Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja. Pokaż wszystkie posty

23 sierpnia 2026

OSIEM PROCENT I NIE TYLKO

Do kolejnej gali organizowanej przez federację Mirka Orskiego Kaśka wystawiła Bójkę i Bitkę. Bombka przygotowywała się do innej, wyjazdowej walki, zaś Bęcka dopiero co wznowiła treningi, więc jej starty na razie były wykluczone. Obie wystąpiły w formule K1 nieco zbliżonej regułami do tajskiego boksu, po czym wklepały równo swoim przeciwniczkom. Nie było co zbierać, zaś widownia była tym razem nieco zawiedziona, gdyż były to mecze do jednej bramki. Kaśka jednak była zadowolona z formy swoich Neonówek, gdyż te przeciwniczki wcale nie były palcem robione. To były dobrze wyszkolone, do tego już nieco utytułowane dziewczyny. Ale trenerka miała jeszcze inny powód do dobrego humoru. Otóż na hali nie było bannerów sieci browarów, do tego też w barze nie sprzedawano drinków ani piwa. Za tym stała właśnie Kaśka, której nigdy nie podobało się sponsorowanie sportu przez firmy produkujące i sprzedające narkotyki. Tak wpłynęła na Orskiego oraz cały zarząd federacji, że zerwano współpracę ze wspomnianą siecią. To nie była łatwa decyzja, gdyż takie firmy dysponują naprawdę sporymi pieniędzmi. To kto zatem został sponsorem strategicznym? Ktoś może nieco biedniejszy, ale prowadzący działalność prozdrowotną. Było nim zrzeszenie firm uprawiających konopie na marihuanę oraz inne produkty z tej zacnej rośliny. Nie będziemy dodawać, że medyczną marihuanę, bo każda jest przecież medyczna, jeśli nie dodaje się do niej żadnej chemii. Tak więc na hali było bardzo zielono, nawet jeszcze bardziej, gdyż barwy ośrodka fitness Oktagon są również zielone. Zaś jak wiemy ów ośrodek również sponsoruje gale federacji Fight Show oraz niektóre inne imprezy sportowe.
Zaś następnego dnia, w niedzielę, na tej samej hali odbyły się targi konopne, które zorganizowało wspomniane zrzeszenie. Główną ich częścią były rzecz jasna różne stoiska handlowe, tudzież promocyjne, jedno nawet prowadziły właśnie Neonówki. Jak pamiętamy jakiś czas temu dziewczyny przebranżowiły się. Kiedyś sprowadzały i rozprowadzały narkotyki, takie z wyższej półki, obecnie przerzuciły się na marihuanę. Tą legalną, pod legalnym szyldem zresztą. Ale dla wtajemniczonych miały też w ofercie te mniej legalne, szlachetne odmiany. Oprócz stoisk na targach miała też miejsce działalność edukacyjna. W bocznej sali konferencyjnej można było wysłuchać rożnych prelekcji, prezentacji, wziąć też udział w ewentualnych dyskusjach. Na jedną taką prezentację poszła ekipa znajomych czarownic plus ich bliskie osoby. Co prawda na temat Zioła wiedziały prawie wszystko, ale od przybytku wiedzy głowa nie boli. Temat akurat był dość ciekawy, bo dotyczył marychofobii.
Jak wiemy, nie jest to rzadka przypadłość niestety, to ona blokuje legalizację Zioła, czyli pomaga rozwijać się narkomanii, głównie tej alkoholowej. Marychofobi z reguły mają niewielką wiedzę, do tego wybiórczą, za to mnóstwo poglądów. Zaś dzielą się oni na miękkich i twardych. Miękkiego marychofoba można jeszcze jakoś wyleczyć za pomocą odpowiedniej edukacji. Twardy marychofob to przypadek nieuleczalny, zaś gdy się takiego rozpozna należy od razu przerwać rozmowę, bo jest to strata czasu. Chyba taki właśnie trafił na salę na prezentację. Gdy mówczyni skończyła prelekcję zwyczajowo poprosiła obecnych o ewentualne pytania lub uwagi. No, i zaczęło się. Otóż z tylnego rzędu krzeseł podniósł się pewien pan, który zapodał:
- A ja nie muszę brać narkotyków, żeby sobie poprawić nastrój.
Prelegentka odparła z uśmiechem:
- Bardzo ciekawa autoprezentacja, tylko że my akurat teraz nie rozmawiamy o narkotykach, lecz o marihuanie. Zaś jeśli o nią chodzi, to bardzo niewiele osób jej używa dlatego, że musi. Procent osób uzależnionych jest znikomy, wręcz marginalny. 
- Podobno osiem procent użytkowników.
Rzucił ktoś z sali, na co pani stwierdziła:
- Tak, ta liczba często się pojawia w statystykach, ale należy zwrócić uwagę na to, jak ona powstała, jak ją wyliczono.
- Jak?
- To może kolega odpowie, bo coś wie na ten temat.
Z pierwszego rzędu podniósł się pan, który odwróciwszy się oznajmił zgromadzonym słuchaczom:
- Ja jestem w tych ośmiu procentach, choć wypaliłem tylko jednego jointa w życiu. Nie do końca zresztą. Jeśli państwo pozwolą, to opowiem swoją historię. Otóż za młodu, za studenckich czasów byłem uzależniony od opiatów, konkretnie od brown sugar. Nie będę tego rozwijał, w każdy bądź razie nastąpił moment, w którym postanowiłem coś z tym zrobić. Udałem się do stosownej poradni, po czym trafiłem do miłej pani psycholog, która przepytała mnie z mojej, że tak powiem kariery narkomańskiej. Opowiedziałem jej wszystko, nic nie ukrywałem. Jak każdy ćpun zaczynałem od alkoholu, a potem...
- Podobno to od marychy się zaczyna.
Wtrącił ktoś z sali.
- To jest akurat mit, kompletna nieprawda, ale o tym może już koleżanka opowie. Za to zapytano mnie o tą właśnie marychę. Powiedziałem prawdę, że raz spróbowałem, zakaszlałem się i mi się odechciało. Pani psycholog to pewnie zanotowała, bo po pewnym czasie potrzebne było mi zaświadczenie z poradni, takie pełne, z podaniem rozpoznania. Ku mojemu zdumieniu, już póżniej, przeczytałem na tym świstku, że mam rozpoznane uzależnienie od opioidów i od kanabinoidów, czyli marychy na ten przykład. Takich ludzi jak ja jest naprawdę wielu. Wystarczy wspomnieć podczas wywiadu, że się tylko próbowało, a w historii choroby pojawia się wpis o uzależnieniu. Teraz już wiemy, skąd się wzięło te osiem procent w statystykach.
Piłkę przejęła prowadząca spotkanie:
- Jak widać szanowni państwo błędne statystyki biorą się ze złych diagnoz. To dotyczy zresztą wielu innych uzależnień, ale narkotykami teraz nie będziemy się zajmować. Za to warto jeszcze wspomnieć o tym, że bardzo często maryśka sprzedawana pokątnie wcale nie jest maryśką. Jest to zwykle mix z jakimś narkotykiem i to od niego ludzie się uzależniają. Zaś faktycznie uzależnionych od czystego ziela jest może jakiś ułamek procenta. To skoro jeden mit został obalony, to weźmy się może za ten drugi, o którym ktoś wspomniał.
Kobieta upiła niewielki łyk wody z butelki stojącej na stoliku, po czym zakontynuowała:
- Szanowni państwo, na świecie jest ileś tam procent ludzi uzależnionych od narkotyków, włącznie z alkoholem rzecz jasna. Trzeba o tym wspomnieć, gdyż dla wielu marychofobów alkohol to nie narkotyk, tylko coś innego, jak to oni mówią. Do tego dodajmy procent ludzi używających narkotyki ryzykownie. A teraz wyobraźmy sobie świat, w którym nie istnieje marihuana. Po prostu nie ma jej, nie rośnie nigdzie taki gatunek roślin, jak konopia. Jak myślicie, czy ten wspomniany wcześniej procent uzależnionych i ryzykownych użytkowników zwiększy się, czy zmniejszy? A może wcale się nie zmieni? Kto jest za tym, że się zmniejszy? Ręka w górę proszę. Jakoś nie widzę. Nawet pan, który nie musi jakoś się nie pali do oddania głosu. A teraz ręka w górę za tym, że się zwiększy. Istny las rąk. A kto za tym, że się nie zmieni? Jest kilka osób. O czym to wszystko świadczy? 
Prelegentka znowu napiła się wody.
- Obalany teraz mit czasem nazywa się teorią bramy. Że niby marihuana jest tą bramą do narkotyków. Teoria, którą nauka już dawno wyrzuciła na śmietnik, ale wśród marychofobów wciąż jeszcze trzyma się mocno. Tymczasem jest zupełnie odwrotnie. Tak jakoś jest, że ludzie, jakaś ich część chcą sobie zmienić percepcję. Powody bywają rozmaite. Jedni dla czystej zabawy, rozrywki, drudzy dlatego, że świat na trzeźwo jest dla nich nie do przyjęcia. Ta pierwsza motywacja wygląda na zdrową, ta druga już nie za bardzo, ale zostawmy oceny na boku. Pewna część zapali lub zawapuje Ziela i im to wystarczy. Drugim trzeba większej zmiany, więc sięgają po narkotyki. Gdyby Ziele nie istniało lub było niedostępne, to wszyscy by sięgnęli po narkotyk. Czyli marihuana nie jest żadną bramą, tylko rodzajem zapory na której część amatorów zmiany się zatrzymuje. Proste.
Kobieta zamilkła na chwilę, po czym dodała:
- Dziękuję państwu za uwagę, miłego dnia.
Zabrzmiały gromkie oklaski, ludzie powoli zaczęli wstawać ze swych krzeseł i przemieszczać się w stronę wyjścia. Także wiedźmy. Ale jedna, rudowłosa sięgnęła dyskretnie do torebki by wyjąć zeń mały flakonik. Po czym podeszła do mężczyzny, który rzucił ową żenującą uwagę na temat poprawiania nastroju. 
- Panie ładny, niech pan sobie wyobrazi, że ja i moje przyjaciółki używamy Ziela. Ale nikt i nic nas do tego nie zmusza. Po prostu chcemy to robić. Aha, i jeszcze coś, ale to już na ucho.
Pan ładny pochylił odruchowo głowę, zaś Roxy, gdyż ona to była, musnęła palcami jego skroń i zaczęła mu coś szeptać do wspomnianego ucha. Po czym wróciła do swojej gromadki. Wtedy niewysoka blondynka z bujnymi włosami do samej pupy, czyli Mala, zapytała ją szybko:
- Sugestrix?
- No.
- Co mu powiedziałaś?
- Trochę poglądów zastąpiłam mu odrobiną wiedzy. Sugestrix nigdy nie działa zbyt długo, ale przez dzień, dwa ten pan będzie trochę mądrzejszy. I może potem coś zapamięta.
Mala zachichotała i liznęła Rudą po policzku.

06 kwietnia 2025

Bumerangowe brednie

Owe brednie to taki szczególny rodzaj fałszów, które to już dawno zostały wyjaśnione, że nimi są, odkłamane, ktoś się dowiedział jak jest, więc już wie, ale tu się nagle okazuje, że znowu nie wie. Więc wraca taka rewelacja do obiegu niczym kometa jakowaś ze skrajów układu planetarnego do centrum siejąc kolejną plagę ogłupienia ludzi. Do nich na przykład należą wszelkie marychofobiczne poglądy, które są tylko poglądami, czy wręcz mitami, nie żadną wiedzą przecież, ale nimi akurat zajmować się nie będziemy. Za to powrócił ostatnio inny kompletny hogwash dezinformujący, jakoby branża filmów dla dorosłych miała uprzedmiotawiać kobiety. Tą odmianę twórczości filmowej czasem nazywa się porno, ale to nie jest zbyt dobre słowo, bo często bywa nadużywane do nazywania rzeczy, które żadnym porno nie są. Jednak jest krótkie, wygodne, więc niech sobie już będzie, ważne tylko, aby mieć doń pewien dystans. Otóż ów hogwash nie jest do końca taki hogwash jeśli dotyczy on aktorek, czy też aktorów pracujących na niewolniczych zasadach, ale to dotyczy akurat każdej pracy, każdej branży, oraz każdej płci, więc po co robić zbędny zgiełk? Samo zaś porno to bardzo rozmaita, różnorodna dziedzina, czasem trafiają się prace dość niezłe edukacyjnie, ale czasem wprost przeciwnie, wtedy są jak westerny, które historii Dzikiego Zachodu raczej nie uczą. Dorosły to wyłapie, ale małolat nie odróżni jednego od drugiego, więc taka edukacja może mieć dość randomowe efekty. Ale wróćmy do tego rzekomego uprzedmiotowienia. Na pewno tak nie jest, gdy na tapecie jest dział gejowski, bo tam raczej kobiety są mało obecne na planie, ale on stanowi pewną mniejszość, za to przeważająca większość to filmy straight, gdzie obie płcie biorą przeważnie udział, choć czasem też tylko same panie. Tu akurat nie płeć ma znaczenie, tylko pewne czynności, których panowie wobec siebie nie podejmują. Za to na temat samego uprzedmiotowienia zwykle plecie albo jakiś tam katolicyzm, albo pewna zdrowa inaczej odmiana feminizmu, zwana oziębłym lub aseksualnym. To drugie to takie paniusie, które wszędzie widzą molestowanie, nie wiedzą też, co to jest seksizm, więc używają tego słowa bez pojęcia. Obie grupy mają wspólną cechę, mianowicie boją się spraw zasadniczych, czyli innymi słowy przekazywania sobie dobrych wibracji bezpośrednio. Jako, że jest to lęk, czyli strach przed urojonymi zagrożeniami, więc jedne urojenia chętnie tworzą kolejne. Tymczasem jest zupełnie inaczej, nieraz bywa, że wręcz przeciwnie. Panie mają możliwość aktorskiego wyrażania siebie całościowo, za to od panów zwykle brany jest tylko ich fragment, reszty kamera nie obejmuje, więc jeśli ktoś tu jest przedmiotem, to właśnie taki pan, dysponent owego fragmentu. Tak właśnie jakoś jest, tak to działa, że nie chce być inaczej. Do tego dochodzi jeszcze aspekt finansowy. Gdy się porówna gaże pań oraz panów, to te pierwsze otrzymują sumy wielokroć większe, niż ci drudzy, co więcej, czasem nawet nie dostają oni ani grosza, do tego robotę stracić łatwo, zaś na ich miejsce pojawia się stu następnych chętnych. Lista gwiazd płci żeńskiej jest bardzo długa, za to gwiazdorów zarabiających konkretniejsze pieniądze zadziwiająco skromna. Czy przy takich warunkach owi panowie mają prawo czuć się jak rzeczy, przedmioty, skoro jak rzeczy są traktowani? Naszym zdaniem mają solidne podstawy do tego.
To by było tyle na temat. Aha, jest tylko jeden drobiazg. Tematem tej pracy nie jest, kto konsumuje takie produkcje, nikogo to tutaj nie interesuje, nie obchodzi wcale. Więc jeśli ktoś czuje kompulsywną potrzebę wypowiedzi nie na temat, czyli poinformowania publicznie, czy lubi lub nie lubi tak się bawić, czy nawet edukować, to może doznać zignorowania na forum. Czyli możemy uznać sprawę za klarowną, tak? Żeby nie było, że nie było uprzedzane.

19 czerwca 2024

CIASTECZKA /xero again + zen vs. mindfulness/

Jak dobrze pamiętamy, to Karyna, psiapsia tudzież uczennica zen Zuli i Zoji ma takie hobby, że lubi pichcić, głównie pierogi, ale nie tylko. Za to hobby jej innej psiapsi Joanny, też od jakoś niedawna zenującej jest chyba dość rzadko uprawiane, na pewno zapewno rzadsze, niż karynowe. Poza tym Asia stosunkowo od niedawna je praktykuje, pierwszy raz wpadła na ten pomysł jakieś kilka miesięcy temu, lecz tak naprawdę regularnie to dopiero od jakichś paru tygodni. Ale może jednak po kolei. Otóż któregoś dnia Asia wpadła do Zetek, jak zwykle roześmiana od ucha do ucha, ale tym razem jakby jeszcze bardziej. Zaś na progu pokoju obdarowała je komunikatem:
- Słuchajcie! Zrobił mi to!
Zula skupiona na malowaniu paznokci, a przy okazji zerkająca na tablet, na którego ekranie dział się jakiś gejowski erotyk dla bardzo dorosłych uniosła głowę i rzuciwszy okiem na kwiecistą sukienkę Asi oświadczyła: 
- Nie wiem, czy mnie ciekawi, co ci zrobił jakiś chłop.
Ale Zoja zaprostestowała:
- Czekaj, może to nie jest to, co ty sobie myślisz, że to jej właśnie zrobił, tylko zrobił jej coś innego, co może było do zrobienia. Asiu, referuj.
- Zenek mi kupił xero.
- Zenek? Ten karynowy?
- NIe. Mój Zenek.
- To twój Zenek też jest Zenek?
Zula spojrzała na Zoję i spytała:
- To takie dziwne? Niejednej cipie Kasia.
- Ja swojej mówię Bronia, ale generalnie masz rację.
- Tylko jak my ich teraz będziemy odróżniać?
Tu wtrąciła Aśka:
- To akurat proste. Jeden jest rudy, a drugi też.
- Ulp?
Zoja zrobiła jakby większe oczy.
- Mówisz, że proste? To chyba raczej komplikuje sprawę?
- Ależ skąd! Mój Zenek jest rudy włosowo, a Zenek Karyny ma na nazwisko Rudy. To teraz już chyba wszystko jasne?
Zula tylko coś mruknęła, a Zoja odparła:
- Powiedzmy. Ale co dalej z tym xero?
- To dalej, że to nie jest jakieś tam xero, tylko takie konkretne xero, do tego historyczne. Bo wujek Zenka ma zakład, takie tam różne usługi, xero też. 
- Rudego Zenka?
- Dokładnie. Ten wujek ma dwa takie sprzęty, ale to stare, takie oldskulowe postanowił opylić. Jak się Zenek dowiedział, to powiedział Karynie, Karynka mnie, to ja Zenkowi. Po czym bardzo, bardzo ładnie poprosiłam, żeby mi to całe xero centralnie kupił.
- Jak bardzo ładnie poprosiłaś?
- Tak.
Joasia zaprezentowała taki specjalny uśmiech, zatrzepotała powiekami, po czym uśmiech zamieniła w słodkiego buziaka na odległość.
- No. Robi wrażenie. Ja po takim czymś też bym ci może coś kupiła. Ruda co prawda nie jestem, Zenek też nie, ale...
- Czekaj Zulka, Zenek jest przecież rudy.
- Ale ja nie jestem Zenek.
- Aha. No, i co dalej? Drogo kupił?
- Nie, jakieś grosze. Na Allegro takie chodzą o wiele drożej, ale tu Karyna bardzo, bardzo ładnie poprosiła wujka Zenka, więc...
- To wujek Zenka też jest Zenek?
- Nie, dlaczego?
- Tak jakoś zabrzmiało. Ale to nieważne, kontynuuj.
Ale najpierw wtrąciła Zoja:
- To chyba spory sprzęt, takie stare klasyczne xero?
- Dali radę. Takich dwóch Zenków jak coś wnosi na trzecie piętro, to jakby ich czterech wnosiło. A kurwami walą wtedy niczym pułk czołgistów, którym brakuje do cysterny gorzały. Trochę co prawda mam teraz ciasno, ale...
- Im ciaśniej tym słodziej.
- Zulka, weź! Bez takich. Daj jej mówić.
- I teraz najważniejsze. Mogę codziennie, o tej samej porze usiąść sobie bez majtek i sobie skserować. To jest materiał z ostatnich dwóch tygodni.
Mówiąc to Aśka położyła na stole różową teczkę. Zula odstawiła cały zestaw lakierniczy, po czym sięgnęła po nią i zabrała się za przeglądanie zawartości.
- Dobre. Mogę wpaść kiedyś do ciebie?
- No pewnie, Karyna już była parę razy.
- Zojka, zrobimy sobie takie razem? Potem oprawimy w ramki, powiesimy nad łóżkiem, to będzie takie nasze zdjęcie ślubne.
- Wykluczone. Była kiedyś o tym mowa.
- A jak cię tak bardzo, bardzo ładnie poproszę?
Tu Zula powtórzyła twarzą manewr zaprezentowany przez Aśkę. Ta jednak wtrąciła się do tej rozmowy:
- Chyba Zoja ma rację, faktycznie wykluczone. To jest spory sprzęt, ale dwie pupy na raz tam nie wejdą. Musicie osobno, potem się to jakoś tam tą z tamtą doteguje i będzie dobrze.
- Widzę, że każda odbitka ma datę?
- Tak, bo to jest taki mój dziennik. Widziałyście może taki film Brooklyn Boogie? Tam gość codziennie rano fotografuje swój sklep. To ja robię tak samo, ta sama idea.
- Ja znam ten film. Czyli mamy tym samym rozumieć, że nasza koleżanka Joasia tam pod majtkami ma sklep? Bardzo interesujące.
Po tych słowach Zoji cała trójka wybuchnęła śmiechem. Gdy już panie się wyśmiały, zaś zawartość teczki wróciła do teczki, Aśka z nieco poważniejszą miną oświadczyła:
- To może ja teraz zupełnie z innej beczki. Ostatnio trochę czytałam na temat mindfulness. Rozumiem, że wy wiecie co to jest? Podobno bardzo modne ostatnio na świecie.
W tym momencie Zula wstała ze słowami:
- To ja może zrobię herbaty.
I zniknęła. Jak pamiętamy, nie była ona fanką zbyt filozoficznych tematów, takim sprawami zajmowała się Zoja. To ona zawsze odpowiadała na różne takie tam mądre pytania. Bo takie pytanie właśnie miało paść.
- Wiem, co to jest mindfulness, tak mniej więcej. Poza tym net jest teraz pełen tego tematu. A co chcesz wiedzieć Joasiu?
- Jaka jest różnica między zen i tym mindfulnessem?
- To też jest do znalezienia w necie, więc...
- Ale ja nie chce gadać z netem, tylko z wami.
- Czyli ze mną, bo z Zulką o tym nie pogadasz. Wiesz jaka jest ta moja cizia, już chyba zdążyłaś coś tam zauważyć. A tobie chodzi o różnice w teorii, czy też może w praktyce?
- Jedno i drugie.
W tym momencie zajrzała Zula:
- Joasiu, zieloną, jakąś inną, czy może kawę?
- Masz yerbę?
- No. A ty się Zojeczko nie rozgaduj tak za bardzo. Jak laska naczytała się różnych rzeczy w necie, to już ma wystarczający faszer w głowie.
- Nawet jeszcze nie zaczęłam. 
Tu Zoja zwróciła się do Aśki:
- Zulka ma rację, im prościej tym lepiej. A więc... Przede wszystkim zen, znaczy praktyka zen nie ma żadnego celu, tylko same skutki uboczne. Zaś mindfulness ma ich kilka, są nawet dość konkretne. Na przykład poprawa zdrowia, samopoczucia, redukcja stresu, wspomaganie leczenia depresji, nerwic, uzależnień, stanów lękowych, czy radzenia sobie z bólem. Druga sprawa, to kwestia obserwatora. Podczas sesji mindfulness jest on jasno zdefiniowany, to jest sam praktykujący, podmiot który ma zadanie uważnie obserwować siebie, swoje myśli, czy odczucia. Natomiast podczas zazen nie ma takiego podmiotu, to znaczy on jest, ale tylko jako jedna z iluzji, których się doświadcza. Teraz kwestia samej praktyki. Jedno, jak też drugie daje sporo podobnych narzędzi do dyspozycji, ale to są tylko takie pomocnicze dodatki, niekoniecznie konieczne zresztą. Podobna też jest sama bazowa technika, ta najczęściej uprawiana, czyli siedzenie na zadku. Zresztą też niekonieczne, bo jedno, jak też drugie można uprawiać nie na siedząco. Ale to tak wygląda tylko z boku, gdy widzisz taką siedzącą osobę, to nie wiesz, co ona robi lub nie robi umysłem. Podczas mindfulness medytuje ona taką techniką jak wspominałam, obserwując siebie. Podczas zazen po prostu siedzi, jest obecna, doświadcza wszystkiego, co jest w zasięgu zmysłów. Tu ciekawostka, że podczas mindfulness zaleca się mieć zamknięte oczy, zaś podczas zazen lepiej mieć je otwarte, aby tego zasięgu zmysłów sobie nie ograniczać. Teraz najważniejsze. Mindfulness to jest medytacja, odlot, jedna z wielu technik. Siedzenie zen nie jest medytacją, tylko raczej próbą przylotu, ćwiczeniem obecności. Tak w ogóle, to te całe mindfulness nie jest żadnym nowym wynalazkiem. Gdy poczytasz sobie na temat starożytnej techniki vipassana, to zauważysz, że to jest de facto to samo, tylko sam opis jest bardziej bełkotliwy, upaprany filozofią. To chyba tyle, jak coś przegapiłam, to niech sobie tak zostanie, chyba że coś sobie jeszcze potem przypomnę.
- A co jest lepsze?
- Joanno Ozdobna! Wielkie nieba! Taka mądra dziewucha, a takie mi głupie pytanie zadaje. Czyżbyś mnie rozczarowywała? Gdybyś spytała Zuli, to by ci dała klapsa w pupę, pokazała cycki i rozlała herbatę po stole. No właśnie. Śliczna, co jest z tą naszą herbatą? Na twardo ją gotujesz?
Zapytana akurat weszła z tacą i odpowiedzią:
- Coś się w czajniku spierdoliło, użyłam zastępczo garnka. 
Więc Zoja dokończyła:
- Ale ja uczę werbalnie, więc powiem ci tylko tyle, że umówmy się, iż nie było tego pytania. Jedna praktyka z drugą wcale się ze sobą nie kłócą. Mogę tylko zaryzykować stwierdzenie, że zazen jest trudniejsze, ale to już chyba wiesz, że jak myślisz, że coś jest trudne, to jest trudne, jak myślisz, że jest łatwe, to jest łatwe. A jeśli myślisz, że coś jest bez znaczenia, to jest bez znaczenia. Za to jestem pewna, że gdy usiądziesz do zazen, po czym nagle ci się coś pokręci i zaczniesz medytować mindfulness, to dalej będziesz tak samo ładna. Dupusia Zenusia nasza kochana.
W tym momencie Zula upiła łyk herbaty, po czym pokazała na różową teczkę wciąż leżącą na stole i oświadczyła;
- Skarbie, ja wciąż tak bardzo, bardzo ładnie proszę.
- Doprosiłaś. Możemy iść do Asi nawet dziś.
Niestety Asia zaoponowała:
- Dziś nie da rady, zapraszam na jutro. Dziś nie jestem za bardzo gościnna, bo przychodzi do mnie mój Zenek, więc przewiduję duże sporo mnóstwo twórczego zamieszania w moim sklepie.
Mówiąc to uniosła do góry rąbek sukienki, spojrzała na swoje majtki, po czym puszczając oko do psiasiółek przeciągnęła palcem po języku.

