08 października 2016

MŁOT NA PROLAJF

Jakie odruchowe skojarzenia z frazą "ochrona życia" może mieć normalny człowiek w normalnych warunkach? Pierwsze, co mi przychodzi do głowy, to jakaś ekologia, czy coś w tym guście. Potem zaś może jakieś kwestie bezpieczeństwa w warunkach potencjalnego zagrożenia? Albo profilaktyka zdrowotna, ratownictwo medyczne, czy takie tam inne. Problem w tym, że polskie warunki nie są normalne i gdy normalny człowiek słyszy lub czyta tą "ochronę życia", czuje podejrzany smrodek...
- Podłość, głupota i nienawiść do kobiet!...
Tak kiedyś pewna moja znajoma podsumowała zwięźle ideologię prolajf. Trudno się z tym nie zgodzić. Co prawda miałbym drobny kłopot, gdyby tak powiedziała o samych wyznawcach, bo co poniektórzy w innych kwestiach bywają nawet sensowni. Poza tym nie lubię myśleć o ludziach gromadnie, wolę indywidualnie. Ale tak nie powiedziała, więc nie twórzmy zagadnienia.
Nienawiść do kobiet? Być może za mocno powiedziane, ale sympatii do pań w prolajfie nie ma na pewno. Tu, zapewne niepotrzebnie, przypomnę, na czym polega ideologia prolajf /spolszczenie od "pro-life", absurdalną obłudę samej nazwy pominę/. Postuluje ona odczłowieczenie kobiety, sprowadzenie jej do roli rzeczy, przedmiotu. Metodą legalną lub nielegalną. To w sumie wszystko, taki jest cel. Czyli jeśli jest sympatia, to tego sortu, co sympatia dawnego niedźwiednika do swojego misia szkolonego do tańca na rozgrzanej, rozpalonej na ognisku blasze.
Podłość? Jak to gdzieś napisano, po owocach można poznać. Jak do tej pory prolajf sporo już ich wydał, na przykład obecna regulacja prawna, zwana cudacznie "kompromisem aborcyjnym". Podłe skutki znamy, choćby przypadki dzieciobójstwa, które zresztą są tylko szczytem góry lodowej.
Okay, ocena moralna jest zapewne istotna, ale ograniczanie się do niej byłoby trywialnie płytkie. Bardziej twórcze jest spojrzenie, nazwijmy to umownie, psychologiczne. Tu pojawia się słowo "głupota", zaiste niełatwe do zdefiniowania, bo nie jest to wcale taka prosta bynajmniej sprawa. Różne poglądy, postawy, czy zachowania tak określamy, więc znaczeń jest sporo. Jako, że nie jest moją ambicją analiza głupoty jako takiej, ograniczę się do takich kwestii, jak odporność na wiedzę, tudzież podatność na Magię Mniejszą, czyli manipulację. Manipulację, która prowadzi do sprania mózgu. W ogóle lub w szczególe. Ten temat prolajf ma opanowany zaiste do perfekcji, gdyby istniała Nagroda Goebbelsa, nominacja do niej byłaby więcej, niż pewna. Konstrukcja tej manipulacji jest dość misterna zaiste, spróbujmy jednak wyłuskać pewne jej elementy.
Pierwszy, to żonglerka terminem "człowieczeństwo". Nie ulega żadnej wątpliwości fakt, że embrion /czy nawet zygota/ rozwijający się w macicy kobiecej jest organizmem zwierzęcym, rodzaju Naczelne, małpy gatunku Homo sapiens. Tyle nam mówi nauka. Dalej już są rozważania na temat "człowieka", jako podmiotu. Owszem, można się umowić, że ów embrion jest podmiotem, umocować to prawem stanowionym. Nie takie umowy zna historia ludzkości, kiedyś umówiono się, że pewien koń imieniem Incitatus będzie senatorem. Takie prawo już jest, istnieje, wspominałem o nim. "Kompromis aborcyjny" się nazywa według niektórych. Tylko jest jeden problem natury logicznej. To samo bowiem prawo odbiera człowieczeństwo /podmiotowość/ kobiecie. Prolajf tego nie widzi lub udaje, że nie widzi.
Drugim elementem puzzla jest "dziecko". Tu także nauka wypowiada się klarownie. O dziecku mówimy, gdy się urodzi. Jako, że czasem zachodzi takie zjawisko jak "wcześniactwo", nie jest nadużyciem słowo "dziecko" na /z grubsza/ miesiąc przed teoretyczną datą tych urodzin. Nonsensem jest jednak mówić o dziecku we wczesnej fazie ciąży, na przykład po kilku tygodniach od powstania zygoty. Ale jest jeszcze coś. Gdy kobieta zajdzie w ciążę chcianą, zaakceptowaną, używa słowa "dziecko" już o wiele wcześniej, wręcz od początku. Takie przyszłościowe myślenie udziela się także jej partnerowi /jeśli jest/, współautorowi ciąży, oraz jej najbliższemu otoczeniu. Jest to jak najbardziej naturalne zjawisko i raczej nikt nie zaneguje prawa kobiety do używania takiego prywatnego języka. Dodajmy jeszcze pozytywne emocje kierowane do owego "dziecka". I tu się pojawia na scenie prolajf ze swoją manipulacją, usiłując ten prywatny, subiektywny jezyk narzucić wszystkim. Także kobiecie, która doświadczyłaby pecha ciąży niechcianej. Prolajf subtelnie gra na emocjach ludzkich, w końcu jakby nie było "wszystkie dzieci nasze są", tak? Aby to wzmocnić używa różnych metod, na przykład frazą o "niewinnych, bezbronnych istotkach", stałym fragmentem gry. Co więcej, posuwa się wręcz do kłamstwa, oszustwa, fałszerstwa. Znane są przykłady propagandowych filmików /"Niemy krzyk" lub inne/, które to pokazują kilkumiesięczne płody jako kilkutygodniowe. Epatują też one przy okazji rzekomym okrucieństwem zabiegu przerwania ciąży i na niektórych to niestety naprawdę działa.
Innym jeszcze obiektem prolajfowskiej żonglerki jest słowo "życie". Coż można na ten temat powiedzieć? Może jedynie tyle, że gdyby prolajf był ideologią konsekwentną, propagowałby fundamentalny dżinizm, którego wyznawcy chodzą nago, zaś ich ambicją jest zagłodzić się na śmierć.
Kolejna sprawa, to kwestia fikcyjnego wroga. Każda prototalitarna ideologia tworzy takowego i prolajf bynajmniej nie odstaje od reszty. Tu "wrogiem" rzecz jasna są kobiety, które "mordują nienarodzone dzieci" i wszyscy inni, którzy ten "niecny proceder" wspierają. Oxymoron "dzieci nienarodzone" już zacytowałem, dodam jeszcze mityczny, rzekomy "przemysł aborcyjny", który ponoć stoi za każdym, kto prolajfu nie wyznaje. Zaś na poziomie idei, "wrogiem" jest filozofia "pro-choice". W powszechnym mniemaniu uchodzi ona za przeciwieństwo prolajfu. Można się od biedy z tym zgodzić, ale pewne detale należy uściślić. Na przykład kwestie kłamstw, jakoby pro-choice postulowało owo "mordowanie" /czyli mówiąc po ludzku, usuwanie ciąży/. Tymczasem nic takiego nie funkcjonuje. "Choice" oznacza wybór, wolny wybór. Jeśli kobieta chce donosić ciążę i urodzić dziecko, nikt jej tego zabronić nie może - tak wynika wprost z filozofii pro-choice". Oczywisty jest też jej sprzeciw wobec zmuszania kobiet do usuwania ciąży. Pojawia się dość istotne pytanie, kto tu dla kogo jest wrogiem? Pro-choice nikomu nie zabrania wyznawania prolajfu, stawia tylko jeden warunek, by jego wyznawca ograniczył swą ideologię jedynie do siebie. To wszystko.
Kolejna manipulacja prolajfu to tak zwany "syndrom poaborcyjny". Owszem zdarza się czasem nieco mało przyjemnego samopoczucia po zabiegu i ma to logiczne, medyczne uzasadnienie. Ale to wszystko. Ewentualne większe psychiczne dolegliwości powoduje jednak nie sam zabieg, lecz otoczenie zdominowane przez prolajf, które to swoim naciskiem próbuje wywołać poczucie winy w kobiecie. Czasem się to niestety udaje, kobieta cierpi, lecz de facto winny nie jest sam zabieg, lecz klimat, który ów prolajf tworzy.

