- Jak mieszkałam w wiosce Benges, to chodziłyśmy z innymi dzieciakami na takie wyschnięte torfowisko. Jak się dziubało glebę jakimś ostrym patykiem, czy innym szpikulcem, to syczało. To były takie właśnie bąble gazu po ziemią.
Opowiedziała szybko Mala, na co dodała Kaśka:
- Ja też tam byłam kiedyś. Gajka mnie raz zaprowadziła, jak pojechałam do Benges poćwiczyć. Ciekawe miejsce w ogóle, siostrzyczki kopią tam sobie torf na opał, nawóz, czy do alchemii.
Wtedy włączyła się Roxy:
- I o tym właśnie mówił Misiek, jak obejrzał te fotki. Że tam pod głazem był taki wielki bąbel gazu. Niespotykana sprawa, jak na nasze rejony. Taki wielki. Podniosło się ciśnienie i wysadziło.
- Ale że taki wybuch...
Zaczęła Malina, ale Ruda jej przerwała:
- Nie taki wybuch, jak myślisz. Fajerwerków nie było.
- No, ale przecież gaz...
- Gaz gazu nierówny. Misiek mówił, że w takich bąblach jest albo metan, albo dwutlenek węgla. Do wybuchu metanu musi być kontakt z powietrzem, tlenem i jakiś zapłon, iskra. A dwutlenku nie zapalisz, choćbyś się zesrała. Nie miałaś chemii w szkole?
Tu znowu odezwała się Mala:
- To wszystko powinno być w necie, w wiadomościach, chociaż lokalnych. Skoro to taki ewenement. Rano, gdy tam byłam, to trochę ludzi się kręciło. Oglądali, wydziwiali. Ale teraz powiem wam najważniejsze. Bo wcześniej nie miałam kiedy.
- Zamieniam się w ucho.
Rzuciła Anita plasując Ośkę do nosidełka.
- Bo tam też kręcił się taki wujek. Starszy pan z fajką, w czapce uszance i ciuchach z demobilu. Taki gajowy Marucha, wiecie.
- To pan Hieronim. Znam go, mieszka trzy domy dalej ode mnie. Wieczny emeryt. Był już na emeryturze zanim ja poszłam do szkoły. Mówili o nim, że on tak ma od dziecka. Zamiast szkoły ukończył tylko szybki, korespondencyjny kurs dla emerytów, a po takim kursie już nic nie trzeba robić. Też tak chciałam pamiętam. Tylko namiarów nikt mi nie chciał dać.
- Co chcesz? Bardzo miły jegomość. Ucięliśmy sobie pogawędkę. Powiedział mi, że on był przy tym, jak ten bąbel pierdyknął. Wcale nie było głośno, tylko tak głucho coś mlasło.
- Lubiał łazić po nocy.
Wtrąciła Malina, ale Mala zaoponowała:
- Właśnie nie do końca po nocy. Myśmy skończyły koło drugiej, a on poszedł do parku koło czwartej. Mówi, że on tak lubi, bo wtedy najczystsze powietrze.
- Bo to akurat prawda. Ja czasem lubię biegać o tej porze.
Rzuciła Kaśka, ale Mala mówiła dalej:
- To on mówi, że sobie chodził, potem usiadł na ławce, odsiedział swoje, wypykał trochę faji i nagle coś mlasło. Ja tylko referuję jego słowa. Ale co to oznacza, moje panie? To wygląda na to, że to właściwie nie my.
- Że co nie my?
Spytała Malina.
- Że myśmy tej dziury nie spowodowały.
Ruda od razu przyszła Turbinie w sukurs.
- To się trzyma kupy. Misiek mi tłumaczył, że taki bąbel nie pojawia się nagle, tylko wzbiera setki, nawet tysiące lat, zwłaszcza jeśli taki wielki. Ciśnienie w nim rośnie powoli, bardzo powoli. W końcu jest takie wysokie, że samo wywala, kwestia tylko czasu.
- Nasz ekran mógł tylko to przyspieszyć.
Odezwała się Anita.
- Ale też nie na pewno. To są tak drobne wibracje przy jego tworzeniu, że właściwie pomijalne. Kwantowy rząd wielkości.
