało to na remis, więc Kaśka podczas przerwy rzuciła krótką intrukcję:
- Lewa, prawa, góra, dół.
Nikt nie wie, o co chodzi, ale nie musi. Wystarczyło, że Bitka wie. No, ale tamta była twardą cipą. Prawie nic nie wchodziło, nic nie trafiało. Co prawda sama Bitka też zaliczyła może tylko ze trzy strzały na krzyż, ale przecież nie tak miało być. Znowu pachniało remisem. Czas było na trzeci wariant taktyczny.
- Klincz, łokcie, kolana. Umęcz ją i dokończ kujawiakiem.
Kujawiak to oręże straszne. Najlepiej wychodzi dyletantom, którzy pojęcia nie mają, jak się tłuc, ale Kaśka wprowadziła to od razu do swojego systemu szkolenia. To jest typowa broń uliczna, rzadko stosowana na ringach, nie do końca też legalna przy niektórych formułach. Stryjo, jak zwykle genialnie, nazywał to Pierdolnięciem Zielonej Katarzyny, bo Kaśka faktycznie trochę swoich starć na dzielni rozstrzygnęła tym sposobem, gdy była jeszcze małoletnia.
Plan wypalił. Nie w tym sensie, że trzecia runda skończyła się nokautem. Bitka podchodziła kilka razy, owe razy dochodziły, jednak nie aż tak skutecznie. Ale dawały punkty, co na koniec, po wykonaniu bilansu zakończyło się jednogłośnym werdyktem. Co znowu skomentowała Kaśka:
- Druga do kasy.
Pozostała trzecia, Bęcka. Miała styl najbardziej wszechstronny, Kaśka nigdy nie wymyślała dla niej żadnych spec taktyk, bo dziewczyna i tak robiła zawsze to, co chciała, robiła to zresztą dobrze. Tylko był jeden ciupas natury psychicznej. Bęcka miała swoją idolkę, olimpijską mistrzynię boksu. Jednak zapominała nieraz, że sama żadną mistrzynią jeszcze nie jest, więc kopiowanie tego stylu nie jest dobrym pomysłem.
W tej wadze było tak samo, jak w najlżejszej. Cztery panie, więc trzy walki. Półfinał Bęcka wygrała, poetycko mówiąc tyłem, jednym tylko pośladem. Łupucupu, koniec bajki, choć nie koniec pierwszej rundy. Znaczy koniec, tylko taki jakby szybszy. Ale do finału stanęła naprzeciw niej naprawdę mocna, czerstwa dziewucha, mająca bardzo dobry rekord. Tu nie było żartów, tu się porządnie obrywało od niej. Kaśka tuż przed walką uznała, że nie ma co strzępić buzi. Podniosła tylko wskazujący palec mówiąc do Bęcki krótko, nadzwyczaj zwięźle:
- No!
Pierwszą rundę Bęcka wygrała, choć nie do końca ewidentnie. Nie jest to oczywiście oparte na treści kartek sędziów punktowych, tylko na pobieżnym wrażeniu fachowców. Druga przebiegła mniej więcej podobnie. Przed trzecią Kaśka zdecydowała więc udzielić instrukcji bardziej rozwiniętej werbalnie:
- Młoda, jest dobrze, masz to już. Nic nie kombinuj. Graj na czas. Klincz, klincz, misiabela. Nie próbuj jej oprawiać do spodu, bo nie dasz rady. Możesz stracić wszystko, co urzeźbiłaś.
- Tak Kasiu, tak...
Bęcka otworzyła usta, dostała ochraniacz na zęby, po czym stanęła do walki. Na razie szło tak, jak miało iść. Ale jakoś po pierwszej minucie...
- Nożeszkurwa! Ona znowu to robi.
Oświadczyła Kaśka stojącej obok niej Bombce. Ta w odpowiedzi rozłożyła ręce i przewróciła oczami mówiąc grobowym głosem:
- Chyba nie chcę tego oglądać.
- Łapy! Podnieś te jebane łapy!
Spokojna dotąd Kaśka stała tuż przy ringu drąc się po całości. Aż sędzia zwrócił jej gestem uwagę, że zbyt głośno podpowiada. Ale Bęcka miała to gdzieś. Wyczyniała te swoje popisy taneczne opuszczając gardę. Po czym... Bęc! Stało się. Dziewczyna leżała na macie, sędzia zaczął liczyć, ale zaraz przestał, za to gestem przywołał lekarza. Kaśka już była tam wcześniej, zaraz po niej Zośka, ale lekarz, który wkroczył na boisko odsunął obie panie zdecydowanym ruchem ramienia. Zaś po chwili na ring weszło dwóch innych panów niosąc nosze...
Sytuacja stała się zbyt dynamiczna, neopisywalna, więc skoczmy kilka minut do przodu. Otóż gdy do karetki wjechały załadowane nosze ratownik medyczny powstrzymał pchającą się do środka Kaśkę pytając kontrolnie:
- Pani jest kto?
- Trenerka, menadżerka.
- W porządku. A pani?
- Wróżka Wydmuszka, zbieram suchy chleb dla konia.
To powiedziała Roxy, która przez te kilka minut, widząc z trybuny, co się dzieje, szybko dotarła do karetki. Jeszcze szybciej rzuciła szybki urok na medyka, taką lajtową wersję głupiego jasia. Po czym zakomenderowała:
- Do wozu!
Lekko otępiały ratownik zapytał:
- Gdzie jedziemy?
- Do fryzjera! No, właź! Zajmij się nią kasztanie jeden.
Po czym Ruda podeszła do prawych drzwi ambulansu, otworzyła, wsiadła, rzuciła kolejny jakiś urok na kierowcę i sypnęła:
- Wio! Cała naprzód! Według procedury! Z fanfarami!
- Z czym?
- Nie szczym, tylko siusiamy. No włączżesz ten jebany sygnał!
Tu należy przypomnieć, że z piątki naszych głównych bohaterek wiedźm Roxy ma najlepiej opanowaną magię medyczną. Więc jej formalnie nieuprawniona obecność była tu realnie jak najbardziej uprawniona w tych okolicznościach, które się odbywały.
Karetka ruszyła, zaś Kaśka sięgnęła po telefon.
- Zosia, ogarniesz cały bajzel tam i wrócicie same.
- ...
- Nie, cutman jedzie swoją furą. Ale poproś go, niech wam pomoże pozbierać manele. Przecież sam widział, co się stało.
- ...
- Tak, kluczyki od vana są w mojej kurtce w szatni. Ale teraz uważaj. Zanim się do niej dotkniesz powtórz trzy razy wyraźnie: kwadratowy durszlak. Bo inaczej źle się poczujesz.
- ...
- Nie musisz rozumieć. Po prostu zrób to. Potem się odezwę.
Jak się łatwo domyśleć, Kaśka przekazała Yakuzie pin do zaklęcia blokującego dostęp do kurtki, gdzie były wspomniane kluczyki.
Potem nastąpił drugi telefon:
- Lalka, nie przyjeżdżamy. Zaistniała taka sytuacja, że...
- ...
- Coś niefajnego. Jeszcze dam znać, jak się więcej wyjaśni.
Dodała jeszcze szybkie syknięcie hisslangiem...
Czyli już jest wiedziane, czemu Roxy i Kaśka nie zjawiły się na konwencie. Bo zaistniała taka sytuacja.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz