14 lipca 2026

Był sobie kot

Zasadniczo nie uprawiam bloggin' classic, od dawna już zajmuję niszę blogowania literackiego, które jest dość elitarne, bo niewiele osób tak umie. Niewiele osób też pojmuje takie teksty, bo jak wiadomo, literatura nie jest dla idiotek/ów. Więc jeśli ktoś liczy na liczną frekwencję na forum, na duże grono czytających, to się przeliczy. 
No, ale do rzeczy. Odbyła się taka rozmowa:
- Napiszesz o tym na blogu?
- Nie. To są sprawy prywatne.
- Ale pisujesz czasem o kotach?
- Czasem. Ostatnio rzadziej, niż czasem.
Ale tu zostałem trafiony w miętkie, bo jak by nie było trafiła się okoliczność, aby coś takiego popełnić. Więc jedziemy w te okręty:
Lucjan to czarny kot rasy europejskiej, krótkowłosej, chyba najliczniej występującej na tym kontynencie. Przez wiele lat mieszkał sobie u mojej Mamy na drugim piętrze kamienicy wielkiego miasta. Znałem się z Luckiem świetnie, gdyż podczas jej wyjazdów na kilka dni przeprowadzałem się do tego mieszkania, tak dla czystej wygody, aby mieć oko na kota. Wiadomo, bazowe sprawy, czyli micha, kuweta oraz ludzkie towarzystwo. Bo wbrew stereotypom, większość kotów jest dość towarzyska, aczkolwiek realizują one to po swojemu. Poza tym Lucek to kot specjalnej troski, aczkolwiek mniejszego kalibru, więc zasadniczo tak niewiele jej potrzebuje. Pierwszy powód to dysplazja bioder, której skutkiem jest nieco gorsza kocia mobilność. Ale coś za coś. Lucek umie taki numer, którego nie widziałem nigdy w wykonaniu żadnego dorosłego kota. Jest to przewrót przez głowę, zwany popularnie fikołkiem, który ma miejsce w chwilach najlepszego kociego nastroju. Druga sprawa to kwestia michy. Otóż Lucek za wczesnego młodu miał nieco kłopotów natury urologicznej, więc został przestawiony na medyczną karmę typu urinary. Tą karmę dostawał wyłącznie, więc po pewnym czasie tak się na nią uwarunkował, że przestał postrzegać jako jedzenie to, co postrzega większość kotów. No, ale że większych problemów potem z tym nie było, więc nie ma co dalej rozwijać tematu.
Za to zaistniał inny problem, mianowicie z Mamą. Streszczając temat ograniczmy go stwierdzenia, że ta owa jego opiekunka ostro zachorowała, po czym trafiła do szpitala. Wtedy siłą rzeczy ja się przeprowadziłem do tego mieszkania, tylko tym razem nie na jakieś dwa, trzy dni, tylko na czas nieokreślony. Do chwili, aż sprawy się wyjaśnią. Wreszcie sprawy się wyjaśniły, ale tak się wyjaśniły, że Mama już do domu nie wróciła. Zaś po kilku dniach zamieszania ja wróciłem do siebie, ale zabrałem też kota, to było oczywiste. Tam zaś Lucek poznał nowy, inny świat, stał się też kotem wychodzącym na dwór, aczkolwiek pod pewnym dozorem kontrolującym sytuację. Poznał też innego kota, dokładniej zaś kocicę. Bo nas od lat są jakieś koty, dom bez kota to głupota. To był dla Lucka chwilowy szok, bo do tej pory pojęcia nie miał, że istnieją jeszcze jakieś inne koty. Niemniej jednak...
Koty mają to do siebie, że bardzo nie lubią zmian swojego otoczenia. Za to jednak, gdy zmiana się utrwali, to szybko się adaptują. Tak więc Lucek też się jakoś adaptował, zaakceptował swój nowy dom, tudzież nową koleżankę. Nie było to jakieś zażyłe kolegowanie się, ale drak też raczej nie było. Za to wyszła bardzo ciekawa sprawa. Otóż kocia karma medyczna ma to do siebie, że ma sporo dodatków smakowych. Tak musi być, bo inaczej żaden kot nawet by na nią nie spojrzał. Ale te dodatki powodują, że kotu się odmienia, że to jedzonko staje się bardzo atrakcyjne. Także dla kotów, które jej nie potrzebują. Więc dla nowej koleżanki Lucka również, zaś ze względów ekonomicznych trzeba było pilnować, aby mu jej nie wyjadała.