Tego jeszcze jest sporo, nie wszystko da radę omówić. Ale na pewno warto, w ramach akcentu humorystycznego, wspomnieć określenie "cywilizacja śmierci". Humorystycznego, gdyż jest to już taki hogwash, że nawet część prolajferów nie bierze go na poważnie.   
Wróćmy jednak do wspomnianej wcześniej głupoty. Jak już wspomniałem, głupotą jest poddać się, ulec manipulacji, ale sprawa nie zawsze jest taka prosta, bo czasem nie ma zbytniego wyboru:
"Kłamstwo, które rozpoznano, jest już w połowie wykorzenione, ale takie, które nawet ludzie inteligentni przyjmują za fakt - kłamstwo, które zostało wpojone małemu dziecku na kolanach matki - jest bardziej niebezpieczne, trudniejsze do zwalczenia niż szerząca się zaraza"
/A.S.LaVey - Satanic Bible/   
Problem polega tu na tym, iż trudno mówić o głupocie w przypadku tego wspomnianego dziecka, któremu wdrukowano coś do głowy na początku życia. Paradoks jest taki, że dzieci są szalenie mądre, ale równocześnie są zadziwiająco głupie, podatne na różne bzdury. Ale ten temat pozostawię już Kawiarni do filozoficznych rozważań.
Pytaniem za to jest istotnym, jak się bronić, by samemu nie zgłupieć? Nie każdy jest dostatecznie odporny na manipulację, ta zaś w przypadku prolajf bywa naprawdę dość subtelna. Chyba najprostszym sposobem jest nie wdawać się w dyskusję z prolajferem. Na pewno go nie przekonamy, zaś neutralna wymiana zdań jest mało możliwa, gdyż to on będzie próbował nas nawracać. Co więcej, będzie nam próbował narzucić swój żargon, a to tylko doprowadzi do zbędnych emocji. To nie znaczy bynajmniej, by wcale z nim nie gadać, bo na wiele różnych innych tematów taki ptyś może się okazać sensownym rozmówcą. Wystarczy wykazać się pewną dozą asertywności, by nie dawać się wkręcać w ten konkretny temat. W ostateczności, gdy uparciuch nie odpuszcza, po prostu przerwać kontakt, odejść. Jest jeszcze taki zabawny, choć prymitywny chwyt, stosowany w niektórych sektach fundamentalistycznych. Używają go ich członkowie podczas rozmów, gdy ktoś próbuje ich zmotywować do używania mózgu. Tu można zastosować go w odwrotnym celu, gdy prolajfer próbuje nam mózg wyłączyć. Po prostu zakrywamy uszy ze słowami: "nie słucham cię". Można to uznać za infantylne, nie na poziomie, ale kto taką opinię wyda? Prolajfer, czyli osoba, z której zdaniem liczyć się nie ma potrzeby.
Czy prolajfera można wyleczyć? To się zdarza, choć dość rzadko. Swojego czasu byłem bezpośrednio naocznym świadkiem tegoż. Otóż kiedyś na studiach odbyłem romans z koleżanką z roku. Jednak zbyt długo to nie trwało. Co prawda godny seks nieraz bywa początkiem wielkiej miłości oraz wspaniałego związku, tym razem jednak tak się nie stało. Nie ma co wnikać dlaczego, być może jedną /choć nie jedyną/ z przyczyn było to, że dziewczyna miała poglądy prolajferskie i próbowała mi je wciskać. Co prawda nazwa "prolajf" jeszcze nie istniała, jednak sama ideologia już tak. Tak więc zrewidowaliśmy nasze relacje, pokojowo, jak na cywilizowanych ludzi przystało. Nadal jednak, niejako siłą rzeczy, widywaliśmy się na uczelni i któregoś razu, niedługo po rozstaniu moja "była i niedoszła" poprosiła mnie o chwilę prywatnej rozmowy na osobności:
- Wiesz, jest pewien problem...
Dość szybko wyszło nam, że żadne z nas chwilowo na rozmnażanie nie ma ochoty, wyjście więc było tylko jedno. Akurat prawo na ten temat było jeszcze normalne w tym kraju, więc można było ogarnąć kłopot na pełnym legalu. Jako, że od zawsze wyznawałem i wyznaję zasadę, iż kobieta ma ostatnie słowo, jeśli chodzi o odpowiedź na pytanie "czy?", uznałem też jej prawo do niego, jeśli chodzi o pytanie "jak?". Ponieważ nie ufała ona państwowej służbie zdrowia, wybraliśmy placówkę prywatną. To oznaczało pewne koszta, które ponieśliśmy mniej więcej po równo. Od tamtej pory owej pani odszedł z głowy prolajf, ja zaś zachowałem absolutny takt i nigdy nie robiłem żadnych uwag, co do zmiany jej poglądów. Czy wyleczenie było trwałe, tego już nie wiem, ale do czasu ukończenia studiów nawrotów choroby już u niej nie notowano, przestała pleść prolajfowe brednie.
O takich przypadkach słyszałem potem jeszcze kilka razy. Motyw /poza jednym przypadkiem/ był zawsze ten sam. Osobą wyleczoną była kobieta, zaś czynnikiem leczącym był pech w postaci ciąży w nieodpowiednim momencie życia. Zaś wspomniany jeden przypadek był rodzaju męskiego. To był gość, który dokształcił się porządnie i w pewnym momencie przyznał iż /cytuję z grubsza/, co można uznać za objaw zdrowienia:
- Rzeczywiście to jest jakieś chore, by coś, co nie ma jeszcze działającego mózgu miało większe prawa kosztem dorosłego człowieka.
Na koniec wróćmy jeszcze do samej ideologii prolajf, przedmiotu niniejszej pracy. To, co teraz napiszę może się wydać kontrowersyjne, może dlatego, że nigdy sam nie spotkałem takiego spojrzenia na sprawę. Otóż wielu prolajferów, zwłaszcza tych fundamentalnych, których obecne nieludzkie prawo jeszcze nie zadowala, miewa poglądy /nazwijmy to umownie/ "pronarodowe" i "propaństwowe". Darujmy już sobie szukanie dokładnych definicji, uzgodnijmy dla uproszczenia, że wiemy, o chodzi, że chodzi w tym o jakieś tam dobro narodu czy państwa. Załóżmy, że już doszło do wprowadzenia skrajnie drakońskich regulacji prawnych i spójrzmy na ewentualne konsekwencje. Zapewne wiele kobiet sobie poradzi i dochody klinik za granicą nieco podskoczą. Ale tylko nieco, bo większość sobie nie poradzi. Będą one rodzić wszystko, co tylko jest do urodzenia, nawet przysłowiowe "ucho w galarecie". Część zapewne umrze od razu, ale część zapewne przeżyje, ale niezdolnych w dorosłym wieku do samodzielnej egzystencji, do zarabiania na siebie. Liczne zaś choroby trzeba będzie leczyć, zaś liczne niepełnosprawności rehabilitować. To spowoduje konieczność pomocy państwa, które temu po prostu nie podoła, ani finansowo, ani organizacyjnie. Czyli, by już nie przedłużać, puenta będzie taka, że "pronarodowe" prawo obniży wybitnie kondycję narodu, zaś "propaństwowe" wykończy budżet państwa /czyli samo państwo/ już do reszty. Zrobi się nader ciekawie, wręcz za ciekawie. Ta wizja nie jest żadną dystopią, to jest realna perspektywa, której zdolności ogarnięcia prolajf jest pozbawiony. Klapki na oczach to wykluczają.
===========
Niniejszy post nie jest reakcją na ostatnie wydarzenia w kraju. Był planowany już o wiele wcześniej, ale Lato spowodowało wstrzymanie prac nad nim. Niemniej jednak owe wydarzenia przyspieszyło ich wznowienie. Przekaz jest wciąż aktualny, będzie taki nawet wtedy, gdy prawo aborcyjne znormalnieje. Bo zawsze jest tak, że nawet gdy jest dobrze, znajdzie się ktoś chętny, by to popsuć.
I jeszcze jedno. Pewna znana, powszechnie lubiana i szanowana blogerka podpisująca się nickiem Marzena napisała niedawno tak: 