25 stycznia 2024

CIASTECZKA /nowy uczeń/

Zula i Zoja miewają czasem różnych gości. Co prawda nie uczą nikogo zen zawodowo, są też poza wszelkimi formalnymi strukturami, to czasem trafia do nich ktoś, kto coś tam usłyszał na ich temat, ktoś mu je polecił, ktoś zadzwonił, ktoś umówił na spotkanie, tedy czasem ma miejsce taka sytuacja:
- Ding-dong!
- Otwarte! Wchodź, wchodź, śmiało!
A po chwili:
- Buty kurwa!
Tekst pisany nie oddaje barwy i tembru głosu, ale już po stylu, sposobie stałe czytelnictwo łatwo rozpozna, że tak zaprosić może tylko Zula. Zoja zrobiłaby to subtelniej, czasem nawet pofatygowałaby się, aby sama osobiście otworzyć drzwi. Tedy gość wszedł, bez butów rzecz jasna, według instrukcji, mimo tego jednak zapytał od progu:
- Można?
- Chyba było wchodź, tak? Siadaj tu sobie wygodnie, pełną buzią, rytuały powitalne sobie darujmy, ja jestem Zula, a ty z pewnością nie?
- Tak. Znaczy nie...
Zula roześmiała się perliście i odparła:
- Powiedz mi tylko jedno, bo tego twoja znajoma nie doprecyzowała przez telefon. Przyszedłeś na lekcję zen, czy posłuchać o zen, czy może po prostu tak sobie pogadać, pobyć z nami? Jesteśmy otwarte na każdy wariant.
- No... Tak w sumie wszystko... Nie wiem...
- Nie wiem jak zwykle jest znakomite. 
Mówiąc to Zula chwyciła za brzeg tiszirta, który miała na sobie, uniosła go nagle do góry, po czym szybko opuściła. Gość, który do tej pory miał minę zlęknionego wypłocha zdębiał kompletnie, po czym nagle się uśmiechnął.
- Brawo Zula. Myślenie odcięte, a ty kolego trzymaj ten stan umysłu i nie przejmuj się tym, że właśnie już go zgubiłeś. Chcesz kawy, herbaty, czy czegoś tam? Pod warunkiem, że to coś tam to będzie woda, bo nic innego chwilowo nie mamy.
Te słowa padły od drzwi do kuchni, w których stała Zoja.
- Może herbaty? Proszę.
- Zwykła, czy zielona?
- Zielona?
- Okay, trochę to potrwa, bo jeszcze coś tam muszę zrobić, ale to dobrze, na razie zapraszam pod ścianę. Trzecia poduszka dla gościa. Jak zen to zen. Siedziałeś już kiedyś? Bo ta twoja koleżanka mówiła nam, że znasz temat od niedawna jakoś dopiero?
- Trochę medytowałem, dopiero zaczynam.
- Zazen to nie medytacja. Ale to już ci wyjaśnię później, przy herbacie. Na razie Zula powie ci w skrócie, co masz nie robić. Takie tam ileś tam minut, wstępna wprawka.
Zoja wyszła z pokoju, a Zula wskazała gościowi miejsce pod ścianą. Po cichu poinstruowała, jak ma usiąść, lekkim kuksańcem odgarbiła mu plecy, a na koniec dodała:
- A teraz po prostu siedź. Aż Zojka powie, że już.
Sama szybko usiadła na sąsiedniej poduszce, po czym w pokoju zapadła cisza, zaburzana jedynie odgłosami kuchennej krzątaniny. Tak minęło jakieś około dziesięciu minut, potem zaś Zoja weszła z pełną tacą do pokoju:
- Już. Zapraszam do stołu.
Gdy już usiedli dookoła zawartości tacy Zoja wzięła głęboki oddech i ze swoim jak zwykle ciepłym, uroczym, życzliwym uśmiechem spojrzała na gościa. Zaś Zula mruknęła jakby do siebie:
- Będzie anitować.
- Będę co?
- No wiesz, ta moja znajoma Anita, wiesz, ta czarownica tak robi. Najpierw się nadyma aż jej cycki mało nie wyskoczą, a potem zaczyna perorować. I tylko spróbuj jej przerwać, to masz zjebę. Bankowo.
- Nie będzie żadnych, jak ty to nazwałaś...
- Zjeb. No, i dobrze. Więc napierdalaj.
Zoja, która jak stałe czytelnictwo wie, nigdy nie używa słów publicznych, ani nawet ocierających się o takowe, zignorowała słowa partnerki, spojrzała tylko na gościa i zaczęła:
- Lekki przedsmak praktyki już miałeś. Dziesięć minut zazen to rzecz jasna mało, zwykle siedzenie powinno trwać od dwudziestu do czterdziestu minut, dłużej się nie zaleca, ale po takiej sesyjce można sobie wstać, rozprostować nogi, pochodzić sobie chwilę, po czym zabrać się do kolejnej. Jeśli masz na to czas, rzecz jasna. Tak to z grubsza wygląda. Najkrótszą i chyba najlepszą instrukcję zazen przekazała ci Zula: siadaj i siedź. Pilnuj też prostego kręgosłupa i nie zamykaj oczu, trzymaj powieki na wpół otwarte. Tym się na przykład różni zazen od vipassany, czyli takiego rodzaju buddyjskiej medytacji, którą teraz ostatnio na Zachodzie nazywają mindfulness. Ale zazen to nie medytacja, tylko ćwiczenie obecności, więc aby być obecnym trzeba też widzieć to, co masz w zasięgu wzroku. Chcesz coś zapytać, jak widzę po twojej minie?
- Tak. Bo siadaj i siedź nic nie wyjaśnia mi co ja mam dalej robić. Znaczy mentalnie, tak w umyśle. Skupić się na czymś, na przykład?
- Przez pierwsze minuty to jest nawet dobry pomysł. Najczęściej stosowane jest liczenie oddechów, tak na wstępne odcięcie myślenia, ale potem powoli od tego odchodzisz. Oczywiście nie łudź się, że od razu przestaniesz myśleć, bo myśli nadal będą się jakieś pojawiać, tak same, spontanicznie. Ale nie walcz z nimi. Kiedyś jakiś mądry wujek bardzo fajnie to ujął, że...
Tu nagle wtrąciła Zula:
- Myśli wchodzą lub wychodzą drzwiami i oknami umysłu, czasem trochę się po nim pokręcą. Nie częstuj ich herbatą, nie zagaduj ich, więc same sobie pójdą, ty tylko po prostu je sobie oglądaj, nie myśl nic na ich temat.
Tu znowu podjęła temat Zoja:
- Powtórzę ci raz jeszcze, żebyś się dowiedział i skutkiem tego to wiedział. Praktyka zen, ta bazowa, nie jest medytacją.
- Ale przecież...
- Wiem, co chcesz powiedzieć. Prawie wszyscy mistrzowie, czy nauczyciele zen plotą o medytacji, mnóstwo książek i cały internet nudzi na ten temat. Nieporozumienie bierze się z mylnego tłumaczenia słowa chan, po japońsku zen, po koreańsku soen, po wietnamsku thien, czy jakoś tam jeszcze. Tymczasem całe mnóstwo sinologów, znawców tego języka uważa, że to wcale tak nie jest. Bo do jest tak, że każda medytacja, każda jej technika tworzy jakiś rodzaj odlotu. Za to jednym ze skutków ubocznych zazen, być może najczęstszym jest przylot, lądowanie. Umysł zaczyna postrzegać to co jest takim, jakie jest.
Tu znowu wtrąciła Zula:
- Co zresztą nie jest wcale takie pewne. Nie ma żadnych dowodów na to, że ten real, który zobaczysz, którego doświadczysz, to ten najrealniejszy real. Ale przynajmniej będziesz bardzo blisko.
Pałeczkę przejęła Zoja:
- Tylko nie próbuj tego osiągać, bo tylko się od tego jeszcze bardziej oddalisz. Po prostu siadaj siedź. Być może kiedyś wcale nie będziesz musiał siedzieć, bo nauczysz się siedzieć podczas dowolnej czynności życiowej. Może na tym zakończmy, za dużo nauki naraz dotarciu jej nie służy. Chcesz jeszcze herbaty?
- Chętnie poproszę.
Gdy Zoja wyszła do kuchni Zula spytała:
- Choć to jest bez znaczenia, to jak ci na imię?
- Janusz.
- Też ładnie. A czego słuchasz, jakiej muzy?
- Rock'n'rolla?
- To bardzo porządny Janusz z ciebie.
Takim sposobem spotkanie edukacyjne przeszło do fazy luźnych pogaduch, zaś gdy Janusz zbierał się już do wejścia pobrał od Zoji numer telefonu, gdyż wszyscy byli zgodni, że chyba raczej dojdzie do kolejnej jego wizyty...

03 grudnia 2023

Czy koty na pewno jedzą myszy?

