wszystko jest tylko i wyłącznie złudzeniem,
absolutnie doskonałym,
które nie ma nic wspólnego z dobrem ani ze złem,
akceptacją ani odrzuceniem...
wszystkie rzeczy nie są takie, jakie wydają się być...
nie są także inne... można więc roześmiać się w głos i nie pytać, komu bije dzwon... bije, bo komuś płacą za szarpanie sznurem...
- Byłam w salonie piękności. - Widzę, że było zamknięte?
🌵 😏 ❓ Chociaż przy stoliku w Pleciudze siedziały tylko cztery czarownice, kelnerka znając stałe czwartkowe klientki zapytała domyślnie: - Pięć i rurka? Pięć pleciugato, a rurka z bitą śmietaną dla Maliny. - Nie, tylko cztery. - Koleżanki ma nie być? W innych uwarunkowaniach to pytanie ze strony kelnerki można by uznać za niezbyt bardzo taktowne, jednak ta akurat była już na tyle zakolegowana, że problem z niczego nie zaistniał. Roxy, bo to ona akurat była przy piłce odparła: - Koleżanka ma zaraz być, ale ostatnio wcale nie używa kawy. Dla niej poprosimy smufi. Może takie z tą, no... Mala, jak to Mala próbowała pomóc: - Z salmonellą? - Nie dzikusko! Ze spiruliną. - A ona może? Zresztą jak nie może, to ja wypiję. - Dobrze. Żeby pani nie trzymać, to cztery pleciugato i to jedno smufi. Jak przyjdzie zaraz, a się okaże, że jej nie pasuje, to coś sobie domówi. Bo my już nie wiemy, co ona może, co nie może. Malina oderwała się na chwilę od srayfona: - I ta moja rurka! Pani Renata, bo tak miała na plakietce pokiwała głową. - Chyba już rozumiem. Koleżanka jest w ciąży? - Trafione, zatopione, brawo pani Renia. Ona nawet marychy nie używa ostatnio, tak jej ta ciąża padła na mózg. Tak się porobiło. - Jak byłam w ciąży to też kawy nie piłam. Ale zielsko jarałam. Tak kontrolnie, jak wszyscy. Bo czy istnieje inne jaranie zielska? Za to dzieciak jest okay. Już mam skargi z przedszkola, że koleżanki maca i nie chce się uczyć katechuj... No, tego tam... A zresztą. W tym momencie kelnerka przerwała, chyba poczuła, że jest jednak w pracy i szybko odtuptała. Za to pojawiła się Anita. Choć szła swoim dystyngowanym krokiem kobiety z klasą, to mimo tego coś było nie tak. Albo bardzo tak, bo pierwsza zareagowała Malina: - Hej, bratowa. Masz aurę, jak po porządnym rżnięciu. - Żebyś wiedzała. Aż za porządnym. Wszystko mnie boli, cipa, japa, dupa, nie wspomnę innych miejsc, które mi twój bro wymiętosił. - Co was tak naszło nagle? - To raczej mnie bardziej naszło, przecież Borek ma wtedy mało do gadania, gdy mnie najdzie. Bo tak sobie pomyślałam tuż przed fajrantem, że dawno tego nie robiliśmy w robocie. Przez pierwszy rok bycia razem ganialiśmy do kibla prawie codziennie na szybki numerek. Potem się trochę ustabilizowaliśmy, wreszcie jakby za bardzo. To mnie właśnie naszło. Roxy spytała szybko: - W schowku na odkurzacze, czy właśnie w kiblu? - Ani tu, ani tu. U mnie w pokoju, w gabinecie szefowej działu logistyki. Jest dobrze umeblowany do takich akcji. Przecież wtedy już prawie nikogo nie ma w firmie, więc mieliśmy pełen komfort. Wtedy Mala przejęła piłkę: - Zamówiłyśmy ci smufi. Takie z salmonel... Wróć! Ze spiruliną. Tylko tu był kłopot. Bo my nie wiemy, co ty możesz, czego nie. - Czekaj, zaraz spojrzę. Tu mam taką ściągawkę od Ziry. - Od Ziry? Ruda pospieszyła z wyjaśnieniami: - To jest ta jej koleżanka z zakonu Benges. - No. Przytaknęła Anita i dodała: - Bo ja ostatnio dość psychopatycznie dbam o siebie. Ogarnęłam sobie dwie listy zaleceń i zakazów. Jedna, taka mniej jasna, jest na podstawie witchnetu. Drugą mam właśnie od Ziry. Obie są dość podobne, ale ta druga jakby bardziej klarowna. Na przykład kawa odpada, ale poszłam jeszcze dalej. Nawet Ziela nie używam. - A co z Sally? Na sabacie w niedzielę jaramy Sally, więc... Malina zaczęła, ale Roxy