15 października 2018

ZNAK ŻMIJA

rok 1410, okolice wsi Grunwald
Stojącego na wzgórzu konia dosiada rycerz odziany w ozdobną zbroję, wyraźnie różniącą się od skromniejszego opancerzenia kilku innych towarzyszących mu jeźdźców. Obserwuje toczącą się bitwę, próbuje przebić się wzrokiem przez tumany kurzu, co chwila mówi coś zachrypłym głosem do stojących obok. Nagle z tego kurzu wyłania się oddział jezdnych, jedni okryci są białymi płaszczami z czarnymi krzyżami, inni różnorako. Ci drudzy to rycerze - goście Zakonu, walczący po jego stronie. Grupa mija wzgórze, ale jeden zbrojny odrywa się od niej, kieruje prosto na nie. Stojący na nim rycerz, ten wyróżniający się od innych pochyla kopię i rusza na zbliżającego się. Ktoś próbuje go powstrzymać, ale bez skutku. Po chwili dochodzi do spotkania, słychać głośny wrzask stojących na wzgórzu, gdy ów spada z konia. Nacierający od dołu puszcza kopię, która sama wyrywa mu się z ręki utkwiona w twarzy przeciwnika, zawraca konia. Po chwili jednak znowu kieruje się na wzgórze, wraz z kilkoma innymi jezdnymi, którzy pojawiają się z kurzawy. Stojący na wzgórzu ruszają na nich, poza kilkoma, którzy zatrzymują się przy leżącym. Ktoś zsiada z konia, przyklęka, chwyta się za głowę w geście rozpaczy...

rok 1413, zamek Tschersk (Czersk)
- No zostaw mała, zostaw. Na dziś już wystarczy...
Ta dziewczyna była wciąż nienasycona. Upatrzył ją sobie już na samym początku, gdy zamieszkał w zamku czerskim. Na imię miała, nie wiedzieć czemu, Niemiła, ale on do niej mówił "Miła", gdyż dla niego była miła nad wyraz. Dwa lata już demolowała ustawicznie jego męskość, wciąż nie miała dosyć. Była dziewką służebną, ale książę Diepold awansował ją na nieformalną księżną mimo niskiego urodzenia. Tak, książę, już nie zwykły rycerz - gość Zakonu. Za zabicie w boju króla Władysława, będące kluczowym wydarzeniem obracającym losy bitwy, której wynik wcześniej był niepewny, Wielki Mistrz Ulryk nadał mu tytuł książęcy i osadził go w Tschersk. Nadał mu też wielki obszar na południu Mazowsza, administracyjnie należący niby do Komturii Masowien, ale tylko teoretycznie. Bo de facto Diepold miał pełną autonomię i komtur płocki traktował ten teren jako osobne państwo.