"Mysz zjada jedzenie kota, ale kocia miska jest rozbita.
Co to znaczy? O co tu chodzi?"
Powyższy koan mogą znać niektórzy praktykujący zen, ale większość ludzi go nigdy nie słyszała, nie wiedzą oni nawet, co to jest koan. Nie będziemy się tym zajmować, nie będziemy też zajmować się samym zen. Wyjaśnimy tylko, że koan to rodzaj takiej zagadki zen służącej do ćwiczenia umysłu. Koany są jak kawały: nie powinno się ich brać na samo myślenie, tylko bardziej na czucie. Tu pierwsza część zdania jest oparta na pewnej jakby grze słów, bo przecież to mysz jest jedzeniem kota, nieprawdaż?
Ale czy na pewno? Zapomnijmy teraz na razie o koanach, zenach, czy takich tam innych jazdach, skupmy się na samym meritum, na kocie i myszach. To, że koty zjadają myszy wydaje się dla wielu oczywiste, ale gdy ktoś zna się na kotach, obserwuje je uważnie wie, że nie zawsze tak jest. Nieraz zdarza się, że kot upoluje mysz, potem zaś po pewnym czasie irytującej wielu ludzi zabawy zdobyczą zostawia ją nietkniętą. Dlaczego tak jest? Najpłytsza odpowiedź jest taka, że dobrze utrzymany, zadbany kot, regularnie karmiony przez opiekuna nie ma takiej potrzeby, aby uzupełniać swoje menu myszą. Jest to prawda, ale tylko częściowa, która nie wszystko wyjaśnia.
Aby dokładniej rozpracować zagadnienie musimy się przyjrzeć ewolucji gatunku Felis catus silvestris, czyli mówiąc po ludzku kot domowy. Otóż za sprawą jakiejś fluktuacji kwantowej kot jako jedyny przedstawiciel rodziny kotowatych wpadł na taki pomysł, aby zakolegować się z innym gatunkiem, Homo sapiens, czyli człowiekiem rozumnym, znanym też jako naga małpa. Bardzo wrednym gatunkiem zresztą, ale kot wtedy nie wiedział, że sprawy tak się potoczą. Eksperyment się udał. Ludzie wręcz zakochali się w kotach, oddawali im nawet nabożną cześć, choć były też okresy dość mroczne, kiedy to w niektórych rejonach Ziemi traktowali je jako wrogów publicznych. Do tej pory też istnieją lokalne enklawy, gdzie ludzie po prostu jedzą koty. Nie należą oni bynajmniej do jakichś mitycznych, nigdy nie istniejących sekt, tylko realne, zwykle małpiszony. Ale to jest pewien margines, stopniowo zanikający, zaś generalnie sytuacja jest mianowicie taka, że Nauka relację między tymi dwoma gatunkami nazwała sobie (miękką) symbiozą, albo żeby było mądrzej protokooperacją. Realizowane jest to na kilka sposobów.
Najdalej od ludzi żyją wolne koty miejskie, zwane nieraz też dzikimi lub bezdomnymi. One niewiele biorą od człowieka. Wystarcza im schronienie piwnic lub innych zakamarków ludzkich budowli, oraz resztki jedzenia znajdywane na śmietnikach. Bo tak się składa, nagie małpy żyjąc iluzją, że jest im dobrze, że tak będzie zawsze, mnóstwo jedzenia wyrzucają. Za to koty samą swoją obecnością powodują, że hamowany jest rozwój populacji szczurów, które chętnie pasożytują na efektach cywilizacji. Większość ludzi nie czuje obecności tych kotów, nawet nie wiedzą, że żyją obok nich. Aczkolwiek zdarzają się wyjątki, które je dokarmiają lub zajmują się stanem ich zdrowia. Czasem, gdy władze danego miasta są przytomne, rozumieją potrzebę istnienia tych kotów, wtedy ta pomoc bywa bardziej zorganizowana i umocowana prawnie. Koty miejskie zwykle żyją samodzielnie, nie tworzą żadnych społeczności, choć czasem zdarzają się wyjątki. Te wyjątki nazywają się koloniami, które czasem osiągają takie rozmiary, że stają się atrakcjami turystycznymi podlegającymi szczególnej ochronie. Jednak tak, czy owak życie kota miejskiego łatwe nie jest, co przekłada się na bardzo niską średnią długości ich życia. No, ale wróćmy do meritum sprawy, czy takie koty żywią się także myszami? Temat jest szalenie słabo zbadany, ale można by sądzić, że w takim środowisku raczej nic one nie marnują zdatnego do jedzenia. Dochodzi jeszcze dodatkowa trudność: szalenie rzadko widuje się myszy wolno żyjące w mieście, zwłaszcza wielkim. Być może tak jest za sprawą samych kotów, ale być może te myszy nie za bardzo mają czego tam szukać?
Jednak większość kotów wydaje się zdecydowanie lepiej wychodzić na symbiozie z człowiekiem. Mają schronienie, jedzenie, opiekę lekarską i choć nieraz opiekun nie ma kompetencji do zajmowania się nimi, to średnia ich wieku wychodzi wybitnie wyżej, niż ich bezdomnych kolegów. Przyjęło się je dzielić na wychodzące oraz niewychodzące, choć dla ścisłości trzeba by dodać wiejskie koty bezdomne, albo może raczej wielodomne. To jest dość ciekawa grupa. Nie są przypisane do konkretnych opiekunów, tudzież domów, żyją sobie pełnią wolności niczym koty miejskie, można by rzec, że są niczyje, jednak żywią się, czy też nocują raz tu, raz tu, dzięki życzliwości gospodarzy danego obejścia. Obserwacje ich wykazują, iż zwykle są to znakomicie utrzymane koty, czasem wręcz puszyste. Dość podobną sytuację miewają też koty żyjące sobie na podmiejskich działkach. Formalnie bez opiekunów, realnie zaś mają ich wielu.
Koty niewychodzące, całe życie spędzające w mieszkaniu raczej myszy nie jadają, choćby dlatego, że nie mają nigdy żadnej okazji ich sobie upolować. Aczkolwiek zdarzają się czasem marginalne, sporadyczne wyjątki. Pewna mysz zawędrowała kiedyś do mieszkania na szóstym piętrze bloku, po czym została schwytana, tudzież schrupana całkowicie. Są świadkowie.
Za to koty wychodzące mają pełne pole do popisu do rozwijania swoich genetycznie uwarunkowanych zdolności łowieckich. Dużo tutaj zależy od struktury danego terenu, jego zabudowy, czy to jest wieś, miejskie osiedle jednorodzinne, czy też zazielenione blokowisko, zawsze jednak jakaś zdobycz się trafi, kwestia tylko, jak często. Co prawda skupiamy się tu na myszach, ale należy również wiedzieć, że koty polują także na ptaki, ssaki owadożerne, czasem też na gady lub płazy. Co się dzieje dalej, już po udanym polowaniu? Niektóre zdobycze kot zanosi do domu, do swojej grupy rodzinnej, do której mogą się zaliczać ludzie, inne koty, psy, czy też pozostali mieszkańcy. Tu znowu są świadkowie przypadku, gdy kot przyniósł mysz oswojonemu ptakowi drapieżnemu, który zamieszkiwał jego teren. Przy okazji też pada mit, jakoby kot był zwierzakiem asocjalnym, żyjącym samemu tylko dla siebie. Takie koty są, jednak obserwacje większych grupek kocich szacują ich procent na jakieś dwadzieścia do trzydziestu. Jednak pozostała większość to są stworzenia jak najbardziej towarzyskie, rodzinne, choć bynajmniej nie stadne, jak wiele osobników wrednego gatunku naga małpa, więc wciąż zachowujące swój indywidualizm.
Ale wróćmy do sytuacji, gdy kot złapał mysz, lub jakąś inną ofiarę swojego instynktu, po czym nie zaniósł jej do domu, tylko zachował ją dla siebie. Otóż tedy często ma miejsce sytuacja, gdy kot mówiąc kolokwialnie głupieje. Co prawda powodowany uwarunkowaniem genetycznym przez jakiś czas jeszcze maltretuje swoją zdobycz, co akurat jest przygotowaniem jej do konsumpcji, ale po tej fazie jego program się zawiesza. Kot wtedy porzuca łup, gdyż mimo swojej inteligencji po prostu nie wie, że to służy do jedzenia.
Dlaczego tak właśnie się dzieje? Wyjaśnieniem jest sposób postępowania opiekunów, gdy nastąpi taka sytuacja, że ich kotka się okoci. Wielu ludzi rzecz jasna nie dopuszcza do takiej sytuacji, zwykle poprzez sterylizację, niemniej jednak wciąż nie jest ona takim rzadkim wydarzeniem, kiedyś zaś bywała jeszcze częstszym. Mimo wszystko jednak się to zdarza, mamuśka zajmuje sie maluchami ku uciesze domowników, jednak szalenie rzadko jest tak, że dorastające kociaki dalej ten dom zamieszkują. Zwykle więc są odstawiane od matki, po czym rozprowadzane wśród znajomych lub jakimś innym sposobem do innych domów. Popularny pogląd jest taki, że kociaki można zabierać matce już od dwóch do trzech miesięcy po urodzeniu, kiedy już nie są karmione jej mlekiem. Taka też jest przeważnie praktyka, tylko szkopuł polega na tym, że to jest jeszcze za krótko, aby matka mogła swoje dzieci choć trochę posocjalizować, czyli wychować, zaś najprościej mówiąc nauczyć wielu rzeczy, które im mogą się przydać. Tą rolę przejmuje opiekun plus wszelkie okoliczności, uwarunkowania nowego domu, do którego trafi mały kotek. Tym samym jednak nie zdąży on już się nauczyć tego, jak się je mysz, gdyż matka jeszcze mu tego nie pokazała. To rzecz jasna nie oznacza, że pozna on smak myszy, jeśli się go odstawi od matki później, ponieważ bardzo często jest tak, że matka sama tego nie wie, być może nawet nigdy nie widziała myszy, zwłaszcza, gdy była kotem nigdy niewychodzącym. Nigdy też nie dostała takiej lekcji, gdyż pokolenie wcześniej działo się podobnie. Co więcej, linia takiej ignorancji mogła istnieć już od dawna. Dlatego też właśnie, gdy kot niewychodzący nagle zmieni otoczenie, zacznie wychodzić, co zaś za tym idzie, polować, to schwytawszy jakąś zdobycz bardzo często nie będzie kojarzyć związku, że to się w ogóle je.
Aczkolwiek, aby już dokonać kompletacji tej kwestii, nieraz zdarzają się koty samouki, które nagle odkrywają, że ich łup może się nadawać do jedzenia. Jakby nie było, od tego mają przecież zmysły smaku oraz zapachu, żeby to rozpoznać. Nie zawsze jednak jest im dane tego doświadczyć, bo nie zawsze tryska krew podczas tego polowania, szczególnie, gdy są to ptaki. Wracając jednak do myszy, to nawet gdy taki kot ją napocznie, nadal nie staje się ona jego posiłkiem ze względu na przyczyny, które podane zostały na początku.
Reasumując odpowiedź na pytanie tytułowe brzmi "na pewno nie na pewno". Jest to konsekwencja procesu ewolucji kota, jak już wspomniano gatunku wyjątkowego ze wszystkich kotowatych. Kto wie, zakładając optymistycznie, że życie na Ziemi nie ulegnie zagładzie na własne życzenie ludzi, czy kiedyś tam w dalszej przyszłości koty wcale nie będą jeść myszy?
 