jej przerwała: - Nic nie jaramy. Są dwa nowe wapery na stanie. Gadaj po ludzku. - Tu masz rację. Ale nie wiedziałam, myślałam o faji. Roxy miała rację, bo waperów, wapków, waporyzerów się nie jara, tylko wapuje. Takim wapkiem jest na przykład e-papieros, więc jeśli ktoś mówi, że się pali e-papierosa lub iqos'a, to tak, jakby powiedział, że jest idiotą. Poważnym zresztą. Palić e-papierosa można co najwyżej w piecu lub ognisku, jak się go tam wrzuci. Tymczasem Nita zajrzała do pliku kartek wyjętych z torebki. - Sally odpada. Tak w ogóle, to każdy gatunek szałwi odpada. Nawet taka popularna, na płukanie stanów zapalnych. Aha, skoro na temat sabatu, to robimy tak, że jutro nie czarujemy. To chyba oczywiste, skoro w niedzielę ma być kwartalny. Strasznie fajna pora zresztą - szesnasta zero trzy, jak któraś jeszcze nie wie. Ma być Ciocia Lala z tą swoją Różą, chce jej zrobić inicjację na koniec szkolenia. Ma być jeszcze parę innych sióstr, choćby Gotki. Będzie też wspomniana Zira od Benges. Za to nie będzie mnie. Chyba rozumiecie, za dużo się będzie działo, jak na mnie. Taka sytuacja, przejściowa na szczęście. - Mnie też nie będzie. To dorzuciła wciąż milcząca dotąd Kaśka budząc zaciekawienie Rudej, która szybko spytała: - Co? Ty też jesteś w ciąży? Coś nowego. - Za szybko myślisz. Nie jestem. Ale nie mam ochoty na Sally, co zresztą jest tu najmniej ważne. Centralnie to poprosiłam niedawno Nitkę o drobne doszkolenie. Taka mnie potrzeba nawiedziła. Jak wy będziecie na haju, to my we dwie zrobimy sobie taki mały sabat równoległy, edukacyjny.
Jak pamiętamy, to gdy u Kaśki odkryto moc, gdy ją Lalka urobiła na zajęcie się czarami, to bazowe szkolenie przechodziła pod patronatem Anity właśnie. Wtedy zapytała Mala: - To wibracje się nie sprzęgną? - Sprzęgną. Dlatego wy działacie u mnie w domu, a mnie Kasia zaprasza do siebie. Ale wieczorem na after party wrócimy. Za to Mala popełni honory pani domu. Żadna inna tak dobrze tego nie ogarnie. To nie jest sekret. Anita przerwała, ale jeszcze nie skończyła. - Za to jutro po południu jadę do wioski Benges. Ruda jedzie ze mną, ale może któraś jeszcze chce? Turbinko, może ty masz ochotę powspominać? Jak to dziewczęciem będąc usmarkanym uczyłaś się kombajn ogarniać? Wracamy w sobotę wieczór, może w niedzielę rano. Jak pamiętamy Mala spędziła tam kiedyś około roku. - Chętnie, ale odpada. Łukasz przyjeżdża do miasta. Od piątku po południu do niedzieli w południe nie schodzę mu z siusiaka. Plus różne przerwy rzecz jasna. To będzie długi stosunek przerywany ileś tam razy. Zaśmiała się z własnego dowcipu, za to Malina wtrąciła: - Ja też nie mogę. Obiecałam Mariolce, że całą sobotę mam dla niej. Trochę ostatnio byłam zajęta, jej kosztem zresztą, więc... Wtedy odezwała się Kaśka: - Ale za to ja chętnie pojadę. Raz, że turystycznie, tak dla odmiany, dwa, że chętnie spotkam tą małą, co ją kiedyś tam wysłałam. Dasiek się nudził nie będzie, ma Borka i Miśka wolnych do dyspozycji, kupią sobie piwska, będą mieli swój bal samców. Da się im Ziela na odjezdnym, to się nie upiją. - Borek się nigdy nie upija, nawet jak nie ma Ziela. Stwierdziła Anita, zaś Roxy dodała: - Mój Misiek też pije odpowiedzialnie, bo ja mu tak każę. Jak wszyscy wiemy, kaśkowy Adaśko przebijał wszystkich. Był mutantem, który nie metabolizował narkotyku zawartego w piwie, bez względu na spożytą ilość. Ten dobrotliwy olbrzym miał pełne prawo nie kłamiąc deklarować, że pije tylko dla smaku. Bo jak również wszyscy wiemy, większość takich smakoszy łże, gdy to mówi. Ale to już było kiedyś omawiane... Tymczasem Malina nagle spytała: - Nitka, a po co ty tam w ogóle jedziesz? - Bo chyba tam się rozwalę, jak donoszę. Pewnie nie