Wiktoria grunwaldzka mocno zmieniła mapę polityczną tego rejonu Europy. Rycerski Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie zajął Wielkopolskę, Kujawy, a także Mazowsze włączając je do swojego państwa. Dalej zatrzymał był się w swojej ekspansji, ale nawet te ziemie to był gruby kęs dla Krzyżaków, którzy zmuszeni byli pozostawić skutkiem tego Żmudź, przynajmniej do czasu. Na razie jednak Zakon nie miał zasobów na tak wielki rozrost terytorium. Zaś Kraków i całą Małopolskę zajął Ludwik Luksemburski, który dowiedziawszy się o wyniku bitwy oraz śmierci króla Władysława natychmiast wkroczył na te ziemie.
Jednak tego wieczoru książę Diepold nie zaprzątał sobie głowy polityką. Leżąc w łożu patrzył na jędrną pupę Miły, wyłaniającą się co chwila z pod kusej koszuli, gdy dziewczyna krzątała się po komnacie, myśli jednak miał zajęte czymś innym. Westchnął sam do siebie, a może do tych myśli:
- Przepowiednia wiedźmy się spełnia. Co teraz?
- Coś mówiłeś, mój luby?
Przy obcych Miła mówiła doń jeszcze "panie", jeżeli w ogóle się odzywała, ale gdy byli sami było inaczej.
- Nic, nic, tak tylko do siebie.
Nagle ktoś załomotał do drzwi. To mógł być tylko Barnim, jego zaufany giermek, ale nie tylko giermek, lecz doradca i powiernik. Tylko jemu wolno było dobijać się do drzwi księcia o dowolnej porze dnia i nocy, bo zawsze oznaczało to coś ważnego. Inaczej być nie mogło.
- Co tam? Co cię sprowadza Barnimie?
- Ktoś zajechał pod bramę.
- Kto?
- Samotny na koniu, wyglądem nie zbrojny. Tylko oczy widziałem.
- Czego chce?
- Coś ci dać książę. Wręczył mi to i rzekł, że poczeka.
Diepold uchylił drzwi komnaty i wziął od Barnima mały, skórzany mieszek. Cofnął się do środka izby i wyjął zeń zawartość. Był to niewielki medalion na rzemyku. Sięgnął w zanadrze i wyjął zeń podobny zawieszony na szyi. Porównał oba i szepnął do siebie:
- Żmij. Mam odpowiedź. Przepowiednia się spełnia.
Wyjrzał za drzwi i zarządził:
- Wpuść go, ugość, niech wypocznie w gościnnej. Nie żałuj jadła, napoju, kąpieli. Spytaj, czy nie pragnie dziewki do ogrzania łoża, przyprowadź mu tam jaką dorodną. Konia każ oporządzić w stajni, wody i spyży zadać. Zresztą po co ja strzępię gębę?
- Wiem, co robić książę. Wszystko.
Gdy Barnim już odszedł, Diepold spojrzał na Miłę, która stała na środku komnaty ze stertą naczyń. Na jej pytający wzrok odparł:
- Zjedz coś sama, mnie się wieczerzać już nie chce. Nalej mi tylko nieco miodu. Chcę już tylko do łoża.
- Głodnam, ale ciebie.
- Nie. Czas spać. Obudzisz mnie skoro świt, po pierwszym kurze.
Miła odstawiła miski, podeszła do skrzyni, gdzie stał miód, napełniła kielich, upiła zeń trochę. Oblizując usta szepnęła:
- Obudzę, obudzę. Tak jak lubisz...