18 listopada 2023

Jak to z głupotą czasem bywa

Ile ktoś musi wykonać głupot i jakiego kalibru, żeby go uznać za głupola? Jedna to chyba za mało, w sumie każdemu może się jakaś zdarzyć. To może dwie? Dwie to już coś, ale skoro ta pierwsza się nie liczy, to znowu mamy tylko jedną. Takim oto sposobem można by dojść do wniosku, że na świecie nie ma głupoli, ale przecież nawet głupol wie, że to kompletna nieprawda. Do tego waląca po oczach, ewidentnie.
To było na rozkrętkę, do sprawy zresztą jeszcze wrócimy na koniec, a teraz do meritum może się udajmy:
Od czasu do czasu na rynku kultury, czy też rozrywki pojawia się taki film lub książka, że robi się ogólny wrzask. Najgłośniej zwykle wrzeszczą ci, którzy tego produktu nie znają, co jakby samo w sobie nie tworzy żadnej sprawy. Wrzeszczeć każdy sobie może, czasem lepiej lub gorzej. Dziwnie, wesoło lub smutno, robi się dopiero wtedy, gdy ktoś taki zaczyna ów wyrób oceniać, mądrzej zaś mówiąc: recenzjonować, czy jakoś tak. Od razu wtedy, jak na zawołanie, pojawia się znany kawał:
- Nie jadam flaków, bo nie lubię.
- Próbowałeś kiedyś?
- Ależ skąd? Przecież mówię, że nie lubię.
No, ale nie komplikujmy sprawy żarciem, ograniczmy się do strawy czysto duchowej, bo zaraz temat tej pracy zejdzie na dupy. Otóż któregoś dnia pewna osoba postanowiła nie obejrzeć pewnego produktu kinematografii. Uzasadniła to jakoś tam, ale ważne akurat jest to, że nie oceniła tego filmu. Poniekąd logiczne, bo jak można ocenić coś, czego nie poznaliśmy? Ona jedynie oszacowała według znanych jej danych, że film może jej się nie podobać, gdy ewentualnie pójdzie. To wszystko jest jasne, klarowne, ale nie dla wszystkich jak się okazuje.
Otóż gdy druga osoba się o tym dowiedziała, wyraziła swą dezaprobatę, jak można wystawiać recenzję filmowi, którego się nie widziało. Nie można, tylko myk polega na tym, że żadnej recenzji, czyli oceny wcale nie było.
Wyobraźmy sobie taką sytuację, że idziemy do biblioteki lub do księgarni. Szperamy po półkach, czasem coś wyjmiemy, spojrzymy na okładkę, na tytuł, na info kto napisał, na jakiś tam opis na tejże okładce, jeśli jest, czasem zajrzymy do środka, przeczytamy ze dwa, trzy zdania. Rzucamy też okiem na cenę, jeśli to księgarnia, jednym słowem robimy to, co robi każdy zwykły gość takiej placówki gdy do niej zajrzy. Ale prędzej, czy później do jakiejś decyzji dochodzi. Wybieramy jedną, dwie, trzy pozycje, czasem też nie wybieramy żadnej wcale. Analiza detaliczna tego całego procesu jest dość skomplikowana, bo może bardzo różnie przebiegać, ale bardzo łatwo jest podsumować i nazwać nasze motywacje wspomnianej decyzji. My po prostu oszacowaliśmy, że te książki, które wybraliśmy mogą być niezłe. Podkreślmy to: oszacowaliśmy, ale na pewno ich nie oceniliśmy. Czy to oznacza, że resztę książek, tych nie wypożyczonych, czy nie kupionych oceniliśmy jako kiepską? Oczywiście, że nie.
Na pewno oczywiście? Okazuje się, że nie bardzo, bo nie każdy to pojmuje. Gdy wyjaśniłem to wszystko tej drugiej wcześniej wspomnianej osobie, ta mi odpowiada, że ta pierwsza osoba ocenia książki po okładkach. Masakra!!! Idzie się pochlastać w ramach reakcji na głupolstwo tej odpowiedzi.
To są właśnie te chwile, gdy chwieje się nasza pobłażliwość dla głupoty. Bo zdarzają się takie bowiem, że już po pierwszej aż samo się prosi, aby uznać ich wykonawcę za głupola. Wspomnianego na początku zresztą.
_______
Tekst posta dedykuję trzeciej osobie, która obiecała go nie przeczytać, gdy już on zaistnieje i zostanie opublikowany.

06 września 2022

Psychodeliki - zdecydowanie szkicowo

Narkotyków, zabawek zmieniających umysł jest na świecie wiele, najpopularniejszy, najbardziej powszechny to rzecz jasna alkohol, ale wśród wszelkich tego typu ogłupiaczy jest grupa substancyj, która to na miano "ogłupiaczy" raczej nie zasługuje. Ta grupa to psychodeliki, dzielona zresztą jeszcze na mniejsze subgrupy, ale to już zostawmy. Chyba każdy coś tam słyszał na temat LSD, choć zapewne niewiele osób wie coś o LSA, naturalnym analogu, który zawiera powój hawajski. Medialnie znane są grzybki wszelakie, które do znalezienia są także w Polsce, znane były już starożytnym Słowianom. Peyotl to kolejny znany temat, brał go ponoć Witkacy, którego niektóre prace inspirowane są kaktusowym tripem. Tu wyjaśnijmy od razu, że nie malował "pod wpływem", to akurat jest słabo wykonywalne. Ostatnio dość sporo jest słychać na temat produktu zwanego "ayahuasca", który to powstaje po zmieszaniu dwóch roślinnych substratów. Kilka lat temu dostępna była szałwia wieszcza, ale polscy prawodawcy, którym zależy na tym, aby narkomania w tym kraju kwitła, szczególnie alkoholowa, wciągnęli ją na indeks prohibitów. Warta uwagi jest też ibogaina, gdyż twierdzi się, jakoby była pomocna przy leczeniu uzależnień, szczególnie od opiatów. Nie jest to jednak takie do końca jasne, wszystko jest na etapie eksperymentów. Pełną, tak z grubsza listę tych "jadów" zna Ciotka Wiki, tu tylko wspomnimy jeszcze pewną ciekawostkę, jaką jest gałka muszkatołowa. Aczkolwiek nie jest zbyt proste jej użyć po zakupie w sklepie spożywczym, efekty zaś bywają rozmaite. Powyższe zabawki są pochodzenia roślinnego, może poza LSD, które raczej bywa syntetyczne, ale znane są też produkowane przez niektóre zwierzęta (inne, niż człowiek), na przykład ropuchy. Rzecz jasna jest też cała gama syntetyków.
Psychodeliki zwane są czasem halucynogenami, jednak jest to dość błędne, gdyż tylko co poniektóre wywołują owe halucynacje. Przeważnie efektem są zmiany percepcji otaczającego świata, na tyle specyficzne, sporo odmienne od zmian powodowanych przez "zwykłe" narkotyki, takie jak alkohol, opiaty, czy koka, że jest to warte osobnej szufladki. Jak one działają? Nie ma prostej, krótkiej odpowiedzi na to pytanie. Każda substancyja działa inaczej, zaś eksperyment na sobie również jej nie da, gdyż wiele zależy tu od samej osoby, jej umysłu. Ktoś może zobaczyć inne kolory, ktoś nie dostrzeże tych zmian, ale za to ujrzy zmiany kształtów znanych mu rzeczy, ktoś jeszcze inny zobaczy dźwięki lub usłyszy światełka. Te ostatnie efekty, zwane synestezją, czasem niektórym mogą się trafić. Oprócz zmian postrzegania dużo się też dzieje wewnątrz umysłu osoby, która przyswoiła dany produkt. Ale czasem też niewiele się dzieje, gdyż istnieją osoby stosunkowo odporne na mniejsze dawki dragu. Stąd też bierze się lęk przed tymi dragami, który zwykle przekłada się na prawo ich dotyczące, przeważnie głupie, tworzone przez dyletantów. Co prawda istnieje potrzeba kontroli psychodelików, już dawni szamani ją stosowali, udzielali ich tylko przy pewnych okolicznościach oraz osobom, które uznali za dojrzałe do takiej jazdy. Niemniej jednak obecna kontrola, jej wykonanie przez wiele reżimów jawi się jako absurdalna, wręcz idiotyczna. Ale tak, czy owak psychodeliki nie są dla idiotów, zaś decydując się na odlot trzeba przestrzegać pewnych bazowych reguł. Pierwszą ilustruje taki dialog:
- Chciałabym spróbować kwasa /czyli LSD/, ale się boję.
- Dopóki się boisz trzymaj dupę od kwasa z daleka.

Druga to zalecenie, aby ktoś jeszcze był przy tym. Co prawda po zażyciu bardzo rzadko się zdarza, aby ktoś stracił wgląd, czy też kontrolę nad sobą, niemniej jednak bywają takie akcje. Poza tym nawet największy odważniak może się dość mocno wystraszyć przebiegu wypadków, więc taka osoba towarzysząca jest wtedy łącznikiem ze światem bardziej realnym. Jej obecność sprawia, że jest po prostu bezpieczniej. Czyli reasumując samemu lepiej nie próbować, chyba że ma się już pewne doświadczenie za sobą, ale to też raczej nie na pewno.
Trzecia reguła to odpowiedni czas i miejsce. Na pewno bez sensu jest poddać się tripu gdy jest się zmęczonym, ma się kiepski nastrój, czy też ma się jakieś poważniejsze problemy życiowe. Choć psychodeliki są badane pod kątem ich zastosowania do leczenia niektórych dysfunkcji, to generalnie NIE SĄ antidotum na kiepską sytuację, tak na zewnątrz, jak też wewnątrz umysłu. Taka próba zwykle kończy się nieciekawie. Co prawda rzadko zgonem, czy chorobą psychiczną, ale miłe przeżycie to nie jest na pewno.
Na temat dobrego źródła produktu nie warto nic wspominać, bo ukrytym założeniem posta jest pewien poziom odbiorców.
Słowo "narkotyki" często u co poniektórych wywołuje skojarzenie z dysfunkcją zwaną "uzależnienie", która czasem dotyka ludzi nadużywających owych narkotyków. W przypadku psychodelików jest to nader marne skojarzenie. Szalenie trudno jest się od nich uzależnić ze względu na specyfikę ich działania. Aby do tego doszło, trzeba coś brać dość często i regularnie. Tymczasem gdy się weźmie (przykładowo) kwasa, to gdy się to powtórzy po zbyt krótkim czasie, ten kwas po prostu nie zadziała. Tak to jakoś jest, ma to swoje biochemiczne, czy neurologiczne wyjaśnienie, ale tu nie ma sensu tego rozwijać. To wszystko jednak oznacza, że nie ma motywacji, aby brać coś za często, za gęsto, bo nie jest to żadną atrakcją. Poza tym taki trip, choćby najwspanialszy, jest na tyle męczący, że ochota na kolejny przychodzi dopiero po jakimś czasie. Niezłym przykładem są amatorzy grzybków "krasnali". Po jesiennych zbiorach wykonują kilka sesji, imprez z udziałem tychże grzybków, nawet bardzo udanych, ale potem jakoś im się tego odechciewa, nieraz oddają innym resztki swoich zapasów. Można sobie wyobrazić uparciucha, taki eksperyment myślowy, który bierze coś tam codziennie. Otóż zanim się uzależni, to wcześniej prozaicznie zwariuje, zachoruje psychicznie.
Puenta? Podsumowanie? Trudno jest o takowe po tak pobieżnym, skąpym informacyjnie szkicu. Na temat tego, że psychodeliki nie są dla wszystkich już wspomniano. Natomiast użyte przez osobę odpowiedzialną i znającą siebie, mogą być rozwijającą zabawką. Złe jest tylko to, że prawo różnych krajów nieodpowiedzialnie je traktuje utrudniając lepsze ich poznanie.
Na koniec dwa słowa na temat Świętego Zioła, które niektórzy zaliczają do psychodelików. Już sam koncept, aby nazywać je "narkotykiem" jawi się jako idiotyczny, bo działa na umysł tak subtelnie, że można się zgodzić jedynie na "semi-narkotyk", tak kompromisowo, dla świętego spokoju. Natomiast prawdą jest, że niektórym czasem mogą się zdarzyć jakieś psychodeliczne jazdy, jednak są one równie subtelne, dość mało zauważalne, tak jak całe działanie Zioła zresztą.
To by było na razie wszystko w temacie. Być może pojawi się jakiś komentarz, że powyższy post promuuuje psychodeliki. Komisja Moderacyjna nie będzie takiego bzdeta kasować, opatrzy go jedynie info zwrotnym "jesteś idiot(k)ą". Jak ktoś chce, sam się prosi o obciach, to niech go sobie ma.