Wtedy spytała Malina:
- No, a moc? Gdzie się podziała moc tego miejsca?
- Lalka, nie kompromituj się. To są podstawy teorii magii. Moc jest zawsze w czymś. Ta akurat była w gazie. Gaz się rozpirzgnął dookoła, to i moc się rozpigrzła.
Zapadła chwila ciszy, wreszcie odezwała się Kaśka:
- A jaka jest puenta tej całej akcji?
- Puenta jest taka, że dopóki tego nie ogarną, nie zasypią, to ja przez jakiś czas będę dymać z wózkiem naokoło do dalszego wejścia. Bo na razie ten kawałek parku będzie ogrodzony, wyłączony z użytku. Mam nadzieję, że szybko to zrobią, bo ciągle ktoś tam będzie wpadać do tego dołu.
EPILOG
W rzeczywistości Anita wcale nie dymała z żadnym wózkiem naokoło do żadnego dalszego wejścia, tylko przez parę tygodni brała Ośkę do auta i razem eksplorowały inne tereny zielone na mieście. Czasem też poza miastem. Tak to tłumaczyła Borkowi:
- Jakoś oko mnie boli, jak pomyślę o patrzeniu na te barierki i jak się będą pieprzyć z robotą przy zasypywaniu. Nasza Mala by to zrobiła sama w jeden dzień. Dać jej tylko koparkę i wywrotkę. I na koniec Adaśka do ustawienia kamienia na swoje miejsce.
Borek jednak trochę marudził:
- No tak, pani logistyk jest na macierzyńskim, więc raczej nie jest na bieżąco z cenami paliwa ostatnimi czasy.
- Ja dziecku paliwa nie żałuję. Niech zwiedza świat, póki to paliwo jeszcze w ogóle jest. Jak będzie na kartki, to się będziemy martwić. Ale ty realizuj spacery z Osią po swojemu, ja cię nie zmuszam. Nawet dobrze, będziesz mi relacjonował przebieg prac ziemnych na obiekcie.
Anita, choć nie jest wróżką, bo wróżek nie ma, dobrze przewidziała przebieg wypadków następnych dni. Następnego dnia, w piątek, na front robót przywieziono tylko toitoikę. Potem był weekend, potem murarski poniedziałek, zaś we wtorek zwalono do dziury raptem dwie wywrotki jakiegoś gruzu. We środę zepsuła się wywrotka, a drugiej firma wynajęta przez miasto po prostu nie miała. Zaś kolejnego dnia...
Tak więc upłynęło w sumie jakieś ponad trzy tygodnie, gdy Borek po powrocie ze spaceru z Osią mógł wreszcie zameldować Anicie, że dziury nie ma, barierek nie ma, więc to wejście, co trzeba jest udrożnione. Więc nie trzeba dymać naokoło.
- A kamień?
- Też na swoim miejscu, choć tak jakby odrobinę krzywo. Tylko tabliczki z patronem nie ma, bo słyszałem, że są jakieś tarcia między miastem i dzielnicą o tego patrona, więc na razie wakat.
- To fajnie, bo mamy gościa, zanocuje dziś u nas, a jutro się wybierzemy wszyscy razem na spacerek. A patrona pieprzyć. Po najbliższych wyborach będzie jakiś jeszcze nowszy.
Gościem okazała się być Zira, wiedźma Benges, dobra kumpela Nity, która właśnie chciała zobaczyć miejsce mocy. Czy raczej po mocy. Poszli więc owego jutra, tak po lunchu, znaczy troje poszło, Osia pojechała. Teren wyglądał jeszcze surowo, dopiero co splantowany, utwardzony, żadnej trawy też jeszcze nie posiano.
- Aha. To tu była ta moc, co gnębiła twoje maleństwo?
- Była, ale się zmyła.
- Ale coś tu jeszcze czuję.
- To moje zaklęcie ekranujące. Już niepotrzebne. Ale niech sobie będzie. Nikomu nie przeszkadza. Początkujące siostry mogą sobie ćwiczyć jego odczynianie, a z czasem wywietrzeje.