Za każdym razem, gdy piszę o aborcji, zakładam, że to już ten „ostatni raz”.
Mam nieco podobnie. Chodzi mi czasem po głowie, by napisać o tym coś sumarycznego, kompletnego, raz na zawsze i już do tego nie wracać. Tak się zapewne nigdy nie stanie, lecz aby mieć spokój na pewien czas, coś jeszcze dodam, coś nie do końca centralnie na temat, choć nadal na temat:
Suplement, czyli męska odpowiedzialność
Opisana wcześniej historia opisuje sytuację, gdy nie ma różnicy zdań na temat tego, co zrobić z kłopotem, który się pojawił za sprawą czystego pecha. Czyli zero konfliktu, pełen consensus. Bywa jednak inaczej. Czyli ona chce rodzić, ale on sobie tego nie życzy, albo ona nie chce rodzić, on zaś ma ambicje zostać tatą. Co teraz? Najlepiej po prostu o tym spokojnie pogadać we dwoje, z jednym jednak zastrzeżeniem. Od zawsze wyznaję filozofię, że choć mężczyzna, jako współautor ciąży powinien mieć coś do powiedzenia na ten temat, to ostatnie słowo należy do kobiety. Jemu pozostaje jedynie głos doradczy, rola konsultanta. Uzasadnienie tego jest banalne. Po prostu ciało kobiety jest jej własnością, to na nią spada cały kłopot tej sytuacji, ona będzie musiała znosić fizycznie dolegliwości związane z ewentualną ciążą i porodem lub pozbyciem się tej ciąży. Logicznym jest, iż ta sytuacja nakłada pewne ograniczenia na formę owej konsultacji. Mowy być nie może o jakichkolwiek naciskach, zmuszaniu, tudzież manipulacjach kobietą, by jej decyzja była po myśli mężczyzny. Takie postępowanie z jego strony jest, eufemistycznie mówiąc, wyjątkowo słabe. Co dalej zatem? Nic. Trzeba wziąć to na klatę. Cokolwiek ona nie zdecyduje, on ma jej pomagać. Materialnie na pewno, choć przydałoby się też wsparcie psychiczne. Nie ma jednak wymogu, by /jeśli są w związku/, ten związek utrzymywać na siłę. To by było bez sensu, bo taki związek byłby przeważnie fikcją. Podsumowując zaś zwięźle ten temat, to seks odpowiedzialny się to nazywa, gdyby ktoś chciał szukać odpowiedniego określenia dla całokształtu tej sytuacji.
Ideologia prolajf jest zaprzeczeniem powyższej filozofii, gdyż kobieta nie ma nic do powiedzenia. Co więcej, nawet mężczyzna za nią nie decyduje, bo robi to za nich system, państwo za pomocą prawa.
Howgh!