21 czerwca 2022

GŁĘBOKI ODDECH CZAROWNICY

Tym razem Anita nie lewitowała, gdyż nie medytowała, tylko siedziała zen. Różnica jest taka, że mimo tej samej pozycji ciała nie jest to żaden odlot, lecz przylot. Czysta obecność. Przekonał się o tym Borek, który po przyjściu do domu pomachał dłonią swojej kobiecie przed twarzą:
- No, i co mi tu powietrze entropisz?
Po chwili Anita dodała:
- Okay, wystarczy tego oświecenia.
Powoli zaczęła wstawać z poduszki, gdy Borek zapytał:
- Dokończymy poranną rozmowę?
Faktycznie, coś im ją wtedy zaburzyło, dziewczyna się trochę zeźliła, bo nie lubiła przerywania jej wykładu. A potem jakoś się wzięło i zapomniało.
- Dobrze, za chwilę. Jak wrócę.
Gdy zniknęła w łazience Borek sięgnął do stołu. Otworzył pudełko na nim leżące, które zawierało spliffa i kilka papierosów. Ale po dojrzałym namyśle niczego nie wybrał, odłożył paczkę. Zaraz potem do pokoju weszła Anita ubrana w kusą sukienkę. Rozmościła się na kanapie tak, że Borek bez trudu zauważył, iż czarownica nie ma na sobie majtek, po czym wzięła głęboki oddech, co oznaczało, że ma być teraz cicho, bo będzie opierdol.
- Jak już mówiłam rano, wszystko, co ludzie mówią może być pod pewnym względem prawdą, pod pewnym względem fałszem, zaś jeszcze pod innym zupełnie bez znaczenia. Mając tą wiedzę można być całkiem na luzie. Na przykład gdy ktoś ci powie na twój temat coś nieprawdziwego, to nie ma wcale powodu, aby się tym przejmować. Obojętne, czy to są miłe słowa, czy niemiłe. Pod pewnym względem mogą być one prawdziwe, bo być może wyrażają to, co też ta osoba myśli sobie o tobie. Pod innym względem nie są prawdziwe, bo ty zapewne myślisz inaczej. Pod jeszcze innym nie mają one znaczenia, bo nie mają wpływu na to, kim jesteś. Puenta jest taka, że nasza tożsamość jest niezależna od opinii innych ludzi.
Zapadła chwila ciszy, wreszcie Anita dodała:
- Koniec ględzenia. Teraz możesz mnie pocałować.
- Gdzie?
- Tam, gdzie najbardziej lubię.
- Chce ci się jechać do lasu? Bo mnie nie. Ale zaraz. Są ludzie, którzy budują swoją tożsamość na opiniach otoczenia. Nawet wielu.
- Ludzie? Chyba raczej androidy.
Nie pojechali do lasu...
Informacja dla nowych lub słabo pamiętających:
Czarownica Anita jest bohaterką serialu ===TU===. Ten serial już się dawno skończył, niemniej jednak postać wydaje się być rozwojowa twórczo.

21 listopada 2020

Jak gadać i myśleć po ludzku (o ciąży i jej przerywaniu)

Nie jest zbyt ważne, czy dwa miesiące to długo, czy krótko, jak na trwanie związku. Ważne jest tylko, że potrafili rozstać się z klasą. Komunikację, fundament udanego związku mieli jeszcze jako taką, ale bazowy filar, czyli kompatybilność mentalna w kwestii seksu, kulał mocno. Było jeszcze parę innych spraw, na przykład różnica zdań na temat prawa do usuwania ciąży. On był "pro-choice", ona "anti-choice", tego najgorszego sortu: "fanatyczka nawracająca". Tu komunikacja mocno szwankowała, gdyż dziewczyna nie umiała gadać po ludzku, znała tylko anti-choice'ową nowomowę.
Ale skoro rozstali się w zgodzie, to zero problemu. Na tym jednak sprawa się nie zakończyła. Po paru tygodniach zadzwonił telefon:
- Musimy porozmawiać.
- Właśnie rozmawiamy.
- To nie jest na telefon.
Reaktywacja związku była raczej wykluczona, więc co się stało? Jadąc na spotkanie przeczuwał najgorsze i dobrze przeczuwał.
- Co z tym robimy?
- Jesteś kobietą, masz ostatnie słowo.
- Skoro tak mówisz, to ja tego nie chcę.
To mówiąc klepnęła się po brzuchu. Odetchnął z ulgą, bo miał to samo zdanie. Korciło go, żeby coś przyzłośliwić na temat zmiany poglądów, ale tylko korciło. Skoro byli zgodni na temat "czy?" pozostało zająć się pytaniem "jak?". Odpowiedź znaleźli, po czym ją zrealizowali. Nie było sporu na temat kosztów, ponieśli je mniej więcej po połowie. Gdy było już po zabiegu upewnił się, czy zniosła to dobrze, jakby nie było miała prawo się czuć nie najlepiej przez pierwsze dni, ale obawy były zbędne. To już właściwie koniec historii. Ale było jeszcze coś. Jako że poruszali się na podobnych orbitach, to siłą rzeczy ocierali się czasem o siebie. Okazało się tedy, że bohaterka tej opowieści zmądrzała. Wyleczyła się ze swojego fanatyzmu, wyleczyła się nawet ze swojego "anti-choice", zaczęła myśleć i gadać po ludzku.

Smród na temat ograniczania praw kobiet do decydowania o sobie, o swoim ciele zaczął być odczuwalny w Polsce na początku lat dziewięćdziesiątych, ale ludzie chorzy na "anti-choice" istnieli wcześniej. Już wtedy zaczęła się tworzyć swoista nowomowa na temat ciąży oraz jej przerywania. Można by rzec, że język to taka sprawa umowna, że to tylko kod porozumiewania się, ale de facto sprawa wygląda inaczej. Wiele elementów tego kodu bywa przez ludzi branych dosłownie, to zaś ma wpływ na ich myślenie. Tak działa właśnie propaganda, także ta "anti-choice'owa". Powoli, stopniowo wiele osób dawało sobie narzucać język dyskusji, po czym nagle cały kraj, jego składnik ludzki obudził się z ręką w nocniku, gdy uchwalono prawo zmieniające kobiety w przedmioty, maszynki do rodzenia dzieci. Czy naprawdę się obudził to jest zresztą mocno dyskusyjne, skoro to prawo przetrwało tyle czasu, co więcej robi się jeszcze gorsze.
Cała sprawa jest rzecz jasna bardziej skomplikowana. Są na przykład ludzie, których ten temat w ogóle nie obchodzi. Mają pieniądze, więc gdy zdarzy im się pech to pozbędą się kłopotu od ręki. Większość jednak ich nie ma, to zaś powoduje, że problem istnieje. Nie będziemy teraz omawiać, jak sobie radzić w chwili obecnej. To jest bardzo ważne, ale ważne też jest, żeby to kiedyś odkręcić, doprowadzić prawo do standardów cywilizowanych, według których kobieta jest człowiekiem, podmiotem, wartym szacunku, tudzież prawa do wolnego wyboru. A zacząć trzeba właśnie od języka, od kodu wymiany informacji.
Ideologia "anti-choice" to w sumie tylko jeden bazowy postulat, jakim jest pozbawienie kobiety prawa do wyboru decyzji co zrobić ze sobą, jeśli zdarzył się jej pech w postaci niechcianej ciąży. Jak wiadomo, ten pech może się przydarzyć zawsze, niezależnie od zabezpieczeń oraz techniki uprawiania realnego seksu hetero. Darujmy sobie jednak podawania konkretnych scenariuszy, jak do takiej ciąży może dojść, ten blog jest targetowany do ludzi inteligentnych, którzy potrafią sobie takie sytuacje wyobrazić. Retoryka nowomowy "anti-choice" stygmatyzuje taką pechową kobietę jako osobę nieodpowiedzialną i to jest pierwszy, bazowy fałsz do odkłamania. Tak przy okazji odkłammy też frazę "aborcja jako metoda antykoncepcji". Pomijając już sam brak logiki takiego sformułowania, to nigdy nie było tak, aby zabieg przerwania ciąży był marzeniem jakiejkolwiek kobiety.
Wróćmy jednak do spraw bazowych. Nowomowa "anti-choice" przesuwa uwagę z kobiety na fikcyjne "dziecko". Fikcyjne, gdyż dziecko pojawia się dopiero w chwili porodu. Wcześniej jest tylko morula, zygota, zarodek, embrion lub płód. Podobnie jest ze słowami "matka" lub "ojciec". Dopóki kobieta jest w ciąży, to nie jest jeszcze matką, chyba że innego dziecka, już istniejącego. Sprawa prosta nie jest, gdyż jeśli kobieta jest w ciąży chcianej, to postrzega zawartość swojej macicy jako "dziecko", zaś siebie jako "matkę". Prawa do tej iluzji odmówić jej nie można, ale wręcz zbrodnią jest narzucać ją wszystkim kobietom w ciąży. Bo tak się akurat składa, że te, które sobie swego stanu nie życzą widzą to zupełnie inaczej i jest to tak samo dobre widzenie.
Ale nowomowa sięga jeszcze głębiej manipulując słowem "życie" plus "zabijanie". Jest to dość mocne, bo faktycznie jakieś życie jest zabijane podczas zabiegu przerwania ciąży. Tak samo zresztą zabijamy różne życia myjąc się mydłem pod prysznicem lub wyjmując marchewkę z gleby, zanim roślina umrze naturalną koleją rzeczy. Jednak nadużyciem jest stosowanie tych słów do wszystkich takich sytuacji. Poza tym ta nowomowa jakoś zupełnie nie przejmuje się życiem kobiety, dobrostanem tego jej życia. No cóż, nie zawsze się zdarza, aby umarła kobieta zmuszona do donoszenia ciąży do chwili porodu, niemniej jednak życie tych, które przeżyły to doświadczenie nie raz staje się koszmarem.
Cała ta manipulacja "życiem", "zabijaniem", tudzież "dzieckiem" służy tylko jednemu celowi. Rzecz w tym, aby medyczny zabieg przerwania ciąży był postrzegany jako coś "złego", aby wywołać poczucie winy u kogoś, kto myśli normalnie na ten temat.
To były tylko wybrane przykłady nowomowy, szerzej można sobie poczytać ===TU===, teraz może tylko co nieco na temat "syndrom poaborcyjny". Jest to termin używany jak straszak na kobiety chcące przerwać ciążę oraz na wszystkich myślących prawidłowo. Jednak czy takie coś w ogóle istnieje mamy swoje zdanie odrębne. Dokładnie to jest tak, że organizm kobiety, która zaszła w ciążę przestawia się na pewien tryb funkcjonowania, zaś przerwanie ciąży jest zabiegiem nagłym, bez względu na techniczną stronę. Tak więc ciało ma prawo nieco "zgłupieć", trzeba mu nieco czasu na powrót do równowagi. Ergo kobieta może się wtedy czuć nie najlepiej, aczkolwiek niekoniecznie. Często uczucie ulgi, czasem wręcz euforia, napływ endorfin po pozbyciu się kłopotu działa jak analgetyk, który przebija ewentualne przykrości. To wszystko można podciągnąć pod nazwę "syndrom poaborcyjny". Jest jednak jeszcze coś. Otóż czasem się zdarza, że kobieta po zabiegu wkręca się w poczucie winy. Nie jest to jednak wynik zabiegu, tylko indoktrynacji przez otoczenie urobione mniej lub bardziej na "anti-choice", więc nazywanie tego "syndromem poaborcyjnym" jest nieuprawnione, niezgodne ze stanem faktycznym.
Na koniec parę zdań, jak sobie radzić z fanatykami. No cóż, nie jest łatwe takiego wyleczyć, a takie przypadki spontanicznej terapii, jak opisany na początku posta zdarzają się dość rzadko. Pozostaje jedynie asertywność. Uprzedzamy taką osobę, że jeśli nie zacznie gadać jak człowiek, to kończymy dyskusję. Po czym ją faktycznie kończymy, gdyż takie osoby nie chcą dyskutować, chcą tylko wciskać nam swój anti-choice'wy kit. Wiele tym nie ugramy, ale mamy chociaż święty spokój.