I tu się kończy sprawa tajemniczej mocy pod bambulem. Może mało efektownie, ale tak się kończy większość różnych spraw...
Opowiedziała szybko Mala, na co dodała Kaśka:
- Ja też tam byłam kiedyś. Gajka mnie raz zaprowadziła, jak pojechałam do Benges poćwiczyć. Ciekawe miejsce w ogóle, siostrzyczki kopią tam sobie torf na opał, nawóz, czy do alchemii.
Wtedy włączyła się Roxy:
- I o tym właśnie mówił Misiek, jak obejrzał te fotki. Że tam pod głazem był taki wielki bąbel gazu. Niespotykana sprawa, jak na nasze rejony. Taki wielki. Podniosło się ciśnienie i wysadziło.
- Ale że taki wybuch...
Zaczęła Malina, ale Ruda jej przerwała:
- Nie taki wybuch, jak myślisz. Fajerwerków nie było.
- No, ale przecież gaz...
- Gaz gazu nierówny. Misiek mówił, że w takich bąblach jest albo metan, albo dwutlenek węgla. Do wybuchu metanu musi być kontakt z powietrzem, tlenem i jakiś zapłon, iskra. A dwutlenku nie zapalisz, choćbyś się zesrała. Nie miałaś chemii w szkole?
Tu znowu odezwała się Mala:
- To wszystko powinno być w necie, w wiadomościach, chociaż lokalnych. Skoro to taki ewenement. Rano, gdy tam byłam, to trochę ludzi się kręciło. Oglądali, wydziwiali. Ale teraz powiem wam najważniejsze. Bo wcześniej nie miałam kiedy.
- Zamieniam się w ucho.
Rzuciła Anita plasując Ośkę do nosidełka.
- Bo tam też kręcił się taki wujek. Starszy pan z fajką, w czapce uszance i ciuchach z demobilu. Taki gajowy Marucha, wiecie.
- To pan Hieronim. Znam go, mieszka trzy domy dalej ode mnie. Wieczny emeryt. Był już na emeryturze zanim ja poszłam do szkoły. Mówili o nim, że on tak ma od dziecka. Zamiast szkoły ukończył tylko szybki, korespondencyjny kurs dla emerytów, a po takim kursie już nic nie trzeba robić. Też tak chciałam pamiętam. Tylko namiarów nikt mi nie chciał dać.
- Co chcesz? Bardzo miły jegomość. Ucięliśmy sobie pogawędkę. Powiedział mi, że on był przy tym, jak ten bąbel pierdyknął. Wcale nie było głośno, tylko tak głucho coś mlasło.
- Lubiał łazić po nocy.
Wtrąciła Malina, ale Mala zaoponowała:
- Właśnie nie do końca po nocy. Myśmy skończyły koło drugiej, a on poszedł do parku koło czwartej. Mówi, że on tak lubi, bo wtedy najczystsze powietrze.
- Bo to akurat prawda. Ja czasem lubię biegać o tej porze.
Rzuciła Kaśka, ale Mala mówiła dalej:
- To on mówi, że sobie chodził, potem usiadł na ławce, odsiedział swoje, wypykał trochę faji i nagle coś mlasło. Ja tylko referuję jego słowa. Ale co to oznacza, moje panie? To wygląda na to, że to właściwie nie my.
- Że co nie my?
Spytała Malina.
- Że myśmy tej dziury nie spowodowały.
Ruda od razu przyszła Turbinie w sukurs.
- To się trzyma kupy. Misiek mi tłumaczył, że taki bąbel nie pojawia się nagle, tylko wzbiera setki, nawet tysiące lat, zwłaszcza jeśli taki wielki. Ciśnienie w nim rośnie powoli, bardzo powoli. W końcu jest takie wysokie, że samo wywala, kwestia tylko czasu.
- Nasz ekran mógł tylko to przyspieszyć.
Odezwała się Anita.
- Ale też nie na pewno. To są tak drobne wibracje przy jego tworzeniu, że właściwie pomijalne. Kwantowy rząd wielkości.
Wtedy spytała Malina:
- No, a moc? Gdzie się podziała moc tego miejsca?
