Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serial. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serial. Pokaż wszystkie posty

15 października 2026

DZIURA W PARKU /cz.5/

- Jak mieszkałam w wiosce Benges, to chodziłyśmy z innymi dzieciakami na takie wyschnięte torfowisko. Jak się dziubało glebę jakimś ostrym patykiem, czy innym szpikulcem, to syczało. To były takie właśnie bąble gazu po ziemią.
Opowiedziała szybko Mala, na co dodała Kaśka:
- Ja też tam byłam kiedyś. Gajka mnie raz zaprowadziła, jak pojechałam do Benges poćwiczyć. Ciekawe miejsce w ogóle, siostrzyczki kopią tam sobie torf na opał, nawóz, czy do alchemii.
Wtedy włączyła się Roxy:
- I o tym właśnie mówił Misiek, jak obejrzał te fotki. Że tam pod głazem był taki wielki bąbel gazu. Niespotykana sprawa, jak na nasze rejony. Taki wielki. Podniosło się ciśnienie i wysadziło.
- Ale że taki wybuch...
Zaczęła Malina, ale Ruda jej przerwała:
- Nie taki wybuch, jak myślisz. Fajerwerków nie było. 
- No, ale przecież gaz...
- Gaz gazu nierówny. Misiek mówił, że w takich bąblach jest albo metan, albo dwutlenek węgla. Do wybuchu metanu musi być kontakt z powietrzem, tlenem i jakiś zapłon, iskra. A dwutlenku nie zapalisz, choćbyś się zesrała. Nie miałaś chemii w szkole?
Tu znowu odezwała się Mala:
- To wszystko powinno być w necie, w wiadomościach, chociaż lokalnych. Skoro to taki ewenement. Rano, gdy tam byłam, to trochę ludzi się kręciło. Oglądali, wydziwiali. Ale teraz powiem wam najważniejsze. Bo wcześniej nie miałam kiedy.
- Zamieniam się w ucho.
Rzuciła Anita plasując Ośkę do nosidełka.
- Bo tam też kręcił się taki wujek. Starszy pan z fajką, w czapce uszance i ciuchach z demobilu. Taki gajowy Marucha, wiecie.
- To pan Hieronim. Znam go, mieszka trzy domy dalej ode mnie. Wieczny emeryt. Był już na emeryturze zanim ja poszłam do szkoły. Mówili o nim, że on tak ma od dziecka. Zamiast szkoły ukończył tylko szybki, korespondencyjny kurs dla emerytów, a po takim kursie już nic nie trzeba robić. Też tak chciałam pamiętam. Tylko namiarów nikt mi nie chciał dać.
- Co chcesz? Bardzo miły jegomość. Ucięliśmy sobie pogawędkę. Powiedział mi, że on był przy tym, jak ten bąbel pierdyknął. Wcale nie było głośno, tylko tak głucho coś mlasło. 
- Lubiał łazić po nocy.
Wtrąciła Malina, ale Mala zaoponowała:
- Właśnie nie do końca po nocy. Myśmy skończyły koło drugiej, a on poszedł do parku koło czwartej. Mówi, że on tak lubi, bo wtedy najczystsze powietrze.
- Bo to akurat prawda. Ja czasem lubię biegać o tej porze.
Rzuciła Kaśka, ale Mala mówiła dalej:
- To on mówi, że sobie chodził, potem usiadł na ławce, odsiedział swoje, wypykał trochę faji i nagle coś mlasło. Ja tylko referuję jego słowa. Ale co to oznacza, moje panie? To wygląda na to, że to właściwie nie my.
- Że co nie my?
Spytała Malina.
- Że myśmy tej dziury nie spowodowały.
Ruda od razu przyszła Turbinie w sukurs.
- To się trzyma kupy. Misiek mi tłumaczył, że taki bąbel nie pojawia się nagle, tylko wzbiera setki, nawet tysiące lat, zwłaszcza jeśli taki wielki. Ciśnienie w nim rośnie powoli, bardzo powoli. W końcu jest takie wysokie, że samo wywala, kwestia tylko czasu.
- Nasz ekran mógł tylko to przyspieszyć.
Odezwała się Anita.
- Ale też nie na pewno. To są tak drobne wibracje przy jego tworzeniu, że właściwie pomijalne. Kwantowy rząd wielkości.
Wtedy spytała Malina:
- No, a moc? Gdzie się podziała moc tego miejsca?
- Lalka, nie kompromituj się. To są podstawy teorii magii. Moc jest zawsze w czymś. Ta akurat była w gazie. Gaz się rozpirzgnął dookoła, to i moc się rozpigrzła.
Zapadła chwila ciszy, wreszcie odezwała się Kaśka:
- A jaka jest puenta tej całej akcji?
- Puenta jest taka, że dopóki tego nie ogarną, nie zasypią, to ja przez jakiś czas będę dymać z wózkiem naokoło do dalszego wejścia. Bo na razie ten kawałek parku będzie ogrodzony, wyłączony z użytku. Mam nadzieję, że szybko to zrobią, bo ciągle ktoś tam będzie wpadać do tego dołu.
EPILOG
W rzeczywistości Anita wcale nie dymała z żadnym wózkiem naokoło do żadnego dalszego wejścia, tylko przez parę tygodni brała Ośkę do auta i razem eksplorowały inne tereny zielone na mieście. Czasem też poza miastem. Tak to tłumaczyła Borkowi:
- Jakoś oko mnie boli, jak pomyślę o patrzeniu na te barierki i jak się będą pieprzyć z robotą przy zasypywaniu. Nasza Mala by to zrobiła sama w jeden dzień. Dać jej tylko koparkę i wywrotkę. I na koniec Adaśka do ustawienia kamienia na swoje miejsce.
Borek jednak trochę marudził:
- No tak, pani logistyk jest na macierzyńskim, więc raczej nie jest na bieżąco z cenami paliwa ostatnimi czasy.
- Ja dziecku paliwa nie żałuję. Niech zwiedza świat, póki to paliwo jeszcze w ogóle jest. Jak będzie na kartki, to się będziemy martwić. Ale ty realizuj spacery z Osią po swojemu, ja cię nie zmuszam. Nawet dobrze, będziesz mi relacjonował przebieg prac ziemnych na obiekcie.
Anita, choć nie jest wróżką, bo wróżek nie ma, dobrze przewidziała przebieg wypadków następnych dni. Następnego dnia, w piątek, na front robót przywieziono tylko toitoikę. Potem był weekend, potem murarski poniedziałek, zaś we wtorek zwalono do dziury raptem dwie wywrotki jakiegoś gruzu. We środę zepsuła się wywrotka, a drugiej firma wynajęta przez miasto po prostu nie miała. Zaś kolejnego dnia...
Tak więc upłynęło w sumie jakieś ponad trzy tygodnie, gdy Borek po powrocie ze spaceru z Osią mógł wreszcie zameldować Anicie, że dziury nie ma, barierek nie ma, więc to wejście, co trzeba jest udrożnione. Więc nie trzeba dymać naokoło.
- A kamień?
- Też na swoim miejscu, choć tak jakby odrobinę krzywo. Tylko tabliczki z patronem nie ma, bo słyszałem, że są jakieś tarcia między miastem i dzielnicą o tego patrona, więc na razie wakat.
- To fajnie, bo mamy gościa, zanocuje dziś u nas, a jutro się wybierzemy wszyscy razem na spacerek. A patrona pieprzyć. Po najbliższych wyborach będzie jakiś jeszcze nowszy.
Gościem okazała się być Zira, wiedźma Benges, dobra kumpela Nity, która właśnie chciała zobaczyć miejsce mocy. Czy raczej po mocy. Poszli więc owego jutra, tak po lunchu, znaczy troje poszło, Osia pojechała. Teren wyglądał jeszcze surowo, dopiero co splantowany, utwardzony, żadnej trawy też jeszcze nie posiano. 
- Aha. To tu była ta moc, co gnębiła twoje maleństwo?
- Była, ale się zmyła.
- Ale coś tu jeszcze czuję.
- To moje zaklęcie ekranujące. Już niepotrzebne. Ale niech sobie będzie. Nikomu nie przeszkadza. Początkujące siostry mogą sobie ćwiczyć jego odczynianie, a z czasem wywietrzeje.
I tu się kończy sprawa tajemniczej mocy pod bambulem. Może mało efektownie, ale tak się kończy większość różnych spraw...