rok 13??, gdzieś na Łużycach
Mały Diepold chował się jako jedynak. Gdy ojca, zabitego zdradziecko przez zbójów na drodze, nie stało, chłopakiem zajął się stryj, ale nie miał dlań zbyt wiele czasu zarządzając włościami seniora. Macierz również nie miała do tego głowy, bo po śmierci męża zdziwaczała nieco, żyła we własnym świecie stworzonym przez jej umysł. Za to babka, krzepka jak na swoje lata kobieta, chętnie podjęła się roli wychowawcy. Od lat też wdowa, zmuszona imać się męskich zajęć, była dobrym nauczycielem. Do czasu, gdy Diepold został oddany na służbę na dwór seniorski, szybko zresztą awansując tam na giermka, wpoiła mu wiele użytecznych umiejętności. Nie pominęła też jego rozwoju wewnętrznego. Od niej też dowiedział się historii tych ziem, także tego, nie jest Niemcem, jak wielu okolicznych mieszkańców. Nauczyła małego Diepolda języka jego przodków, a także wpoiła mu wiarę w ich starych, rodzimych, słowiańskich bogów. Któregoś dnia poszli na długi spacer do pobliskiego lasu. Mieszkała tam stara kobieta, zielarka. Niemcy bali się tam chodzić, uważając to miejsce za "złe", ale wielu Łużyczan, słowiańskiego pochodzenia, którzy choć oficjalnie ochrzczeni nadal wyznawali rodzimych bogów dobrze wiedziało, że nie ma tam żadnej "czarownicy" ani też żadnego "diabelstwa", tylko jest życzliwa ludziom wiedźma, która znała się na leczeniu i chętnie pomagała każdemu, także tym, którzy nie mieli czym płacić. Tym razem miało mieć miejsce leczenie duszy, rytuał zmycia chrztu, piętna obcej magii. Mały Diepold został oczyszczony ogniem i wodą, na koniec zaś otrzymał nowe imię, które brzmiało "Semmir".
- Nie wolno ci tego imienia nikomu wyjawić, do czasu, aż spełni się przepowiednia, którą usłyszysz.
- Jaka to przepowiednia?
Pytanie padło równocześnie od babki i wnuka. Ale stara kobieta już nie słuchała. Wsypała garść ziół do świętego ognia i długo wpatrywała się w płomienie. Po chwili zmienionym nieco głosem zaczęła mówić:
- Widzę wojownika na koniu. To Semmir, który w służbie obcego, potężnego władcy i jego obcego boga pokona drugiego władcę, równie potężnego, też oczadzonego magią obcego boga. Otrzyma za to nagrodę, a gdy czas nadejdzie, zjawi się u niego posłaniec od ludu na północy. Razem działając pokonają pierwszego władcę, połączą dwa ludy pod opieką ich starych bogów. Ludzie nowej, obcej wiary odejdą, a Słońce zaświeci jasno nad całą krainą.
Tu wiedźma jakby się ocknęła z transu i zwykłym głosem dodała:
- Ale pamiętaj, że bogowie nie mają czasu, ni ochoty, by robić wszystko za ludzi, by za nich decydować. Aby ci pomogli, ty też musisz im pomóc. Ja pomogę zaś tobie na początku. Przyjdź tu jutro sam, drogę znasz. Nie bój się niczego, bo lęk to największe zło. Gdy mu się poddasz, wszystko stracone, wszystko na nic, staniesz się niewolnikiem obcego boga.
- Jak poznam posłańca?
- On sam cię znajdzie, ale będzie miał to.
Zielarka sięgnęła w zanadrze, wyjęła stamtąd i pokazała mu mały, okrągły medalion na rzemyku.
- To jest Żmij. On was połączy, on da wam siłę, odwagę. Nikomu tego nigdy nie pokazuj, zanim posłaniec nie nadejdzie.
Babka Diepolda zapytała jeszcze:
- Czego chcesz w zamian?
- Stara już jestem, mój czas się kończy. Mam wszystko i nic mi nie trzeba. Urodziłam się naga, naga też odejdę do Nawii. Nie trzeba mi grobu, ni stosu. Moim truchłem zajmie się Leszy, pan tej kniei. Idźcie już, a jutro Semmirze przyjdź, jak powiedziałam.
Gdy Diepold poszedł następnego dnia do wiedźmy, czekał na niego ktoś jeszcze. Niewielkiej postury człowieczek, istny krasnolud, gnom. Mało mówił, wręcz nic. Pod jego kierunkiem chłopak uczył się lasu, sztuki przetrwania, ale przede wszystkim walki. walki gołymi rękami, nogami, tudzież wszystkim, co było w zasięgu mogąc służyć jako broń. Trudny to był trening, ze wszech miar bolesny, ale po pół roku Diepold stał się sprawną, wręcz doskonałą machiną do zabijania. Któregoś dnia, gdy przyszedł do chaty wiedźmy, jego mistrza nie było. Spytał jej:
- Gdzie on jest?
- Kto?
- Mój nauczyciel.
- Nie ma go. Odszedł, a może nigdy go nie było? Umiesz to, co masz umieć, tylko to jest ważne. Teraz wrócisz do domu, a twój stryj wyśle cię do dworu na służbę. Tam się nauczysz nowych sposobów walki, potem jako rycerz udasz się do pierwszego władcy. Niech Żmij ci sprzyja, a ty sprzyjaj jemu...

