13 listopada 2022

Alkoholowa zagadka fałszywego wstydu

Stary Vincent miał opinię poczciwego wujka i nader wspaniałego gawędziarza, pod warunkiem, że nie przekroczył swojego limitu wypitego wina, bo wtedy jego gawędy stawały się mało czytelne. Tego dnia jednak jeszcze nie osiągnął tej fazy, referował swoje przygody nader składnie, zaś w pewnym to momencie, tytułem dygresji dokonał krótkiej autoprezentacji:
- Je ne suis pas alcoolique. Je suis un degustateur.
Słuchacze, ci którzy go znali lepiej, sypnęli gromkim śmiechem. Stary Vincent śmiał się także. On już etap zaprzeczania własnej chorobie miał za sobą. Nie każdy dringol ma taki wgląd. Niektórzy do końca życia potrafią nie przyjmować tego do wiadomości, więc taką dygresję wypowiadaliby jak najbardziej na poważnie.

Zostawmy ten temat, skupmy się na świecie ludzi przynajmniej teoretycznie zdrowszych. Jakby nie było, narkotyki przyjmują nie tylko ogólnie rozumiani narkomani, czyli ludzie uzależnieni lub też rokujący, aby być może nimi zostać. Dotyczy to też alkoholu, być może nawet szczególnie, środka powszechnie dostępnego, tudzież bardzo popularnego. Takich zwykłych używaczy jest przeważająca większość, nie ma żadnych podstaw, aby ich zaliczać nawet do grupy pijących ryzykownie. Ale wśród nich również można spotkać przypadki syndromu zaprzeczania, który wtedy wygląda tak:
- Alkohol piję TYYYLKO dla smaku.
Często też towarzyszy temu nadęcie, swoisty ton wyższości wobec tych ludzi, co to "nie tylko dla smaku".
Rzecz jasna jest to pewien skrót myślowy, bo raczej nikła jest ilość ludzi, którym by smakowała sama substancja czynna, tu raczej tematem są trunki, produkty wszelakie tą substancję zawierające. Ale to akurat jest detal, bez wielkiego znaczenia, kwestia sformułowania. Niektóre takie ptysie faktycznie mówią prawdę. Dość łatwo ich poznać po samej ilości trunku wypijanego podczas jednej sesji. Jest to ilość niewielka, większa zresztą nie ma sensu, bo nawet taka ilość na tyle znieczula receptory smakowe, że druga porcja smakuje już inaczej. Wiedzą to dobrze kiperzy, zawodowi degustatorzy, którzy stosują różne zabiegi, aby po jednej spróbowanej mini porcji przygotować te receptory do następnej. Większość smakoszy, tych realnych, nie mając tej wiedzy kieruje się raczej intuicją.
Ale reszta, przeważająca zresztą, mija się z prawdą, choć trudno orzec, kiedy to robi nieświadomie, kiedy po prostu kłamie. Granica między iluzją i świadomie tworzoną wizją bywa nieraz dość nieostra, rozmyta. Tedy więc nie jest tak łatwo znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego to robią? Dlaczego to takie trudne przyznać, czasem nawet przed samą/ym sobą, że oprócz smaku powodem są narkotyczne własności alkoholu? Całe mnóstwo ludzi lubi przecież, jeśli coś ich zakręci, coś im zmieni stan umysłu. Do tego wcale nie chcą się upić, stracić kontroli nad sobą. Mimo to jednak boją się, że tak oto właśnie zostaną odebrani, jako co najmniej pijacy, kompletnie nieodpowiedzialni oraz destrukcyjni. Zaprawdę biedny musi być ktoś, kto przejmuje się opinią otoczenia jak leci, bez selekcji tych, których zdanie na swój temat warto brać pod uwagę. Ale to już jest kwestia wykraczająca poza temat narkotyków.
Wracając zaś do alkoholu, na bazie wspomnianej obawy, czy nawet lęku rośnie bańka obłudy wokół tego dragu. Sytuacja jest zaiste paradoksalnie schizofreniczna, bo jak wspomniano już na wstępie, jest to narkotyk najbardziej znany, najpopularniejszy, najbardziej oswojony, najwięcej zbadany naukowo, tudzież potraktowany artystycznie. Więc wszystko powinno być jasne. Jednak nie jest. Mimo tego całego przepracowania tematu większość ludzi nie potrafi spojrzeć na alkohol w sposób zdystansowany, tudzież wypośrodkowany. Co prawda niewiele jest optyk skrajnych: "albo abstynencja, albo alkoholizm, tertium non datur", niemniej jednak funkcjonuje schemat zero-jedynkowy: albo bagatelizacja używania, albo dopatrywanie się używania co najmniej ryzykownego. Być może jest tak, że "smakosze", czyli ta wyżej opisana grupa nie umie się uplasować w tym schemacie właśnie dlatego, że nie widzi centrum? Zaprzeczyć używaniu nie może, nie ma też podstaw aby się uznać za pijących (co najmniej) ryzykownie, więc aby jakoś to ogarnąć mentalnie zaczyna fałszować rzeczywistość tezą, że "TYYYLKO dla smaku". Z wielkim przekonaniem nieraz.
Temat można uznać za niewyjaśniony do końca, więc na koniec pytanie do Kawiarni, czy może ktoś ma inny pomysł na tą "zagadkę fałszywego wstydu"? Tak sobie to roboczo, kontrolnie nazwijmy.