wszystkie wiecie, ale one mają ponoć najlepszą porodówkę. Lepszą, niż te wszystkie zagramaniaczne kliniki. Tam się rozwalało sporo innych naszych sióstr, od nich to wszystko wiem. Tam mi cipy nie popsują. Roxy ma być wtedy przy mnie, więc obie chcemy zobaczyć, jak to wygląda. Teraz już wszystko wiecie. Takim sposobem wiedźmy miały już ustalony z grubsza plan na cały nadchodzący weekend. Przeszły więc do takich zwykłych babskich tematów, nie tylko dla czarownic zastrzeżonych. Zostawmy więc już je samym sobie, przejdźmy za to do pewnych ogłoszeń parafinowych, czy jakichś tam innych: Otóż jak co roku redakcja bloga zaczyna Święta według kanonów religii naturalnych, czyli od chwili Przesilenia Zimowego, po czym świętuje do któregoś tam stycznia. Aż samo jakoś tak wygaśnie. Wtedy nie pojawi się kolejny odcinek cyklu o czarownicach. Ale to nie oznacza, że nic się nie będzie działo na tych łamach. Prosimy traktować to jako ogólny, mega zagadkowy, nic nie spojlerujący konkretnie spojler. Zaś na sam koniec krótko i na temat: ROŚNIJCIE W SIŁĘ I BAWCIE SIĘ DOBRZE ❗ UDANYCH, SATYSFAKCJONUJĄCYCH ŚWIĄT ❗
Malina znała Yakuzę od wielu lat, ale nigdy za nią nie przepadała, nigdy też tego nie ukrywała. Środowego popołudnia, czy raczej wczesnego wieczoru zajechawszy do klubu zajrzała do szatni. - Kasik, gotowa już? - Chwilunia. Zanim się wypnę niech się dopnę. - Razem jedziemy, czy każda swoim? - Pojedźmy osobno, tak będzie poręczniej wracać. Wychodząc z szatni Kaśka dodała: - Aha, bo jest pewna zmiana planów. - No? - Jedziemy do Rudej. Na małe czarowanie. Siądźmy na chwilę. Gdy w recepcji Malina usłyszała wyjaśnienie sytuacji prychnęła: - Znowu? - Co znowu? - Znowu ratujemy dupę twojej pupilce? Szkoda, że Anita tego nie słyszała. Ona miałaby dość sporo do powiedzenia na temat ratowania dupy Malinie, tak przez Kaśkę, jak też Borka. Ale Kaśka odpowiedziała mocno wymijająco: - Lalka, nie marudź, chodź, jedziemy. Gdy Roxy otworzyła drzwi Kaśka spytała: - Co ty masz na sobie? A raczej czego nie masz. Faktycznie, strój miała na sobie dość niedbały. Tak, jakby czekała na dostawcę pizzy. Ale Malina inaczej rozpoznała sytuację: - Pukała się przed chwilą. Dzioba byś sobie wytarła. Roxy jednak zignorowała tą uwagę. - Wchodzicie, czy nie? Bo mi wszystkie muchy wylecą na klatkę. Odwróciwszy się ruszyła w głąb mieszkania. - Misiek! Drugą kawę szykuj! Po czym dodała wyjaśniająco: - Myślałam, że sama przyjedziesz. - Wróżka od siedmiu boleści. Z kuchni wyszedł Misiek z tacą kawy i nadstawił przybyłym paniom policzki do ucałowania. Za to Roxy wyciągnęła dłoń do Kaśki. - Daj mi to cacko. Idźcie do pokoju, napijcie się kawencji, a ja sobie chwilę sama podumam nad tym. Misiaczku, zabaw damy rozmową. Nie wiem, ile mi to zajmie. Po kilkunastu minutach Ruda wyszła z łazienki kompletniej nieco ubrana, do tego uśmiechnięta od ucha do ucha. - Wszystko już wiem. Znaczy prawie wszystko. Wiem, co to za zaklęcie, kto je utkał, jak działa, nie wiem tylko, kto je zlecił. Ale tego akurat nie ma jak się dowiedzieć. Nagle wtrącił się Misiek: - Ja się na tym nie znam, ale można by przycisnąć... - Kogo? Żadna zawodowa wiedźma nigdy ci nie powie danych klienta, możesz prosić, katować, kupować, ni kutasa. Nawet taka partaczka, jak Berta. - Berta? Ożywiła się Malina. - Tak, Berta. Ja ją znam, Anita zna, wy mogłyście ją widzieć przed sylwkiem, wtedy co te fajerwerki zablokowałyśmy. Ale kto by to spamiętał. Zjechało się straszne stado, tony broch, a potem szybko się rozjechało. - A czemu partaczka? - Bo nie ma za dobrej opinii w tym światku. Tą klątwę zresztą też spierdoliła. Ale może wszystko po kolei. Nita miała rację, że to działa dermatologicznie. Na szczęście