===========
Uwaga końcowa, czyli komunikat Kolegium Moderatorskiego:
Jak wiadomo, podczas procedury moderacyjnej nie zajmujemy się poglądami zawartymi w komentarzach, wymagamy jedynie wysławiania się po ludzku. Czyli między innymi na forum tego bloga nie tolerujemy prolajferskiego żargonu i prolajferskich agitek. Polityczna poprawność nie ma czego tu szukać. Ale jest pewna drobna kwestia. Czasem w dyskusjach pada zdanie, iż ktoś jest "zwolennikiem aborcji" /lub "za aborcją"/, albo że jest "przeciwnikiem aborcji" /lub "przeciw aborcji"/. Funkcjonuje to jako pewien skrót myślowy, oznaczajacy, że ktoś jest za normalnym prawem /liberalnym/, albo za obecnym lub jeszcze gorszym. Skrót lub idiom, bo dosłownie go rozumiejąc, to można być jedynie za lub przeciw konkretnej aborcji w konkretnych przypadkach. Jak więc widać, jest to idiom dość idiotyczny. Komentarz z taki zwrotem nie jest wielką zbrodnią i kasacji nie ulegnie z tego powodu, mimo to prosimy, by komentujący nie używali go, bo jest to po prostu zwykły obciach.

36 komentarzy:

  1. Już słyszę ten kwik w gawrze po przeczytaniu jednego fragmentu:):):):):)No dobra, ja się już wypowiedziałam wiele razy u siebie, u Ciebie i może jeszcze gdzieś-jestem za wolnym wyborem kobiet.
    Ponieważ napisałeś wszystko- no prawie wszystko, a akurat tu "prawie" nie robi różnicy, nie pozostało mi nic innego, jak stwierdzić- może to będzie ostatni raz....ale nie u mnie, bo ja mam jeszcze kilka interesujących tekstów 'do wklejenia' na ten temat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no pewnie, że nie wszystko, bo to jest temat nie tylko na kilka postów, ale wręcz na kilka blogów... ostatni raz to u mnie na pewno nie będzie, ale co najmniej jakiś czas chcę odzipnąć sobie od tego tematu...

      Usuń
  2. Pozwolę sobie powtórzyć moje słynne słowa, które napisałam kiedyś na pewnym blogu i doprowadziły do szału konserwy;-). Kobiety w Polsce są traktowane jak krowy rozpłodowe, zwierzęta do rozrodu i bydło do zapłodnienia. Środowiska pro life uważają kobiety za stado trzody, brakuję mi tu tylko państwowych inseminatorów, czyli weterynarzy lub osoby po przeszkoleniu, która bez pytania zapładniały tą trzodę. Wiem wulgarne słowa napisałam, ale tak niestety jesteśmy traktowane, jako bydło bez mózgu, które nie ma prawa sama o sobie decydować.
    Tak pkanalio to jest nienawiść do kobiet i podłość, w stosunku do nich, bo nie chodzi tu o żadne płody. Dla mężczyzny płód jest abstrakcją a nie żadnym jego dzieckiem, więc jeśli mężczyzna prolajfow gada głupoty o nienarodzonych dzieciach tzn., że po prostu nienawidzi kobiet lub tępi je, bo uważa, że może.
    Przyznam się, ze, gdy mężczyzna odmawia kobiecie prawa do aborcji to mnie irytuję, ale jak kobieta mówi o nienarodzonych i chce odbierać prawa kobietom do decydowania o sobie to mnie mocno boli i mam wtedy ochotę traktować te baby jak właśnie krowy rozpłodowe i przylać im porządnie po tych grubych dupskach batem jak trzodę .
    Z całym twoim tekstem się zgadzam ;-)))))
    Pozdrówki .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dawny chłopek pańszczyźniany miał więcej szacunku do swojego żywego inwentarza, niż te nazi-buraki do kobiet... co do inseminacji, to akurat sami ją chcą zablokować do końca, co akurat jest dość dziwne...
      rzeczywiście wydawać by się mogło, że ludzie powinni mieć więcej empatii do osób tej samej płci, ale w przypadku prolajfowych kobiet ta hipoteza wybitnie nie funkcjonuje...
      pozdrówki :)...

      Usuń
  3. Anonimowy8/10/16 21:35

    Bardziej logicznie chyba się nie da. Szacunek.Po.ba.s.BBM

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. thx :)... można co najwyżej detaliczniej, bo wybrałem tylko bazowe elementy charakterystyki prolajfu...
      za to tu dodam historię, jak jeszcze przed weekendem protestów /czwartek? piątek?/ Monika Olejnik zaprosiła do studia jakiegoś fanatyka /nie pamiętam nazwiska, ale nie był to ani Jurek, ani Terlikowski/, który w każdym zdaniu co najmniej dwa razy powtarzał frazę "zabijanie dzieci", do tego z zaiste goebbelsowskim uporem, tak jakby wszystkim chciał to utrwalić w głowie... takiego fanatycznego świra, z takim obłędem w oczach, to ja dawno nie widziałem... w końcu prowadząca się wkurzyła i przywołała go do porządku... mało skutecznie zresztą, bo ten czubek dalej swoje, na szczęście program się skończył, bo byłaby chyba naprawdę niezła awantura...
      po.ba.s. :)...