rok 1413, zamek Tschersk
Czasem księżna Niemiła - Miła rzeczywiście bywała niemiła. Gdy rano mile obudziła swego księcia, gdy ogarnęli się porannie, przegryzła kawałkiem kołacza z cebulą i ruszyła na dziedziniec, by ćwiczyć drużynę książęcą. To nawet nie było niemiłe, to było zaiste srogie. Kiedyś, na samym początku niektórzy woje sarkali, że baba nimi wyciera kurze podworca, ale gdy pokazała swoje umiejętności władania łukiem, oszczepem, czy nawet kawałkiem kija będącym akurat pod ręką, od razu nabrali dla tej baby szacunku. Jeden nawet, niedźwiedziej postury chwat uklęknął po próbie zapasów i masując obite boki poprosił o zaszczyt bycia jej rycerzem. Tu Niemiła okazała się  miła mówiąc:
- Wszyscyście moi rycerze!
Miła swoje umiejętności zawdzięczała nie tylko mężowi, ale także ojcu, który nie mając jeszcze męskiego potomka jej wyznaczył funkcję woja. Księżna też czasem zwoływała okoliczne kobiety na naukę sztuki wojennej, tłumacząc im:
- Każda z was jest gotowa walczyć broniąc dzieci, domu i świętego ognia, ale sama walka to za mało. Dobra walka to wygrana walka, a przegrane nikogo już nie obronią. Więc trzeba się jej nauczyć.
Gdy na podworcu odbywało się znęcanie nad wojami, Diepold usiadł do stołu, do którego zaprosił Barnima i Rustasa, nowego gościa na zamku. Był on posłańcem od pruskich i żmudzkich żerców, którzy swoimi sposobami nabyli wiedzę do kogo ma się udać. Przy skromnym jadle i dzbanie piwa, bo nie na ucztę się zeszli, rozmawiali bardzo długo. Nie przerwało tego nawet wejście Miły, która weszła do komnaty, owinięta jedynie kawałkiem płótna po wyjściu z łaźni, nie zwracając uwagi na siedzących zrzuciła one z siebie i odziała czyste giezło, po czym usiadła cicho na boku rozczesując włosy. Rustas rzucił pytającym wzrokiem na Diepolda, ale ten go uspokoił gestem. Niczego więcej nie trzeba było mu wyjaśniać, więc zaczął tedy mówić, jakby kontynuując przerwany wejściem Niemiły wątek rozmowy:
- Czyli Żmudź jest gniazdem spokoju, Krzyżacy wcale do nas nie zaglądają, a litewski kneź Vytautas też nie. Ma on teraz swoje kłopoty z Zakonem Liwońskim i Rusią, tedy...
Tu Diepold przerwał:
- Ponoć wrócił do starej wiary?
- Tak. Wygnał kapłanów Jezusa na Ruś i na Inflanty.
- Jemu może też kiedyś pomożemy, ale wszystko po kolei, bo na raz sił braknie, teraz swoje musimy robić.
- Pruscy żercy?
- Niewiele ich. Ale tam lud tylko udaje, że czci obcego boga. Lasy gęste, więc Krzyżak też tam niechętnie wchodzi. Ludzie ćwiczą kunszt wojenny według naszych wskazówek.
- Tak, to jest najważniejsze. Tu sposobem zachodnim wroga nie pokonasz, trzeba po leśnemu wojować. Ja tu mam lud życzliwy. Bali się, żem może Krzyżak, ale już widzą, że jest inaczej.
- Co na Mazowszu?
- Ludzie chrzczeni, ale wiara po krzyżacku ich uwiera, więc wracają do swoich bogów. Po wojnie gwałtów zakon poczynił wiele, to ich zraziło, ale komtur Masowien potem nastał jakby łaskawszy, choć podatki ciśnie srogie.
- Tu zagląda?
- Był dwa razy jako gość tylko, czasem tylko szpiega przyśle. Takiego bijemy od razu, potem mu wysyłam kogoś swojego, a on nie odróżnia, że to ktoś inny.
- Musi głupi?
- Niegłupi on, bo administruje sprawnie i grosz liczyć umie, ale wojownik zeń żaden i polityki nie zna. Mazowsze ma bezpieczne, bo od północy swoi, a od południa ja go bronię. Nie ma przed czym, bo Luksemburczyk ani myśli nas tu niepokoić. Ale ja komturowi inne wieści podsuwam. Poczciwy to człek, choć wojennie naiwny, więc gdy już zaczniemy, to chcę go oszczędzić do moich planów.
Rozmawiali jeszcze długo o różnych szczegółach. Na sam koniec jeszcze Rustas zapytał o budowlę za oknem:
- To chram chrześcijański? Bo krzyż widzę.
- Ano jeszcze być musi. Ale kapłan tam już mój, żerca znający ich obrzędy, czasem też odprawi jakiś dla zachowania pozorów, gdy znaczniejszy Krzyżak tu zawita.
- No tak, jeszcze trzeba udawać, aż czas nadejdzie...
...
Gdy Rustas wyszedł snu zażyć przed nocnym wyjazdem, a Barnim również opuścił komnatę, by dopilnować spraw bieżących, Miła wskoczyła do łożnicy i wyciągnęła ręce:
- Choć żesz wreszcie, tak choć na chwilę.
Chwila, czy nie chwila, w końcu dobiegła końca i padło pytanie:
- To kiedy mnie tu zostawisz na czas wojny?
- Wojna będzie na wiosnę, ale to będzie całkiem inna wojna. Ale ja cię nie zostawię. Tam mi się bardziej przydasz. Na zamku zostanie Barnim, on bardziej biegły w zarządzaniu. Ale wojownik mniej sprawny od ciebie.
- I leża z tobą by nie dzielił.
- Ech, ty moja rozpustna dziewko, tylko jedno ci w głowie.
- Cóż to za  głupie słowo - rozpustna?
- Chrześcijańskie.
Oboje wybuchnęli śmiechem wtulając się w siebie...