11 października 2026

DZIURA W PARKU /cz.4/

Dysonans poznawczy to jest takie uczucie, przeważnie niezbyt miłe, którego człowiek doznaje, gdy jego iluzja tego, jak ma być spotyka to, co jest. Anita oprócz czarów uprawia także zen. Zen jako taki nie ma żadnego celu, są tylko skutki uboczne praktyki tegoż, zaś jednym z nich jest nieraz to, że rzadziej tworzymy sobie iluzje, więc rzadziej doświadczamy owego dysonansu. Tak też ma Anita, tym razem jednak doznała go, gdy zobaczyła coś, czego na pewno się nie spodziewała. Za sprawą jednak innego skutku ubocznego zen szybko się ogarnęła, po czym sięgnęła po telefon, który jak sama nazwa wskazuje służy też do robienia fotek. Po kilku zaś minutach podeszła do ławki, na której siedział Borek konwersujący z Ośką, a na jej widok zapytał:
- No, i co tam się dzieje? Co tam jest?
- Tam nic nie jest.
- Jak to?
- W pewnym sensie. Idź sobie zresztą sam zobacz. Fotki zrobiłam, jakby co, żeby nie było, ale co na żywo, to na żywo. Ma dupa nogi? A ja tu posiedzę z małą. Odstresuję się trochę.
- Aha, czyli ma być stres?
- Oj, nie marudź już mi tu. 
Więc Borek poszedł i zobaczył. Oraz nie zobaczył. Nie zobaczył przede wszystkim głazu na swoim miejscu. Głaz jednak nie zniknął, tylko był parę metrów dalej. Leżał w nieco innej pozycji, niż dotychczas, niejako na swoim boku. Na swoim miejscu nie mógł zresztą przebywać, bo tego miejsca nie było. Zamiast niego ział wielki dół, dziura, wyrwa w terenie. Aczkolwiek nie czeluść, bo gdy tata Ośki wychylił się, aby zerknąć głębiej dno było widoczne.
- No, i co ty sobie o tym myślisz?
Spytała Anita, gdy Borek wrócił do ławeczki.
- Co myślę? Myślę, że Kalenusjanie przylecieli i buchnęli grubą próbkę gruntu do badań. Takim wysięgnikiem jakimś odgórnym podsiębiernym. Bo innego pomysła na tą sytuację nie mam.
Anita uniosła brwi, ale zanim otworzyła usta usłyszała:
- Bo zobacz sama jak to wygląda. To nie jest lej po bombie, czy jakimś meteorze, to nie jest krater jak po wybuchu od środka.
- A czemu tak?
- A temu tak, że nie ma zwałów ziemi dookoła. Są tylko jakieś rozbryzgi darni, nic poza tym. Tam brakuje kilku dobrych wywrotek gleby do równego rachunku, jakieś dwa kontenery najmarniej. Ludzie tego nie wykopali i nie wywieźli. Bo niby kiedy? A śladów też żadnych nie ma. Czyli wzięło i znikło, jak rower spod sklepu.
- Ale nie patrz tak teraz na mnie. Myśmy tego nie zniknęły, tak magia realna nie działa. Tak znikają tylko słonie ze sceny. Kwestia tylko dobrej zapadni. Tu jakoś nie widać żadnej zapadni.
- Czekaj Pupcia. To co wyście właściwie uczarowały?
- Ekran, zaporę dla mocy pod kamieniem. I ten ekran jest, czyli zaklęcie wyszło dobrze. Tylko, że tej mocy już tam nie ma. A tego w planie nie było.
- Wyślij może te fotki Miśkowi. On to lepiej rozkmini.
- A co ja teraz robię? Przecież pizzy nie zamawiam.
Bo Anita gadając z Borkiem szmyrała też palcem po telefonie.
Fotki zostały wysłane także czwórce pozostałych wiedźm, po czym temat został podjęty następnego dnia w Pleciudze. Bo to czwartek akurat był. Kompletu jeszcze nie było przy stoliku, brakowało Roxy, ale Mala zdążyła już powiedzieć swoje:
- Byłam tam dziś rano. Akurat kogoś wyciągali z tego dołu.
- Aha, czyli nie upilnowali terenu jak trzeba i jakiś pijaczek zdążył już tam wpaść po nocy.
Wtrąciła Malina, co skomentowała Kaśka:
- Było nie chlać i patrzeć pod nogi.
Ale Mala kontynuowała dalej:
- To się po prostu nie da wykopać takiego dołu, wywieźć ziemi i nie zostawić śladów. I to tak szybko. Coś ostatnio wiem na ten temat.
- Skąd wiesz? Na uczelni to masz?
Spytała szybko Anita skupiona do tej pory na trzymanej na rękach Ośce spożywającej posiłek. Ale odpowiedziała nagle Kaśka:
- Nie na uczelni. Budujemy nowy budynek klubowy. Jesteśmy na etapie fundamentów, prac ziemnych, a Młoda to nadzoruje. To musi się orientować w temacie.
- Tam nie było żadnych prac ziemnych.
Zabrała nagle głos Roxy, która nagle zjawiła się przy stoliku i która moszcząc się na krzesełku dodała uzupełniająco:
- Już wszystko wiem, Misiek mi to wyjaśnił. Fachowo.
- To co tam kurwa było?
Spytała Malina, na co zareagowała Anita.
- Lalka, dziecko je. Je, słucha i uczy się. A potem, jak nabluzga pani w szkole to będzie na mnie. Że z mlekiem matki wyssane.
- Jakie ciotki, takie siostrzenice.
Wtrąciła Kaśka, po czym dodała:
- No dobrze, to co tam było bez kurwy?
- Co tam było? Tam nic nie było.
Odparła Roxy, na co znowu zareagowała Anita:
- Tyle to ja już wczoraj widziałam. Znaczy nie widziałam.
- Ty widziałaś co było potem, a Misiek wyjaśnił, co było przedtem. Nie, czekajcie, to nie chodzi o to, że wcale nic nie było, tylko że ziemi nie było. Ale było coś innego.
- To co w końcu było?
- Bąbel.
- Co?
- Bąbel. Bańka. Pęcherz taki.
- Jaki znowu pęcherz?
Nastała chwila ciszy, wreszcie odezwała się Mala.
- Chyba już rozumiem.
Co rozumiała Mala? Jej zdaniem, do tego chyba.
O tym w następnej, chyba już ostatniej części.

09 października 2026

DZIURA W PARKU /cz.3/

- Czekaj chwilę, muszę iść oko poprawić.
Roxy spojrzała za Anitą odchodzącą korytarzem galerii, a potem bawiąc się stopką wegańskiego, bionaturalnego, ekologicznego, bezalkoholowego adwokata zero mruknęła do siebie:
- Kieliszeczku powiedz przecie, czyśmy nie
 najsłodsze na świecie?
A gdy jej psiapsia wróciła podjęła temat:
- Tak, to nie jest nasz styl. Nie lubimy chodzić naokoło, więc skoro najbliższe wejście jest zamknięte, to trzeba je jakoś udrożnić. Co prawda Ciocia Lala uczyła nas, że gdy trzeba coś zrobić, to nieźle jest się temu przyjrzeć jeszcze raz, bo może nic nie trzeba robić...
- To tu akurat to nie ma zastosowania.
Wpadła jej w słowo Anita dokańczając:
- Ja nie będę czekać, aż Ośka podrośnie na tyle, żeby ta moc pod kamieniem nie robiła jej już takiego kuku, jak robi.
- Dobrze, tylko jeszcze nie powiedziałaś mi, co chcesz zrobić. Nie licząc amuletu, bo to już omówiłyśmy, że trochę miśkowiej wiedzy geomantycznej przyda się do tego. A wiesz...
Tu Ruda ożywiła się nagle.
- A wiesz, ja też mam pomysł. Tylko do tego nie Misiek by się przydał, tylko Adaśko z wielkim szpadlem. Albo jeszcze lepiej Mala na koparce. Ona umie obsługiwać wszystkie takie dziwne pojazdy.
- To może na czołgu, takim podziemnym, rozstrzela to całe coś i po krzyku. Nie Ruda, nie, żadnego kopania. Taka akcja zrobi swetes na pół dzielnicy. A potem co z tym zrobisz, jak już wykopiesz? Wsadzisz do dżinodzbanka i wstawisz do kredensu?
- Żartowałam. To jaki w końcu jest ten twój pomysł?
- Chcę to zaekranować. Tak, jak my się czasami ekranujemy, żeby nie ujawniać mocy dookoła. Tak działa też zresztą wspomniany dżinodzbanek. Albo jak stawiamy kopułę niewidkę. Mechanizm zaklęcia powinien być podobny. Bo z amuletem to może być koronkowa robota, dla dzieciaka szczególnie. A tak, postawię ekran na kilka lat, potem może Ośce spadnie już wrażliwość, a jak nie, to się powtórzy.
- Kiedy chcesz to zrobić?
- Na kwartalnym sabacie, podczas równonocy. Ty mi pomożesz, dziewczyny wesprą swoimi mocami i pozamiatane. Ile Misiek zechce za konsultację geomantyczną?
- Weź! Spróbowałby coś od ciebie wziąć. Ty mu Ziele dajesz za darmo, więc jakby mógł czegoś rościć? Poza tym ja też mam coś do powiedzenia w tej kwestii.
- Z Zielem to ja po prostu jestem oldskulowa. Ja mam Ziele tylko dla przyjaciół, na prezenty, na poczęstunki. Żadnych handlów. Zosia Yakuza niech sobie handluje, bo to jest jej praca. Drugi etat obok spuszczania oklepu innym panienkom na ringu, czy w klatce.  A ja uprawiam tylko hobbystycznie.
- No, a właśnie, jak w tym roku ci obrodziło?
- Przecież wiesz, że na zewnątrz nic nie siałam w tym roku. Tylko tyle, co w zielniku parę krzaków. Za to Kaśka zebrała rekordowe plony. Jak nigdy dotąd.
- Wiem, przecież już coś pod niej dostałam. Naprawdę niezłe.
- Ja sobie poczekam, aż skończę Ośkę karmić. Nie spieszy mi się.
Tym się właśnie różnie Ziele od narkotyków, takich jak alkohol na ten przykład, że prawie nikt nie dostaje małpiego rozumu mając perspektywę, czy okazję użycia go.
Anita tak zrobiła, jak zaplanowała. Najpierw zajrzała z Miśkiem do parku na oględziny kamienia i jego okolic. On coś tam pobadał, pomierzył, ona zapisała skrzętnie wszelkie uwagi, po czym w noc równonocy jesiennej całe pięć czarownic wykonało sabat, zdalnie u Anity w domu w jej pracowni. Pora była ciekawa, pierwsza zero sześć po północy, wtedy była kulminacja astronomiczna. 
Za to rano Nita oznajmiła Borkowi:
- Słodziaczku brylantowy. Dziś po pracy wróć od razu do domu, bardzo, bardzo ładnie cię proszę. Zrobimy razem spacerek z Osią do parku. Chcę zobaczyć, co zostało zmajstrowane, czy wszystko poszło jak należy.
Zaś po południu pierwszy dzień Jesieni był przyjazny pogodowo. Gdy cała trójka podchodziła do wejścia do parku Anita zarządziła co następuje:
- Ty się przejdź z Osią do tamtego wejścia, a ja tędy... Ożesz!
- Co jest?
- Nie widzisz? Taśmę założyli i strażnik miejski pilnuje. Ale nic to, ja się przemknę jakoś, a ty idź jak mówiłam. Spotkamy się przy tej ławce, co zawsze siadamy.
Borek odszedł z wózkiem z zaokrętowaną nań Ośką, zaś Anita podeszła spokojnie do wejścia. Rzuciła chwilowy, szybki urok na strażnika, uniosła taśmę aby pod nią przejść, a mundurowemu oznajmiła w przelocie informacyjnie:
- Służbowo.
Kilka metrów stała grupka ludzi, obok zaś parę samochodów mających oznaczenia różnych służb miejskich. Stojący zasłaniali widok na głaz, więc wiedźma podeszła bliżej, minęła wszystkich, po czym spojrzała na kluczowe, interesujące ją miejsce. Wtedy wyartykułowała jak następuje:
- O bulwa! Co to w ogóle jest?
Co takiego zobaczyła Anita? Co zrobiło na niej takie wrażenie?
O tym będzie już w następnej części.