      Usuń
  4. Napisane jasno i w temacie. Dołożyłabym jeszcze jeden punkt.
    Obserwuje wzmożone zjawisko manipulacji ze trony świadomych i nieświadomych wyznawców pro-life w kwestii uświęcania "żałoby poronnej".
    Duży odsetek kobiet roni ciążę naturalnie, najczęściej w początkowym stadium tak 7-8 tydzień. Zaobserwowałam tendencje do nadawania imienia, chrzczenia, stawiania wirtualnych nagrobków.
    Z doświadczenia wiem, że każda próba celebrowania naturalnego w końcu procesu wywoływała we mnie kosmiczny sprzeciw.
    Horrendum dla mnie jest podsycanie w kobiecie żalu po "stracie". Moja własna babcia pod wpływem zaleceń księdza, wieczorami przy pomocy wody święconej i specjalnej modlitwy nadawała imiona i chrzciła nienarodzone i poronione dzieci. Pomysł co najmniej poroniony, ale babci wybaczam bo miała wtedy ponad osiemdziesiąt lat. Tym którzy dokonują manipulacji i wmawiają kobietom, że poroniły człowieka z imienia i nazwiska, wybaczyć nie mogę. I znowu powołam się na własne doświadczenie, jeśli kobieta chce dziecka to szybko powinna zapomnieć o niepowodzeniu, dostać odpowiednią dawkę wiedzy od lekarza i spróbować ponownie, a nie stawiać wirtualne zniczyki, przeżywać żałobę i często pogrążać się w depresji.
    To co napisałeś i to co ja napisałam prowadzi do wniosku, że władcom potrzebny jest człowiek głupi, zastraszony i powolny po prostu wyznawca.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie dziwiłbym się, gdyby klechy zaczęły rozpowszechniać mit, że za "pochówek" tkanki pochodzącej z poronienia czeka nagroda, np. 100 lat odpustu... skojarzyła mi się teraz Wróżka Zębuszka, która gdy dziecko włoży pod poduszkę wypadnięty mleczny ząbek, przychodzi w nocy i zamienia go na /np./ 5 złotych :)... różnica może tylko taka, że chodzi o pochówek formalny z udziałem celebransa, któremu należy się co łaska...
      pozdrawiam :)...

      Usuń
    2. @Pkanalia
      A mnie nie zdziwiłoby, gdyby wierni to przyjęli, jako kolejną "wielką prawdę". Głupota ludzka nie ma granic, podobnie jak strach.

      Usuń
  5. Już od dawna podejrzewam, że na tę szerokość geograficzną trafiłam za karę.
    Nie oszukujmy się- dopóki KRK będzie tu pełnił rolę przewodnią tak długo kobieta będzie wciąż puchem marnym, który można dmuchnąć, zgnieść, wyrzucić.
    Każdego obrońcę "życia poczętego" skazałabym na 1 rok pracy w charakterze opiekuna dziecka, które urodziło się z nieodwracalną wadą, uniemożliwiającą mu normalne życie do końca swych dni + utrzymywanie finansowe takiego dziecka.
    Jestem przeciwniczką aborcji zamiast stosowania antykoncepcji ale jestem również przeciwniczką utrzymywania przy życiu dzieci urodzonych przed ukończeniem 7 miesiąca ciąży.
    W krajach, które zadały sobie trud zbadania życia dzieci, które urodziły się przed 30 tygodniem ciąży przestano na siłę ratować takie super wcześniaki.Dzieci te były badane po ukończeniu 7 roku życia.Z badań wynikało jasno, że każdy tydzień dłużej zachowanej ciąży to większe szanse dla dziecka na normalne życie po urodzeniu się.
    Teraz swe środki finansowe skupiają raczej na uświadamianiu przyszłych matek jak przygotować się do świadomego macierzyństwa i
    postępować w trakcie ciąży, by nie zagrażać zdrowia i życiu dziecka.
    A trud włożony w uświadamianie seksualne dzieci i młodzieży zawsze owocuje spadkiem aborcji.
    Miłego;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tzw. "aborcja zamiast/jako antykoncepcja" jest zjawiskiem marginalnym i takim było także za peerelu... jego wyolbrzymianie jest elementem propagandy prolajf, ale ponieważ prolajf nie ma na to monopolu, bo wspomina o nim także nieco normalnych ludzi, nie poruszałem tego tematu w tekście posta... ale teraz, skoro o tym wspomniałaś, coś napiszę:
      otóż nie wiemy, co się dzieje w głowach większości kobiet, czy aborcja jest dla nich sposobem na antykoncepcję, czy furtką awaryjną na wypadek pecha... można to jedynie sprawdzić pośrednio, badając ile aborcji w życiu dana kobieta przechodziła... pomijając te, które nigdy nie miały zabiegu, to przeważająca większość miała tylko jeden, drobna ilość dwa, zaś absolutną rzadkością są przypadki częstsze, nie wspomnę już o nastokrotnych... a tylko w takich przypadkach można przypuszczać /tylko przypuszczać/, że kobieta używa aborcji jako antykoncepcji... czyli problem jest sztucznie nadęty, marginalny, c.b.d.o...
      ...
      niestety te same środowiska, które są za restrykcyjnym prawem aborcyjnym, wyją ze zgrozy na samo wspomnienie o jakiejkolwiek edukacji seksualnej... jak to pojąć?...
      miłego :)...

      Usuń
    2. Jak pojąć? Mamy wielce popaprane społeczeństwo, przyzwyczajone do tego, że jeśli czegoś nikt nie widzi to hulaj dusza, piekła nie ma.
      Jeżeli od kołyski każdy słyszy, że nasze ciało jest siedliskiem grzechu, że seks pozamałżeński to jest grzech a w małżeństwie ma służyć głównie prokreacji, to po latach wszystko mu się w łepetynie miesza.
      Dlaczego są przeciwni edukacji seksualnej? - bo zapominają, albo wręcz nie wiedzą, że zakazany owoc bardziej wabi niż ten dostępny, a poza tym są sterowani przez degeneratów, bo nikt mi nie wmówi, że celibat nie degeneruje psychiki.
      Miłego;)

      Usuń
    3. @ Pkanalia

      Nie wiem, czy ten komentarz przejdzie, w koncu nie raz pokazales jak manipulujesz moimi komentarzami tobie nieprzychylnymi, ale, co mi tam, najwyzej go przeczytasz. U siebie do ciebie tez to napisalam.