rok 1414, wiosna, zamek Johanninsburg (Pisis, Pisz)
Knecht przysypiający na murze nagle drgnął.
- Co tam, kto tam?
Odpowiedzią była tylko głucha cisza. Mężczyzna rozejrzał się dookoła, ale po chwili nie zobaczył już nic. Gdyby jeszcze żył, być może ujrzałby kilka postaci przesadzających miedzę pomiędzy blankami, być może usłyszałby zgłuszony tupot stóp. Nic też nie usłyszał miejscowy komtur, który akurat nocował na zamku. Co prawda przebudził się na chwilę, ale zobaczył tylko zamaskowaną postać nachylającą się nad nim. potem nic już nigdy nie zobaczył, ani nie usłyszał.
Nad ranem pachołek stajenny też nic nie usłyszał. Co prawda pora była zbyt wczesna na codzienną, poranną krzątaninę, ale ta cisza wydała mu się jakaś dziwna, inna. Szybko wysikał się pod murem rozglądając dookoła, aby nikt go na tym nie przyłapał, po czym wyszedł na podwórzec zamkowy. Zobaczył zrazu bramę szeroko rozwartą, zaś na na bruku wjazdu leżącego nieruchomo knechta pośród kałuży posoki.


rok 1414, prawie tejże nocy, zamek Saldau (Saldawa, Działdowo)

Rycerz brat Helmut szedł korytarzem z wychodka. Nagle usłyszał dziwny szmer. Przystanął nasłuchując i znowu usłyszał to samo. Rzucił pytanie w przestrzeń:
- Kto tu jest?
Chrapliwy głos odpowiedział:
- Śmierć.


rok 1414, prawie tej samej nocy, zamek...
Przemykające cicho cienie, śmierć, czerwień krwi...

rok 1414, około trzy dni później, zamek Marienburg (Malbork)
Wielki Mistrz Ulryk przebudził się nagle, ale zmora dusiła dalej. Ktoś leżał za nim w łożu, oplatając go w pasie nogami, mocno trzymając za szyję i wykręcając ramię. Przy uchu usłyszał kobiecy głos mówiący do kogoś:
- Ty to zrób mój mężu, to twoje przeznaczenie.
W świetle łuczywa ujrzał zamaskowaną postać, mógł dostrzec jedynie oczy. Człowiek zsunął zawój na twarzy, zbliżył się do łoża. Krzyżak zamrugał oczami i zapytał:
- Czego chcesz?
- Ciebie, pierwszy władco.
- Ja ciebie znam! Na imię ci Diepold von...
- Znasz, ale jam nie Diepold. Jam Semmir.

...
Ludzie rano patrzący na zamek ujrzeli coś dziwnego, jakąś zmianę. Dopiero po chwili zorientowali się, że na maszcie już nie wisiała chorągiew zakonna, tylko jakaś inna. Nie wiedzieli, że to, co na niej jest to Znak Żmija, tego się dowiedzieli później.

rok 15??, klasztor (Tyniec)

Za pulpitem siedzi stary zakonnik. Coś pisze na karcie papieru, co chwila maczając pióro w inkauście. Co kilka linijek odkłada swe narzędzie i uważnie czyta napisane ostatnie linijki:
"Powiadają, że to pomór jakowyś na Zakon Krzyżacki padł, kara boża za niegodziwości, których dopuszczał. Nie ostał się ani jeden rycerz, ni ksiądz, ni brat zakonny, ostało jeno nieco knechtów pomniejszej rangi. Ziemie zakonne podzielili między siebie książę czerski, Semmir i kneź Prusów, Rustas, obaj smokiem lubo inną gadziną się pieczętujący. Mazowsze i Kujawy wziął Semmir, który rządził nimi pospołu z żoną, Niemiłą, Wielkopolskę oddawszy Barminowi, swemu druhowi. Rustas wziął Prusy i Żmudź. Inflanty, ziemie Zakonu Liwońskiego, wziął kneź Vytautas litewski, one jedne nie doznały pomoru i bez walki oddały się Litwinowi. Potem ich następcy objęli te ziemie we władanie. Kraje to zasobne, pełne ludu spokojnego, przyjaznego dla obcych, sąsiadom nie wadzące, ale swego broniące hardo. Jednak wiary w Boga jedynego przyjąć nie chcą, swe bałwany czcząc zatwardziale."