05 października 2026

DZIURA W PARKU /cz.2/

Osia grzecznie poddawała się przeglądowi wykonywanemu przez tatę, którego siedząca na ławce mama zapytała nagle:
- Słodziak, ty wiesz, co to tam jest? Mijaliśmy właśnie.
- Gdzie? Aha, tam. Wiem. Bambul, głaz narzutowy. Tak sobie myślę, co robi ten bambul. Ten bambul zapewne odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. Nie można też wykluczyć, że otwiera oczy niedowiarkom.
- Otwiera, ale buzię do krzyku naszemu dziecku. A raczej to, co pod nim jest. Co do tych potrzeb, to po każdych wyborach do władz dzielnicy ma innego patrona, ale to nas akurat najmniej interesuje.
- A co nas najbardziej interesuje?
- Chodź, zrobimy rundkę po obiekcie, bo Osia potem powie, że wyrodni rodzice wożenia jej żałowali za młodu. A ja ci opowiem za to, o co w tym bambulu się rozchodzi.
Gdy ruszyli Anita wzięła głęboki oddech, co jak wiemy oznaczało zakaz przerywania jej wypowiedzi, po czym wypowiedziała się:
- Pewnie słyszałeś o miejscach mocy na Ziemi. Jest ich sporo, niektóre dość znane, choć połowa z nich jest akurat fikcyjna, urojona. Po prostu fama ma przyciągać turystów i pielgrzymów, za to oni mają tam wydawać dutki. Ale jest jeszcze całe mnóstwo mniejszych miejsc, prawie nikomu nieznanych. W witchnecie jest mapka, tylko niedokładna, a ja mam lepszą, całego kraju. Od Ziry dostałam, tej od Benges, pokażę ci jak wrócimy domu jak chcesz. To pod bambulem też jest miejscem mocy. Nie bambul ją zawiera, tylko jakoś tak pod ziemią jest, pod nim parę metrów. Myśmy to odkryły z Roxy jako siusiary jeszcze. Pierwsze nasze czary, pierwsze sabaty tu robiłyśmy. Potem nam się to miejsce jakoś odwidziało, znudziło. Ja tu do parku dawno nie zaglądałam, wiele lat, dopiero teraz znalazłam zastosowanie, żeby tu naszą Osię odsmradzać. Ta moc pod kamieniem jest bardzo słaba zresztą, do tego chimeryczna taka. Czasem ją się czuje dość wyraźnie, ale też czasem prawie wcale. Ale nawet jak wyraźnie, to wciąż jest cienka. Teraz wychodzi na to, że Osia ją czuje i wcale jej to nie sprawia frajdy. To na razie tyle, co wykryłam. Skończyłam, możesz pytać, to może jeszcze się czegoś dowiesz.
- Czy to jest jakaś zła moc?
- Kochanie, już ci to kiedyś tłumaczyłam. Żadna moc nie jest ani dobra, ani zła. Tak, jak moja moc, czy innych dziewczyn nie jest ani na plus, czy też minus, tak samo te moce naturalne, bo nie ma żadnego obiektywnego dobra, ani zła. Ale mogą być różne reakcje osobnicze na jakąś konkretną moc. Jak widać Osi ta moc pod kamieniem wyraźnie nie pasuje. Źle się czuje od niej, więc protestuje tak jak umie, głośnym płaczem.
- To co teraz?
- Trening przepony jej nie zaszkodzi, ale ja nie chcę, żeby była tak regularnie stresowana na każdym spacerze. Możemy chwilowo nie wchodzić tym wejściem do parku, omijać ten bambul i tak na razie zrobimy. Ale na dłuższą metę to jest słabe. Nie nasz styl.
- Ponawiam więc pytanie, co teraz? Może jakiś amulet?
- Dobrze kombinujesz, brawo ty. Tylko, że amulety to nie popcorn, w minutę nie upichcisz. Ale nie wykluczam tej opcji. Osia już ma parę amuletów, takich standardowych, ten jednak musi być taki dedykowany, że tak to nazwę.
- Znaczy?
- Znaczy, że jeszcze nie wiem za dobrze, przed czym ma chronić. Chodź, jeszcze ten kawałek, potem wrócimy na tamtą ławkę.
Tak też zrobili. Wrócili, usiedli, zajęli się rozmową, Anita jednak przy okazji obserwowała alejkę w okolicach kamienia. Szczególnie bacznie, gdy do parku wchodziła jakaś pani konwojująca dziecinny wózek. Raz nawet wszedł pan. Ale nie działo się na razie nic. Do czasu. Do czasu, aż się stało.
Bo nigdy nie jest tak, że nigdy nic się nie dzieje. Zawsze prędzej, czy później coś się musi wydarzyć. Tak więc w pewnym momencie zawartość kolejnego wózka podniosła alarm podczas mijania kamienia. Pani go pchająca zajrzała do środka, po czym zmieniła azymut planowanej trasy i po chwili była już przy ławeczce okupowanej przez naszą rodzinkę.
- Można?
- Proszę, proszę. Co, awaria?
Spytała Anita.
- Właśnie nie wiem.
A po chwili:
- Nie, spoko. Fałszywy alert. To my nie przeszkadzamy.
- Miłego dnia.
Pani z wózkiem oddaliła się, zaś Anita stwierdziła:
- Ciekawe. To małe w wózku ma moc. 
- A mama?
- Mama nie. Ale dzieciak poczuł i zareagował.
Borek nagle zaśmiał się mówiąc:
- Wiesz, co mi przyszło do głowy? Że ten bambul, to całe miejsce to taka jakby bramka, wykrywacz potencjalnych, ewentualnych magów i czarownic.
- Dobre! Trzeba twojej siostrze powiedzieć. Niech tu siądzie od rana i zaznacza sobie ptaszki na kartce. Lalka lubi takie tam różne obserwacje i spostrzeżenia statystyczne. 
Anita nagle wstała, obciągnęła spódnicę i okręciła się dookoła swej własnej osi pionowej pytając tonem gwiazdy romansów:
- No, i jak?
- Co jak?
- Klasa mamuśka, dupeczka jak się patrzy. Tak?
- Nigdy nie mówiłem, że jest inaczej.
- Dobrze, ale w ciąży to ja byłam anakonda po zjedzeniu słonia.
- Nieprawda. Taki fajny pingwinek byłaś. Poręczny nawet.
- Jak ty nic nie rozumiesz. Ile czasu po porodzie kobieta wraca do swojej normalnej figury? Jeśli chce. Bo wiele wcale tego nie chce.
- Pupcia, ja się na tym nie znam, pojęcia nie mam. Lepiej mi powiedz, co wymyśliłaś z tą bramką przy kamieniu. Znaczy z tą całą sprawą i w ogóle.
- Ten amulet ulegnie rozpatrzeniu. Ale ja mam jeszcze kompletnie innego pomysła, co z tym można zrobić. Alternatywnie. Na razie jednak wracamy do domu. Szybciorem. A w domu...
- A w domu to Ośka się zbudzi roszcząc cyca i to, o czym oboje teraz nagle pomyśleliśmy ulegnie pewnemu odroczeniu.
Więc wrócili do tego domu szybciorem. Na ławce zostało po nich tylko pytanie, jakiego to kompletnie innego pomysła, alternatywnie zresztą ma Anita?
O tym już w następnym odcinku.

30 września 2026

DZIURA W PARKU /cz.1/

- Jedyny kłopot, jakiego doświadczam z Miśkiem, to nie mogę nauczyć się rozróżniać, kiedy on udaje, że jest głupi, żeby zmylić czujność innych, kiedy udaje, że jest głupi, bo nie chce mu się rozumować i chce, żeby robił to ktoś za niego, kiedy udaje, że jest potwornie głupi, żeby ukryć fakt, że rzeczywiście nie sensuje, co się dzieje, a kiedy jest naprawdę autentycznie głupi.
Anita spojrzała na Roxy przeciągle i odparła:
- Z tego, co mi nieraz opowiadasz, to mi wychodzi, że on wcale nie jest głupi. Chyba mój Borek nie jest aż tak pomysłowy w tych sprawach, co on. Tylko żeby nie było. Ja etap ultra fikuśności mam już za sobą. To, co jest mi wystarcza. A ty wiesz, że ja się z nim umówiłam ostatnio?
- Z Borkiem? Na co się umówiłaś? 
- No jak z Borkiem? O twoim Miśku mówimy.
- Przecież on się nie umawia z innymi dupami.
- Więc ja też się z nim nie umówiłam jako inna dupa, tylko jako jego koleżanka, najlepsza kumpela jego dupy. I wcale nie w tych sprawach, co ty teraz sobie myślisz.
- No, ja myślę. Ups, sorry, ja jestem pewna, że nie w tych. Tylko mam dwa pytania. Co to za nie te sprawy i czemu ja o tym nic nie wiem do tej pory?
- Bo ci nie zdążył powiedzieć. Dzwoniłam do niego ze dwie, trzy godziny temu dopiero co. A te sprawy są takie, że jest geologiem zawodowo, tak?
- Tak. Przecież wiem, z czego dorzuca na nasze rachunki.
- I jest też geomantą przy okazji, tak?
- Tylko teoretykiem, przecież nie jest magiem.
- Ale tylko tyle mi trzeba. Stronę magiczną ogarnę sobie sama. Ty mi zresztą pomożesz. Tak, Wiewióro wredna? Pomożecie?
- No pewnie. Tylko jeszcze nie wiem, w czym. I na damski chuj ci geomanta do tego wszystkiego?  Tego akurat nie ogarniam.
- To słuchaj teraz uważnie, wtedy ogarniesz...
Teraz zróbmy może tak, że ze względów pragmatycznych zamiast cytować cały dialog zbriefujemy jedynie pokrótce opowieść Anity. Ale zacznijmy może najpierw od tego, że tytułowy park to jest za mocno powiedziane. To raczej taki mocno przerośnięty skwer, który mieści się na dzielni o zabudowie jednorodzinnej, gdzie mieszka właśnie Anita, Falibor oraz od niedawna owoc ich miłości imieniem Stella Oktawia, dla swoich Ośka. Ten skwer to ulubiony spacerniak, taki wózkodrom miejscowych mamusiek, czy też tatuśków oraz ławeczniak okolicznego seniorstwa emerytalnego. Bardzo czyste, zadbane miejsce zresztą. Gdy nadszedł czas, aby zacząć przewietrzać Ośkę, Anita wybrała ten właśnie teren zielony. Pierwszego dnia poszła sama, po czym wróciła po jakimś czasie, jak to zwykle bywa. Drugiego dnia nie poszła, tylko wsadziła Osię do nosidełka, nosidełko do auta, po czym udała się do Pleciugi, bo akurat był czwartek. Za to trzeciego dnia poszedł Borek dziarsko powożąć wózkiem pełnym Ośki. Też wrócił po jakimś czasie, ale Anita zaczuwała nagle:
- Słodziak, co masz taką minę? Coś poszło nie tak na spacerku?
- Właściwie nic, ale...
- Wiesz, co zrobili górale z Alą na skale? Więc mi tu nie aluj, tylko referuj cały przebieg misji. Ja potrzebuję wszystko wiedzieć, co się tam działo.
- Może tylko tyle, że Osia nagle mi się uruchomiła po wejściu do parku, tak znienacka, głośno nietypowo jakoś jak na nią.
- Co zrobiłeś?
- Podjechałem od razu do najbliższej ławki, sprawdziłem, czy nie ma jakiejś awarii w pieluchach, ale nic nie było.
- Co na to Osia?
- Przy ławce od razu się uspokoiła. Za to podczas wyjścia z parku było to samo, ale na ulicy znowu ucichła. I teraz zobacz, śpi sobie ładnie. Tak, jak ma być.
- Ciekawe. Wiesz, bo ja przedwczoraj miałam z nią tak samo. Co prawda tylko idioci nie wierzą w przypadki, ale to akurat nie jest przypadek moim zdaniem. Jutro pójdziemy razem oboje. Przy sobocie utniemy sobie taki rodzinny spacerek.
- Masz Pupcia jakiś pomysł?
- Mam mieć.
Tak też zrobili. Sobotniego popołudnia Osia została wplasowana do swojej gondoli na kółkach, po czym oboje rodziców ruszyło do parku jako napęd oraz ochrona owej gondoli. Pogoda sprzyjała wyprawie, zaś dookoła całej trójki wibrowało rodzinnością. Ale gdy weszli do parku, to po kilku metrach marszu śpiąca Osia nagle poruszyła się, po czym wzięła i uruchomiła cały swój potencjał wokalizacyjny. Anita spojrzała na Borka pytając:
- Tak było wczoraj?
- Dokładnie w tym miejscu.
Czarownica rozejrzała się dookoła.
- Widzę, czuję i chyba już wiem. Chodźmy do ławeczki. Zajrzymy do ukrytych ośkowych rejonów, żeby wykluczyć pewną okoliczność, żebym mogła wiedzieć na pewno.
- Okay, wiedźma wie. Idziemy córcia. Kontrol sanitarna będzie.
Mówiąc to Borek ruszył z wózkiem za wózkiem, zaś Nita została jeszcze chwilę, po niej jednak szybko dołączyła do załogi. Zaś mała Osia nagle ucichła, jakby nic się nie stało ową chwilę temu.
Co wiedziała Anita chyba, zaś chwilę potem na pewno?
O tym już w następnym odcinku.