No, ale jedziemy dalej. Otóż po jakimś roku nastąpiła kolejna gruba zmiana. Mianowicie wielka przeprowadzka na wieś na drugim końcu kraju. Wieś? Wieś to mało powiedziane. To jest wiocha zabita dechami, gdzie przysłowiowe psy dupami szczekają. Tu pomińmy kwestie tej zmiany dotyczącej ludzkiej części rodzimy, bo tematem tej pracy jest kot. Otóż kot Lucek trafił nagle do kociego raju. Kawał naprawdę wielkiego terenu do jego dyspozycji, bardzo bezpiecznego zresztą, gdzie ruch aut jest wręcz symboliczny. Zaś jak wiemy, to owe auta są największym wrogiem kotów. Jednak Lucek nie do końca korzystał ze wszystkich dobrodziejstw tej sytuacji. Od dziecka był ostrym domatorem, więc zbyt daleko nigdy się nie zapuszczał, zaś większość czasu spędzał na ulubionej kociej czynności. Czyli na eksploatacji łóżka. Zaś gdy nie spał, był aktywnym eksploratorem okolic domu lub głośno mruczącym kumplem. Miał jeszcze drugiego kumpla kota, wspomniałem też coś na temat koleżanki, ale to już osobna historia, warta być może osobnego opracowania, jak koty działają w grupie. 
Tak minęło jakieś ponad pięć lat. W pewnym momencie jednak Lucek zaczął się zachowywać bardzo nietypowo. To, że sypiał dziennie jeszcze dłużej, niż zwykle nie było jeszcze niczym aż tak bardzo dziwnym. Dziwne za to było to, że przestał jeść, ale zaczął tyć. Nietypowo jednak tyć. Bardziej puchnąć po bokach. To już wystarczyło, aby capnąć Lucka do kontenera, po czym pojechać do weta. Na miejscu sprawy nie wyglądały dobrze. Zapalenie otrzewnej, ale od czego się tak porobiło? Badania wykluczyły nowotwór, wykluczyły też, choć nie na sto procent FIP, bardzo paskudną wirusową chorobę kotów. Potem dalsze badania, terapia lekami raczej w ciemno, czas płynął, ale nic nie szło ku lepszemu. Zaś Lucek, wciąż odmawiający jedzenia, słabł dzień po dniu. Wyraźnie też cierpiał, choć po kotach tak łatwo tego nie widać. Nadszedł więc moment, którego nienawidzi większość opiekunów kotów, psów, czy innych zwierzaków będących członkami rodziny. Czas decyzji, czas ostatniej jazdy do weta. To po prostu trzeba było zrobić. Inne opcje nie miały już sensu.
Lucjana pochowaliśmy w zeszły poniedziałek. Miał piętnaście lat.

08 lipca 2026

ANITA NA OSTATNIEJ PROSTEJ: PRZYPADEK BĘCKI

Twórczość blogowa ma to do siebie, że real rulez, więc nigdy nie wiadomo, kiedy będzie następny odcinek baśni. Mówimy rzecz jasna o hobbystach, a nie o nałogowych pasjonatach.
No, ale do rzeczy:
Otóż następnego dnia po walce Zośki Yakuzy odbył się letni sabat kwartalny. Nie było jednak całej piątki naszych wiedźm w całym komplecie. Wyłamała się Mala, która miała sesję na uczelni, więc zdawała egzaminy. Nie dało się tych terminów przeskoczyć, nawet tak zdolnej czarownicy jak ona. Za to była ona na tyle zdolna, że zaliczyła dwa lata po jednym roku jedynie. Gdy ją psiapsie zapytały potem w Pleciudze, co tak skromnie, odparła:
- Ostatnio jestem bardzo zajętą osobą.
Po czym ta bardzo zajęta osoba zabrała swoją arcysexy dupinę wew troki i pojechała do innego miasta udzielać jej niejakiemu Łukaszowi. Na cały następny weekend plus poniedziałek. Jak pamiętamy, Łukasz to jest jeden z jej dwóch przydupasów na bieżące potrzeby, to się teraz nazywa fuckin' friends. Początkujący młody lekarz na rubieży oraz niewydarzony mag. Ale w innych sprawach jest on nieźle wydarzony, zaś Mala nie pojechała do niego przecież, aby praktykować magię, tylko pooglądać jego kolekcję motyli. Wespół wzespół, czy jakoś tak.