      Uwazasz, twierdzisz, sadzisz ( wybierz wlasciwe), ze :
      tzw. "aborcja zamiast/jako antykoncepcja" jest zjawiskiem marginalnym i takim było także za peerelu... "

      Obok w zakladkach masz zalinkowana stronke Women on Web..proponuje ci abys tam wszedl i poczytal historie kobiet, bo nawet nie wiesz co linkujesz. Bicz na samego siebie.
      Pani M. pisze "To co sie stalo, bylo klasyczna wpadka"- wpadka to raczej nie wynik antykoncepcji?

      barbara k pisze:
      "Wiekszosc zycia bralam tabletki antykoncepcyjne; ale czesto zapominalam brac, nawet 3 pod rzad i nie stosowalam dodatkowej antykoncepcji, w przerwach od brania tabletek nie zawsze stosowalam kondomy. Sadzilam, ze jak wpadne, to bede miala dziecko i juz. Kiedy sie dowiedzialam o ciazy, bylam zalamana. Zupelnie nieprzygotowana emocjonalnie."

      Kolejna w swojej historii napisala, ze od teraz bedzie sie lepiej zabezpieczala, czyli cos tam stosowala, ale ....

      Poczytaj moze.

      Usuń
    4. @Ania...
      "...w koncu nie raz pokazales jak manipulujesz moimi komentarzami tobie nieprzychylnymi..."...
      nie widzę powodu, by komentarz wycinać, ale zacytowane powyżej kłamstwo, które w nim umieściłaś pozwolę sobie wytknąć...
      co do reszty:
      nie bardzo rozumiem, czego mają dowodzić przytoczone przykłady?... jedynie niefrasobliwości owych pań, ale niczego poza tym... bo na pewno nie tego, by traktowały aborcję jako antykoncepcję... zwłaszcza drugi przykład, gdy pisząca jasno stwierdza, że była gotowa donosić i urodzić... akurat gdy się stało, że zaszła w ciążę, nie sprostała psychicznie sytuacji, ale to już osobna sprawa...

      Usuń
    5. Oczywiscie klamie, szczegolnie wtedy kiedy niby przenosze watki stad do siebie. A kilka pieter wyzej u mnie w komentarzach, stoi jak byk twoj wpis, ktory zawiera wyrazenia i opinie, ktore tu zawierasz.

      Usuń
    6. Ania nie marudź już... komentarz poleciał tylko jeden i wcale nie za "nieprzychylność"...

      Usuń
  6. Im dłużej trwa dyskusja nad tym tematem, mam wrażenie,że idzie to wszystko w niepożądanym kierunku, w mediach też, bo...bo to wygląda jakbyśmy byli za aborcją głównie, a nie o to chodzi, chodzi o to, by kobieta była WOLNA, wolna w swoich wyborach...Od wieków trwa mit Matki Polki, szczęśliwej matki, a tak nie jest...rozmawiam z matkami, więcej dzieci to nie jest takie szczęście jak w nas wtłaczają, oczywiście jakiś tam odsetek kobiet czuje tę potrzebę, ale to mały odsetek tak naprawdę, każda wie doskonale jak wygląda u nas polityka prorodzinna, poza tym kobieta z niepełnosprawnym dzieckiem jest skazana na siebie tak naprawdę , ani kościoł ani państwo wtedy nie interesuje się takim dzieckiem, ochrona życia jakoś wtedy nie obowiązuje...nie ma kar dla faceta, który taką kobietę zostawia samą z problemem, mówi się,ze facet ma słabą psychikę, nie wytrzymał, zaostrszenie przepisów odbiera kobiecie wolnośc po prostu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mnie się wydaje, że ostatnie protesty nieco wyklarowały sytuację... spotkały się prolajferki "lajtowe" /czyli zgadzające się z obecnym (tfu!)"kompromisem"/ z kobietami bardziej wolnościowymi i te pierwsze zaczęły używać mózgu, pojmować, że o to właśnie chodzi, o WOLNOŚĆ kobiety w swoich wyborach...
      przypomnijmy, jak to się zaczęło... zaczęło się od złamania przez PiS obietnicy wyborczej, że każdy obywatelski projekt ustawy zostanie rozpatrzony... ale potem się posypało, czara goryczy się przelała...
      masz rację, że kwestia aborcji w tym momencie nie jest najważniejsza /choć nadal bardzo ważna/, ale generalnie problem polega na dziwacznie pojmowanej przez reżim polityce prorodzinnej... każdy hodowca /np./ królików wie, że nie chodzi tylko o to, by te króliki rozmnożyć, ale by o te króliki porządnie zadbać... pisowskim "mądrym inaczej", przydałoby się w ramach praktyk, zanim się zabiorą za politykę prorodzinną, pół roku pracy na takiej fermie hodowlanej...

      Usuń
  7. Swoje zdanie na ten temat wyraziłem w jakimś stopniu u siebie i w komentarzach. Co do możliwości napisania notki ,,totalnej" zamykającej temat chyba nie ma szans, zwłaszcza, że jak na razie środowiska pro-life odłożyły tylko na moment broń, zaraz ruszą z ponowną ofensywą na parlament.

    Skojarzenie niczego sobie muszę powiedzieć. :) Klepsydra niejedno ma imię widać.

    Wywaliłem jeden link, zamieniłem drugi, a dziś dam nieco więcej muzyki pana o inicjałach C.B.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. polska "klepsydra" to także "obituary", a to słowo również muzycznie kojarzy się godnie:
      https://youtu.be/qq4WJLyo554
      pozdrawiam! :)...

      Usuń
  8. Obecna, ale haiku na ten temat nie stworzę, ani innej prozy...pozdro ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. w sumie to wołałbym rzeczywiście popełnić post inspirujący do haiku, ale ten temat długo już leżał zaległy w szufladzie, trzeba było go ogarnąć, by nie zakwitł i chodzić nie zaczął...
      pozdro :)...

      Usuń
  9. Mam niejasne przeczucie, że prezes J.K. wcale nie jest ortodoksyjnym prolajferem. Podejrzewam, że w ogóle nie jest prolajferem. Przecież on z tymi problemami nigdy w życiu się nie spotkał. Jest co najwyżej "teoretykiem".
    Jednak chętnie używa różne nawiedzone sekty do siania zamętu w głowach "suwerena". Wiadomo nie od dziś, że w mętnej wodzie dobrze łowi się ryby. A prolajferzy i ustawy pro- czy anty- potrzebne mu są do wyłapania jak największej ilości "elektoratu".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mnie się wydaje, że n.n. /narodowy nadprezes/ właściwie nie ma żadnych poglądów w tym temacie, w wielu innych zresztą też... nie wykluczone, że gdyby /np./ ruch Pro-choice zaczął przekraczać granice masowości, n.n. próbowałby się wykreować na jego lidera...