rok 1414, jesień, zamek Czersk
Przy jednym stole usiadła para książęca i Barnim Wielkopolski. Czwartym był rycerz brat Bruno von Pfefferminz, komtur byłej Komturii Masowien - mężczyzna był to w sile wieku, krzepko się trzymający. Hoża dziewka służebna nalawszy wszystkim miodu do pucharów odeszła na bok oczekując dalszych poleceń. Książę Semmir herbu Żmij napił się nieco trunku, po czym rzekł:
- Komturze bez komturii, podobno człek jesteś zacny, tudzież znający się na rzeczy. Potrzebuję cię tu jako rządcę od spraw handlu i organizacji wszelakiej w moim księstwie. Wiemy, że jesteś niewojenny, a teraz pokój mamy, a na czas pokoju takich mi brakuje. Osiądziesz na razie tutaj na czas jakiś, zaś potem, gdy już w sprawy się wciągniesz, swoją siedzibę otrzymasz. Co do innych partkylariów, to także je omówimy, teraz tylko nam powiedz, czyś chętny na taką funkcję?
- A co, gdy odmówię?
- Odejdziesz stąd jako człek wolny stanu rycerskiego, na drogę cię wyposażę, wrogiem ci nie będę.
- Śluby zakonne mnie wiążą.
- Nie ma ślubów, skoro zakonu już nie ma.
Niedawny Krzyżak uniósł puchar, wypił go do dna i odparł:
- Jeszcze miodu pragnę.
- Jeśli ma ci to umysł rozjaśnić...
Księżna skinęła na dziewczynę z dzbanem. Ta podeszła, zaś Bruno zerknął w zanadrze jej giezła, z którego piersi krągłej fragment błysnął. A gdy usunęła się na bok odprowadził ją wzrokiem. Ona zaś spojrzała spod rzęs i jakby uśmiechnęła nieco. Zaś księżna Niemiła - Miła widząc to spojrzała na męża i rzekła doń:
- Jak mi się zdaje, nasz gość podjął już decyzję.

23 komentarze:

  1. Dzień dobry

    Opowiadanie zacne, ale całkowicie ahistoryczne i niemożliwe do realizacji. Nawet gdyby doszło do próby restytucji rodzimej wiary to katoliccy interwenci z całą pewnością nie pozwolili by na takie odstępstwo.
    Rok 1414 był w chrześcijaństwie rokiem soboru w Konstancji na którym "załatwiono" sprawę innego odstępcy (Jana Husa) posyłając go (z zachowaniem chrześcijańskiego miłosierdzia) na stos tak więc rebelia antykrzyżacka a.d. 1414 też nie miała by szans powodzenia. Co najwyżej kolejna krucjata zamiast na Maurów z Grenady poszła by na Prusów i Mazowszan...
    Tak więc, może zamiast fantazji na temat I bitwy pod Grunwaldem/Tannenbergiem pomyśleć o tym co by było gdyby II bitwę pod Tannenbergiem/Grunwaldem (1914) wygrali Słowianie zamiast Niemców.
    Bo to dopiero (koniec I wojny św. w 1914 i zwycięstwo Rosji) mogło by wstrząsnąć światem!

    Pozdrawiam
    Krzysztof z Gdańska

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no cóż... to moje pierwsze doświadczenie, próba sci-fi z rodzaju "historia alternatywna", które zresztą dość szybko przepoczwarzyło się w coś w rodzaju fantasy... bo zaiste fantastyczna jest koncepcja tak szybkiego wyszkolenia armii komandosów a la ninja, a co dopiero koordynacji tak błyskawicznej akcji w czasach, gdy łączność odbywała się konno, a nie komórkowo... dodajmy do tego realia blogowe, siłą rzeczy wymuszające pewne skróty w tego typu kompozycji literackiej... tak więc jedyną moją ambicją było, by czytelnicy dobrze się bawili i jeśli tak mam rozumieć słowo "zacne", to w Twoim przypadku cel osiągnąłem... rzecz jasna dzięki za inne uwagi, bo faktycznie na przykład nowe państwa rodzimowiercze długo by nie istniały pozostawione w spokoju i można byłoby mówić o nowej krucjacie, zapewne szybciej, niż wspomniany w tekście tyniecki mnich wstąpiłby do klasztoru, a może nawet się urodził...
      pozdrawiam :)...

      Usuń
  2. Całkiem zgrabne i bardziej zjadliwe niż dzieła mistrza Kraszewskiego!
    Historia alternatywna to trudna sztuka i dla piszącego i dla czytelnika :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. koszmarnie trudna, ale jak mawiali starożytni Enochianie: "Nie spróbujesz - nie wiesz" :)...