Ale wróćmy może do sprawy sabatu, bo wcześniej było pewne zamieszanie dookoła tegoż. Trzeba jednak najpierw wrócić do wcześniejszego sabatu, tego, na którym dekatyzowano złodziejkę Shiagu. Otóż po tej imprezie niejaka Mila, wiedźma o anielskim pysiu poczuła natchnienie liderskie i uznała, że urządzi letni sabat kwartalny na którym ma być obecne pół miasta. Znaczy nie dosłownie, chodzi o czarownice tego miasta, bardzo wielkiego zresztą. Jak na ten kraj wielkiego. Na ten sabat zaprosiła rzecz jasna naszą piątkę, ale Roxy, w imieniu swoim oraz całej reszty pokazała jej wała. Poszło głównie o termin. Bo jak wiemy, nasze wiedźmy są ortodoksyjne w temacie sabatów kwartalnych. Muszą być one epicentralnie w porach astronomicznych. W tym roku była to dziesiąta dwadzieścia cztery. Trochę trudno jest w biały dzień zebrać na opuszczonym lotnisku gromadę, jakby nie było wystrzałowych kobietek tak, aby nie zwróciło to uwagi osób postronnych. Tu kopuła niewidka na wiele się nie zda. 
Poza tym była też kwestia Anity, która jest na ostatniej prostej przebiegu ciąży, ale jest też na ostatnich nogach psychicznie. Poza tym z definicji nie wolno jej uprawiać zbyt ostrych czarów. To teraz weź tu człowieku wlecz taką zmaltretowaną paniunię po nocy na drugi koniec miasta. Takie coś nie może dobrze działać, nie może też się dobrze skończyć. No, ni bolca, nie da się.
Tu chyba nie trzeba przypominać, że to jest uniwersum, gdzie działa magia realna, nie jakieś tam bajeczki fantasy, gdzie garnki same się szorują. Magia magią, ale rąsią też nieraz trzeba.
Tak więc cała czwórka, bo już bez Mali, ale plus jeszcze parę znajomych po linii magii od Cioci Lali, zrobiła taki szybki sabat pompujący. Dobrymi vibami pompującymi Anitę. Trochę też dostał Borek, tak na odległość, na prośbę Maliny zresztą, bo on też miał już dość marudnej baby w chałupie. Co prawda to chłop cierpliwy, nie skarżący się, ale Lalka, jako siostra świetnie czuła, że coś jest z nim nie tak do końca.
Czy zabieg zadziałał? Na Borka jakoś na pewno, bo zaczął brać nadgodziny. Trochę też dlatego zaczął, bo Anita poszła na zwolnienie, co wyjaśniła potem w Pleciudze tak:
- Pierdolę, nie chce mi się.
Może to też była kwestia chwilowej fali upałów, bo tego czwartkowego popołudnia wszystkie wiedźmy przy stoliku robiły wrażenie, że im też się nic nie chce. Poza Malą, która wierciła się na krześle wyjątkowo wiertliwie. Ale ona żyła wyjazdem do Łukasza, więc nasterydowane osy, znane jako szerszenie dawały jej w odwłoku wyjątkowo do wiwatu. 
Ale przy wspomnianym stoliku jeszcze coś innego było nie tak. Za sprawą Kaśki. Bo z Kaśką jest ogólnie jest tak, że ją nigdy nie boli głowa. Nie chodzi bynajmniej o sprawy bazowe, tylko o taki ogólny ból głowy o coś. Może inaczej. Kaśki bóle głowy to trochę tak, jak chodzenie prawdziwej hrabiny do ubikacji. Czy ktoś kiedyś widział prawdziwą hrabinę idącą do ubikacji? Lub ją opuszczającą? No, właśnie. Można o to co prawda zapytać Malinę, ale tylko można. Bo działać nie będzie. Tym razem jednak boleść kasinej głowy emanowała po całej okolicy. Co prawda Kaśka umie dobrze maskować aurę, ale nie przed na przykład Anitą, czy Roxy. Ta pierwsza, jak już wiemy chwilowo ma wyrąbane na całokształt, ale Ruda nie za bardzo. Więc zapytała, tak trochę ostrożnie, jakby nie po swojemu, nie w swoim stylu, z pewną dozą nieśmiałości:
- Kasiu... Powiesz nam? 