28 lutego 2026

RUMBLE IN THE JUNGLE (ep.3 - sobota)

Jeszcze jakieś półtora roku temu Kaśka nie miała zbyt dobrego zdania na temat freak fightów. Mówiła wtedy nieraz, że:
- Nie ma równowagi. Za dużo tu widowiska, za mało sportu.
Dopiero gdy pojawił się niejaki Mirek Orski i zaproponował jej udział w takim widowisku sytuacja zaczęła się nieco zmieniać. Pamiętamy tą walkę, nie pora jednak teraz na jej przewijanie. Ważne jest to, że ów Orski nawiązał potem współpracę biznesową z Kaśką. Dokładniej zaś federacja Fight Show z klubem Oktagon. To dotyczyło różnych rzeczy, na przykład szkoleń zawodników, czy tez wynajmu sal do treningów. Przy okazji też zaistniało nieco relacji stricte prywatnych. Choćby nieistniejąca już para Mirek plus szefowa techniczna klubu, czyli znana nam Mala aka Turbina. Zaś Kaśka zaczęła dowiadywać się więcej na temat samej idei freak fight, tudzież różnych jej realizacyj. Co prawda nie zmieniła stanowiska całkowicie, ale mocno je zmodyfikowała.
Tu zróbmy przerwę na takie śródsłowie, aby wyjaśnić czytającym, o co w tym wszystkim chodzi. Jak wiemy, sporty walki nie są żadną przemocą, nie są realną walką, tylko umowną grą, podlegającą pewnym regułom. Odmian tych reguł jest stosunkowo sporo, mamy na przykład boks, zapasy, kick boxing, różne zresztą wersje, sumo, judo, czy też olimpijskie taekwondo. Są one przyjęte wśród jakiejś większej grupy ludzi, jednolite, zaś koordynują to wszystko różne federacje, czy też związki sportowe. Freak fight działa nieco inaczej. Każda walka przebiega według reguł ustalonych osobno, indywidualnie. Czasem są one takie same, jak te wspomniane już wcześniej, ale czasem też bywają jakoś tam zmodyfikowane. Te modyfikacje bywają dość różne, nieraz też przekraczają pewne granice, co dla wielu osób, zależnie od ich pojmowania sportu, może być nie do przyjęcia. Przykładem może byś starcie wielkiej baby z małym chłopem lub spotkanie trzech na jednego. Takie właśnie sytuacje miała na myśli Kaśka. Zacytujmy inną jej wypowiedź:
- To nie jest już żaden boks, tylko zabawa w pokaż cycki.
Tak więc podczas różnych dyskusji z Mirkiem Kaśka poznawała coraz lepiej ten temat, ale przy okazji miała też pewien wpływ na niego samego, na jego pracę. Po jakimś więc czasie okazało się, że galom walk organizowanym przez jego federację coraz bliżej jest do sportu, za to gale innych firm sterowały w kierunku jarmarcznego widowiska. Zaś konsekwencją tego była polaryzacja wśród widowni. Na gale Fight Show chodzili głównie fani walk na poziomie, ciekawych od sportowej strony, znający się jakoś na rzeczy, zaś na pozostałe gawiedź żądna widoku spadających gaci lub krwi cieknącej po kafelkach. Różnica analogiczna do sytuacji metal versus disco polo lub marihuana versus narkotyki.
Tak więc Kaśka rozważając z Bombką Yakuzą różne opcje była już pewna, że walka jej pupilki na gali Fight Show to tak samo dobry pomysł, jak walka na gali regularnego boksu, ka-jeden, czy ememej. Pozostało więc już tylko omówić warunki, reguły gry.
I wtedy nagle, niczym takie straszydełko z pudełka wyskoczył wspomniany już Mirek Orski zapraszając Kaśkę i Zośkę do kafejki niedaleko klubu, gdzie serwowano lepszą kawę, niż w klubowym barku. Zaczął z kopyta:
- Co powiecie moje panie na partyjkę boksu birmańskiego?
Wyjaśniamy, że boks birmański co do reguł gry jest jak tajski, tylko że wolno walić głową. Inne sprawy są już do uzgodnienia. Co innego Mirek mógł zaproponować takiej żylecie, jak Zośka Yakuza? Może olimpijskie taekowondo? Bardzo fajny, godny szacunku sport, ale dla niej to jest tylko macanie się po cipkach. Bombka aż podskoczyła na pupie.
- Mnie się to podoba. Ale Kasia rządzi.
Nieprawda. W takich kwestiach to zawodniczka jest szefem, ona ma ostatnie słowo. Ale w praktyce bywa inaczej. Zwykle bowiem przeważa autorytet trenera, czy też trenerki. Zaś gdy jest nią Kaśka, to w ogóle nie ma debaty. Mimo, że jest skromną, nie puszącą się osobą, to jej charyzma w tych sprawach jest nie do podważenia. Ale ona akurat nie polemizowała.
- Wchodzimy w to.
Tak się składa, że ostatnio obejrzała sobie kilka walk tej nowinki na rynku i wyszło jej, że jest mniej urazogenna, niż tajski boks. Pomijając garstkę świrów to ludzie wcale się nie kwapią do zbyt bliskiego kontaktu. Mniej jest zwarć, klinczów, czyli okazji do technicznych nokautów. Więcej walki na dystans, więc dla znawcy jest to ciekawsze widowisko.
- Masz już jakieś propozycje personalne?
Mirek bez słowa odbezpieczył telefon i podsunął jej pod nos.
- Nooo... Daj się chwilę przyjrzeć.
Zaś po chwili:
- Niezła jest. Ulicznica, tak jak my. Zocha, dasz radę?
Mówiąc to podała Bombce telefon.
- Ja słoniowi i orce dam radę, więc...
- Dobra, nie szalej dzidzia, nie szalej. Mireczku, masz tego więcej?
- Jej walk?
- Nie. Filmów jak szydełkuje, je zupę i robi loda. Idiota.
- No, jest tego trochę.
- To przerzuć mi to. My to sobie obejrzymy i jutro ci powiemy.
- Ale to nie wszystko. Co powiecie na rzymską klatkę?
To jest kolejna nowinka na rynku sportów walki. Pole gry jest ograniczone do obszaru trzy metry na trzy metry. Kaśka zabrała Zosi telefon, spojrzała jeszcze raz.
- Ni chuja. Nie tym razem.
Bombka zaprotestowała:
- Kasiu, ale dlaczego? Ja sobie poradzę.
- Nie poradzisz sobie. Już widzę po ruchach, że dziewczyna ma bazę wing tsun. Ty tego nigdy nie ćwiczyłaś. W takiej klatce to ona cię wyrucha na wszystkie sposoby, a ty tego nawet nie zauważysz. Ja cię w miesiąc nie przygotuję do takiej walki, nie ma takiej opcji.
Tu nagle wtrącił się Mirek:
- Co to jest wing tsun?
- To jest odmiana chińskiego wushu. Kiedyś ją wynalazła kobieta do potrzeb walk w ciasnych uliczkach miasta. Ja tego trochę uczę panienki na kursach samoobrony przed gwałtem. To działa, ale miesiąc to zdecydowanie za mało, żeby ogarnąć same podstawy. Ja nie przestawię teraz Zosi całego rozkładu jazdy do góry kołami tak z dnia na dzień. Czyli rzymska klatka tak, ale nie tym razem.
- Więc jutro się zdzwaniamy?
- Dokładnie, a potem ogarniaj spotkanie menadżerskie. Zresztą co mnie to obchodzi? To twoja działka, ja się nie muszę na tym znać. Ta kawa faktycznie jest lepsza, niż u nas w klubie. Kogo ja tam zatrudniam w barze? Muszę to przemyśleć.
Do spotkania doszło, omówiono wszystkie kwestie, także finansowe, ale nas interesuje aspekt sportowy. Ustalono boks birmański, ale po europejsku, czyli trzy rundy po trzy minuty, oraz na okoliczność remisu dogrywka do pierwszej gleby. Tylko tu trzeba jeszcze pamiętać o jednej rzeczy. Każda formuła sportów walki to także kwestia sędziowania. Te sporty nie są tak do końca wymierne. Kiedyś próbowano ściśle, odcinając aspekt intuicyjny wymierzyć boks olimpijski, zwany amatorskim i wyszła lipa. Ale to już jest na osobną dyskusję, uznajmy na razie, że federacja Fight Show jakoś ogarnęła ten temat.
Teraz więc jesteśmy w hali, gdzie się dzieje gala łomotu. Zanim jednak dojdzie do przedostaniej walki, tej, co nas interesuje, zajrzyjmy na vipowską lożę. Ciasno tam, bo zleciały się wszystkie wiedźmy, psiapsie Kaśki plus ich dwa gamonie oraz jedna dziewczyna. Dotarła więc rzecz jasna Mala, co prawda sama, ale po zdanych na uczelni egzaminach. Na szóstki zresztą zdanych, bo ona tak akurat ma, że tylko tak zdaje. Zaś na samym brzegu siedział Adaśko, jak wiemy Kaśki chłop, czy raczej mega chłop. Nagle się zrobił zgiełk, bo pojawiły się trzy Neonówki, zaś pracownik ochrony nie chciał ich wpuścić na tą lożę. Nie na chama nie chciał, był nawet dość asertywny.