      Usuń
  3. Odpowiedzi
    1. i tak, i nie... ale jeszcze lepszą zabawę podczas konstruowania tego opowiadania miałem szukając "Żmija" w mitologii Bałtów...

      Usuń
    2. Ciekawe jest to, że w swoim opowiadaniu również nawiązałem do Welesa i Żmija. Owszem, przednia zabawa, szukanie tych powiązań. Zastanawiam się tylko czy aby na pewno słowo "rozpustna", jest chrześcijańskie. Słowianie nie byli aż tak liberalni w sferze seksualnej, podobno...

      Usuń
    3. nie byli... podobno... zachowała się pewna pisana relacja arabskiego kupca, będącego świadkiem karania niewiernego męża w pewnej wiosce słowiańskiej i z opisu wynika, że to chyba musiało bardzo boleć, ale na temat detali okoliczności tego wydarzenia nic nie wiadomo... zresztą istotą takiej niewierności nie jest seks, lecz złamanie pewnej umowy, ale to już osobna sprawa...
      jednak większość przekazów na temat obyczajowości seksualnej Słowian opiera się na mitach tworzonych w kręgach kulturowych, które pod wpływem religii abrahamicznych stworzyły z seksu spory problem /co nawet obecnie za wieloma ludźmi ciągnie się po dzień dzisiejszy/, ale nie można wykluczyć, że dawni Słowianie tworzyli jeszcze większy, nawet jeśli trudno nam to sobie wyobrazić...
      zaś w tekście scenka, w której pojawiło się słowo "rozpustna" jest tylko puszczeniem oka do kamery, proponuję ją traktować jako żart z nadużywania słów typu "rozpustność" czy "rozwiązłość" w stosunku do zachowań obecnie postrzeganych powszechnie jako normalne...

      Usuń
    4. Nie, no rozumiem przecież, nie odbieraj tego jako czepianie się. Pewne zwroty w tym co czytam uruchamiają łańcuchy skojarzeń - tu zastanawiać zacząłem się dalej skąd się wzięło słowo "rozpustny" i czy starszym określeniem nie będzie słowo "lubieżny", choć to drugie dla odmiany chyba nie miało kiedyś pejoratywnego znaczenia.

      Usuń
    5. mnie się słowo "lubieżna/y" kojarzy zaiste pozytywnie, z normalnością właśnie... pejoratyw zaczyna się dopiero, gdy ktoś jest "zbyt lubieżny"... ogólnie rzecz biorąc, to przegięcie pewnych zachowań lub postaw tworzy tą pejoratywność... ale wszystko jest względne i umowne... są ludzie i doktryny, które zakreślają bardzo wąski obszar dopuszczalnych zachowań i postaw, a wszystko co poza tym jest traktowane jako przegięcie i opatrzone pejoratywem, co z kolei ja postrzegam jako przegięcie :)...
      za to wracając do słowa "rozpustna/y", to wydaje mi się, że obecnie stało się już pewnym archaizmem i funkcjonuje jedynie w różnych żartobliwych, bynajmniej nieseksualnych zresztą, kontekstach w formie rzeczownikowej: "rozpusta"... np. gdy ktoś mówi, że pozwolił sobie na większy wydatek, na który na co dzień go raczej nie stać...

      Usuń
  4. Ciekawe opowiadane, nietuzinkowy tok myślenia :) Powodzenia przy pisaniu następnych.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jakby Ci to powiedzieć- zaraziłeś się od jedynej słusznej partii i postanowiłeś zmontować alternatywną historię Polski? Nie wydadzą Ci tego, no chyba, że w następnym odcinku umieścisz gdzieś naszych bonzów, panów M.K.D i kilku świętych z polskim rodowodem.
    Generalnie "gdybanie" bywa ciekawe i szkoda czasem, że to tylko gdybanie. Ale czytało się dobrze. Proszę o ciąg dalszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. pudło... mylny trop... koncept literackiego ujęcia historii alternatywnej poznałem czytając Ph.K.Dicka w czasach, gdy twórcy obecnej "polityki historycznej" nie czytali jeszcze "Krótkiego kursu historii WKP(b)", który ich zapewne mocno inspiruje...