20 grudnia 2019

Oświecenie - czysta szyba percepcji

Słowo "oświecenie" popularnie kojarzy się z pewną sporą dozą wiedzy, czyli bitami informacji załadowanymi na białkowy nośnik, ale to nie jest prawidłowe skojarzenie. Oświecony jest każdy od chwili urodzenia, a przecież dziecko ma tej wiedzy mniej niż dorosły. Co więcej, wiele tych bitów psuje nam to pierwotne, dziecięce oświecenie. Do tego naga małpa na skutek jakiegoś dziwnego defektu Natury bardzo lubi przerzucać te bity w mózgu, przetwarzać je generując impulsy elektryczne buszujące po sieci neuronów. To się nazywa świadome dyskursywne myślenie. Nie jest ono ani złe, ani dobre, nieraz bywa wręcz znakomite, aby żyło się miło. Niefajny jest tylko jego nadmiar, którym tworzymy sobie problemy z niczego. Dlatego też, gdy mowa jest o "osiągnięciu" oświecenia, to de facto nie jest to żadne osiągnięcie, tylko jego renowacja, powrót do stanu umysłu dziecka. Nie oznacza to bynajmniej kasowania bitów zalegających pamięć, tylko zmianę percepcji świata. Dziecko go postrzega takim, jaki on jest, zaś nieznajomość wielu słów na jego opisanie tylko mu to ułatwia. To jest właśnie baza oświecenia. Inne atrybuty oświecenia, takie jak luz, dystans do świata czy też pozbawiona pogardy duma to tylko pochodne takiej właśnie percepcji.
Metaforycznie mówiąc każda naga małpa patrzy na świat przez szybę, która niekoniecznie jest czysta, przejrzysta. Przeważnie jest upaprana na różny sposób, czasem są to nawet ładne obrazki, czasem wręcz paskudne brudy. Jednakże ocena estetyki tych upaprań jest tu najmniej ważna, istotne jest tylko to, że zaburzają one widok za szybą. Większość nagich małp nie odróżnia tego, co jest za szybą od tego, co jest na niej. A co jest na niej? Sporo. Na szybie są nasze poglądy, opinie, oceny, nastawienia, wszelkie inne produkty nadmiaru myślenia. Naszego lub tych, którzy coś tam nakładli nam do głowy od czasu naszego dzieciństwa. Przez taki filtr dociera do nas obraz świata mniej lub bardziej zafałszowany. Bez umycia tej szyby nie sposób znowu stać się oświeconym.
Okay, ale czy to oświecenie to jest jakiś mus? Ależ skądże znowu. Jest całe mnóstwo ludzi, którym jest dobrze żyć za taką spapraną szybą. Dla niektórych zresztą nie ma ratunku, bo iluzja tak się wżarła w jej szkło, że jest dla nich realnym światem. Fachowo to się określa symbolem F22.0 /wg. klasyfikacji ICD-10/, nie jest to bynajmniej jakaś rzadkość zresztą skoro neokomuna wygrała wybory. Te 26,9% czubków, którzy na nią ostatnio głosowali to liczba godna pewnej dozy uwagi. Ale o wariatach może innym razem, teraz tylko krótka wzmianka, że oświecenie nie jest żadną gwarancją szczęścia, a człowiek oświecony nie traci zdolności narobienia gnoju. Nie nabiera też ani żadnej specjalnej mądrości, ani żadnej ekstra mocy. Te moce, czy nawet zdolności magiczne mogą być czasem skutkiem ubocznym pewnych praktyk, ale to nie jest żadne oświecenie.
Wracając do meritum, to istnieje też pogląd, jakoby oświecenie nie istniało, że jest tylko jeszcze jedną iluzją, że tak, czy owak nigdy nie widzimy świata takim właśnie, jaki jest, jedynie tylko go interpretujemy. I to nie jest bynajmniej taki głupi pogląd. Inaczej percepuje świat kot, inaczej słoń, inaczej też naga małpa. Każdy gatunek ma swoje fizyczne uwarunkowania. Jadąc dalej naszą metaforą, szyba ma swoje "wady fabryczne" na które nic poradzić nie można. Aczkolwiek nie na pewno, gdyż Nauka od dawna dostarcza nam różnych narzędzi poprawiających zasięg zmysłów. Tak więc odpowiedź na pytanie, czy oświecenie to kolejna ułuda brzmi "MU", czyli tak i nie, oraz ani tak, ani nie. Jednego tylko możemy być pewni, że przez czystą szybę widać więcej, wyraźniej, niż przez brudną, to jest raczej logiczne.
Na koniec tego krótkiego szkicu kilka słów na temat technicznej strony mycia szyby. Choć są przypadki oświeceń spontanicznych lub będących wynikiem jakiegoś losowego zdarzenia, to generalnie szyba sama się nie umyje. Przez całe wieki swojego istnienia nagiej małpy na Ziemi gatunek ten wykoncypował tak długą listę możliwych narzędzi, że ich samo wyliczenie przerasta realia tego posta. Są naprawdę różne i różniste. Lepsze lub gorsze, niektóre wręcz wcale nie działają lub mogą wywołać przeciwny skutek. Co do tych lepszych, to jedne bywają nader fikuśne, tworzące całe rozbudowane systemy, inne zaś proste aż do bólu, polegające na banalnych codziennych czynnościach. Aby się post nie rozmaślił na sam koniec, złośliwie nie zostanie podany żaden przykład.
No, to teraz czas na wspomniany koniec:
Koniec
Jako że w nocy z soboty (21/12) na niedzielę (22/12) zaczynają się Święta, które sobie potrwają jakoś tak... na pewno co najmniej do pierwszych dni stycznia, tedy do końca tego roku nowych postów się nie przewiduje. Pozostaje życzyć wszystkim Wesołych Świąt.
Rośnijcie w siłę i bawcie się dobrze 😃

17 listopada 2019

Kot na wierzchołku góry

- Jaki kot? Jaka góra?
- Duży kot.
- Puma w Andach? Irbis w Himalajach?
- Bardzo duży kot. Największy. A góra to lodowa. Na morzu.
- Na takiej to chyba foka? Albo biały niedźwiedź?
- Przecież mówię, że kot.
- Mam! Lew morski. Uchatek.
- Lew nie jest największy.
- To ja już nie wiem.
- Tygrys idioto! Tygrys, pasiaty taki.
- To akurat wiem. Takim idiotą to jeszcze nie jestem.
- Takim nie.
- Okay, może innym. Ale co robi tygrys na ajsbergu?
- Na czym?
- Ha! Tu cię mam. Na górze lodowej! Idioto...
- Okay. Niech będzie, że remis w idiotach.
- Ale nadal nie wiem, co on tam robi?
- Kto?
- Ten tygrys.
- Gdzie?
- Na tym ajs... Na tej górze lodowej.
- SYM-BO-LI-ZU-JE.
- Ale yo. Znaczy metafora taka?
- Taka. A teraz się zamknij. Ja mówię.
- Ale...
- No!
- ...

Okay, już jest cicho. Jak człowiek jest cicho, to lepiej słucha. A jak lepiej słucha, to może czegoś się dowie.
Mówi się, że prawdziwy mężczyzna nie płacze. To jest taki sam kit, jak to, że prawdziwa dama nie pierdzi. Pierdzi, pierdzi, jeszcze jak. Nawet królowa angielska pierdzi. Tylko umi i wie kiedy. No, chyba że nie jestem prawdziwym mężczyzną tylko gender jakiś. Ale to już nie do mnie pytanie, tylko do moich kobitek.
W każdym bądź razie ja się popłakałem. To było jakoś tak w długi weekend: Halloween, Święto Zmarłych plus Dziady. Wtedy to oto właśnie zachciało mi się. Do lapka mi się zachciało, njusa jakiegoś wyczaić. No, to wyczaiłem. Dziesięć tygrysów na granicy. Jeden odszedł do kociej Nawii, reszta uratowana. To ja w bek. Nie, bez przesady, nie żadne tam buhuhu, tylko tak  bezgłośnie. Ale lało mi się z oczu jak na rowerze przy silnym wietrze w dziób. W końcu przestało, bo ile żesz można się mazać? To już by było za bardzo gender. Ale pierdolec nie odpuścił. Do tej pory zresztą trzyma. To znaczy taki duży, bo na punkcie kotów to ja mam pierdolca od zawsze. Nawet wpadłem na pomysł, żeby do Poznania pojechać. Tygrysie kupy sprzątać wolota... wolontra... ochotniczo znaczy, społecznie tak. Ale to by było bez sensu, takich pomagierów to tam mają na pęczki, dutków tylko brak, więc skończyło się na przelewie. A teraz ślęczę. Przed lapkiem ślęczę. Trzeci tydzień już tak, co najmniej godzina dziennie. No, może teraz już tylko pół, bo tego tak dużo nie ma. Ale regularnie. Co czuję? Radość. Radość, że wróciły z koszmarnego pidła, że progresują zdrowotnie. Ale tak realnie to nie czarujmy się. Do lasu to te kicie nigdy nie wrócą, bo nigdy tam zresztą nie były. Nigdy się tam nie ogarną, są tak pochlastane psychicznie, jak psiaki ze schroniska. Stąd też taka potrzeba, by zrobić azyl, ten jeden hiszpański to mało. Czyli dutki, dutki, jeszcze raz dutki są konieczne, by ta wspaniała załoga ludzi, którzy tym wszystkim krecą miała za co tym kręcić. Tak, nader wspaniała, szacun im się należy po całości za to ich kręcenie. Nie będzie jednak nazwisk, bo ni miejsca, ni czasu na ich wyliczanie, jeszcze kogoś się pominie i głupio wyjdzie.
A jest co kręcić. Tu pojawia się tytułowa góra, lodowa zresztą. Bo chyba to nie jest  wcale żaden sekret, że takich transportów, zwierzakowych pideł śmiga po drogach czy torach całe mnóstwo. Tygrys jest duży, to się zrobił przypał, ale ile takich mniejszych zwierzaków jest katowanych, zbiorczo lub solo? Nie chce mi się tej liczby szacować, bo na pewno jej niedoszacuję, taka jest monstrualna. Rzecz jasna to nie jest aż tak, że tylko ten jeden przypadek wykryto. Tygrys jest medialny, więc do nas taki njus dotarł, ale to nie znaczy, że jest całkiem do dupy. Ale rzecz w tym, by było jeszcze mniej do dupy. Co możemy z tym zrobić, zwykłe nagie małpy, które się tym tematem nie zajmują zawodowo? Które może nawet by chciały, ale mają inne sprawy na głowie, być może bardzo ważne. Długo by wymieniać, listować możliwości. Podam tylko wybrane, bazowe przykłady działań lub zachowań:
Po pierwsze primo, to wspomniane już wcześniej dutki. Odkąd Fenicjanie je wynaleźli wiele spraw uległo sporemu uproszczeniu. Per capita nie trzeba wcale ich wiele. Wystarczy raz na tydzień, niech nawet będzie, że miesiąc, nie kupić jakiegoś idiotycznego gućka, które tak naprawdę wcale nie jest nam potrzebne. Ale frank do franka i zbierze się szklanka, taka wielka szklanka, uogólniona. Proste, n'est-ce pas? Wszyscy to wiedzą, tylko nie wszyscy mają to uświadomione. Rzecz jasna nie dajemy tych dutków byle komu, tylko sprawdzamy, gdzie trafiają, jak będą użyte. Wiem, wiem, to też truizm, ale co szkodzi go przypomnieć.
Co dalej? Nie kupujemy zwierzaków z lewych źródeł: kradzionych, z przemytu, czy z "fabryk" /nielegalnych hodowli/, nie generujemy popytu na takową działalność. Nielegal to można sobie powspierać w temacie zioła, papierosów, czy środków antykoncepcyjnych /na przykład/, ale też kontrolnie, żeby jakiegoś dziadostwa nie kupić. Jednak w temacie zwierzakowym ZERO TOLERANCJI. Tak swoją drogą, to mam wątpliwości co do legalnych hodowli, ale to jest osobna sprawa, na osobną debatę. Niemniej jednak warto się zastanowić, czy mamy warunki na trzymanie jakiegoś stwora, czy tak naprawdę jest on nam konieczny?
Trzecia sprawa, to pytanie co robimy, gdy się dowiemy o takim procederze, jak na przykład wspomniana "fabryka"? Spoko, luz, bez nerw! Każdy normalny człowiek wie, że kapować nie wolno, ale ten przypadek NIE JEST kapowaniem. Tak samo zresztą, jak nie jest zakapowaniem doniesienie na sąsiada - pijaczka, który katuje żonę, dzieciaki lub zwierzaki. Pod warunkiem, rzecz jasna, że wiemy, iż naprawdę to robi. Znowu truizmy, ale czasem trzeba potruizować. Tak kontrolnie, dla zdrowotności.
Może wystarczy tych przykładów, nie wszystko muszę robić sam. Każdy może użyć mózgu i wymyślić, co by tu jeszcze można zrobić. Bycie nagą małpą to odpowiedzialność i dbanie o dobrostan innych zwierzaków, które mają takie samo prawo do sensownego życia. 