jednak, znaczy dla ofiary na szczęście, dosyć lajtowo. Tydzień, dwa porządnej wysypki, potem przechodzi bez śladu. Nawet za bardzo nie swędzi. Kaśka pokręciła głową z niedowierzaniem. - Tylko tyle? - Jak się będziesz drapać, to się poharatasz. Ale poważniejsze czary to już nie są tanie rzeczy. Im mocniejszy skutek, tym drożej. Ładna jest ta wasza... Jak jej tam? - Zofia vel Yakuza. Kwestia gustu. Oświadczyła Kaśka, zaś Malina dodała: - Ja bym ją z łóżka wyrzuciła, ale ja jej nie lubię, więc nie jestem obiektywna. To Kaśka chce jej pomóc, nie ja. To jej podopieczna. - Ale Kasi pomożesz, tak? Poza tym nie ma obiektywnych gustów, ocen, sympatii. A do łóżka się chodzi z kimś, kogo się chociaż troszkę lubi. Przynajmniej ja tak mam. Mówiąc to Roxy uśmiechnęła się do Miśka i zakontynuowała: - Normalnie, to taką klątwę się neutralizuje. Nitka nie chciała tego zrobić, bardzo słusznie zresztą, ale nam akurat nic nie grozi. Mam jednak ciekawszy pomysł. Mówiłam, że Berta spaprała robotę. - No, właśnie, co zrobiła nie tak? Spytała Malina. - W strukturze zaklęcia jest luka, taka drobna niedokładność. Ale ta luka pozwoli nam odesłać klątwę do nadawcy. - Do Berty? - Nie. Bercie nic nie można zrobić, mimo, że na zaklęciu jest jej sygnatura. Ale nie zabezpieczyła za dobrze zleceniodawcy. Więc możemy go skarcić. Piszesz się na to Kasiu? - Nie wiem. Muszę zadzwonić do Yakuzy i spytać, skąd wzięła ten wisiorek. Bo jak znam Zośkę, to mogła go na przykład ukraść. Sama go nie zaklęła, znaczy nie zleciła Bercie, bo ona w takie rzeczy nie wierzy. - Rozumiem, o ci chodzi. Nie chcesz mieć na koncie... - Dokładnie. - A ona ci na pewno powie prawdę? - Na pewno nie okłamie. Najwyżej odmówi odpowiedzi. - Wiesz, zawsze można ją potraktować Verakolą. - Nie chce mi się w to bawić. To wolę już anihilować klątwę. Intuicja mi jednak mówi, że czegoś się dowiem. Ja na temat Zośki wiem takie rzeczy, od niej samej, że... - Że nawet nam nie powiesz. W tym momencie wtrąciła się Malina: - A co się z nią działo przez ostatnie trzy lata? - Dwa i pół, tak mniej więcej. Nie wiem, ale będę wiedzieć. Nie pytam, bo mnie to nie interesuje. Ale prędzej, czy później sama mi powie. To tylko kwestia czasu. - To teraz idź i dzwoń. Do sypialni. Roxy bardzo lubiła sobie pokrzyczeć uprawiając miłość, robiła to nadzwyczaj głośno, donośnie, więc sypialnię miała znakomicie wygłuszoną. Zaś gdy Kaśka wróciła, to oświadczyła, że mogą śmiało odesłać klątwę do nadawcy. Wtedy Ruda wstała i usiadła Miśkowi na kolanach. - A teraz mój Misio Patysio zajmie się czymś sam, bo Wiewióreczka Misia Patysia idzie z koleżankami też się czymś pozajmować. - Tak, wiem. Babskie sprawy. Ucałowała go i ruszyła przedpokoju. Koleżanki stały już przy drzwiach do sypialni. Kaśka wyciągnęła dłoń zapraszającym gestem komenderując: - Gryzoń przodem.
🙌 Następnego dnia, w czwartek zresztą, cała piątka wiedźm, czwartkowym zwyczajem spotkała się w Pleciudze. Anita z Malą uważnie wysłuchały relacji na temat wisiorka, którym właśnie bawiła się ta druga, pytając na sam koniec: - Kasiu, to skoro Zosia nie powiedziała ci, od kogo dostała ten drobiazg, to klątwą oberwała jakaś randomowa osoba? - Nie do końca randomowa. To była osoba, która chciała zrobić jej kuku. Więc została ukarana. A drobiazg już jest czysty. - Ale stu procent pewności nie masz. Ta osoba mogła ukraść lub znaleźć już wcześniej zaczarowany wisiorek. Dlatego przykro mi, ale nie podoba mi się ta akcja. Wtedy wtrąciła się Anita: - Zaklęcie wyglądało na dość świeże. Trudno powiedzieć, czy było to z jej strony rozmyślne, czy nie. Ale skutek był taki, że tematem rozmowy nagle się stała teoria magii realnej. Centralnie zaś kwestia czasów