- Sorry dziewczyny, ale tam już nie ma miejsca.
Obserwował to Adaśko, a Bęcka podchwyciła jego spojrzenie. 
- Daśku, zrób coś. Proszę.
Dasiek nie kazał się wiele prosić. Znał już te dziewczyny, uczennice Kaśki. Ale niewiele zrobił. Po prostu wziął i wstał. Wstał i spojrzał, bardzo zresztą łagodnie, przyjaźnie i życzliwie na ochroniarza, któremu nagle odechciało się pracować pod presją tego spojrzenia. Bo jak wiemy, facet Kaśki to jest naprawdę wielki mężczyzna. Niemniej jednak pozostały pewne kwestie techniczne do ogarnięcia. Jednak problem, jak większość problemów tego świata okazał się być fikcyjny. Adaśko rozsadził dziewczyny na kolanach Borka i Miśka, dla siebie zostawiając, tak gwoli sprawiedliwości wizualnie najcięższą Bęckę. Po czym otrzymał od niej buziola wszechczasów. Na ten widok odezwała się Mariolka:
- To słaby pomysł. Jak Kaśka się dowie...
Wtedy zareagowała Malina:
- Nie obrażaj Kaśki. Taki buziak się nie liczy. Za to ja mam inną uwagę. Do bratowej. Nitka! Słyszysz mnie? 
Anita, do której zwróciła się Malina zareagowała:
- Mniej więcej. A co chcesz?
- Bo może Borek ciebie powinien wziąć na kolana?
- Mnie tu wygodnie, a ja się robię trochę już za ciężka.
W tym momencie uruchomiła się Roxy:
- Lalka, ja wiem, że ty bierzesz kokę tylko raz na miesiąc, więc to nie jest jeszcze nałóg, ale może spróbuj robić to rzadziej.
- Bo niby co?
- Wiadro! Bo robisz dokładnie ten sam problem z niczego, co Miola przed chwilą. A ty Misiek pocałuj czule swoją damę w karczek. Jak się zgodzi. Młoda, zgadzasz się? Rozważ to, bo to mój chłop. Ale ja za to nie jestem zazdrosna, więc mu krzywdy za to nie zrobię.
- Cicho siostry, sznurujcie piczki! Nasze idą.
To już odezwała się Mala, obserwująca sytuację na boisku.
Sytuacja zaś zaistniała taka, że po wstępnych rytuałach do oktagonu wkroczyła Zośka Yakuza aka Bombka oraz Piorunella. Bo taką ksywę sceniczną obrała sobie jej przeciwniczka. Zośka od razu zabrała się do roboty, bez pierdolenia się w tańcu. Prostą jak budowa kija kombinacją, sztampową wręcz, świeżacką. Prawy low kick, lewy okrężny na głowę, potem doskok i grad ciosów góra dół. Co jakiś czas zmiana stron, prawe na lewe. Zero zwarć, zero kliczów, czy innych przepychanek. Trudno powiedzieć, czy to Bombka miała dobry dzień, czy Piorunka zły. Tak, czy owak po pierwszej rundzie Kaśka oświadczyła Zosi:
- Jest dobrze. Rób dalej to samo, nic nie udziwniaj. Jej dupa jest twoja, masz ją jak kaczkę na ruszcie. Utyka już na lewą nogę. Napierdalaj tam dalej. Kopnięcie na górę tylko symuluj, tam się nie przedrzesz. Za to potem wal jak do tej pory. Na zmianę, góra dół. Na japę i po żebrach, pod cycki, ile fabryka dała.
Co najważniejsze, to Bombka nie zaliczyła ani jednego ciosu na swoją śliczą buzię. Jednak nie do końca realizowała zalecenia trenerki. Miała nieco inny, swój prywatny plan na drugą rundę. Problemem większości fighterek i fighterów jest to, że ta druga strona złośliwie przeszkadza im realizować plan walki. Ale Piorunella była już nieźle rozebrana. Aczkolwiek wciąż duchem jakoś tam mocna, wciąż też stojąca nogach. Yakuza za bardzo nie kwapiła się, aby to zmieniać. Tańczyła jedynie bawiąc się bezradnością swojej przeciwniczki. Cios, kopniak, cios, kopniak. Do kompletu brakowało tylko ściągnięcia jej spodenek. Dla widza, niezależnie od jego poziomu ogarnięcia tematu wyglądało to dość ciekawie, ale Kaśka nie była tym wszystkim zachwycona. Po drugiej rundzie wyraziła to tak: 
- Dzidzia, to już jest sadyzm. Znęcasz się, bijesz bezbronne mięso. Ten jej sekundant to jest chuj obgęgany, powinien ją już poddać. Zrób coś dla mnie. Kończ ją i wstydu kurwa oszczędź. Bo jak cię ona nagle trafi rozpaczliwcem, to... To ja już nie wiem.
Miała rację. Rozpaczliwiec to taka akcja, która potrafi zmienić wszystko, wręcz przenicować i przywołać do porządku niejednych, za bardzo zadufanych w swoją przewagę. Tylko że wtedy już jest za późno. Jest tylko cucone.
- Dobrze mamuśka, będę już grzeczna cipka.
Bombka wstała z zydelka i ucałowała usta swojej mentorki ze zdecydowanym języczkiem, czulej, niż jakichś tam różnych swoich gamoni. Po czym weszła na boisko. Gdy tylko zawodniczki stuknęły się rękawicami, to wykonała jeden szybki krok i rozgarniając gardę Piorunelli uderzyła ją głową. Szybko, konkretnie, skutecznie, ulicznie tak. Ulicznie, ale nie byle jak, nie po chuligańsku, tylko profesjonalnie. Sędzia nie liczył do końca. Od razu machnął na lekarza. Cucone było na pewno konieczne.
Zasadniczo to jest koniec tej całej opowiastki.
Ale... Są jeszcze pewne wątki poboczne.
Zajrzyjmy do szatni, już po walce. Otóż stało się tak, że w tej szatni Bombka rzuciła swoje ciało w objęcia Kaśki. Rozpłakała się przy tym orgazmicznie przeplatając to triumfalnym śmiechem. Nagle ktoś zapukał do drzwi i nie czekając na pozwolenie zajrzał do środka głową Mirka. Ale Kaśka zareagowała nieasertywnie:
- Gdzie?! Wypierdalaj! Nie teraz!
Za plecami Orskiego do szatni wśliznęła się Mala. Na nią Kaśka nie zareagowała. Więc Turbinka usiadła obok Zosi, przytulila ją do siebie, po czym zaczęła ją czule i starannie lizać po buzi. Akurat Kaśka dobrze znała ten styl. Mala zawsze tak okazywała swoje pozytywne nastawienie do swoich psiapsiółek, robiła to bez skrępowania. Na przykład podczas spotkań w Pleciudze. Więc Kaśka poszła do toalety pod drodze zamykając drzwi szatni na zasuwkę od wewnątrz, aby żadne Mirki, czy inne muchomorki już nie zaglądały do środka. Ale gdy wróciła, zastała scenkę, której się nie spodziewała. Otóż Zosia była już bez tiszerta, zaś Mala zdejmowała z niej ochraniacz na piersi. Gdy już to zrobiła przystąpiła do starannego lizania sterczących triumfalnie sutków wojowniczki, która kilka minut wcześniej właśnie wygrała walkę. Co prawda Kaśkę trudno jest zaskoczyć takim, czy innym ludzkim zachowaniem, ale tym razem...
- Wiem, że się polubiłyście, ale że aż tak?
Mala powoli, bez pośpiechu przeszła do kolejnych zabiegów. Całując Yakuzę po brzuchu zajęła ręce jej spodenkami oraz ochraniaczem na krocze, zwanym też czule napizdnikiem. Kaśka obserwując tą sytuację zdejmowała z siebie poszczególnie części swojej garderoby mówiąc:
- Dobrze dziewczyny, róbcie swoje, ja idę pod prysznic.
Ale gdy pozbywała się majtek coś ją nagle uderzyło.
- Ej, Mala! Zośka! Czemu tak dziwnie na mnie patrzycie?
Zapadła chwila ciszy, podczas której Mala redukowała swoją garderobę. Zaś gdy zdjęła już wszystko obie dziewczyny zamrugały do siebie powiekami i spojrzały na Kaśkę bardzo wymownie, wręcz pożądliwie. Zagaiła Bombka:
- No,  co jest z tobą Kasiu? Chodź do nas.
- Nie jestem pewna, czy powinnam, ale...
Mala uśmiechnęła do niej uroczo mówiąc:
- Zrób sobie przerwę, zapomnij na chwilę o naszych oficjalnych, formalnych relacjach. Przejdź z trybu służbowego na prywatny.
- Dobrze, ale i tak najpierw się wykąpmy. Higiena to podstawa.
C.D. NIE N.
Nie wykluczony jest jednak pewien suplement, bo nie wszystko zostało opowiedziane. To jest do ogarnięcia. Wystarczy tylko miło się zachować, czyli po prostu bardzo, bardzo ładnie poprosić.