- Lalka, nie kompromituj się. To są podstawy teorii magii. Moc jest zawsze w czymś. Ta akurat była w gazie. Gaz się rozpirzgnął dookoła, to i moc się rozpigrzła.
Zapadła chwila ciszy, wreszcie odezwała się Kaśka:
- A jaka jest puenta tej całej akcji?
- Puenta jest taka, że dopóki tego nie ogarną, nie zasypią, to ja przez jakiś czas będę dymać z wózkiem naokoło do dalszego wejścia. Bo na razie ten kawałek parku będzie ogrodzony, wyłączony z użytku. Mam nadzieję, że szybko to zrobią, bo ciągle ktoś tam będzie wpadać do tego dołu.
EPILOG
W rzeczywistości Anita wcale nie dymała z żadnym wózkiem naokoło do żadnego dalszego wejścia, tylko przez parę tygodni brała Ośkę do auta i razem eksplorowały inne tereny zielone na mieście. Czasem też poza miastem. Tak to tłumaczyła Borkowi:
- Jakoś oko mnie boli, jak pomyślę o patrzeniu na te barierki i jak się będą pieprzyć z robotą przy zasypywaniu. Nasza Mala by to zrobiła sama w jeden dzień. Dać jej tylko koparkę i wywrotkę. I na koniec Adaśka do ustawienia kamienia na swoje miejsce.
Borek jednak trochę marudził:
- No tak, pani logistyk jest na macierzyńskim, więc raczej nie jest na bieżąco z cenami paliwa ostatnimi czasy.
- Ja dziecku paliwa nie żałuję. Niech zwiedza świat, póki to paliwo jeszcze w ogóle jest. Jak będzie na kartki, to się będziemy martwić. Ale ty realizuj spacery z Osią po swojemu, ja cię nie zmuszam. Nawet dobrze, będziesz mi relacjonował przebieg prac ziemnych na obiekcie.
Anita, choć nie jest wróżką, bo wróżek nie ma, dobrze przewidziała przebieg wypadków następnych dni. Następnego dnia, w piątek, na front robót przywieziono tylko toitoikę. Potem był weekend, potem murarski poniedziałek, zaś we wtorek zwalono do dziury raptem dwie wywrotki jakiegoś gruzu. We środę zepsuła się wywrotka, a drugiej firma wynajęta przez miasto po prostu nie miała. Zaś kolejnego dnia...
Tak więc upłynęło w sumie jakieś ponad trzy tygodnie, gdy Borek po powrocie ze spaceru z Osią mógł wreszcie zameldować Anicie, że dziury nie ma, barierek nie ma, więc to wejście, co trzeba jest udrożnione. Więc nie trzeba dymać naokoło.
- A kamień?
- Też na swoim miejscu, choć tak jakby odrobinę krzywo. Tylko tabliczki z patronem nie ma, bo słyszałem, że są jakieś tarcia między miastem i dzielnicą o tego patrona, więc na razie wakat.
- To fajnie, bo mamy gościa, zanocuje dziś u nas, a jutro się wybierzemy wszyscy razem na spacerek. A patrona pieprzyć. Po najbliższych wyborach będzie jakiś jeszcze nowszy.
Gościem okazała się być Zira, wiedźma Benges, dobra kumpela Nity, która właśnie chciała zobaczyć miejsce mocy. Czy raczej po mocy. Poszli więc owego jutra, tak po lunchu, znaczy troje poszło, Osia pojechała. Teren wyglądał jeszcze surowo, dopiero co splantowany, utwardzony, żadnej trawy też jeszcze nie posiano.
- Aha. To tu była ta moc, co gnębiła twoje maleństwo?
- Była, ale się zmyła.
- Ale coś tu jeszcze czuję.
- To moje zaklęcie ekranujące. Już niepotrzebne. Ale niech sobie będzie. Nikomu nie przeszkadza. Początkujące siostry mogą sobie ćwiczyć jego odczynianie, a z czasem wywietrzeje.
I tu się kończy sprawa tajemniczej mocy pod bambulem. Może mało efektownie, ale tak się kończy większość różnych spraw...