trwałości, okresy ważności zaklęć zależnie od ich rodzajów, czy innych czynników. To zaś złagodziło nieco zaostrzający się klimat przy stoliku. KONIEC(prawie) EPILOG Następnego dnia, piątkowego popołudnia, tuż przed początkiem treningu Kaśka odniosła wrażenie, że nie może się doliczyć jednej Neonówki. Zapytała więc: - Czy ja dobrze pamiętam, że w środę było was pięć? - Dzisiaj nie ma Sabeny. - Któraś wie, co się nią dzieje? Yakuza pokręciła głową mówiąc: - Nie mam pojęcia. - Ale ja mam. Odezwała się inna dziewczyna i dodała: - Sabena jest chora. - Co jej jest? Gadałaś z nią? - Z nią nie. Z jej młodszą siostrą. Wczoraj wstała rano, Sabena znaczy, miała jakąś koszmarną wysypkę. Jak spojrzała w lustro, to dostała ataku histerii. Zamknęła się w pokoju, telefon wyłączyła, za to włączyła buhuhu na pełny regulator. - No cóż, chyba żadna laska nie lubi być brzydka. - Po południu jej ojciec zadzwonił po pogotowie i ją zabrali. Mówili, że na zakaźny. Dziś jest tam dalej, na obserwacji. Nic więcej nie wiem, tyle, co od tej jej siostry. Odwiedzin zero na tym oddziale, ta siostra była, ale jej nie wpuścili. Tylko parę drobiazgów przez salową podała jej do izolatki. - No, dobrze. Znaczy niedobrze. Pracujemy. Bieg dookoła sali. Trening przebiegł bez zakłóceń, zaś po jego zakończeniu Kaśka przytrzymała Yakuzę na chwilę rozmowy. - Zosiu. Dwa tygodnie temu na siłce była taka sytuacja, że rzuciłaś jedną ze swoich panienek na glebę. Potem Mala jej opatrunek robiła. A ty grzecznie zmyłaś podłogę. - Skąd to wiesz? - Od Mali. Przecież ja muszę wszystko wiedzieć, co mi się dzieje tu w klubie. Zwłaszcza takie incydenty. Mala mi od razu powiedziała, tylko ja zapomniałam cię opierdolić. Jestem bardzo zajętą osobą, więc mi jakoś z głowy wyleciało. - To teraz mnie będziesz gęgać? - Nikogo nie będę gęgać. Przedawnione, zapomniane. - Bo się jak chamówa ostatnia wtedy zachowała. Bo jak to tak? Dziewczyna pracuje, coś akurat naprawiała, a ta sobie z niej robi chłopca na posyłki. Może trochę za ostro, sorry, ale poniosło mnie. Potem z Malą gadałam, strasznie fajna dziewczyna. Skąd ty ją wytrzasnęłaś? Taka radosna i w ogóle. Dwa tygodnie i już ją lubię. - Tak jakoś, przypadkiem. Powiedz mi jeszcze tylko, która to była? No wiesz, ta, co ją tak wtedy zglebowałaś? - Nie ma jej dzisiaj. To ta chora, Sabena. - A wisiorek też ci dała? - Tak, na przeprosiny, już później, po paru dniach. - Ja go dam Mali. Wiesz, że ja nie noszę takich rzeczy. - Dobrze. Tak naprawdę, jak tak połączyć kropki, to jej się należy. - Tak, połączyć kropki... Chodźmy dupska pomyć. Kaśka miała już połączone kropki, wszystko było dlań jasne. Na salę powoli schodziła się grupa aerobiku.
Pięć Neonówek przycupnęło w kącie dużej sali. Co prawda Yakuza nie wyjaśniła za bardzo swoim koleżankom, o co chodzi, bo sama prawie nic nie wiedziała, ale szybko je przekonała, że Kaśce warto zaufać. Po chwili weszły jeszcze cztery osoby: dwie dziewczyny, dwóch chłopaków. Coś mruknęły zdawkowo na powitanie, po czym stojąc pod ścianą naprzeciwko zajęły się cichą rozmową. Zaś po paru minutach pojawiły się Kaśka i Magda Maczuga. Ta pierwsza podeszła do panienek Yakuzy, które to błyskawicznie wstały na widok wchodzących trenerek. - Hejka dziewczyny, streszczę wam sytuację. Najpierw zrobimy wspólny trening z tymi ludźmi, co tam stoją. Moja koleżanka poprowadzi. Rozgrzejecie się, potem trochę z nimi posparujecie. Chyba, że któraś nie ma ochoty, fochów nie będzie. Na koniec zajęć opowiem wam dokładnie, jaki jest pomysł. Powinnam to zrobić najpierw, ale sprawy potoczyły się trochę inaczej. Madzia, możesz zrobić rozgrzewkę? Taką lajtową, bez furii. Nagle coś przyciagnęło jej wzrok. Chwilę patrzyła na