22 lutego 2026

RUMBLE IN THE JUNGLE (ep.2 - piątek)

SUPLEMENT DO POPRZEDNIEGO ODCINKA
Gdy Kaśka wróciła do stolika oznajmiła:
- Reguły boksu tajskiego, czy innego rodzaju kick boxingu niczym się nie różnią od reguł klasycznego boksu, tyle tylko, że wolno nieco więcej. Coś jeszcze?
Zapadła cisza, którą w końcu przerwała Roxy:
- No, to teraz już wszystko wiemy.
Zaś Malina zarechotała tak, że aż filiżanki podskoczyły na stoliku.
Bójka, Bitka i Bęcka. Oraz rzecz jasna Bombka, czyli Zosia Yakuza, liderka dziewczyńskiego gangu Neonówek. Choć nikt nie wie, kto nadał całej czwórce takie właśnie zbiorcze miano, to jednak te indywidualne ksywki były na pewno autorstwa Stryja, który pewnego dnia podczas gospodarskiego obchodu klubu zajrzał na salę, gdzie projekt marketingowy Kaśki odbywał swój trening. Nowe imiona szybko się przyjęły, zaś team zrobił się znany, nie tylko zresztą w samym klubie, nie znane były jeszcze tylko plany odnośnie przyszłych karier omawianych dziewczyn. Te były dopiero na poziomie mniej lub bardziej wyraźnych szkiców. Wiadomo było tylko, że Kaśka, znana jako bardzo zajęta osoba, stała się jeszcze bardziej zajęta od czasu, gdy do innych swoich, wcześniejszych obowiązków dorzuciła sobie prowadzenie owej grupy. Na tyle zajęta, że zaczęła szukać osoby menadżerującej, kogoś, kto na poziomie wykonawczym zajmie się kwestią występów dziewczyn na matach różnych ringów, czy klatek.
- Najlepszy byłby Mirek Orski.
Takie miała zdanie Mala, której Kaśka zwierzyła się ze swojego kłopotu. Niestety były facet Turbinki miał niezłą pracę w federacji freak fightów, za niezłe pieniądze zresztą, zaś projekt Kaśki na razie nie zapowiadał nadmiaru takowych. Więc ewentualna nowa posada nie jawiłaby mu się jako zbyt atrakcyjna. Tak więc chwilowo Kaśka musiała wszystko robić sama. Była sponsorką jako współwłaścicielka Oktagonu, trenerką - instruktorką, oraz właśnie menadżerką. Sama więc ogarnęła swoim Neonówkom walki, które właśnie mają się odbyć.
Tego dnia na ringu miały wystąpić trzy. Czwarta, Bombka Yakuza miała nakazane siedzieć w domu i się relaksować. Kaśka, znając charakterek swojej pupilki, na wszelki wypadek użyła nieco magii, zaaplikowała jej sugestrix, żeby dziewczyna, która rwała się do kibicowania koleżankom odpuściła sobie ten pomysł i skupiła się na sobie. Co prawda Zośka nie była gapa, bo wcześniej umówiła sobie kogoś, kto siedząc na widowni będzie przysyłać jej nagrywki kluczowych walk. Ale pod wpływem czarów zapomniała tego dnia, że ma w ogóle telefon.
I teraz tak:
Piątkowe wydarzenie nie polegało bynajmniej tylko na tym, że trzy zakapiorzyce po wodzą Pięknej pojechały sobie, na przykład tramwajem na drugi koniec miasta spuścić jakimś tam innym panienkom regulaminowo określony łomot. To by było za proste. Spod gmachu klubu Oktagon wyruszyła cała ekipa. Klubowy, zielony van wypełniała Kaśka oraz jej dupeczki plus cutman, bardzo ważna zresztą postać, plus drugi trener do asysty, figurujący na liście płac klubu, który wie co robić, jakby co. Bardzo zresztą kompetentny, bo innych Stryjo nie zatrudnia. Nie wnikajmy zresztą, to nie jest istotne. Zaś drugi pojazd, wynajęty przez Malę na okres jednych i drugich zawodów prowadził Jacuś, szef przyklubowego sklepu z suplami. Wraz z jedną z sióstr Cycatek miał na głowie stoisko promocyjne klubu. My jednak skupmy się na stronie sportowej całej tej wyprawy. Ale zanim przejdziemy do dalszej relacji, to należy nadmienić, iż zaplecze socjalne turnieju było dosyć marne. Na szczęście jednak obok hali mieszkała jedna z pracownic Oktagonu, która chętnie udzieliła gościny. Dziewczyny między walkami miały gdzie spędzić czas, odpocząć, ogarnąć się jakoś. To była naprawdę cenna sprawa.
Piątkowe zawodniczki, jak też sobotni zawodnicy walczyli w kilku kategoriach wagowych. Akurat Neonówki na tyle się różniły między sobą, że nie miały miejsca siostrobójcze spotkania, każda miała szansę na wygraną. Opiszemy wydarzenia bynajmniej nie chronologicznie, tylko właśnie wagowo. Otóż w każdej wadze startowało po osiem pań, czyli aby wygrać trzeba było stoczyć trzy zwycięskie walki. Każda liczyła trzy rundy po trzy minuty. Najlżejsza Bójka nie walczyła jednak dłużej, niż razem dwie, czy trzy minuty. Wszystkie mecze były do jednej bramki, gdyż od razu po komendzie rzucała się na przeciwniczkę niczym wściekła suka rasy chihuahua zasypując ją gradem ciosów oraz celnych kopnięć. Już po kilkunastu sekundach było pozamiatane. Sędzia wyliczał leżącą na macie klientkę, zaś w ostatniej walce sekundant rzucił ręcznikiem poddając swoją panienkę, gdyż widok egzekucji był dla niego nie do przyjęcia niczym świat bez wódki dla alkoćpuna. Gdy Stryjo oglądał potem powtórki tych walk, to skomentował tak:
- Pomyliłem się. Nie Bójka, tylko Burza.
Bitka nieco dłużej znęcała się nad swoimi adwersarkami. Jej główną bronią były low kicki, czyli niskie kopnięcia oprawiające nogi. Kilka razy wręcz kosiła nimi swoje ofiary, które waliły się na matę niczym sosny podczas wyrębu. Wszystkie walki Bitka wygrała przez poddanie, gdyż żadna z tych ofiar nie była władna ustać na skatowanych nogach wychodząc do trzeciej rundy.
Za to najtrudniej miała Bęcka. Zaczęło się od tego, że już po pierwszej minucie jej kształtna pupcia poznała twardość maty. Potem obie panie toczyły już dość wyrównany pojedynek, zaś przerwę wypełniał jeden wielki opierdol ze strony Kaśki:
- Do kogo ja mówię, kurwa! Garda! Łapy wyżej! Nie jesteś jeszcze mistrzynią olimpijską. Jak wygrasz tyle, co ona, to trzymaj je sobie nawet w dupie. Ale na razie masz mieć łokcie wyżej cycków. Nie wygrywasz na razie. To nie siusiak twojego chłopa, ty jej nie liż, ty ją masz tłuc! Chcę widzieć, jak wióry z niej lecą.
Trenerka dorzuciła jeszcze kilka trochę bardziej szczegółowych instrukcji, zaś po gongu wlepiła jej klapsa na drogę. Zjeba okazała się skuteczna. Bęcka ogarnęła się jak należy, po czym zaczęła odrabiać straty. Łatwo nie było, gdyż przeciwniczka dzielnie się odgryzała, ale trzecia runda była już całkiem jej. Walkę wygrała jednogłośną decyzją, mimo zaliczenia wstępnego knock downu. Druga walka się nie odbyła, Bęcka zwyciężyła walkowerem. Co prawda jej przeciwniczka wygrała swoje poprzednie spotkanie, ale była to pyrrusowa wiktoria, gdyż wyłapała kontuzję. Lekarz nie wpuścił jej na ring, więc nasza Neonówka mogła sobie dłużej odpocząć. Za to trzecia jej walka była po prostu brzydka. Reguły tajskiego boksu dopuszczają długie klincze, ale większość widzów nie przepada zbytnio za takim przebiegiem zdarzeń. Takim to sposobem obie panie przemęczyły dwie rundy. Za to Kaśce głos zaczął już chrypieć od powtarzanych instrukcji.
- Dzidzia, nie szarp się z nią! Odskok z lewym prostym, prawy low kick i lewy round na banię. Nie bij się kurwa, tylko boksuj jak człowiek! Trafiaj, punktuj!
Dzidzia faktycznie karnie wykonała polecenie już na początku rundy. Próbowała dokończyć latającym kolanem, niestety niecelnie, po czym znowu doszło do klinczu. I wtedy stało się coś niedobrego. Przeciwniczka Bęcki nagle uderzyła głową. 
- Faul! No co jest, kurwa?!
Wrzasnęła Kaśka, sędzia jednak nie przerwał walki. Zrobił to dopiero po kilkunastu sekundach odsyłając Bęckę do narożnika. Rozcięcie łuku brwiowego było ewidentne. Na ring wskoczyła Kaśka, za nią zaś cutman, który zabrał się do pracy, żeby opanować sytuację. Nie wyglądało to jednak dobrze. Pojawił się główny lekarz, zaś trenerka wsiadła krzykiem na sędziego.
- Faul był, głową strzeliła! Ty ślepy jesteś, czy co?!
Ten jednak ignorował ją, patrzył jedynie na lekarza, ten zaś na zakrwawioną dziewczynę. Logo Oktagonu na piersi jej zielonego tiszerta zakryła wielka plama. Kaśka zmrużyła oczy, szybko utkała zaklęcie tamujące krew, lecz było już za późno. Lekarz spojrzał na sędziego, ten zaś wykonał rękoma gest zamykający walkę.
- Szlus. Koniec. Techniczny nokaut.
Gdy podszedł do narożnika, w którym stała druga dziewczyna, po czym podniósł jej ramię do góry Kaśka wrzasnęła głośno:
- Ni chuja! Zero zgody! Protest!
Sędzia pokręcił głową.
- Menadżer tylko może składać protest.
- Jestem menadżerką idioto! Naprawdę ślepy!
Pokazała mu plakietkę na piersi. Po czym podskoczyła do krawędzi bocznej ringu i spojrzawszy na sędziów punktowych siedzących przy stoliku powtórzyła w ich kierunku:
- Protest! Mam tam do was zejść?!
Po czym faktycznie zeszła, już była przy nich.
Całą tą scenę obserwowała siedząca blisko gromadka znanych nam przyjaciół. Była więc też Malina, która skomentowała ją szybko dwoma zdaniami:
- Będzie gorąco. Kasi puszczają nerwy.
Na szczęście nie puściły jej one aż tak, żeby stało się coś niepotrzebnego. Jeden z sędziów punktowych odnotował coś na kartce protokołu, po czym wstał ze słowami:
- Pani Katarzyno. Na razie wynik walki jest taki, jaki jest. Po turnieju, po ostatnim spotkaniu zapraszam na zebranie jury d'appeal. Wrócimy do sprawy, pogadamy na spokojnie.
Jakby nie było, Kaśka nie była już dzieckiem. Wiedziała, że na huki tego nie wygra. Skinęła więc tylko głową mówiąc:
- Dobrze. Ma pan rację. Tylko spokój nas może uratować.
Sama była już całkiem opanowana. Podeszła do Bęcki, która już zeszła z ringu, objęła ją ramieniem i oznajmiła łagodnym głosem:
- Chodźmy do szatni. Oszukali nas, ale ja to odkręcę.
Odkręciła. Zaś już później, po zakończeniu turnieju opowiadała przebieg wypadków na dwa sposoby, zależnie od tego, kto akurat słuchał. Pierwsza wersja była dość prosta:
- Przekonałam ich. Najpierw chcieli wydać werdykt no contest, czyli uznać walkę za nie odbytą. Ale obejrzeliśmy nagrywkę, faul był ewidentny, tylko sędzia centralnie dał dupy. Więc skończyło się dyskwalifikacją, a nasza harpia wygrała tym sposobem. Trzy zero dla nas. Pytań brak.
Druga wersja była bardzo podobna, właściwie taka sama, tylko uzupełniona opisem, jak wyglądał proces przekonywania:
- Nie docierało, nie docierało, wreszcie dotarło, gdy utkałam urok. Znacie mnie przecież. Sport to nie jest przemoc, to nie jest realna walka, więc zawsze gram fair. Ale jeśli ktoś oszukuje, to przestaję się czuć zobowiązana do takiej gry.
Zaś Bójce vel Burzy, Bitce i Bęcce, gdy były same, tylko we czwórkę, powiedziała z grubsza to samo, co zawsze mówiła na koniec każdego treningu:
- Jesteście zajebiste. Frajdą dla mnie było spędzić z wami czas.
Potem jeszcze dodała:
- Jutro kibicujemy Zosi. A potem ja zabieram się za wykłócanie, wyszarpywanie waszych nagród. Wiecie, jak to jest. Nie sztuka wygrać, sztuką jest zainkasować.
Po czym sięgnęła po telefon, aby do tejże Zosi zadzwonić.
C.D.N.