      Usuń
  6. Bardzo podobała mi się ta twoja historia alternatywna, lubię pogańskie klimaty. Spodobała mi się postać Niemiłej taka feministyczna wojowniczka i wyzwolona kobitka … a także postać wiedźmy, co dokonywała rytuału dechrystianizacji- lubię czarownice; -)) i postać tajemniczej osoby, która uczyła głównego bohatera sztuk walki.Mam nadzieję, że napiszesz dalszy ciąg tej historii lub innej z wątkiem pogańskim. Fajnie mi się twoje opowiadanie czytało.

    Natomiast taka alternatywna historia raczej nie miała nigdy szans na spełnienie w realnym życiu, ponieważ no cóż Słowianie nie byli zaawansowaną cywilizacją. O ile pamiętam Litwini także brali udział w bitwie pod Grunwaldem, ale byli słabo uzbrojeni taki dodatek do wojsk polskich aczkolwiek byli niezbędni. Natomiast religię i wierzenia, mitologię Słowianie mieli wspaniałą i w żadnym razie nie jest ona gorsza od np. greckiej czy rzymskiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. według formalnej klasyfikacji literackiej, to "historia alternatywna" miała miejsce na początku tego opowiadania, a potem poszło już jakoś po swojemu...
      ciągu dalszego nie będzie, ale wątki pogańskie nieraz jeszcze się pojawią na tym blogu... trudno jest bowiem zgodzić się na degenerację kultury, której istota /tej degeneracji/ polega na odmawianiu wartości owych wątków, czy wręcz uznawania je za niebyłe... a to właśnie ma miejsce obecnie np. w polskich szkołach publicznych (państwowych) na lekcjach historii, subtelna odmiana niszczenia posągów Buddhy przez talibów lub demolki zabytków Palmyry przez daeshowskie bojówki...

      Usuń
  7. Hmmm...dobrnęłam do końca (jakoś) Zastanawia mnie jedynie cel tworzenia takiego ahistorycznego dziełka...Nuda??? Czy może po prostu chęć pisania czegokolwiek??? Albo...??? (I dont know)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. pomijając już kwestię natury logicznej, że nuda może być co najwyżej powodem, a nie celem, to jakoś nie potrafię w sobie znaleźć empatii do ludzi, którzy zamiast PO PROSTU czytać /oglądać, słuchać/ sztukę marnują swój czas na zbędne myślenie "po co i dlaczego?"...
      nigdy nie zobaczysz kubka z herbatą i nigdy tej herbaty nie posmakujesz, gdy skupiasz swoją uwagę tylko na palcu, który na ten kubek pokazuje...
      pozdrawiam :)...

      Usuń
    2. No tak, wszystko niby się zgadza, ale każdy ma prawo do swojej (subiektywnej) oceny. Ja już tak mam, że lubię wiedzieć po co i dlaczego.
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  8. drobiazgi potrafią zmienić bieg historii. i wcale mi nie przeszkadza "otoczenie, które nie pozwoliłoby" trwać tej historii, bo być może i otoczenie byłoby inne. budowanie Universum gdzieś trzeba zacząć. moim zdaniem - Twoje zaczyna się intrygująco i zostawia otwarte ścieżki dla wielu możliwych przyszłości.
    może jednak skusisz się na ciąg dalszy, albo na ciąg szerszy, bardziej globalny?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. chwilowo pracuję nad innym Universum, cudzym zresztą, do którego wstawiłem coś od siebie... niemniej jednak, na ten przykład, niedawno doszedł do mnie sygnał, że po macoszemu potraktowałem Kraków, Małopolskę, a tam też ludzie mogą tęsknić do starych bogów, więc faktycznie korci, by coś z tym zrobić, trochę głupio tak to zostawić, pozwolić, by mieli przechlapane...

      Usuń
  9. W miejsce jednego Boga inni Bogowie? Zwal jak zwal, ale to ciagle jakis kapucynski zamordyzm sie szykuje. Jak nie ejdne klechy , to drugie chciwe wladzy dusz… bo religia jakakolwiek to chciwosc prowadzenia dusz. Tamci Bogowie musz sie tez jakos na panteonie ustawic, swa hierarchie ustalic, posrednikow i te inne.
    Nowa- stra religia to nowa- stara - organizacja kultu, i spolecznosci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tak to w sumie jest... bogowie bogami, jeden fajny, drugi mniej fajny, ale kler to jest kler, zawsze tak było, jest i zapewne będzie... na to chyba żaden bóg nie ma wpływu...

      Usuń