wisiorek na łańcuszku, który Yakuza po zdjęciu go z szyi wrzuciła do miseczki leżącej na parapecie okna. Twarz jej stężała na ułamek sekundy, szybko jednak kamienne rysy zastąpił uśmiech. Zaś stojąca na środku sali Magda klasnęła w ręce. - No, kluseczki, pracujemy. Może zacznijmy od pajacyka. Kaśka przez chwilę fachowym okiem obserwowała ćwiczących. Potem powoli podeszła do okna. Nikt nie miał najmniejszej szansy zobaczyć, jak wisiorek Yakuzy trafił do kieszeni dresu trenerki. Ona zaś drugą dłonią wyjęła telefon i ruszyła do drzwi sali. Po drodze minęła Maczugę, coś jej szepnęła, po czym wyszła. Stojąc na korytarzu wybrała numer. - Nitka? Ty masz dziś w klubie zajęcia z rodzenia, tak? - ... - Na którą? - ... - Aha. Tak właśnie pamiętałam. To mam prośbę. Wyjdź parę minut wcześniej i podjedź pod pierwszy budynek. Zaparkuj pod recepcją, wejdź do środka i wydzwoń mnie. - ... - To nie jest na telefon. Wyjdę do ciebie i ci wyjaśnię. Wróciwszy na salę obserwowała ćwiczącą grupę przez kilka minut. Gdy uznała, że jest wystarczająco ciepło zadysponowała: - Tam w rogu leży cały potrzebny nam dziś sprzęt. Rękawice, kaski ochraniacze. Przywdziejcie to na siebie, a potem ty i ty, ty i ty, oraz ty i ty na początek. Luźna walka, według reguł ka jeden. Tylko bez szału, to nie gala. Reszta walka z cieniem, tak, żeby się nie zastać. Dalej szło bardzo sprawnie. Kaśka co parę minut płynnie zmieniała zestawienia par bacznie przyglądając się sparującym. Co jakiś czas wymieniała ciche uwagi z Maczugą. Wreszcie zadzwonił jej telefon. Szybko został odebrany: - Tak, już wychodzę do ciebie. Magda przejęła kierowanie ruchem, Kaśka zaś wyszła z sali, po czym szybko ruszyła do recepcji. Czekająca już tam Anita nie ukrywała zdziwionej miny. - Co się stało takiego? - Chodź, coś musisz zobaczyć. Gdy obie usiadły przy stoliczku Kaśka wyjęła wisiorek. - Co ty na to? - Ojej, mocne. Klątwa. Śpiąca klątwa. Niefajnie taką oberwać. - Tyle to i ja wiem. - Fachowa robota, utkana przez zawodową. Nawet wiem, przez którą. Znam tą sygnaturę zaklęcia. Kogo tak brzydko uraczyła? - Powiedzmy, że koleżankę. Ale bezmockę, nie naszą. Resztę ci opowiem wieczorem, zadzwonię i wszystko wyjaśnię. Na razie mi tylko powiedz, czy możesz to zneutralizować? Bo ja akurat nie umiem, to jeszcze nie moja waga. Faktycznie, Kaśka czaruje dopiero ledwo ponad trzy lata, za to Anita piętnaście, już od małolactwa. Co prawda ta pierwsza jest bardzo zdolna, ale tej drugiej nie przeskoczy. - Teraz od ręki? - Teraz od ręki. To cacko podpiździłam tylko na chwilę, musi zaraz wrócić na miejsce, właścicielka nic nie wie. A ja się obawiam, że może łupnąć w każdej chwili jak go tylko dotknie. - Tak, może. Ja to umiem zneutralizować, ale centralnie chwilowo teraz nie mogę. Rozumiesz, dlaczego nie mogę? Mówiąc to Anita pogłaskała się po nieznacznie już widocznym brzuchu. Jak wiemy, dla czarownic w ciąży pewne czary są zbyt ryzykowne, wybitnie nie powinny ich wykonywać. - Trzeba Rudą poprosić. Ona to ładnie ogarnie. Ale jest też dobra wiadomość. Teraz mogę to czasowo zamrozić, zablokować, jakoś do jutra, nawet do pojutrza. - To zrób to proszę, bo zaraz muszę wracać do pracy. Zaś do jutra to ja już sobie poradzę, Roxy mi przecież nie odmówi pomocy. - Pewnie, że nie. Daj to szkiełko. Anicie faktycznie zajęło to niespełna parę minut. - Gotowe. Powiedzmy, że teraz hibernuje, jak zwał, tak zwał. Masz od trzydziestu do czterdziestu godzin czasu. Co potem, kiedy to ma się uaktywnić pojęcia nie mam. - A tak w ogóle, to co ta klątwa ma robić? - Za mało czasu, żeby dokładnie zbadać, ale tak na moje oko, to pachnie jakąś dermatologią. Ale jakiego kalibru, to tak na biegu tego teraz nie rozpoznam.