16 lutego 2026

RUMBLE IN THE JUNGLE (ep.1 - czwartek)

Brak wezbranych chmur

Optymistyczna wizja
Kiedyś się wzbiorą
/haiku Wróżki Zębuszki/
👊
Anita była nieugięta, nie uległa nawet wtedy, gdy Mala bardzo, bardzo ładnie ją poprosiła, zaś Roxy zagroziła jej klątwą brzyda. Ujawniła jedynie, że uzgodniła już z Borkiem imię dla ich przyszłej córki, nawet dwa, obiecała też, że drugie upubliczni po wiosennym kwartalnym sabacie, ale na tym koniec. Wreszcie Malina przerwała próby pozyskania dokładniejszych informacji:
- Dziewczyny, dajcie spokój. Zaparła się i chuj. Nic nie zrobisz.
Po czym kelnerka pani Renia, bo rzecz się działa w Pleciudze, przyniosła tacę pełną zamówionych zamówień, co już końcowo zakończyło temat. Zaś potem Mala bardzo, bardzo ładnie poprosiła, aby rozpatrzyć inną sprawę.
- Nitka, czy możemy sobie odpuścić jutrzejszy sabat?
Anita odparła dyplomatycznie:
- Zawsze możemy, gdy tak chcemy. Co prawda są w planie dwa płatne zlecenia, nie żaden trening, ale nie musimy się spieszyć.  
- A czemu tak chcesz?
To już wtrąciła Roxy.
- Temu, że ja mam sesję. Egzaminy na uczelni, koniec pierwszego semestru. Za to Kasia po prostu pracuje. Ma walki. W piątek jedna gala, w sobotę druga.
- Jakie walki Kasiu? Znowu się bijesz o kasę?
Malina lojalnie zaprotestowała:
- Ona nigdy się nie bije. Najwyżej kogoś.
Kaśka uciszyła ją gestem dłoni i odparła.
- Nie ja. Moje dziewczyny. Trzy walczą jutro. Mają turniej boksu tajskiego. To ich debiut na ringu, a ja muszę cały dzień być z nimi. Za to pojutrze wieczorem walczy czwarta, to będzie grubsze wydarzenie. Troszeczkę inna konkurencja. Ale też zapowiada się ciekawie, może nawet ciekawiej.
Tu się odezwała Malina:
- Maleczko, to w ile czasu teraz zrobisz te swoje studia? W jeden semestr, czy może dwa? Bo my już wiemy, co ty potrafisz.
- Bez przesady. Tak szybko jak z maturą to nie pójdzie.
- Ale pociśniesz do przodu? Tak po swojemu?
- Taki mam plan, ale na pewno nie przez rok. Jak tą sesję dobrze ogarnę, to potem wskakuję na indywidualny tok nauki. A wtedy już sama sobie dyktuję tempo.
W tym czasie Kaśka sięgnęła do torby. Wyjęła z niej drobny plik kolorowych kartek, po czym położyła go na środek stolika.
- To są wejściówki wipowskie, dwuosobowe. Jeśli któraś ma ochotę zobaczyć te moje harpie w akcji, to zapraszam. Trochę czasu im poświęciłam, więc byłoby mi miło.
Roxy wzięła kilka biletów do ręki. Rzuciwszy nań okiem spojrzała na Malinę, po czym uśmiechnąwszy się oznajmiła:
- Lalka, znajome obiekty.
- No. Akurat je robimy. Od razu po weekendzie. 
Kaśka spojrzała jakby zdziwiona.
- My? Aha, Latająca Miotła. Ale zaraz, chwila. To oni tam nie mają własnego personelu?
- Mają. Ale po imprezach te hale wyglądają jak pobojowiska. Więc zatrudnia się wtedy dodatkowe siły do sprzątania. Tu akurat my to bierzemy. Umowy podpisane, zaliczki przelane, jest dobrze.
Anita wybrała dwie kartki.
- Dobrze. My z Borkiem jedziemy. A wy?
- Co my? Wszystkie jedziemy. Z całym żywym inwentarzem.
Ton głosu Roxy nie zostawiał miejsca na jakąkolwiek dyskusję. Ruda wiedźma zgarniając cały stosik wejściówek ze stołu dodała:
- Znaczy studentka ma nieobecność usprawiedliwioną. Zmówimy się razem, bo ja akurat wiem, jak tam można dobrze zaparkować. Pod obiema halami nie jest zbyt przyjaźnie w tej kwestii.
Wtedy odezwała się Mala:
- Daj mi proszę jeden bilet. Ten na sobotę.
- Czyli zajrzysz jednak?
- Tylko na samą walkę Zosi Yakuzy. Jej obiecałam już wcześniej.
Sprawa wyglądała na dogadaną, nagle jednak zabrała głos Malina:
- Siostry, a Walentynki?
Roxy spojrzała na nią zdziwiona.
- Co Walentynki?
- W sobotę są Walentynki.
- Ja nie obchodzę Walentynek. Znaczy źle, wróć! Ja obchodzę te całe jebane Walentynki, tylko że codziennie. No, może prawie codziennie. Ale zawsze się pieprzę porządnie.
Mala zakręciła się na krześle tak, jakby chciała się odezwać, lecz siedząca obok Kaśka chwyciła ją pod stołem za udo i mruknęła:
- Siedź! To nie nasza dyskusja. My sobotę mamy zagospodarowaną.
Wtedy nagle parsknęła śmiechem Anita i oznajmiła:
- Lalka, wy chyba z twoim bratem macie to rodzinne.
- Niby co?
- Robienie problemu z Walentynek. Pamiętam, jak Borek rok temu mi marudził na ten temat. Akurat wypadały w piątek. To ja mu tak zrobiłam w czwartek, że mu się odechciało na parę dni, tylko popierdywał z przeżarcia miłością. A my siostry wtedy nazajutrz zrobiłyśmy sobie normalny sabat, jak Ciocia Lala przykazała.
- No.
- Ty Mala mi tu nie nokaj. Bo akurat ciebie na tym sabacie wcale nie było. Byłaś zabujana po sam wierzchołek cipy w tym swoim wtedy Mirku i w ogóle się z tobą nie można było dogadać.
- Ale...
To akurat Malina coś próbowała wtrącić, jednak Nita ją zgasiła:
- Lalka, a ty po prostu zrób tak, że wstań wcześniej, niż zwykle i do wyjazdu na galę nawalentynkujecie się z Miolką tyle, że wam piczki będą dymić. Temat uważam za zamknięty.
Anita siorbnęła nieco smufi i zmieniła obiekt swojej uwagi.
- Kasiu, mam do ciebie prośbę. Bo widzisz, mnie się ten sport podoba, nie jestem idiotką dla której to jest przemoc. Ale rzadko mam okazję oglądać, więc się nie rozeznaję na tych różnych odmianach. Wiem tylko, że trochę ich jest, ale każda ma detalicznie nieco inne reguły gry. Możesz nam trochę przybliżyć temat? Chcę lepiej wiedzieć, co się tam będzie działo.
Kaśka powoli omiotła wzrokiem wszystkie siostry, a gdy każda zgodnie skinęła głową popierając wniosek Anity, wstała od stolika mówiąc przy okazji:
- Dobrze. Ale to trochę potrwa, więc ja może najpierw...
Spojrzała wymownie w kierunku, w którym co jakiś czas udawała się prawie każda klientka Pleciugi. Kobiece oko ma to do siebie, że niekiedy wymaga poprawienia.
A to, że Kaśka, jako jedyna z całej piątki czarownic nigdy uprawia makijażu jest kwestią kompletnie pozbawioną znaczenia.
C.D.N.