      Usuń
  10. Zwolennikom nadania praw obywatelskich zarodkom życzę długotrwałego zahibernowania i skutecznego przywrócenia funkcji życiowych po rozmrożeniu. Gratuluję również przyznania takich praw zaśniadowi groniastemu. Ku chwale Ojczyzny!
    On Cloud Nine

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. byle po rozmrożeniu nie wypuszczać ich z lodówki...

      Usuń
  11. Sporo tego.
    Ja przede wszystkim jestem przeciwnikiem używania słowa "dziecko" w odniesieniu do zygoty. To, że przy odpowiednich warunkach wyrosnąć z niego może dziecko potrafiące utrzymać samodzielnie (bez aparatury lub żywicielki) funkcje życiowe (przy zapewnienia pokarmu i bezpieczeństwa) nie oznacza, że teraz jest dzieckiem. Za to kobieta jest człowiekiem, bardzo ważnym, bo dającym życie i dźwigającym trud wychowania, główny trud. I to jest życie, któremu się należy ochrona, którą proliferzy mają w dupie.
    Tak jak Leszek napisał, że ma wrażenie, iż JK nie jest ortodoksyjnym zwolennikiem "prolife", tak ja uważam, że nie tylko JK, ale większość z "proliferów" ma jedynie taki sposób na życie- lubią się po prostu wpieprzać w cudze, zamiast zająć się swoim, a zamiast ludzi, chronią zygoty, jednak nie wynika to z ich pobudek moralnych, a wręcz przeciwnie- z próżności i pychy:"tak powiedziałem i tak, k...a ma być!" Chętnie bym zobaczył ich interwencję w mieszkaniu damsko- dziecięcego boksera, żeby chronić bezbronnych ludzi, a nie spuszczać się nad zarodkami, które w ich chorej wyobraźni oprócz kształtów dwulatka, dostają zdolność myślenia i czucia, istniejącą, co należy zaznaczyć, tylko w ich wyobraźni.
    Co się zaś tyczy "leczenia" prolifera, najlepiej "proliferki", to zacząć należy od zapisania jej do lekarza z podpisaną klauzulą sumienia- najlepiej do Chazana, żeby pomógł jej poznać skutki grzechu pierworodnego. Ale już bez złośliwości- na dzień dobry, to z proliferem należy postępować jak z pijącym alkoholikiem- ma zbierać wszystkie konsekwencje swoich decyzj- on sam, a nie inni ludzie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zaiste naprawdę sporo, zwłaszcza, że tylko szkicowo omówiłem wierzchołek góry lodowej...
      co do owego słowa "dziecko", to mnie naprawdę nie przeszkadza, gdy ktoś do swojego kota mówi prywatnie /np./ per "koniu", zaczyna mi przeszkadzać dopiero wtedy, gdy ktoś się upiera publicznie, że ów kot jest koniem...
      ...
      analogia prolajfera z aktywnym narkomanem jest nadzwyczaj trafna, gdy projektowałem tekst miałem taki pomysł, by o tym wspomnieć... po prostu nie ma szans, by zmienić coś w jego umyśle zwykłym komunikatem werbalnym... tu musi nastąpić jakieś konkretne doświadczenie, wydarzenie, wtedy dopiero jest szansa, że coś mu w umyśle drgnie na plus... rzecz jasna nie chodzi o to, by kreować takie wydarzenia, np. gwałcąc prolajferki, bo jest to podłe i sprzeczne z filozofią "pro-choice"... rabunek wolności wyboru to już jest specjalność, wręcz core, jądro prolajfu...

      Usuń
  12. "Będziemy dążyli do tego, by nawet przypadki ciąż bardzo trudnych, kiedy dziecko jest skazane na śmierć, mocno zdeformowane, kończyły się jednak porodem, by to dziecko mogło być ochrzczone, pochowane, miało imię." Oto słowo Pańskie, czyli Prezesa Polski.
    Proszę zwrócić uwagę, że nie powiedział ani słowa o rodzących te dzieci "z ciąż bardzo trudnych". One nie są matkami, kobietami a już na pewno żadna z nich nie jest człowiekiem. Są nikim.



    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wypowiedź nn /nadprezesa narodowego/ jest zaiste kuriozalna... przede wszystkim jednoznacznie wykluczyła ona osoby innych wyznań, w których taki rytuał przejścia, jak wspomniane "chrzczenie" nie jest praktykowane, tudzież osoby areligijne...
      ale nn nieraz już dowiódł swojego dyletanctwa w różnych kwestiach...
      problem jednak jest szerszej natury... słusznie zwróciłeś uwagę na fakt, że nn olał owe rodzące... tym samym po prostu okazał się on chamem pozbawionym szacunku dla kobiet, a przy okazji ujawnił swoje braki w prowadzeniu polityki wewnętrznej... inna sprawa, że jakoś zbytnio mnie to nie martwi, że od takich gadek zwolenników mu nie przybędzie...

      Usuń
    2. "Będziemy was psychicznie torturować nakazując rodzenie dzieci skazanych na śmierć, bo czymże jest wasza nędzna, doczesna kondycja psychiczna wobec świętego aktu użycia kropidła?". Cóż za popis humanitaryzmu prezesa. Właśnie obejrzałem wywiad z prof. Dębskim, który wyraźnie zaznaczył, że żadna instytucja w Polsce nie prowadzi statystyk konkretnych przyczyn przerwania ciąży z powodu "ciężkich i nieodwracalnych uszkodzeń płodu", więc opowieści o odsetku legalnych aborcji w wyniku samego tylko zespołu Downa można wsadzić między brednie o "niemym krzyku".
      Na innym blogu znalazłem natomiast niezwykle trafne określenie fanatyków obrony praw niewykształconych płodów kosztem zdrowia i życia niewiast - "zygotarianie". Żywię nadzieję, że ci stanowią bardzo niewielką część społeczeństwa i w konfrontacji z wkurzonymi kobietami (i mężczyznami) z całego kraju szanse na przepchnięcie absurdalnych pomysłów tego zakonu wyglądają marnie.
      On Cloud Nine

      Usuń
    3. ależ tak, mit o 90% zespołów Downa został zmyślony zupełnie niedawno, na obecne potrzeby propagandowe...
      natomiast ostatnio przeczytałem kawał, że PiS dbając o płody z potencjalnym zespołem Downa próbuje hodować sobie elektorat... dowcip może nienajwyższych lotów, ale celności trudno mu odmówić...