- To ja lecę. Dzięki Niteczko, kocham cię. Gdy Kaśka wróciła na salę sprawy toczyły się tak samo, jak wtedy, gdy wyszła. Podrzucenie wisiorka do miseczki na parapecie nie sprawiło jej żadnej trudności. Zaś potem mogła już się dalej zająć pracą. W pewnym momencie zapytała stojącą obok Maczugę: - No, i jak ci się podobają te moje harpie? - Ta jedna to stara wyjadaczka. Kiedyś już ją widziałam. - A reszta? - Nieźle. Tylko trzeba to powtórzyć, zobaczyć jak graplują. - Tak zrobię. A na razie kończymy powoli na dzisiaj. Po jakichś dziesięciu minutach Magda aplikowała jeszcze swojej czwórce jakieś ćwiczenia dorzynające, za to Kaśka posadziła Neonówki w kącie sali. - No, moje panienki. Czas na obiecane wyjaśnienia. - Zamieniamy się w słuch szefowo. - Najpierw zapytam. Dobrze się bawiłyście? - Pewnie, było mega. Odpowiadała Yakuza, reszta dziewczyn tylko potakiwała głowami. Kaśka już miała na końcu języka, aby jej powiedzieć: - One cię kiedyś zabiją. Ale zmieniła plany i oświadczyła oficjalnym tonem: - Też się wspaniale bawiłam. Sporo już umiecie, fajnie, że Yaki was znalazła, zebrała do kupy, dlatego klub Oktagon, czyli po części ja, ma dla was prezent. Darmowy, regularny wjazd, cały sprzęt do dyspozycji plus obsługa trenerska... - Wy wiecie, ile Kasia bierze normalnie za godzinę? - Yaki, nie przerywaj, starsza mówi. Do tego dodaję za jakiś czas regularne okazje, aby komuś na ringu porządnie skopać dupę. Tak sportowo, nie na poważnie. Nie wiem, co lubicie robić najbardziej, ale tłuc się też lubicie. Przy okazji coś za to skopanie można zarobić. Wiem, że nie szukacie pracy, macie już jakieś sposoby zarabiania na rachunki, ale parę groszy ekstra też się przyda. Czy wszystko jasne? Yaki, cicho bądź. Jedna z dziewczyn podniosła dwa palce do góry. - To kiedy następny trening pani Kasiu? - No, konkretne pytanie. Pojutrze, w piątek, godzina siedemnasta. Czy to którejś koliduje? To jest jeszcze do dogadania, dopóki mam grafik nie zamazany do końca. Kaśka wyjęła telefon kontynuując: - Jestem bardzo zajętą osobą, a klubu nie stać na magazynowanie powietrza w pustych pomieszczeniach. To co? Pasuje? Nie widzę protestów. Resztę terminologii dogadamy sobie w piątek. Przed wejściem upomnijcie się o nowe karty w recepcji. To wszystko na dziś. Było mi miło pracować z wami. Gdy wszystkie wstały, chwyciła Yaukuzę za ramię. - Zosiu, czekaj chwilę, mam do ciebie sprawę. Prywatną. - Prywatną? - No. Chodzi o ten twój wisiorek. - Jaki znowu wisiorek? - Ten, który zaraz weźmiesz z parapetu. - A, ten. Co z nim jest? - Pożyczysz mi go do piątku? Yakuza spojrzała na Kaśkę mocno zdziwona. - Od kiedy zesroczałaś? Jak cię znam, nigdy nie nosiłaś błyskotek. - Powiedzmy, że realia zmuszają mnie, żeby zrobić wyjątek. Mam takie spotkanie rodzinne, że... - Nic mi dalej nie tłumacz. Nie pożyczę ci go. Ja ci go dam. - Coś ty? To bardzo ładny i pewnie cenny drobiazg. - Kasiu, nie twórzmy zagadnienia. Mogę już iść? Gdy Kaśka została sama na sali najpierw odetchnęła z ulgą. Kompletnie nie miała wcześniej pomysłu, jak przejąć wisiorek na dłużej. Tłumaczyć Yakuzie temat magii realnej? Chwilowo ją to przerastało. Tymczasem problem zniknął sam, zanim się pojawił. Przynajmniej chwilowo na razie. Spojrzała do telefonu, po czym szybko wyklikała numer. - Lisiczko, jest sprawa. Taka magiczna bardziej. Co dziś robisz? - ... - No, dosyć pilne. Nawet awaryjne. - ... - Dobrze. To za jakąś godzinę z ogonkiem jestem u ciebie. Ogonek był. Do pryszniców. O tej porze w klubie tak było zawsze. Kaśka już od pół roku zbierała się, aby ten, jakby nie było poważny temat omówić z Malą i ze Stryjem, ale jako bardzo zajętej osobie wciąż jej to wylatywało z głowy.
Tego popołudnia wchodząc do sali siłowni Kaśka spodziewała się zastać wszystkie Neonówki, jak ostatnio nazywano ekipę Yakuzy, ale ujrzała tylko jedną. Dziewczyna siedziała na maszynie ćwicząc przywodziciele, jednocześnie zaś również toczyła wesołą rozmowę ze stojącym obok mężczyzną, zapewne robiącym sobie przerwę między seriami i wpatrzonym jakby niechcący w rejon między jej rytmicznie zaciskającymi się udami. Jednak na widok wchodzącej szybko wstała głośno zapodając: - Dzień dobry pani szefowej! Reszta obecnych na sali również spojrzała na Kaśkę, ktoś skinął głową, ktoś coś mruknął, ona zaś idąc odparła: - Hejka wszystkim. Sama jesteś? To ostatnie było skierowane do Neonówki. - Nie. Dziewczyny są na workowni. - Aha. No, to bawcie się