13 grudnia 2025

KLĄTWA /3.zadziało się + X.epilog/

Malina znała Yakuzę od wielu lat, ale nigdy za nią nie przepadała, nigdy też tego nie ukrywała. Środowego popołudnia, czy raczej wczesnego wieczoru zajechawszy do klubu zajrzała do szatni.
- Kasik, gotowa już?
- Chwilunia. Zanim się wypnę niech się dopnę.
- Razem jedziemy, czy każda swoim?
- Pojedźmy osobno, tak będzie poręczniej wracać.
Wychodząc z szatni Kaśka dodała:
- Aha, bo jest pewna zmiana planów.
- No?
- Jedziemy do Rudej. Na małe czarowanie. Siądźmy na chwilę.
Gdy w recepcji Malina usłyszała wyjaśnienie sytuacji prychnęła:
- Znowu?
- Co znowu?
- Znowu ratujemy dupę twojej pupilce?
Szkoda, że Anita tego nie słyszała. Ona miałaby dość sporo do powiedzenia na temat ratowania dupy Malinie, tak przez Kaśkę, jak też Borka. Ale Kaśka odpowiedziała mocno wymijająco:
- Lalka, nie marudź, chodź, jedziemy.
Gdy Roxy otworzyła drzwi Kaśka spytała:
- Co ty masz na sobie? A raczej czego nie masz.
Faktycznie, strój miała na sobie dość niedbały. Tak, jakby czekała na dostawcę pizzy. Ale Malina inaczej rozpoznała sytuację:
- Pukała się przed chwilą. Dzioba byś sobie wytarła.
Roxy jednak zignorowała tą uwagę.
- Wchodzicie, czy nie? Bo mi wszystkie muchy wylecą na klatkę.
Odwróciwszy się ruszyła w głąb mieszkania.
- Misiek! Drugą kawę szykuj!
Po czym dodała wyjaśniająco:
- Myślałam, że sama przyjedziesz.
- Wróżka od siedmiu boleści.
Z kuchni wyszedł Misiek z tacą kawy i nadstawił przybyłym paniom policzki do ucałowania. Za to Roxy wyciągnęła dłoń do Kaśki.
- Daj mi to cacko. Idźcie do pokoju, napijcie się kawencji, a ja sobie chwilę sama podumam nad tym. Misiaczku, zabaw damy rozmową. Nie wiem, ile mi to zajmie.
Po kilkunastu minutach Ruda wyszła z łazienki kompletniej nieco ubrana, do tego uśmiechnięta od ucha do ucha.
- Wszystko już wiem. Znaczy prawie wszystko. Wiem, co to za zaklęcie, kto je utkał, jak działa, nie wiem tylko, kto je zlecił. Ale tego akurat nie ma jak się dowiedzieć.
Nagle wtrącił się Misiek:
- Ja się na tym nie znam, ale można by przycisnąć...
- Kogo? Żadna zawodowa wiedźma nigdy ci nie powie danych klienta, możesz prosić, katować, kupować, ni kutasa. Nawet taka partaczka, jak Berta.
- Berta?
Ożywiła się Malina.
- Tak, Berta. Ja ją znam, Anita zna, wy mogłyście ją widzieć przed sylwkiem, wtedy co te fajerwerki zablokowałyśmy. Ale kto by to spamiętał. Zjechało się straszne stado, tony broch, a potem szybko się rozjechało.
- A czemu partaczka?
- Bo nie ma za dobrej opinii w tym światku. Tą klątwę zresztą też spierdoliła. Ale może wszystko po kolei. Nita miała rację, że to działa dermatologicznie. Na szczęście jednak, znaczy dla ofiary na szczęście, dosyć lajtowo. Tydzień, dwa porządnej wysypki, potem przechodzi bez śladu. Nawet za bardzo nie swędzi.
Kaśka pokręciła głową z niedowierzaniem.
- Tylko tyle?
- Jak się będziesz drapać, to się poharatasz. Ale poważniejsze czary to już nie są tanie rzeczy. Im mocniejszy skutek, tym drożej. Ładna jest ta wasza... Jak jej tam?
- Zofia vel Yakuza. Kwestia gustu.
Oświadczyła Kaśka, zaś Malina dodała:
- Ja bym ją z łóżka wyrzuciła, ale ja jej nie lubię, więc nie jestem obiektywna. To Kaśka chce jej pomóc, nie ja. To jej podopieczna.
- Ale Kasi pomożesz, tak? Poza tym nie ma obiektywnych gustów, ocen, sympatii. A do łóżka się chodzi z kimś, kogo się chociaż troszkę lubi. Przynajmniej ja tak mam.
Mówiąc to Roxy uśmiechnęła się do Miśka i zakontynuowała:
- Normalnie, to taką klątwę się neutralizuje. Nitka nie chciała tego zrobić, bardzo słusznie zresztą, ale nam akurat nic nie grozi. Mam jednak ciekawszy pomysł. Mówiłam, że Berta spaprała robotę.
- No, właśnie, co zrobiła nie tak?
Spytała Malina.
- W strukturze zaklęcia jest luka, taka drobna niedokładność. Ale ta luka pozwoli nam odesłać klątwę do nadawcy.
- Do Berty?
- Nie. Bercie nic nie można zrobić, mimo, że na zaklęciu jest jej sygnatura. Ale nie zabezpieczyła za dobrze zleceniodawcy. Więc możemy go skarcić. Piszesz się na to Kasiu?
- Nie wiem. Muszę zadzwonić do Yakuzy i spytać, skąd wzięła ten wisiorek. Bo jak znam Zośkę, to mogła go na przykład ukraść. Sama go nie zaklęła, znaczy nie zleciła Bercie, bo ona w takie rzeczy nie wierzy.
- Rozumiem, o ci chodzi. Nie chcesz mieć na koncie...
- Dokładnie.
- A ona ci na pewno powie prawdę?
- Na pewno nie okłamie. Najwyżej odmówi odpowiedzi.
- Wiesz, zawsze można ją potraktować Verakolą.
- Nie chce mi się w to bawić. To wolę już anihilować klątwę. Intuicja mi jednak mówi, że czegoś się dowiem. Ja na temat Zośki wiem takie rzeczy, od niej samej, że...
- Że nawet nam nie powiesz.
W tym momencie wtrąciła się Malina:
- A co się z nią działo przez ostatnie trzy lata?
- Dwa i pół, tak mniej więcej. Nie wiem, ale będę wiedzieć. Nie pytam, bo mnie to nie interesuje. Ale prędzej, czy później sama mi powie. To tylko kwestia czasu.
- To teraz idź i dzwoń. Do sypialni.
Roxy bardzo lubiła sobie pokrzyczeć uprawiając miłość, robiła to nadzwyczaj głośno, donośnie, więc sypialnię miała znakomicie wygłuszoną. Zaś gdy Kaśka wróciła, to oświadczyła, że mogą śmiało odesłać klątwę do nadawcy. Wtedy Ruda wstała i usiadła Miśkowi na kolanach.
- A teraz mój Misio Patysio zajmie się czymś sam, bo Wiewióreczka Misia Patysia idzie z koleżankami też się czymś pozajmować.
- Tak, wiem. Babskie sprawy.
Ucałowała go i ruszyła przedpokoju. Koleżanki stały już przy drzwiach do sypialni. Kaśka wyciągnęła dłoń zapraszającym gestem komenderując:
- Gryzoń przodem.
🙌
Następnego dnia, w czwartek zresztą, cała piątka wiedźm, czwartkowym zwyczajem spotkała się w Pleciudze. Anita z Malą uważnie wysłuchały relacji na temat wisiorka, którym właśnie bawiła się ta druga, pytając na sam koniec:
- Kasiu, to skoro Zosia nie powiedziała ci, od kogo dostała ten drobiazg, to klątwą oberwała jakaś randomowa osoba?
- Nie do końca randomowa. To była osoba, która chciała zrobić jej kuku. Więc została ukarana. A drobiazg już jest czysty.
- Ale stu procent pewności nie masz. Ta osoba mogła ukraść lub znaleźć już wcześniej zaczarowany wisiorek. Dlatego przykro mi, ale nie podoba mi się ta akcja.
Wtedy wtrąciła się Anita:
- Zaklęcie wyglądało na dość świeże.
Trudno powiedzieć, czy było to z jej strony rozmyślne, czy nie. Ale skutek był taki, że tematem rozmowy nagle się stała teoria magii realnej. Centralnie zaś kwestia czasów trwałości, okresy ważności zaklęć zależnie od ich rodzajów, czy innych czynników. To zaś złagodziło nieco zaostrzający się klimat przy stoliku.
KONIEC (prawie)
EPILOG
Następnego dnia, piątkowego popołudnia, tuż przed początkiem treningu Kaśka odniosła wrażenie, że nie może się doliczyć jednej Neonówki. Zapytała więc:
- Czy ja dobrze pamiętam, że w środę było was pięć?
- Dzisiaj nie ma Sabeny.
- Któraś wie, co się nią dzieje?
Yakuza pokręciła głową mówiąc:
- Nie mam pojęcia.
- Ale ja mam.
Odezwała się inna dziewczyna i dodała:
- Sabena jest chora.
- Co jej jest? Gadałaś z nią?
- Z nią nie. Z jej młodszą siostrą. Wczoraj wstała rano, Sabena znaczy, miała jakąś koszmarną wysypkę. Jak spojrzała w lustro, to dostała ataku histerii. Zamknęła się w pokoju, telefon wyłączyła, za to włączyła buhuhu na pełny regulator.
- No cóż, chyba żadna laska nie lubi być brzydka.
- Po południu jej ojciec zadzwonił po pogotowie i ją zabrali. Mówili, że na zakaźny. Dziś jest tam dalej, na obserwacji. Nic więcej nie wiem, tyle, co od tej jej siostry. Odwiedzin zero na tym oddziale, ta siostra była, ale jej nie wpuścili. Tylko parę drobiazgów przez salową podała jej do izolatki.
- No, dobrze. Znaczy niedobrze. Pracujemy. Bieg dookoła sali.
Trening przebiegł bez zakłóceń, zaś po jego zakończeniu Kaśka przytrzymała Yakuzę na chwilę rozmowy.
- Zosiu. Dwa tygodnie temu na siłce była taka sytuacja, że rzuciłaś jedną ze swoich panienek na glebę. Potem Mala jej opatrunek robiła. A ty grzecznie zmyłaś podłogę.
- Skąd to wiesz?
- Od Mali. Przecież ja muszę wszystko wiedzieć, co mi się dzieje tu w klubie. Zwłaszcza takie incydenty. Mala mi od razu powiedziała, tylko ja zapomniałam cię opierdolić. Jestem bardzo zajętą osobą, więc mi jakoś z głowy wyleciało.
- To teraz mnie będziesz gęgać?
- Nikogo nie będę gęgać. Przedawnione, zapomniane.
- Bo się jak chamówa ostatnia wtedy zachowała. Bo jak to tak? Dziewczyna pracuje, coś akurat naprawiała, a ta sobie z niej robi chłopca na posyłki. Może trochę za ostro, sorry, ale poniosło mnie. Potem z Malą gadałam, strasznie fajna dziewczyna. Skąd ty ją wytrzasnęłaś? Taka radosna i w ogóle. Dwa tygodnie i już ją lubię.
- Tak jakoś, przypadkiem. Powiedz mi jeszcze tylko, która to była? No wiesz, ta, co ją tak wtedy zglebowałaś?
- Nie ma jej dzisiaj. To ta chora, Sabena.
- A wisiorek też ci dała?
- Tak, na przeprosiny, już później, po paru dniach.
- Ja go dam Mali. Wiesz, że ja nie noszę takich rzeczy.
- Dobrze. Tak naprawdę, jak tak połączyć kropki, to jej się należy.
- Tak, połączyć kropki... Chodźmy dupska pomyć.
Kaśka miała już połączone kropki, wszystko było dlań jasne. Na salę powoli schodziła się grupa aerobiku.
KONIEC EPILOGU