/Tych, które jadamy również to zdanie dotyczy, aczkolwiek dziwnie ono może brzmieć w pierwszym, pobieżnym czytaniu/
Tym nieco patetycznym akcentem zakończę powyższą ekspresję artystyczną, na pozór miejscami może zabawną, ale tak naprawdę, ipso facto bardzo smutną, przynajmniej i bynajmniej.

29 sierpnia 2019

Mistrz zbrodni na raty

W języku prawym zbrodnią nazywa się czyn, za który kodeks karny przewiduje karę odsiadki od trzech lat wzwyż. Za to w mowie potocznej jest to określenie jakiegoś działania, które oceniamy jako wyjątkowo niefajne. Definicja prawnicza jest dyskursywna, potoczna jest intuicyjna. Obie funkcjonują w różnych systemach wartości, więc czasem dochodzi do paradoksów. Na przykład za uprawę Zioła na większą skalę można nieźle posiedzieć, mimo że zbrodnią jest ukaranie takiego growera i zniszczenie jego plantacji w majestacie prawa przez androidy, którym za to płacą.
Zwykle słowo "zbrodnia" kojarzy się nam z jakimś seryjnym lub też masowym mordem, można nawet mówić o pewnym consensusie. Co prawda czasem może dochodzić do sporów, kto był autorem większych zbrodni, na przykład Franco, czy Ceausescu, jednakże takie różnice zdań nie mają zbyt wielkiego znaczenia. Trochę inna sytuacja jest przy gwałtach, istnieje mianowicie bowiem spora ilość buraków (narodowych), która za zbrodnie tychże gwałtów nie uważa argumentując, że "te szmaty same chciały".
Zostawmy to jednak i skupmy się na innej zbrodni, która ma miejsce od bardzo dawna i (prawie) każda naga małpa ma w niej jakiś drobny współudział. Można by tu rzec, trawestując pewien znany cytat: "Kto nigdy nie użył torebki foliowej niech pierwszy rzuci plastikową skrzynką". Ta torebka to rzec jasna tylko drobny przykład, gdyż jest całe mnóstwo innych, do tego cięższego kalibru, jak naga małpa zabija Ziemię na raty, przy okazji zaś siebie. Tak jak ćpun, który stracił kontrolę nad przyswajaniem różnych legalnych lub nielegalnych płynów, czy innych substancyj popełnia samobójstwo na raty, by już na końcu sobie zdechnąć wcześniej, niż Natura założyła. Różnica jest może tylko taka, że naga małpa z tego gówna już nie wylezie, może jedynie opóźnić, odwlec cały ten anizotropowy proces.
Czyli zachodzi potrzeba pewnego okrojenia definicji zbrodni, żeby nie wyszło, iż wszyscy są zbrodniarzami. Do nich zaliczymy jedynie tych, którzy ów wspomniany proces przyspieszają ponad miarę. Niektórzy są znani medialnie, choćby taki były polski minister (niszczenia) środowiska naturalnego. Długo by ich wymieniać, nie ma to teraz zbytniego sensu, zwłaszcza, że od jakiegoś czasu to szemrane towarzycho ma swojego mistrza. Któż to taki zacz? To nietrudna zagadka, zaś gdy podpowiem że "tańczy nad własnym grobem, gdy las deszczowy płonie" to wszystko jest jasne.
Ano właśnie, skoro już o grobie mowa, to zaiste tragedią jest, że jeszcze nikt tego ptysia nie stuknął, tak raz, a porządnie. Ja tego nie zrobię, za krótkie mam ręce, ale wielu jest takich, którzy mają je co najmniej w sam raz. Ale nikt tego dotąd nie wykonał. Czyż nie jest to uzasadniony powód, aby jeszcze bardziej nie lubić tego idiotycznego i zbrodniczego gatunku?
Tym mizantropicznym akcentem na dziś zakończymy...

15 sierpnia 2019

Nieco słów na temat kilku wybranych słów

Kod porozumiewania się zwany "językiem polskim" składa się ze słów, jak chyba każdy język zresztą. Do tych słów przypisane są pewne znaczenia, jest to już kwestia czysto umowna, aczkolwiek różnie z tą umową bywa. Ostatnio zebrało mi się kilka ciekawych przykładów owej różności:
FEMINIZM
Jak wiadomo, jednego feminizmu nie ma, ale to wiadomo wcale nie oznacza, że wszyscy to wiedzą, Na przykład wiele feministek uważa, że tylko ich feminizm to jest feminizm, zaś inne feminizmy to już nie są feminizmy. Tu warto też zauważyć, że feminiści jakoś przytomniej podchodzą do sprawy, łatwiej im pojąć, że są inne feminizmy. Nie ma w powyżej wspomnianym spostrzeżeniu nic seksistowskiego bynajmniej i przynajmniej, tak po prostu jest. Do seksizmu zaraz zresztą wrócimy. Najwięcej jednak do powiedzenia mają, choć najmniej wiedzą, osoby niefeministyczne. Dla nich feministka jest pewnym bytem urojonym, zgodnym ze stereotypem. Być może takie feministki też istnieją, więc może to nie jest do końca urojenie, niemniej jednak nie zmienia to faktu, że ogólnie rzecz ujmując, owe osobniki, tudzież osobnice źle wiedzą.
SEKSIZM
Seksizm to jest takie coś, czego nie lubią wszystkie feministki, to jest ich cecha wspólna. Rzecz tylko w tym, że niewiele osób wie, co to słowo tak naprawdę oznacza, więc nieraz używane jest dość dowolnie. Tu akurat feministyczność czy niefeministyczność nie ma znaczenia. To jest cecha całej populacji.

PROLAJF
Anglicyzm, spolszczenie "pro-life". Normalnym ludziom kojarzy się ono z jakąś pro-ekologią, pierwszą pomocą, sprzętem ochronnym lub całym mnóstwem różnych innych spraw. Okazuje się jednak, że jest to  nazwa pewnej ideologii, która postuluje prawo mające na celu upieprzyć kobietom życie, nie tylko zresztą im przy okazji. Nie suportujemy używania, a także rozpowszechniania politpoprawnej nowomowy, nazywamy sprawy po imieniu: "ANTI-CHOICE".

Na forum tego bloga obowiązuje bezwzględny zakaz używania tego całego "prolajfu". Tu się mówi /pisze/ po ludzku!
KOMPETENCJE vs. UPRAWNIENIA
Popatrzmy na poniższe zdania:
"Maliniak ma (lub nie ma) kompetencje/i prezydenta"
"Maliniak ma (lub nie ma) uprawnienia/eń prezydenta"

Okazuje się, że dla wielu ludzi te powyższe zdania są równoważne. Tymczasem wcale tak nie jest. Można mieć różne zdania na temat kompetencji prezydenckich pana Maliniaka, ale za to nikt nie może zaprzeczyć, że na pewno uprawnienia posiada. To dokładnie tak, jak jest z prawem jazdy. Posiadacz takowego ma uprawnienia do kierowania samochodem po drogach publicznych, natomiast co do kompetencji to już niekoniecznie, mimo iż to prawo jazdy informuje że je ma. Czy to oznacza, że "uprawnienia" to kategoria szersza, zawierająca "kompetencje"? Nie. Otóż można mieć kompetencje do prowadzenia wspomnianego auta, także zarówno po drogach publicznych, ale nie mieć prawa jazdy, czyli uprawnień do tegoż.
OCENIAĆ vs. SZACOWAĆ
Te słowa mylone są wręcz nagminnie ze sobą. Spójrzmy poniżej:
"Straty oceniam na około tysiąca złotych"
Błąd! Ma być:
"Straty szacuję na około tysiąca złotych"
Okay, ale czy to znaczy, że owych strat oceniać nie można? Otóż nie, jak najbardziej jest to możliwe, oto przykład tegoż:
"Straty oceniam jako dotkliwe (lub nieistotne)"
Ćwiczenie:
"Ładna dziś pogoda. Jutro też będzie ładna"
Które zdanie wyraża ocenę, a które oszacowanie? Pierwsze zdanie chyba nie powinno nikomu sprawiać trudności, ale to drugie już może. Wyjaśnijmy tedy co nieco. Otóż pozornie może się wydawać, że oceniono tu jutrzejszą pogodę tak, jak tą dzisiejszą. Ale tylko wydawać, bo de facto oszacowano jedynie, jak będzie oceniona ta jutrzejsza, na razie jeszcze nieznana.
KRAJ vs. PAŃSTWO
To jest mój ulubiony przykład powszechnego mylenia pojęć. To mylenie nader chętnie wykorzystuje propaganda reżimowa, tudzież propaganda tych, którzy mają aspiracje bycia elementem jakiegoś reżimu. Inna sprawa, że niekoniecznie zawsze jest jasne, na ile jest to zabieg świadomy, umyślny, na ile nie. Niestety ten przykład jest bardziej złożony, na pewno nie aż tak trywialny, jak dwa poprzednie zestawy par. Tu naprawdę można się mocno zgubić, zwłaszcza, że jedno słowo można zastosować jako nazwę kraju lub jako nazwę państwa. Na przykład "Polska" to kraj, ale bywają takie konteksty, że jest to skrót od "Rzeczpospolita Polska", czyli państwo, skrót jak najbardziej na miejscu. Jako że ten post ma być na luzie, bez ambicji naukowych, nie będę dalej rozwijał tego tematu. Zachęcam jedynie do czujności, jeśli ktoś próbuje nas robić w wała. Na przykład biorąc nas pod siusiu co do pojęcia "patriotyzm". Tego słowa omawiać nie będę, za dużo ma znaczeń, więc po co nam tu zamieszanie definicyjne, na pewno jednak nie oznacza ono lojalności państwu, które kraj niszczy.
KOŚCIÓŁ
Słowo trójznaczne: budynek, struktura organizacyjna jakiejkolwiek religii. a także ogół, grupa jej wyznawców. Istnieje także synonim "sangha", tak samo jest on trójznaczny, ale przyjęło się używać go jedynie tylko, gdy mowa jest o co poniektórych religiach Wschodu. Sama trójznaczność zwykle, choć nie zawsze, nie sprawia nikomu kłopotu, gdyż sam kontekst wyjaśnia znaczenie dość dokładnie. Problem "kościoła" polega tu na czymś zupełnie innym, dotyczy innej sfery. Otóż całe mnóstwo ludzi kojarzy to słowo z jedną wybraną religią, dokładniej zaś jednym odłamem tej religii, do tego niekoniecznie są to jej wyznawcy. Ma to zjawisko swoją historię, można rzec, że kiedyś było to jak najbardziej uzasadnione, ale obecnie nie jest już ono zbyt fajne. Wzmacnia ono wyznaniowość państwa, które obecnie zarządza naszym krajem, zdominowanego przez ten jeden konkretny kościół, a przecież rzecz w tym, aby to państwo było normalne. Nie można więc poddawać się inercji umysłowej, warto jest precyzować dokładnie o jaki kościół chodzi oraz domagać się precyzji, gdy ktoś słowa "kościół" używa. To bynajmniej nie jest taki drobiazg, obecna sytuacja nie jest za ciekawa, tedy wymaga zachowań mających znamiona zbędnych, dziwnych, śmiesznych lub czasem wręcz psychopatycznych. Te znamiona to tylko pozory, iluzja, więc nie należy się obawiać krytyki takich zachowań.
MATEMATYKA
Dla większości to słowo oznacza jedynie cyfry, liczby, rachunki jakoweś jedynie, tymczasem owe rachunki to tylko drobny element tejże matematyki, aczkolwiek dość nader istotny. Tymczasem matematyka to mocno grubsza sprawa, ale chyba nie warto tracić czasu, aby wszystkim to klarować. Dla wielu reszta matematyki nie jest konieczna do życia, dla wielu jest też poza granicami ich pojmowania. Aczkolwiek, jak mawiał kiedyś nieboszczyk Sokorski: wsjoch żop nie projobjosz, no probowat' nada.
Tak w ogóle, to ten ostatni punkt zaistniał jedynie po to, żeby wyluzować klimat powstały po poprzednim, który wydał mi się zbyt poważny, jak na zakończenie niekoniecznie poważnego posta.
Chodzi mi jeszcze po głowie post na temat estetyki słów, ale na razie musi wystarczyć spoiler, bez żadnej zresztą gwarancji, że ten post w ogóle zaistnieje.