dalej dobrze. Maczeta obróciła się była na pięcie i wyszła z sali. Dochodząc do workowni już na korytarzu słyszała głuche łomoty używanego sprzętu. Zaś wchodząc do środka ujrzała sporo osób. Yakuza ze swoją załogą też tam faktycznie były. Miarowo obijały ciosami lub kopnięciami wiszące worki, poza jedną, która obrała sobie za ofiarę klasyczną makiwarę, taką specjalną deskę ćwiczebną przymocowaną do ściany. Po drugiej zaś stronie sali senioralny wizualnie brodaty pan katował muk yan jonga, drewniany manekin używany do ćwiczenia technik wing tsun. Widać zauważył Kaskę kątem oka, bo nagle przerwał, obrócił się do niej, po czym wykonał elegancki ukłon. Odpowiedziała mu tym samym popierając to uśmiechem, po czym skupiła uwagę na ćwiczących Neonówkach. Uważnie przyglądała się ich technikom, wreszcie podeszła do tej przy desce. Położyła jej dłoń na barku, zaś gdy ta zaskoczona nagle przerwała zapytała ją: - Co ćwiczyłaś wcześniej? - Kyokushin. - Tak? Miła wiadomość. Bardzo cenię ten styl. A czemu przestałaś? - Trener mnie molestował. - Rozumiem. Chyba nawet wiem, który. Dobrze uczy, ale dziewczyn lepiej mu nie powierzać. Za bardzo mu się łapska do piczek kleją. Kaśka zaśmiała się kwaśno i dodała: - Znasz pinany? - Znam. - To pokaż mi któryś. Chcę zobaczyć, jak się ruszasz. Pinany to jedne z wielu kata, ćwiczeń stosowanych nieraz podczas treningu karate. Po koreańsku nazywa się to hyong lub tul, po wietnamsku qyuen, po polsku zaś forma lub układ. Jest to zestaw, sekwencja odgórnie ustalonych ruchów, głównie technik walki. Różne opinie panują na temat tej metody, jedni uważają ją za bardzo ważną, inni za bezwartościową stratę czasu. Kaśka miała zdanie pośrednie, uważała kata za cenny dodatek do treningu, jednak bez nadmiernego zachwytu. Teraz obserwowała wykonanie pinanu shodan, dość prostego układu, dla bardziej początkujących, niż zaawansowanych, tymczasem reszta dziewczyn zauważyła jej obecność. Gdy Yakuza do niej podeszła usłyszała tylko ciche: - Czekaj chwilę, niech skończy. Gdy tamta skończyła Kaśka kiwnęła głową mówiąc: - Dobrze, dziękuję. Idź rób dalej swoje. Po czym ujęła Yakuzę pod ramię i razem odeszły w kąt sali. - Zosiu, kiedy ostatnio się łomotałaś? - Rozumiem, że nie pytasz mnie o seks? - Dobrze rozumiesz. Nigdy nikogo o to nie pytam. To prawda. Jak wiemy, to z całej piątki znanych nam czarownic Kaśka była najbardziej powściągliwa, jeśli chodzi o żarty, pytania, czy inne rozmowy na tematy bazowe. - Chodzi o sport, czy walkę na poważnie? - Na razie skupmy się na sporcie. - No, to było chyba ze dwa, trzy lata temu. Jeszcze przed moim wyjazdem. Chyba nawet widziałaś tą walkę, choć nie wiem, czy na żywo. To była gala w... - Akurat nie na żywo, ale dokładnie kilka razy. A teraz mam takie pytanie, czy nie chciałabyś sobie przypomnieć, jak to się robi? - Czemu nie? Wiesz, z dziewczynami trochę się przepychamy od święta, tak dla czystej zabawy, ale jak masz jakiś fajny pomysł, to chętnie. Mnie w ogóle korci powojować znowu na ringu. Mam dopiero dwudziestaka. Buzi mi jeszcze nie zdążyli zepsuć. - Dobrze. To obgadaj z nimi sprawę. Jest okazja sobie posparować. Tak sportowo, bez furii. Jak wam się spodoba, to bawimy się dalej. - Możesz coś nieco bliżej? - Coś mogę. Znasz Magdę Maczugę? - No pewnie. Znaczy nie osobiście, ale postać nie jest mi obca. Pamiętam jej dawne walki. Wiem też, że gdy mnie nie było, to ty jej spuściłaś bęcki w klatce. Ta walka jest do znalezienia w necie. - Mniejsza o te bęcki, to już jest historia. Grzyb i pajęczyna. Teraz Magda to moja dobra kumpela. Pracuje tu zresztą. Nie u nas, nie za nasze, ale ma swoją grupę, trenuje ich. - Tak, mijałam ją nawet niedawno. Nawet cię chciałam zapytać, co ona tu robi, ale jakoś nie było okazji. Tu w ogóle się kręci sporo znanych nazwisk. - Dużo się pozmieniało jak cię nie było. Dobrze, ale wracając do sprawy. Posparujecie trochę z ludźmi z jej grupy. Ciebie znam, wiem co umiesz. Twoich dziewczyn nie znam, ale ty je znasz. Lamusek byś chyba nie brała do kompanii. Bądźcie wszystkie jutro na piątą, w dużej sali, wiesz, której. Pasuje? - No. Zawsze wychodziłam dobrze na twoich pomysłach. Kaśka klepnęła Yakuzę po ramieniu, obróciła się na pięcie, po czym wyszła z workowni. Plan miała jasny, choć na razie dość ogólny. Jednak na tym etapie ustalanie detali nie miało jeszcze sensu. Poza tym zbyt szczegółowe plany są zbyt wrażliwe na sytuacje, gdy coś pójdzie nie tak. C.D.N.