Kaśka spojrzała na nią wzrokiem Komancza przy palu męczarni. Czyli jak krowa na pociąg. Tak mają prawdziwi Komancze, którzy mają przesrane. Bo jak inaczej nazwać sytuację takiego Komancza przytroczonego do owego pala? Twarze tych wojowników nie wyrażają wtedy nic. Ale Roxy nie odpuszczała. To było co prawda już ciągnięcie tygrysa za ogon, ale Ruda na ogonach zna się nieźle.
- No? Siostra? Zrelaksuj poślady. Nie droczę się, pytam poważnie.
Malina spojrzała na Kaśkę jakby pytająco. Zrobiła to też Mala, która choć zajęta srayphonem, to percepowała wszystko, co się działo. Za to Ruda kontynuowała:
- Jesteś świeżo po sukcesie. Twoja Zośka wygrała prestiżową walkę. Sama widziałam. To co się zatem kurwa z tobą teraz dzieje?
Kaśce chyba coś puściło, bo westchnęła:
- Zośka wygrała... Ale...
- Ale? Są jakieś Alicje w tej twojej drużynie? O ile dobrze się orientuję, to te twoje drapieżne ślicznotki bojowe wszystkie są na literę Be? Dobrze to rozmawiam?
Roxy urwała na chwilę, po czym dodała:
- Aaaa... Już wiem! Tu cię piczka gryzie! Bęcka?
Kaśka kiwnęła głową.
- Ale przecież to było ponad miesiąc temu?
- Nie. Tamto to było tamto. Każda, nawet najlepsza musi czasem dostać w dziób. Mnie chodzi o to, co jest teraz.
- A co jest teraz, bo chyba nie jestem na bieżąco?
Kaśce puściło całkiem, upiła łyk pleciugato i oznajmiła:
- Fizycznie to ona jest już dawno okay. Ale psychika? Coś koszmarnego. Nie idzie się z nią dogadać. A dłużej już pod tym zaklęciem nie mogę ją trzymać, bo jej się zrobi mózgoplazma. Za to jak znowu wróci na salę, to...
- To się weźmie do roboty. Tak?
- Tylko, że jej jeszcze nie wolno. Przecież nie postawię herodów na wejściu do klubu, żeby jej nie wpuszczali. A jak postawię, to pójdzie gdzie indziej i sobie zrobi kuku. Zaczyna mnie to już trochę przerastać. Bynajmniej i przynajmniej.
- Nooo... Tego jeszcze ta orkiestra tutaj nie grała. Jak nasza Maczeta mówi, że coś ją przerasta, to znaczy, że...
- To znaczy, że mówi o Daśku.
Pisnęła szybko Mala. Ten żart rzucony ni w cipę, ni w oko wywołał nagle huragan śmiechu. Miał on jednak pewien sens, bo jak wiemy, Adaśko, facet Kaśki jest wyjątkowo wielkim kawałem chłopa. Roxy jednak uspokoiła piłkę:
- Nie, nie, nie Maleczko. Z seksem to nasza Kasia na pewno nie ma problemów. Czego nie można powiedzieć o tobie. Zaraz będziesz musiała zwracać za krzesło, bo dupą dziurę wyseksisz.
W tym momencie Anita wyłączyła swoją zblazowaną minę i weszła do akcji, poprzedziwszy to swoim rutynowym głębokim wdechem:
- Czekajcie siostry. Wasze problemy z seksem może odłóżmy na później. Na razie to ja wchodzę w tą Bęckę. Nie znam panienki, ale to bez znaczenia. Uruchomię tylko Pati, ona jest neurolożka, to ją zbada od swojej strony. Tak, żeby wszystko było dopięte. Kasiu, tylko wprowadź mnie w temat, o co chodzi centralnie, opisz mi przypadek. Nudzi mi się w pracy, nudzi mi się na zwolnieniu, to chętnie porobię coś innego. Nie znam się na psychologii sportu, ale to chyba nie ma znaczenia?
- Jasne! Nitka! Czemu ja wcześniej sama na to nie wpadłam?
To wcięła się Mala. Bo to jest tak, że Anita nie jest zawodową psychoterapeutką, tylko raczej naturszczyczką. Ale co pomogła Mali swojego czasu, to pomogła.
Kaśka szybko wyklarowała Anicie przypadek Bęcki. Potem zaś wiedźmy zapłaciły rachunek i wyszły z Pleciugi do swoich innych zajęć. Rozmowy o seksie nie było wcale. Czemu? Bo czarownice nie mają problemów z seksem.