      Usuń
  13. Poczytałam. Bardzo dobry wywód.
    Pamiętam czasy PRL,kiedy w świadomości kobiet to nie był żaden problem. I pamiętam również pytanie pierwsze ginekologa - i co z tym robimy. Tak było .Pan doktor walczył o swoje pieniądze, pani ,która była nie za bardzo przekonana,czy chce być mamą czy nie mogła skorzystać z oferty.Znam przpypadek,kiedy pani umówiona już na wizytę "zabiegu" zwyczajnie uciekła i dziś ma troje wnuków od tego niewyskrobanego dziecka.
    Pomimo wszystko był wybór. Pretensję w tamtych czasach można mieć jedynie do lekarzy prywatnie praktykujących ,że jednak nie wspierali kobiet w ich problemach,mam na mysli to pierwsze pytanie.
    Kobiety,które zdecydowały sie panstwowo w szpitalu usunąc ciąże byly traktowane - delikatnie mówiąc - niezbyt elegancko.
    To co się teraz dzieje jest nie do pomyślenia, to jest nieakceptowalne.
    Pani pewna,która głosowała na PIS,matka zresztą tej nieusuniętej ciązy, mówiła - a co mnie to obchodzi,mnie to już nie dotyczy.
    Pewien pan - e to będą teraz jeżdzić do Czech..
    Więc właściwie jak same kobiety nie wezmą się i nie pozbierają to dalej będą traktowane jak trzoda rozpłodowa..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no cóż, pytanie ginekologa "i co z tym robimy?" rzeczywiście można interpretować jako delikatną sugestię, ale prolajfer podniesie wielki wrzask i nazwie to już "namawianiem" do "zabójstwa"...
      ...
      znam kilka relacji kobiet, które za peerelu odbyły zabieg na państwowym oddziale, ale o niezbyt eleganckim traktowaniu nic w nich nie było... znam tylko historię, gdy na sali była pacjentka, która przechodziła zabieg po raz ósmy, ale to nie personel, lecz raczej inne pacjentki mało elegancko się o niej wypowiadały za jej plecami krytykując jej bezmyślność... właśnie od takich pojedynczych przypadków powstał mit o rzekomej "powszechności" traktowania aborcji jako antykoncepcji...
      natomiast rzeczywiście zdarzało się w państwowych szpitalach niezbyt miłe podejście do pacjenta, ale to zjawisko dotyczyło różnych specjalności, niekoniecznie tylko tej, jednak gburowate zachowanie personelu zdarza się do tej pory...
      ...
      no właśnie... "mnie to nie dotyczy"... smutny jest ten brak empatii, który potrafią wykazać ludzie, których temat bezpośrednio nie dotyczy z przyczyny wieku, czy innych uwarunkowań zdrowotnych, albo tacy, których stać na wyjazd... tymczasem z tym "niedotyczeniem" może być tak naprawdę różnie i rozmaicie...

      Usuń
  14. @Pkanalia
    Chyba nigdy nie będzie tego "ostatniego razu", gdy my "powiększymy grono aniołków", następni będą pisać o swojej nadziei na ten "ostatni raz". Dlaczego? Głupich nie sieją. Od początku świata rodzili się tacy, którym marzyła się władza absolutna nad życiem kobiet. Czasami im się nawet udawało. Na szczęście, koniec końców, zawsze takich delikwentów czekała młocka od rozeźlonych pań. Tak jak kiedyś za narzędzie służące nabiciu rozumu do pustego łba służyła wielofunkcyjna maczuga, dzisiaj niezawodną bronią okazuje się internet. Efekt jest jednakowy - strach przed słusznym gniewem kobiet.

    Czy dyskutować z prolajfem? Dlaczego by nie. Nie należy tylko robić sobie zbytniej nadziei na jakiś consensus. Kilka tygodni temu zapytałam takiego, czy wie, czym była eugenika. W odpowiedzi zobaczyłam pustkę w oczach "obrońcy" (sam się nim nazwał) i usłyszałam przeciągłe: "yyyyyyyy". Jestem zwolennikiem dyskusji pod warunkiem, że jest ona merytoryczna i mój rozmówca nie używa konstrukcji, które odnoszą się do sfery jego wierzeń. W takim przypadku szkoda mojego czasu. Do czego może prowadzić poniższa wymiana zdań?
    - Tak trzeba robić.
    - Dlaczego trzeba? Ja też tak muszę?
    - Tak, bo tak nakazuje nam nasza wiara, nasz bóg!
    Bywało już, że w przypadku takiego obrotu sprawy wyjaśniałam mojemu interlokutorowi, że na świecie funkcjonuje kilka tysięcy religii i ja, choćbym nie wiem, jak bardzo chciała być uprzejmą i miłą, nigdy nie będę w stanie postępować zgodnie z wolą tylu bogów. Nie wiem dlaczego moje słowa wywołują na ogół oburzenie... Cóż, nie muszę wszystkiego wiedzieć, prawda? :)


    Kiedyś myślałam, że problem leży w uzgodnieniu, czy mówimy o "człowieku", czy też o "projekcie człowiek". Naiwność. Ostatnia "fala" jasno pokazała, że prozaicznie chodzi o władzę. Nie myślę tylko o władzy politycznej, czy duchowej. Pewna grupa społeczna usilnie dąży do narzucenia swojego światopoglądu reszcie społeczeństwa, w rezultacie - do zawłaszczenia ich wolności.

    P.S. Za dobre słowa dziękuję:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zdarzają się prolajfowe ptysie z pewnym zasobem inteligencji, które próbują swoje stanowisko uzasadniać naukowo... nawet nieźle im to wychodzi, rzecz tylko w tym, że nie jest to problem ani moralny, ani naukowy, lecz prawny... niemniej jednak zadziwiające jest, że wszyscy z zaiste kocią zręcznością omijają temat "kobieta", to w ogóle nie istnieje w ich toku /czasem nawet bardzo logicznego/ rozumowania...
      ...
      potraktuj pls owe dobre słowa jako informację zwrotną i manipulacyjną próbę motywowania Cię, byś pisała coraz fajniejsze teksty...

      Usuń